James Dean. Żyć Szybko - Philippe Besson - ebook
Opis

Dean to meteor, mit, aktor trzech filmów (Buntownik bez powodu, Na wschód od Edenu, Olbrzym), młodzieniec o anielskiej twarzy, za którą zdaje się kryć także cząstka demona, a Philippe Besson postanowił uchwycić jego osobowość, zbliżyć się do niego, niemal go dotknąć. Wiadomo, że był krótkowidzem, że dorastał bez matki, że otarł się o przestępstwo, że kochał i kobiety, i mężczyzn. James Dean. Żyć Szybko jest zatem impresjonistycznym portretem, który ma oddzielić prawdę od fałszu, jednak mit rządzi się własnymi prawami James Dean. Autor wciela się kolejno w różne postaci z najbliższego otoczenia aktora i w ówczesne gwiazdy, by o nim opowiadać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 156

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Editions Julliard, Paris,

2015 through arrangement with Renata de La Chapelle Agency

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2016 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Marek J. Piwko

Redakcja: Jacek Ring

Korekta: Aneta Iwan, Anna Just

ISBN: 978-83-7999-599-8

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla S.

Live fast, die young, and leave

a good looking corps.

(„Żyć szybko, umrzeć młodo

i ładnie wyglądać w trumnie”).

Willard MOTLEY, Knock on Any Door

MILDRED DEAN,Z DOMU WILSON – MATKA JAMESA

Zmarłam 14 lipca 1940 roku. Jimmy miał wtedy dziewięć lat.

Matki powinny robić, co w ich mocy, żeby nie umierać, kiedy dzieci są tak małe. Powinny trochę zaczekać. Żeby dzieciom nie było smutno. I żeby w ich życiu nie wytworzyła się pustka, którą trudno zapełnić.

Bóg mi świadkiem – nie zrobiłam tego specjalnie. Po prostu dopadła mnie choroba, a kiedy zauważyłam, że dzieje się źle, było już za późno. Nie miałam żadnych szans. No i umarłam, kiedy Jimmy miał dziewięć lat.

Dodam tylko, że moja matka także odeszła, kiedy byłam mała, zupełnie jakby w naszej rodzinie panowała moda na przedwczesne zgony. Z tego powodu nie mamy albumów przeładowanych wspomnieniami.

A przecież nasze życie mogło być takie piękne. Zapowiadało się wręcz wspaniale.

Poznałam Wintona, ojca Jimmy’ego, gdy jako dziewiętnastoletnia dziewczyna przyjechałam do Marion w Indianie. Pewnie nie wiecie, że Marion to robotnicza mieścina oddalona o siedemdziesiąt mil od Indianapolis, której mieszkańcy żyją dzięki wydobyciu gazu i ropy naftowej z pobliskich złóż.

Wychowałam się w położonej niedaleko wsi. Potem postanowiłam, że czas się z niej wynieść. Wyprowadzić się od ojca. Zamierzał ponownie się ożenić. Wdowiec ma prawo ułożyć sobie życie, a sierotom wolno rozwinąć skrzydła i odfrunąć.

Mówiono, że ładna ze mnie dziewczyna. Pamiętam, że uśmiech nie znikał z mojej twarzy. Grzechem byłoby się nie śmiać, mając dziewiętnaście lat.

Bardzo szybko znalazłam pracę – zostałam ekspedientką w drugstorze, a już miesiąc po przeprowadzce poznałam Wintona. To było w kwietniu. W tej krainie, gdzie zimy są tak srogie, a śnieg wolno zamienia się w błoto, gdy słupek rtęci wzniesie się w końcu powyżej zera, wszyscy niecierpliwie czekają na powrót łagodnej pogody.

Czułam się trochę osamotniona, nie miałam w Marion żadnych znajomych, aż nagle pojawił się ten chłopak o niebieskich oczach i blond włosach. Siedziałam na ławce nad rzeką Mississinewa, prawdę mówiąc, nie miałam nic lepszego do roboty, a on do mnie podszedł. Owszem, właśnie tak to się czasami zaczyna. Sprawiał wrażenie trochę niezdarnego, może nieśmiałego. Potem przekonałam się, że z natury był powściągliwy i zamknięty w sobie. Od razu mi się spodobał. Nie chciałabym ani grubego wieśniaka, który zaglądałby mi za dekolt, ani podrywacza, który zabawiłby się i mnie porzucił.

Powiedział mi, że ma dwadzieścia trzy lata i jest protetykiem stomatologicznym. Wyobraża pan sobie? Protetyk stomatologiczny. Pomyślałam, że to dobry fach. Czasy nie były łatwe. Kraj nie mógł podźwignąć się z kryzysu, raz po raz słyszało się o zamknięciu jakiejś fabryki. Ludzie tracili wszystko w ciągu paru dni i trudno im było odbudować życie. Zdarzało się, że skakali z okna, zostawiając załamane wdowy i osierocone dzieci. Na ulicach widywało się wielu żebraków, kwitła przestępczość. W kraju nie działo się dobrze. Pomyślałam, że przy tym mężczyźnie niczego nie muszę się obawiać.

Być może wydaje się to dziwne, ale tak właśnie pomyślałam, siedząc w parku, na ławce nad rzeką, gdy mówił do mnie łagodnym głosem. Wiatr raz po raz unosił kosmyk jasnych włosów nad jego czołem. Miałam ochotę wsunąć palce w te włosy, a jeśli kobieta pragnie pieścić włosy mężczyzny, którego właśnie spotkała, to znaczy, że zaczyna się coś dobrego. Pobraliśmy się trzy miesiące później przed trybunałem hrabstwa Grant. Było to dokładnie 26 lipca, kiedy schody kościoła kąpały się w słońcu.

A potem zaszłam w ciążę i urodził się Jimmy.

Wiem, wszystko potoczyło się bardzo szybko. Czy dzieje się tak, kiedy czujemy, że nasz czas jest policzony, że los nie obdarzy nas starością? A może po prostu dlatego, że trzeba chwytać chwilę, nie zastanawiając się nad każdym krokiem, tak jak wbijamy zęby w owoc, na który mamy ochotę, bo jest apetyczny, a my chcemy zaspokoić pragnienie?

Winton pieścił mój zaokrąglony brzuch. Ten widok go wzruszał. Czasami czułam, że niepokoi się o nasze dalsze losy, ale dziecko rosnące w moim łonie dodawało mu otuchy. Kochałam męża za delikatność, za te gesty, które u niego wydawały się naturalne, choć większość mężczyzn nie potrafi się na nie zdobyć. Kochałam go za to, co jako nastolatka musiało narażać go na drwiny kolegów, wyzywających go od chłystków i słabeuszy. Próbowałam sobie wyobrazić, czy nasze dziecko będzie do niego podobne. Chciałam, żeby odziedziczyło po nim jasne, pogodne oczy. I tak właśnie się stało. Czasami wystarczy bardzo mocno pragnąć, żeby coś stało się faktem. A może nic nie jest w stanie oprzeć się woli matki.

Jimmy urodził się 8 lutego 1931 roku o drugiej nad ranem, w rezydencji Seven Gables, gdzie wynajmowaliśmy pokój. Nie bałam się porodu. Znałam kobiety, które potwornie cierpiały. Opowiadały mi o gwałtownych skurczach, o wrażeniu, że brzuch się rozrywa, o wycieńczeniu niekończącym się wysiłkiem. Wiedziałam, że można stracić dziecko, takie rzeczy się zdarzały – maleństwo rodziło się martwe i nie chciano pokazać go matce. Martwego noworodka zabierano, a kobieta nie miała prawa go zobaczyć. Wiedziałam, że czasami porodu nie przeżywała kobieta – wyczerpanie organizmu było zbyt duże albo dochodziło do krwotoku. Ale byłam pewna, że wszystko pójdzie dobrze. Jimmy ważył prawie cztery kilogramy. Lekarz położył mi go na piersi.

Był ślicznym dzieckiem o jasnej cerze. Każda matka uważa, że jej syn jest najpiękniejszym dzieckiem na świecie, ale wiedząc, co było dalej, przyzna pan, że nie przesadzam. Ludzie, którzy widzieli go w pierwszych miesiącach, byli zaskoczeni tą urodą. Stale się uśmiechał i pytająco wpatrywał we wszystkich dużymi oczyma. Są dzieci obdarzone swoistym wdziękiem i Jimmy do nich należał. Poza tym starałam się ładnie go ubierać.

W roku 1932 przeprowadziliśmy się z Seven Gables do Fairmount, ponad dziewięć mil na południe od Marion. Rodzina Wintona pochodziła z tej mieściny będącej dziś celem swego rodzaju pielgrzymek ludzi szukających śladów mojego małego Jimmy’ego. Wciąż trudno mi w to uwierzyć.

W Fairmount zaczęłam czytać synkowi bajki. Pamiętam, z jak niezwykłą uwagą ich słuchał. Matka dostrzega takie szczegóły. Błyskawicznie stawał się znacznie spokojniejszy, nieruchomiał jak zahipnotyzowany. Zdarzało mi się to wykorzystywać – kiedy miałam dość jego płaczu, krzyku, żywej gestykulacji, opowiadałam mu jakąś historyjkę i w domu znów panował spokój.

Zaczęłam też puszczać mu płyty – mieliśmy gramofon. Zawsze lubiłam śpiewać. Miałam przyjemny tembr głosu, podobno ładnie śpiewałam. Jimmy wtórował mi, jak mógł – miał wtedy zaledwie trzy, cztery lata i już przejawiał talent.

A potem zapisałam go na kurs gry na klekotce prowadzony w szkole. Od początku doskonale sobie z tym radził. Był jeszcze taki mały, a nauczyciele wciąż go chwalili i powtarzali mi, że ma duże zdolności. Nie zdziwiłam się, kiedy wybrał karierę artystyczną. Gdybym jeszcze żyła, kiedy walczył z ojcem, który nie chciał mu pozwolić na naukę sztuki dramatycznej, pomogłabym mu. Cóż mogłoby dać działanie wbrew jego naturze?

Mojemu mężowi nie podobało się już to, że tak dużo czasu poświęcamy na bajki, piosenki i taniec. Powtarzał, że lepiej by było, gdyby Jimmy trenował baseball (może w głębi ducha bał się, że syn odziedziczył po nim tę wrażliwość, która w dzieciństwie przysporzyła mu tyle przykrości). Każdy mały Amerykanin gra w baseball. Pod tym względem prawdopodobnie nic się nie zmieniło. Jimmy nie był niechętny, ale tak często nie trafiał w piłkę, że Winton tracił cierpliwość i sądził, że to brak dobrej woli albo że to ja trzymam syna z dala od zdrowej aktywności fizycznej, która daje chłopcom radość. Jednak nie miał do mnie o to pretensji, pozwalał mi postępować tak, jak uważałam za słuszne, bo przecież pracował i w domu spędzał niewiele czasu. Mimo wszystko w końcu ogarnął go niepokój – zabrał syna do ośrodka medycznego, gdzie stwierdzono u niego bardzo poważną wadę wzroku i powiedziano nam, że przez całe życie będzie musiał nosić okulary.

To zabawne, bo dziewczyny szaleją za zdjęciami Jimmy’ego w okularach. Mówią, że szkła dodają mu uroku, że wygląda w nich jeszcze seksowniej. Ale czy ktoś im powiedział, że Jimmy był ślepy jak kret, że gdyby wyszedł bez szkieł korekcyjnych, nie zauważyłby żadnej z odległości piętnastu stóp?

Prawdę mówiąc, w najmłodszych latach Jimmy był chorowity. Miał anemię, ale nie wiedzieliśmy, co ją spowodowało. Czasami popadał w apatię, która nieco mnie przerażała. Jego oczy stawały się wtedy szkliste, ruchy miękkie i leniwe. Wyglądało to na ogólne osłabienie, można by powiedzieć, że w takich dniach uchodziło z niego życie. Na ogół był bardzo ruchliwym, niespokojnym, żywiołowym dzieckiem, więc ciężko mi było patrzeć na niego, kiedy stawał się taki inny, jakby nieobecny. Nie wiem, czy właśnie to doprowadziło do bezsenności, na którą zaczął cierpieć po latach, czy dlatego spędził na czuwaniu tyle nocy, po których popadał w przygnębienie.

Zdarzały mu się też krwawienia z nosa. Przychodziły nagle, w najmniej spodziewanych chwilach. Po prostu unosił rękę do nosa i próbował zahamować płynący z niego strumień. Odrzucał głowę do tyłu, a wtedy robiło się jeszcze gorzej. Biegłam do niego ze ścierką, chusteczkami do nosa. W końcu krwawienie ustawało. Te drobne lęki były chyba sprawdzianem siły mojej miłości.

Na szczęście kiedy przeprowadziliśmy się do Back Creek, jego stan znacznie się poprawił. Ortense, starsza siostra Wintona, od dziesięciu lat mieszkała tam z mężem, wspaniałym facetem imieniem Marcus. Farma Winslowów była piękna. Zamieszkaliśmy na jej terenie, w niewielkim domku. I niemal natychmiast zauważyłam metamorfozę Jimmy’ego. Nawet teraz, kiedy o tym myślę, wydaje mi się to niesamowite. Widzę go w spodenkach na szelki, bawiącego się w chowanego na polu kukurydzy, której kłosy bujały nad jego głową, albo straszącego krowy zza wysokiego ogrodzenia, czy wreszcie biegającego po polnych drogach z Joan, nieco starszą od niego kuzynką. Był jak żywe srebro, zawsze radosny, pełen energii. Wydaje mi się, że na farmie czuł się szczęśliwy. Winton postąpił słusznie, odsyłając go tam wkrótce po mojej śmierci.

W Fairmount wszyscy byliśmy szczęśliwi.

A przecież każdy ma nadzieję, że szczęście będzie trwało długo. Ale któregoś dnia musimy odejść.

W roku 1936 Winton przyjął propozycję pracy w centrum byłych kombatantów w Los Angeles. Nosiło nazwę Domu Weteranów Sawtelle. Rząd rekrutował techników stomatologicznych. Nadarzała się dobra okazja zawodowa, toteż spakowaliśmy się i wyruszyliśmy do Kalifornii.

Ze smutkiem żegnałam Indianę, a przede wszystkim proste, zdrowe życie, jakie prowadziliśmy na wsi. Jeszcze nigdy nie przekroczyłam granic naszego stanu, więc ten wyjazd był dla mnie jak wygnanie czy emigracja. Mimo to postanowiłam podchodzić do niego jak do przygody. Pomyślałam sobie: zamieszkamy nad Oceanem Spokojnym, przez cały rok będziemy cieszyli się słońcem, to przyjemna odmiana po rozległych równinach Środkowego Zachodu, mroźnych zimach i deszczowych wiosnach. Takie powinno być życie – skonstruowane ze zwrotów, zmian, nowości, żeby nie popaść w znużenie i monotonię, żeby uchronić się przed sklerozą.

Kobiety z Indiany, które nigdy nie wyjeżdżają, ponieważ nie przyszło im do głowy, że mogłyby to zrobić – dopuścić się czegoś niewyobrażalnego dla osób mocno stąpających po ziemi, niemal w tę ziemię wrośniętych – te kobiety, które opiekują się mężami, jakby dźwigały brzemię, nigdy nie zrozumiały moich marzeń o innym świecie. Dostrzegły, że z pewnym smutkiem uwalniałam się od tak przez nas kochanych Winslowów, zauważyły ostatnie, nostalgiczne spojrzenie w stronę miejsc, gdzie dorastałam, ale dziwiły się – łagodnie rzecz ujmując – że jestem tak podekscytowana perspektywą przemierzenia setek mil dzielących nas od krainy wiecznych upałów, znanej z pełnych ludzi plaż i dekadenckiego stylu życia. Nic im nie powiedziałam, niczego nie próbowałam tłumaczyć, bo po co?

Zresztą przyjęły mnie znowu już po czterech latach. Odzyskały mnie w trumnie.

Co wtedy myślały? Że dostałam to, na co sobie zasłużyłam? Że za wybryki zawsze się w końcu płaci? A może czuły wyrzuty sumienia, może poniewczasie żałowały, że błędnie mnie osądziły? Może zrozumiały – choć za późno – że musiałam żyć szybciej niż one, ponieważ miałam mniej czasu?

Zamieszkaliśmy w Santa Monica, gdzie wynajęliśmy domek. Na trawniku przed wejściem rosła palma. Nigdy wcześniej nie widziałam takiego drzewa.

W Santa Monica wszystko było dla mnie egzotyczne. Po pierwsze, nie wiedziałam, że są tam wzgórza. Ciągną się aż po ocean, tworząc klif.

Mieszkaliśmy tuż obok Pacific Palisades, w pobliżu Hollywood i Beverly Hills. Czułam się, jakbym śniła na jawie. Jakbym znalazła się w filmie.

Oczywiście była tam plaża, a raczej – ciągnące się w nieskończoność plaże. Mieszkańcy Los Angeles ściągali nad ocean w weekendy. Wyglądało to jak wędrówka ludów i początkowo wprawiało nas w zdziwienie, z czasem jednak przywykliśmy.

Jimmy polubił Kalifornię od pierwszej chwili. Któremu dziecku nie spodobałyby się zresztą te piaszczyste plaże, gdzie można się bawić, fale, z którymi można się ścigać? Jednak bliskość mekki ludzi kina nie zrobiła na nim większego wrażenia. Był zupełnie normalnym dzieckiem, z potrzebami i marzeniami na miarę swojego wieku. Pewne zdolności przejawiał bardzo wcześnie, ale jego powołanie jeszcze nie dało o sobie znać. Ludzie wymyślają sensacyjne historie, my jednak zadowalaliśmy się zwyczajnym życiem.

Zapisaliśmy syna do Brentwood School, a następnie do szkoły podstawowej McKinley, do której uczęszczał przez trzy lata. Był pilnym i poważnym uczniem. Obserwując go, można było pomyśleć, że musi starać się bardziej od innych, którzy kpili z jego akcentu i wytykali mu wieśniacze pochodzenie. Nie starał się do nich upodobnić, naśladowanie innych nie leżało w jego charakterze. Chciał być sobą, dochować wierności swym korzeniom, jednak czasami próbował zaimponować kolegom, żeby przestali wreszcie mu dokuczać, szydzić z niego.

Przyznam szczerze, że cieszyło mnie, że mój syn nie jest taki jak inni. Nie chciałam, żeby był jednym z wielu. Wyczuwałam w nim zdolności, uważałam go za wyjątkowego. Sądziłam jednak, że każda matka tak myśli, że dostrzega w swym dziecku to, czego inni nie widzą, i zachęca je, by się wyróżniało i rozwijało. Wydawało mi się, że mogę się mylić, ale i tak robiłam, co w mojej mocy, by rozwijał zainteresowania artystyczne. Najpierw przekonałam go do gry na klekotce, potem posłałam na naukę gry na skrzypcach. W tajemnicy przed mężem płaciłam za lekcje. Powtarzałam sobie: mój syn zostanie muzykiem albo tancerzem. Będzie, kim zechce. Oby tylko blask nie zagasł w jego oczach.

Naszą (to znaczy moją i Jimmy’ego) ulubioną rozrywką było odgrywanie sztuk teatralnych, które sami wymyślaliśmy. Zrobiliśmy sobie maleńką scenę, uszyłam kostiumy, przygotowałam figurki. Obmyślanie historyjek i inscenizowanie ich przed wyimaginowaną publicznością było fascynujące. Nie wiedziałam jednak, że rozbudzi w Jimmym gorące pragnienie, by zostać aktorem, ale czuję dumę, gdy pomyślę, że bez wątpienia to ja wskazałam mu, co jest jego powołaniem.

Czasami zastanawiam się, czy gdybym nie pchnęła go w tym kierunku, gdyby z dnia na dzień nie stał się znany, uniknąłby wypadku. Może nie zginąłby tak młodo, u szczytu sławy. Prawdopodobnie nie miałby pieniędzy na ten przeklęty samochód i nie doszłoby do nieszczęścia. Nie potrafię jednak rozbudzić w sobie poczucia winy. Nie ucieknie się przed przeznaczeniem. A jego przeznaczeniem było zostać gwiazdą i przemknąć przez życie jak kometa.

ORTENSE WINSLOW,CIOTKA JIMMY’EGO

Źli ludzie opowiadają, że moja bratowa Mildred była dziwną matką. Za wesoła, zbyt kapryśna, zbyt łagodna wobec syna. Nie wspominając o tym, jak uczyła go tańczyć! Zupełnie jakby chciała zrobić z niego dziewczynkę! Miejscowi, którzy nigdy nie widzieli niczego poza błotem i ciągnącymi się jak okiem sięgnąć polami, są twardzi i niezbyt gadatliwi. Uważają, że chłopaka trzeba wychować na prawdziwego mężczyznę, wcześnie przyzwyczajać do pracy na farmie, uczyć, jak obchodzić się ze zwierzętami, hartować przez sport i wysiłek fizyczny. Twierdzą, że matka, prawdziwa matka, wie, gdzie jest jej miejsce. Surowo oceniali Mildred. Uważali, że to się musi źle skończyć. Jestem pewna, że kiedy doszło do wypadku, zamiast łączyć się w bólu z jego bliskimi, powiedzieli sobie tylko, że mieli rację i że wcale ich to nie zaskoczyło. Nie czuli żalu.

MILDRED DEAN,MATKA

Szczęśliwe chwile minęły niepostrzeżenie. Mówiło się nawet, że to klątwa. Być może, nie wiem.

Pocieszam się, powtarzając: ten czas należał tylko do nas i nikt nam go nie odbierze. Spędzone razem dni, choć było ich tak niewiele, były nam przeznaczone. Gdzieś zapisano, że nie zestarzejemy się razem. Całe nasze życie sprowadzało się do kilku lat. Ale przecież wielu ludzi, którzy dożywają późnej starości, nigdy nie zaznało szczęścia. Tyle osób ogarnia nuda, nie wiedzą, co począć z czasem. Uniknęliśmy takiej udręki.

Latem 1938 roku nieoczekiwanie przeszył mnie potworny ból brzucha. Początkowo mnie to nie zaniepokoiło. Zresztą prawie nie chorowałam i wolałam unikać lekarzy. Ale bóle nawracały, uporczywe, coraz silniejsze, wieczorami stawały się nie do wytrzymania i musiałam wbijać zęby w poduszkę, żeby leżący obok Winton niczego nie zauważył.

Zaczęłam szybko tracić na wadze. Jeśli tu czy ówdzie miałam trochę więcej ciała, to te krągłości zniknęły bez śladu w ciągu kilku tygodni. Brzuch mi się zapadł, żebra rysowały pod skórą. To przeraziło Wintona. Poszłam w końcu do lekarza.

Dzięki zdjęciom rentgenowskim wykryto raka macicy. Pamiętam, że kiedy podano mi diagnozę, ogarnął mnie potworny wstyd. Nie myślałam wtedy o śmierci, o możliwości rychłej śmierci. Ponieważ byłam ignorantką, zastanawiałam się, gdzie mogłam się zarazić taką chorobą. Nie popełniłam żadnego grzechu, nie miałam nic na sumieniu. Za co taka kara? Obawiałam się, co powiedzą ludzie, nie chciałam, żeby plotki dotarły do mojego męża. Chciałam zataić prawdę. Zachować ją tylko dla siebie. Nie zastanawiałam się, jak pokonać chorobę.

I oczywiście nie wspomniałam o niczym mojemu synkowi. Siedmioletnie dziecko nie zdoła pogodzić się z ciężką chorobą matki. Powtarzałam sobie – trzeba zachować pozory. No i tym właśnie się zajęłam.

Lecz czasami przychodziło mi to z wielkim trudem. Marniałam w oczach. Jimmy doskonale widział, że nie jestem taka jak dawniej, że rzadko się uśmiecham i nie zawsze mam dla niego czas. I że nie jestem już zdolna do wysiłku. Że musimy rezygnować z niektórych zabaw. Zauważył, że rysy mojej twarzy wyostrzyły się, chodzę wolniej, nie tak pewnie, a gwałtowne ataki bólu zmuszają mnie do leżenia całymi tygodniami. Poza tym razem z jego ojcem chodziliśmy do szpitala, prowadziliśmy poważne rozmowy, zniżając głos do szeptu. Widział, że coś przed nim ukrywamy, siedzimy za zamkniętymi drzwiami. Ale nie zadawał żadnych pytań, a ten brak zainteresowania utwierdzał mnie w przekonaniu, że rozumiał powagę sytuacji i wiedział, że grozi mi niebezpieczeństwo.

To okropne widzieć, jak jasne oczy małego synka tracą blask i wypełniają się łzami. Okropnie jest patrzeć, jak jego uśmiech gaśnie albo jest wymuszony. Przerażający jest widok wypalającej się energii, coraz ostrożniejszych gestów. Bo trzeba sobie szczerze powiedzieć, że konający człowiek nie potrafi skutecznie zachować pozorów.

Jednak