Jak zrozumieć nasze dziecko. Tata lekarz opowiada o potrzebach dzieci i ich rodziców. - Tommaso Montini - ebook
Opis

Kiedy na świat przychodzi nowy człowiek, wszystko staje na głowie. Szczęście i radość mieszają się z popłochem i paniką. A to przecież dopiero początek... przed wami długa droga... ząbkowanie, odstawienie od piersi, pieluchy, zasypki, kolki, pierwsze kroczki, przedszkole, potem szkoła... W całym tym, na szczęście cudownym zamieszaniu przydadzą się mądre rady...

Tommaso Montini – urodzony w Neapolu, lekarz pediatra, mąż i ojciec trójki dzieci. Autor poczytnych książek, niezwykle lekkich, dowcipnych i ciepłych poradników.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 180

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ty­tuł ory­gi­na­łu: Me lo dici in… bam­bi­ne­se? Come ca­pi­re i no­stri fi­gli

Co­py­ri­ght © FI­GLIE DI SAN PA­OLO, 2009

© Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two JED­NOŚĆ, Kiel­ce 2011

Prze­kład z ję­zy­ka wło­skie­go: Anna Ga­bry­szew­ska-Ko­niecz­ny

Re­dak­cja i ko­rek­ta: Inga Pa­mu­ła

Re­dak­cja tech­nicz­na: Ar­tur Czer­wiec

Pro­jekt okład­ki: Ola Ma­kow­ska

ISBN 978-83-7660-542-5

Wy­daw­nic­two JED­NOŚĆ

25-013 Kiel­ce, ul. Jana Paw­ła II nr 4

Dział sprze­da­ży, tel.: 41 349 50 50

Re­dak­cja, tel.: 41 349 50 00

www.jed­nosc.com.pl

e-mail: jed­[email protected]­nosc.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

WSTĘP

Po dzie­cię­cej stro­nie

Czy moż­li­we jest, aby nasz świat zo­stał ura­to­wa­ny przez dzie­ci? Przez ich uśmiech, przez siłę ich wraż­li­wo­ści, przez ich pier­wot­ną nie­ska­zi­tel­ność wie­ku dzie­cię­ce­go? Czy będą w sta­nie przy­wró­cić nam mi­łość, od­wa­gę, pra­wi­dło­we po­strze­ga­nie świa­ta, któ­rych tak pil­nie po­trze­bu­je­my, aby na nowo roz­kwi­tło w nas to, co jest naj­waż­niej­sze w ota­cza­ją­cym nas cha­osie? Czy po­mo­gą nam od­kryć na nowo tę ma­gię i za­chwyt, tkli­wość i po­ezję, dzię­ki któ­rym ży­cie jest pięk­ne? I dzię­ki któ­rym bę­dzie­my sil­niej­si wo­bec trud­no­ści i po­ra­żek spo­ty­ka­nych na co dzień?

Z całą sta­now­czo­ścią twier­dzę: tak, dzie­ci nas oca­lą. Je­śli bę­dzie­my umie­li pa­trzeć im w oczy, słu­chać ich i ota­czać je czu­ło­ścią, kon­tem­plu­jąc ten cud bo­ski i ludz­ki, ja­kim są na­ro­dzi­ny i po­czę­cie ży­cia, za­nim wy­rwą się w prze­strzeń swo­je­go prze­zna­cze­nia. Je­śli bę­dzie­my z nimi roz­ma­wiać, ucząc się ro­zu­mieć, co chcą nam po­wie­dzieć ję­zy­kiem swo­je­go cia­ła, do­ty­kiem, spoj­rze­niem, ru­chem, za­nim za­czną uży­wać słów.

Ten mię­dzy­na­ro­do­wy ję­zyk Tom­ma­so Mon­ti­ni, pe­dia­tra ro­dzin­ny i oj­ciec bez­gra­nicz­nie za­ko­cha­ny w trój­ce swych dzie­ci, zde­fi­nio­wał jako „ję­zyk dzie­cię­cy”. Temu za­gad­nie­niu po­świę­cił te stro­ny, na­pi­sa­ne lek­kim ję­zy­kiem, nad wy­raz cie­pło, z de­li­kat­nym za­bar­wie­niem po­etyc­kim. Po­dróż w świat na­szych ma­leństw au­tor uczy­nił przy­jem­ną i wcią­ga­ją­cą, miej­sca­mi ozdo­bił ją żar­ta­mi. Jego opo­wie­ści cha­rak­te­ry­zu­je na­uko­wa pre­cy­zja i jest w nich wie­dza spraw­dzo­na w prak­ty­ce. Wia­do­mo­ści są po­da­ne w cie­pły, pły­ną­cy wprost z ser­ca spo­sób, dzię­ki cze­mu ten prze­kaz na­bie­ra in­tym­no­ści i świe­żo­ści, jak w roz­mo­wie przy­ja­ciół. Do­da­je otu­chy, kie­dy drę­czą nas nie­pew­ność i lęk, trud­ne py­ta­nia i ocze­ki­wa­nie.

I kie­dy tak uczy­my się pod­sta­wo­wych po­jęć, po­ma­ga­ją­cych nam zro­zu­mieć eta­py roz­wo­ju na­szych dzie­ci i wy­cho­wy­wać je w od­po­wie­dzi na ich po­trze­by, za­rów­no fi­zycz­ne, jak i psy­chicz­ne, wte­dy za­cho­dzi w nas głę­bo­ki pro­ces bę­dą­cy in­ten­syw­ną przy­jem­no­ścią po­zna­nia. Roz­pro­mie­nia ona nie tyl­ko tego, kto jej do­zna­je, ale rów­nież tego, dzię­ki któ­re­mu jest moż­li­wa. Nie czu­je­my się już sa­mot­ni, od­czu­wa­my obec­ność współ­ro­zmów­cy, któ­ry trwa przy nas dys­kret­nie i umie­jęt­nie. Wcho­dzi do na­szych do­mów, ale nie jak le­karz, ru­ty­no­wym kro­kiem z pli­kiem re­cept w dło­ni, tyl­ko jak czło­wiek, któ­ry chce się spo­tkać z ludź­mi, aby wspól­nie sta­wić czo­ła wy­zwa­niu naj­waż­niej­sze­mu dla ro­dzi­ców, dziad­ków i po­zo­sta­łych człon­ków ro­dzi­ny: po­móc ich dzie­ciom ro­snąć tak, aby po­tra­fi­ły sta­wiać opór wi­chrom i za­mie­ciom ży­cia, ale żeby jed­no­cze­śnie były w sta­nie do­strze­gać i przyj­mo­wać całe pięk­no i ra­dość, ja­kie ono ze sobą nie­sie.

W dzi­siej­szych cza­sach nie po­tra­fi­my już utrzy­my­wać praw­dzi­wych sto­sun­ków mię­dzy­ludz­kich. So­cja­li­za­cja, bę­dą­ca wy­two­rem no­wo­cze­snych tech­no­lo­gii i glo­ba­li­za­cji ko­mu­ni­ka­cji, sta­ła się pu­stym po­jem­ni­kiem, w któ­rym do­ko­nu­ją się spo­tka­nia i „kon­tak­ty” w me­diach, któ­re nie umoż­li­wia­ją spo­tkań dusz i serc i na­wią­za­nia praw­dzi­wych zna­jo­mo­ści, nie tyl­ko po­wierz­chow­nych. Prze­szka­dza­ją w za­wie­ra­niu praw­dzi­wych związ­ków emo­cjo­nal­nych, we wzbu­dza­niu i otrzy­my­wa­niu uczuć oraz w od­kry­wa­niu, dzię­ki po­zna­niu i świa­do­mo­ści, no­wych po­jęć. Rów­nież w ży­ciu co­dzien­nym je­ste­śmy ra­zem, ale przy od­dziel­nych sto­łach. Nie je­ste­śmy w sta­nie za­trzy­mać się, spoj­rzeć so­bie w oczy, wsłu­chać się w sie­bie na­wza­jem, ob­da­rzyć dru­gą oso­bę bez­in­te­re­sow­ną mi­ło­ścią, po­ko­nać na­szą obo­jęt­ność, nasz ego­izm i ego­cen­tryzm, przy­gar­nąć do sie­bie tego, kogo mamy bli­sko sie­bie, w domu, i poza do­mem, bli­sko i da­le­ko.

Dru­gi czło­wiek zo­stał zre­du­ko­wa­ny do roli przed­mio­tu, na któ­ry prze­no­si­my na­sze pra­gnie­nia, stał się so­czew­kąna­szych lę­ków, nie­za­do­wo­le­nia, któ­re co­raz czę­ściej prze­ra­dza­ją się we fru­stra­cje i neu­ro­zy. Je­śli tak wła­śnie bę­dzie­my trak­to­wa­li na­sze dzie­ci, ry­zy­ku­je­my, że od­ci­śnie to w nich pięt­no na całe ży­cie. Jak po­ka­zu­ją nie­któ­re ba­da­nia, mło­dzi lu­dzie uwi­kła­ni w pro­ble­my i przy­kre do­świad­cze­nia mie­li w pierw­szych la­tach swo­je­go ży­cia trud­no­ści w na­wią­za­niu wię­zi uczu­cio­wej z mat­ką. Rów­nież w cią­gu do­ro­słe­go ży­cia suk­ce­sy czy nie­po­wo­dze­nia ży­cio­we, a tak­że zdol­ność ra­do­sne­go i zrów­no­wa­żo­ne­go funk­cjo­no­wa­nia za­le­żą od re­la­cji z ro­dzi­ca­mi, ja­kie mia­ły miej­sce od naj­wcze­śniej­szych chwil, na­wet już w ło­nie mat­czy­nym.

Jest więc nie­zwy­kle waż­ne, aby zro­zu­mieć, o co pro­szą nas dzie­ci, a nie tyl­ko na­rzu­cać im to, co my chcie­li­by­śmy od nich. Już w pierw­szym roku ży­cia two­rzy się „sys­tem ope­ra­cyj­ny” czło­wie­ka, coś w ro­dza­ju Win­dow­sa, któ­ry póź­niej do­ro­słe­mu jest nie­zwy­kle trud­no prze­kształ­cić we wła­sny sys­tem ope­ra­cyj­ny, tłu­ma­czy Tom­ma­so Mon­ti­ni, po­ka­zu­jąc na­uko­wo, co się dzie­je w tej czę­ści mó­zgu, któ­ra od­po­wie­dzial­na jest za emo­cje, i gdzie jest zde­ter­mi­no­wa­ny sys­tem re­la­cji w do­ro­sło­ści. Wska­zu­je też, jaką dro­gę obrać, aby unik­nąć ewen­tu­al­nych trud­no­ści: cią­gły kon­takt fi­zycz­ny, któ­ry po­zwa­la wy­czy­tać z twa­rzy, skó­ry, za­pa­chu i gło­su, proś­by i ocze­ki­wa­nia ze stro­ny no­wo­rod­ka. To stąd po­cho­dzą nie­dwu­znacz­ne zna­ki: dzie­ci mają przede wszyst­kim po­trze­bę piesz­czot, po­nie­waż „piesz­czo­ty bu­du­ją mózg i są naj­lep­szym da­rem na ich przy­szłe ży­cie”. Mają po­trze­bę czu­cia cia­ła mat­ki, przy­tu­la­nia się i wtu­la­nia się w jej cia­ło, któ­re do nie­daw­na było ich wła­snym cia­łem, tak aby w ja­kimś stop­niu i te­raz stać się jed­no­ścią.

Mowa ciał, w któ­rych miesz­ka mi­łość, jest naj­bar­dziej wi­docz­na i sku­tecz­na, szcze­gól­nie dla tych, „któ­rzy gło­su nie mają” (ta za­sa­da do­ty­czy rów­nież do­ro­słych, mło­dych i sta­rych, któ­rzy znaj­du­ją się w sy­tu­acjach szcze­gól­nej wraż­li­wo­ści i nie­mo­cy). Dzie­ci, kie­dy za­czy­na­ją ga­wo­rzyć, a po­tem mó­wić, mają za­wsze po­trze­bę czu­cia, że są obej­mo­wa­ne, tu­lo­ne, od­czu­wa­nia do­bre­go kon­tak­tu fi­zycz­ne­go z mat­ką i oso­ba­mi, któ­re są im bli­skie. To od­czu­wa­nie sta­nie się ide­al­nym pły­nem owo­dnio­wym, w któ­rym bę­dzie się po­ru­szać i roz­wi­jać ich eg­zy­sten­cja, bę­dzie de­cy­do­wać o ich za­cho­wa­niach. Kto w dzie­ciń­stwie nie był tu­lo­ny z mi­ło­ścią, piesz­czo­ny, bra­ny z czu­ło­ścią przez mamę na ko­la­na, ten jako do­ro­sły bę­dzie miał trud­no­ści w ob­da­ro­wy­wa­niu czu­ło­ścią i mi­ło­ścią, w do­świad­cza­niu i da­wa­niu tej de­li­kat­no­ści, któ­ra jest jak mu­zy­ka roz­ja­śnia­ją­ca ży­cie.

Prze­sła­niem tego dzie­cię­ce­go trak­ta­tu o mi­ło­ści jest to, aby wy­trwa­le stać po stro­nie dzie­ci.

Tom­ma­so Mon­ti­ni po­ru­sza się ni­czym w błysz­czą­cej bań­ce, za­wie­szo­nej na gwieź­dzi­stym nie­bie dzie­ciń­stwa. Ko­lo­ry, ci­sza, sło­wa, ge­sty, spoj­rze­nia – to wszyst­ko, o czym mówi, czer­pie wprost od swo­ich ma­łych bo­ha­te­rów. Cała resz­ta, któ­ra znaj­du­je się poza tą bań­ką, musi być wy­dzie­lo­na i zba­da­na z mą­dro­ścią i kom­pe­ten­cją, zgod­nie z wy­ma­ga­nia­mi tych kru­chych istot, aby ich nie zdra­dzić, aby nie po­grze­bać i nie zni­we­czyć ich spon­ta­nicz­no­ści i au­ten­tycz­no­ści. Aby stwo­rzyć so­lid­ne mo­sty łą­czą­ce je z pla­ne­tą Zie­mia, po któ­rych będą mo­gły przejść z ra­do­ścią i pew­no­ścią, spo­glą­da­jąc z uf­no­ścią na tych, któ­rzy im to­wa­rzy­szą pod­czas pierw­szych kro­ków w nie­zna­ne.

To wszyst­ko, co dzie­je się po­mię­dzy nimi a nami, sta­je się co­dzien­ną przy­go­dą ob­fi­tu­ją­cą w zdzi­wie­nie, za­chwyt, lek­cje ży­cia, któ­re po­ma­ga­ją nam po­now­nie skon­tro­lo­wać na­sze wła­sne ży­cie i po­now­nie od­kryć w nim ob­sza­ry już za­po­mnia­ne.

Rze­czy­wi­stość fik­cyj­na, wir­tu­al­na, któ­ra nas ota­cza, zbled­nie, cy­wi­li­za­cja z ekra­nów kom­pu­te­ra i te­le­wi­zo­ra od­sło­ni swo­ją mar­ność wo­bec in­tym­no­ści wie­czo­rów spę­dzo­nych na słu­cha­niu po­ciech i od­po­wia­da­niu na ich py­ta­nia. Sza­leń­czy bieg za po­sia­da­niem i kon­su­mo­wa­niem po­zor­nych dóbr usta­nie, gdy za­nu­rzy­my się w nie­win­no­ści ich spoj­rzeń, któ­re od­da­ją smak kon­tem­pla­cji, spra­wia­ją, że zu­chwa­łość z by­cia sil­niej­szym i duma z suk­ce­su sta­ją się ni­czym. Przy­kuc­nię­cie przy nich, przy­tu­le­nie ich, spra­wia­ją, że od­czu­wa­my uwal­nia­ją­cą i ra­do­sną moc ży­cia w jego za­ląż­ku. Na­pa­wa nas ra­do­ścią pięk­no pro­stych ge­stów, kie­dy trzy­ma­my w dło­ni kru­chą ma­lut­ką rącz­kę, któ­ra za­wie­rza nam i od­da­je się uf­nie, gdy dziec­ko sta­wia swo­je pierw­sze, nie­pew­ne kro­ki.

W ci­szy, któ­ra ota­cza ich sny, uświa­da­mia­my so­bie, co tak na­praw­dę jest waż­ne, a co nie­istot­ne, od­kry­wa­my ma­gię wię­zi mi­ło­ści: od­da­nie, słu­cha­nie, dzie­le­nie się. Od­ra­bia­my al­fa­bet ży­cia w tych świę­tych sło­wach, któ­re two­rzą dom męż­czy­zny i ko­bie­ty. Sza­nu­je­my god­ność dzie­ci i ich pra­wa, pod­trzy­mu­je­my i wspie­ra­my się na­wza­jem w obo­wiąz­kach. Miesz­kać ra­zem to zna­czy uczyć się być ra­zem, każ­de­go dnia zmie­nia­jąc ży­cie w do­zna­nie wspól­ne i in­dy­wi­du­al­ne.

Do­ro­śli miesz­kań­cy no­we­go świa­ta, od­po­wie­dzial­ni za swo­je za­da­nia, ma­ją­cy świa­do­mość, że to oni są źró­dłem mi­ło­ści i bez­pie­czeń­stwa dla naj­młod­szych, mogą ro­dzić dzie­ci bez oba­wy, że w przy­szło­ści za­ne­gu­ją one war­tość swo­je­go dzie­ciń­stwa.

Ma­ria­pia Bo­na­na­te

PRE­ZEN­TA­CJA

Dro­dzy Ro­dzi­ce,

książ­ka, któ­rą trzy­ma­cie w ręku, jest tro­chę nie­zwy­kła. Nie dla­te­go, że za­wie­ra wy­jąt­ko­we wia­do­mo­ści, ale dla­te­go, że na­le­ży czy­tać ją wspól­nie, a po prze­czy­ta­niu każ­de­go roz­dzia­łu po­win­no się go prze­dys­ku­to­wać.

Tak, wła­śnie w ten spo­sób, wie­czo­rem, kie­dy wró­ci­cie z pra­cy do domu, kie­dy sią­dzie­cie do wspól­nej ko­la­cji, wy­łącz­cie na chwi­lę te­le­wi­zor, po­roz­ma­wiaj­cie na te­mat roz­dzia­łu prze­czy­ta­ne­go po­przed­nie­go dnia, skon­fron­tuj­cie wa­sze od­czu­cia i prze­my­śle­nia.

Ta książ­ka ma szcze­gól­ną wła­ści­wość: jej ce­lem nie jest do­star­cze­nie go­to­wych re­cept do za­sto­so­wa­nia, co my le­ka­rze zwy­kli­śmy ro­bić każ­de­go dnia. Au­tor pod­su­wa w niej na­rzę­dzia, któ­re po­zwo­lą wam sta­wić czo­ła trud­no­ściom. To do was na­le­ży zna­le­zie­nie od­po­wied­nich roz­wią­zań, któ­rych, co jest zro­zu­mia­łe, może być wie­le, w za­leż­no­ści od spe­cy­ficz­nych cech dziec­ka czy ro­dzi­ny.

Tom­ma­so Mon­ti­ni zdo­łał po­łą­czyć do­świad­cze­nie pe­dia­try ro­dzin­ne­go z do­świad­cze­niem ojca trój­ki wspa­nia­łych dzie­ci i dzię­ki temu po­tra­fi w spo­sób ja­sny roz­ma­wiać z mat­ka­mi i oj­ca­mi, sta­ra­jąc się prze­ka­zać na­rzę­dzia tym, któ­rzy ich po­trze­bu­ją, po­nie­waż po raz pierw­szy do­świad­cza­ją, jak to jest być ro­dzi­cem. Sta­ra się oba­lać mity pe­dia­trii, z któ­ry­mi bar­dzo czę­sto sil­nie zwią­za­ne są bab­cie (smo­czek, cho­dzik, od­sta­wie­nie od pier­si; prze­czy­taj­cie roz­dział do­ty­czą­cy od­sta­wia­nia od pier­si, prze­czy­taj­cie go do­kład­nie, a uszczę­śli­wi­cie wa­sze dzie­ci), aby­ście mie­li wol­ny wy­bór. Wszyst­kie wy­wo­dy po­par­te są rze­tel­ną pod­sta­wą na­uko­wą.

Jest dużo, może na­wet za dużo, ksią­żek i cza­so­pism dla ro­dzi­ców po­świę­co­nych pra­wi­dło­we­mu roz­wo­jo­wi dzie­ci i ich wy­cho­wa­niu. Oczy­wi­ście prze­peł­nio­ne są one re­kla­ma­mi, któ­re usi­łu­ją prze­ko­nać was, że dany pro­dukt jest naj­lep­szy dla wa­sze­go dziec­ka. Teo­re­tycz­nie te książ­ki i cza­so­pi­sma są bar­dzo pro­ste, peł­ne go­to­wych prze­pi­sów i roz­wią­zań, jed­nak prze­waż­nie w prak­ty­ce trud­no je zre­ali­zo­wać. Je­śli szu­ka­cie ta­kiej książ­ki, to ta was roz­cza­ru­je. Po­da­ruj­cie ją le­piej in­ne­mu ro­dzi­co­wi, do­ko­na­li­ście błęd­ne­go za­ku­pu.

„Dzie­ci ro­dzą się, by la­tać” – na­pi­sał Tom­ma­so na po­cząt­ku 12. Roz­dzia­łu. Są ni­czym szy­bo­wiec, któ­ry po­trze­bu­je tyl­ko wspar­cia, by wzbić się w górę, a po­tem ra­dzi so­bie już sam. Wy ro­dzi­ce je­ste­ście tym wspar­ciem, dzię­ki któ­re­mu szy­bo­wiec uno­si się, ale je­ste­ście rów­nież siłą i ener­gią, któ­re po­zwa­la­ją wzno­sić się co­raz wy­żej wa­sze­mu szy­bow­co­wi. A my le­ka­rze je­ste­śmy tyl­ko in­struk­to­ra­mi tego lotu, któ­rzy uczą was tech­ni­ki i są przy wa­szym boku w ra­zie trud­no­ści.

Rada, któ­rą na ko­niec pra­gnę dać rów­nież ja: ko­chaj­cie książ­ki i czy­taj­cie baj­ki wa­szym dzie­ciom już od szó­ste­go mie­sią­ca ży­cia. To słu­ży ich roz­wo­jo­wi, co po­ka­zu­je pro­jekt Uro­dze­ni, aby czy­tać, któ­ry re­ali­zu­je­my od wie­lu lat z gru­pą pe­dia­trów dzia­ła­ją­cych w As­so­cia­zio­ne Cul­tu­ra­le Pe­dia­tri (Sto­wa­rzy­sze­niu Kul­tu­ral­nym Pe­dia­trów) we Wło­szech. Je­śli wy bę­dzie­cie czy­tać, wa­sze dzie­ci też to po­ko­cha­ją.

Ko­rzy­ści, ja­kie dziec­ko czer­pie z gło­śne­go czy­ta­nia już w wie­ku przed­szkol­nym, po­cząw­szy od szó­ste­go mie­sią­ca ży­cia, są udo­ku­men­to­wa­ne wie­lo­ma ba­da­nia­mi na­uko­wy­mi. Je­ste­śmy prze­ko­na­ni, że gło­śne czy­ta­nie za­pew­nia po­wo­dze­nie w szko­le, po­zy­tyw­nie wpły­wa na roz­wój mowy i umie­jęt­ność czy­ta­nia ze zro­zu­mie­niem.

Na ko­niec jesz­cze jed­na uwa­ga: wie­rzę, że lek­tu­ra tej książ­ki przy­da się rów­nież le­ka­rzom pe­dia­trom. Po­zwól­cie, że po­le­cę ją tak­że świe­żo upie­czo­nym pe­dia­trom, tym mło­dym lu­dziom, któ­rzy wy­cho­dzą ze szkół me­dycz­nych z wie­lo­ma mą­dry­mi wska­zów­ka­mi, bar­dzo do­brze przy­go­to­wa­ni do wy­ko­ny­wa­nia za­wo­du, z do­kład­ną i naj­now­szą wie­dzą na te­mat wie­lu pa­to­lo­gii cho­rób dzie­cię­cych, któ­rzy go­to­wi są zbli­żyć się do dzie­ci i ich ro­dzin. Znaj­dą oni w tej książ­ce do­dat­ko­we wska­zów­ki, wy­ni­ka­ją­ce z wie­lu lat do­świad­czeń; wia­do­mo­ści, któ­rych być może z róż­nych wzglę­dów za­bra­kło w toku stu­diów.

Wy mło­dzi rów­nież prze­czy­taj­cie tę książ­kę i je­śli chce­cie, po­dziel­cie się wa­szy­mi spo­strze­że­nia­mi. Po­wstał po­mysł, mój i Tom­ma­so, aby stwo­rzyć miej­sce na stro­nie in­ter­ne­to­wej na­sze­go Sto­wa­rzy­sze­nia Pe­dia­trów w Kam­pa­nii (www.acp­cam­pa­nia.it), w któ­rym ra­zem z wami wszyst­ki­mi: mat­ka­mi, oj­ca­mi, bab­cia­mi, pe­dia­tra­mi, sło­wem: wszyst­ki­mi czy­tel­ni­ka­mi, któ­rzy te­raz trzy­ma­ją w rę­kach tę książ­kę, wspól­nie szu­kać roz­wią­zań naj­pil­niej­szych pro­ble­mów, któ­rym mu­si­my sta­wiać czo­ło każ­de­go dnia.

Cze­ka­my na was na stro­nie i, kto wie, może ko­lej­ną książ­kę na­pi­sze­my wspól­nie.

Spró­buj­my!

Pa­olo Sia­ni

Pe­dia­tra, Dy­rek­tor Zło­żo­nej Jed­nost­ki

Ope­ra­cyj­nej Pe­dia­trii AORN, „A. Car­da­rel­li” w Ne­apo­lu

WPRO­WA­DZE­NIE

Ile emo­cji, prze­żyć, ra­do­ści, cier­pień prze­wi­ja się przez mój ga­bi­net każ­de­go dnia! Pre­tek­stem do wi­zy­ty jest ka­szel lub bie­gun­ka, ale każ­dy, kto do mnie przy­cho­dzi, ob­da­rza mnie nie­wiel­ką czę­ścią sa­me­go sie­bie i pro­si, nie mó­wiąc tego gło­śno, abym dzie­lił z nim jego lęki, skom­pli­ko­wa­ne emo­cje, ja­kie to­wa­rzy­szą by­ciu ro­dzi­cem.

To naj­pięk­niej­sza część mo­je­go za­wo­du i lu­bię wcho­dzić w tę rolę, jed­no­cze­śnie dzie­ląc się moim do­świad­cze­niem ojca, któ­ry od­czu­wał te same emo­cje i te same lęki. Zdję­cia trój­ki mo­ich dzie­ci zaj­mu­ją do­stoj­ne miej­sca w wi­try­nie w ga­bi­ne­cie i ra­zem z moim en­do­sko­pem bio­rą udział w wie­lu wi­zy­tach.

Od­czu­wam wiel­ką sa­tys­fak­cję i wiel­ką przy­jem­ność, kie­dy ci­che i peł­ne tro­ski zwie­rze­nia prze­ra­dza­ją się w sze­ro­ki uśmiech pod­czas moc­ne­go uści­sku dło­ni na do wi­dze­nia.

W cią­gu ty­go­dnia przyj­mu­ję oko­ło stu, do stu pięć­dzie­się­ciu pa­cjen­tów, ale po­waż­nych przy­pad­ków jest nie­wie­le, na­praw­dę kil­ka. Prze­wa­ża­ją­ca więk­szość pro­ble­mów wy­ni­ka z trud­no­ści by­cia ro­dzi­cem i w kon­se­kwen­cji – z za­wi­ro­wań w sa­mej ro­dzi­nie.

„Pa­to­lo­gia mamy!” – ogło­sił je­den z pro­fe­so­rów pod­czas kon­gre­su. „Wy­star­czy­ło­by usu­nąć mamy i bab­cie, żeby prze­ko­nać się, że znik­nie nie­mal 90 pro­cent przy­pad­ków am­bu­la­to­ryj­nych i wszyst­kie «na­głe przy­pad­ki», któ­re za­peł­nia­ją ko­ry­ta­rze ostrych dy­żu­rów w szpi­ta­lach!”.

Praw­do­po­dob­nie nie my­lił się, ale cze­mu nie przyj­rzeć się do­kład­nie wła­śnie tej „mat­czy­nej pa­to­lo­gii” i nie wy­cią­gnąćręki pe­dia­try na spo­tka­nie dziec­ka?

Dla­cze­go nie za­jąć się jesz­cze do­kład­niej wspar­ciem ro­dzi­ców?

Ta książ­ka jest pró­bą opo­wie­dze­nia tego wszyst­kie­go, cze­go nie mogę prze­ka­zać, sie­dząc za biur­kiem, kie­dy po­cze­kal­nia jest prze­peł­nio­na. To ro­dzaj ka­na­py, na któ­rej moż­na usiąść wy­god­nie, bez po­śpie­chu, aby po przy­ja­ciel­sku po­roz­ma­wiać o zdro­wiu na­szych dzie­ci. Nie mó­wi­my tu o re­cep­tach na leki, któ­re moż­na po­łknąć i „po­zbyć się cho­ro­by”, mó­wi­my o „do­brym by­ciu”, czy­li jed­no­ści, spo­tka­niu, ob­ję­ciach, czu­ło­ściach, a tak­że o wy­cho­wa­niu.

Znać na­sze dzie­ci to zna­czy uczyć się je ro­zu­mieć i być dla nich opar­ciem w trud­nych chwi­lach. To zna­czy umieć iść z nimi, nie na­rzu­ca­jąc na­sze­go tem­pa. Jako pe­dia­tra, a nie jako psy­cho­log, chcia­łem więc za­an­ga­żo­wać się w śle­dze­nie ich roz­wo­ju, aby na­uczyć się jako oj­ciec trzy­mać je za rękę.

W mo­jej pierw­szej książ­ce, za­ty­tu­ło­wa­nej Jak to do­brze, że są dzie­ci! Rady i do­świad­cze­nia ojca-pe­dia­try (Meno male che ci sono i bam­bi­ni! Con­si­gli ed espe­rien­ze di un pe­dia­tra papa,Ed. L’Iso­la dei Ra­gaz­zi, Na­po­li 2004), za­ją­łem się kwe­stia­mi prak­tycz­ny­mi: wy­ja­śni­łem, jak roz­po­znać naj­bar­dziej po­wszech­ne cho­ro­by, sta­ra­łem się tak­że omó­wić naj­pow­szech­niej­sze oba­wy świe­żo upie­czo­nych ro­dzi­ców.

W tej książ­ce po­świę­cam uwa­gę ko­lej­nym za­gad­nie­niom, któ­re w skró­cie moż­na by opi­sać jed­nym ha­słem: „Co czu­ję, kie­dy mó­wię”. Wia­do­mo­ści za­war­te w po­przed­niej pu­bli­ka­cji uzu­peł­ni­łem o kil­ka bie­żą­cych pro­ble­mów, któ­re omi­ną­łem w pierw­szej książ­ce, ta­kich jak za­par­cie czy sen. Cza­sa­mi ko­niecz­ne oka­za­ło się uak­tu­al­nie­nie in­for­ma­cji, na przy­kład na te­mat pro­ble­mu od­sta­wie­nia od pier­si. By­wa­ły rów­nież ta­kie sy­tu­acje, że przy­go­to­wa­łem nową, zu­peł­nie inną wer­sję roz­wią­za­nia pro­ble­mu, al­ter­na­tyw­ną, tak jak to mia­ło miej­sce w przy­pad­ku „dziec­ka, któ­re nie chce jeść”.

Nie wiem, czy w peł­ni uda­ło mi się za­chę­cić was do lek­tu­ry mo­jej książ­ki, ale je­śli po tych kil­ku uwa­gach jesz­cze nie wzbu­dzi­łem wa­szej cie­ka­wo­ści, to i tak na­ma­wiam – prze­móż­cie się i za­cznij­cie ją czy­tać, bo od­po­wie na wie­le py­tań i roz­ja­śni gnę­bią­ce was wąt­pli­wo­ści.

Dzię­ku­ję.

Tom­ma­so Mon­ti­ni

(tom.mon­ti­[email protected]­be­ro.it)

1. Na­resz­cie w ob­ję­ciach mamy…

Uczu­cia do po­dzia­łu

Cał­ko­wi­cie od­prę­żo­ne i szczę­śli­we. Bez­bron­ne i przez to nie­zwy­kle sil­ne: wy­star­czy jego małe „ge”, aby wszy­scy pod­ry­wa­li się na rów­ne nogi. Za­mknię­te w de­li­kat­nym ob­ję­ciu i za­nu­rzo­ne pod ty­sią­cem ko­cy­ków, aby nie zmar­z­ło… To wa­sze dziec­ko!

Peł­ne obaw de­li­kat­ne ru­chy mat­ki, zdej­mo­wa­nie ubran­ka dziec­ku, ostroż­ne kła­dze­nie na sto­le, za­wsze z oba­wą, że le­karz za­kłó­ci ten spo­kój i je do­tknie… To pierw­szy raz, kie­dy po­zwa­la­cie ob­ce­mu je do­tknąć!

To wa­sza pierw­sza wi­zy­ta.

To ma­gicz­na chwi­la, w któ­rej mie­sza­ją się ra­dość, sa­tys­fak­cja, lęk, zmę­cze­nie oraz wąt­pli­wo­ści wy­ni­ka­ją­ce z by­cia mamą!

Za­le­d­wie kil­ka dni temu by­ły­ście mło­dy­mi dziew­czy­na­mi, a te­raz, nie­spo­dzie­wa­nie, je­ste­ście… ma­ma­mi! Wszyst­ko wy­da­je się nie­praw­do­po­dob­nie inne. Usi­łu­je­cie się roz­po­znać w lu­strze, zmę­czo­ne i nie­wy­spa­ne po wie­lu bu­dze­niach na kar­mie­nie… Je­ste­ście szczę­śli­we, dla­cze­go więc… tak bar­dzo chce wam się pła­kać?

To ma­leń­stwo w wa­szych ra­mio­nach jest prze­pięk­ne. Obej­rza­ły­ście już naj­mniej­szy szcze­gół jego ciał­ka, mi­li­metr po mi­li­me­trze, i jest do­sko­na­łe. Coś nie­zwy­kłe­go łą­czy was z nim, a jed­nak w nie­któ­rych mo­men­tach wy­da­je się wam, że to tyl­ko sen…

O Boże, nie zo­sta­wiaj­cie mnie z nim sa­mej!

Ta pierś wy­da­je się zbyt mała (albo za duża)… A mle­ko?! Mó­wią, że po­win­no try­skać: a ze mnie nie wy­pły­wa ani kro­pla… Dziec­ko pła­cze, oczy­wi­ście nie dam rady go wy­kar­mić…

Do tego wszyst­kie­go strach, żeby je wziąć na ręce! Głów­ka nie trzy­ma się pro­sto i boję się, że je upusz­czę. Tak bar­dzo boję się, że może się prze­zię­bić, za­cho­ro­wać, za­krztu­sić się, kie­dy je albo ki­cha… Co za lęk!… Ale ja­kie to pięk­ne: je­stem mamą!

Tak na­praw­dę nie czu­ję się wca­le wiel­ką mamą, czu­ję się strzę­pem czło­wie­ka. Nie mogę się po­zbie­rać, je­stem cią­gle zmę­czo­na i śpią­ca. Tak, chce mi się spać. Rób­cie, co chce­cie, ale po­zwól­cie mi spać! A mój mąż! Tak, może to i praw­da, że przez ostat­nie dni nie po­pa­trzy­łam na nie­go ła­god­nym okiem, a na­wet po­kłó­ci­łam się z nim; ale… prze­cież on nic nie ro­zu­mie!

To dziec­ko jest mi­ło­ścią. Ko­cham je bar­dziej niż samą sie­bie, ale dla­cze­go cza­sa­mi mam wra­że­nie, że go nie­na­wi­dzę? Już sama myśl o tym prze­ra­ża mnie i czu­ję się zła. Czu­ję się brzyd­ka…

Co za kosz­mar! To wszyst­ko wina zmę­cze­nia…

Opi­sa­ny stan okre­śla­my ter­mi­nem de­pre­sja po­po­ro­do­wa. Wy­da­je się nam ona zja­wi­skiem tak od­le­głym i nie­wy­obra­żal­nym w na­szym wła­snym ży­ciu, a jed­nak jest bli­żej niż my­śle­li­śmy i w róż­nym stop­niu do­ty­ka wszyst­kie mamy.

Kie­dy nad­cho­dzi mo­ment opusz­cze­nia bez­piecz­ne­go „gniaz­da” po po­ro­dzie, ja­kim jest szpi­tal, i le­karz po­da­je ko­bie­cie dziec­ko, gra­tu­lu­jąc z uśmie­chem, czę­sto za­miast być szczę­śli­wą, ona wpa­da w pa­ni­kę. Nie­spo­dzie­wa­nie zo­sta­je z nim sama. „Dok­to­rze, jesz­cze jed­no py­ta­nie…”. Gdy­by moż­na było za­brać le­ka­rza ze sobą do domu! Mło­de mamy czu­ją się nie­przy­go­to­wa­ne do no­wej roli i nie­zdol­ne do od­gad­nię­cia ty­sią­ca po­trzeb, ja­kie to ma­leń­stwo bę­dzie im sy­gna­li­zo­wa­ło!

Każ­da mama, któ­ra – po­wta­rzam to raz jesz­cze – za­le­d­wie kil­ka dni temu była bez­tro­ską dziew­czy­ną, te­raz trzy­ma w ra­mio­nach nie­skoń­czo­ną ra­dość, ale tak­że wiel­ką od­po­wie­dzial­ność, na któ­rą nig­dy nie bę­dzie wy­star­cza­ją­co przy­go­to­wa­na.

Po­czu­cie bez­rad­no­ści zda­je się od­bie­rać siły i uśmiech. Po po­ro­dzie cia­ło pró­bu­je od­zy­skać daw­ny kształt. Jed­no­cze­śnie jest nie­wie­le cza­su na dba­nie o sie­bie. Lu­stro jest bez­li­to­sne i ła­two jest się znie­chę­cić. Zmę­cze­nie robi swo­je i płacz głod­ne­go dziec­ka wy­da­je się wiel­kim pro­ble­mem.

A tato?

Czy ist­nie­je mę­ska… de­pre­sja po­po­ro­do­wa? Nic na ten te­mat się nie mówi, ale na­le­ży się nad tym za­sta­no­wić.

Rów­nież oj­ciec wraz z na­ro­dzi­na­mi dziec­ka prze­ży­wa sil­ne emo­cje, ale jak­że są one róż­ne od tych mat­czy­nych! On tak samo głę­bo­ko ko­cha to małe dzie­ciąt­ko, ale nie ma z nim ta­kie­go kon­tak­tu jak mat­ka, dziec­ko na­wet nie od­czu­wa jego obec­no­ści!

Za­klesz­czo­ny w szczę­kach ukła­du: mama – bab­cia – te­ścio­wa, peł­ni głów­nie rolę na­byw­cy pie­lu­szek i in­nych nie­zbęd­nych dro­bia­zgów. To nie­zbyt miłe uczu­cie.

Ap­te­karz już mnie do­brze znał i kie­dy w nocy pu­ka­łem, aby ku­pić enty smo­czek albo mle­ko czy pie­lu­chy (któ­re koń­czy­ły się za­wsze w nocy), uśmie­chał się na wpół do­stoj­nie, na wpół roz­ba­wio­ny. Moja żona była prze­ko­na­na, że nie wszyst­kie smocz­ki od bu­te­lek mają taką samą „dziur­kę” i tyl­ko przez nie­któ­re na­sza pierw­sza cór­ka do­brze ja­dła. Kie­dy je go­to­wa­li­śmy, „dziur­ka” się od­kształ­ca­ła, tak więc mu­sia­łem ku­po­wać ko­lej­ne, w po­szu­ki­wa­niu tej wła­ści­wej! Mia­łem już spe­cja­li­za­cję pe­dia­try, ale mu­sia­łem bar­dzo się sta­rać, żeby ap­te­karz się o tym nie do­wie­dział, nie chcia­łem prze­cież ro­bić z sie­bie ża­ło­sne­go ta­tuś­ka, nie­po­rad­ne­go jak wszy­scy!

Nie­któ­rzy oj­co­wie, na­wet nie­świa­do­mie, mogą za­cho­wać się w ta­kiej sy­tu­acji zu­peł­nie in­a­czej. Na przy­kład za­czy­na­ją ry­wa­li­zo­wać z mat­ką swo­je­go dziec­ka: „Ja to zro­bię, nie przej­muj się…!”, co może ozna­czać: „Daj mi część swo­ich obo­wiąz­ków!”. Są „ma­mu­sio­wie”, któ­rzy prze­wi­ja­ją dzie­ci i kar­mią je z bu­tel­ki. Do pew­ne­go stop­nia ta­kie za­cho­wa­nia są do przy­ję­cia, a na­wet są po­żą­da­ne, ale za­czy­na być pro­ble­mem, kie­dy w re­zul­ta­cie mat­ka zo­sta­je nie­do­ce­nio­na.

U nie­któ­rych oj­ców (cią­gle mó­wi­my tu o za­cho­wa­niu nie­świa­do­mym) po­ja­wia się po­czu­cie od­rzu­ce­nia i za­zdrość w sto­sun­ku do dziec­ka, któ­re ma cał­ko­wi­ty mo­no­pol na uwa­gę mat­ki i od­su­wa ojca na mar­gi­nes.

Rów­nież re­la­cje w pa­rze mogą stać się trud­ne i na­pię­te, po­nie­waż mat­ka, ży­ją­ca w sym­bio­zie ze swo­im dziec­kiem, w rzad­ko po­ja­wia­ją­cych się mo­men­tach spo­ko­ju, od­po­czyn­ku od obo­wiąz­ków, czy na­wet in­tym­no­ści… za­sy­pia!

Być może za­ry­so­wa­łem wi­zje apo­ka­lip­tycz­ne: pła­czą­cy no­wo­ro­dek funk­cjo­nu­ją­cy po­mię­dzy mat­ką w de­pre­sji i za­zdro­snym i od­rzu­co­nym tatą! Na szczę­ście nie jest tak we wszyst­kich przy­pad­kach, ale na pew­no nie­któ­rzy czy­tel­ni­cy od­naj­dą w opi­sy­wa­nych sy­tu­acjach sie­bie sa­mych.

Jak więc przy­wró­cić uśmiech na tym eta­pie ży­cia, któ­ry – co za­pi­sa­ne jest w na­szych ge­nach – po­wi­nien być pe­łen ra­do­ści i szczę­ścia?

Po uro­dze­niu dziec­ko jest jesz­cze emo­cjo­nal­nie cał­ko­wi­cie za­ję­te przez mat­kę.

Aby zro­zu­mieć i opi­sać jed­ność mat­ka – dziec­ko, któ­ra sta­no­wi nie­ro­ze­rwal­ną rze­czy­wi­stość, mó­wi­my o zja­wi­sku współ­za­leż­no­ści.

Prze­pływ wra­żeń u ma­łe­go dziec­ka na­stę­pu­je „od środ­ka na ze­wnątrz”. Mo­że­my to okre­ślić jed­nym zda­niem: „Jest mi do­brze – śpię i uśmie­cham się, coś mi do­le­ga – pła­czę i pro­szę o po­moc”.

Wszyst­kie po­trze­by dziec­ka są prze­no­szo­ne na mat­kę. Ona i tyl­ko ona wy­po­sa­żo­na jest w szcze­gól­ną wraż­li­wość, któ­ra po­zwa­la jej usły­szeć na­wet naj­mniej­szy szmer, gdy wszy­scy śpią. To ona bar­dziej niż kto­kol­wiek „sły­szy” od­dech dziec­ka i od­czy­tu­je każ­dą jego po­trze­bę. Jed­nak to ona rów­nież jest oso­bą, któ­ra „ab­sor­bu­je” wszyst­kie nie­po­ko­je „wy­cho­dzą­ce” z dziec­ka.

Mat­ka w tym okre­sie jest w szcze­gól­ny spo­sób na­ra­żo­na na zra­nie­nia, już o tym mó­wi­li­śmy. Jej sa­mej po­trzeb­ny jest „po­jem­nik”, do któ­re­go mo­gła­by w od­po­wied­nim mo­men­cie prze­lać wszyst­kie nie­po­ko­je, któ­re z dziec­ka prze­cho­dzą na nią i w niej się gro­ma­dzą.

Omów­my te­raz rolę ojca. Bio­lo­gicz­nie to on jest tym „po­jem­ni­kiem” jed­no­ści zło­żo­nej z mat­ki i dziec­ka, i jego funk­cją jest wchła­nia­nie lę­ków i nie­po­ko­jów, któ­re z niej wy­cho­dzą. Ten układ przy­wo­dzi na myśl pew­ną ana­lo­gię: w każ­dym domu po­trzeb­ny jest kosz na od­pad­ki, do któ­re­go od cza­su do cza­su moż­na wy­rzu­cić zbęd­ne rze­czy, kie­dy się na­gro­ma­dzą. Oj­ciec za­wie­ra w so­bie „układ mama – dziec­ko”. Na ze­wnątrz taki ro­dzaj po­jem­ni­ka może two­rzyć układ ro­dzin­ny, zło­żo­ny z babć, cioć i in­nych bli­skich osób.

Naj­więk­szym „po­jem­ni­kiem na od­pad­ki”, ta­kim, któ­ry chło­nie wszyst­ko i sta­no­wi ostat­nie ogni­wo, jest pe­dia­tra. To wszyst­ko, co się na­gro­ma­dzi: strach, nie­po­kój, drob­ne pro­ble­my, jest zrzu­ca­ne na le­ka­rza, któ­ry jest tym lep­szym le­ka­rzem, im le­piej po­tra­fi spro­stać tej roli.

Im trud­niej jest roz­ła­do­wać na­pię­cie w spo­sób od­środ­ko­wy (zo­bacz: sche­mat): z dziec­ka na mat­kę, z niej na ojca, a na­stęp­nie na bab­cie, przy­ja­ciół, aż na koń­cu na le­ka­rza, tym ła­twiej, w spo­sób nie­unik­nio­ny, na­stą­pi prze­pływ emo­cji w dru­gą stro­nę: na­pię­ta i zde­ner­wo­wa­na mat­ka prze­nie­sie swój nie­po­kój na dziec­ko, ono za­cznie być ner­wo­we, za­cznie pła­kać, uru­cha­mia­jąc spi­ra­lę wza­jem­nej iry­ta­cji i zde­ner­wo­wa­nia.

Tak więc wszy­scy, któ­rzy ko­cha­ją dziec­ko (oj­ciec, bab­cie, wuj­ko­wie, cio­cie, przy­ja­cie­le i inne bli­skie oso­by), mu­szą po­móc mat­ce.