Wydawca: Media Rodzina Kategoria: Nauka i nowe technologie Język: polski

Jak zostałem geniuszem pamięci. O sztuce i technice zapamiętywania ebook

Joshua Foer

3 (3)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 373 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jak zostałem geniuszem pamięci. O sztuce i technice zapamiętywania - Joshua Foer

Ludzie tracą przeciętnie czterdzieści dni w roku, ponieważ o czymś zapominają. To samo dotyczyło kiedyś Joshuy Foera. Jednak po roku ćwiczenia pamięci udało mu się wziąć udział w mistrzostwach USA w zapamiętywaniu. Co ważniejsze, odkrył on prosta prawdę, której zwykle nie pamiętamy - jesteśmy sumą naszych wspomnień.

Opinie o ebooku Jak zostałem geniuszem pamięci. O sztuce i technice zapamiętywania - Joshua Foer

Cytaty z ebooka Jak zostałem geniuszem pamięci. O sztuce i technice zapamiętywania - Joshua Foer

Zdarza mu się wychodzić z  domu aż na trzy kwadranse. Odpoczywa przed domem. Czyta gazety i  pewnie czuje się przy ich lekturze tak, jakby wyszedł właśnie z  wehikułu czasu. Irak? Internet? Zanim dojdzie do końca nagłówka, zwykle i  tak zapomni, co było na początku. Przeważnie po przeczytaniu prognozy pogody po prostu bazgrze po gazecie, dorysowując wąsy osobom na zdjęciach, albo szuka łyżeczki. Kiedy widzi ceny pod zdjęciami domów, zawsze mówi, że jest nimi zaszokowany. EP jest zupełnie poza czasem. Nie ma strumienia świadomości, a  jedynie jej kropelki, które natychmiast wyparowują. Gdyby zabrać mu zegarek albo przestawić wskazówki, zupełnie by się pogubił. EP trwa w  zawieszeniu, wiecznym teraz, bez przeszłości, którą mógłby wspominać, i  przyszłości, którą może planować. Żyje w  jednym punkcie bez żadnych zmartwień. – Jest szczęśliwy, zawsze bardzo szczęśliwy. Pewnie dlatego, że nie ma żadnych stresów – powiada jego mieszkająca nieopodal córka Carol. Chroniczne zapominalstwo doprowadziło EP do patologicznego oświecenia, czegoś w  rodzaju buddyjskiej wizji życia wyłącznie w  teraźniejszości.
przypomniałem sobie historię Eda Cooke’a  na temat jego badań na Sorbonie. – Pracuję nad wydłużeniem subiektywnego odczuwania czasu, tak by mieć wrażenie, że żyję dłużej – mruknął, nie wyjmując z  ust papierosa, gdy staliśmy na chodniku przed siedzibą Con Ed. – Chodzi o  to, by uniknąć tego uczucia, kiedy zastanawiasz się pod koniec roku, gdzie do cholery podziały się te wszystkie miesiące. – A  jak masz zamiar to osiągnąć? – spytałem. – Więcej zapamiętując. Dając mojemu życiu więcej wyznaczników, bym w  większym stopniu zdawał sobie sprawę z  jego upływu. Powiedziałem, że przypomina mi to trochę plany Dunbara, pilota z Paragrafu 22 Josepha Hellera, który uważał, że czas płynie szybciej, jeśli się dobrze bawimy, więc by zwolnić bieg życia, należy zająć się tym, co jest możliwie najnudniejsze. Ed wzruszył ramionami. – Wręcz przeciwnie. Im więcej mamy wspomnień, tym wolniej upływa nam życie.
W  roku 1962 Siffre spędził dwa miesiące w  całkowitej izolacji w  podziemnej jaskini bez zegarka, kalendarza czy dostępu do słońca. Spał i  jadł tylko wtedy, kiedy domagało się tego jego ciało, chciał bowiem sprawdzić, jak takie życie poza czasem wpłynie na nasz naturalny rytm. Bardzo szybko zaczęła pogarszać się jego pamięć. W  przygnębiającym mroku dni zaczęły się na siebie nakładać, zlewając się w  końcu w  jedno. Jako że nie było nikogo, z  kim mógłby rozmawiać, nie miał też zbyt wiele do zrobienia – nie było niczego, co zaznaczyłoby się w  pamięci. Siffre nie dysponował żadnymi wyznacznikami, które pozwoliłyby mu mierzyć upływ czasu. W  którymś momencie nie mógł sobie nawet przypomnieć, co wydarzyło się poprzedniego dnia. Jego doświadczenia w  izolacji spowodowały, że stał się taki jak EP. Kiedy dni zaczęły się ze sobą zlewać, dopadła go amnezja. Szybko też przestał spać o  określonych porach. Czasami okres czuwania wydłużał mu się do trzydziestu sześciu godzin, czasami trwał tylko osiem, a  on nie widział między nimi żadnej różnicy. Kiedy w  końcu 14 września dotarli do niego koledzy, którzy na powierzchni czuwali nad przebiegiem eksperymentu, w  jego dzienniku widniała data 20 sierpnia.
Większość z  nas czyta właśnie w  ten sposób. Najpierw czytamy, czytamy, czytamy, a  potem zapominamy, zapominamy, zapominamy... Czym więc się przejmować? Michel de Montaigne już w  szesnastym wieku miał wątpliwości dotyczące ekstensywnego czytania: „Kartkuję książki, nie studiuję ich. Co mi z  nich zostanie, tego już nie uważam za rzecz cudzą; toć jeno to, z  czego sąd mój wyciągnął dla się korzyść, myśli i  poglądy, którymi sie napoił” [o] . I  dalej wyjaśnia, że nabrał zwyczaju zapisywania z  tyłu książki krótkiej recenzji, by „przemóc nieco chybom mej pamięci i  zawodności jej tak osobliwej, iż zdarzało mi się nieraz brać w  rękę jakoby nowe i  nieznane książki, które czytałem parę lat wprzódy” [p] i  mieć ogólne pojęcie, o  czym mówi dane dzieło i  co na ten temat sądził.
Zdjęcia, filmy wideo i  cyfrowe nagrania są podobnie jak książki protezą dla naszej pamięci – kolejnym etapem w  długiej podróży, która zaczęła się wraz z  tym, jak bóg Teut ofiarował królowi Tamuzowi dar pisma jako „lek na problemy pamięci i  mądrości”. Życiologowanie stanowi więc logiczny krok na tej drodze. Być może nawet krok ostateczny, coś w  rodzaju reductio ad absurdum zmian kulturowych, zachodzących w  ciągu kolejnych tysiącleci.
Działa on w  następujący sposób: 0 1 2 3 4 S T  lub  D N M R 5 6 7 8 9 L Sz lub Cz K lub G F lub W P lub B Na przykład 32 to MN, a  33 MM, 34 MR i  tak dalej. By te spółgłoski miały sens, można w  dowolny sposób wtrącać między nie samogłoski, zatem 32 może stać się słowem min, 33 mam, a  34 może stać się rosyjską stacją kosmiczną Mir. Podobnie liczba 84 to może być wor, 40 ros, a  92 Ben. Można więc wyobrazić sobie liczbę 3219 jako wykrzywiony (min 32) tyłek (dup 19). Podobnie 7879 będzie KWKP, co można sobie „przetłumaczyć na pojedynczy obraz kapiącej kawy (Kaw Kap). Główną zaletą tego systemu jest jego prostota i  to, że można z  niego korzystać bez większych przygotowań.
Jeśli podstawą kreatywności jest łączenie różnych idei i  faktów, to im większą ich liczbą dysponujemy, tym więcej możemy utworzyć tych połączeń, a  tym samym jest większe prawdopodobieństwo, że stworzymy coś nowego. Buzan lubi podkreślać, że to bogini pamięci Mnemozyne była matką wszystkich muz. Twierdzenie, że pamięć i  kreatywność stanowią awers i  rewers tej samej monety, wygląda na sprzeczne z  naszą intuicją. Wydaje się, że powinny się one wykluczać, a  nie wzajemnie wspierać. Jednak nie jest to stwierdzenie nowe, a  kiedyś nawet było dosyć powszechne i  nie wymagało żadnych dowodów. Od łacińskiego słowa inventio pochodzi zarówno słowo inwentarz czy inwentaryzacja, jak też inwencja [86] . Dla osób zajmujących się mnemotechniką te dwie rzeczy są ze sobą bardzo ściśle powiązane. Inwencja pojawiała się wtedy, gdy w  głowie została przeprowadzona inwentaryzacja z  danej dziedziny. Bo przecież nowe idee i  pomysły to niecodzienne połączenia tych starych.
Jeszcze w  dziewiętnastym wieku słowo „sawant” kojarzyło się z  czymś innym niż obecnie. Był to największy komplement, jakim można było obdarzyć uczonego. Sawantem był ktoś, kto opanował różne umiejętności, zajmował się ideami i  „poświęcił swe siły na poszukiwania prawdy” – jak powiedział Charles Richet, który w  1927 roku wydał historię sawantyzmu. Ten termin nie miał nic wspólnego z  pojedynczymi umiejętnościami czy niezwykłą pamięcią. Jednak w  dwudziestym wieku zmieniło się znaczenie tego słowa. W  1887 roku John Langton Down, znany przede wszystkim z  nazwy upośledzenia noszącego jego imię, ukuł termin „idiota-sawant”. Ponieważ to pierwsze określenie okazało się politycznie niepoprawne, zaczęto używać tylko drugiego. W 
zawodowi „zapamiętywacze” – Moja ulubiona anegdota na ten temat pochodzi od Seneki Młodszego i  dotyczy bogatego rzymskiego patrycjusza Calvisiusa Sabinusa, który zrezygnował z  nauczenia się na pamięć kanonu dzieł i  wynajął niewolników, którzy mieli to zrobić za niego. Nie znałem nikogo równie dobrze urodzonego, kto nie wiedziałby, co wypada. Pamięć miał jak sito i  często zapominał imion Odysa, Achillesa czy Priama... Mimo to chciał wydawać się uczonym i  wybrał drogę na skróty: zapłacił hojnie za niewolników, z  których ten miał się nauczyć na pamięć Homera, inny zaś Hezjoda. Miał też specjalnych niewolników od dziewięciu poetów lirycznych. Nic dziwnego, że musiał tyle na nich wydać... Kiedy już zgromadził tę świtę, zaczął dawać się we znaki gościom – trzymał niewolników przy sobie i  czasami pytał o  jakiś wers, który chciał powtórzyć. Zdarzało się jednak, że musiał przerwać w  pół słowa... Sabinus wychodził z  założenia, że wie wszystko to, co wiedzą jego ludzie.

Fragment ebooka Jak zostałem geniuszem pamięci. O sztuce i technice zapamiętywania - Joshua Foer

Joshua Foer
JAK ZOSTAŁEM GENIUSZEM PAMIĘCI
O sztuce i technice zapamiętywania
Tłumaczył Krzysztof Puławski
Tytuł oryginału: MOONWALKING WITH EINSTEIN. THE ART AND SCIENCE OF REMEMBERING EVERYTHING
Projekt okładki: AGATA WODZIŃSKA-ZAJĄC
Copyright © 2011 by Joshua Foer Copyright © 2013 for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
ISBN 978-83-7278-892-4
Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań tel. 61 827 08 60, faks 61 827 08 66www.mediarodzina.plmediarodzina@mediarodzina.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Dla Dinah – wszystko

Nikt inny nie przeżył.

Członkowie rodzin uczestników uczty, która odbyła się w V wieku przed naszą erą, rękami rozkopywali gruzy w wielkiej sali w poszukiwaniu śladów ukochanych: pierścieni, sandałów czy czegoś innego, co pozwoliłoby im zidentyfikować i pogrzebać ciała.

Parę minut wcześniej grecki poeta Symonides z Keos wstał, by wygłosić odę na cześć szlachetnie urodzonego Skopasa z Salonik. Kiedy usiadł, posłaniec dotknął jego ramienia. Dwóch czekających niecierpliwie młodzieńców na koniach przywiozło mu pilne wieści. Symonides ponownie wstał i ruszył do wyjścia. Gdy tylko przekroczył próg, dach wielkiej sali zawalił się z hukiem, wokół latały marmurowe odłamki, unosił się pył.

Miał teraz przed sobą zwały gruzu i uwięzione w nim ciała. Powietrze, które wcześniej wypełniały wesołe okrzyki, uginało się pod ciężarem pyłu i ciszy. Po chwili do pracy przystąpiły ekipy ratunkowe, które zaczęły gorączkowo przekopywać gruzowisko. Wydobywane ciała były tak zmasakrowane, że nie można ich było rozpoznać. Trudno też było powiedzieć, kto dokładnie znajdował się na sali w chwili katastrofy. Ta olbrzymia tragedia miała też całkiem prywatny, osobisty wymiar.

I nagle wydarzyło się coś niezwykłego, co na zawsze zmieniło podejście ludzi do ich wspomnień. Symonides zamknął się na pochodzący z zewnątrz chaos i odwrócił w swym umyśle bieg czasu. Marmurowe odłamki połączyły się w kolumny, fryzy znowu zaczęły zdobić dach. Kamienne szczątki stały się misami. Postrzępiony drzazgami drewniany szkielet złożył się w stół. Symonides przyglądał się kolejnym gościom, nieświadomym nadciągającej katastrofy. Zauważył siedzącego na końcu stołu roześmianego Skopasa, znajomego poetę, który wycierał kawałkiem pieczywa resztki jedzenia z talerza, uśmiechającego się z wyższością arystokratę. Obrócił się w stronę okna i dostrzegł nadjeżdżających posłańców. Odniósł wrażenie, że mają coś ważnego do przekazania.

Symonides otworzył oczy. Brał po kolei rozhisteryzowanych członków rodzin zabitych i ostrożnie prowadził przez gruzy do miejsc, gdzie siedzieli ich najbliżsi.

Według legendy właśnie w tej chwili powstała sztuka zapamiętywania.

Rozdział pierwszy
TRUDNO DZIŚ ZNALEŹĆINTELIGENTNEGO CZŁOWIEKA

Słynny grubas Dom DeLuise (i piątka trefl) zajmował się w moim umyśle następującymi gorszącymi czynnościami: napluł obficie (dziewiątka trefl) na siwą grzywę Alberta Einsteina (trójka karo) i niczym karateka kopnął wprost w krocze papieża Benedykta XVI (szóstka karo). Michael Jackson (król kier) zachowywał się dziwnie, nawet jak na niego samego. Wypróżnił się (dwójka trefl) na hamburgera z łososiem (król trefl), a swoje wiatry (królowa trefl) złapał w balon (szóstka pik). Rheę Perlman, zwaną zdrobniale Cheers, barmankę (i królową pik) przyłapano in flagranti z niemal dwuipółmetrowym koszykarzem z Sudanu, Manute Bolem (siódemka trefl) w wysoce jednoznacznym (a w tym przypadku anatomicznie mało prawdopodobnym) dwucyfrowym akcie kongresu (trójka trefl).

Taki tandetny obrazek, który bez dumy przedstawiam czytelnikom, pozwala lepiej zrozumieć sytuację, w jakiej właśnie się znalazłem. Po lewej stronie siedzi Ram Kolli, zarośnięty, dwudziestopięcioletni doradca biznesowy z Richmond w stanie Wirginia, broniący tytułu mistrza USA w zapamiętywaniu. Po prawej mam pysk kamery z ogólnokrajowej sieci telewizyjnej. A za mną znajduje się mniej więcej setka widzów, a także dwóch komentatorów, którzy na bieżąco analizują poszczególne konkurencje. Nie widzę ich, a oni nie mogą mi przeszkadzać. Wiem jednak, że pierwszy to Kenny Rice, który od wielu lat komentował pojedynki bokserskie – jego głęboki głos nie jest w stanie ukryć faktu, że wygląda na nieco zmieszanego z powodu tego zlotu jajogłowych. Drugi to można powiedzieć Pelé amerykańskich zawodów w zapamiętywaniu, czterdziestotrzyletni brodaty chemik z Fayetteville z Karoliny Północnej – Scott Hagwood, który czterokrotnie zdobył ogólnokrajowy tytuł mistrza w zapamiętywaniu. W kącie pomieszczenia znajduje się obiekt moich westchnień – dwupoziomowa statuetka zwieńczona srebrną dłonią ze złotymi paznokciami z pokerem królewskim w dłoni, w jakże patriotycznej asyście trzech amerykańskich orłów siedzących poniżej. Jest ona niemal tak duża jak moja dwuletnia bratanica (i lżejsza od większości jej pluszaków).

Osoby z widowni proszono, by nie robiły zdjęć z fleszem i zachowały całkowitą ciszę. Nie znaczy to, że moglibyśmy z Ramem coś usłyszeć. Obaj zatkaliśmy sobie uszy zatyczkami. Poza tym mamy jeszcze słuchawki wyciszające, które wyglądają tak, jakby używano ich w samolotach – a wszystko po to, żeby nie docierał do nas nawet najlżejszy szmer. Zamknąłem oczy. Przede mną na stoliku leżą odwrócone grzbietami dwie talie przetasowanych kart. Za chwilę główny arbiter włączy stoper i będę miał pięć minut na zapamiętanie kolejności kart w obu taliach.

Nieprawdopodobna historia tego, jak dotarłem do finałów Mistrzostw USA w Zapamiętywaniu i zastygłem spocony przy stoliku, zaczęła się rok wcześniej na zaśnieżonej autostradzie w środkowej Pensylwanii. Jechałem z mojego domu w Waszyngtonie do Lehigh Valley, by dla magazynu „Discover” przeprowadzić wywiad z fizykiem z Uniwersytetu Kutztown, wynalazcą komory próżniowej, z której można uzyskać największy popcorn na świecie. Moja trasa prowadziła przez York w stanie Pensylwania, gdzie mieści się Galeria Sław i Muzeum Podnoszenia Ciężarów. Pomyślałem, że nie powinienem przegapić tak wspaniałej okazji. Poza tym miałem wolną godzinę.

Jak się okazało, Galeria Sław była jedynie niewielką wystawą starych zdjęć i pamiątek, pokazywanych na parterze biurowca największej w kraju fabryki produkującej sztangi. Trudno to było nawet nazwać muzeum, ale to właśnie tam po raz pierwszy zobaczyłem czarno-białe zdjęcia Joe „Potężnego Atoma” Greensteina[a], potężnie zbudowanego, mierzącego jedynie metr sześćdziesiąt amerykańskiego Żyda, który zyskał sobie ten przydomek w latach dwudziestych ubiegłego wieku, przegryzając ćwierćdolarówki czy też leżąc na gwoździach, kiedy złożona z czternastu osób orkiestra dixielandowa grała na jego piersi. Zdarzyło mu się też zmienić opony w samochodzie bez używania narzędzi. Napis obok zdjęcia głosił, że Greenstein był wówczas „najsilniejszym człowiekiem na świecie”.

Patrząc na to zdjęcie, pomyślałem sobie, że byłoby ciekawie, gdyby najsilniejszy człowiek na świecie spotkał najinteligentniejszego. Potężny Atom i Albert Einstein w uścisku – muskuły i umysł, najbardziej ekstremalne z możliwych przeciwstawień. Przeszło mi też przez głowę, że chciałbym powiesić takie zdjęcie nad swoim biurkiem. Ciekawe, czy ktoś wpadł na to, by je zrobić? Po powrocie do domu rozpocząłem poszukiwania w Google. Na początku było całkiem łatwo – najsilniejszym człowiekiem na świecie jest Mariusz Pudzianowski, który mieszka w Białej Rawskiej i wykonał martwy ciąg z obciążeniem 415 kilogramów (czyli podniósł około trzydziestu moich bratanic).

Znacznie trudniej było znaleźć najinteligentniejszą osobę na świecie. Wpisywałem w wyszukiwarce hasła typu: „najwyższe IQ”, „mistrz inteligencji” czy „najmądrzejsza osoba na świecie”. Przy okazji dowiedziałem się, że w Nowym Jorku mieszka osoba z ilorazem inteligencji wynoszącym 228 punktów i że szachista z Węgier rozegrał kiedyś pięćdziesiąt dwie symultaniczne partie z zawiązanymi oczami. Pewna Hinduska potrafiła w ciągu pięćdziesięciu sekund obliczyć w pamięci dwudziesty trzeci pierwiastek z liczby złożonej z dwustu cyfr, ktoś inny umiał ułożyć czterowymiarową kostkę Rubika – cokolwiek to było. Oczywiście pojawiło się też wielu pewniaków w typie Stephena Hawkinga. Okazało się jednak, że siłę inteligencji znacznie trudniej zmierzyć niż siłę mięśni.

Ale w czasie poszukiwań trafiłem na kogoś, kto jeśli nawet nie zasługiwał na miano najinteligentniejszego człowieka na świecie, to jednak był swego rodzaju geniuszem. Nazywał się Ben Pridmore i potrafił zapamiętać w ciągu godziny kolejność tysiąca pięciuset dwudziestu ośmiu przypadkowo wybranych cyfr, a także – by zrobić wrażenie na humanistach – jakikolwiek wręczony mu wiersz. Był też aktualnym mistrzem świata w zapamiętywaniu.

W ciągu następnych paru dni wciąż powracałem myślami do Bena Pridmore’a. Moją własną pamięć mogłem w najlepszym wypadku określić jako przeciętną. Zwykle zapominałem o tym, gdzie się podziały moje kluczyki do samochodu (nie mówiąc o samym samochodzie), że zostawiłem jakąś potrawę w piekarniku, o urodzinach mojej dziewczyny, walentynkach, niezastawianiu przejścia do piwnicy rodziców (oj, niedobrze). Nie pamiętałem też pisowni niektórych słów, numerów telefonów do przyjaciół, po co właśnie otworzyłem lodówkę, że powinienem doładować komórkę, nazwiska szefa ekipy prezydenta Busha, miejsc postojowych na New Jersey Turnpike, kiedy ostatnio Redskins wygrali Super Bowl, że mam opuszczać deskę klozetową.

Ben Pridmore natomiast potrzebował zaledwie trzydziestu dwóch sekund na zapamiętanie kolejności kart w talii. W ciągu pięciu minut potrafił przyswoić sobie zdarzenia z dziewięćdziesięciu sześciu różnych historycznych dat. Znał pięćdziesiąt tysięcy cyfr z liczby π. Czy można mu było nie zazdrościć? Wyczytałem gdzieś, że z powodu zapominania przeciętnie marnujemy około czterdziestu dni w ciągu roku. Pomijając fakt, że chwilowo był bezrobotny, czego jeszcze mogło brakować Benowi Pridmore’owi?

Wydaje się, że codziennie mamy coraz więcej rzeczy do zapamiętania: więcej nazwisk, haseł, umówionych spotkań. Odnosiłem jednak wrażenie, że przy takiej pamięci jak Ben Pridmore można zmienić – i poprawić! – jakość życia. Nasza kultura wciąż zmusza nas do zapamiętywania nowych informacji, a przecież tak niewiele zostaje nam z tego w głowach. Większość wpada jednym uchem i wypada drugim. Gdyby w czytaniu chodziło wyłącznie o zapamiętywanie informacji, byłaby to jedna z najmniej wydajnych form naszej działalności. Mogę ślęczeć parę godzin nad książką, a potem nawet zapomnieć, o co w niej chodziło. Wszystkie fakty i informacje, nawet te najbardziej interesujące i warte zapamiętania, mogą zrobić na mnie wrażenie, ale potem nagle nie wiadomo, gdzie się ulatniają. Czasami natrafiam na jakąś książkę na mojej półce i nie pamiętam, czy ją czytałem.

Jak by to było, gdybym miał całą tę utraconą wiedzę na wyciągnięcie ręki? Nabrałem przekonania, że stałbym się dzięki temu bardziej przekonujący, pewny siebie, a także w niektórych istotnych sytuacjach mógłbym podejmować lepsze decyzje. Z pewnością stałbym się lepszym dziennikarzem, a także przyjacielem i narzeczonym. Co więcej, wydawało mi się, że pamięć taka jak ta, którą dysponował Ben Pridmore, sprawiłaby, że stałbym się bardziej atrakcyjny i, być może, mądrzejszy. Jeśli nasze doświadczenia są do pewnego stopnia sumą naszych wspomnień, a mądrość jest sumą doświadczeń, lepsza pamięć pozwala wiedzieć więcej nie tylko o świecie, ale też o sobie. Z pewnością zapomnienie, które nas dotyka, bywa czasami zbawienne czy też konieczne. Gdybym na przykład nie zapominał wszystkich głupstw, jakie zrobiłem, stałbym się zapewne bardzo znerwicowany. Jednak o ilu ważnych rzeczach zapomniałem tylko z powodu ułomności mojej pamięci?

Wciąż powracałem myślami do tego, co powiedział Ben Pridmore w jednym z wywiadów prasowych. Jego słowa sprawiały, że zastanawiałem się, czym tak naprawdę różni się jego pamięć od mojej. „Wszystko polega na tym, by poznać technikę korzystania z pamięci i zrozumieć, jak ona funkcjonuje – wyznał dziennikarzowi. – Tak naprawdę każdy może to zrobić”.

Parę tygodni po mojej wizycie w Galerii Sław i Muzeum Podnoszenia Ciężarów znalazłem się w wielkiej sali na dziewiętnastym piętrze kwatery głównej Con Edison w okolicach Union Square na Manhattanie, by móc obserwować Mistrzostwa USA w Zapamiętywaniu z 2005 roku. Wynikało to z fascynacji Benem Pridmore’em, ale miałem też napisać na ten temat krótki artykuł do magazynu „Slate”. Spodziewałem się, że za chwilę zobaczę coś w rodzaju Super Bowl dla ludzi obdarzonych niezwykłymi właściwościami.

Jednak to, co miałem przed sobą, nie przypominało pojedynku tytanów. Kilkunastu facetów (i parę kobiet) w różnym wieku i stanie zaniedbania przeglądało strony z wypisanymi różnymi liczbami i długie listy słów. Mówili o sobie, że są „mentalnymi atletami”, w skrócie MA.

Zawody składały się z pięciu konkurencji. Najpierw uczestnicy musieli zapamiętać niepublikowany wiersz, zatytułowany The Tapestry of Me[b]. Następnie dostawali zestawy dziewięćdziesięciu dziewięciu zdjęć portretów osób wraz z ich imionami i nazwiskami i mieli zapamiętać jak najwięcej w ciągu piętnastu minut. Potem dawano im kolejny kwadrans na zapamiętanie listy złożonej z trzystu przypadkowych słów, pięć minut na przyswojenie sobie strony, na której znajdował się tysiąc różnych cyfr (dwadzieścia pięć linijek z cyframi, czterdzieści przypadkowych cyfr w linii) i jeszcze pięć, by zapamiętać kolejność kart w przetasowanej talii. Wśród zawodników było dwóch z trzydziestu sześciu światowych mistrzów zapamiętywania. Ten tytuł przysługiwał osobom, które w godzinę zapamiętały ciąg złożony z tysiąca przypadkowych cyfr, porządek kart w dziesięciu potasowanych taliach w tym samym czasie, a także jednej potasowanej talii w ciągu mniej niż dwóch minut.

Chociaż pozornie mogło to wyglądać jak wygłupy na jakimś przyjęciu – bezużyteczne w swej istocie i nawet dosyć żałosne – jednak w czasie rozmów z zawodnikami odkryłem, że chodzi o coś znacznie poważniejszego; coś, co zmusiło mnie do zastanowienia się nad ograniczeniami mojego umysłu i istotą mojej edukacji.

Spytałem Eda Cooke’a, młodego mistrza z Anglii, który przyjechał do Nowego Jorku w ramach treningu do mistrzostw świata (jako cudzoziemiec startował w USA poza konkurencją), kiedy zdał sobie sprawę z tego, że ma niezwykłe uzdolnienia.

– Nie mam żadnych niezwykłych uzdolnień – odparł, chichocząc.

– Więc może fotograficzną pamięć? – podsunąłem.

Znowu zachichotał.

– Fotograficzna pamięć to obrzydliwa bujda – odrzekł. – Nic takiego nie istnieje. Tak naprawdę mam dosyć przeciętną pamięć. Podobnie jak wszyscy tutaj.

Trudno było to pogodzić z tym, że parę minut wcześniej wyrecytował bez zająknienia dwieście pięćdziesiąt dwie przypadkowe cyfry, jakby to był jego numer telefonu.

– Trzeba przede wszystkim zrozumieć, że nawet przeciętna pamięć ma olbrzymie możliwości, jeśli się ją odpowiednio wykorzysta – wyjaśnił.

Ed miał dużą głowę i sięgającą ramion kasztanową kręconą czuprynę. Należał do tych uczestników zawodów, którzy najmniej przejmowali się swoim wyglądem. Włożył garnitur z poluzowanym krawatem, a do niego, dziwacznie, klapki ozdobione brytyjską flagą. Miał dwadzieścia cztery lata, ale poruszał się tak, jakby był trzy razy starszy. Chodził, podpierając się laską – swoim „talizmanem”, jak ją nazywał – z której jednak musiał korzystać z powodu nawrotu chronicznego młodzieńczego artretyzmu. Ed oraz inni uczestnicy zawodów utrzymywali – podobnie jak Ben Pridmore w wywiadzie – że każdy może osiągnąć to, co oni. Chodziło po prostu o to, by nauczyć się „myśleć, więcej zapamiętując”, korzystając z „dziecinnie łatwej”, liczącej sobie dwa i pół tysiąca lat techniki mnemonicznej, znanej jako pałac pamięci, wynaleziony najprawdopodobniej przez Symonidesa z Keos po tym, jak zawalił się prawdziwy pałac.

Technika pałacu pamięci – znana też jako metoda podróży lub loci, a szerzej jako ars memorativa, czyli sztuka pamiętania – została opisana i skodyfikowana, co znalazło wyraz w licznych podręcznikach przygotowanych przez Rzymian, takich jak Cycero i Kwintylian. Kwitła ona w średniowieczu, gdyż pozwalała pobożnym na zapamiętywanie kazań, modlitw czy kar, które czekały na grzeszników w piekle. Były to te same sztuczki, z których korzystali rzymscy senatorowie, aby zapamiętywać swe przemowy, ateński mąż stanu Temistokles, by przyswoić sobie imiona dwudziestu tysięcy ziomków czy średniowieczni uczeni, by zapamiętywać całe księgi.

Ed wyjaśnił mi, że zawodnicy uważają siebie za „uczestników amatorskiego programu badawczego”, który ma na celu odrodzenie dawnej zapomnianej tradycji ćwiczenia pamięci. Jego zdaniem niegdyś wszystko opierało się na pamiętaniu. Wyćwiczona pamięć nie była jedynie użytecznym narzędziem, ale podstawową cechą oświeconego umysłu. Co więcej, uważano, że ćwiczenia pamięci kształtują charakter, rozwijają podstawową cnotę rozwagi, a przez to ogólnie mają wpływ na moralność jednostki. Jedynie dzięki zapamiętywaniu można było przyjmować nowe idee i oceniać ich wartość. Z tej techniki korzystano nie tylko po to, by zapamiętywać rzeczy bezużyteczne, jak na przykład kolejność kart w talii, ale także by przyswoić sobie fundamentalne teksty i myśli.

Jednak w piętnastym wieku, wraz z wynalezieniem druku przez Gutenberga, książki stały się powszechnie dostępne i w końcu można było pozostawić całą wiedzę na ich kartach. Techniki zapamiętywania, które stanowiły filary klasycznej i średniowiecznej kultury, uległy okultystycznym i ezoterycznym tradycjom renesansowego hermetyzmu, tak że w dziewiętnastym wieku wykorzystywano je wyłącznie w jarmarcznych pokazach i uczono ich w kiepskich poradnikach. Odrodziły się dopiero w ostatnich dziesięcioleciach dwudziestego wieku i to wyłącznie na potrzeby wyżej wspomnianych zawodów.

Za przywódcę tego ruchu i jego samozwańczego guru uważa się sprytnego sześćdziesięciosiedmioletniego pedagoga z Wielkiej Brytanii, Tony’ego Buzana, który twierdzi, że ma najwyższy na świecie „iloraz kreatywności”. Kiedy spotkałem go w bufecie budynku Con Edison, miał na sobie granatowy garnitur z pięcioma wielkimi guzikami ze złotym brzeżkiem i koszulę ze stójką zapiętą na kolejny ogromny guzik, co sprawiało, że wyglądał jak jakiś wschodni kapłan. W klapie miał wpiętą szpilkę w kształcie neuronu. Na cyferblacie zegarka widniała reprodukcja Trwałości pamięci Dalego (ta z miękkimi zegarkami). Kiedy mówił o uczestnikach zawodów, używał zwrotu: „rycerze umysłu”.

Z twarzy Buzan wyglądał na starszego o dziesięć lat niż w rzeczywistości, ale ciało miał szczupłe jak trzydziestolatek. Jak mi powiedział, każdego ranka przepływa kajakiem po Tamizie od sześciu do dziesięciu kilometrów, a poza tym je dużo dobrych dla mózgu warzyw oraz ryb.

– Śmieciowe jedzenie to śmieciowy mózg – powiedział. – A zdrowe to zdrowy.

Kiedy Buzan szedł, sunął po posadzce niczym hokejowy krążek (jak się później dowiedziałem, dzięki temu, że przez czterdzieści lat ćwiczył według wskazań techniki Alexandra). W czasie rozmowy gestykulował z wytworną, dobitną precyzją, co mogło wynikać jedynie z długich ćwiczeń przed lustrem. Często akcentował jakąś ważną opinię, gwałtownie otwierając zaciśniętą dłoń.

Buzan zapoczątkował w 1991 roku Mistrzostwa Świata w Zapamiętywaniu, a później przyczynił się do powstania narodowych zawodów tego typu w kilkunastu różnych krajach, poczynając od Chin, przez RPA aż po Meksyk. Mówił też, że od lat siedemdziesiątych zabiega z misjonarskim zapałem o wprowadzenie technik zapamiętywania do programu szkół na całym świecie. Uważa, że będzie to „ogólnoświatowa rewolucja w oświacie, która skupi się na nauce uczenia się”. Przy okazji zbił na tym niezły majątek. (Według prasy Michael Jackson na krótko przed śmiercią przekazał Buzanowi 343 tysiące dolarów na cele edukacyjne.)

Buzan uważa, że nauka w szkole jest postawiona na głowie. Nauczyciele przekazują uczniom olbrzymie ilości informacji, ale nie uczą ich, jak je zachować. Zapamiętywanie zyskało sobie złą sławę i uważa się, że jest ono jedynie bezmyślnym powtarzaniem, potrzebnym do zdania egzaminów. Ale to nie zapamiętywanie jest złe, tylko tradycja nudnego uczenia się na pamięć, która jego zdaniem zepsuła cały zachodni system edukacyjny. „W ubiegłym wieku źle definiowaliśmy pamięć, rozumieliśmy ją tylko cząstkowo i nie potrafiliśmy właściwie zastosować i w końcu potępialiśmy ją, gdyż nie przynosiła odpowiednich rezultatów i była nużąca” – twierdzi Buzan. Uczenie się na pamięć jest próbą wyrycia w naszym mózgu odpowiedniej informacji poprzez brutalne powtarzanie, natomiast sztuka zapamiętywania jest zdecydowanie bardziej wyszukana i interesująca. Jest też szybsza, nie tak męcząca, a poza tym daje lepsze rezultaty.

„Mózg przypomina mięsień” – powiedział, a ćwiczenie pamięci to dla niego sala gimnastyczna. Jeśli będziemy na niej ćwiczyć, to stanie się on szybszy, sprawniejszy i bardziej giętki. To założenie legło u podstaw techniki zapamiętywania. Rzymscy oratorzy twierdzili, że sztuka zapamiętywania – odpowiednie porządkowanie i zatrzymywanie wiedzy – była ważnym narzędziem przy tworzeniu nowych idei. Obecnie „ćwiczenia mentalne” stały się bardzo popularnym elementem kultury masowej. Coraz bardziej modne są różnego rodzaju obozy ćwiczenia pamięci, a w 2008 roku sprzedano programy do ćwiczenia pamięci za łączną sumę 265 milionów dolarów[1], częściowo zapewne z powodu informacji na temat tego, że ćwiczenie pamięci (krzyżówki, szachy) powstrzymuje rozwój choroby Alzheimera i demencji postępowej, ale przede wszystkim dlatego, że pokolenie powojennego wyżu demograficznego pragnie za wszelką cenę zachować dobre zdrowie psychiczne. Jednak chociaż mamy sporo dowodów na to, że aktywność umysłowa pozwala walczyć z demencją, to do przesadnych deklaracji Buzana na temat ogólnie dobroczynnego wpływu ćwiczenia umysłu lepiej zachować zdrowy dystans. Niemniej trudno było polemizować z wynikami. Po prostu słuchałem, jak czterdziestosiedmioletni zawodnik podaje po kolei sto różnych słów, które przeczytał zaledwie parę minut wcześniej.

Buzan próbował mnie przekonać, że pomimo wieku jego własna pamięć poprawia się z roku na rok.

– Ludzie zakładają, że wraz z wiekiem tracą zdolność do zapamiętywania i że to naturalny proces – powiedział. – Ale kryje się tu błąd logiczny, bo to, co naturalne, niekoniecznie jest normalne. Stopniowo tracimy umiejętność zapamiętywania, ponieważ wprowadzamy w życie antyolimpijski trening. To znaczy, że zachowujemy się tak, jakbyśmy trenując do olimpiady, musieli głównie spędzać czas na kanapie, pić dziesięć piw dziennie, wypalać pięćdziesiąt papierosów, jeździć samochodem do pracy i najwyżej raz w miesiącu porywać się na jakieś potencjalnie niebezpieczne ćwiczenia, a poza tym skupiać się na oglądaniu telewizji. A potem dziwimy się, że jakoś nie poszło nam na olimpiadzie. Tak właśnie zachowujemy się, kiedy idzie o naszą pamięć.

Zacząłem wypytywać Buzana, jak trudno jest nauczyć się tej techniki zapamiętywania. Jak ćwiczą zawodnicy? Jak szybko poprawia się ich pamięć? Czy można wykorzystać tę technikę w codziennym życiu? Jeśli rzeczywiście jest ona tak prosta i efektywna, jak to możliwe, że nigdy wcześniej o niej nie słyszałem? Dlaczego wszyscy z niej nie korzystamy?

– Wie pan – powiedział w końcu. – Zamiast zadawać mi te wszystkie pytania, powinien pan po prostu sam tego spróbować.

– Co musiałbym zrobić, pytam czysto teoretycznie, żeby przygotować się do Mistrzostw USA w Zapamiętywaniu?

– Jeśli chce pan być jednym z trzech finalistów amerykańskich mistrzostw, musi pan poświęcać na ćwiczenia co najmniej godzinę dziennie przez sześć dni w tygodniu. Na pewno dobrze panu wtedy pójdzie. Gdyby pan chciał wziąć udział w mistrzostwach świata, musiałby pan na to poświęcać od trzech do czterech godzin dziennie przez pół roku przed zawodami. To już cięższa sprawa.

Nieco później tego ranka, kiedy zawodnicy zapamiętywali słowa wiersza The Tapestry of Me, Buzan poprosił mnie na bok i położył dłoń na moim ramieniu.

– Pamięta pan, o czym rozmawialiśmy? Proszę to sobie przemyśleć. Mógłby pan obserwować następne amerykańskie mistrzostwa już ze sceny...

W czasie przerwy między zapamiętywaniem wiersza i ćwiczeniem z nazywaniem zdjęć wyszedłem przed budynek, bo w środku zrobiło się duszno. Natknąłem się na kudłatego Eda Cooke’a z laską i jego chudego kumpla, mistrza z Austrii, Lukasa Amsüssa. Obaj zajęci byli skręcaniem papierosów.

Ed ukończył poprzedniej wiosny Oksford i uzyskał dyplom z wyróżnieniem z psychologii oraz filozofii. Powiedział mi, że obecnie bawi się pisaniem książki, którą zatytułował Sztuka introspekcji, a także robi doktorat z kognitywizmu na Sorbonie, gdzie prowadzi szokujące badania, które mają spowodować, że „ludzie poczują się tak, jakby byli dziesięć razy mniejsi”. Pracuje też nad wynalezieniem nowego koloru – „zresztą nie tylko koloru, ale też zupełnie nowego sposobu widzenia koloru jako takiego”.

Lukas, który studiował prawo na uniwersytecie w Wiedniu i reklamował się jako autor broszury zatytułowanej Jak stać się trzy razy bardziej inteligentnym niż własne IQ, stał oparty o ścianę budynku i próbował usprawiedliwić przed Edem swoje marne wyniki z poprzedniego zadania:

– Nigdy nawet nie słyszałem tych słów: yawn, ulcer i aisle – przekonywał z silnym niemieckim akcentem. – I jak mogłem je zapamiętać?

W tym czasie Ed zajmował jedenaste a Lukas dziewiąte miejsce w rankingu światowym. Byli oni jedynymi mistrzami na zawodach i tylko oni przyszli na nie w garniturach i pod krawatem. Chętnie też dzielili się planami zarobienia na swojej pamięciowej sławie. Chcieli mianowicie założyć „szkołę ćwiczenia umysłu” pod nazwą Oksfordzka Akademia Umysłu. Mieli nadzieję, że ich studenci – głównie biznesmeni – zapłacą za indywidualnych trenerów umysłu. A kiedy świat dowie się o pożytkach płynących z ćwiczenia pamięci, będą mieli forsy jak lodu.

– A poza tym – powiedział Ed – odnowimy zachodnią edukację.

– Która naszym zdaniem się zdegenerowała – dodał Lukas.

Ed wyjaśnił mi, że swój udział w mistrzostwach w zapamiętywaniu postrzega jako element próby, by rozwikłać zagadkę ludzkiej pamięci.

– Moim zdaniem są dwa sposoby na sprawdzenie tego, jak działa mózg – zaczął. – Pierwszy to ten proponowany przez psychologię empiryczną, kiedy wykonuje się masę badań na bardzo wielu ludziach. Drugi opiera się na założeniu, że optymalne działanie jakiegoś systemu może nam dostarczyć informacji o tym, jak jest zaprojektowany. Być może najlepszy sposób na zrozumienie ludzkiej pamięci to jej optymalizacja – zwłaszcza gdy ma się do dyspozycji wiele inteligentnych osób w wyraźnie określonych i obiektywnych warunkach. Takie wymagania spełniają właśnie zawody w zapamiętywaniu.

Same mistrzostwa dostarczały takich emocji, jak na przykład matura. Uczestnicy siedzieli spokojnie przy stolikach i patrzyli na kartki, a następnie pisali odpowiedzi, które wręczali sędziom. Po każdej konkurencji szybko podliczano punkty i wyświetlano na tablicy, która znajdowała się z przodu pomieszczenia. Jednak ku utrapieniu dziennikarzy, którzy mieli napisać o tych narodowych mistrzostwach pamięciowych, brakowało tu takich emocji jak na meczach koszykówki czy choćby międzyszkolnych zawodach w literowaniu słów. Czasami trudno nawet było powiedzieć, czy zawodnicy pogrążyli się w myślach, czy też po prostu zasnęli. Zdawało się, że ktoś dramatycznym gestem masował sobie skronie albo postukiwał nogą lub też patrzył z wyrazem beznadziei w przestrzeń, ale to, co najważniejsze, działo się w ich głowach i było niedostępne dla publiczności.

Kiedy tak stałem z tyłu sali Con Edison i patrzyłem na tych podobno normalnych ludzi, zajętych jakimiś mentalnymi akrobacjami, zaczęła mnie niepokoić pewna myśl. Dotarło do mnie, że nie mam pojęcia, jak działa moja własna pamięć. Czy w ogóle istnieje coś takiego jak przednia część mojego mózgu? Powoli zaczęły się pojawiać kolejne pytania – rzeczy, którymi nigdy wcześniej się nie zajmowałem, wydały mi się nagle bardzo istotne. Czym tak naprawdę jest pamięć? Jak się ją tworzy? Jak działa magazynowanie informacji? Przeżyłem dwadzieścia pięć lat z pamięcią, która działała tak dyskretnie, że nigdy nie miałem potrzeby, by zatrzymać się i wniknąć w jej mechanizmy. A jednak teraz, kiedy zacząłem się nad tym zastanawiać, uświadomiłem sobie, że jej działanie nie jest aż tak przejrzyste. Czasami pamięć zupełnie mnie zawodziła, a czasami sprawowała się aż nazbyt dobrze. Poza tym miała tyle niewyjaśnionych cech. Na przykład tego ranka mój mózg dał się uwieść okropnej piosence Britney Spears, tak że przez większą część drogi musiałem nucić sobie melodię na chanuki, żeby o niej zapomnieć. O co w tym chodziło? Albo też parę dni wcześniej próbowałem opowiedzieć koledze o moim ulubionym autorze, ale pamiętałem tylko pierwszą literę jego nazwiska. Jak to się mogło stać? I dlaczego nie mam żadnych wspomnień z okresu przed trzecim rokiem mojego życia? A swoją drogą, dlaczego nie pamiętam, co jadłem na śniadanie poprzedniego dnia, chociaż doskonale pamiętam śniadanie (złożone z kawy, banana i płatków kukurydzianych) sprzed czterech lat, kiedy to dowiedziałem się, że jakiś samolot uderzył w jeden z wieżowców World Trade Center? I dlaczego wciąż zapominam, po co otworzyłem lodówkę?

Po Mistrzostwach USA w Zapamiętywaniu postanowiłem sprawdzić, jak Ed i Lukas to robią. Czy są po prostu niezwykłymi, obdarzonymi talentem wyjątkami z końcówki krzywej Gaussa dla całej ludzkości, czy może w istocie wszyscy potrafimy nauczyć się czegoś podobnego? Byłem do nich nastawiony sceptycznie, podobnie jak do Tony’ego Buzana. Każdy samozwańczy guru, który dorobił się na współczesnych poradnikach i modach, automatycznie wywołuje podejrzliwość dziennikarzy. Wiedziałem jeszcze zbyt mało, by móc stwierdzić, czy sprzedaje wiedzę czy śmieci, ale jego górny i chmurny styl („światowa rewolucja w edukacji”!) wskazywał raczej na to drugie.

Czy prawdą jest, że każdy może się szybko nauczyć zapamiętywania dużych ilości informacji? Naprawdę każdy? Wierzyłem Buzanowi, kiedy mówił o ćwiczeniach pozwalających na poprawienie pamięci, ale trudno mi było całkowicie uwierzyć w zapewnienia (jego czy Eda), że byle typek z ulicy może zapamiętać kolejność kart w talii albo tysiąc dwucyfrowych liczb. Bardziej prawdopodobne wydawało mi się, że Ed wraz z kolegami dysponuje nadnaturalnymi uzdolnieniami, takimi jak André the Giant czy Usain Bolt.

Rzeczywiście, wiele z tego, co na temat nauki zapamiętywania pisali przeróżni guru, wydawało się naznaczone piętnem propagandy. Kiedy sprawdziłem poradniki w pobliskiej księgarni Barnes & Noble, znalazłem masę książek, których autorzy gorączkowo zapewniali, że po ich przeczytaniu „nigdy już nie zapomnę numeru telefonu do przyjaciół czy ważnej daty” lub też „zawsze będę mógł sobie przypomnieć, o co mi chodzi”. W jednym z podręczników znalazłem nawet informację, że pozwoli mi on wykorzystać „pozostałe 90 procent mojego mózgu”, co stanowi jeden z pseudonaukowych mitów, równie prawdziwych jak stwierdzenie, że ktoś nauczy mnie wykorzystania pozostałych dziewięćdziesięciu procent mojej ręki.

Jednak poszerzanie pamięci badali też ludzie niezależni i w mniejszym stopniu zainteresowani czerpaniem korzyści z tego rodzaju praktyki. Dotyczy to zwłaszcza psychologów naukowców, którzy zajmowali się tym tematem od lat siedemdziesiątych dziewiętnastego wieku, czyli od pierwszych badań Hermanna Ebbinghausa nad pamięcią.

Ta książka opowiada o roku, który spędziłem na ćwiczeniu pamięci i próbach jej zrozumienia – tego, jak działa, na czym polegają jej naturalne niedomogi i ukryte możliwości. I o tym, jak sam mogłem się przekonać, że naszą pamięć można do pewnego stopnia poprawić – i to bez ograniczeń – oraz że wszyscy możemy nauczyć się tego, co umieją Ed i Lukas. Dotyczy też naukowych badań przypadków doskonałej pamięci i tego, jak naukowcy, badający zwycięzców konkursów w zapamiętywaniu, odkryli ogólne zasady dotyczące poprawiania tej umiejętności.

Chociaż nie planowałem napisania poradnika, mam nadzieję, że czytelnicy będą mogli na jego podstawie zrozumieć, jak należy ćwiczyć pamięć i jak wykorzystać określone techniki mnemoniczne w codziennym życiu.

Techniki te mają zadziwiająco bogate i ważne dziedzictwo. Odgrywały niezwykle istotną rolę w rozwoju kultury Zachodu, chociaż informacje na ten temat są jedynie częścią ezoterycznej, uniwersyteckiej wiedzy. Systemy mnemoniczne – w rodzaju pałacu pamięci Symonidesa – miały olbrzymi wpływ na to, jak ludzie postrzegali świat, poczynając od starożytności, poprzez średniowiecze, aż do renesansu. A potem nagle znikły.

W sensie fizjologicznym nie różnimy się od tych naszych przodków, którzy namalowali byki w jaskini w Lascaux we Francji, co było jednym z pierwszych, zachowanych do dziś osiągnięć człowieka. Nasze mózgi nie są ani większe, ani bardziej skomplikowane. Gdyby jedno z ich dzieci wychowało się, powiedzmy, w dwudziestym pierwszym wieku w Nowym Jorku, trudno byłoby je odróżnić od rówieśników.

Tym, co nas od nich odróżnia, są nasze wspomnienia. Nie chodzi oczywiście o wspomnienia magazynowane w mózgu, bo dziecko obecnie, tak jak trzydzieści tysięcy lat temu, przychodzi na świat jako tabula rasa, ale o wspomnienia przechowywane poza nami: w książkach, na zdjęciach, w muzeach, a obecnie również w postaci cyfrowej. Niegdyś pamięć stanowiła podstawę kultury, ale w ciągu ostatnich trzydziestu tysięcy lat, kiedy to ludzie zaczęli malować swoje wspomnienia na ścianach jaskiń, powoli zastępowaliśmy naszą przyrodzoną pamięć jej różnego rodzaju zewnętrznymi substytutami – proces ten wyraźnie się pogłębił w ciągu ostatnich lat. Wyobraźmy sobie, co by się stało, gdyby nagle zniknął nie tylko cały atrament, ale również bajty na całym świecie. Nasz świat uległby nagłej destrukcji. Wszystko, co mamy: literatura, muzyka, prawo, polityka, nauka, opiera się na tej uzewnętrznionej pamięci.

Pamięć jest sposobem na zachowanie tego, co najbardziej sobie cenimy, ale jednocześnie stanowi świadectwo naszej przemijalności. Kiedy umieramy, umiera z nami nasza pamięć. Dlatego w pewnym sensie ten skomplikowany system uzewnętrznionej pamięci, który stworzyliśmy, jest sposobem na walkę ze śmiercią. Dzięki niemu idee mogą przekraczać granice czasu i miejsca i można je łączyć w sposób, który nie byłby możliwy, gdyby przechodziły bezpośrednio z jednego mózgu do drugiego.

Eksternalizacja pamięci nie tylko wpłynęła na sposób myślenia ludzi, ale też zmieniła znaczenie pojęcia inteligencji. Pamięć wrodzona uległa dewaluacji. Erudycja przestała polegać na znajomości faktów i stała się raczej wiedzą na temat tego, jak i gdzie można je znaleźć w labiryncie uzewnętrznionej pamięci. To znaczące, że jedynie osoby, które startują w rozmaitych mistrzostwach w zapamiętywaniu, ćwiczą swoją pamięć. Okazuje się, że dawna podstawa zachodniej cywilizacji stała się tylko jakąś ciekawostką lub osobliwością. Obecnie polegamy więc bardziej na zewnętrznej pamięci – ale co to może oznaczać dla nas samych i naszego społeczeństwa? Zyski wydają się oczywiste. Czy wiążą się z tym jednak straty? I co to znaczy, że straciliśmy naszą pamięć?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
PRZYPISY

ROZDZIAŁ PIERWSZYTRUDNO DZIŚ ZNALEŹĆ INTELIGENTNEGO CZŁOWIEKA

[a] Greenstein urodził się w 1893 roku w Suwałkach. (Przypisy oznaczone literą pochodzą od tłumacza).

[b] Jestem wizerunkiem.

[1] w 2008 roku sprzedano programy do ćwiczenia pamięci za łączną sumę 265 milionów dolarów – „Sharp Brains Report”, 2009.