Wydawca: Wydawnictwo Nowy Świat Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 388

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Jak zostalem bażantem - Rafał Socha

„Bażantami” nazywano absolwentów wyższych uczelni, odbywających obowiązkowe przeszkolenie wojskowe. Różne formy organizacyjne przybierała służba podchorążych, za każdym razem powoływani byli jednak ludzie ukształtowani, dojrzali, dwudziestokilkuletni. Na instytucję wojska patrzyli nieco inaczej niż poborowi ze służby zasadniczej.

Powieść „Jak zostałem bażantem” jest swego rodzaju pamiętnikiem pewnego pokolenia.

Opinie o ebooku Jak zostalem bażantem - Rafał Socha

Cytaty z ebooka Jak zostalem bażantem - Rafał Socha

Zdjąłem więc panterkę, szalokominiarkę, rękawice i wetknąłem to wszystko w obszerne kieszenie kurtki. Z beretem zaś nie rozstawałem się nigdy. Był łatwym łupem, wolałem więc nie prowokować losu. Z panterką nie rozstawać się już nie było za bardzo jak, wszyscy wieszali swe wierzchnie okrycia na gwoździach z tyłu sali, powiesiłem więc gdzie trzeba swoją szmatę i ja.
No i jak? – zagadał do nas smagły oficer. Oczywiście nikt się nie odezwał. – Jak wam się podoba? – ciągnął Logiczny. – Jak wam się podoba w naszym sanatorium? Fajnie? Co? – Zajebiście – rzucił ktoś półgłosem.
Wracamy, a tu, panowie, zetor tnie imadło. Normalnie, panowie, jebie brzeszczotem imadło. Tnie i tnie. Dojechał już gdzieś tak prawie do połowy. Kolega major łapie go za rękę i pyta: „Co ty robisz, chłopie?”. A tamten: „Miałem ciąć, to tnę”. Normalnie, panowie, upieprzył połowę imadła i nawet nie pomyślał przy tym nic! Mówię wam, zetor to takie stworzenie, jak to nasze imadło. Proste, toporne, od młota i od siekiery.
niech więc sobie będą zagorzali militaryści, niech będą żołnierze zawodowi i pospolite ruszenia. Ale niech będą po to, by bronić, a nie atakować. Bo wojen usprawiedliwionych, tak zwanych usprawiedliwionych, wojen w słusznej sprawie, w tak zwanej słusznej sprawie, nie ma, nie było i nigdy nie będzie...

Fragment ebooka Jak zostalem bażantem - Rafał Socha

RAFAł SOCHA

JAK ZOSTAłEMBAŻANTEM

WYDAWNICTWO NOWY śWIAT

© Copyright byRafał Socha, 2013

© Copyright byWydawnictwo Nowy Świat, 2013

Projekt okładki:

Nowy Świat

ISBN 978-83-7386-511-2

Wydanie IWarszawa 2013

Wydawnictwo Nowy Świat

ul. Kopernika 30, 00-336 Warszawa

tel. 22 826 25 43, faks 22 826 25 47

WWW.NOWY-SWIAT.PL

CZĘŚĆ I

1. ROZRUCH

Blisko trzydzieści par ciężkich buciorów rytmicznie uderzało ozmrożony asfalt. Czwórki łamały się co rusz. Przy zakrętach, przy wyprzedzaniu ugrupowań symulujących marsz, wreszcie przy śmietnikach, które bezczelnie kusiły co bardziej zmęczonych do raptownego czmychnięcia na stronę wcelu zregenerowania oddechu pośród baterii cuchnących kontenerów.

Starałem się nie wpaść na gościa podążającego przede mną. Trzymałem dystans, nie za twardo stawiałem kroki iusiłowałem ogarnąć rzeczywistość ogłupiałymi zmysłami, które najpierw wyrwano ze snu pośrodku nocy, anastępnie – bez najmniejszego pytania – wygnano na powietrze marsjańskie. Widziałem czerwone uszy kamratów, parę buchającą ze wszystkich ust ikrótko wystrzyżone głowy. Pijane cienie słaniały się tępo, gdyśmy jedną za drugą mijali latarnie. Rwane rozmowy, krótkie komendy ibrzęk rozdrobnionego żołdu wniezliczonych kieszeniach polowych mundurów. Wszystko zlewało się wjeden absurdalny cwał.

Poprawiłem szalokominiarkę osłaniającą krtań. Była to zgniłozielona, śmierdząca naftaliną tkanina okształcie długiego rękawa. Swą dziwaczną nazwę zawdzięczała, jak nieraz sobie wduchu mniemałem, uniwersalnym możliwościom zastosowania. Można było, starannie składając ją wzdłuż, używać niby szalika, można też było, naciągając przez głowę, osłaniać chytrze całą czaszkę. Przeznaczenie było zatem szerokie, zależne od akcji, na jaką się szło, lecz zrana, podczas rozruchu fizycznego, wykorzystywaliśmy zazwyczaj wariant pośredni. Czyli rękawa na szyi bez zasłaniania twarzy, ato dlatego, iż manifestowanie się szalokominiarkami na porannej zaprawie było niedozwolone, po drugie zaś, tak czy siak, ograniczało znacznie pole widzenia.

– Lewa wolna! – ryknął zajadle malutki prowadzący. Sadził energicznie dwa, trzy metry przed pierwszą czwórką ipodawał tempo. Przy swoim mizernym wzroście wyglądał dość groteskowo na tle dryblasów zpierwszego szeregu. – No co jest, kurwa? – oburzył się ambitnie. – Lewa wolna! Z drogi!

Tarasujący komunikację maruderzy usuwali się leniwie. Częstowali nas wrogimi spojrzeniami iniewybrednymi uwagami. Wyminęliśmy ich wlocie. Prędko udało się też zrekonstruować wmiarę poprawne ugrupowanie. Zahipnotyzowane nogi znów wybijały jednostajny rytm.

Liczyłem po cichu dystans przebyty iten, który wciąż jeszcze pozostawał do pokonania. Okrążeń wsumie nie było dużo, raptem trzy. Tyle tylko, że każde znich miało blisko kilometr. A gdy się tak codziennie przemierzało te kilometry, nie bacząc na formę, zdrowie iaurę, dojść można było do prostego wniosku, iż trasa taka jest owiele za długa.

Zostawiliśmy wtyle stołówkę, kolejny zakręt, nieco przyprószoną śniegiem linię startową do świńskiego galopu na tysiąc, pralnię, wejście na plac apelowy, boisko, palarnię. I wreszcie kolejny zakręt, który obwieszczał przyjaźnie, że teraz właśnie rozpoczynamy ostatnie okrążenie. Przed przedwczesnym zjazdem do koszarowych zabudowań chronił osobiście dowódca kompanii, podporucznik Karakan. Wokół kręcili się zziębnięci pomocnicy dowódców plutonów, apodoficer dyżurny – strojny wplakietkę iczarny beret – czuwał nad stanem liczebnym poszczególnych stad. Niebawem panteon ważnych osobistości ponownie został za naszymi plecami. Na lekkoatletycznym stadionie usłyszelibyśmy dzwonek, tutaj wystarczyć musiały nam tylko skromne okrzyki dowódcy.

Przy śmietniku zkontenerami zrobiło się małe zamieszanie. Pauzujący wukryciu koledzy – zreflektowawszy się wnumeracji okrążeń – pojęli wlot, że trzeba dołączyć do swoich. Nieśmiało wybiegli zza winkli, amy, twardziele, wpuściliśmy ich na dawne miejsca. Nastąpiło zręczne przegrupowanie.

– Zwykły marsz! – wrzasnął ktoś ze środka, bo zbliżaliśmy się do krótkiego odcinka, na którym oficjalnie dozwolone było maszerowanie.

– Zwykły marsz! – podchwycili inni.

Poparłem wmyśli rozsądną inicjatywę, ale tak na dobrą sprawę to, czy choć przez chwilę będziemy maszerować, zależało od naszego drobniutkiego przewodnika.

– Zwykły marsz! – zakomenderował wkońcu.

Przestaliśmy truchtać. Każdy łapiąc dech marzył, by odcinek zwykłego marszu nie kończył się do samych drzwi pododdziału. Podczas króciuteńkiej przechadzki nie było czasu na jakiekolwiek dyskusje. Ktoś gdzieś rzucił ukradkiem dławiącą się uwagę, tu iówdzie rozległy się śmieszki, ale rychło lepsze samopoczucie nas opuściło, bo ambitny przodownik już zrywał się do kontynuowania biegu.

Niechętnie poderwaliśmy się także. Na wysokości stołówki przekrzywiliśmy głowy, aby dostrzec czy po przeciwległej stronie placu, tuż przed wejściem do naszych apartamentów, zaszła jakaś zmiana. Początkowo nie zmieniało się tam nic, lecz gdy zostawiliśmy za sobą stołówkę iprzecinaliśmy linię startową do sprintu na tysiąc, plutony powolutku zaczynały schodzić zoblodzonej bieżni. Wściekli poderwaliśmy się co sił inasze tempo wyraźnie wzrosło. Energii dodawała nam niegramotna świadomość, iż tamci – teoretycznie będący przed nami, apraktycznie już udający się na odpoczynek – wcale nie musieli zrobić większej niż my ilości okrążeń. Wystarczało bowiem inteligentne spowalnianie całego marszobiegu, któremu znacznie bliżej było wówczas do marszu niźli biegu, nierzucanie się zanadto woczy, anastępnie – zręcznie wyczekawszy odpowiedni moment – znalezienie się wodpowiednim miejscu oodpowiedniej porze.

Zasuwaliśmy bez ładu iskładu po ostatniej prostej. Nawet zrównoważonemu na ogół przodownikowi udzielił się nastrój dziwnego podniecenia, gdyż finiszował jak inni. Wielu myślami było już chyba przy porannej toalecie, poprawianiu rejonów wewnętrznych, amoże iprzy śniadaniu, gdy raptem – podstępnie wyskoczywszy zza budynku pralni – drogę przeciął nam podstarzały chorąży. Miał prostokątną plakietkę wpiętą wpanterkę na wysokości serca ipełnił, jak mogliśmy śmiało przypuszczać, służbę. Z pagonów zgwiazdkami, ale wobwódkach, łatwo można było wydedukować, iż gość opóźniający nasze zasłużone udanie się na krótki odpoczynek występuje wcharakterze nie byle kogo, bo pomocnika oficera dyżurnego jednostki.

– Stać! – ryczał. – Stać! Zatrzymać ten pluton!

Wyhamowaliśmy izwiesiliśmy głowy. Służbista zbliżył się do nas.

– Co to ma być? – wrzasnął. – Wojsko czy banda przygłupów? No? Ściągać mi już te szalokominiarki!

Zły na siebie, zły na żołnierskich kompanów izły na kretyńskie przepisy zdjąłem swój śmierdzący naftaliną ochraniacz zkrtani.

– Ściągać szalokominiarki! – komenderował głośno pomocnik oficera dyżurnego jednostki. – Ściągać iukładać je tu! – świsnął, machając zamaszyście raportówką. – Pod tym drzewem!

Teraz już byłem bardzo zły. Nie tylko dlatego, iż toaleta nam się opóźnia, ale idlatego, iż wnonsensownych okolicznościach muszę się rozstawać zpowierzonym mi podczas wcielenia mieniem.

– No co jest, panowie? – burzył się chorąży. – Przecież niepotrzebne są wam te szalokominiarki! No już je składać! Ma być chujowo, ale jednakowo! A wogóle to od kiedy na rozruchu wolno wszalokominiarkach? No od kiedy?

Skoro tak, nie było rady. Rozkaz to rozkaz. Podobno za niewykonanie grożą dwa lata. I oczywiście, jak wpodobnych sytuacjach bywa, zrobiło się malutkie zamieszanie. Szyk czwórkowy zupełnie się rozleciał. Muszę przyznać, iż nie wszyscy mieli ze sobą służbową szalokominiarkę (pomni regulaminowych ostrzeżeń), ale ci, którzy mieli, dostali od wysoko postawionej figury jasne przykazanie igeneralnie stosowali się doń (choć przy odpowiednim refleksie, bezczelności ibrawurze można jeszcze było wostatniej chwili skorzystać zprzepastnej kieszeni morowych spodni).

A że posłuszeństwo, flegmę ibojaźń mam we krwi, schyliłem się niechętnie ipołożyłem na wydeptanym śniegu, tuż obok kolegów, moją przydziałową szalokominiarkę. Starałem się wybierać miejsce nie tyle czyste, ile charakterystyczne. Z naiwną nadzieją, iż pozwoli mi ono łatwiej odszukać użytkowane i, że tak powiem, osobiste mienie. Kiedy iw jakich okolicznościach, tego już nie zgadywałem. Nie miałem odwagi, ni wyobraźni, gdyż zależało to tylko iwyłącznie od widzimisię wszechwładnego pomocnika oficera dyżurnego jednostki.

– Dobra! – ryknął donośnie, gdy już kilkanaście szmat znalazło się pod ogołoconym zliści drzewem, areszta demonstracyjnie nie wykazywała ochoty do pozbywania się czegokolwiek. – Uformować czwórki, dowódca na czoło ijazda! Na wprost biegiem marsz!

– Panie chorąży – odezwał się lękliwie nasz malutki prowadzący. – Dowódca pierwszej drużyny – przedstawił się regulaminowo – szeregowy podchorąży Dupoliz zzapytaniem.

– Słucham!

– Czy mogę kogoś oddelegować do tych szalokominiarek? Żeby nie zginęły, to znaczy tego, no... Żeby się gdzieś nie zapodziały?

– Co ja powiedziałem? – warknął służbiście pomocnik oficera. – Uformować czwórki, dowódca na czoło ijazda! Na wprost biegiem marsz!

– Tak jest! – rzucił wystraszony Dupoliz ibłyskawicznie dał nam sygnał do kontynuowania rozruchu.

Zrobiliśmy ogłupiałe miny, ruszając zmiejsca iniepewnie odprowadzając wzrokiem pozostawianą na pastwę losu odzież.

– A jak zapierdolą zetory? – wulgarnie wyłożył wątpliwości całego plutonu jakiś anonimowy przedstawiciel.

– Niech który zostanie! – zadecydował prędko lider. – I pilnować zukrycia!

Szybka decyzja idwóch śmiałków oderwało się od grupy. Działać musieli przytomnie, rozważnie, zzimną krwią. Nie napalać się, aliczyć na moment, wktórym szastający niepopularnymi komendami pomocnik oficera dyżurnego tresował będzie kolejny potulnie nadbiegający pododdział. My biegliśmy przed siebie, lecz już bez niedawnej werwy. Humory nie dopisywały. Przynajmniej tym, którzy rozstać się musieli zczęścią umundurowania. Dla nich dzień nie zaczynał się obiecująco.

Wreszcie dobiliśmy do celu. Niepalący posiadacze szalokominiarek przemyconych za pazuchą od razu udali się na górę. Pozostali postanowili warować, niecierpliwie wypatrując zpalarni oddelegowanych współtowarzyszy. Nadbiegły po nas chyba jeszcze ze dwa przetrzebione ze zgniłozielonych szalokominiarek plutony, zanim dostrzegliśmy powracających kamratów. Poruszali się chyłkiem przy drzewach, zrzadka otaczających plac apelowy. Na całe szczęście nieśli to, na co czekaliśmy.

Dorwałem jedną zprzywleczonych przez kumpli szmat, choć doskonale zdawałem sobie sprawę, iż na pewno nie tę, którą przed paroma chwilami składałem pod drzewem. Ci, którzy pomyśleli izawiązali supełek, zadanie wodszukaniu zguby mieli ułatwione, ale ja – niestety jak iznakomita większość – nie pomyślałem imusiałem zdać się na stare wojskowe powiedzenie, iż sztuka jest sztuka. Nic wwojsku nie ginie, tylko zmienia właściciela. Zresztą nawet gdybym chciał, na szczegółowe dochodzenie nie było specjalnie czasu, gdyż misternie skonstruowany porządek dnia przywoływał do opamiętania.

Skoczyłem do wejścia. W tłoku podchorążych oglądałem pobieżnie swoją nową szalokominiarkę. Miała lekko jaśniejszy odcień ponurej zieleni, była sztywniejsza itwardsza, lecz – jak tamtą – też ją było czuć ohydną naftaliną przypominającą smar. Tym razem onieco innym, ciut jak gdyby subtelniejszym, zabarwieniu.

2. TOALETA PORANNA

Nasz pododdział mieścił się na samym szczycie dwupiętrowego budynku koszarowego. Na parterze gospodarzyli dumni kandydaci na chorążych z33. kompanii kadetów, którzy – zwzajemnością – lubili nas średnio. Na pierwszym piętrze królowali podchorążowie ze 101. kompanii SPR, adopiero na drugim piętrze stacjonowaliśmy my, asy jakich świat nie widział, czyli 99. kompania SPR. Wszystkie te pośrednie przybytki musieliśmy przecinać, to znaczy defilować, gramoląc się schodami, najpierw przed nosem dyżurującego kadeta, później tuż obok dyżurującego podchorążego iw końcu, będąc już niejako usiebie, pozdrawiać można było kolegę na służbie wznajomym pododdziale. W okresie unitarnym zaszczyt dyżurowania spotykał dwóch znas, podoficerami zaś bywali kadeci zparteru.

Znalazłszy się na odpowiedniej kondygnacji, skręciłem wdługi korytarz na prawo od klatki. Po jednej jego stronie mieściły się drzwi prowadzące do żołnierskich izb, po drugiej do świetlicy, magazynu broni, sali czyszczenia broni, kancelarii dowódców, pokoju kaprali itak dalej. Izb żołnierskich było co niemiara, ale wespół zjedenastoma kamratami nie miałem aż tak daleko, gdyż zajmowaliśmy drugą od schodów kwaterę. Pokój, jak szumnie mawialiśmy, numer 207.

Wewnątrz panowała zwyczajna poranna gonitwa. Nagie torsy, rozkopane prycze iwszechobecny, zatykający intensywnością zapach świeżego potu. Koce iprześcieradła fruwały wpośpiechu. Zbliżyłem się do użytkowanej pryczy. Stała pod oknem, najdalej od drzwi. Wyściełana wymiętym prześcieradłem, zbrojna wsterczącą przy pionowych rurkach poduszkę, pasiastą piżamę ułożoną wpoprzek idrugie prześcieradło, okrywające koce iprzerzucone przez metalowe oparcie od strony nóg żołnierza, co sypia między dwudziestą drugą, aszóstą rano. Poszewka poduszki była rozchylona, apiżama rozstrzelona, przy czym nogawki podwinięte wpołowie. Była to jedna ztrzech regulaminowych wersji, jaką wczasie żołnierskiego dnia musiała przyjmować ordynarna prycza. I tak jak inne wersje, ona również posiadała swą specjalistyczną nazwę: wóz do wietrzenia. Pomijając fakt, iż przed śniadaniem należało się obmyć, ogolić, przebrać idopieścić rejony wewnętrzne (wszystko wjakieś piętnaście, góra dwadzieścia minut), użytkowane łóżka miały ponadto obowiązek przedzierzgać się wswą drugą dzienną postać. A mianowicie: wozy na szaro.

Zdjąłem prędko górną część polowego munduru, anastępnie przepoconą koszulkę. Zima posiada niewiele plusów, ale jednym znich jest to, iż kaloryfery zwykle bywają ciepłe. A wnaszej izbie grzali jak cholera ito im trzeba obiektywnie przyznać. Plusem zaś zajmowania miejsca wsąsiedztwie okna iwspomnianych kaloryferów jest możność poręcznego korzystania zciepłowniczych dobrodziejstw. Powiesiłem więc na beżowych żeberkach, tuż obok czyichś skarpetek, własną koszulkę. Obnażony do pasa, zmokrymi plecami, podobnie jak inni kamraci przystąpiłem do ścielenia wozu. Była to dość skomplikowana, pracochłonna na ogół czynność, októrej nigdy nie można było rzec, iż się ją na dobre posiadło. Zdolny kapral zawsze mógł bowiem złatwością wskazać rażące niedociągnięcia, anastępnie wykonać tak zwanego „pilota”, polegającego na poderwaniu ze sprężyn wszystkich ruchomych części łoża – łącznie zmateracem – idostojnym umieszczeniu ich gdzieś na pobliskiej podłodze.

– Ale nas cwel załatwił ztymi szalokominiarkami – zauważył, prasując taboretem koc, podchorąży Platfus.

Odwinąłem prześcieradło izakryłem nim piżamę, leżącą teraz równolegle do długości wyra.

– Jakby mi szalokominiarkę zapierdolili, to bym mu wygarnął – ciągnął buńczucznie kolega spod drzwi.

Pod wysłużony materac, wzdłuż obu dłuższych końców, podwinąłem prześcieradło.

– A co tam byś mu wygarnął? – spytał powątpiewająco podchorąży Turek.

Tak samo jak prześcieradło, wywinąłem szary koc. Starałem się go naciągnąć, by stworzył jednolitą taflę.

– Zobaczylibyście – odparł Platfus. – Od razu bym poszedł na skargę.

Zdjąłem zmetalowej ramki koc numer dwa irozciągnąłem go na kocu numer jeden.

– Skarżypyta – wtrącił się, flegmatycznie wyciskając ztubki pastę na przydziałową szczoteczkę, podchorąży Suseł.

Uniosłem za nogi ciężkawy taboret. Pora była zacząć rytualny taniec.

– A co ty, kurwa, myślisz? – obruszył się ubodzony Platfus. – Jakby mi przez tego cwela zajebali, to bym zaraz poleciał do Demona na skargę. Nie będę wywalał połowy żołdu na jakąś pierdoloną szmatę. Ja się muszę, kurwa, ztego rozliczyć. Mam na wkładce mundurowej. Demon by gnojowi dał...

Jeździłem dostojnie taboretem po szorstkim kocu. Niepożądane fałdy wracały uparcie, lecz nie myślałem wcale dawać za wygraną. A nawiasem mówiąc, tak tytułem wyjaśnienia, Platfus rozbił kiedyś umywalkę przy myciu nóg, za co awansem potrącono mu miesięczny żołd.

– Zajebałbyś innemu – orzekł beznamiętnie podchorąży Boczek. – Jak nas uczyli.

Odstawiłem taboret za łóżko. Wystarczy tej kosmetyki, pora zatroszczyć się owłasny wygląd. Wziąłem ręcznik, mydelniczkę iprzybory wczarnej kosmetyczce. Przydziałowej, ma się rozumieć, jak wszystko inne, aktórą dostałem podczas wcielenia wraz zresztą mundurowego sortu.

Na wypastowanym korytarzyku było gwarno. Roznegliżowani podchorążowie biegali nerwowo wtę iz powrotem, żeby tylko uwinąć się przed śniadaniem iporannym apelem zpowracaniem do regulaminowego wyglądu. Ruszyłem wnajpopularniejszym otak wczesnej porze dnia kierunku, amianowicie: do „trójmiasta”. Był to węzeł sanitarny, ubikacja oraz zbliżone do kwadratu, upstrzone gazetami pomieszczenie zwąską ławeczką do czyszczenia wojskowego obuwia. Przechodząc obok kibla ujrzałem skromną kolejkę, bo jak zwykle otej porze zkompletu czterech kabin korzystało aż czterech podchorążych. Ciut łatwiej było owolny pisuar.

W łazience podobny ścisk. Nic to, iż dyżurny dwoił się itroił, aby jakoś zorganizować sześćdziesięciu ludziom poranną toaletę. Przy czterech kabinach, pięciu pisuarach iszesnastu umywalkach obezkolizyjność wcale nie było łatwo. Teoretycznie obowiązywała, wykrzykiwana natrętnie przez służbę dyżurną, zasada regulująca ruch. To znaczy tak: „pierwszy itrzeci pluton toaleta poranna, drugi iczwarty poprawia rejony wewnętrzne!”. Po upływie paru minut następowała zmiana: „drugi iczwarty toaleta poranna, pierwszy itrzeci poprawia rejony wewnętrzne!”. A trzeba wiedzieć, iż zarówno prawa strona korytarza (pluton pierwszy oraz drugi), jak ilewa (trzeci zczwartym), dysponowały oddzielnymi „trójmiastami”. Tak więc jedni drugim nie kolidowali. Teoretycznie, bo już po kilku dniach nikt zdrowy na umyśle nie przestrzegał szczwanej zasady, co wpraktyce oznaczało: każdy idzie się myć, golić, srać iszczać, kiedy tylko uważa za stosowne. Jedynie idioci poprawiali rejony wewnętrzne istąd te sześćdziesięciu chłopa wmalutkim „trójmieście”.

Można, sądząc po luzackim tonie, wydedukować zapewne, jaki to ze mnie boss, superman czy coś wtym rodzaju. Inni biegają, myją się israją na potęgę, aten nic. Stoicki spokój. Otóż nic bardziej mylnego. Wziąłem ze sobą czarniutką kosmetyczkę, aowszem. Udałem się do sanitariatu, aowszem. Zaczaiłem zboku, czyhając na wolną umywalkę, aowszem. Ale spokój mój brał się zfaktu, iż rychło nauczyłem się zwlekać zwozu znacznie prędzej, niż grała pobudka. Jakieś pół godziny wcześniej, mniej więcej ogodzinie wpół do szóstej. Oczywiście otej porze panował jeszcze nieprzenikniony mrok, jak to wśrodku styczniowej nocy, oczywiście później, wtrakcie dnia, bezlitośnie mi się odbijało piekącą oczy czkawką, ale – jak mówią – coś za coś. Przed pobudką, wprzeciwieństwie do znakomitej większości moich współtowarzyszy, spokojnie myłem powieki, uszy, nos, szyję izęby, na spokojnie się goliłem inajczęściej wypróżniałem. Dzięki temu zachowywałem równowagę ducha, przewagę nad śpiochami ibezcenną świadomość, iż są na świecie jeszcze rzeczy, których jak maszyna nie wykonuję na rozkaz. I wtenże oto sposób po rozruchu, kiedy wydarzenia jak lawina nabierały rozpędu, mogłem sobie na luzie ścielić wyrko, dopieszczać obuwie, apóźniej repetować odświeżanie. I nawet kolejność nie grała już większej roli.

Zerwałem się spod okna do zwolnionej raptem umywalki. Po zdjęciu wieczka zielonej mydelniczki dobyłem rozwodnionego mydła. Pieniło się obficie. Po spłukaniu mydlin przyjrzałem się mej czarnej kosmetyczce. Odsunąłem tandetny suwak izajrzałem do środka. Lichutki zestaw przyborów do higieny osobistej, którym żołnierz obdarowywany jest przy wcieleniu, porażał prostotą. W skład zestawu wchodziły dwa mydła toaletowe stugramowe, krem do golenia wtubce siedemdziesięciogramowej, pasta do zębów wtubce siedemdziesięciopięciogramowej (o smaku tanich mydlin), plastikowy kubek koloru khaki do mycia zębów opojemności bliżej nieokreślonej. Nie widziałem, żeby go ktoś kiedyś wogóle używał, bo wody – zazwyczaj zimnej – powszechnie nabierało się wusta prosto zkranu. No ale był. Dalej: jednorazowa maszynka do golenia (sztuk dwie), pędzel do golenia, szczoteczka do zębów, szczoteczka do rąk koloru khaki, pudełko na mydło koloru khaki, pudełko na szczoteczkę do zębów koloru khaki, igielnik zigłami iwspomniana saszetka koloru, dla odmiany, czarnego.

Po przemyciu twarzy iskontrolowaniu stanu zarostu zasunąłem zpowrotem tandetny suwak plastikowej kosmetyczki. A jednak. Właściwie już wcześniej się oporządziłem, nie będę więc teraz blokował komuś kolejki do umywalki. Nawet wwojsku trzeba być człowiekiem.

Bez pośpiechu wróciłem do zapoconego pokoju, gdzie wciąż panował gwarny ruch. Jedni udawali się myć, inni wracali. Wszystko zależało od zdolności sprężania się, wrodzonej umiejętności hołdowania stoickiej filozofii, no inaturalnie zapobiegliwości podczas formowania się kolejek do upragnionej umywalki.

– Czas do wyjścia na śniadanie – rozległ się naraz wrzask zkorytarza – dziesięć minut!

Schowałem przybory do metalowej szafki, starając się zachować wmiarę wiernie regulaminowe usytuowanie poszczególnych elementów ubogiego, wojskowego mienia. Czarna kosmetyczka, dla przykładu, wędrowała do wąskiej iniskiej szuflady, mydelniczka – która jak na złość była jak gdyby omilimetr za wysoka – do tejże samej szuflady, ale nieco zboku, natomiast złożony wzdłuż całej swej długości, niedoprany ręcznik zfirmowym, militarnym emblematem – na metalową ramę ordynarnej pryczy. Tak nas nauczono, tak być musiało itak właśnie było. Po jakimś czasie nikomu już jakoś nie przychodziło do głowy, że mogłoby być inaczej.

Dotknąłem koszulki. Przeschła, trzeba odziać obnażone plecy. Czując na swej skórze przyjemne ciepełko, naciągnąłem starannie szelki, azaraz potem górę od polowego munduru. Wydobyłem zmetalowej szafki łaciatą sakiewkę, która zawierała komplet przyborów do konserwowania obuwia iponownie ruszyłem wstronę gwarnego „trójmiasta”. Buciory czyściłem oczywiście wieczorem – jak co dnia – przed samiutkim capstrzykiem, ale też i– jak co dnia – nie szkodziło wcale uspokoić sumienie, przecierając je pobieżnie zsamiutkiego ranka. Nie były zabłocone, bo też ina zewnątrz od dawna panowały kosmiczne temperatury, więc rozruch niewiele im szkodził, ale doczyszczanie należało do dobrego tonu ibyło otej porze, jakby to powiedzieć, dosyć popularne.

Dzięki uprzejmości kolegów usiadłem na skraju wąskiego idługiego zydla, który służył do opierania nóg, choć – nie wiem dlaczego – powszechnie wykorzystywaliśmy go jak zwykłą ławeczkę. Nawet pomimo tego, iż cienka deska nieprzyjemnie wżynała się wżołnierskie siedzenie. Obserwowałem kątem oka, jak paru ściśniętych podchorążych zawzięcie inieco akrobatycznie pucuje pozdzierane na wertepach poligonu opinacze. Specyfika porannego czyszczenia była bowiem taka, iż czynność tę wykonywać należało bez zzuwania trepów, ato zprostej przyczyny – dzionek, mimo iż startował, był już właściwie otwarty, lada moment mogli nas gdzieś pognać. I choć wzuwanie wojskowego obuwia nie należy do specjalnie skomplikowanych czynności, to jednak też inie do najmniej czasochłonnych. Widziałem nie raz inie dwa flegmatyków, co pełzali wmaskach za zbytnie guzdranie się zupartymi opinaczami. Tak, zasada była prosta: jeśli wskoczyłeś już wbuciory około szóstej izaliczyłeś rozruch, nie ściągaj ich lepiej, bratku, pochopnie. Może dopiero gdzieś wokolicach poobiednich, amoże inie.

Gdy opinacze lśniły jak trzeba, wetknąłem na powrót instrumenty do sakwy ipomaszerowałem wkierunku izby. Najprędsi koledzy szykowali się do wyjścia. Dobywali plastikowych kubków, metalowych niezbędników iprzezornie – zmyślą odrugim śniadaniu – foliowych woreczków. Schowałem obuwnicze przybory, wyciągając zmetalowej szafki zielony kubeczek zprzydziałowym niezbędnikiem, przysiadłem na taborecie i, jak inni, czekałem już tylko na sygnał dyżurnego.

– Czas do wyjścia na śniadanie: trzy minuty! – dobiegło po jakimś czasie hałaśliwe memento.

Podniosłem się ztaboretu iruszyłem wstronę wieszaka przy drzwiach. Wisiało na nim dwanaście panterek, należących do dwunastu podchorążych, którzy wspólnie zamieszkiwali jedną norę. Dobyłem właściwej, sprawdzając odruchowo zawartość kieszeni.

– Czas wwojsku biegnie na skróty! – zawołał raptem dyżurny. – Zostało pół minuty!

Założyłem prędziutko panterkę, poluzowałem parciany pas ispiąłem się nim wpół. Ci, co dopiero powracali z„trójmiasta”, miotali się nerwowo. Biegali po izbie, od kaloryferów do wieszaka, chowali skarpety, majtki ico tam jeszcze wieczorem moczyli pod kranem, pamiętając, iż nie można lekkomyślnie prowokować losu nieregulaminowym wyglądem żołnierskiego lokalu.

– Drugi pluton – zaryczał dowódca pierwszej drużyny, szeregowy podchorąży Wazeliniusz Dupowłazowicz Dupoliz – na korytarzu, wmiejscu ustalonym, wdwuszeregu: zbiórka!

Naciągnąłem beret, wziąłem niezbędnik wraz zzielonym kubeczkiem iposłusznie wyszedłem zkomnaty. Ustawiłem się wpierwszym szeregu, pośród niewysokich kumpli. Było to zgóry przypisane zaszeregowanie, wynikające zwiększej bądź mniejszej aktywności przysadki mózgowej, aktórego zczasem nauczyliśmy się na pamięć.

3. ŚNIADANIE

Z izb wybiegali podchorążowie iuzupełniali ugrupowanie. Dopinali pasy, poprawiali szalokominiarki, nakładali berety. Naprzeciwko spacerował kapral Czereśniak – dwumetrowe chłopisko zmalutkim, czarnym wąsikiem igrubymi szkłami. Jego stopień wojskowy brzmiał właściwie „starszy kapral podchorąży”, ale do naszego guru zwracaliśmy się zgodnie per „panie kapralu”. Kapral Czereśniak pełnił funkcję pomocnika dowódcy drugiego plutonu, niejakiego młodszego chorążego Szczawowińskiego ibył, nawiasem mówiąc, absolwentem poprzedniego turnusu kilskiej fabryki podoficerów. Dyrygował nami wramach oficerskiej praktyki, którą odbywał wjednostce macierzystej.

– Baczność! – zakomenderował na cały regulator, obrzuciwszy nas luzackim, drwiącym jak gdyby spojrzeniem.

Wyprężyliśmy się jak struny. W prawych dłoniach dzielnie ściskaliśmy kubki, spierając je jeszcze spodami na tandetnych pasach. Lewe dłonie przylegały ściśle do lewego szwu maskujących spodni.

– Kolejno odlicz! – ryknął ostro kapral.

Dryblasy zprzodu jęły wykrzykiwać:

– Raz! – zaryczał zprzejęciem, wysuwając prawą nogę, podchorąży Ryś.

– Dwa! – włączył się zręcznie podchorąży Ważka.

– Trzy! – zacharczał Boczek.

– Cztery! – podjął Czerwiec.

– Pięć! – bąknął Orangutan.

– Sześć! – wyseplenił Katar.

– Siedem! – zapiszczał Kompania.

– Osiem! – mruknął flegmatyczny dziennikowy.

– Dziewięć! – zapiał Turek.

– Dziesięć! – jęknął Platfus.

– Jedenaście! – dorzucił Wesołek.

– Dwanaście! – ryknął mi do ucha podchorąży Pepper, którego wuj dosłużył się ponoć swego czasu stopnia sierżanta.

Przyjąłem do wiadomości cenną informację, podając dalej zwięźle itreściwie:

– Trzynaście!

Następny wszeregu, podchorąży Moczymorda, zacharczał zprzejęciem do ostatniego wkolejce, najmniejszego wplutonie, stojącego najbardziej po prawej od strony Czereśniaka, podchorążego Dupoliza:

– Czternaście!

Zagadnięty wykonał wzorowo wyćwiczone akrobacje, wykrzykując przy tym dla odmiany wstronę Czereśniaka:

– Piętnaście!

I na tym skończyłoby się zapewne przedszkolne odliczanie, gdyby nie fakt, iż za podchorążym Dupolizem nie było już nikogo. To znaczy, jak mawialiśmy slangowo, nie był on „pokryty”.

– Niepełne! – ryknął więc ktoś ztyłu, zdrugiego szeregu, iraptem cały pluton ogarnęła kwaśna konsternacja.

Drwiący uśmieszek zniknął błyskawicznie ztwarzy Czereśniaka.

– Spocznij! – nakazał regulaminowo. – Kogo nie ma? – zwrócił się do nas pospiesznie ijuż znacznie mniej przepisowo.

Rozglądaliśmy się na boki, rachowaliśmy, porównywaliśmy inerwowo szeptaliśmy. Wreszcie ktoś zprzodu uzmysłowił trzeźwo:

– Jeżykowskiego!

A to ci maruder, pomyślałem sobie skrycie. No jasne, nie ma Jeżykowskiego. Zwykle, jeżeli kogoś brakowało, brakowało właśnie szeregowego podchorążego Jeżykowskiego. Śniadanie, apel, amy znów będziemy zapieprzać jak dzikie osły przez jednego ofermę.

– Gdzie Jeżykowski? – świsnął Czereśniak.

Znowu chwilkę się zastanawialiśmy, aż wkońcu ponownie głośno odkrzyknięto:

– W kiblu. Pewnie sra.

Czereśniak nie namyślał się wiele.

– Czekać! – rzucił ostro iraptem pognał długim korytarzem wkierunku głuchego już otej porze „trójmiasta”. Raportówka, którą zawsze miał przy sobie, latała mu we wszystkie strony.

Zostaliśmy sami na wąskim korytarzu. Inne plutony, lepiej zorganizowane, dawno opuściły pododdział. Dyżurny patrzył na nas zpolitowaniem, ale my nie bardzo przejawialiśmy ochotę do żartów. Każdy wyobrażał sobie – jak sądzę – gonitwę, zapchaną stołówkę, ekspresowe pożeranie. O zupie mlecznej właściwie nie mogło być już wtedy mowy.

– Podchorąży Jeżykowski kończy srać! – doleciało naraz zodległego „trójmiasta”. Wsłuchiwaliśmy się zzapartym tchem wdonośne okrzyki kaprala. – Podchorąży Jeżykowski skończył srać! – oznajmił wreszcie wszem iwobec Czereśniak, rozwiewając wszelkie wątpliwości.

Upłynęło jeszcze kilka sekund, ana horyzoncie pojawił się podchorąży Jeżykowski wsamych tylko kalesonach. Cwałował na bosaka tuż przed fioletowym kapralem.

– Podchorąży Jeżykowski maskę włóż! – pienił się Czereśniak. – Czas operacyjny: pół minuty! Powtarzam: pół minuty!

Jeżykowski dopadł pierwszego od klatki pokoju. Był to pokój numer 208, awięc bezpośrednio sąsiadujący zmoim. Słychać było zawzięte trzaskanie blach, przesuwanie wozu, jęki metalowej komódki iobijanie ściany klamerką od pasa. W końcu niefortunny podchorąży wypadł na korytarz. Na głowie miał założoną maskę przeciwgazową, na plecach panterkę, na nogach rozsznurowane buciska iwciąż te same białe kalesony. Parciany pas opinał go wpół.

– Baczność! – rąbnął Czereśniak już teraz do wszystkich. – Wprawo zwrot! Przed pododdział biegiem marsz!

Zerwaliśmy się raptownie. Zbiegając po wypolerowanych stopniach obserwowałem kątem oka, jak podchorąży Wesołek akrobatycznie zjeżdża po poręczy wdół. Dla utrzymania równowagi wymachiwał przydziałowym kubkiem oraz lśniącym niezbędnikiem.

Na samym dole dyżurujący kadet zrobił na nas wielkie oczy, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi. Wypadliśmy przed budynek, uformowaliśmy dwuszereg i, zlękiem woczach, jęliśmy rozglądać się na boki. Najgorsze, co nas mogło teraz spotkać, to pojawienie się demonicznego komendanta szkoły, majora Demona.

Czereśniak znów ustawił nas wdwuszeregu, potem wezwał Dupoliza ipolecił uformować czwórki. Ambitny dowódca pierwszej drużyny stanął dumnie przed najwyższymi wplutonie.

– Baczność! Za mną – świsnął, obracając się zręcznie na pięcie – biegiem marsz!

Sadziliśmy wmiarę zgodnym tempem. Z ostatniego szeregu spoglądałem na buty, na pasy, na potylice ina berety kompanów. Od czasu do czasu bieliły się gdzieś wtłoku kalesony Jeżykowskiego, który – nawiasem mówiąc – całą drogę zasuwał wmasce.

Po kilkudziesięciu sekundach, wykonując znajomy półokrąg, dobiliśmy pod drzwi stołówki. Skoczyliśmy chyżo, ale na schodach panował ścisk. Jedynym pocieszeniem było to, iż na śniadanie oczekiwała wciąż ta sama, nasza, 99. kompania SPR, choć korzystna kolejka, która rotacyjnie zmieniała się co tydzień, przepadła nam na dobre. Zamiast pierwsi byliśmy ostatni, ato oznaczało, że inni wpieprzają sobie za nas wnajlepsze, my zaś ozupie mlecznej już wogóle nie mamy co marzyć.

Czereśniak przecisnął się między podchorążymi zinnych plutonów, może na zwiady, amoże po prostu po swoje śniadanie. On nie miał problemów, bo – widząc pety na pagonach – wytresowani chłopcy krzyczeli wniebogłosy:

– Przejście! Przejście dla pana kaprala! Do kurwy nędzy, przejście!

Tak więc kapral przedostał się na górę, pokonując gładko dwa poziomy, my zaś, szeregowi, zostaliśmy na dole, zdani na łaskę iniełaskę kulinarnego harmonogramu. A kolejka posuwała się leniwie. Najpierw znaleźliśmy się na spoczniku, później na podeście, potem znów na spoczniku, aż wkońcu, po paru ładniutkich minutach, wkroczyliśmy na właściwy poziom wydawania posiłków. Tutaj kolejka zakręcała już, wijąc się niemiłosiernie wpodłużnym pomieszczeniu, wzdłuż którego znajdowało się kilka ordynarnych kranów, przytwierdzonych do rurki ośrednicy około cala, pod nimi zaś koryto. Niektórzy odkręcali wodę, aby przemyć kubki, inni spluwali, jeszcze inni, jak ja, czekali cierpliwie, drepcząc sobie wolniutko, centymetr po centymetrze, przy długim zlewie owyglądzie metalowego żłobu. Na ogół przestrzegano ustalonej wzrostowo chronologii, choć oczywiście zdarzały się czasem pewne nieporozumienia. Raz nawet, pamiętam doskonale, jeden (wyższy) podchorąży dał wmordę drugiemu (niższemu) za zbytnie przeciskanie się do przodu. Wprawdzie obaj zostali karnie pominięci przy wydawaniu tamtego feralnego posiłku, ale fakt pozostawał faktem: kto wyższy, ten lepszy. A właściwie: kto wyższy, ten szybciej i– co za tym idzie – więcej żre. Istotnie, bezwzględne były to zasady, zwłaszcza dla maluczkich, ale usankcjonowane regulaminowo, aprzy tym zgodne zodwiecznym prawem natury. Może nawet wywiedzione ztegoż prawa („przyroda” – jak mawiał atletycznie zbudowany kapral Czereśniak).

Stałem więc cierpliwie wogonku po swoją porcję. Czas dłużył się niemiłosiernie, ale lepsze to niż deptanie kogoś wrażliwego po odciskach. Obserwowałem tęsknie odległą futrynę, oddzielającą biedny, skurczony, żołnierski żołądek od porannej strawy. Powolutku, pomalutku. Czeluść stołówki stawała się coraz bardziej realna. Szczególnie wtedy, kiedy wkroczyłem na ostatnią prostą. Mogłem już dotknąć framugi, już prawie stanąć na progu, już prawie zobaczyć oblepione podchorążymi stoliki idziesiątki trzęsących się uszu...

Stop. Hola. Na progu należało przybrać postawę zasadniczą iwykonać nienaganny skłon. To bardzo ważne. Starałem się nawiązać kontakt wzrokowy zpodoficerem dyżurnym, który wkażdej chwili miał święte prawo odesłać mnie zkwitkiem na koniec. Za brak szacunku, za nieznajomość obyczajów, za chamstwo czy cholera wie za co. Uniżony wykonałem upokarzający ruch. Podoficer, kadet zdołu wczarnym berecie, był chyba usatysfakcjonowany, choć nie drgnęła mu nawet brew. Ale wystarczyło, że się nie czepił. O nic więcej tutaj nie chodziło, choć trudno było nie dostrzec wkurwionych min co bardziej krewkich kolegów, pracujących przecież wpoważnych firmach inżynierów imagistrów, zmuszanych do płaszczenia się przed jakimś tam młokosem po maturze.

Podekscytowany przestąpiłem wkońcu próg żołnierskiej jadłodajni. Pierwszą rzeczą, ojakiej trzeba było zkolei pomyśleć, to zaopatrzenie się wprzechodnią, aluminiową tacę. Stały takie rządkiem przy ścianie wzdłuż ogonka po żarcie. Złapałem pierwszą lepszą, ale była uwalana kaszą, odstawiłem więc ją prędziutko na stojak i– starając się nie rzucać zanadto nikomu woczy – pochwyciłem następną, jak gdyby nieco czystszą. Nie było zresztą czasu na wybrzydzanie, bo obowiązywał tutaj jakiś przedziwny relatywizm czasu – kolejka pędziła znacznie konkretniej. Ułożyłem więc tacę na podłużnym blacie i– posuwając się stale do przodu – jąłem wypatrywać zdobyczy. Zbyt wielkiego wyboru nie miałem, przewaliła się bowiem calutka kompania, lecz okrągłe kucharki wykładały na stół co jakiś czas porcje nowe, starannie wyważone iodmierzone.

Dobyłem wreszcie wyselekcjonowanego talerzyka. Znajdowały się na nim dwie świeże bułki, kilka plasterków jakiejś tajemniczej wędliny, prostopadłościenny kawałeczek masła, kupka wmiarę jednorodnej masy – potocznie nazywanej tutaj „białym szaleństwem” – oraz utaplany wowej masie kawał topionego serka. Umieściłem starannie przydziałową porcję na aluminiowej tacy, rozglądając się za talerzykiem zupy. I choć wiedziałem, że raczej nie zdążę jej spożyć, postanowiłem nie pasować dobrowolnie. Dla przeciwwagi postawiłem także ten drugi talerzyk na mojej aluminiowej tacy. Podsunąłem po chwili plastikowy kubek młodocianemu kuchcikowi, co operował dzbanem. Ubrany na biało chłopaczek wczepku, chudziutki asystent grubych kucharek, nalał mi zręcznie zbożowej kawy.

Złapałem mocno tacę iruszyłem wgłąb ogromnej sali upstrzonej słupami. Przy blatach siedziały chmary podchorążych i– bez zbytnich ceregieli – pożerały jak szarańcza to, co widziały. Kadra zawodowa spoczywała na podwyższeniu, przy honorowym stole. Nikt tutaj oczywiście nie spieszył się do niczego. Panowie oficerowie, chorążowie istarsi podoficerowie (w rodzaju spasionych sierżantów) obserwowali więcej niż podjadali. Patrzyli uważnie na łapiące bezcenne kalorie stada podchorążych, wymieniając przy tym jakieś ściszone uwagi.

Raptem wypatrzyłem wolne siedzisko pod jednym ze słupów. Przy kwadratowej ceracie siedziało trzech podchorążych irozglądało się za odrobiną chleba. Prędko uzupełniłem stawkę, życząc kumplom „smacznego”. Naturalnie nie było czasu na zdejmowanie panterek czy odpinanie pasów. Siedzieliśmy opatuleni jak na jakimś poligonie, tyle tylko, że nie whełmach, az beretami wetkniętymi pod puste pagony. Machaliśmy żuchwami inie myśleliśmy wcale ojakichkolwiek manierach. To nie Wersal, mówiąc krótko. Najważniejsze było napełnienie żołądka przed kolejnym, morderczym, wielogodzinnym dniem. Ważne było również przygotowanie zapasów, choć wnieco dalszej kolejności.

Rozpiłowałem starannie przydziałowe bułki tępym nożem zniezbędnika, posmarowałem grubo przydziałowym masłem, do obu władowałem po połowie przydziału wędliny itak przygotowane kanapki zaraz odstawiłem na bok. Sięgając po chleb zauważyłem roześmianego Czereśniaka, pałaszującego swą porcję wtowarzystwie trzech zaprzyjaźnionych kaprali. Nie mieli wprawdzie aż tak eksponowanego miejsca jak żołnierze zawodowi, ale też inie musieli się przed nikim zbyt nisko kłaniać. No inie musieli sterczeć wuciążliwych ogonkach. Byli czymś pośrednim między nami, szarymi szeregowymi, akadrą zawodową. Każdy znas marzył, by mieć takie przywileje.

Kapral Czereśniak popijał więc sobie spokojnie zbożówkę, gdy raptem zbliżył się do niego podchorąży Jeżykowski wkalesonach imasce. Oddał honory, kiwając osłoniętą czaszką, izmieszany przemówił głucho:

– Panie kapralu, szeregowy podchorąży Jeżykowski zzapytaniem.

Towarzysze Czereśniaka na moment przestali żuć izaciekawieni nadstawili uszu.

– Aa... – mruknął Czereśniak. – No co tam?

– Szeregowy podchorąży Jeżykowski prosi ozezwolenie na zdjęcie maski – rozpoczął bojaźliwie groteskowy przybysz. – O pozwolenie zdjęcia maski celem spożycia porannego posiłku – uzupełnił logicznie.

Czereśniak wpatrywał się chwilę wkalesony tamtego, aż wkońcu powiedział:

– Dobra. Możecie zdjąć.

– Dziękuję – bąknął przygarbiony petent, ukłonił się ładnie, zerwał ztwarzy upiorną przywrę iradośnie skoczył do talerza.

Ja wtym czasie jedną kromkę chleba spożyłem zserkiem topionym, drugą zaś z„białym szaleństwem”, które zalatywało cebulą. Zabierałem się do trzeciej, ale widząc nerwowe ruchy pośród posilających się podchorążych, przełknąłem jeszcze kilka kęsów irzuciłem się do parującej zupy wpoobijanym talerzu. W międzyczasie niektóre plutony, te najdłużej spożywające, opuściły już stołówkę. Kaprale wstawali ioznajmiali, że pora iść. Chłopcy natychmiast podskakiwali na taboretach, chowali bułki wworeczkach, odnosili tace ichyłkiem wymykali się na zewnątrz. Był to niewątpliwy znak, że zbliża się apel imy również zostaniemy wkrótce zawezwani. Nikogo nie interesował banalny fakt, iż zjawiliśmy się wjadłodajni jako ostatni. Nabrałem więc szybko łyżką jakichś klusek unoszących się wmleku. Nie były złe. Zachęcony nabrałem raz jeszcze, gdy wtem doleciał mnie tubalny głos Czereśniaka:

– Drugi pluton kończy jeść!

Obejrzałem się zżalem wjego stronę. Wycierał serwetką usta ichował niezbędnik do spodni. Był to zresztą jeden zwielu przywilejów, októrych my, póki co, mogliśmy sobie jedynie pomarzyć. Nie wolno nam było nosić sztućców inaczej niż wkubeczku, trzymając je zręcznie między palcami, acałość opierając dodatkowo na górze parcianego paseczka. Rozpaczliwie machnąłem jeszcze łyżką kilka razy, ale Czereśniak był nieubłagany. Przetarł okulary, odstawił tacę iprzeciągnął się na środku stołówki.

– Drugi pluton skończył jeść! – zaryczał wniebogłosy.

Złapałem prędko odłożone na bok bułki, włożyłem je do folii, którą miałem wkieszeni, ipodniosłem się ztaboretu. Aż coś mi się zrobiło, gdy oddawałem praktycznie nietknięty talerz ciepłej zupy. Zjadłoby się do końca, nie przeczę. Nie była to może powalająca potrawa, ale wowym czasie przestałem być wybredny. Inni kamraci także odprowadzali tęsknymi spojrzeniami pełne talerze, które znikały we wnęce, odbierane przez dwójkę młodziutkich kuchcików. Chłopaczki bez zastanowienia wylewali do ogromnych kotłów zawartość miseczek. Nie wiem, co zzawartością ową dalej się działo, ale przemknęło mi przez myśl, że mam tu do czynienia zodmianą paskudnego marnotrawstwa.

Niezbędnik ikubek można było przemyć wmetalowych korytach. Odkręcaliśmy krany, przepychaliśmy się trochę iparzyliśmy – względnie mroziliśmy – palce. Woda zawsze była albo zimna, albo gorąca. Jak lód albo jak wrzątek.

Złożyłem do kupy mokry niezbędnik iumieściłem go wkubku. Woreczek zbułkami schowałem głęboko do kieszeni panterki, starając się zamaskować go jako tako. Nigdy nie byłem pewien, czy wynoszenie czegokolwiek ze stołówki jest zgodne zregulaminem, czy też może nie. Początkowo nie wynosiliśmy nic, ale człek przymierał później głodem, bo ile można połknąć wminutę czy dwie, każdy wie. Kapral Czereśniak był jednak na tyle morowym chłopem, iż podpowiedział nam kiedyś wzaufaniu, jak ico. Żeby brać, ile się da, ipóźniej jeść. Na poligonie, na strzelnicy, między zajęciami. Żeby sobie jakoś radzić ilepiej dla nas, żeby nikt tego nie przyuważył.

4. APEL

Zeszliśmy schodami na dół przed stołówkę. Były to inne schody iw ogóle inny segment ogromnego budynku aniżeli ten, który prowadził do kotłów zjadłem. Coś jak wyjście ewakuacyjne, bo przecież głównym wchodziły na posiłek od dawna następne kompanie. Tak więc obowiązywał ruch jednokierunkowy, apo spożyciu paru kęsów wypadało się rychło na wybrukowane podłoże, lecz już nie przed plac apelowy, agdzieś wokolice magazynów mundurowych ijednej zsal gimnastycznych. Z daleka, jeśli człek miał dobry wzrok, można też było dostrzec budkę wartowniczą.

Ustawiliśmy się wdwuszeregu. Czereśniak wydał komendę „kolejno odlicz!”, potem – gdy zgodził się stan pogłowia – „do dwóch odlicz!”, anastępnie: „w czwórki, wprawo zwrot!”. Na tę ostatnią następowało coś wrodzaju zgrabnego przetasowania. Jedynki po prostu obracały się wprawo, natomiast dwójki, wtym samym czasie, zachodziły lewą nogą nieco wprzód, uzupełniając czwórkowe ugrupowania. Był to zcałą pewnością manewr bardziej skomplikowany. Nie ma co wnikać wzawiłe szczegóły, ale ćwiczyliśmy go przez całe dnie, więc po jakimś czasie nabraliśmy pewnej rutyny izachowywaliśmy się automatycznie. Wyjątkiem od tej reguły były właściwie tylko przetasowania wsąsiedztwie komendanta szkoły, majora Demona. Nikt wtedy, nie wyłączając najwyższego dowództwa plutonów, anawet icałej kompanii, nie mógł pozwolić sobie na zachowania nonszalanckie czy odruchowe. Trzeba było jarzyć na co najmniej dwieście procent.

Ruszyliśmy spokojnie, bo kapral Czereśniak nie nadużywał specjalnie komendy „biegiem!”. Gdy było trzeba, owszem, potrafił pogonić. Sam zresztą cwałował śmiesznie, jak kaczka czy gęś. A kiedy jeszcze przekładał sobie pod nogami raportówkę, wyglądał przezabawnie, choć nie miałem właściwie – szczerze powiedziawszy – zbyt wielu okazji, by się ztego śmiać.

Więc maszerowaliśmy równym krokiem, ja wostatnim szeregu. Obserwowałem mundur kolegi, co podążał przede mną. Prawa, lewa, prawa, lewa. Co jakiś czas dochodziło do delikatnej dysharmonii, gdyśmy klepali swoje, adryblasy zprzodu swoje. Czasem różnica ta przyjmowała ogromne rozmiary – my lewa, oni prawa. Na niewprawny słuch nie wyglądało to chyba najgorzej, ale już na wnikliwe ucho – nie mówiąc ooczach, zwłaszcza majora Demona – błąd był to kardynalny ioczywiste, że nie mógł uchodzić płazem. Dostawało się więc profilaktycznie (cały pluton, ma się rozumieć) od szczodrego komendanta jedną, dwie, czasem trzy dodatkowe godziny popołudniowej musztry. Jak szaleć, to szaleć.

– Pierwsza czwórka podaj krok! – wrzasnął raptem kapral Czereśniak. Śmiesznie potakiwał przy tym głową, bo na każde słowo komendy przypadało odrębne machnięcie beretu zbelkami.

– Raz! – rozległo się niemrawo zprzodu. – Raz! Raz!

– Głośniej! – polecił Czereśniak.

– Raz! Raz! Raz!

Na okrzyk „raz!” podkreślaliśmy nasze pełne zrozumienie głośnym przybiciem lewej stopy. Jeśli ktoś był winnej fazie, azazwyczaj nie zdarzało się, by kogoś wtakowej nie było, wykonać musiał zręcznie tak zwanego „krakowiaka”, czyli coś wrodzaju błyskawicznej autokorekty, wyglądającej wistocie jak element ludowego tańca.

– Drugi pluton podaj krok! – zażądał znowu Czereśniak.

– Raz! Raz! Raz! – zaryczeliśmy wszyscy.

Przed właściwym budynkiem koszarowym Czereśniak zatrzymał nas regulaminowo, przeformował zpowrotem wdwuszereg, ponownie skierował na prawo inakazał udanie się na górę.

– Panie kapralu – odezwał się Moczymorda, który miał wprawdzie na imię Erotoniusz, lecz nazywaliśmy go zdrobniale Erosem.

– No co tam?

– Zapalimy, co? – zagadnął nieśmiało.

– A kto pyta? – zdziwił się Czereśniak.

– No ja – wyjaśnił Moczymorda.

Kapral oniemiał i, choć znał nas już jako tako, spojrzał na Erosa zwyższością.

– „Ja” to wwojsku dupa – oznajmił wyniośle.

– Przepraszam – przeprosiła dupa. – Szeregowy podchorąży Moczymorda zzapytaniem.

– No słucham – podjął Czereśniak.

– To można?

– Nie. Nie ma czasu.

– Ale my szybciutko...

– Nic ztego – powtórzył dowódca. – Dzisiaj jest dzień walki zrakiem.

Niepocieszeni palacze obrzucili wysokiego kaprala wrogimi spojrzeniami, ale – chcąc nie chcąc – karnie udali się na górę. Wbiegłem za nimi na pododdział, azaraz potem wprost do izby numer 207. Z myślą ospakowaniu raportówki wyciągnąłem żarcie ipołożyłem je na taborecie. Przy okazji odstawiłem też kubek zniezbędnikiem. Wędrował do obskurnej szafki, na półkę środkową, od prawej strony. Odnalazłem właściwe zeszyty, długopis iwszystko to, wraz ze śniadaniem, umieściłem wraportówce. Była to śmieszna, zielona teczka, zcieniutkim, skórzanym paseczkiem idwiema przegródkami. Miałem kiedyś taką, lata wcześniej, gdy bawiłem się wharcerzyka, ale było to dawno temu inigdy nie sądziłem, że przyjdzie mi jeszcze nosić wczymś takim cokolwiek. A już zwłaszcza nie szkolne przybory.

– Zabieramy maski! – zakrzyczano raptem zkorytarza. – Uwaga! Zabierać maski! Ogłaszam „dzień słonia”! Zabierać maski iwyłazić znor!

– A niech to... – klęliśmy pod nosami. – Cholerne maski.

Często zdarzało się, że łaziliśmy wszędzie zmaskami przy pasach. Zjawisko takie nie należało do specjalnych przyjemności, ale też inie było największym paskudztwem (jak choćby mycie izakładanie na czas całego oprzyrządowania przeciwchemicznego). A maska, jak maska. Zawadzała nieznośnie, ale ktoś zdowództwa cyklicznie wpadał na pomysł, by podchorążowie poruszali się zmaskami przy pasach. Dni takie nazywaliśmy potocznie „dniami słonia”, abyły one ogłaszane przez służbę dyżurną zrana, najczęściej po śniadaniu inajczęściej wwymiarze jednego – rzadziej dwóch – na tydzień. W każdym razie na apel stawać musieliśmy już zawsze wbojowym pogotowiu.

– Czas do wyjścia na apel – ryczał dyżurny – dwie minuty! Dwie minuty! Zabierać maski! Czas do wyjścia na apel: dwie minuty! Dwie minuty!

Miotaliśmy się po izbie, przytraczając maski. Miały po dwie naderwane szlufki przy szmacianych futerałach, które zkolei należało przewlec przez parciany pasek. Całość, po zapięciu, znajdowała się po lewej stronie. Pod ręką, rzecz jasna, wrazie gazowego ataku lub skażenia chemicznego jednostki wojskowej.

Dyżurny zakomunikował, że została jedna minuta, ale ja nie zamierzałem czekać aż tak długo. Zapiąwszy dociążony pas, przewiesiwszy przez głowę harcerską raportówkę, wyszedłem na korytarz. Kapral Czereśniak, zbraku czasu, polecił schodzić na dół, nie formując na górze żadnego ugrupowania. Przemierzyłem więc po raz wtóry wypolerowane marmury i, znalazłszy się ponownie na mrozie, stanąłem na chodniku, wznajomym miejscu, pośród znajomych twarzy moich kamratów. W międzyczasie rozwidniło się na dobre.

Przemknęliśmy prędko wczwórkach na pobliski plac apelowy. W skład 99. kompanii SPR wchodziły cztery plutony, mniej więcej trzydziestoosobowe, tak więc było nas wsumie grubo ponad setka sztuk. Każdy pluton posiadał zgóry zarezerwowane miejsce na tymże placu i, prowadzony przez swego kaprala, wowo miejsce musiał się przemieścić. My, jako pluton drugi, stawaliśmy wdwuszeregu na wprost odległych zabudowań koszarowych, tyłem do stołówki. Tworzyliśmy jeden dubeltowy rząd zplutonem trzecim. Pierwszy iczwarty stawały natomiast prostopadle do nas, coś jak dodatkowe boki wiecznie niedomkniętego prostokąta, przy którego czwartym boku zarezerwowane było zkolei miejsce dla dowódcy kompanii, podporucznika Karakana. Postaci najgłówniejszej i, co oczywiste, zarazem najjaśniejszej.

Naturalnie na tę najjaśniejszą postać czekaliśmy najdłużej. Obserwowałem ogromny plac, przypominający trochę lotnisko, iz niepokojem spoglądałem na buty, na pas, na maskę, wogóle na całe swoje umundurowanie, które – aby apel nie stał się dla mnie przykrym epizodem – pod żadnym pozorem nie powinno odbiegać od ogólnie przyjętych norm. Staliśmy niby na baczność, ale wsumie nie tak do końca. Można jeszcze było bowiem poprawić lekko raportówkę, panterkę, przetrzeć rękawicą buty. Póki nie pojawiał się dowódca, względnie szef kompanii, nie obowiązywała także ibezwzględna cisza.

Początkowo na placu, oprócz szeregowych podchorążych, znajdowali się jedynie starsi kaprale. Dowódcy poszczególnych plutonów schodzili się powoli, aczkolwiek zawsze przybywali przed Karakanem. Zjawił się zatem młodszy chorąży Szczawowiński, chorąży Mruk, starszy chorąży Szaszłyk oraz porucznik Ciupcialski, który – choć wcałej kompanii najwyższy stopniem – dyrygował zaledwie plutonem, przez co podlegał podporucznikowi.

Dowódcy zbliżyli się do swoich ludzików. Przy nas, tuż obok Czereśniaka, zatrzymał się „Szczawik” – ojakieś dwie głowy mniejszy od swego asystenta. Patrzyliśmy zniepokojem wstronę pododdziału, gdy wreszcie wdrzwiach ukazał się podporucznik Karakan. Maszerował dziarsko, energicznie wymachując ramionami. Widać było, że jest dowartościowany faktem odprowadzania go stu dwudziestu kilku par podekscytowanych oczu.

– Na moją komendę kompania baczność! – mruknął szef kompanii, młodszy chorąży sztabowy Żul. Stał dokładnie na wprost nas, ale głowa już mu uciekała wstronę Karakana. – Na prawo patrz! – dorzucił jeszcze, po czym wykonał obrót na pięcie ipognał ku swemu pryncypałowi.

Obaj panowie – odziani wmaskujące panterki, dociążeni połyskującymi raportówkami iśmiesznie wymachujący na boki ramionami – spotkali się po kilkunastu metrach. Żul machnął szybko skórzaną rękawiczką, Karakan mu odpowiedział, anastępnie wymienili parę przyciszonych zdań. Doleciało mnie coś wrodzaju: „...duję ...panię ...pelu”. Żul skończył nawijać, Karakan rzekł: „...uję” iuścisnął szefowi dowodzonej przez siebie kompanii skórzaną rękawicę. Tamten znowu machnął ręką, odskoczył na bok iruszył pokornie – mniej więcej ojeden krok ztyłu – za swym guru zdwiema gwiazdeczkami.

Oficer dotarł wkońcu przed nasze oblicza izatrzymał się. Znowu machnął odzianą wskórę pięścią iwydeklamował zpamięci:

– Czołem żołnierze!

Nabraliśmy głośno powietrza do płuc.

– Czołem panie czniku! – ryknęliśmy wszyscy. Echo naszych gardeł odbiło się gdzieś od obskurnych elewacji, zaszumiało wbezlistnych gałęziach, po czym powróciło jak bumerang, lekko tylko zniekształcone.

Karakan, zadowolony, łaskawie pozwolił nam spocząć, co bynajmniej nie oznaczało siadania na asfalcie, lecz jedynie delikatne rozprężenie mięśni. Ja itak, aby nie prowokować losu, stałem praktycznie na baczność.

Usłyszeliśmy od naszego dowódcy normalne poranne pierdoły. Że trzeba się przykładać, że starać, że dbać owygląd iumundurowanie, że trzymać wmetalowych szafkach porządek, bo wraz zmajorem Demonem sprawdzają wyrywkowo i– jeśli ktoś ma bajzel – wypieprzają wszystko wtrymiga, ana przepustkę po przysiędze można sobie będzie jedynie pogwizdać. Dalej: że się guzdramy przy spożywaniu posiłków itrzeba by podkręcić jeszcze znacznie tempo, że brudne „trójmiasto”, że wykładowcy zgłaszają nasze spanie na zajęciach itak dalej, itak dalej. Trwało to może zdziesięć minut. Na koniec Karakan zerknął na zegarek izapytał rutynowo:

– Sprawy? Pytania?

Nie miałem żadnych wątpliwości. Po co się wychylać. I tak nic nie trzymało się kupy, aja już trochę przywykłem. Czekałem wpostawie zasadniczej na sygnał rozejścia się, bo nogi mi zdrętwiały.

– Panie poruczniku! – rzucił ktoś zprawej, zpierwszego plutonu. – Szeregowy podchorąży Pyskuś zzapytaniem!

Karakan, nieco tylko zdziwiony, zachęcił chłopaczka lekkim skinieniem głowy.

– Wczoraj – rozpoczął podchorąży Pyskuś – zabrakło dla nas dżemu. Przyszliśmy na kolację, ale wszystko już było zżarte, został tylko suchy chleb. Chciałem się zapytać, jak to jest? Czemu sto pierwsza kompania, co żre przed nami, dostaje cały przydział, ajak my przychodzimy, to kucharki mówią, że już nie ma?

Dowódca przez chwilę patrzył błagalnie wniebo, później skierował wzrok na stołówkę izaraz potem na nas.

– Tak nie może być – oświadczył buńczucznie. – Wojsko nie może być głodne. Wojsko musi jeść.

– No właśnie – wtrącił się brzydko, bez pozwolenia, podchorąży Pyskuś. – Tak nie może być...

Karakan flegmatycznie uciszył go ręką, nie reagując specjalnie na nieregulaminowe zabieranie głosu.

– Wiecie, panowie... – zwrócił się do nas poufnie. – Prawda jest taka, że chyba ten dżem zawieruszył się przypadkiem... Że panie kucharki coś tam, wiecie... Tłumaczyły, że zjadła sto pierwsza kompania, aprzecież przydział jest idla nich, idla was... No wiecie... Musicie zrozumieć, jak to jest... Że gdzieś się zawieruszył... Ale ja się tym zajmę... Zobaczymy, może coś się uda zrobić...

Zapewnienie naszego guru musiało nam wystarczyć. Słowo oficera, jak wpewnym sensie można było je rozumieć. Osobiście nie roztrząsałbym całej sprawy, co zresztą zasugerował sam podporucznik Karakan, bo wiadomo... Po omówieniu sprawy dżemu okazało się natomiast, że jest jeszcze coś, co wżołnierskiej duszy gra.

– Panie poruczniku! – odezwał się zkolei starszy kapral podchorąży Kwiecień, czyli tak zwany „skoczek”, bez konkretnego przydziału (był piątym zpraktykantów, azastępował któregoś zkolegów, jeśli ten miał służbę lub coś innego na głowie). – Już od dwóch tygodni nie byliśmy pod prysznicem. Kadeci zdołu nie chcą nas dopuścić, achłopaki, jakby to powiedzieć, zaczynają śmierdzieć...

Karakan, zatroskany, znowu zlustrował obłoki na nieboskłonie, azaraz potem spojrzał na nas po ojcowsku.

– Tak nie może być – oznajmił donośnie. – Wojsko nie może śmierdzieć, aprzynajmniej nie wkoszarach. Wojsko musi się myć. Wojsko musi być czyste. Jasne?

– No właśnie – potwierdził Kwiecień. – Tyle tylko, że kadeci zdołu...

– Ja się tym zajmę – obiecał wszechwładnie kochany podporucznik. – Dzisiaj wieczorem będziecie mieli prysznic.

Ze stu kilkudziesięciu gardeł wyrwał się radosny okrzyk podniecenia.

– Dziękuję – podziękował jeszcze głośno podchorąży Kwiecień.

– Jakieś inne sprawy? – zapytał Karakan. – Pytania?