Wydawca: Czerwone i Czarne Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 275 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jak zostałam nianią Polaków - Dorota Zawadzka

Czy Dorota Zawadzka, słynna Superniania, miała problemy z wychowywaniem własnych dzieci? Czy sama była nieznośna? Jaką ma receptę na sukces, wychodzenie z niepowodzeń, budowanie ciepłych relacji rodzinnych? Biografia Doroty Zawadzkiej to jednocześnie poradnik dobrego życia.

Opinie o ebooku Jak zostałam nianią Polaków - Dorota Zawadzka

Fragment ebooka Jak zostałam nianią Polaków - Dorota Zawadzka

Spis treści
Okładka
Skrzydełko
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
rozdział 1. Jak Superniania wychowuje cudze dzieci? (fragment)
rozdział 2. Jak Superniania była wychowywana?
rozdział 3. Jak Superniania wychowywała swoje dzieci?
rozdział 4. Jak Superniania przeżywała trudne chwile?
rozdział 5. Jak Superniania się podniosła?
rozdział 6. Jak Superniania rozpalała emocje?
rozdział 7. Jak Superniania odnalazła harmonię?
Skrzydełko

Copyright © Dorota Zawadzka, Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin, Czerwone i Czarne

Projekt graficzny FRYCZ I WICHA

Zdjęcie na okładce: Bartłomiej Molga

Korekta Elżbieta Steglińska

Skład Tomasz Erbel

Wydawca Czerwone i Czarne sp. zo.o. Rynek Starego Miasta 5/7 m.5 00-272 Warszawa

Druk i oprawa Drukarnia INTERDRUK ul. Kowalczyka 21A 03-193 Warszawa

Wyłączny dystrybutor Firma Księgarska Jacek Olesiejuk sp. z o.o. ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki

ISBN 978-83-7700-097-7

Wiesz, że matki straszą tobą swoje dzieci?

Wiem.

Skąd?

Bo robią to nawet przy mnie. Jechałam kiedyś windą w empiku, wsiadła kobieta z takim na oko czterolatkiem. Poznał mnie. Spojrzał na swoją mamę i powiedział przestraszony: „Mamusiu, kocham cię”. Doskonale wiedział, kim ja jestem. Widocznie był straszony, że jak będzie niegrzeczny, to rodzice wezwą Supernianię. Kiedyś pewien ojciec, wskazując na mnie, powiedział do dziecka w sklepie: „Jak będziesz niegrzeczny, to ta pani cię zabierze”. Więc podeszłam do niego i zapytałam, co będzie, jak rzeczywiście zabiorę dziecko. Zawstydził się strasznie i mnie przepraszał. Powiedziałam mu, żeby przeprosił dziecko, nie mnie. Kiedyś straszono dzieci czarną wołgą, Babą-Jagą, czarnym ludem, potworami, a teraz Supernianią. To mnie podwójnie boli, bo ja nie toleruję tego, że rodzice straszą swoje dzieci czymkolwiek. A oni straszą mną. Chociaż mną już rzadziej. „Superniania” od dawna nie jest nadawana, dzieci mnie mniej kojarzą, szczególnie te najmłodsze. Dwu-, trzylatki nie wiedzą, kim jestem, bo niby skąd. Program wprawdzie wyszedł na DVD, ale to już nie ta „siła rażenia” co w telewizji. Znają mnie ośmio-, dziewięciolatki, ale one już tak się nie boją. Całe szczęście… Jednak kilka lat temu, kiedy jako maluchy widziały mnie w telewizji, bywałam dla nich straszakiem. Kiedyś pojechałam do przedszkola i niektóre dzieci nie chciały do mnie podejść. Miały taką traumę, że nawet wzroku na mnie nie podnosiły.

„To najczęściej rodzice byli w złych relacjach z dziećmi i zachowanie dzieci było konsekwencją tego stanu”

Trudno im się dziwić, nawet dorośli dostawali gęsiej skórki, kiedy oglądali te rozdzierające sceny histerii kilkulatków. Nie żałujesz, że wzięłaś udział w programie, po którym dzieci uciekają na twój widok?

To nie przez program uciekają. Nie budowaliśmy w nim takiego wizerunku Superniani, żeby się mnie bać. Może poza rodzicami, oni mogli, ale ja zawsze powtarzam, że rodzice mnie nie interesują, dla mnie jest ważne dziecko. Wielokrotnie potem oglądałam ten program na płytach i tam nie było żadnego elementu, który sam z siebie byłby straszny. Ja się uśmiechałam, była muzyczka, owszem były płaczące dzieci, ale nie płakały przeze mnie. To najczęściej rodzice byli w złych relacjach z dziećmi i zachowanie dzieci było konsekwencją tego stanu. Obejrzałam kilkakrotnie odcinki, które były najmocniejsze, do których ludzie najczęściej wracają w rozmowach, i z całą pewnością mogę powiedzieć, że nie ma tam nic, co mogłoby przestraszyć dzieci. Oczywiście należy także pamiętać o tym, że Superniania nie jest programem dla dzieci. Nie powinny więc go oglądać. Jeśli zaś się mnie boją, to dlatego, że rodzice je mną straszą. Bardzo długo byłam batem na niegrzeczne dzieci. Wiem to, bo teraz często odwiedzam szkoły i kiedy wchodzę do grup dzieci, które podczas emisji programu miały dwa, trzy lata, pytam, czy kogoś straszono Supernianią? I często podnoszą się ręce.

Jednak sam program był krytykowany przez psychologów. Nie zostawili na nim suchej nitki. Uważali, że jest nieetyczny, bo nikt nie pyta dziecka o zdanie, czy chce być pokazywane w telewizji i to w niekorzystny dla siebie sposób.

Doprowadza mnie do furii, kiedy ktoś mówi o czymś, o czym nie ma zielonego pojęcia. Ceniony przeze mnie psycholog Wojciech Eichelberger napisał wtedy gdzieś, że nie wolno robić takich rzeczy jak ten program, bo on krzywdzi dzieci. Tyle że napisał to, zanim jeszcze „Superniania” pojawiła się w telewizji. Dopiero zaczynaliśmy kręcić, a program był emitowany pół roku później. Spotkałam się z Wojtkiem Eichelbergerem, kiedy już go obejrzał, przyznał, że nie miał wtedy racji. Osobiście dostałam bardzo dobre recenzje i to od osób, które są dla mnie autorytetami. Nikt nie krytykował mnie wprost. Raz mi ktoś zarzucił, że stosuję przemoc wobec dzieci. A to nie jest przemoc, ale przymus. Tak, stosuję metody behawioralne. Jak ktoś nie jest behawiorystą, będzie protestował. Ale to nie znaczy, że jestem złym psychologiem. Poza tym nie zawsze je stosuję, bo nie wykorzystuję za każdym razem jednej i tej samej teorii. Można powiedzieć, że jestem eklektycznym psychologiem, zbieram to, co mi pasuje. Biorę trochę z tej, trochę z innej książki i robię z tego zupę. Najważniejsze, żeby działało. Mnie uwagi krytyków, zwłaszcza takich, którzy nie mają wiedzy z zakresu psychologii rozwoju człowieka, szczerze mówiąc, średnio interesują. Dostaję informacje od rodzin, że im pomogłam, i to jest dla mnie ważne. I wcale mnie środowisko nie wyklęło. Będę teraz miała wykłady z psychologii na Wydziale Pedagogiki Wyższej Szkoły Pedagogicznej TWP w Warszawie. Gdybym była wyklęta, nikt by mi tego nie zaproponował. W dodatku słyszałam, że czasami na różnych poważnych zajęciach pokazywane są fragmenty „Superniani”, żeby zilustrować omawiane techniki czy metody wychowawcze.

Co skłoniło Eichelbergera do zmiany zdania na temat twojego programu?

Koledzy zwrócili jego uwagę na to, że „oswoiłam” psychologię i ludzie przestali się jej bać. Niektórzy psychologowie wręcz cieszyli się z popularności „Superniani”, bo dzięki programowi mieli więcej pracy, ludzie nagle zaczęli do nich przychodzić, aby rozwiązać problemy z dziećmi. Jednak inni koledzy narzekali, bo są zdania, że należy kultywować przekonanie, iż psychologia to nauka tajemna. Coś, czego się nie powinno popularyzować. Kiedy w 2011 roku dostałam nagrodę za najlepszą psychologiczną książkę popularnonaukową, powiedziałam, że odczarowałam trochę psychologię i trafiła ona pod strzechy. Jednak profesorowie, którzy byli na sali, średnia wieku 80 lat, nie byli do końca zadowoleni z tego, co mówię. Zdaniem wielu psychologia to nie jest nauka dla każdego, tylko wiedza elitarna, rodzaj szamaństwa. Że im bardziej teoria jest zawiła, tym lepiej. A książki popularnonaukowe to w ogóle gorszy gatunek publikacji. Dlatego to, co ja robię, bywa deprecjonowane przez środowiskową wierchuszkę. To oni robią ważne badania, piszą świetne książki… tylko niewielu poza nimi potrafi je zrozumieć i nikt po nie nie sięga, chyba że studenci, jeśli to ich podręczniki akademickie. A ja uważam, że po to pisze się książkę, żeby ktoś ją przeczytał, a nie żeby ją tylko napisać. Pełnię inną rolę. Nie tworzę nauki, bo tego nie umiem, ale czytam ich książki ze zrozumieniem i tłumaczę je ludziom.

Jest jeszcze sprawa dzieci. To rodzice decydowali o tym, czy one wystąpią w programie. A one – nie. A to właśnie one były pokazywane w kompromitujących okolicznościach.

Nieprawda. Dzieci miały prawo odmówić. I zdarzało się, że odmawiały. Na przykład pewna jedenastoletnia dziewczynka powiedziała, że nie chce. I myśmy to respektowali. Poinformowaliśmy tylko widzów, że jest jeszcze starsza siostra, ale ona nie bierze udziału w programie. Mieliśmy też siedemnastolatka, który też powiedział, że nie chce, i siedział dwa tygodnie zamknięty w pokoju. Raz przyszedł tylko się ukłonić. Dziecko ma prawo odmówić. Zdarzył się też ojciec, który nie chciał się pokazywać, twierdząc, że ten program to fanaberia żony. W końcu się jednak pojawił, robił to w ten sposób, że przychodził, rzucał ostentacyjnie zakupy i demonstrował, że jest na „nie”. Oczywiście nie pytaliśmy o zdanie dzieci paromiesięcznych, czy nawet kilkulatków, bo są za małe, żeby je o to pytać, ale z siedmiolatkami już rozmawialiśmy i większość z nich była chętna. Tłumaczyłam im, że pokażemy nie tylko fajne rzeczy z ich życia, ale też jak będą niegrzeczne. Prawda, że mimo to one nie miały świadomości, co będzie pokazywane i jak, dlatego pilnowaliśmy, żeby nie były to sytuacje, które by mogły te dzieci skrzywdzić. Mieliśmy je pod ochroną, wycinaliśmy to, co mogłoby im zaszkodzić, na przykład przypadki onanizmu dziecięcego. Trzeba pamiętać, że one żyją w jakimś swoim środowisku, w szkole, w przedszkolu. Mogłam o tym porozmawiać z matką, powiedzieć jej, że w tym wieku takie rzeczy się zdarzają, ale wtedy nie mogłam tego pokazać. Mogłam pokazać, że dziecko uderza matkę, ale potem rozmawiałam o tym z dzieckiem, z matką i puenta była taka, że tego nie wolno robić. W odcinkach są skróty wynikające z oczywistych wymogów montażu, ale uważam, że wykonałam ogromną robotę, bo gdyby pokazać widzom wszystkie godziny nagrania, toby się poważnie zdziwili. Po dwóch dniach obecności kamery w domu ludzie oswajali się z nią, zapominali o niej, nie mieli już żadnych oporów. A my nie chcieliśmy pokazywać pewnych rzeczy, strasznych awantur, tego, jak rodzice potrafią do siebie mówić. Mogliśmy dać w odcinku początek awantury, żeby było widać, że się kłócą, ale nie to, co się działo dalej. To byłoby nieetyczne. Monitorowałam też, czy po emisji programu dzieci nie mają jakichś nieprzyjemności w szkole, ale okazywało się zazwyczaj, że działo się wręcz przeciwnie i stawały się niemal gwiazdami. To też nie najlepsze, ale już wolę, żeby były gwiazdami, niż żeby ktoś miał im dokuczać. Czasami się zdarzało, że ktoś w szkole dziecku wygarnął: „Siedziałeś na karnym jeżyku”. Mówiłam mu wtedy, żeby odpowiedział: „Widzisz, ja siedziałem, a ty nie” i przekuł wadę w zaletę. Dlatego gdyby ktoś powiedział mi wprost, że program był nieetyczny, tobym zapytała, w którym momencie. Oczywiście, nie twierdzę, że nie było wpadek. Zdarzało się na przykład, że matka uderzyła dziecko w twarz. Musieliśmy to pokazać, ale po tym była rozmowa i musiałam to jakoś skomentować. Naprawdę bardzo się staraliśmy. Jestem profesjonalistką, nikt mi nie może powiedzieć, że zrobiłam krzywdę dziecku. Dla mnie najważniejsze jest dobro dzieci, dlatego tak szybko się z nimi dogadywałam. Natychmiast wiedziały, że jestem po ich stronie. Nawet jak chłopcy kopali, gryźli, pluli, ubliżali rodzicom, to ze mną wchodzili w relację jak z dobrą ciocią. Potrafili przyjść i przytulić się do mnie, a nie do mamy. Kiedy wchodziłam do tych domów, to pierwszą najważniejszą rzeczą było dla mnie zaprzyjaźnić się z dzieckiem, bawić się z nim, rozmawiać. I ono widziało, że jestem żywo zainteresowana jego sprawami, jego życiem. Ufały mi.

Dzieci były przygotowywane na twoje przyjście?

W pierwszej serii jeszcze nie wiedziały, co to za program. W drugiej i trzeciej serii już wiedziały, że Superniania przyjedzie. Jedne się witały, inne nie chciały mi podać ręki, jak Adaś w Działoszycach. Musiałam je wtedy ze sobą oswoić.

Czego się bały?

Wspomniany Adaś został nastraszony przez dziadka, że go zabiorę. Musiałam wyjaśniać, że nie przyszłam go zabrać, tylko zrobić coś, żeby mamie było fajnie, jemu było fajnie, i dziadkowi też. Gdy wyjeżdżałam, siedział na moich kolanach przyklejony i płakał, żebym została. Inny chłopiec, Oskar, adehadowiec z Kórnika, dzwonił do zoo, żeby zabrali Supernianię, wysyłał mnie na księżyc. A teraz jestem jego ciocią, pisze do mnie listy. Byłam na ślubie jego mamy. Kilka takich przyjaźni z dziećmi zostało.

Zdarzało się, że rodzice żałowali, że zgłosili się do was, bo spodziewali się czegoś innego, albo nie uświadamiali sobie, co to znaczy pokazywać swoje życie w telewizji?

Myślę, że oni nie do końca zdawali sobie sprawę, że to będzie oglądała cała Polska. Jednak nie to było głównym problemem. Oni często czuli się rozczarowani, bo wydawało im się, że przyjadę, rozpylę magiczny pył i w rodzinie od tej pory będzie wszystko w porządku. A tu nic z tych rzeczy, kochani. To jest ciężka praca. To nie jest tak, że przyjadę, coś zrobię, coś powiem, a następnego dnia już będziecie szczęśliwi. Pokazywałam, co mogą zrobić, żeby się poprawiło, a oni musieli zapracować na to, żeby tak się stało. Pokazywałam im różne sztuczki, na które dzieci się łapią jak na lep. Żartowanie, wygłupianie się, chwalenie dziecka. Rodzice obserwowali to, a potem byli zdumieni: Jak to, oni teraz mają robić to samo? Jednak na pewno nie żałowali, że wzięli udział w programie, bo przeważnie uważali, że to jest fantastyczna przygoda, może nawet najlepsza w ich życiu. Z wieloma z nich jeszcze długo po programie utrzymywałam kontakt i czasami mi mówili, że byli gdzieś nad morzem i jakaś pani podchodzi i mówi: „Znam panią, pani występowała w »Superniani«”. Bo oni także stawali się popularni. Często przyjeżdżały do nich lokalne gazety, żeby robić z nimi wywiady, bo to był szalenie popularny program.

„Dziecko bije, krzyczy, nie dlatego że się takie urodziło. To jest twój błąd w wychowaniu”

Nie mieli do ciebie żalu, kiedy im uświadamiałaś, że zachowanie ich dzieci wynika z błędów, które oni sami popełnili?

Starałam się, żeby oni sami to sobie uświadamiali. Nie chciałam reakcji typu: ona się wtrąca. Chodziło mi o to, żeby nie mieli do mnie pretensji, że im coś narzuciłam. I tak prowadziłam rozmowy z nimi, żeby dochodzili do sedna sami. Oczywiście nie wszystkim to się udawało i wtedy musiałam im powiedzieć, to były trudne rozmowy. Waliłam prosto z mostu. Robili mi wyrzuty: „Jak ty możesz tak mi powiedzieć?”. „A jak ty możesz tak robić swojemu dziecku?”. Wtedy były histeryczne płacze na wizji. Ale mnie w takich wypadkach nie do końca interesowały emocje rodziców, bo to są już osoby dorosłe. Ja z rodzicami mogę rozmawiać otwartym tekstem. Dziecko zachowuje się tak, a nie inaczej, bije, krzyczy, nie dlatego, że się takie urodziło. To twój błąd w wychowaniu. Niektóre matki płakały, bo miały poczucie winy. Co prawda później zdejmowałam z nich to poczucie winy, ale one też musiały się czegoś nauczyć, a ja jestem zwolenniczką metody szokowej. Staram się oczywiście, aby nie skrzywdzić tej osoby, żeby jej się świat nie zawalił, ale ważne jest dla mnie, żeby ona coś zrozumiała. Że na przykład nie może przenosić na dziecko tego, że była źle traktowana w życiu, że ma męża łobuza albo szefa psychopatę. Czasem w ferworze walki chlapnęłam: „Jesteś głupia i mnie denerwujesz”, ale to nie szło na wizji. Potrafię przeprosić za „szybki język”. Kiedy się wchodzi w tak bliskie relacje z ludźmi, czasem zapomina się o roli psychologa. Często przegadywałyśmy z matkami całe noce jak koleżanki. Ten pierwiastek ludzki, który ze mnie wychodził podczas rozmów, pomagał im. Widziały, że nie jestem panią z programu, tylko babą, która jak trzeba, to opierniczy, a jak trzeba, to przytuli, a jak trzeba, to się z nią popłacze. Tyle że to nie był element mojej taktyki, ja po prostu taka jestem. Mimo to zdarzało się, że po emisji odbierałam od matek telefony z pretensjami. „Nie wiedziałam, że pokażecie, jak powiedziałam do dziecka »ty idioto«, mam teraz przykrości w pracy”. Albo: „Koleżanki mi powiedziały, że krzycząc na dziecko, miałam taką minę, jakbym chciała je zabić”. Odpowiadałam: „Bo miałaś taką minę. Do kogo masz o to pretensję? Do mnie?”. W jednym z odcinków mama uderzyła dziecko w twarz i myśmy to pokazali. Miała po tym nieprzyjemności w pracy i ja się temu nie dziwię. Trzeba było nie bić. Tylko że dla niej nie było złe to, że uderzyła dziecko, tylko to, że znajomi to widzieli. Jednak z wieloma rodzinami żegnałam się w przyjaźni. Do kilku nadal jeździmy z mężem towarzysko na kawę. Nie mają powodów, żeby mieć do mnie pretensję. Nikogo nie skrzywdziłam, wielu pomogłam. Mam wiedzę i intuicję, która mnie na ogół nie zawodzi. Zdarzało się, że popełniałam błędy i początkowo widziałam problem nie w tym miejscu, gdzie w rzeczywistości tkwił, ale to dlatego, że rodzice chcieli, żebym właśnie tak to widziała. Podczas dokumentacji kierowali uwagę nie na to, na co należało. Na tej podstawie robiłam sobie plan, jak będziemy pracować, a potem jechałam do rodziny i cały plan brał w łeb.

Co wtedy robiłaś?

W ciągu nocy trzeba było wymyślić nowy albo wymyślać na bieżąco, w trakcie pracy. Podczas tych programów bardzo dużo się nauczyłam. Miałam oczywiście wiedzę z książek, a także praktyczną, choć dużo mniejszą. Szkoliłam, jeździłam po przedszkolach, prowadziłam wykłady i konferencje. Próbowałam prowadzić badania, uprawiać naukę, ale nie wyszło. A tutaj zetknęłam się z drugą stroną. Zrozumiałam, co to znaczy, że teoria nie przystaje do praktyki. Dlatego od czasów tego programu zajęłam się propagowaniem, wyjaśnianiem. Bo rzeczywiście teoria nie przystaje wprost, ale jak masz trzy teorie, to jedną na pewno dopasujesz, albo możesz je połączyć tak, żeby zastosować je do konkretnego dziecka. Powtarzam: wiedza, wiedza, wiedza. Program pokazał mi życie, jakiego wcześniej nie widziałam. Zobaczyłam, jaką ludzie mogą sobie nawzajem wyrządzać krzywdę emocjonalną we własnym domu. Oczywiście wcześniej wiedziałam, że mogą, ale nie przypuszczałam, że aż na taką skalę. Widziałam ludzi żyjących przez lata w zakłamaniu, w zakłamaniu wychowujących dzieci, a do tego chodzących do kościoła i dzielących się opłatkiem w Wigilię. Zastanawiałam się: ludzie, co wy sobie sami robicie? Przecież macie jedno życie, a wszyscy jesteście nieszczęśliwi.

Sugerowałaś, żeby się rozstali?

Nie. Nigdy nie sugerowałam, żeby się rozwiedli, bo wiem, co to znaczy. Sugerowałam, żeby coś z tym zrobili, poszli na mediacje, do psychologa, sami ze sobą porozmawiali. Mieliśmy takie odcinki, że w ogóle dziećmi się nie zajmowałam, tylko siedziałam z rodzicami. Dwie pary mi się rozwiodły. Ale jedna z powodu alkoholizmu męża i niezależnie od „Superniani”, bo żona już była na to gotowa. Ja ją raczej zmusiłam, żeby wcześniej pojechała na terapię dla współuzależnionych, żeby zapisała na terapię męża. Niestety on wprawdzie zaczął terapię, ale potem zrezygnował, no i się rozwiedli. Ona spotkała jakiegoś innego mężczyznę i jest z nim. Druga para rozwiodła się w Gdańsku, ale kiedy myśmy tam przyjechali, to w zasadzie już nie było małżeństwa. Tam były piramidy nienawiści, obwinianie się o wszystko, a w tle pieniądze. Dwie czy trzy mamy nam się pożeniły. Urodziła nam się trójka dzieci. Bardzo dużo dzieci trafiło do różnych ośrodków pracy z dziećmi, poradni logopedycznych, dyslektycznych, ADHD. Mieliśmy też dziecko, które trzeba było skierować do leczenia psychiatrycznego, bo miało poważne zaburzenia. Dziewczynka siadała na oknie, chciała się zabić, lekarze musieli ją obezwładniać. Ale wyszła z tego, wiem, bo niedawno spotkałam jej nauczycielkę.

Rodzice wzywali Supernianię z kamerami, żeby rozwiązać tak poważny problem u swojego dziecka?

Nie. Oni wzywali Supernianię do niegrzecznej córki. To nawet nie była „Superniania”, tylko „Świat według dziecka”, mój kolejny program, w którym rodzice przyjeżdżali do mnie. To trochę utrudniało sprawę. Bo formuła „Superniani”, w której ja jechałam do domu rodzinnego dziecka, pozwalała mi nie słuchać tego, co mówią rodzice, tylko samej zobaczyć, jak to wygląda. A jeśli do psychologa przychodzą rodzice i mówią, że dziecko jest niegrzeczne, to psycholog przyjmuje to często za punkt wyjścia do dalszej pracy. Natomiast ja oprócz tego, co słyszałam od rodziców, mogłam sama zobaczyć, jak wygląda ich życie. I ono nie zawsze wyglądało tak, jak rodzice to przedstawiali. Często było dokładnie odwrotnie. Na przykład rodzice mówili, że dziecko jest niedobre, niegrzeczne, a ja widziałam grzeczne, posłuszne dziecko, które cokolwiek by zrobiło, to dla rodziców było niegrzeczne. Ma dobre stopnie, wszystko je, sprząta swój pokój. Dlatego gdy przyjechali do mnie ludzie z tą dziewczynką, która chciała wyskakiwać z okna, to opowiadali tylko o powierzchownych sprawach, nie pozwolili mi wejść głębiej. Oczywiście w trzeciej godzinie nagrań doszliśmy do tego, że tu są głębsze problemy niż to, że dziewczynka przejawia zachowania buntownicze. Że ona rządzi matką, bije ją. Zapytałam, czy byli z nią u psychologa. A skąd…

Jak to możliwe, że rodzice wstydzą się iść do psychologa, a nie wstydzą się iść do telewizji?

Szukali wsparcia w różnych miejscach, nie dostawali go, a że oglądali „Supernianię”, to wydawało im się, że po wizycie u mnie dziecko będzie od razu zreperowane. A ja im mówiłam to samo co psycholog oraz to, że muszą być konsekwentni. I do nich to dotarło. Jednak jest coś takiego jak lęk przed psychologiem. Ja bym to nazwała raczej strachem rodziców przed prawdą. Wolą żyć w nieświadomości. Dostałam e-mail, w którym matka opisywała swoje problemy z dzieckiem i pytała, czy powinna iść do psychologa? Nie mogłam co prawda zdalnie ocenić, co dziecku dolega, ale ta kobieta podała przykłady, które wskazywały, że bez wątpienia psycholog by się przydał. Więc napisałam jej to. Cisza. Za pół godziny kolejny e-mail. Ta sama pani pisze, że ja jej dzień popsułam, że jak ja mogłam napisać, że jej syn kwalifikuje się do psychologa, i że ona teraz płacze oraz że żałuje, że się pytała, bo przynajmniej miałaby dobry dzień. Ludzie niestety wciąż obawiają się psychologów. Często też myślą, że psychologowie to czarodzieje z czarnym kotem i kulą albo że trzeba być nie wiem jak chorym, żeby pójść do psychologa, no i że to wstyd. Wiele lat walczyliśmy z tym przekonaniem, ale ono jeszcze wciąż funkcjonuje. A gdyby rodzice przyszli rok wcześniej z dzieckiem, to byłaby krótka rozmowa i dziecko uniknęłoby wielu problemów. Jednak ludzie przychodzą, jak już się wszystko rozwinie do takiego stopnia, że na prostą pomoc jest za późno. Przykładem może być też inna historia ze „Świata według dziecka”. Przyjechali do mnie rodzice z małej miejscowości na Mazowszu, którzy mieli ośmioletniego chłopca i trzyletnią dziewczynkę. Przyjechali z problemem, że chłopiec jest opóźniony w rozwoju. Nie mieli żadnych badań, tylko jakieś papiery, że jest podejrzenie padaczki i upośledzenia. Jednak najważniejsze dla nich było to, że chłopiec zaczął być agresywny w stosunku do trzyletniej siostry i oni nie wiedzą, co robić. Z mojego punktu widzenia wyglądało to tak, że w wieku kilku miesięcy chłopiec mógł mieć napad bezdechu albo napad padaczkowy, ale nigdy to nie zostało stwierdzone. Pojechali do jakiegoś lekarza, który przepisał leki przeciwpadaczkowe. Historia się powtórzyła dwa czy trzy lata później. Wtedy podczas awantury w domu chłopiec stracił przytomność i wyglądało to na atak padaczki. I znowu nie zrobili mu dokładnych badań, tylko dali leki, zwiększyli dawkę. To był chłopiec, który nie chodził do szkoły, którego niczego nie uczono, traktowano go jako upośledzonego. Nie mówił, nie wiedział, jak się nazywa. Poznałam dziewięcioletnie zwierzątko. To był straszny odcinek. A rodzice przyjechali do mnie właściwie tylko po to, żeby dostać przyzwolenie na oddanie tego dziecka do zakładu zamkniętego. Bo nie dawali sobie z nim rady. Ale ja im tego przyzwolenia nie dałam. Bo chłopiec prawdopodobnie był na granicy normy intelektualnej, ale nie był upośledzony. Gdyby nad nim w porę popracować, miałby szansę na normalne życie. Ale kiedy ma dziewięć lat, to tego straconego czasu już się nie nadrobi. A matka kompletnie nie rozumiała, że to zaniedbania rodziców. Oczywiście brałam pod uwagę, że to są bardzo prości ludzie i nie zrobili krzywdy swojemu synowi ze złej woli. Wiesz, taki typ ludzi: ciemnogród, bieda, jej nie przyszło do głowy, że powinna coś z tym dzieckiem robić. Była u lekarza, dostała leki i podaje, nie pomyśli, żeby pójść z dzieckiem do psychologa albo do innego lekarza niż ten w przychodni. Niby coś tam dla niego robili, ale za mało, za mało. To nie byli źli ludzie, tylko nikt im nie wytłumaczył, że mogliby spowodować, że ten chłopiec byłby innym człowiekiem. Przyjęli do wiadomości, że jest upośledzony i na tym koniec.

Co się w końcu stało z tym dzieckiem?

Skierowaliśmy ich do ośrodka pomocy społecznej. Wykonaliśmy telefony, żeby się tą rodziną zajęto. Nie wiem, czy w końcu oddali chłopca do zakładu, bo nie byli sobie w stanie z nim poradzić. On miał rzeczywiście poważne zaburzenia na poziomie agresywnym.

Ludzie przychodzą do ciebie po radę także wtedy, kiedy nie prowadzisz akurat żadnego programu. Dzięki „Superniani” stałaś się dyżurnym psychologiem kraju. Ludzie przysyłają ci listy, widzę na Facebooku, że się ciebie radzą. Nie męczy cię to?

Jestem urodzoną nauczycielką, siłaczką, pozytywistką. Praca u podstaw to jest to, co ja uwielbiam. Uwielbiam robić to, co robię, uwielbiam odpowiadać na listy. Dostaję ich tyle, że mam już miesięczne opóźnienie w odpowiedziach. Najbardziej mnie wkurza, jak czytam długi list, obmyślam po drodze odpowiedź, a na końcu jest napisane, że ten ktoś właściwie nie potrzebuje porady, tylko tak napisał, bo mu już lepiej. To znaczy wkurza i nie wkurza. Bo wygadanie się także jest ważne. Rozumiem to.

Zdarza się, że piszesz: nie prowadzę terapii, idź do psychologa?

Wiele listów tak się kończy. Czytam wszystko i dzielę sobie te listy na trzy kategorie. Listy o dupie Maryni lub typu mam kłopot z dzieckiem, bo nie chce jeść – co robić? Takie rzeczy można znaleźć w każdej książce. Druga kategoria to są sprawy ważne, ale niewymagające interwencji natychmiast. Na przykład matka pisze, że planuje rozwód i pyta, jak ma o tym porozmawiać z dzieckiem. Albo dwa lata mieszkają w Irlandii, dziecko chodzi do szkoły i w jakim języku rozmawiać w domu. Trzeci rodzaj listów to takie, gdzie natychmiast trzeba pomóc. Na przykład mąż wczoraj pobił dziecko – co mam zrobić. Albo przyjechała teściowa i podważa wszystkie moje decyzje, siedzę i płaczę, czuję się bezradna. Albo mąż mi powiedział, że ma kochankę. To są listy interwencyjne, na nie odpowiadam tego samego dnia lub następnego. Daję jakąś radę, ale nie zawsze. Piszę, gdzie ona może zadzwonić, do kogo pójść. Zawsze przypominam o psychologu, pedagogu, dyrekcji szkoły albo policji.

A twoi znajomi, dalsi lub bliżsi, zwracają się do ciebie prywatnie o pomoc z dziećmi?

Tak zawsze było. Przed „Supernianią” też. Zawsze tak funkcjonowałam. Tylko po „Superniani” jest tak, że mnie ludzie w pociągu o to pytają. Wcześniej mnie pytali tylko znajomi, a teraz także obcy. Ludzie do mnie podchodzą na ulicy, ojciec z dzieckiem w wózku przed blokiem mnie zaczepił, że dziecko nie chce spać i tak dalej. Jestem do tego przyzwyczajona.

Kiedy się pierwszy raz spotkałyśmy, powiedziałaś, że nie ma złych rodziców, są tylko głupi rodzice. Brzmi bezwzględnie.

Ale to prawda. Kompetencje rodziców odnośnie do wiedzy wychowawczej są w naszym kraju właściwie żadne. Podczas spotkań z rodzicami, a mam ich wiele w całej Polsce, okazywało się, że często muszę zaczynać od abecadła. Na początku nie mogłam w to uwierzyć. Mogłoby się wydawać, że tyle już wiemy, w mediach tyle się mówi na ten temat, a wiele spotkań musiałam zaczynać od podstaw.

„Nie bijemy, nie krzyczymy, nie zmuszamy, szanujemy dziecko, bo ono ma prawa.”

Czyli od czego?

Nie bijemy, nie krzyczymy, nie zmuszamy, szanujemy dziecko, bo ono ma prawa. „Jakie prawa?! Co pani nam tu mówi o prawach?! Dziecko ma obowiązki!”. Właśnie od takich podstaw musiałam zaczynać. I to nie tylko tam, tak jest właściwie na większości moich spotkań z rodzicami. Tłumaczę cierpliwie: „Tak, dziecko ma obowiązki, ale gdybyśmy zabrali dziecku wszystkie obowiązki, gdyby Pan Bóg powiedział, że dzieci nie mają obowiązków, zostałyby im prawa”. Istnienie praw nie jest ograniczone istnieniem obowiązków. Wiesz, dla wielu dorosłych to bardzo trudne szanować dziecko. Co to jest godność na przykład? Godność z punktu widzenia dziecka? Pokazywałam im to na przykładach, tłumaczyłam. Mówiłam na przykład, że przy dziecku nie pije się alkoholu, jak się ma imprezę, to wywozi się dziecko do babci. I jak to mówię, zazwyczaj ktoś z sali woła: „Pani uważa, że my mamy stawiać swoje życie na głowie, bo mamy dziecko!”. „Tak! Tak uważam! Trzeba zmienić swoje życie, jak ma się dziecko. Trudno”. Albo słyszę: „Jak ja go nie trzepnę, to się nie ruszy, nie posprząta zabawek”, albo: „Jak nie powiem »ty głupku durny«, to będzie siedzieć z jedną skarpetką na nodze, a druga będzie leżeć obok”. I wtedy właśnie zaczynamy od elementarza. A ci, którzy tak mówią, to nie są wcale prości, niewyedukowani ludzie. Takie rozmowy prowadziłam też z nauczycielkami! My, w Warszawie, żyjemy na czubku góry lodowej. Wydaje nam się, że wszystkie mamy znają najnowsze teorie wychowawcze, a to dotyczy bardzo wąskiego kręgu matek z wielkich miast. Dookoła jest przemoc, na wsi mało kto nie bije dzieci. Jedna kobieta mi mówiła: „Pani Doroto, to jest straszne, co powiem, ale na wsi problem molestowania dzieci przez dorosłych jest czymś, co wyrasta z tradycji”.

Jak to?

Na przykład wujek weźmie dziewczynkę na ręce i powie: „O, jakie masz cycuszki, już jesteś duża dziewczynka!”. I to jest naturalne, wielu tego nie traktuje w kategoriach czegoś niewłaściwego. Wszyscy przy tym chichoczą. Oprócz dziecka. Gdybyś im powiedziała, że to molestowanie, zabiliby cię śmiechem. My oczywiście mówimy, uczymy, tłumaczymy, ale to naprawdę wyrasta z tradycji. Albo sprawa bicia. To samo, tradycja. Wejdź na stronę Wielodzietni.org. Nie mówię, aby traktować rodzinę wielodzietną jako patologiczną, ale oni sami sobie to robią, kiedy piszą, że bez pasa dziecka się nie wychowa.

To środowiska prawicowe tak mówią…

Poglądy prawicowe nie zwalniają od myślenia.

Jeździsz nie tylko na spotkania z rodzicami, ale także na spotkania z dziećmi, uczniami podstawówek, gimnazjalistami. Co robisz, kiedy na tych spotkaniach dzieci przyznają, że rodzice ich tobą straszyli?

W żartobliwej konwencji przepraszam je bardzo za to, że rodzice musieli ich mną straszyć. Wychowanie dzieci przez strach jest typowe w polskich domach. Na przykład tak: jak nie umyjesz zębów, to ci wypadną. Albo: jak nie będziesz jadł, to ci się robaki zalęgną w żołądku. Rodzice bazują na strachu.

Bo to skuteczne.

W ich rozumieniu to działa, bo dziecko ze strachu zrobi różne rzeczy. A ja powtarzam: wytłumacz tak, żeby zrozumiał, a nie żeby się bał. Bo potem będzie miał lęki i fobie, dlatego że ty nie umiałeś skłonić go do umycia zębów inaczej niż przez strach.

„Siedzicie przed telewizorem, nie macie żadnych zainteresowań, więc jak chcecie być autorytetem dla swojego dziecka?”

Umyj ząbki, to będą zdrowe. Umyj ząbki, bo inaczej zrobią ci się dziury, a to boli. Jak myślisz, które z tych zdań prędzej przekona dziecko, żeby umyło wreszcie zęby?

Żadne, w sytuacji gdy dziecko poczuje, że nam na tym myciu bardzo zależ, a jemu się będzie wydawało, że to nie jest przyjemna czynność. W dziecku trzeba w tym przypadku wyrobić nawyk. Od najmłodszych lat mycie zębów powinno mu się „dobrze kojarzyć”. Z początku wystarczy, gdy malec widzi, jak zęby myją mama, tata czy starszy brat. On najczęściej też by chciał, ale musi poczekać, aż będzie troszkę starszy… Takie wytworzenie „ssania” w dziecku znakomicie się sprawdza w wielu sytuacjach. Ja zaproponowałabym zabawę w mycie zębów, najpierw wszystkim zabawkom (koła samochodu to także zęby), potem rodzicom, a potem sobie i tak do skutku. Zachęcenie i zaciekawienie. Tego wszystkiego rodzice dowiedzieliby się, gdyby przeczytali parę książek o rozwoju dziecka. A nie czytają. Stąd bierze się ich frustracja i bezradność. I wtedy jedynym skutecznym sposobem okazuje się gra na strachu. Rodzic nie może nie wiedzieć, co dziecko jest w stanie zrozumieć, ani tego, jakie będą konsekwencje komunikatów, które mu przekaże. To mnie najbardziej irytuje w kontaktach z rodzicami, że oni nie mają wiedzy i nie szukają jej. Szukają poradnictwa, ale nie informacji o rozwoju dziecka, o tym, co ono jest w stanie w danym wieku zrozumieć czy zrobić. Więc nie wiedzą, dlaczego coś się dzieje. Gdyby przeczytali książkę popularnonaukową o rozwoju człowieka w konkretnym wieku, stałoby się dla nich jasne, że pewne rzeczy na tym etapie rozwoju są naturalne i nie należy się nimi przejmować. Nie oczekiwaliby od trzylatka, że będzie spokojnie siedzieć w restauracji, bo trzylatek nie potrafi siedzieć spokojnie przez godzinę. Oszczędziliby stresu sobie i jemu. Wiedzieliby, że to jest naturalne, że dziecko biega, mówi, wpada w histerię, zwraca na siebie uwagę za pomocą czegoś, co nazywamy przemocą. Dziewięćdziesiąt procent dwulatków może zachować się agresywnie wobec drugiej osoby! Kopnie, walnie czymś, co ma w rączce. Ale czy to na pewno agresja? Dwulatki robią to dlatego, że chcą zwrócić na siebie uwagę, a nie dlatego, że są agresywne. Wiedza o tym, że jest to próba zwrócenia na siebie uwagi, ułatwia kontakt dorosłego z dzieckiem. Możemy mu wtedy powiedzieć: Jak chcesz, żebym się z tobą pobawił, to mnie nie kop, tylko weź mnie za rękę. Przy trzecim czy czwartym powtórzeniu dziecko się nauczy. To samo jest w żłobkach czy przedszkolach, dzieci się biją, bo nie potrafią powiedzieć, czego chcą. Jeśli jedno walnie łopatką drugie i tamto się odwróci, to znaczy, że zadziałało, więc może się ze mną pobawi. Cała ta wiedza jest w książkach o rozwoju dziecka, można bez trudu ją zdobyć. Ale jest jeszcze coś. Można wytłumaczyć wiekiem piętnastolatka, że trzaśnie drzwiami i pójdzie do swojego pokoju. Ale on trzaska nie tylko dlatego. On nie ma o czym z wami, rodzice, rozmawiać. Siedzicie przed telewizorem, nie macie żadnych zainteresowań, więc jak chcecie być autorytetem dla swojego dziecka? Koncentrujesz się na zarabianiu pieniędzy, to potem się nie dziw, że dla syna najważniejsze w życiu są pieniądze. Twoje dziecko należy do grupy młodych lewicowców lub prawicowców w szkole i dyskutuje, czy to była katastrofa, czy zamach. A ty, co robisz? Twoje dziecko było dwa razy z klasą w teatrze w tym roku, a ty kiedy ostatnio byłeś? Kiedy przeczytałeś książkę? Czym ty się w ogóle interesujesz? Kiedy pytam o to rodziców piętnastolatków, patrzą na mnie jak na wroga, że jakim prawem ja mówię im takie rzeczy. A dzieci przychodzą ze szkoły i stwierdzają, że mają rodziców idiotów. To strasznie bolesne dla nich. I mówią o tym głośno.

Jesteś okrutna dla tych rodziców.

Jestem okrutna, ale rodzice są okrutni dla swoich dzieci. Dorosły sobie poradzi, jak mu powiem, że jest idiotą, ale jak on powie to swojemu dziecku, a dziecko odpowie tym samym, to ja mam wtedy pracę. Mnie interesują emocje dziecka. Dziecko musi mieć poczucie, że jego rodzice są fajni, że mają pasje. Nawet jeśli dzieciak z tych pasji się śmieje, bo tatuś skleja modele samolotów. Bo jeśli dziecko widzi, że tatuś skleja samoloty przez wiele lat, to będzie dzielić z nim tę pasję albo będzie ją przynajmniej szanować. Piętnastolatek jest bardzo rozedrgany, wrażliwy, wszystko widzi, wszystko słyszy, jest bardzo głodny relacji z dorosłym. Rodzice muszą mieć tylko dla niego ofertę.

A rodzice nie umieją zareagować i rodzi się konflikt, brak kontaktu.

Oczywiście. Jak rodzice mi mówią, że mają kłopot z dzieckiem, to odpowiadam, że ja mam kłopot z nimi, bo dziecko takie się nie urodziło. Oczywiście jest pewien procent, czy może raczej promil dzieci, które mają w sobie pierwiastek zła. Takie dzieci źle prowadzone wyrastają na seryjnych morderców, ludzi, o których czytamy potworne informacje w gazetach. Ale być może, gdyby w dzieciństwie zwrócono na nich uwagę, dano im szansę, to nie wyrośliby na Hitlera czy Breivika. Dziecko jest tak fascynującym człowiekiem, aż mi szkoda ludzi, którzy są tak nieuważni, że przegapiają jego rozwój, nie umieją nim pokierować. Przegapiają pierwszy krok, pierwsze zdziwienie, pierwsze słowo. Żal mi ludzi, którzy mają dzieci, a nie mają radości z tego, że dziecko na ich oczach rośnie, uczy się, odkrywa świat. Ja się od swoich synów strasznie dużo nauczyłam, po prostu patrząc na nich. Weryfikowali mi różne psychologiczne teorie. Tej praktyki zdobytej przy nich używałam potem w pracy zawodowej. Teraz powtarzam rodzicom, żeby nie mówili dziecku, że coś ma być tak czy tak, ale zapytali, co ono na ten temat myśli. Bo jeżeli ty mu powiesz, to jednym uchem wpadnie, a drugim wypadnie. A jeżeli dziecko samo będzie się zastanawiać, jak mógł się czuć ten chłopiec, któremu ono zabrało czapkę w parku i co by było, gdyby ono było na miejscu tego chłopca, to zostanie mu w głowie o wiele więcej.

Małe dzieci bardzo często mają różne lęki. Czy one biorą się z tego, o czym mówiłaś, czyli wychowywania przez strach?

Oczywiście. Ale nie tylko. Często zaczyna się od jakiegoś wydawałoby się nieistotnego wydarzenia, od jednego małego strachu. Pamiętam dziewczynkę, której rodzice zgłosili się do mnie, bo dziecko miało paniczny lęk przed mrówkami. Wpadała w histerię na sam dźwięk słowa „mrówka”. To, co rodziców zaniepokoiło, to fakt, że jeszcze kilka miesięcy wcześniej dziewczynka zbierała owady, mrówki też, wkładała je do pudełka. Zastanawiali się, co się stało, czy może ją coś pogryzło? Zaczęliśmy rozkładać to na czynniki pierwsze i szukać przyczyny. Siedzieliśmy u nich w domu. I któregoś dnia przyszła babcia, zrobiła nam herbatę, otwiera cukiernicę i mówi „O Jezu! Znowu te mrówki, kiedyś nas zjedzą”. Dla nas, dorosłych, takie zdanie jest przenośnią, natomiast dla małego dziecka, które słyszy, że mrówki nas zjedzą, to szok. Może spowodować lęk, który potem narasta, aż zamienia się w fobię.

Jak to przerwać?

Nie jestem pewna, czy byłabym dobrym terapeutą, bo sama mam sporo lęków. Ale na pewno nie wolno dalej straszyć, warto samemu pójść do psychologa w szkole albo w poradni, a on przeprowadzi dziecko przez prostą antylękową terapię. Im wcześniej, tym lepiej, żeby temu lękowi nie pozwolić się utrwalić, bo jak się lęk utrwali, to zacznie się uogólniać i tym bardziej przeszkadzać w życiu. Są oczywiście też lęki rozwojowe, na przykład lęk przed obcym. Ale jeśli mamy wiedzę, to wiemy, że się pojawia, i obserwujemy, czy znika. To wszystko wymaga uwagi rodzica. Pamiętam pewien przypadek z moim synem. Kupiłam kapustę kiszoną. Nigdy tej kapusty nie kroję. On kiedyś ją jadł i kawałek mu został w ustach. To takie dziwne uczucie, że nie możesz ani połknąć, ani wypluć, jakbyś miał sondę w żołądku. On się piekielnie przestraszył. To się później tak uogólniło, że bał się w ogóle jeść. Miksowaliśmy mu już nawet zupy, żeby nie było najmniejszego kawałka marchewki. Bo kiedy dziecko ma jakiś lęk, nie można robić nic na siłę. Trzeba mu dać poczucie bezpieczeństwa. Więc miksowaliśmy, a później dodawaliśmy do tej zmiksowanej zupy jeden twardszy element i mówiliśmy: weź ten jeden kawałek i pogryź. Nic na siłę. Kiedy widzę, że rodzice podają dzieciom na siłę lekarstwa, mam ochotę wołać o pomstę do nieba. Na siłę wlewają syropy, wmuszają, kompletnie nie zdając sobie sprawy z tego, że mogą wyrządzić więcej krzywdy niż pożytku, bo dziecko może się zakrztusić albo będzie miało traumę związaną z braniem leków.

„Naprawdę złych rodziców jest niewielu. Problem stanowią niemądrzy, niedouczeni, niegotowi na tę rolę rodzice.”

To co, nie dawać choremu dziecku leków, bo nie lubi?

Są różne metody, żeby polubiło. Jak mamy chorowite dziecko, możemy codziennie rano na łyżeczce podawać sok malinowy, stworzyć z tego rytuał. Pewnego dnia zamiast soku będzie tam syrop i dziecko w sposób naturalny go połknie. Tak samo możemy rozgnieść lek i podawać najpierw dżem, potem masło orzechowe, a kolejnego dnia lekarstwo. Podobnie jest z kąpaniem dzieci. Bardzo dużo rodziców kąpie dzieci na siłę, myje im głowy przy akompaniamencie histerycznego płaczu. Nikt nie lubi, jak woda zalewa oczy, a dzieci szczególnie. Gdy woda wleje im się do uszu, to tracą kontrolę, nie wiedzą, co się dzieje. A poczucie kontroli jest bardzo ważne. Potem jeszcze bierzemy suszarkę do włosów, której dziecko może się bać. To wszystko już może się łatwo stać podłożem do lęków.

Pamiętam pewne dwie mamy w odcinku „Świata według dziecka”. Jedną nakarmiłam na siłę kaszą, ponieważ ona tak karmiła swoje dziecko. Na siłę właśnie. Sadzała je, otwierała mu buzię i wlewała zupę, a dziecko w tym czasie dostawało niemal histerii. Pomijając już fakt, że można w ten sposób utopić własne dziecko w łyżce zupy, to jest sprawa szacunku do niego. Więc zrobiłam tej kobiecie to samo. Ugotowaliśmy kaszę, kazałam jej usiąść, zatkałam jej nos, otworzyłam usta i wlewałam kaszę na siłę. Ciekło jej po brodzie, tak samo jak ciekło jej dziecku. Nie jestem osobą stosującą przemoc, cała się trzęsłam, była to dla mnie potwornie trudna sytuacja. Ale skuteczna. Drugiej mamie myłam głowę. Za łeb i do wanny. Ona się najpierw zaśmiewała, to ja jej zmieniałam wodę, raz zimną, raz gorącą. Ona w pewnym momencie już przestała się śmiać i mówi: „Już przestań”. A ja na to, że jeszcze raz będziemy myły, bo masz brudną głowę. To też było straszne. Niestety czasem sytuacja wymaga, aby matka poczuła to, co czuje jej dziecko. Przekonała się, jak to jest, kiedy ktoś robi jej coś przemocą. Następną godzinę musiałam z nią o tym rozmawiać. Aż w końcu się popłakała i przyznała, że stosuje przemoc wobec dziecka, bo tylko to działa. Tak? W takim razie mąż też może ciebie bić, to wtedy będziesz lepiej sprzątała i gotowała, może to zadziała?

Nic dziwnego, że dzieci mają lęki, kiedy są tak traktowane. Kiedy dziecku coś się robi siłą, przemocą, traci poczucie bezpieczeństwa, poczucie własnej wartości, czuje, że nic od niego nie zależy. I takie dziecko może przeżywać lęki, a te lęki mogą zamienić się w fobie.

Jednak naprawdę złych rodziców jest niewielu – to ci, którzy świadomie krzywdzą swoje dzieci, katują, molestują. Powtarzam więc, że problem stanowią raczej niemądrzy, niedouczeni, niegotowi na tę rolę rodzice. Na przykład tacy, którzy sami inicjują złe zachowania dzieci.

PROŚBA DZIECKA

NIE PSUJ MNIE!

Dobrze wiem, że nie powinienem mieć tego wszystkiego, czego się domagam. To tylko próba sił z mojej strony.

NIE BÓJ SIĘ STANOWCZOŚCI!

Właśnie tego potrzebuję – poczucia bezpieczeństwa.

NIE BAGATELIZUJ MOICH ZŁYCH NAWYKÓW!

Tylko Ty możesz pomóc mi zwalczyć zło, póki jest to jeszcze w ogóle możliwe.

NIE RÓB ZE MNIE WIĘKSZEGO DZIECKA, NIŻ JESTEM!

To sprawia, że przyjmuję postawę głupio dorosłą.

NIE ZWRACAJ MI UWAGI PRZY LUDZIACH (jeśli nie jest to absolutnie konieczne)!

O wiele bardziej przejmuję się tym, co mówisz, jeśli rozmawiamy w cztery oczy.

NIE CHROŃ MNIE PRZED KONSEKWENCJAMI!

Czasami dobrze jest nauczyć się rzeczy bolesnych i nieprzyjemnych.

NIE WMAWIAJ MI, ŻE BŁĘDY, KTÓRE POPEŁNIAM, SĄ ZŁEM!

To zagraża mojemu poczuciu wartości.

NIE PRZEJMUJ SIĘ ZA BARDZO, GDY MÓWIĘ, ŻE CIĘ NIENAWIDZĘ!

To nie Ty jesteś moim wrogiem, lecz twoja miażdżąca przewaga.

NIE ZWRACAJ ZBYTNIEJ UWAGI NA MOJE DROBNE DOLEGLIWOŚCI!

Czasami wykorzystuję je, by przyciągnąć Twoją uwagę.

NIE ZRZĘDŹ!

W przeciwnym razie muszę się przed Tobą bronić i robię się głuchy.

NIE DAWAJ MI OBIETNIC BEZ POKRYCIA!

Czuję się przeraźliwie tłamszony, kiedy nic z tego wszystkiego nie wychodzi.

NIE ZAPOMINAJ, ŻE JESZCZE TRUDNO MI JEST PRECYZYJNIE WYRAZIĆ MYŚLI !

To dlatego nie zawsze się rozumiemy.

NIE SPRAWDZAJ Z UPOREM MANIAKA MOJEJ UCZCIWOŚCI!

Zbyt łatwo strach zmusza mnie do kłamstwa.

NIE BĄDŹ NIEKONSEKWENTNY!

To mnie ogłupia i wtedy tracę całą moją wiarę w Ciebie.

NIE ODTRĄCAJ MNIE, GDY DRĘCZĘ CIĘ PYTANIAMI!

Może się wkrótce okazać, że zamiast prosić Ciebie o wyjaśnienia, poszukam ich gdzie indziej.

NIE WMAWIAJ MI, ŻE MOJE LĘKI SĄ GŁUPIE!

One po prostu są.

NIE RÓB Z SIEBIE NIESKAZITELNEGO IDEAŁU!

Prawda na Twój temat byłaby w przyszłości nie do zniesienia.

NIE WYOBRAŻAJ SOBIE, ŻE PRZEPRASZAJĄC MNIE, STRACISZ AUTORYTET!

Za uczciwą grę umiem podziękować miłością, o jakiej nawet ci się nie śniło.

NIE ZAPOMINAJ, ŻE UWIELBIAM WSZELKIEGO RODZAJU EKSPERYMENTY!

To po prostu mój sposób na życie, więc przymknij na to oczy.

NIE BĄDŹ ŚLEPY I PRZYZNAJ, ŻE JA TEŻ ROSNĘ!

Wiem, jak trudno dotrzymać mi kroku w tym galopie, ale zrób, co możesz, żeby nam się to udało.

NIE BÓJ SIĘ MIŁOŚCI!

Nigdy!

*Tekst przypisywany Januszowi Korczakowi. Jeśli nie On jest autorem, to jest bardzo w jego duchu.

www.facebook.com/DorotaZawadzkaPsycholog