Jak zostać sprytnym inwestorem i nie dać się oszukać na rynku finansowym - Majkowycz Tomasz - ebook + książka

Jak zostać sprytnym inwestorem i nie dać się oszukać na rynku finansowym ebook

Majkowycz Tomasz

0,0
25,00 zł

lub
Opis

Książka jest skierowana zarówno do osób, które chciałyby dopiero rozpocząć swoją przygodę z inwestycjami, jak i do doświadczonych inwestorów. Publikacja zawiera uniwersalne wskazówki związane z dokonywaniem wyboru sposobu inwestowania. Znajdziemy w niej informacje, na co zwracać uwagę przy wyborze funduszy inwestycyjnych, podczas inwestycji na giełdzie i rynku FOREX, wyborze brokera czy przy zakupie metali szlachetnych. Książka jest pełna anegdot wynikających z doświadczenia autora w pracy adwokata, w których wskazano, w jaki sposób przedstawiciele banków czy firm inwestycyjnych oszukują swoich klientów. Dzięki temu czytelnicy będą mogli uniknąć błędów popełnionych przez innych.
Tomasz Majkowycz – przedsiębiorca, inwestor i adwokat specjalizujący się w sprawach finansowych. Posiada bogate doświadczenie w reprezentowaniu klientów w sporach z instytucjami finansowymi, w tym z bankami, firmami inwestycyjnymi i towarzystwami ubezpieczeń.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 73

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



 

Projekt okładki

Krzysztof Krawiec

Korekta

Jolanta Kucharska

Copyright © by Tomasz Majkowycz, 2020

ISBN 978-83-958930-1-8

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora.

Konwersja do epub i mobi A3M

Rozdział 1 SPRYTNY INWESTOR

Sprytny inwestor to osoba, która nie traci pieniędzy. Wbrew pozorom nie jest to wcale łatwa sztuka. Świadczy o tym chociażby fakt, że nawet największe i najbardziej renomowane na świecie fundusze inwestycyjne bardzo często mają w swojej polityce inwestycyjnej wpisaną jedynie ochronę kapitału i zapobieganie jego deprecjacji.

Żyjemy w czasach ujemnych realnych stóp procentowych spowodowanych wysoką inflacją i niskim oprocentowaniem depozytów bankowych. W konsekwencji trzymając oszczędności w banku nawet na 1%, przy inflacji na poziomie 4% nasz kapitał traci na wartości 3% procent w skali roku, dlatego inwestorzy i oszczędzający szukają alternatywy dla depozytów bankowych. Możliwości jest wiele: obligacje, fundusze inwestycyjne, produkty strukturyzowane i wiele innych. Należy jednak pamiętać, że wszystkie te formy inwestowania są tworzone przez ludzi, których celem nie jest to, aby powiększały one kapitał inwestorów, lecz przynosiły zyski instytucjom finansowym. Produkty inwestycyjne są tworzone i sprzedawane przede wszystkim po to, aby umożliwić zarabianie ludziom, którzy je tworzą i sprzedają.

Większość klientów instytucji finansowych nie zdaje sobie sprawy, jak duże są zarobki w branży finansowej oraz jakie prowizje pośrednicy pobierają za sprzedaż produktów finansowych. W Polsce w latach 2008–2012 banki i firmy pośrednictwa finansowego na potęgę sprzedawały konsumentom fundusze kapitałowe połączone z ubezpieczeniem na życie, czyli tzw. polisolokaty. Tajemnicą poliszynela było to, co wyszło na jaw po wielu latach w trakcie procesów sądowych. Dystrybutorzy tych produktów inkasowali nawet 20% wpłaconej przez klienta kwoty. Aby klient odzyskał wpłacony kapitał, nie mówiąc już o jakiejkolwiek nadwyżce tej kwoty, jego fundusz musiał wygenerować dodatkowe 20%. Informacja szokująca! Ale to nie koniec żerowania na kliencie. Oprócz dystrybutora, którym był bank lub pośrednik finansowy, musiało również zarobić towarzystwo ubezpieczeń, które takie fundusze tworzyło. Ono też pobierało 20% od wpłaconej kwoty, co oznacza, że klient już na początku swojej inwestycyjnej drogi był stratny aż 40%!

Należy zadać pytanie, kto takie produkty inwestycyjne kupował? Ktoś może stwierdzić, że osoby, którym zabrakło wyobraźni, aby dokładnie sprawdzić, w co inwestują. Można się z tym stwierdzeniem zgodzić, przy czym jest to konsekwencja nie tylko braku jakiejkolwiek edukacji finansowej w Polsce, lecz także chciwości „wilków z Wall Street”, którzy sprzedawali 15-letnie programy inwestycyjne 75-letnim emerytom, wmawiając im, że mają oni gwarancję zysku i „generalnie to wspaniała inwestycja”.

Przykłady te nie oznaczają oczywiście, że wszystkie produkty inwestycyjne są złe, pokazują jednak, że efektywność inwestycji bardzo często zależy nie tylko od tego, w jakiego rodzaju aktywa zamierzamy inwestować, ale także od szczegółowych rozwiązań poszczególnych produktów, takich jak opłaty czy zasady wyjścia z inwestycji.

Książka ta powstała na bazie mojej wieloletniej praktyki adwokackiej, po stoczeniu setek batalii sądowych z instytucjami finansowymi, gdzie reprezentowałem klientów, którzy czasami w sposób nierozważny, a czasami działając w zaufaniu do doradcy źle ulokowali swoje oszczędności. Na szczęście w prawie funkcjonuje pojęcie niedozwolonych postanowień umownych, dzięki czemu udało się pomóc wielu osobom odzyskać ich pieniądze. Czy warto jednak narażać się na takie nieprzyjemności? Niestety większość konsumentów żyje w przekonaniu, że państwo zadba o nich, bo przecież mamy Komisję Nadzoru Finansowego, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, sądy i nic złego się nie może przytrafić. Jednak tak nie jest. Dlatego też, Drogi Czytelniku, abyś był sprytny i uczył się na cudzych błędach, daję Ci do ręki tę książkę.

Rozdział 2 CZTERY ZASADY SPRYTNEGO INWESTORA

Są cztery reguły, których sprytny inwestora powinien przestrzegać.

Reguła nr 1. Sprytny inwestor czyta wszystko, co podpisuje

Właściwie każdy to wiem, ale czy każdy o tym pamięta? Niestety język prawniczy i obszerność dokumentacji dotyczącej produktów inwestycyjnych nie pomagają w przestrzeganiu tej zasady. Z doświadczenia wiem, że klienci nie czytają tego, co podpisują, a nawet jeżeli czytają, to nie przywiązują wagi do treści.

Wielokrotnie w swojej pracy spotkałem się z sytuacją, kiedy klient pokwitował w banku czy u pośrednika finansowego odbiór dokumentów, których nawet nie widział. Niestety instytucje finansowe stosują praktykę, że klient otrzymuje do podpisu tylko jednostronicową umowę, z której wynika, jakiego rodzaju jest to umowa, oraz że klient zapoznał się z regulaminem, warunkami emisji czy innym podobnym dokumentem. Większość osób nawet nie prosi o te dokumenty, a część klientów daje się zbyć stwierdzeniem, że są one dostępne w Internecie. Lecz najważniejsze są właśnie te dokumenty, a nie jednostronicowa umowa, którą dostajemy do podpisu.

Wracając do sprawy wspomnianych w pierwszym rozdziale polisolokat. Klienci często kwitowali, że zapoznali się z obowiązującą tabelą opłat, a w praktyce tego nie robili. Gdy po kilku latach chcieli wypłacić swoje oszczędności z funduszu, dowiadywali się, że towarzystwo ubezpieczeń ma prawo pobrać od nich opłatę likwidacyjną, która w pierwszych dwóch latach trwania programu wynosiła nawet 100% zgromadzonej na rachunku kwoty. W konsekwencji klient, który przykładowo był zmuszony do rozwiązania umowy przed czasem, ponieważ nie był w stanie dokonywać kolejnych obowiązkowych comiesięcznych wpłat, tracił cały zgromadzony kapitał, i to tylko dlatego, że nie przeczytał wszystkich dokumentów będących załącznikami do umowy i nie wiedział, że tego typu opłaty dotyczą tego produktu. Często były to kwoty sięgające nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych. W mojej kancelarii mieliśmy do czynienia ze sprawy nawet na kwoty kilkuset tysięcy złotych.

Innym przykładem z mojej praktyki adwokackiej jest przypadek funduszy inwestycyjnych zamkniętych (to rodzaj funduszy inwestycyjnych, w skrócie FIZ), które miały gwarantowaną stopę zwrotu na poziomie 10% w skali roku. Co więcej, gwarancja miała być wystawiana dla każdego klient w formie aktu notarialnego. Klienci, którzy kupowali te fundusze i dowiadywali się w banku, że mają one gwarancje tak pokaźnego zysku, i to w formie aktu notarialnego byli przekonani o bezpieczeństwie swoich oszczędności. Wiele osób wpłacało pieniądze do funduszy zamkniętych z myślą, że odzyskają je za dwa lata z 10-procentowym zyskiem. Często były to oszczędności gromadzone przez lata z przeznaczeniem np. na zakup mieszkania dla dziecka. Niestety akty notarialne klienci otrzymywali dopiero po wpłacie pieniędzy i wcześniej nie wiedzieli, kto i na jakich zasadach udziela gwarancji. Jak można się łatwo domyślić, okazywała się one iluzoryczna. Podmiot, który jej udzielał, twierdził, że nie zostały spełnione przesłanki do uruchomienia gwarancji, fundusze zamknięte straciły na wartości średnio po 50% i w chwili wydania niniejszej książki pierwsze pozwy w tej sprawie dopiero zaczęły trafiać do sądów.

Podsumowując, czytajmy nie tylko to, co podpisujemy, ale przede wszystkim wszelkiego rodzaju regulaminy, warunki emisji, statuty itp.

Reguła nr 2. Jeżeli czegoś nie rozumiemy, nie podpisujemy tego

Sprytny inwestor, który nie rozumie funkcjonowania jakiegoś produktu inwestycyjnego, nie kupuje go. W 2008 roku, będąc jeszcze studentem, zachęcony reklamą wysoko oprocentowanej lokaty bankowej, do której był dodawany markowy telefon, udałem się do jednego ze znanych pośredników finansowych. Byłem umówiony w konkretnej sprawie z konkretną osobą. Gdy pojawiłem się w placówce, atrakcyjna młoda kobieta zaprosiła mnie do sali konferencyjnej i podała mi kawę. Przyznam, że czułem się jak VIP. Po kilku minutach do sali konferencyjnej przyszedł mój doradca. Gdy się zjawił, nawet nie wspomniał o lokacie, dla której do niego przyszedłem, tylko zaczął mi pokazywać prezentację wspaniałego rozwiązania, które dla obejścia podatku Belki miało formę funduszu kapitałowego połączonego z ubezpieczeniem na życie. To była wspomniana już wcześniej polisolokata. Z uwagą wysłuchałem tego, co mówił. Moje oszczędności miały być inwestowane w jakiś indeks, którego nazwy nigdy nie słyszałem, choć już wtedy interesowałem się finansami. Przez cały czas zastanawiałem się, w jaki sposób inwestuje się w indeks. Słyszałem o WIG-20 i wiedziałem, że na ten indeks składają się akcje 20 największych na polskiej giełdzie spółek, które można kupić, ale jak inwestuje się w sam indeks? Wtedy nie miałem jeszcze o tym zielonego pojęcia. Nie zdecydowałem się na zakup tego funduszu, mimo że zyski miały sięgać nawet kilkunastu procent, gdyż nie rozumiałem, w co tak naprawdę mają zostać zainwestowane moje pieniądze.

Pamiętam, że wyszedłem ze spotkania zdenerwowany, ponieważ doradca nawet nie wspomniał o lokacie, dla której się do niego wybrałem, i miałem poczucie zmarnowanego czasu. Po latach wiem, że to była jedna z moich najlepszych decyzji finansowych w życiu, która ustrzegła mnie przed stratą kilkunastu tysięcy złotych.

W sprawie tego samego produktu, który przed laty oferował mi doradca finansowy, trafił do mnie mój pierwszy klient, który stracił na nim całość wpłaconego kapitału. Wtedy byłem już po studiach prawniczych, aplikacji adwokackiej i kilkuletniej pracy w towarzystwie funduszy inwestycyjnych i bardzo dobrze wiedziałem, z czym mam do czynienia.

Reguła nr 3. Miej ograniczone zaufanie

Zasada ta przejawia się tym, że wszystko, co usłyszymy od doradcy, należy zweryfikować. Pamiętajmy, że osoba, która oferuje jakiś produkt inwestycyjny, mimo że na wizytówce ma napisane „doradca”, wcale nie jest naszym doradcą. Nie płacimy przecież tej osobie za żadne doradztwo. „Doradcy” zarabiają na prowizji, którą dostają od każdego pozyskanego klienta i wpłaconej przez niego kwoty. W konsekwencji tak naprawdę są sprzedawcami. Konflikt interesów jest oczywisty. Naszemu „doradcy” nie zależy na tym, aby dobrze doradzić, ale żeby nam coś sprzedać. Dlatego też wszystko, co od tej osoby usłyszymy, należy sprawdzić we własnym zakresie lub przy pomocy doradcy inwestycyjnego albo prawnika.

Regułanr4.Jeżelicośbrzmizbytpięknie,żebybyłoprawdziwe, to z pewnością mija się zprawdą

Zasad ta sprawdza się zarówno w życiu codziennym, jak i w finansach. Należy pamiętać, że jeżeli ktoś obiecuje nam wysokie zyski, musi się to albo wiązać z wysokim ryzykiem, albo jest to zwyczajne oszustwo.

W