Wydawca: Edipresse Książki Kategoria: Styl życia Język: polski Rok wydania: 2018

Jak zmieniłam życie w rok? ebook

Malwina Bakalarz  

3.78787878787879 (66)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 187 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jak zmieniłam życie w rok? - Malwina Bakalarz

To historia o kobiecie z małego miasteczka, która goni, pędzi i chce coś osiągnąć w życiu - i osiąga. Jej podejście do życia zmieni dopiero rodzina. Zawsze chciała ją założyć, ale nie spodziewała się, że odciśnie takie piętno na jej światopoglądzie. Malwina rozkochuje się w życiu rodzinnym i macierzyństwie, nadal jednak funkcjonując w rytm korporacyjnych obowiązków. Szybko, byle do celu, a po celu cel kolejny. Kolejne sukcesy przychodzą jej z łatwością. Nic dziwnego, w końcu to tytan pracy i wulkan energii. Razem z mężem starają się o rodzeństwo dla synka, w międzyczasie decydując o przeprowadzce do nowego domu, gdzie mają wieść piękne rodzinne życie z dwójką dzieci. Wszystko idzie zgodnie z planem oprócz jednego… ciąży. Mija rok, później kolejny i nic. To dla Malwiny kompletna nowość… Nie tak wyglądał jej plan na życie! I wtedy gaśnie ostatnia iskierka nadziei… „Miałam tego wszystkiego dosyć. Podjęłam ostateczną decyzję. Dosyć pędu. Na pierwszym miejscu - zdrowie. O ciąży postanowiłam zapomnieć, puścić to wolno. Widocznie tak musi być. Małymi kroczkami, z potknięciami, ale ciągle do przodu, dopracowywałam kolejne fuszerki mojego funkcjonowania. Nigdy bym nie pomyślała, że na końcu mojej drogi czeka mnie największy cud – upragniona ciąża. Bez wsparcia farmakologicznego, bez wsparcia medycznego…” – pisze Malwina Bakalarz, autorka słynnego bloga bakusiowo.pl - w swojej debiutanckiej książce „Jak zmieniłam życie w rok??”.

Organizacja życia, zdrowa dieta, nieco filozofii, mnóstwo poczucia humoru i rady, jakich oczekujemy od przyjaciółki, której zwierzamy się, że mamy już wszystkiego dosyć – to książka autorki bloga Bakusiowo.

Opinie o ebooku Jak zmieniłam życie w rok? - Malwina Bakalarz

Fragment ebooka Jak zmieniłam życie w rok? - Malwina Bakalarz

Prolog

– To niemożliwe… Czy sprawdziłaby pani te wyniki jeszcze raz? Może to jakiś błąd? Czy mogę przyjechać ponownie na pobranie krwi? – jęknęłam do słuchawki z nadzieją, że w odpowiedzi usłyszę coś, co odczaruje moją rzeczywistość.

– Bardzo mi przykro. Szansa na to, że wyniki są zafałszowane, jest naprawdę nikła. Zrobimy test jeszcze raz z próbki, którą pobraliśmy od pani rano. Wyniki powinny być dzisiaj – brzmiała odpowiedź, a ja nigdy nie podejrzewałam, że można usłyszeć smutek w głosie nieznajomej osoby.

Kilka godzin później odebrałam maila, który miał na zawsze odmienić moje życie. Beta hCG spadło. Napisałam do mojego ginekologa SMS-a z wynikiem badania. W odpowiedzi dostałam tylko krótkie: „Przykro mi…”.

Po blisko trzech latach starań o rodzeństwo dla Matiego, po niezliczonej ilości zastrzyków i tabletek hormonalnych, które działały negatywnie nie tylko na moją wagę, ale również na nastrój, w końcu miało się udać. Ba! W końcu się udało! Wydawało mi się, że skoro już zaszłam w tę ciążę, to w niej będę! No bo jak mogłoby być inaczej?

Wpatrywałam się bezmyślnie w to „Przykro mi…” w telefonie i nie czułam nic. Po prostu nie wiedziałam, co czuję. Tak jakbym umarła w środku.

Mam tego dosyć…

Nie można powiedzieć, że JA to tylko ciało. Nie można też powiedzieć, że JA to tylko duch. Ba! Nawet ciało i duch to zbyt mało…

Kilka słów na początek…

Zastanawiałaś się kiedyś, co odpowiedziałabyś swojemu dziecku na pytanie: „Mamo, a co to znaczy w ogóle JA? Bo ty mówisz o sobie JA i ja mówię o sobie JA, i tata mówi o sobie JA. To co to jest to JA?”. Mój syn zadał mi kiedyś pytanie w tym stylu. I wiesz, co Ci powiem? To było pytanie, na które pierwszy raz w życiu nie miałam gotowej odpowiedzi. Oprócz tych w stylu: „A skąd się bierze prąd?”, z którymi mogłam odesłać młodego do Maćka. Nadwornym filozofem w naszym domu byłam ja. I to ja musiałam się z tym pytaniem zmierzyć. I całe szczęście, bo gdyby nie ono, ta książka mogłaby nigdy nie powstać…

Nie można powiedzieć, że JA to tylko ciało. Nie można też powiedzieć, że JA to tylko duch. Ba! Nawet ciało i duch to zbyt mało. Bo jak się okazuje, rzeczywistość, która nasze ciało i ducha otacza, tworzę ja sama, a ona z kolei oddziałuje na mnie. I kiedy czujesz, że coś w Twoim życiu nie gra, analizujesz jeden z tych trzech aspektów. Chęć do zmian w Twoim życiu bierze się zawsze z jednego z tych trzech obszarów.

Kiedy budzisz się po siódmej drzemce budzika, załamana tym, że znów się spóźnisz do pracy, bo nie potrafisz się podnieść po pierwszym alarmie, powody Twojego stanu mogą być trzy. Możesz nie lubić swojej pracy z różnych przyczyn, możesz wymagać od siebie zbyt dużo, bezsensownie ustawiając budzik na zbyt wczesną porę, chociaż wiesz, że nic to Ci nie da, możesz też być po prostu przemęczona i niewyspana. A wcale się nie zdziwię, jeśli masz wszystkie te trzy odczucia jednocześnie, bo ja przez wiele lat tak właśnie miałam. Prawda jest taka, że jak coś Ci się zaczyna sypać, to się posypie w końcu wszędzie. Ale jeśli stwierdzisz, że chcesz coś zmienić, to bardzo szybko okaże się, że aby odmienić całkowicie swoje życie, musisz posprzątać we wszystkich tych trzech wymiarach. I wierz mi, że już samo wprowadzenie takiej systematyzacji jest dla mnie kłopotliwe, bo właściwie jedno wypływa z drugiego, a czasem granica jest tak cienka, że najlepiej byłoby, zamiast książki, stworzyć jakiś arkusz Excela, który będzie można sortować według uznania.

Jest też plus tej sytuacji. Książkę możesz zacząć czytać od obojętnie której części. U mnie przemiana zaczęła się od ducha i otoczenia, ale gdybym nie zaczęła pracować nad wnętrzem, pewnie nigdy nie udałoby mi się z sukcesem zaopiekować się swoim ciałem. Z drugiej jednak strony z przemianą duchową ruszyłam ostro z kopyta dopiero po tym, jak poczułam się lepiej fizycznie. Dlatego tę książkę rozpocznę od najkrótszej części, ale i najbardziej obfitej w wiedzę, aby wprowadzić szybkie i odczuwalne zmiany. A na koniec dodam, że jeśli nie zadbasz o swoje otoczenie, to przeobrażenia, które zajdą w Twoim ciele i duchu, nigdy się nie ugruntują. Mówi Ci to ktoś, kto to przeszedł i wie, o czym mówi.

Nadal jestem tą samą Malwiną, z motorkiem w tyłku, która włącza tryb TURBO, gdzie tylko może. Ale teraz robię to po to, żeby włączyć tryb SLOW tam, gdzie chcę.

Nie jestem psychologiem. Nie jestem dietetykiem. Nie znam się na filozofii wschodu, zachodu, północy ani południa. Jestem mamą. Kobietą. Blogerką, która zauważyła, że teksty o jej przemianie są najczęściej komentowane i najchętniej czytane na jej blogu. I to po tych moich „Rozkminach Malwiny” dostawałam najwięcej maili w stylu: „Dziękuję Ci za ten tekst, tak wiele po nim zrozumiałam”, „Malwina, tym tekstem otworzyłaś mi oczy” albo zwykłe: „Czytasz w moich myślach! Mam tak samo jak Ty!”.

I kiedy zebrałam razem wszystkie zmiany, jakie wprowadziłam w moim życiu, dzięki którym z „human doing” stałam się nareszcie „human being”, okazało się, że to zdecydowanie nie jest materiał na jeden ani nawet na dziesięć wpisów. To spójna opowieść, która zamknięta w ramach tej książki może pomóc jeszcze wielu osobom podobnym do mnie.

Zmieniłam swoje życie o 180 stopni. Nadal jestem tą samą Malwiną, z motorkiem w tyłku, która włącza tryb TURBO, gdzie tylko może. Ale teraz robię to po to, żeby włączyć tryb SLOW tam, gdzie chcę.

Zadbałam i o swoje ciało, i o swojego ducha, i o swoje otoczenie. Kiedy przypomnę sobie chociażby początki bloga (2014 rok), funkcjonowałam zupełnie inaczej. To był niesamowicie intensywny czas. W ciągu tych czterech lat zdążyłam nauczyć się, jak być matką i żoną. Zdążyłam rozkręcić w rekordowym tempie blog. Zdążyłam też spełnić wielkie marzenie o domu pod Warszawą, w którym miałam zacząć nowe życie. I wiesz co? Rzeczywiście zaczęłam. Tyle że teraz wiem, że mogłam je zacząć i bez tego domu. Bo szczęście to nie jest króliczek, którego trzeba gonić przez całe życie, powtarzając sobie: „Jak zrobię TO, to dopiero będę szczęśliwa”. Szczęście nosisz cały czas ze sobą. Musisz je po prostu wygrzebać z zabałaganionej torebki Taki ze mnie Malwinio Coelho trochę. No wiesz… to jest wstęp do mojej książki. Muszę trochę pofilozofować! Ale nie przejmuj się, będzie tak samo swobodnie i na luzie jak na blogu. Inaczej nie potrafię.

To co? Jesteś gotowa na zmiany? Wybierz część, która Twoim zdaniem wymaga natychmiastowej reanimacji, i zacznij od niej. Chociaż ja polecam Ci z całego serca rozpoczęcie od ciała. Z „nowym” ciałem będzie Ci dużo łatwiej wprowadzić zmiany i w duchu, i w otoczeniu.

Bardzo ważna kwestia na koniec. Pamiętaj, że to jest moja opowieść. To moja historia i moja droga. Twoja wcale nie musi być taka sama. To, co napisałam, ma Cię tylko zainspirować. Bierz z tej książki, co chcesz, a jeśli się z czymś nie zgadzasz, wiedz, że ja się z Twoją niezgodą zgadzam w 100% Bo to Ty znasz siebie najlepiej i nikt nie jest w stanie podyktować Ci przepisu na szczęście. Ja przez długi czas rozczytywałam się w różnych książkach (te najlepsze podaję Ci w trakcie i na końcu książki), rozmawiałam z inspirującymi ludźmi i przede wszystkim dużo, duuuuuuużo myślałam. Dzięki temu udało mi się naprawić te aspekty mojego życia, które kulały u mnie. U Ciebie może to być coś innego, możesz też nie czuć moich metod. Jak to śpiewała Shazza: „Bierz, co chcesz. Wszystko weź…”, co tam Ci się spodoba

Po niedzielnym obiedzie masuję swój pulchny brzuszek i obiecuję sobie, że to był ostatni raz. Od poniedziałku dieta i „skalpel”. Od poniedziałku jogging rano, a wieczorem basen. Albo jogging w basenie. Albo rower! I rolki! Albo rower w rolkach! W końcu wyciągnę z szafy karton z ciuchami sprzed ciąży. W końcu założę te króciutkie dżinsy z panieńskich czasów. Od jutra będzie się działo!

Od jutra…

Jutro…

Do powrotu Maćka z pracy jazda na szmacie po wszystkich zakamarkach mieszkania, żeby poprawić po weekendowym sprzątaniu. Nie mam czasu na Chodakowską! Zrobię „skalpel” wieczorem.

Przygotowując obiad, podjadam, bo pomimo że ten sam zestaw obiadowy robię po raz setny, muszę sprawdzić, czy ziemniaki dosolone, czy kotlet odpowiednio wysmażony, czy wystarczająco dużo majonezu w sałatce… a później trzeba chłopu towarzyszyć przy posiłku, więc wtrzącham drugą porcję razem z nim. Obiad, który zjadłam, był oczywiście pierwszym poważnym posiłkiem od rana, nie licząc kawy i „próbowania” potraw. No i tego kawałka ciasta z niedzieli. Ale to przecież tylko kawałeczek! Zrzucę go przecież dzięki wieczornemu „skalpelowi”. Po obiedzie ogarnia mnie senność, moje powieki są coraz cięższe, mój umysł odpływa… to niesamowite, jaką hipnotyzującą moc ma niewinny kotlet z furą ziemniaków. Malutka drzemka by się przydała. Taka malusia. Niech się ułoży w brzuszku. Przecież taka najedzona nie będę ćwiczyła, bo to niezdrowo.

No dobra, „nadejszła wiekopomna chwila”. Wygrzebałam płytę z ćwiczeniami i idę do drugiego pokoju, żeby mąż nie oglądał mojego wirującego tłuszczu i nie słyszał nieudolnego sapania. Nie zdążyłam jeszcze zamknąć drzwi, a już słyszę głośne: „Mamaaaa” i staje to małe przede mną i płacze, bo przecież zostawiam je na pastwę losu… z tatusiem. Maciek błagalnym wzrokiem patrzy prosto w moje oczy i… cholera jasna, wygrywa tę bitwę, no! Niech będzie. Potowarzyszę mu trochę, zajmując malucha, żeby tatko mógł odpocząć po pracy.

Włączają się wyrzuty sumienia… Już godzina dwudziesta, a ja nadal nie ćwiczyłam. Nieee no, w domu się nie da. Muszę zacząć biegać. Nikt mi nie będzie przeszkadzał, a jak już wyjdę, to będą musieli sobie jakoś beze mnie poradzić. Tak. Zacznę biegać! Od jutra…

Jutro…

Skoro mam biegać już wieczorem, muszę szybko kupić jakieś dobre buty do biegania! Przecież nie mogę ryzykować kontuzji. „Kontuzja” – jak to dumnie brzmi! Fajnie będzie powiedzieć sprzedawcy w sklepie, że potrzebuję butów, w których nie nabawię się kontuzji. Zabieram dziecię pod pachę i gnam do centrum handlowego. Wychodząc ze sklepu z nową parą butów, od razu czuję się lżejsza. I jestem… na pewno o dwa worki pieniędzy.

Nadchodzi godzina zero. Ubieram się w nowe buty, wyciągam z szafy dres, który pamięta jeszcze czasy, kiedy spisywałam matematykę podczas symulowanego okresu na lekcjach WF-u. Zakładam bluzę z kapturem i… good bye, rodzinko! Wrócę za godzinę. Zrobię jakiś miliard kilometrów z prędkością światła i jestem z powrotem. Wyszłam. Najpierw pięć minut marszu, później pięć minut biegu. Eeee, spoko jest. Dam radę… przebiec kolejnych pięć minut. Czegoś mi brakuje… Wiem! Muzyki! Na pewno pozwoliłaby mi zapomnieć o zmęczeniu. Zawracam do domu. Nagram sobie zestaw marzeń na stary odtwarzacz mp3 i będę biegać… od jutra.

Wychodząc ze sklepu z nową parą butów, od razu czuję się lżejsza. I jestem… na pewno o dwa worki pieniędzy.

Jutro…

Jutro przyniosło kolejne obowiązki, więc nie było nawet czasu na wyjęcie z szuflady mojego zabytkowego odtwarzacza mp3. W końcu przyznaję się sama przed sobą – nigdy nie nagram tych piosenek, nigdy nie pokonam magicznej bariery dziesięciu minut biegu, po której podobno zmęczenie mija. Po prostu bieganie jest nie dla mnie. Nigdy nie lubiłam biegać. Potrzebuję czegoś innego… a może karnet na siłownię? W końcu mam już fajne buty. Tak, jutro pójdę na siłownię!

Jutro…

Od rana mam nowe rozkminki. Bo przecież na siłowni wypadałoby pokazać się w jakimś fajnym stroju, a nie dresach w stylu MC Hammera. Zamiast na siłownię jadę wieczorem do centrum handlowego kupić boski strój, w którym będę wyglądała jak te wszystkie panie z reklamy Adidasa. Wydaję kilka stówek, w portfelu hula wiatr, ale ważne, że wystarczy jeszcze na karnet na siłownię. Kupię od razu taki na miesiąc – wydana kasa zmobilizuje mnie, żeby jak najczęściej z niego korzystać. No dobra. Teraz to już serio zaczynam od jutra!

Jutro…

„Jutro” to już piątek. O Boże! Jak ten czas leci! Mieszkanie zapuszczone, w lodówce pustki. Trzeba pojechać na jakieś większe zakupy wieczorem, żeby nie marnować na nie czasu w sobotę. Dzisiaj może jednak odpuszczę tę siłownię. W weekend będzie więcej czasu, to wtedy skoczę. Najważniejsza jest przecież rodzina! No to może jakieś piwko i pizzunia z mężem tak przy piątku? Zamówię, niech ma chłopina. Ja tylko powącham. Nie będę jadła przecież pizzy na noc… alboooo… aj, dobra, ostatni raz.

Jutro…

Sobota znów upływa na szaleńczej gonitwie z czasem. Cała rodzina sprząta, gania jak szalona. W niedzielę mają wpaść teściowie, to może jakieś ciasto przydałoby się zrobić? Zapomniałam podczas piątkowych zakupów o kilku gadżetach, więc wyskakuję na szybkie dokupienie. Cały czas jestem nastawiona na dzisiejszy wycisk na siłowni. Będzie się działo! Ojjj, będzie! Wracam z zakupów, zjadam obiad z rodziną, nie przyznając się do pączka, którego szybko pochłonęłam w centrum handlowym, bo nie miałam czasu na śniadanie. Ale przecież będę dzisiaj wyciskać na siłowni! Karnet kupiony, buty kupione, strój kupiony. Żeby jeszcze tylko można było kupić figurę do tego stroju…

Kurczę… no właśnie… ta moja figura… no wstyd. Jak tu się pokazać pomiędzy tymi wszystkimi laskami? Jak tu wystawić swoje opasłe udziska na ludzkie pośmiewisko? Może powinnam najpierw wspomóc się jakąś dietką… Dżiiiiizas, no nie mogę się w takim stanie pokazać na siłowni. Te wszystkie maszyny, sprzęty. Pewnie coś źle poustawiam i instruktorzy będą się ze mnie śmiali. Może chociaż w tygodniu zacznę, bo przecież dzisiaj sobota. Będzie masa ludzi. Nieee… sobota to kiepski dzień na pierwsze wyjście na siłownię.

Jutro…

Po niedzielnym obiedzie masuję swój pulchny brzuszek i obiecuję sobie, że to był ostatni raz. Od poniedziałku dieta i „skalpel”. Od poniedziałku jogging rano, a wieczorem basen. Albo jogging w basenie. Albo rower! I rolki! Albo rower w rolkach na nogach! W końcu wyciągnę z szafy karton z ciuchami sprzed ciąży. W końcu założę te króciutkie dżinsy z panieńskich czasów. Od jutra będzie się działo! Od jutra…

Copyright for the Polish Edition © 2018 Edipresse Polska SA

Copyright © 2018 by Malwina Bakalarz

Edipresse Polska SA

ul. Wiejska 19

00-480 Warszawa

Dyrektor ds. książek: Iga Rembiszewska

Redaktor kreatywna projektu: Magda Mazur

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51);

Barbara Tekiel (tel. 22 584 25 73);

Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 584 22 22

(pon.–pt. w godz. 8–17)

Redakcja: Iza Orlicz

Korekta: Katarzyna Szajowska

Projekt okładki, skład i łamanie: Magda Zając

Zdjęcie z I okładki i I skrzydełka, zdjęcia ze str. 10, 17, 24, 38, 59, 65, 71, 90, 96, 104, 115, 120, 129, 142, 152, 183, 204: Tamara Pieńko

Make-up, włosy i stylizacja: Jola Stefańska

Wnętrza: Studio Huśtawka

Retusz: Wojtek Kobalczyk

Zdjęcie ze str. 213: Monika Serek

Zdjęcia ze str. 44–55, 148, 170: Shutterstock

ISBN: 978-83-8117-605-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.