Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 610 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jak zawsze - Zygmunt Miłoszewski

Najbardziej oczekiwana powieść roku!

Bywają małżeństwa zbudowane na przyjaźni, na czułości, na porozumieniu dusz. Związek Grażyny i Ludwika zawsze napędzała namiętność. Dlatego co roku uroczyście świętują rocznicę wieczoru 1963 roku, kiedy pierwszy raz rzucili się na siebie, aby uprawiać seks. To zawsze dzień podsumowań, planów i – coraz bardziej – pożegnań. W dniu, kiedy celebrują okrągłą pięćdziesiątą rocznicę, on jest po osiemdziesiątce, ona tuż przed. Czy coś jeszcze ich czeka?
Smutek Jak zawsze zwalczają namiętnością, aby rano ku swojemu zdumieniu obudzić się w swoich młodych ciałach, z powrotem w roku 1963. W Polsce, w której zamiast Pałacu Kultury i Nauki jest wieża przyjaźni polsko-francuskiej, Warszawa jest w ścisłym sojuszu z Paryżem, a Edward Gierek to porywający tłumy opozycyjny polityk. Czy bohaterowie powtórzą swoją miłość? Czy pójdą innymi drogami? Jak wykorzystają swoją wiedzę ludzi z XXI wieku? I jakie ciemne strony kryje w sobie ten świat, pozornie tak lepszy od naszej historii Polski? Jak zawsze to pełna humoru powieść, zabawa w historię alternatywną i ćwiczenie praktyczne z powiedzenia „gdyby młodość wiedziała, gdyby starość mogła”. To opowieść o tym, czy potrafimy wykorzystać drugą szansę i oszukać los. Czy może jesteśmy skazani na „Jak zawsze”?

Zygmunt Miłoszewski mistrzowsko eksploruje nowy gatunek literacki, pokazując, że niezależnie od tego, czy bierze na warsztat horror, kryminał, czy osadzony w historii alternatywnej romans, zawsze pisze o tym jak osobiste dzieje jego bohaterów plotą się z dziejami Polski.

Zygmunt Miłoszewski (ur. 1976) – powieściopisarz. Debiutował powieścią grozy Domofon (W.A.B. 2005). Międzynarodową sławę zyskał dzięki bestsellerowemu cyklowi kryminałów z prokuratorem Teodorem Szackim: Uwikłanie (W.A.B 2007), Ziarno prawdy (W.A.B. 2011) i Gniew (W.A.B. 2014). Wszystkie książki z serii zostały przetłumaczone na kilkanaście języków, ukazały się m.in. w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Francji, gdzie zebrały entuzjastyczne recenzje i były nominowane do prestiżowych nagród literackich. Dwie pierwsze powieści z cyklu zostały sfilmowane: Uwikłanie przez Jacka Bromskiego (2011), Ziarno prawdy przez Borysa Lankosza (2015). W 2013 roku Miłoszewski opublikował thriller Bezcenny (W.A.B), który również odniósł ogromny sukces rynkowy. Autor jest laureatem licznych nagród, m.in. Paszportu „Polityki” w kategorii „Literatura 2014”, dwukrotnym laureatem Wielkiego Kalibru dla najlepszej polskiej powieści kryminalnej i sensacyjnej, a Bezcenny i Gniew zdobyły tytuł Bestsellera Empiku w kategorii literatura polska – dla najlepiej sprzedającej powieści roku.

Opinie o ebooku Jak zawsze - Zygmunt Miłoszewski

Fragment ebooka Jak zawsze - Zygmunt Miłoszewski

Zygmunt Miłoszewski

JAK ZAWSZE

Copyright © Zygmunt Miłoszewski, MMXVII

Wydanie I

Warszawa

Dla rodziców

Tous les garçons et les filles de mon âge font ensemble des projets d’avenir.

Wszyscy chłopcy i dziewczęta w moim wieku wspólnie robią plany na przyszłość.

Françoise Hardy

StyczeńPięćdziesiąt lat później

1

Czuł się młodo, jak zawsze. Odkąd pamiętał, to był jego ulubiony moment dnia. Otwierał oczy i czuł przelatującą przez całe ciało iskrę energii, jakby codziennie rodził się na nowo. Jestem ja, jest świat, jest przygoda, jest akcja, jest moc. Czasami ta chwila trwała cały dzień, czasami tylko mgnienie. A zaraz potem, cóż, różnie bywało. Miał szczęście, w większości przypadków zaraz potem następował zwyczajny, nudny dzień. Ale zdarzał się lęk, ból lub mdlący kac, zdarzała się rozpacz.

Dziś poczuł moc, jak zawsze. A zaraz potem ostrożność, jak ostatnio. Bardzo długo uważał swoje ciało za sprawny zestaw narzędzi, może nie takich dla profesjonalistów, ale przyzwoity amatorski zestaw do majsterkowania, co to prawie każdej sprawie da radę. Przez lata dłuto się wyszczerbiło, śrubokręt trzeba było wymienić, udar wiertarki stał się umowny, jakieś klucze oczkowe poginęły, ale cały czas, nawet jeśli z trudem, zestaw dawał radę, nie trzeba było szukać specjalisty. Starczał do bieżącej konserwacji. Cóż, stare dzieje. Obecnie nie czuł się już właścicielem kompletu narzędzi, tylko kustoszem ubogiej ekspozycji ze skansenu na prowincji. Strzała z brązu, kamienny toporek, pół przerdzewiałego pługa i lampka karbidowa. Nie dotykajcie, dzieci, bo się rozpadnie.

Przewrócił się z boku na plecy – korzystając z tego, że Grażyna gdzieś wyszła i ma całe łóżko dla siebie – i zaczął poruszać ostrożnie rękami i nogami, żeby pobudzić krążenie i sprawdzić, czy przez noc coś się nie posypało. Kwaśny dyskomfort w przełyku, nic, czego nie załatwi tabletka albo dwie. Hemoroidy już szczypią, a będzie jeszcze gorzej, na szczęście ten nowy żel rzeczywiście pomaga. Bolesne ciągnięcie w kolanach może uda się trochę rozchodzić, ale i tak zaraz po wstaniu weźmie coś przeciwbólowego na wszelki wypadek. Nieprzyjemnie zdrętwiała mu lewa stopa, ale lekarz zapowiedział, że ją do grobu zabierze, bo nie będzie pacjentowi w tym wieku kroił kręgosłupa dla drobnostki.

Można wstawać.

Krzywiąc się z bólu, spuścił nogi z łóżka. Znowu ktoś nasypał mu nocą pokruszonego szkła do stawów kolanowych. Pomógł sobie rękami, wyprostował się i usiadł, lekko dysząc. Zaczekał, aż uspokoi się serce i minie lekki zawrót głowy, i dopiero wtedy otworzył oczy.

Zimowe słońce wisiało nisko. Jego promienie wpadały nieomalże poziomo do mieszkania, prosto na półkę z książkami, zajmującą całą ścianę sypialni. Odbijało się od błyszczących obwolut, od złotych i srebrnych liter wytłoczonych na grzbietach niektórych pozycji. Bez okularów wyglądało to jak dużych rozmiarów abstrakcyjny obraz, spalający się gwałtownym płomieniem. Na tyle atrakcyjne widowisko, że kręcił głową i mrużył oczy, żeby przypatrzyć się temu z kilku stron, a dopiero potem wymacał i założył okulary.

Ładny dzień, pomyślał. Wstał i ruszył do łazienki, po drodze włączając radio i dowiadując się dzięki temu, że właśnie dziś mija okrągła sto pięćdziesiąta rocznica powstania styczniowego i pięćdziesiąta podpisania traktatu elizejskiego o przyjaźni niemiecko-francuskiej.

Jak zawsze z każdą minutą czuł się lepiej. Nauczył się już, że najważniejsze to wolno zaczynać, potem jakoś się rozkręcał i mimo gderania w gruncie rzeczy zgadzał się ze swoim lekarzem, który przekonywał go, że jest w kwitnącej formie. Coś tam mu wycięli, ale nie toczył go żaden rak, mimo dziur w pamięci daleko mu było do alzheimera, a wszystkie historie artretyczne i reumatyczne załatwiał zwykłymi pigułkami przeciwbólowymi. Naprawdę, nie było źle.

Tak myślał, dokonując porannej toalety, która ostatnio przypominała odhaczanie kolejnych czynności na liście startowej promu kosmicznego.

Sikanie – tylko minuta. No naprawdę pękał z dumy, że w tym wieku prostata dokucza mu tylko trochę, był pewien, że to zasługa regularnego seksu i jeszcze regularniejszej masturbacji.

Prysznic – wzięty.

Zęby swoje – umyte.

Zęby swoje sztuczne – wyjęte z pudełeczka, umyte, założone.

Jama ustna – przepłukana.

Aparat słuchowy – założony. Nie do końca go potrzebował, ale nie chciał być denerwującym staruszkiem, który ciągle prosi, żeby mu coś powtórzyć.

Oczy – zakroplone.

Krem pod oczy – wtarty.

Włosy – uczesane, lekko psiknięte lakierem.

Broda i wąsy – przystrzyżone.

Okulary – przetarte.

Stabilizatory kolan – z trudem i stękaniem założone.

W radiu zapowiedzieli przebój dnia i puścili francuską przeróbkę My Way Franka Sinatry. Kiedyś uwielbiał tę piosenkę. Teraz za każdym razem gdy ją słyszał, myślał o tym, że to podobno najczęściej grany na amerykańskich pogrzebach utwór i być może on sam powinien już wybrać jakiś kawałek na swoją przejażdżkę w trumnie. Z tego powodu przestał lubić Sinatrę. Na szczęście po francusku amerykański marsz pogrzebowy brzmiał mniej ostatecznie, raczej melancholijnie, więc nucąc znajomą melodię, poprawił jeszcze rzadkie włosy i psiknął lakierem, żeby się trzymały. Po czym zrobił dziarską minę i mrugnął zawadiacko do lustra.

Psiakrew, pomyślał, ale jestem stary.

Nie chciał umierać. Naprawdę bardzo, ale to bardzo nie chciał umierać. Nie był na śmierć gotowy, nie oczekiwał z utęsknieniem kresu życiowej tułaczki, nie czuł zaciekawienia tunelem prowadzącym w stronę światła, a już na pewno nie marzył o żadnym wiecznym odpoczywaniu. Zastanawiał się kiedyś, czy na starość coś mu nie przeskoczy w głowie i nie stanie się nagle człowiekiem głęboko wierzącym, z bojaźnią i nadzieją oczekującym spotkania ze świętym Piotrem. Nic z tych rzeczy. Im był starszy i bogatszy w doświadczenia, tym bardziej wszelkie religie i ich wyznawcy irytowali go, a próby wciągnięcia w eschatologiczno-transcendentalne dyskusje szybko ucinał.

Naprawdę bardzo, ale to bardzo nie chciał umierać.

Ale dziś, w dniu, kiedy być może będzie musiał wybierać między niewydolnością serca a rozczarowaniem – wybierał to pierwsze.

Wyszedł z łazienki, szybko zrobił sobie lekkie śniadanie z jogurtu naturalnego wymieszanego z pestkami dyni i słonecznika i zagotował w tygielku kilka łyżek kujawianki. Dwadzieścia lat temu przerzucił się ostatecznie na kawę zbożową i dziś uważał się za jej smakosza. Po wielu eksperymentach z najróżniejszymi egzotycznymi mieszankami to kujawianka cały czas smakowała mu najbardziej. Było to źródłem wielu kpin ze strony pozostałych przy życiu znajomych, którzy kompletnie nie rozumieli, jak można dobrowolnie zrezygnować z prawdziwej kawy, nie mając na koncie trzech zawałów.

A jemu po prostu kawa zbożowa zawsze bardzo smakowała.

Zaniósł do biurka miseczkę z jogurtem, kubek kawy i pudełeczko z lekami. Zjadł, po czym łyknął cały zestaw pigułek i wziął głęboki oddech. No dobra, pomyślał, trzeba zrobić ostatni test.

Wysunął szufladę biurka i wyjął z głębi listek z kupionymi specjalnie na dzisiejszą okazję tabletkami. Szybko, żeby nie mieć czasu na zmianę zdania, wyłuskał jedną, włożył do ust i połknął, popijając haustem kujawianki.

Miał godzinę.

2

Nie mam pojęcia, co mi strzeliło do głowy, żeby iść do tego sklepu. Trzeba było zamówić coś przez internet, i to w kilku rozmiarach, potem bym odesłała. Ale nie mogłam się zdecydować, nie byłam pewna, czy dobrze przeliczam te tabele wymiarów, i zrobiło się za późno na wysyłkę. Ciągle mogłam pojechać gdzieś, gdzie jest w miarę normalnie, ale przyszłam tutaj, do najbardziej brokatowego sklepu w najbardziej błyszczącym centrum handlowym miasta. Przynajmniej prosto od fryzjera. Marna pociecha, ale zawsze coś.

– Taaak?

Jasne, żadne „czym mogę służyć?” albo „w czym mogę pani pomóc?”. Bardziej „taaak, zgubiła się pani? Taaak, pokazać drogę do apteki? A może do toalety? Taaak?”.

Miałam ochotę uciec i kosztowało mnie to sporo wysiłku, żeby podreptać w stronę kontuaru.

– Szukam czegoś sexy – powiedziałam.

Panienka, na moje oko w wieku gdzieś między porodówką a gimnazjum, aż wyszła zza lady i załamała ręce. Brakowało tylko, żeby zawołała „olaboga!” i się przeżegnała.

Przez chwilę szukała słów.

– Na prezent?

– Na prezent dla mnie.

– Rozumiem.

I zamilkła, jakby po zrozumieniu czegokolwiek musiała chwilę odpocząć, taki wysiłek, że olaboga. Na dużym ekranie za ekspedientką wiła się jakaś goła panna, robiąc przy tym dziwne miny, które miały wyrażać narastającą ekstazę.

– Jak bardzo sexy?

– Tak bardzo sexy, żeby stanął osiemdziesięciotrzylatkowi. Ekstremalnie sexy.

– Rozumiem.

I znowu się zawiesiła. Żal mi się zrobiło dziewczyny.

– Proszę pani – powiedziałam tonem miłej babci z prowincji. – To nie jest żart. Wolałabym pójść prosto do przymierzalni, ale zamiast tego wyjaśnię. Ja mam siedemdziesiąt osiem lat, a mój mąż osiemdziesiąt trzy. Dziś mija dokładnie pięćdziesiąt lat od dnia, kiedy pierwszy raz uprawialiśmy seks. Uprawia pani seks?

– Słucham?

Chyba nie potrafiłam powiedzieć tego prościej, więc dałam jej chwilę.

– Prawdę mówiąc, to jeszcze nie – wydusiła w końcu.

– Cieszę się, że ma pani ten cudowny moment przed sobą. Ale teraz proszę odwołać się do swojej teoretycznej wiedzy na ten temat i spróbować mnie zrozumieć. Mam dziś z mężem bardzo ważną rocznicę i wiem, że on zrobi wszystko, żeby stanąć na wysokości zadania. Na pewno się szprycuje jakąś chemią i mam nadzieję, że to wszystko przeżyje, ale bardzo chciałabym mu pomóc. Dać jakiś bodziec. Mężczyźni są prości w obsłudze, zobaczy pani, ich serce może zasilić w krew tylko jeden ważny organ naraz. Kawałek czerwonej koronki i dostaną erekcji nawet w przeręblu, można wtedy dawać do podpisu akty notarialne. Dom, samochód, na co tam pani będzie miała ochotę.

Dziewczyna parsknęła śmiechem.

– Mówiąc wprost – kontynuowałam – musi mi pani znaleźć coś, w czym będę wyglądała jak mokry sen każdego fetyszysty fantazjującego o starych, pomarszczonych babach.

Zwięźlej i prościej tego ująć nie potrafiłam. Pozostało czekać.

– Może ja pani pokażę, co panowie najczęściej wybierają. Myślę, że to ich kręci najbardziej, co nie?

Przyszło mi do głowy kilka żartów na ten temat, ale uznałam, że lepiej nie ryzykować zniszczenia chwilowego porozumienia ponad Bóg wie ilu pokoleniami. Dziewczyna zakrzątnęła się i rozłożyła na blacie kilka wdzianek, za których posiadanie na Podkarpaciu pewnie idzie się do więzienia.

Dała mi chwilę na podziwianie.

– Co pani sądzi?

– Zastanawiam się.

Powiedziałam prawdę. Zastanawiałam się, jak przechytrzyć seksowną bieliznę. Normalnie jej zadaniem jest udawanie, że coś zakrywa, podczas gdy w istocie wszystko eksponuje. Ja potrzebowałam wdzianka, które sugerując, że coś odkrywa, tak naprawdę zakrywałoby te fragmenty, po których najbardziej widać, że jestem stara. Szpilki ukryją pokrzywione paluchy. Czarne pończochy rozwiążą sprawę cellulitowych ud. Ale co wyżej?

– Na pani miejscu połączyłabym te dwa zestawy. – Dziewczyna wyrwała mnie z zamyślenia i ułożyła obok siebie czerwone koronkowe szorty i czarną koszulkę.

Zachęciłam ją spojrzeniem, żeby wytłumaczyła.

– Czerwone szorty, bo tak jak pani mówiła, są czerwone. Poza tym szorty są dość kryjące, a pani pewnie już dziś nie zdąży na siłownię, żeby zadbać o jędrność pośladków.

Mrugnęłam do niej, to się udało dziewczynie.

– No i proszę zobaczyć, nie trzeba zdejmować – powiedziała, układając szorty na ladzie tak, by zaprezentować rozcięcie w kroczu.

Pokiwałam głową z uznaniem. Dziewczyna ma łeb na karku. Dzięki temu Ludwik w momencie uniesienia nie będzie musiał zdzierać ze mnie majtek, a w jego głowie nie pojawi się myśl: „Hej, a co to za stary blady tyłek?”.

– A koszulka to myślę, że jest super, bo pod biustem jest dość kryjąca i luźna, tak? Potem ma tasiemkę, można ścisnąć, więc dobrze podtrzymuje piersi. A na piersiach jest tak przezroczysta, że prawie jej nie ma, a z tego, co widzę, to biust ma pani jeszcze w porządku. To znaczy nie chciałam…

Machnęłam ręką, żeby dała sobie spokój z przepraszaniem. W końcu powiedziała całkiem miły komplement. Propozycja wydawała się idealna i głupio mi się zrobiło, że wcześniej wzięłam dziewczynę za kretynkę. Dobrałam jeszcze pończochy i zapłaciłam absolutnie astronomiczną sumę; jakby to przeliczyć na gramy, to pewnie ten towar kosztowałby więcej niż kokaina.

– Dziękuję i zapraszamy ponownie – wyrecytowała dziewczyna, podając mi pakunki, i dodała: – Super pani jest. Chciałabym, żeby moja babcia była taka. To znaczy gdyby żyła, tak?

Cóż było robić. Uśmiechnęłam się miło na pożegnanie.

3

Jeszcze pięć minut.

Zabijał czas ulubionym zimowym nałogiem, czyli sprawdzaniem warunków w kurortach narciarskich. Ile jest śniegu, ile będzie, jaka pogoda i temperatura, jak to wszystko wygląda w kamerach internetowych. Uwielbiał ten rytuał. Zaczynał od Kasprowego i Jaworzyny, potem wędrował po całej Europie. Przede wszystkim po miejscach, w których kiedyś jeździł, ale też po takich, do których zawsze chciał się wybrać, ale jakoś się nie złożyło. Co roku obiecywał sobie, że znajdzie wreszcie czas i pieniądze na Zermatt i Engelberg. Tylko raz w życiu był na nartach w Szwajcarii i bardzo chciał tam wrócić, a tu proszę, niespodziewanie nadeszła jego osiemdziesiąta czwarta zima i mało prawdopodobne, żeby jeszcze zrobił sobie zdjęcie z Matterhornem w tle. Przynajmniej na nartach, bo w ogóle pojechać może jeszcze się uda. Czemu nie? Jest stary, ale przecież nie martwy.

Otworzył kalendarz na kwietniu i zapisał na pierwszej niedzieli „Wycieczka Zermatt czerwiec?”. Po chwili zamazał znak zapytania i ponownie spojrzał na ekran komputera.

W Polsce nędza, ale we Francji dosypało śniegiem, i to nieźle. Bardzo dobrze, mieli zaplanowany wyjazd na marzec, jak tylko skończą się ferie we francuskich szkołach. Śmieszne, że z wiekiem, planując eskapady narciarskie dla siebie, coraz bardziej kierował się tym samym, co w zamierzchłych czasach, kiedy stawiał na nartach syna, a potem obie wnuczki. Parking jak najbliżej wyciągu, żeby się nie umęczyć, możliwy powrót gondolą albo krzesłem, biorąc pod uwagę, że w wielu stacjach zjazd na nartach do punktu zero oznaczał walkę z muldami, lodem i kępami trawy. A na górze długie łagodne stoki, bez orczyków, z których można spaść. I dużo miejsca do odpoczynku, jedzenia i wygrzewania się na leżakach. Odkąd musiał się porządnie szprycować środkami przeciwbólowymi, żeby kolana pozwoliły mu zjechać, wygrzewanie stało się jego główną górską aktywnością – ale i tak nazywał te wyjazdy narciarskimi.

Kilka lat temu znaleźli wreszcie stację narciarską idealnie spełniającą wszystkie te kryteria – maleńkie francuskie Champagny. Z tej kameralnej i spokojnej wioski, połączonej wyciągami z jednym z francuskich kurortów potworów, można było wjechać krzesłami na grań z widokiem na Mont Blanc z jednej strony i skolonizowanym przez Rosjan Courchevel z drugiej – tam też zawsze chciał pojeździć, ale za każdym razem ostatecznie uznawali, że snobistyczne miejsce jest dla nich zbyt drogie.

Świetna stacja, mimo to żałował, że jest już za stary na Kasprowy. Szklana Góra z każdym rokiem stawała się dla niego zbyt stroma i zbyt nieprzewidywalna. A dojazd z Warszawy trwał dłużej niż dotarcie do Champagny. Wszystkie zdroworozsądkowe argumenty przemawiały przeciwko Kasprowemu, ale i tak czasami na wspomnienie wysiadania z nartami na dworcu w Zakopanem zalewała go fala nostalgii. Kiedy wylądował tam po raz pierwszy? Chyba w pięćdziesiątym, pierwszy rok świeżo utworzonych studiów, w Murowańcu spali na podłodze w tych wszystkich wełnianych swetrach, narty nieśli na plecach, nie zbudowano przecież jeszcze wyciągu na Hali Gąsienicowej.

Ciągle pamiętał zapach tamtej nocy. Snujący się po wnętrzu schroniska dym z opalanych drewnem pieców, dolatujące z kuchni wymieszane zapachy szarlotki i fasolki po bretońsku, wilgoć parująca ze skórzanych butów i wełnianych swetrów, ta czarnulka, która przytuliwszy się do niego w nocy, pozwoliła mu włożyć rękę pod flanelową koszulę, pierwsze w życiu naprawdę erotyczne doświadczenie, była spocona pod piersiami. Boże, jak ona miała na imię. Marzena? Bożena? Potem w Almaturze pracowała. Jak już wszyscy wokół chrapali, pozwoliła mu się pocałować, plackowaty blady cycek, srebrnoszary od księżycowego światła, miał orgazm, gdy tylko położył na nim usta, pamiętał, jak bardzo mu zależało, żeby nie dać tego po sobie poznać. Na szczęście ona wolno, lecz konsekwentnie obnażała się dalej, a wtedy przerwy między gotowościami liczył w minutach, a nie tygodniach.

Pogrążony we wspomnieniach, poczuł nagle znajomą suchość w ustach, mrowienie w kroczu i pęczniejącego członka. Czyli działa! Dokładnie tak jak powinno! Po godzinie wystarczy poczuć podniecenie i chemia robi resztę, czyż to nie wspaniałe? Ściągnął pasiaste spodnie od piżamy i spojrzał w dół, gdzie spomiędzy siwych włosów łonowych dumnie sterczał jego blady penis. Nigdy nie był oszałamiający, ale – klękajcie narody, alleluja, niech zabrzmią trąby anielskie, niech dzieci rzucają płatki róż przed procesję – dziś sterczał naprawdę wspaniale.

Przymknął oczy, przywołał obraz dziewiętnastoletniej studentki psychologii, spoconej i lepkiej po całym dniu w górach, która bierze jego rękę i wkłada pod flanelową koszulę, do miękkich piersi z małymi sutkami. Pozwolił swojej wyobraźni biec dalej.

4

Przynajmniej menu nie stanowiło problemu. Wtedy fast food nie istniał, o pizzy czytano w książkach podróżniczych, z jedzeniem na wynos też był kłopot. Chętny musiał nieść do baru mlecznego garnek albo termos na zupę, a potem i tak wszystko trzeba było odgrzewać albo odsmażać. Jedynym ciepłym jedzeniem, które można było kupić na mieście, bez problemu donieść do domu i zjeść ciągle ciepłe – był kurczak z rożna.

Zimą roku 1963 jako dwoje kochanków, którzy dość nieoczekiwanie się do siebie dorwali i nie chcieli oderwać za żadne skarby – byliśmy skazani na kurczaka z rożna. Wysłałam Ludwika do baru „Praha” w Aleje i nie zdążyłam chyba wypalić dwóch papierosów, kiedy wrócił z dwoma kurczakami – nie do końca ciepłymi, zima akurat się rozpanoszyła w Polsce potworna – i pudełkiem faworków. A potem wyciągnął z szafy prawdziwe francuskie wino, nie było zresztą jego, ukradliśmy je koledze Ludwika, który pracował o dziwnych porach i pozwalał wykorzystywać mieszkanie na gabinet. Francuskie wino! Ja, taka frankofilka, najpierw szczebiotałam zachwycona, a potem musiałam udawać, że mi smakuje, bo nigdy wcześniej nie piłam innego wina niż słodkie jak landrynka polskie babcine trunki.

I dlatego zawsze w naszą rocznicę mamy to samo menu: kurczak z rożna, faworki i butelka francuskiego wina.

Siedziałam i dłubałam bez przekonania w kurczaku, który dziś był dla mnie o wiele za tłusty, podobnie jak faworki zresztą. Ale wino było rewelacyjne, delikatne i prawie musujące pinot noir, co zaskakujące, nie z Burgundii, tylko z Prowansji. Ktokolwiek mu to polecił, znał się na rzeczy. Delektowałam się jego smakiem, ale Ludwik ledwo moczył w kieliszku usta, bojąc się pewnie o swoją erekcję. Popijałam i patrzyłam na mężczyznę, z którym pięćdziesiąt lat temu żarłam kurczaka, siedząc po turecku, kompletnie goła, w biednej śródmiejskiej kamienicy, która cudem przetrwała wojnę i którą zresztą wyburzono niedługo potem. Mieszkanie nędzne, ale miejscówka niezła, z widokiem na Pałac Kultury.

Boże, jaki mi się wydawał wówczas wspaniały. Ludwik znaczy się, nie Pałac Kultury. Żarłam kurczaka i kręciło mi się w głowie, miałam wrażenie, że mogę dostać orgazmu od samego patrzenia na niego. Ludwika znaczy się, nie kurczaka. Nie daliśmy rady zjeść na jedno posiedzenie, chociaż byliśmy głodni jak jasna cholera, ze trzy razy robiliśmy przerwę na seks. Obmacywał mnie tłustymi dłońmi, a ja czułam, że nic bardziej podniecającego już mnie w życiu nie spotka.

A potem znowu się gapiłam. Na blond czuprynę gęstą jak futro jakiegoś zwierzaka, na jasne, jakby rozwodnione oczy za okularami w tych koszmarnie grubych oprawkach z tamtych czasów, na przyciętą krótko brodę, na dłonie, na ramiona. Nic nie mówiłam, czekałam, aż się odezwie, aż użyje tych ust, nigdy nie widziałam piękniejszych ust u mężczyzny, ale to ten głos pociągał mnie najbardziej. Dziś myślę, że można było baczniej się wsłuchiwać w to, co te usta i ten głos miały do powiedzenia. Ale to dziś.

Teraz starałam się na niego patrzyć jak najrzadziej. I nawet nie dlatego, że byłam nim zmęczona (choć byłam) i miałam go dość po tych wszystkich latach (choć miałam). Nie mogłam na niego patrzeć, ponieważ nienawidziłam go za to, że stał się stary. Cóż z tego, że obiektywnie biorąc, nieźle się trzymał? Jak się wymył, wypomadował, wyczesał, wypachnił i ubrał, wyglądał na osobę, za którą miała go reszta świata: zacnego i mądrego, choć cokolwiek nudnego profesora. Tylko że ja go miałam nie tylko w wersji obiektywnej. Ja go miałam w wersji świszczącej, pierdzącej, rozczochranej, cieknącej, śmierdzącej, pomarszczonej i bezzębnej. W całej fizjologicznej krasie nieelegancko dogorywającego ciała.

Owszem, też nie jestem podlotkiem, nietrzymanie moczu to moje drugie imię, cycki sięgają mi do pępka, nawet jak stoję, a jak siedzę, to lepiej nie mówić. Wszystko prawda, ale jak człowiek normalnie żyje, na spacer pójdzie, książkę przeczyta, telewizję obejrzy – łatwo o tym zapomnieć. Ale wystarczyło jedno spojrzenie na tego strasznego dziada i od razu wiedziałam, że jestem identyczna. Czasami ta świadomość uderzała mnie tak boleśnie, że robiło mi się niedobrze, czułam zawrót głowy i gwałtowny atak mdłości i zupełnie serio obawiałam się, że któregoś dnia na niego zwymiotuję.

– Kochałaś mnie wtedy?

– Oczywiście, że tak – odpowiedziałam, powtarzając to kłamstwo od tak dawna, że właściwie sama w nie wierzyłam.

– A teraz? – Złapał mnie za rękę.

Zerknęłam nieopatrznie. Jego dłoń wyglądała znacznie lepiej od mojej, elegancka dłoń kiedyś przystojnego, dobrze zbudowanego faceta. A moja? Mogliby ją pokazywać jako dowód na procesach przeciwko koncernom kosmetycznym. Jak to możliwe, że pomimo wcierania w nią przez całe życie kremów, balsamów i cudownych wywarów stała się paskudną plątaniną ścięgien i żył, doskonale widocznych pod tak cienką, że niemal przezroczystą skórą? Przez chwilę poczułam surrealistyczny lęk, że od jego delikatnego głaskania pęknie przy nadgarstkach i zsunie się z palców na ziemię jak za luźna rękawiczka.

– Teraz jeszcze bardziej. – Uśmiechnęłam się słodko. W słodkich uśmiechach byłam tak dobra, że powinni mnie zatrudniać w burdelach do szkolenia prostytutek.

Och, proszę pana, wszyscy wiedzą, że wiek nie ma znaczenia. A już na pewno nie dla mnie. I uśmiech.

5

Ten dzień stanowił dowód na to, że życie w żadnym wypadku nie jest nauką ścisłą, a właściwie w ogóle nie jest dyscypliną naukową. W nauce ten sam eksperyment przeprowadzony w tych samych warunkach musi przynieść te same rezultaty. Inaczej wnioski należy wyrzucić do kosza.

Oni od lat tego samego dnia o tej samej porze zadawali sobie te same mniej więcej pytania: co im przyniosło szczęście? Z czego są dumni? Co chcieliby zmienić? Co zamierzają zrobić?

I co roku te same dwie osoby udzielały na te same pytania zupełnie nowych, a czasami też zupełnie sprzecznych z poprzednimi odpowiedzi. Żałował, że od początku tego nie nagrywali albo przynajmniej nie spisywali.

– Wiesz, czego coraz częściej żałuję? – zapytała, odstawiając kieliszek. Wino zostawiło wiśniowy osad na jej ustach i delikatnym puszystym wąsiku nad górną wargą.

– Czego?

– Że nie jeździliśmy częściej na wakacje.

– Co roku w wakacje jeździliśmy na wakacje.

– Wiem, wiem, ale to za mało. Trzeba było ruszać w drogę, kiedy tylko się dało, zaniedbywać pracę, nie myśleć o karierze, żyć biednie i nieodpowiedzialnie, ale za to podróżować, oglądać, podziwiać, dziwić się, mieć przygody. Żadne tam walki z niedźwiedziami grizzly, takie zwykłe mieszczańskie przygody, że samochód się zepsuł w czasie burzy, że pani w pensjonacie była wariatką, że nas kieszonkowcy okradli. Bezpieczne przygody do opowiadania znajomym. Oglądałam nasze albumy ze zdjęciami i wiesz co?

– Nie wiem. Co? – W jego głosie pojawiły się asekuranckie tony, jakby szykował się do odparcia ataku.

– Wyobraź sobie, że nie mamy fotografii, na których siedzimy na kanapie, podpisanych „A tutaj siedzimy bardzo odpowiedzialni, wróciliśmy z pracy, spłaciliśmy kredyt w terminie i zamierzamy wziąć nowy telewizor na raty”.

– Nie przesadzaj, mamy parę zdjęć z domu – odparł, trochę urażony, czując się w obowiązku bronić swojego życia, które bardzo lubił.

– Imprezy, święta, urodziny, wydarzenia. To wszystko przygody, odskocznie od dnia codziennego. I przygody wspaniałe, nie zrozum mnie źle. Tylko dziś myślę, że więcej wysiłku trzeba było wkładać w to, żeby jak najmniej było zwyczajnych dni. Wyobraź sobie, że co roku wykrawasz dodatkowe piętnaście dni na przygody. Niby niewiele, ale przez dziesięć lat to już jest sto pięćdziesiąt dni, pięć miesięcy, półroczna podróż.

– Zwyczajny relaks, odpoczynek, siedzenie w domu, to też jest bardzo ważne.

– Przecież nie mówię, że trzeba było prosto z polowania w Afryce jechać na wyścigi bojerów, tylko że może za dużo mieliśmy jakże ważnego spokojnego odpoczynku, a za mało poszukiwania przygód. Co pamiętasz z sześćdziesiątego trzeciego?

– No, to. – Zdziwił się, jakby nie wypadało w ogóle o to pytać. – Najpiękniejsza, najseksowniejsza, najbardziej goła ty. I kurczak. I wino, które zwędziłem Antkowi. I krzyki z korytarza tej strasznej rudery. Do dziś pamiętam: „Kurwy, świnie, brudasy, ja was wszystkich wezmę i zajebię!”.

– A co jeszcze? Z cieplejszych miesięcy? Lipiec? Hm?

Parsknął śmiechem.

– Też pytanie. Wielką narwiańską wyprawę erotyczną oczywiście.

– Ze szczegółami?

– Niestety. Nie wiem, czy kiedykolwiek byłem bardziej obolały.

To prawda. Pływali po Narwi wypożyczoną od gospodarza łódką, szybko wpadli na pomysł, że stara rozklekotana krypa to doskonałe miejsce na seks. Udało im się kochać na chybotliwej łupinie tak skutecznie, że zmęczeni i kompletnie nadzy usnęli, a prąd niósł ich w stronę Bugu i dopiero co otwartego Zalewu Zegrzyńskiego. Tak nowego, że w płytszych miejscach z wody ciągle wystawały pnie drzew i kominy zalanych chałup. Obudziła ich syrena okrętowa, a po otworzeniu oczu ujrzeli pełen mężczyzn w garniturach statek wycieczkowy „Dziewanna”. Był 22 lipca, oficjele przypłynęli ze stolicy na otwarcie „warszawskiego Balatonu”. Jedni i drudzy chwilę patrzyli na siebie. Oni na golasa na łódce. Tamci w garniturach na statku. W końcu jeden z mężczyzn powiedział z ironicznym uśmiechem: „Widzicie, towarzysze, rację mieliśmy, że naród polski spragniony jest nie tylko domów i ubrań, ale i porządnych możliwości rekreacji. W zdrowym ciele zdrowy, socjalistyczny duch! Prawda, panie kolego?”. Ludwik potwierdził skinieniem głowy, licząc, że to koniec, ale dowcipniś nie odpuszczał i dodał: „A za przybranie na cześć święta 22 lipca barw międzynarodowej rewolucji proletariatu serdecznie dziękujemy. Kontynuujcie”.

Statek jeszcze raz zawył syreną i odpłynął, a on dopiero wtedy spostrzegł, że od słońca jest spieczony na raka i boli go całe ciało. A prawdziwy ból miał się dopiero zacząć, bo czekało go jeszcze wiosłowanie kilkanaście kilometrów w górę rzeki, pod prąd, z powrotem do Dzierżenina. Kiedy dopłynął do pomostu, był pewien, że nic gorszego już go w życiu nie spotka.

Mylił się. Następnego dnia obudził się z gorączką, pęcherzami na dłoniach, poparzoną połową ciała i tak bolącymi mięśniami ramion, że miał ochotę je sobie odciąć.

– Ale kurację pamiętasz? Jak ci robiłam okłady z kefiru na poparzenia?

– Oczywiście. Jak gospodarz zobaczył, że cała pościel i kwatera są w kefirze, kazał nam zapłacić podwójnie.

– Trzeba było leżeć spokojnie. A sierpień? Tego samego roku! Jezu miłosierny, ile się wtedy działo w naszym życiu.

– Wtedy, kiedy zmajstrowaliśmy Jacka?

– Aha.

– Przecież to wtedy polował na nas ten Breżniew pod Olsztynem.

– Jezu, tego to ja nie zapomnę, nigdy się tak nie bałam. Najpierw strzelał, a potem leciał za nami i darł się po rusku. Tam obok postawili ten ośrodek dla nomenklatury w Łańsku, pewnie stamtąd przylazł. Myślisz, że to naprawdę był Breżniew?

– Przecież nam potem tłumaczył ten stróż, już za wolnej Polski, że w tym Łańsku to bywali i Chruszczow, i Breżniew, i Ché Guevara. Tylko tamten, co nas gonił, miał jakieś włosy, a Chruszczow to łysy chyba. Pieprzony bolszewik namiocik nam przestrzelił.

Wybuchła śmiechem na to wspomnienie.

– Przestań, ten namiot i tak się rozłaził ze starości. Słuchaj, a jak my byśmy wtedy tego Breżniewa zastrzelili, to myślisz, że byśmy zmienili losy świata?

– Przypominam, że jeśli chodzi o arsenał, to Breżniew miał karabin, a my szyszki, nalewkę wiśniową i płyn na komary domowej roboty. Ale nawet zakładając w tym całym układzie, że jakąś szyszką byśmy celnie trafili, to wątpię.

– A dlaczego?

Przybrał profesorską minę jak zawsze, kiedy spytano go o coś poważnego.

– Historia to skomplikowany proces. Pewnie by Andropow szybciej wskoczył na jego miejsce i nic by się nie zmieniło. Ale jednego skurczybyka byłoby mniej, zawsze jakaś satysfakcja. No i wtedy na Warmii żeśmy Jacka stworzyli, może to dzięki Breżniewowi.

– Myślałam, że od stresu okresu nie dostałam. Śmieszne, pierwszych wakacji z Jackiem nie pamiętam. W ogóle pojechaliśmy gdzieś?

Myśleli przez chwilę.

– Chyba nie, cali byliśmy przestraszeni, że on jest taki mały. Może do twojej matki na działkę i to tyle.

– A potem co roku do Pelnika. Nad morze trzeba było więcej jeździć, tak dziś myślę. Lepsze powietrze.

– E tam, w góry go zacząłem zabierać, zanim się nauczył chodzić porządnie.

– Bo w Zakopanem to jest świetne powietrze. Wyziewy z węgla, kominków, karkówki z grilla i pierdzące konie, smog jak w Londynie.

– Przecież wyżej go zabieraliśmy, do schronisk.

– Chyba że z zapaleniem ucha ktoś z nim musiał siedzieć w szpitalu na dole.

– A to moja wina, że wtedy wpuszczali tylko matki?

– Jakoś nie pamiętam, żebyś się wykłócał z nimi do upadłego, że to ojciec się dzieckiem zaopiekuje. Przejęty ojciec następnego dnia przyszedł w odwiedziny ledwo żywy od kaca, właściwie jeszcze pijany.

– Boże przenajświętszy, od pięćdziesięciu lat mi to wypominasz!

– Dzień podsumowań to dzień podsumowań, quoi faire?

– Tu pourrais m’excuser.

– Chyba miałeś na myśli me pardonner.

– Daj mi spokój, nie każdy jest frankofilem w tej rodzinie. A propos frankofilstwa, wyjazd maluchem do Francji to było coś. Pamiętasz minę tego mechanika pod Grenoble?

– Pamiętam, że to nie był pierwszy mechanik w czasie tej wycieczki, przecież już w NRD kogoś szukaliśmy do rozrusznika.

– No bo nie znałem jeszcze tej sztuczki z kijem od szczotki w tym całym układzie. Musiałem wtedy wstąpić do partii i podpisać lojalkę, że będę pisał raporty z podróży, żeby w ogóle dali nam paszporty. Wiesz, że prowadziłem wtedy pamiętnik na wypadek, gdyby kazali coś pokazać? Ostatnio go znalazłem, najlepsze są te momenty, w których piszę, że nawet w tym wieku ważna jest aktywność i poszukiwanie nowych bodźców.

– Przecież nie miałeś nawet pięćdziesiątki wtedy.

– No właśnie. Nastolatkiem byłem!

– Swoją drogą ta podróż… Żadnych fotelików, żadnych pasów, Jackowi tak ułożyliśmy z tyłu torby z żarciem, żeby na całej tylnej kanapie miał plac zabaw. Dzisiejsze matki na sam widok straciłyby przytomność.

– Jacek już był duży wtedy, dziesięć lat. A jak żeśmy tymi autobusami do Rumunii jechali, to ile miał?

– Sześć albo siedem, to zaraz po grudniu było. Do tej podróży to nie tęsknię, tyle ci powiem.

– Miały być Bałkany i słońce, a lało cały czas, gorzej jak nad Bałtykiem.

– Lało to się głównie z nas. Myślałam, że umrę.

– Rozbijałem namiot w deszczu i robiłem przerwy po wbiciu każdego śledzia, taki byłem wykończony przez tę biegunkę. Naprawdę się bałem wtedy, że coś nam się stanie.

– Dopiero ten rosół dziwny, ciemny, co nam baba zrobiła, postawił nas na nogi. Do dziś nie wiem, z czego on był. Co my żeśmy jej wtedy w zamian dali?

– Coś bursztynowego, pamiętam, że na handel trochę bursztynowych rzeczy zabraliśmy, pies z kulawą nogą się tam tym nie zainteresował, w końcu żeśmy rozdali, żeby nie wieźć z powrotem.

– Teraz myślę, że z Jackiem też trzeba było więcej jeździć, nie dbać o te wszystkie obowiązki, przedszkola i szkoły. Więcej by mu z tego przyszło niż z peerelowskiej edukacji i siedzenia w bloczydle. Więcej po Polsce, więcej za granicę, choćby do demoludów. Czasami to myślę, że potem sobie taki bezpieczny i nudny zawód wybrał właśnie dlatego, że za mało mu dawaliśmy bodźców. Ale takie czasy były. My do pracy, on żłobek, przedszkole, szkoła, zleciało tak jakoś. Dziś bym inaczej zrobiła.

– Co inaczej?

– Siedziałabym z nim więcej. Pamiętam, że często miałam taką myśl, że się na dobre nie nacieszyłam jakimś etapem, a on już szedł dalej. Lubiłam patrzeć, jak raczkuje, a on nagle już chodził. Lubiłam, jak wymyśla słowa, miałam je spisać, a on nagle już mówił normalnie. Lubiłam tę jego czułość przedszkolaka, a on nagle stał się nastolatkiem wiecznie za zamkniętymi drzwiami. Jednego dnia szedł na studia, drugiego miał dzieci, trzeciego już po rozwodzie. Codziennie miałam inne dziecko, a to wcześniejsze… no rozumiesz. Jakoś tak się nie nacieszyłam. – Głos jej się załamał.

Nic nie powiedział, od pięciu lat każde ich wspominki, i te styczniowe, i te bożonarodzeniowe, i urodzinowe, i w ogóle każde kończyły się tak, że jednemu z nich głos się załamywał. Podniósł się, pomógł jej wstać od stołu i usiedli razem na kanapie. Przytulił ją i pozwolił się wypłakać.

– To chyba była podróż mojego życia, wiesz – powiedział łagodnie, kiedy jej płacz zamienił się w ciche pociąganie nosem. – Jak pojechaliśmy z Jackiem i dziewczynkami na Warmię. Pokazać, gdzie się kochaliśmy, gdzie się podzieliły jego pierwsze komórki. Opowiadaliśmy mu o burzy i o Breżniewie, który nas gonił ze strzelbą.

– A on cały czas nas strofował, żebyśmy mówili ciszej, bo dziewczynki są za małe na te szczegóły. Potem się kąpaliśmy wszyscy w jeziorze, wieczór, pamiętam, był taki wspaniały, co to w Polsce się zdarza dwa razy do roku.

– Dziewczynki poszły spać, a my żeśmy prawie całą noc siedzieli na plaży, pili piwo i gadali. Potem się dziwiłem, że tyle pamięta ze swojego dzieciństwa, więcej chyba nawet niż ja. Jak w szpitalu byliśmy na Niekłańskiej, bo sobie fasolkę wsadził do nosa i mu tam zakiełkowała. Albo jak wlazł do wanny z karpiem, żeby się razem z nim wykąpać. Pamiętasz?

– Ba. Szkoda, że tych telefonów z aparatem wtedy nie było, ale mielibyśmy zdjęcia fantastyczne. A ty?

– Co ja?

– Co ty byś zrobił inaczej?

– Ja wiem? Znasz mnie, Grażynko, ja jestem szczęśliwy w tym całym układzie, wszystko mi się w moim życiu zawsze podobało. Niech pomyślę. Może bym trochę inaczej rozłożył akcenty. Mniej kariery naukowej, a więcej pacjentów. Studenci i tak zawsze woleli innych wykładowców i pewnie więcej od nich korzystali. A ja bym paru ludziom jeszcze pomógł, zawsze coś.

6

Za jakie grzechy, drodzy anieli? Za jakie grzechy, pomyślałam. Człowiek ma osiemdziesiąt trzy lata, patrzy wstecz na swoje życie i co by zmienił? Może by ograniczył pracę na uczelni i więcej czasu spędzał z pacjentami. No trzymajcie mnie. Nie wielkie podróże, nie przygody, nie odkrycia, dzięki którym ląduje się w encyklopedii i zasługuje na ulicę w rodzinnym mieście i tablicę pamiątkową. Nie wyzwania, szóstka dzieci, budowa drewnianego domu na Suwalszczyźnie albo rejs barką ze Szczecina do Marsylii. Może by ograniczył pracę na uczelni.

Nie powiem, moja lista jest dłuższa, ale nie podzieliłabym się z nim swoimi marzeniami nawet w żartach, zrzucić to na człowieka tak dobrodusznie szczęśliwego z każdego nudnego dnia swojego życia byłoby okrucieństwem.

Przede wszystkim częściej uprawiałabym seks. Z nim też, po początkowym okresie wielkiej namiętności emocje opadły szybko, a może nie tak szybko, może to trwało dobre kilka lat, tylko z dzisiejszej perspektywy mi się wydaje, że to się stało już następnego dnia. Pewnie bym starała się to powstrzymać, walczyć o emocje i o temperaturę. Ale to dziś mam tę wiedzę, czterdzieści lat po tym, jak Wisłocka odkryła łechtaczkę, trzydzieści po pierwszej przywożonej z Zachodu pornografii, dwadzieścia od pierwszych sexshopów, tyleż, odkąd o potrzebach i możliwościach seksualnych kobiet normalnie się w tym zaścianku rozmawia. A wtedy? Żadna ze mnie była katoliczka ani prowincjonalna panna, ale o seksie nie wiedziałam nic, o swojej fizjologii też nie, o związkach tym bardziej. Po prostu uznałam, że tak musi być i tyle.

Dziś bym wiedziała, jak lepiej wykorzystać swojego Ludwiczka, te jego mięsiste usta, te jego poranne wzwody.

Dziś pewnie bym się też puszczała. Raz tylko mi się zdarzyło w małżeństwie, że nie byłam wierna jak Penelopa. Już po czterdziestce pojechałam po zapaleniu płuc do sanatorium do Ustronia, sama, pokój dostałam w jednej z tych piramid, które wtedy wydawały mi się dziwaczne. Ja miałam normalny pokój, a facet, którego poznałam przy śniadaniu, dostał taki ze skośnym sufitem, przy krawędzi piramidy. Poszłam z ciekawości, żeby zobaczyć ten skośny pokój, no i jakoś tak zostałam. Mało nie umarłam z poczucia winy, ale wróciłam następnego dnia, kiedy się okazało, że świat ciągle istnieje, wyrzuty sumienia mnie nie zabiły, a niebo nie rozpękło się na pół, aby Bóg mógł dać mi klapsa. Ludwik przyjechał w połowie turnusu mnie odwiedzić, bo go ciągnęły stoki w Szczyrku, i mieliśmy najlepszy seks od lat, aż mi się z uszu dymiło. Na naszym szczęściu to nijak nie zaważyło, a wspaniałe wspomnienie zostało. Pierwszy i jedyny raz ktoś mnie wtedy lizał po odbycie, ciągle o tym fantazjuję czasami. Zabawne, że w fantazjach zawsze mam swoje ciało z najlepszego okresu, czyli pewnie takich dojrzałych, leniwych trzydziestu kilku lat, czterdziestu może. Czasami więcej, ale nigdy mniej.

No i dziś bym pozwalała sobie się zakochiwać. Czasami. Kontrolowanie. Platonicznie. To znaczy chyba platonicznie. I chyba kontrolowanie. Na zabój. Jak w powieściach. Żeby mnie skręcało z tęsknoty, żebym jak idiotka płakała w łazience z rozpaczy, żebym scałowywała z policzków łzy odtrąconych przeze mnie mężczyzn. Żebym słuchała innych dowcipów, innych opowieści z dzieciństwa i odkrywała inne sposoby wymyślane przez mężczyzn, żeby mnie zdobyć.

A właściwie nie przez mężczyzn, tylko przez jednego mężczyznę. Tego jednego, jedynego mężczyznę. Zabawne, że świętowaliśmy dziś z Ludwikiem pięćdziesiątą rocznicę. I dla mnie, i dla niego była to rocznica pięciu dekad fizycznej bliskości, prawda. Dla niego też rocznica pięćdziesięciu lat miłości do mnie. A dla mnie? Dziś go kocham, to nie ulega wątpliwości. Ale jak długo? Śmieszne, że nigdy się nad tym nie zastanawiałam, byliśmy razem i wiadomo, życie.

I weź teraz powiedz mu, kobieto, co byś zmieniła, żeby ani nie skłamać, ani go nie zranić śmiertelnie.

– Za dużo czasu spędziliśmy razem – wyrwało mi się.

– Słucham? – Oczywiście od razu obrażone tony.

Pomyślałam, że jak na jednego z ważniejszych świętych polskiej psychoterapii, to w małżeństwie nigdy mistrzem słuchania nie był. I oczywiście po chwili zrobiło się jak zawsze, włączyliśmy starą płytę, koncert na dwa instrumenty, on już nastroił swoje nabzdyczenie, ja uniosłam dłonie nad klawiaturą irytacji i złośliwości.

– Opanuj się, przecież się z tobą nie rozwodzę. Po prostu mówię, że przez te pięć dekad bardzo dużo czasu byliśmy we dwoje, może trochę zbyt kurczowo do siebie przyklejeni. I tak samo jak mogliśmy wykroić czas na przygody, tak samo dałoby się zadbać o zdrowy dystans. Mieliśmy tylko jedno dziecko, nic nie stało na przeszkodzie, żeby dla zdrowia psychicznego wyjechać samemu, a to na tydzień w góry, a to na miesiąc do Indii.

– Chcesz pojechać na miesiąc do Indii?

– Przykładowo powiedziałam, pierwsza lepsza myśl.

– Te pierwsze myśli są najważniejsze i najszczersze. Czyli informujesz mnie teraz, że przez cały ten czas marzyłaś o tym, żeby spędzać więcej czasu sama w Indiach?

Poczułam, jak mnie szlag trafia.

– No skoro tak twierdzisz, to biorąc pod uwagę twoje doświadczenie, to zapewne prawda. Jak teraz o tym mówisz, to faktycznie, zawsze o tym marzyłam. Miesiąc w Indiach, a może rok czy dwa, Boże drogi, tam to ja bym dopiero była szczęśliwa.

Poprawił okulary.

– Kpiną nie zakryjesz prawdy.

– Jakiej znowu prawdy?! – krzyknęłam.

– Że w końcu postanowiłaś mi powiedzieć, jak bardzo czułaś się nieszczęśliwa w naszym małżeństwie.

Słów mi zabrakło. Poważnie się zastanawiałam, czy go nie uderzyć, jedyne, co mnie powstrzymało, to myśl o tym, jak z boku wyglądałaby bójka osiemdziesięciolatków.

– Ale skoro o tym rozmawiamy – wykorzystał moje zapowietrzenie, żeby przejąć inicjatywę i perorować tym swoim profesorskim tonem – to ja też ci się przyznam, że często o tym myślałem. Przez pięćdziesiąt lat nie zadbaliśmy o urlopy od samych siebie. Mimo że przecież sam napisałem kiedyś w jednym eseju do „Przeglądu”, że związki powinny wysyłać partnerów na wczasy tak samo, jak pracodawcy wysyłają pracowników. Pamiętasz? Fundusz Wczasów Psychicznych, tak to nazwałem.

– Droga wolna – wycedziłam.

– Nie bądź infantylna.

– Nie jestem infantylna, tylko wściekła.

– Nie jestem pewien, czy to pojęcia z tego samego katalogu emocjonalnego.

– A ja jestem pewna, że masz mnie przeprosić natychmiast. A potem możemy wrócić do rocznicy.

Uwielbiałam tę zagrywkę. Intelektualnie rozumiał, że pojednanie i przeprosimy to podstawa zdrowej komunikacji, ale jego emocjonalna strona dinozaura pochodzącego z epoki totalitarnego patriarchatu nie pozwalała mu się ukorzyć przed kobietą. Teraz zacznie kluczyć, żeby uspokoić atmosferę i wylawirować z kłótni, jednocześnie nie przepraszając.

– Ale za co mam cię przepraszać? Nie rozumiem. Ustaliliśmy wspólnie, że żałujemy, że nie braliśmy częściej od siebie urlopu. I że narosło w nas zmęczenie swoją nieustającą obecnością. To po obu stronach zrozumiałe. Też zrozumiałe, że nie jesteśmy w wieku, kiedy możemy sobie fundować takie urlopy.

– Niby dlaczego? – wypaliłam, złość mi jeszcze nie przeszła. Rozumiałam gdzieś głęboko, że to bez sensu, że nie chodzi o ten wieczór, że w takich chwilach przemawiają przeze mnie nagromadzone przez dekady drobne pretensje, resentymenty, złości i rozczarowania.

Ale i tak nie potrafiłam odpuścić.

Spojrzał za okno, ciemno już się zrobiło, w szybie niewyraźnie odbijała się stojąca na stole zapalona świeczka i talerz z ledwo ruszonym kurczakiem z rożna.

– Niby każdemu w każdej chwili może coś się przytrafić, ale w naszym wieku… sama rozumiesz. Nie chciałbym, żeby drugie z nas było wtedy na wczasach.

Wzruszył mnie tymi słowami i postanowiłam odpuścić.

– Może porozmawiajmy dla odmiany o przyszłości – powiedziałam, myśląc, po pierwsze, że to rozpaczliwe, biorąc pod uwagę, ile jej zostało, a po drugie, że zaraz usłyszę, że się bronię przed przeszłością, która… trzy, dwa, jeden, start.

– Zawsze się bronisz przed przeszłością, uciekasz do przodu. A to przeszłość decyduje o tym, kim jesteśmy i kim będziemy, czy to ci się podoba, czy nie.

I pomyśleć, że pięćdziesiąt lat temu te banały wydawały mi się mądre i przenikliwe. Ale postanowiłam brnąć w banały, żeby zatrzeć wspomnienie kłótni.

– A co by nas napędzało bez planów? Robimy zakupy, bo mamy wizję smacznej kolacji. Wsiadamy do samochodu z wizją dojechania na miejsce. Posyłamy dziecko do szkoły, bo mamy wizję jego przyszłości. Zaczepiamy kogoś, bo mamy wizję wspólnego wieczoru. Albo wspólnego życia. Każde nasze działanie wynika z tego, że wyobrażamy sobie jego skutek w przyszłości i jesteśmy go ciekawi.

– Możliwe. Ale to, gdzie jedziemy, co jemy i kogo zaczepiamy, wynika w stu procentach z przeszłości. Przeszłość jest wszystkim, przyszłość to zbiór pobożnych życzeń i zazwyczaj chybionych wyobrażeń.

Matko Boska, jak ja nienawidziłam tego chrzanienia.

– Możesz się wymądrzać, ale plany i tak muszą być. Aż tak starzy nie jesteśmy. – Kłamstwo, ale w dobrej sprawie. – Dawaj.

Westchnął. Objęłam go za szyję, przybliżyłam twarz do jego twarzy, uśmiechnęłam się. Miał mokre, przekrwione oczy. Smutna twarz bez uśmiechu obsunęła się do dołu. Staro wyglądał w takich chwilach mój staruszek. Zamiast tamtej czupryny przerzedzone bielutkie włosy. Zamiast mięsistych ust Belmonda z Do utraty tchu różowa i drżąca, obwisła warga. Brwi tak mu wyłysiały i wyblakły, że właściwie nie miał ich w ogóle. Zamiast czujnych jasnych oczu mętne i jakby przestraszone spojrzenie.

– Zapisałem sobie w kalendarzu – zaczął dziarsko, ale głos mu drżał – żeby wiosną pojechać do Zermatt. Zrobić sobie wycieczkę w szwajcarskie Alpy. Drogo pewnie będzie, ale na co mamy odkładać w tym całym układzie?

– Gdzie to jest dokładnie?

– Na dole, bliżej Chamonix niż Mediolanu. Pod Matterhornem.

– Kolejna święta góra?

– Jedna z najświętszych.

Głos mu się załamał. Zwykle czytałam mu w myślach i potrafiłam przewidzieć następną kwestię z dokładnością do osiemdziesięciu procent, ale tym razem nie miałam pojęcia, o co chodzi.

– Niedługo umrę, prawda? – zapytał po chwili.

– Nie chcę cię martwić, ale jest taka szansa.

– I to pewnie zwyczajnie będzie koniec.

– Zależy, kogo spytasz. Ale raczej tak.

Nie podobał mi się kierunek tej rozmowy. Nie chciałam. Nie dziś.

– A nawet jeśli nie, to będziemy sobie ciałami astralnymi, duszami, dziwnymi bytami, na co tam trafimy w katalogu zabobonów.

– No i?

Nagle usta wykrzywiły mu się w podkówkę i wybuchnął ze smutku płaczem jak małe, kilkuletnie dziecko. Przez mgnienie oka zobaczyłam w nim przedszkolaka, którym był osiemdziesiąt lat temu.

– No i to znaczy, że już nigdy… przenigdy… przez całą wieczność nie będę w górach. Nie wyjdę rano na taras schroniska, nie wyjmę termosu z plecaka, nie wystawię gęby do słońca na wyciągu, nie poczuję zapachu śniegu, nie usłyszę trzasku butów zapinanych w wiązaniach, nie zamówię tartiflette… nigdy. Tak nieskończenie, do końca wszechświata, nieodwołalnie, nigdy.

Czułam jego rozpacz niczym emanujące fale gorąca, tak fizycznie, jakbym stała obok płonącego domu. Nie mogłam nic odpowiedzieć. Nie mogłam nic zrobić. No, prawie nic. Otarłam mu łzy, złapałam jego dłoń i włożyłam między swoje uda.

– Ale dopóki żyjemy – powiedziałam – korzystajmy, wiecznością będziemy się martwić później.

Nie patyczkowałam się. Rozłożyłam bezkompromisowo nogi w czarnych pończochach i położyłam jego dłoń na świeżutkich majtkach. Niespodziewanie poczułam się podniecona. Gwałtowne, rozlewające się po całym ciele, trochę już zapomniane uczucie.

Jako doświadczona i pozbawiona złudzeń stara kobieta postanowiłam żyć chwilą, dopóki trwała.

7

Od razu zerknął na stojący obok telewizora zegar. Idealnie! Nie mogłaby z tym momentem wcelować lepiej, równo godzina od wzięcia tabletki. To się nazywa żona. Teraz tylko trzeba się zrelaksować, spokojnie zrobić swoje, stres to największy wróg seksu nie tylko po osiemdziesiątce.

Pocałował ją czule w usta, ostrożnie, uważając, żeby nie poruszyć protezy, i jednocześnie głaskał ją po udach. Próbował się wyluzować, ale nie mógł przestać myśleć o tym, czy tabletka już działa, czy ma już wzwód, czy już czuje to specyficzne swędzenie w krzyżu. Rano zadziałało, ale to było rano, w spokojnych warunkach, we własnych fantazjach. Wtedy trening, teraz zawody o najwyższą stawkę.

Nic nie czuł. Cholera, nic nie czuł.

– Pokażę ci coś – powiedziała i odsunęła się od niego.

Energicznym ruchem zdjęła przez głowę grubą zimową sukienkę, pokazując wszystkie swoje nowe nabytki, i uśmiechnęła się zalotnie. Przejechała dłońmi po ciele, od szyi przez ledwo ukryty za tiulową koszulką biust aż do podwiązek.

– Hm?

– Wyglądasz wspaniale – powiedział bez krztyny kurtuazji. Naprawdę był zachwycony.

Od pierwszej nocy pięćdziesiąt lat temu zawsze uważał, że wygląda wspaniale. W ciąży, zmęczona, utyta, stara, zawsze mu się podobała. Nigdy jej nie zdradził, nigdy nie planował, nigdy się w nikim innym nie zakochał. Nawet w czasie masturbacji zazwyczaj fantazjował o niej. Cały jego seksualny świat należał do niej i tego też by nie zmienił. Bo po co? Po co zmieniać coś, co jest dobre?

Rozłożył wersalkę, uważając, żeby nie schylić się zbyt gwałtownie, i zaprosił żonę ruchem dłoni. Dygnęła, położyła się, przeciągnęła i poczekała, aż on się rozbierze. Stanął bokiem, częściowo schowany za krzesłem, żeby nie zobaczyła, że jeszcze nie ma wzwodu. Nie chciał jej rozczarować, cały czas się uśmiechał, ale nie mógł zwalczyć narastającej paniki, że nic z tego nie będzie. Na dodatek w radiu znowu puścili ten kretyński francuski przebój, który kojarzył mu się z pogrzebowym My Way, wszystko, żeby tylko go zdekoncentrować, jak na złość.

Dalej, myślał, dalej, niech zadziała.

– Podoba ci się moja nowa bielizna?

Rozłożyła szeroko nogi.

– Oszałamiająca.

Podszedł szybko i położył się między jej nogami, żeby nie zobaczyła, że jeszcze nie jest gotowy.

– Z niespodzianką. – Pociągnęła za krawędzie majtek.

Wtedy w końcu wyłączył myślenie. Oszalał na punkcie tej cipki pięć dekad temu i teraz też nie potrafił jej się oprzeć. Poczuł dreszcz, swędzenie w krzyżu, skok ciśnienia krwi i prostującego się gwałtownie (no, umiarkowanie gwałtownie) członka.

– Pocałujesz mnie?

– Później. Teraz nie ma chwili do stracenia. – Uklęknął przed nią, wskazał dłonią na sterczącego penisa i uśmiechnął się dumnie.

– Ogoliłeś sobie włosy łonowe?

– Nie mogłem patrzeć, jakie są siwe.

Zaśmiała się cicho.

– Hm, teraz wydaje się większy.

– Stara sztuczka – mruknął, wchodząc w nią i całując w usta. – Poza tym…

– Cii – szepnęła, napierając na niego biodrami.

8

Matko Boska Przenajświętsza, tak jak zwykle nie przywiązywałam do tego wielkiej wagi, tak dziś bałam się, że nic z tego nie będzie. Nie wiem, może dosypał mi czegoś do jedzenia, ale nie byłam taka napalona od lat, od dekad być może. Starałam się robić dobrą minę do złej gry, kiedy stary i zgarbiony chował się za krzesłem, ale miałam ochotę się rozpłakać. Na szczęście nowe majtki okazały się faktycznie więcej warte niż kokaina.

Nie musiałam się niczym smarować, nie musiałam uciekać się do żadnych sztuczek, po prostu chciałam, żeby ktoś mnie wziął i żeby mi było dobrze. Przez chwilę myślałam, czy się nie odwrócić, zawsze miałam wtedy najlepsze orgazmy, ale uznałam, że nie warto kusić losu i ryzykować, że się zdekoncentruje. Więc po prostu objęłam go, przycisnęłam do siebie, wypychałam biodra, żeby poczuć go jak najlepiej, i czekałam, co się wydarzy.

Najpierw jak zwykle myślałam o nim, żeby się nie zmęczył, nie stracił uwagi, żeby go nie urazić jakimś gestem, czy miną kwestionującą jego możliwości. Ale z jego możliwościami wszystko było w porządku, więc postanowiłam pomyśleć o sobie. A właściwie przestać myśleć o sobie. W ogóle przestać myśleć. Kompletnie i totalnie nie myśleć absolutnie o niczym. Było mi tak dobrze, że przez chwilę poczułam lęk o własne serce i własne ciśnienie, ale ten lęk też porzuciłam i skupiłam się na własnym ciele i na tym, co się w nim działo. A działo się to, że nadchodził, jak zwykle u mnie gdzieś z tyłu, nie z dołu brzucha, a spomiędzy pośladków, z okolic kości ogonowej, niezwykły orgazm.

Złapałam Ludwika za pomarszczony tyłek i kierowałam nim, żeby nie stracił rytmu, jeszcze tylko przez chwilę. Ciężko dyszał, cały był spocony, ale nie miałam w sobie przestrzeni na żadne troski, na myślenie o innych, na to, czy umrze, czy przeżyje, czy dojdzie, czy nie, chciałam tylko, żeby ten rytm utrzymał jeszcze przez kilka sekund, dwie, jedną, o Matko Boska Przenajświętsza.

Kiedy już się zaczął, to trwał i trwał, i trwał, nie było we mnie żadnej innej myśli ani emocji, czułam w nim echo wszystkich swoich orgazmów, czułam echo tego styczniowego mroźnego dnia w 1963 roku.

Jak to mówią: wszystkie orgazmy przeleciały mi przed oczami.

Styczeń

1

Czuł się młodo, jak zawsze. Czuł się nawet wyjątkowo młodo, biorąc pod uwagę, że jego budzącą się świadomość wypełniało wspomnienie wczorajszego wspaniałego wieczoru. Aby trwać w tym błogostanie jak najdłużej, nie otwierając oczu, przekręcił się na bok, wtulił twarz w rozrzucone na poduszce włosy swojej żony i odetchnął głęboko jej zapachem.

I omal nie puścił pawia. Włosy i poduszka śmierdziały dymem papierosowym tak potwornie, jakby importowano je specjalnie z koszarowej kantyny jakiejś republiki bananowej, gdzie nie dotarły ani zakaz palenia, ani nawet informacja o szkodliwości papierosów. Wrażenie było fizycznie odstręczające, wstręt sprawił, że zapomniał na chwilę, ile ma lat, odrzucił kołdrę i zerwał się na równe nogi, walcząc z odruchem wymiotnym.

I nie zemdlał. Nawet nie zakręciło mu się w głowie. Naprawdę, seks czyni cuda.

– O psiakrew – powiedział na głos.

Znajdował się w cudzym mieszkaniu. Dziwnym mieszkaniu. Bardzo nowoczesnym i bardzo staroświeckim zarazem. Nowoczesnym, bo ściana niewielkiej sypialni składała się w całości z okna, wychodzącego na balkon z ażurową betonową balustradą i zimowe bladoniebieskie niebo. A przez otwarte drzwi pomieszczenia widział kawałek korytarza i biegnące w dół schody, wskazujące na to, że mieszkanie jest dwupoziomowe.

Staroświeckim, bo całe wyposażenie mieszkania – krzesła na cienkich nóżkach z giętego metalu, regał z przesuwnymi szklanymi drzwiami, dywan w geometryczne wzory, a przede wszystkim ogromna popielniczka pełna petów na szklanym stoliku do kawy – wszystko to wyglądało jak eksponaty ze skansenu, prezentującego życie codziennie w latach sześćdziesiątych albo siedemdziesiątych XX wieku.

Zaskoczony przejechał dłonią po włosach; jego najbardziej charakterystyczny gest, wyrażający w zależności od sytuacji zamyślenie, zdumienie albo zniecierpliwienie.

– O psiakrew – powiedział.

Jego dłoń zamiast na czaszkę z paroma cienkimi pasemkami włosów natrafiła na czuprynę gęstą jak sierść owczarka niemieckiego. Spojrzał na dłoń – żadnych plam, wykrzywień i pomarszczeń. Spojrzał na brzuch – prawie płaski. Klata normalna, bez siwych włosów i obwisłych męskich cycków. Członek wystawał z normalnego ciemnoblond zarostu, a jego nogi kończyły się normalnymi stopami, a nie sękatymi tworami, do których ktoś krzywo przytwierdził sine krogulcze pazury. Innymi słowy: był młody. Nie zatrważająco młody, ale gdzieś między trzydziestką a czterdziestką.

W sypialni nie wisiało żadne lustro, podszedł więc do regału i przejrzał się w szybie etażerki. Patrzył na niewyraźną twarz, przypominającą jego własne stare zdjęcia. Co oznaczało, że był w ciele młodego siebie, sprzed jakichś pięćdziesięciu lat.

– O psiakrew – powtórzył.

– Nie mógłbyś zaczynać dnia od jakiegoś innego słowa? – dobiegło spod kołdry. – Dzień dobry? Kocham cię? Chcesz kawy?

Pociągnęła nosem.

– Jezu, co to za sztynk.

Smród nikotyny wygonił Grażynę z łóżka tak samo jak jego. Przeciągnęła się, spojrzała na stojącego w obcej sypialni obcego mężczyznę i zaczęła przeraźliwie krzyczeć, szybko zakrywając gołe ciało ściągniętą z łóżka kołdrą.

– Grażyna, to ja!

– Jaki ja? Jaki ja, na miłość boską?

– Ludwik, no.

Zaśmiała się histerycznie.

– Spójrz na siebie! Grażyna, mówię ci, spójrz na siebie.

Zajrzała pod kołdrę.

– Matko Boska Przenajświętsza.

Odrzuciła kołdrę i zaczęła dotykać swojego gołego ciała. Idealnego, perfekcyjnego, pozbawionego wad ciała dwudziestokilkulatki. Coraz szybciej, coraz łapczywiej dotykała dłońmi szyi, piersi, ramion, bioder, obmacywała się tak zapamiętale, że zaczęła dyszeć. Przestraszył się, że zaraz dostanie jakiegoś ataku.

– Grażyna? Wszystko w porządku?

Spojrzała na niego nieprzytomnym wzrokiem.

– Maryjo Królowo Polski, co za wspaniały sen. Szybko, kładź się, zanim się obudzę. Raz, raz, kładź się.

Bez czekania na dodatkowe zachęty, skoczył na łóżko swoim wspaniałym, jędrnym, sprawnym ciałem i położył się na wznak, jego członek sterczał już jak reklama środka na potencję. Chichocząc, cmoknęła go w czubek penisa i usiadła na nim okrakiem z głośnym westchnieniem. Przeciągnęła się, zaplotła dłonie na karku gestem, którego nie widział u niej od dobrych dwudziestu lat, i zabrała się energicznie za miłość.

2

Sen czy nie sen, po czwartym razie byliśmy już porządnie zmęczeni. Leżałam nago na wznak i nie mogłam przestać wodzić palcem po swoim ciele. Nie uważałam się nigdy za piękność, trochę za nisko miałam tyłek i za krótkie nogi, za to od pasa w górę, no tutaj nie mogłam sobie nigdy nic zarzucić. Święta Trójca: duże oczy – duże usta – duży biust, robiła wrażenie na każdym, co oczywiście wiem teraz, kiedyś byłam za młoda, za głupia i zbyt wstydliwa.

Miałam nadzieję, że ten sen potrwa jak najdłużej, a rano nie zapomnę wszystkiego, jak to zwykle ze snami bywa, i opowiem Ludwikowi.

Leżałam, dotykałam delikatnie ust jak niewidomy, który chce poznać kształt czyjejś twarzy, i nie mogłam przestać się zachwycać. Nie za wąskie, nie za szerokie, twarde i sprężyste, z dolną wargą większą i wychylającą się ku przodowi, normalnie gdybym mogła, to sama bym się całowała.

Oblizałam swoje boskie usta, przełknęłam ślinę i głośno zaburczało mi w brzuchu. Głodna byłam jak nie wiem co.

Szturchnęłam Ludwika. Nawet we śnie każdy facet idzie spać po seksie.

– Hm?

– Głodna jestem.

Wymamrotał coś niewyraźnie.

– Co?

– To tylko sen…

– Tak, wiem, rozmawialiśmy o tym. Ale i tak jestem głodna. Pięćdziesiąt lat temu poleciałeś po kurczaka i faworki, to teraz rusz tyłek w naszą rocznicę.

Ziewnął i usiadł. O Jezu, ale był przystojny.

– Pięćdziesiąt lat temu byłaś miła, szczebiocząca, trzepocząca rzęsami i mówiłaś do mnie „proszę pana”.

– To było pół wieku feministycznej walki wcześniej. Rusz się, bo do końca snu będę już tylko cnotliwa.

Wstał i podrapał się po świeżym zaroście na policzku.

– Musi tu być jakaś kuchnia czy coś…

Wyskoczyłam z łóżka za nim, ale przed wyruszeniem na poszukiwanie lodówki, i zawinięci wspólnie w kołdrę wyszliśmy na balkon. Zimno jak diabli. Widok nie był zbyt zachęcający. Znajdowaliśmy się na ósmym, może dziesiątym piętrze czegoś, co musiało być dość paskudnym blokiem. Prosty wniosek, biorąc pod uwagę, że z okna widzieliśmy kolejne bloki, bardzo betonowe, bardzo gigantyczne, bardzo identyczne i z niewiadomych przyczyn bardzo gęsto ustawione, jakby ktoś się uparł, żeby na każdy metr kwadratowy gruntu przypadało jak najwięcej mieszkańców. Nie przypominały polskich bloków z wielkiej płyty, wyglądały raczej jak odlane z betonu leżące na dłuższym boku pudełka od zapałek, zadrukowane w kształt geometrycznej kratki, bo taki rytm miały pokrywające całą fasadę loggie.

Pomiędzy blokami rozlewał się ocean wymieszanego ze śniegiem błota.

– To Warszawa? Polska w ogóle? – spytał Ludwik.

Wzruszyłam ramionami. Może być i Mars, byleby mieli sklep spożywczy. Sądząc po śniegu i błocie, raczej nie Lazurowe Wybrzeże, tylko jakiś właśnie rejon wiecznej szczęśliwości na Wschodzie. Może Polska, może Białoruś, może Rurytania albo Borduria, co to ma za znaczenie. Śnić jak najdłużej – tylko to się liczy. Dlatego, choć wymęczona seksem, bałam się zamknąć oczy, bałam się nawet mrugnąć. Żeby nie stać się na powrót starą babą w Warszawie.

Szybko wróciliśmy do środka, musiało być z minus dziesięć, minus piętnaście stopni. Z sypialni wyszliśmy na wąski korytarz, pełen szaf i drzwi do innych pomieszczeń, z których do tej pory zwiedziłam tylko maciupeńką toaletę. Cały poziom wydawał się dość długi i wąski, o proporcjach przerośniętego wagonu kolejowego. W połowie znajdowały się prowadzące na dół wąskie schody.

– Może coś do ubrania znajdziemy, zimno, cholera. – Ludwik zapalił światło i otworzył na oścież szafy. W jednej były garnitury, w drugiej damskie ciuchy. Zabraliśmy się do grzebania. Pięć minut później Ludwik miał na sobie szare spodnie, białą koszulę i wycięty w serek błękitny sweter. Do tego proste czarne sztyblety. Ubrania wyglądały jak uszyte na niego na miarę.

Ze mną było gorzej. Jeśli to sen, wtedy po raz pierwszy pomyślałam „jeśli”, moja podświadomość, jak to zwykle u kobiet bywa, chciała mi pokazać, że moje ciało do niczego się nie nadaje i do niczego nie pasuje. Właścicielka garderoby miała mniejszy od mojego tyłek i mniejszy biust, była za to wyższa i miała większą stopę. I zapewne była ruda, biorąc pod uwagę ilość zielonych i brązowych ubrań, tylko rude dobrze wyglądają w takich połączeniach. W końcu znalazłam jako tako pasującą spódnicę i włożyłam luźny kasztanowy golf, nawet ładny. Na stopy zamiast butów założyłam najgrubsze znalezione skarpetki.

On wyglądał jak z żurnala, ja jak ubrana przez Armię Zbawienia.

Zeszliśmy na dolny poziom.

– No nieźle – powiedziałam.

Schody prowadziły do połączonego z kuchnią salonu, przestronnego pomieszczenia, ładnie urządzonego delikatnymi ciemnymi meblami. Owalny stół na cienkich, częściowo mosiężnych nogach, tapicerowane na czerwono krzesła, smukły kredens, dywan w geometryczne wzory. Mieszkanie wychodziło na obie strony budynku, salon znajdował się po przeciwnej stronie niż sypialnia, jego część tuż przy oknie została otwarta w górę na wysokość obu poziomów, a że tu okno również zajmowało całą ścianę – efekt wywierał wspaniałe wrażenie. Stanęliśmy przy tym ogromnym oknie, nie kwapiąc się do wizyty na balkonie, ciągle zziębnięci po poprzedniej eskapadzie. Wychodziło na kolejne dwa bloki, za którymi widać było elegancki pałacowy budynek z ogrodem, w którym rozpoznałam Pałac Krasińskich. Z tyłu przeplatały się czerwone, chaotyczne dachy Starego Miasta, nad którymi górował stromy dach katedry Świętego Jana.

– A więc jednak Warszawa?

Skinęłam głową.

– Czyli te wstrętne bloczyska stoją na terenach getta? Jakoś przy Bonifraterskiej? Tam, gdzie stoi ambasada chińska? W sensie tam, gdzie normalnie stoi?

Wszystko na to wskazywało. Nie chciało mi się komentować oczywistości. Już te bloki były wystarczająco dziwne, ale najdziwniejsza budowla stała na horyzoncie. W Warszawie starej baby i starego dziada, patrząc z tej perspektywy za dachem katedry, widzielibyśmy wysoki pylon mostu nad Wisłą, a za nim koszyk Stadionu Narodowego i nic poza tym. Gdyby uznać, że śnią mi się lata sześćdziesiąte lub siedemdziesiąte, to w ogóle przestrzeń za dachem katedry powinna być pusta. Tymczasem za Wisłą stała monstrualna wieża, tak na oko ze trzydzieści pięter. U podstawy prostokątny gruby klocek, na nim prostokątny średni klocek, na nim cienki, a na czubku szpikulec. Dość to było paskudne, a pomalowanie każdej z części na kolor flagi francuskiej – od góry niebieski, biały i czerwony – nie poprawiało sytuacji. Budowla byłaby w każdej skali obleśna, ale w tej musiała być najbrzydszym obiektem architektonicznym planety.

– Cudownie – skomentował w końcu Ludwik. – Nie dość, że mamy drugi Pałac Kultury na Pradze, to jeszcze brzydszy niż prawdziwy. Lepiej poszukam lodówki w tym całym układzie.

I poszedł. Ja tymczasem nie mogłam przestać się gapić.

Mimo zimna uchyliłam okno, wystawiłam głowę na zewnątrz i głęboko wciągnęłam kilka razy powietrze przez nos. Czułam przede wszystkim metaliczny zapach zimy, ale też węglowy dym z kotłowni, gorące mleko i bigos na zmianę z jakąś smażeniną, zależy, skąd wiatr powiał. Ktoś musiał palić papierosy na balkonie.

Starałam się łowić dźwięki, wyłuskać coś konkretnego z szumu miasta. Niektóre były proste – dzwonek ostrzegawczy tramwaju, trzask otwierania harmonijkowych drzwi w autobusie, pisk nienaoliwionej karuzeli na placu zabaw. To z dołu. Wokół, z mieszkań, dobiegały odgłosy życia domowego. Szum wody spuszczanej w toalecie, trzask garnków przestawianych na fajerkach, pisk małego dziecka, amatorskie rzępolenie na skrzypcach, niemożliwy do zrozumienia fragment rozmowy, damski poirytowany głos, przerwany przez trzask zamykanego okna. Jedyne, co zrozumiałam, to „raz w życiu mógłbyś…”, zapewne wtedy stała najbliżej.

Barwy, zapachy, dźwięki, im więcej ich czułam, tym bardziej rosła we mnie wściekłość, że tak się dałam oszukać. Jak cholerna żaba. Ta cholerna żaba, co jakby ją wrzucić do wrzątku, toby w try miga wyskoczyła z garnka. A jak się jej podnosi temperaturę o pół stopnia, to nawet nie zauważy, kiedy się w końcu ugotuje. Ja tak samo. Gdyby mi w wieku czterdziestu lat na chwilę pokazali, jak będzie wyglądało życie w wieku lat osiemdziesięciu – wyblakłe barwy, nieostre krawędzie, nierozróżnialne dźwięki, stłumione zapachy, wszystkie zmysły zepsute, opóźnione, nieprecyzyjne – palnęłabym sobie w łeb bez chwili wahania. A tak…

Zamknęłam okno. Zmarzluchem byłam zawsze, od urodzenia.

– Nic nie ma w tej lodówce! – Ludwik krzyknął z głębi mieszkania. – Tylko jakiś dziwny gulasz w słoiku, zjedzony do połowy. Idę na zakupy.

Zanim zdążyłam krzyknąć, żeby mnie nie zostawiał samej we śnie, już go nie było.

3

Nie czekając na to, czy i co odpowie, po chwili mocowania się z ogromnymi, przedpotopowymi zamkami otworzył drzwi na klatkę schodową.

Na wycieraczce siedziała kura.

Dość duża, wsiowa, zwyczajna białobrązowa kura. Nawet na niego nie spojrzała. Ostrożnie zrobił duży krok, żeby jej nie spłoszyć, i zamknął drzwi. Korytarz był długi i pusty, nie licząc kury, nieprzyjemnie mroczny przez oszczędnie rozmieszczone świetlówki, które musiały być zapalone non stop. Jedyne okna znajdowały się na końcach korytarza i nie miały szans oświetlić tego miejsca.

Czy to na pewno jest Polska?, pomyślał.

Jakby w odpowiedzi na jego pytanie po schodach zadudniły kroki. Najpierw szybko większa grupa, jakieś dzieciaki, potem wolniej jedna osoba.

– Kurwy, świnie, brudne puty, łachudry, chuligani, jeszcze was dorwę! – darł się wściekły damski głos.

Polska. Nie ma wątpliwości.

W końcu trzasnęły drzwi i z klatki schodowej weszła na korytarz drobna kobieta o kwadratowej szczęce wschodnioeuropejskiej chłopki. Mogła mieć około czterdziestki, ale sprawiała wrażenie, jakby koniecznie chciała uchodzić za siedemdziesięciolatkę w rozdeptanych kapciach, rozciągniętej granatowej podomce i włosach owiniętych chustką w kwiatki.

– Jezu, Zofia, a ty znowu u doktora wysiadujesz, dzień dobry, panie doktorze, potrzeba coś? Jajeczka jutro będą, to przyniosę. Pozmywać, poprasować, łazienkę może umyję? Na szyby to za zimno jeszcze.

Podeszła do niego, zdecydowanym gestem wzięła pod pachę kurę, która nie straciła nic ze swego spokoju, i spojrzała wyczekująco.

– E… nie, dziękuję. Mam trudną pacjentkę, lepiej jej nie przeszkadzać.

Kobieta przeżegnała się, pocałowała wiszący na szyi krzyżyk i cofnęła się dwa kroki.

Czyli tutaj też jest psychologiem, dobrze wiedzieć.

Razem podeszli do wind, wdusił czerwony guzik i czekali.

– Ja na dół, a pani?

– Na dernier wracam.