Opis

Opowieść żony himalaisty.

W marcu 2013 roku świat przeżywał wielki sukces czterech polskich himalaistów – pierwsze zimowe wejście na Broad Peak. Chwilę później cała Polska zamarła. Dwóch wspinaczy rozpoczęło dramatyczną walkę o życie, a kiedy ją przegrali, rozgorzała narodowa dyskusja o etyce himalaizmu i partnerstwie w górach. Dysputy i oskarżenia ciągnęły się tygodniami, tymczasem w Zakopanem, z dala od zgiełku, została pogrążona w rozpaczy rodzina Maćka Berbeki – jego żona Ewa i czterech synów. Od ponad trzydziestu lat ich wspólnego życia Ewa bała się właśnie tego momentu. Choć byli jedną z nielicznych par w świecie alpinistów, których góry nie rozdzieliły, ostatecznie to one zabrały najważniejszą osobę w jej życiu. A mimo to syn Maćka, Franek, żegnając Ojca, powiedział w imieniu całej rodziny: „Chciałbym podziękować Bogu za góry, które ukształtowały naszego Tatę i towarzyszyły mojej rodzinie od bardzo dawna. I wciąż będą towarzyszyć”.

Ta książka to opowieść o miłości, pasji i akceptacji… aż po grób.

Więcej niż wszystkich alpinistów świata podziwiam ich żony.
Wanda Rutkiewicz

Beata Sabała-Zielińska, urodzona w 1968 roku w Nowym Targu, dziennikarka radiowa. Jako rodowita góralka przez dekadę opowiadała słuchaczom Radia ZET o problemach i ciekawostkach z Podhala i okolic, nadając swoim relacjom niepowtarzalny zadziorny charakter. Jest autorką swoistego dziennikarskiego pamiętnika pt. „Radio-aktywna Sabała, czyli jak zostałam głosem z Zakopanego”, a także współautorką (z Pauliną Młynarską) książek „Zakopane odkopane – lekko gorsząca opowieść góralsko-ceperska” i „Zakopane – nie ma przebacz!”, które są oryginalnymi przewodnikami po stolicy Tatr. Obecnie pracuje na Uniwersytecie Jagiellońskim. Prowadzi zajęcia dydaktyczne w Instytucie Dziennikarstwa, a w studenckiej rozgłośni UJOT FM szlifuje nowe radiowe talenty.

Ewa Dyakowska-Berbeka, urodzona w 1957 roku w Bielsku Białej, malarka, graficzka, scenograf. Ukończyła Państwową Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych w Gdańsku na Wydziale Malarstwa i Grafiki. Dyplom uzyskała w pracowni prof. Jerzego Krechowicza, w  1982 roku. Tworzy wspaniałe kolaże głównie o tematyce górskiej. Jej prace znajdują się  w zbiorach Muzeum Tatrzańskiego oraz w licznych kolekcjach prywatnych na całym świecie.  Jest autorką i współautorką wielu wystaw organizowanych w kraju i za granicą. Wraz z mężem Maciejem Berbeką tworzyła projekty graficzne i aranżacje wystaw związanych z tradycjami Zakopanego. Od 1985 r. pracuje w Teatrze im. Stanisława Ignacego Witkiewicza w Zakopanem jako grafik i scenograf.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 361

lub

Copyright © Beata Sabała-Zielińska, 2016

Projekt okładki

Mariusz Kula

Zdjęcia na okładce

© Whitney Justesen/Trevillion Images

Zdjęcia Ewy Dyakowskiej-Berbeki: Stanisław Berbeka

Wszystkie zdjęcia w środku pochodzą z archiwum rodzinnego.

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Dorota Koman

Korekta

Sylwia Kozak-Śmiech

Zofia Firek

ISBN 978-83-8097-447-0

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

ul. Rzymowskiego 28, 02-697 Warszawa

www.proszynski.pl

Pamięci Maćka Berbeki

Dziękuję Ewie Dyakowskiej-Berbece za ogromne zaufanie, którym mnie obdarzyła, ofiarując mi – w najtrudniejszym dla niej czasie – najpiękniejszą i najważniejszą opowieść, historię swojego życia. I historię Maćka Berbeki, jej męża, który oddał życie za pasję, marzenia i miłość do gór.

Śmierć jednego z największych polskich himalaistów, zwanych Lodowymi Wojownikami, rozpaliła emocje Polaków nie tylko dlatego, że wraz z Tomkiem Kowalskim zginął w dramatycznych okolicznościach, po pierwszym zimowym zdobyciu Broad Pea­ku. Historia Maćka Berbeki poruszyła serca ludzi, bo jego życie i śmierć to prawdziwie szekspirowska tragedia.

Dlaczego, dowiedzą się Państwo, wsłuchując się w opowieść Ewy, bohaterki tej książki.

JEST! SUKCES POLAKÓW!

POLACY ZDOBYLI OŚMIOTYSIĘCZNIK BROAD PEAK

JAKO PIERWSI WESZLI NA SZCZYT ZIMĄ

LODOWI WOJOWNICY MAJĄ JUŻ DZIESIĘĆ SZCZYTÓW!

Tak piątego marca 2013 roku wyglądały nagłówki wszystkich wiadomości w kraju.

„Polscy himalaiści – Maciej Berbeka, Adam Bielecki, Artur Małek i Tomasz Kowalski – jako pierwsi w historii weszli zimą na szczyt góry Broad Peak. To dziesiąty ośmiotysięcznik, który Polacy zdobyli jako pierwsi w okresie zimowym”1.

„Polska wyprawa zdobyła Broad Peak (8051 m n.p.m.) ok. 14–14.30 czasu polskiego. Jest to trzeci pod względem wysokości szczyt systemu górskiego Karakorum. Na Ziemi jest tylko 11 wyższych od niego gór. Obecnie himalaiści schodzą do bazy. Muszą się śpieszyć, ponieważ na pograniczu Chin i Pakistanu, gdzie leży Broad Peak, niedługo zapadnie zmrok”2.

„Szczyt zdobyty! O godzinie od 17.30 do 18.00 czasu lokalnego wszyscy 4 wspinacze zespołu szturmowego dokonali pierwszego zimowego wejścia na szczyt Broad Peak […]. O pełni sukcesu będzie można mówić wtedy, gdy zespół zejdzie do bazy, co jest planowane na 6.03” – napisał na Facebooku himalaista Artur Hajzer, kierownik programu Polski Himalaizm Zimowy 2010–2015.

– To wielki sukces, ale teraz najważniejsze, by bezpiecznie zeszli do obozu. Tak naprawdę to najtrudniejszy moment wyprawy. – W taki sposób doniesienia spod Broad Peaku skomentował Ryszard Gajewski, himalaista i przyjaciel Maćka. Na wywiad, a raczej na komentarz do sytuacji, zgodził się natychmiast. Byłam wtedy zakopiańską reporterką Radia ZET i mając pod ręką znanych wspinaczy, a także kolegów Maćka, relacjonowałam to wydarzenie z Zakopanego. Rysiek, z którym znamy się od lat, nie wahał się ani chwili.

– Przyjeżdżaj, jestem na Gubałówce, w toprówce. Mam dyżur – usłyszałam w słuchawce i po chwili gnałam już radiowym seatem w stronę znanego wzniesienia. Przeciskając się przez wąskie gardło wiecznie dziurawej gubałowskiej asfaltówki, ale za to z jakim widokiem na Tatry [!], mruczałam, że ci nasi ratownicy to mają całkiem przyjemne zajęcie, oczywiście jeśli na stoku nie ma zbyt wielu połamańców. A nawet jeśli nie do końca przyjemne, to wykonywane w cudownych „okolicznościach przyrody”.

Na szczęście tym razem na trasie narciarskiej było dość spokojnie. Rysiek czekał na mnie przed toprówką. Z pobłażaniem wysłuchał moich płytkich przemyśleń na temat idyllicznego miejsca pracy. Kiwnął głową i zaprosił mnie do środka.

– Wewnątrz będzie spokojniej. – Jakby na potwierdzenie jego słów nagle rozległ się przejmujący pisk nastoletniej amatorki nart, która efektownie wywinęła orła.

Nagrywanie rozmowy w takich warunkach jest rzeczywiście ryzykowane. O ile telewizja musi mieć ładny obrazek nawet kosztem dźwięku, o tyle radiowiec przede wszystkim musi mieć dobry dźwięk. A nie ma nic gorszego niż taki czy inny pisk w kluczowym momencie nagrania.

Wspinając się po wąskich stopniach toprówki, miałam wrażenie, że wchodzę do chatki leśnego ludka, bo właśnie tak wygląda ten niepozorny szałasik. Malutki, ciaśniutki i ciemny – to pierwsze wrażenie. Toprówka ma na oko ze sto lat. Unosi się w niej charakterystyczny dla starych domów zapach stęchlizny. Może to przez te okna? A właściwie miniaturowe otworki reglamentujące światło i powietrze. Zresztą z tych nieotwieralnych, czyli latami dobijanych gwoździami, by nie podwiewało.

– Sukces – zaczynam rozmowę, przysiadając przy stoliku pod oknem, ale mina Ryśka nie wróży nic dobrego.

– Tak, tak, teraz jednak najważniejsze, by bezpiecznie zeszli do bazy – zaczyna, ani na moment nie skupiając się na samym fakcie zdobycia szczytu. – Muszą jak najszybciej opuścić strefę śmierci, czyli zejść poniżej siedmiu tysięcy sześciuset metrów – powtarza i tłumaczy: – Są potwornie zmęczeni, a jednocześnie trochę rozprężeni po zdobyciu góry. To normalne. Sukces uderza do głowy jak szampan, tymczasem to nie jest nawet połowa sukcesu. Może jakieś czterdzieści procent. Wszyscy himalaiści doskonale wiedzą, że najważniejsze jest zejście. Wiele wypadków wysokiej klasy wspinaczom zdarzało się właśnie w drodze powrotnej. To jest trudny moment, bo do walki z mrozem (teraz tam będzie jakieś minus czterdzieści stopni) i wiatrem (pewnie wieje do stu dwudziestu kilometrów na godzinę) dochodzi zmęczenie. – Gajewski nie kryje niepokoju. – Ta euforia na szczycie jest chwilowa, bo nikt tam nie siedzi długo, wszyscy wiedzą, że trzeba szybko zejść. Zejście tymczasem jest technicznie znacznie trudniejsze niż wejście. Organizm jest już wycieńczony długą i męczącą wędrówką, a tu na dobrą sprawę wszystko zaczyna się od nowa. Trzeba pokonać tę samą trasę, tyle że już na resztkach paliwa. Do tego dochodzi wysokość, na której organizm się nie regeneruje. Tam na górze błyskawicznie traci się siły. Problemem staje się każdy ruch. Niedopięcie kilku pasków przy rakach może spowodować groźny upadek. I takie przypadki się zdarzały, dlatego teraz muszą być bardzo skupieni – podkreśla ratownik i, spoglądając na Tatry, kiwa głową, jakby w myślach próbował coś sobie wytłumaczyć. – Maciek jest starym wyjadaczem, ale ma młodszych kolegów – rzuca w końcu. – Trochę się boję, bo jest już późno i zaraz będzie tam ciemno, a to dodatkowe obciążenie.

Ryszard Gajewski jest wybitnym himalaistą, jednym z Lodowych Wojowników. Razem z Berbeką zrobił pierwsze zimowe wejście na Manaslu. Z Maćkiem Pawlikowskim zdobył Ngadi Chuli. Wyznaczył też nowe drogi: na Cho Oyu, na południowej ścianie Annapurny i z Jerzym Kukuczką na południowej ścianie Mount Everestu. Przewodniczył wyprawie na Dhaulagiri z okazji stulecia TOPR-u.

– Mam tylko nadzieję, że nie złapią biwaku w ścianie. To może być bardzo niebezpieczne. Są już w akcji kilkanaście godzin. Mają nie tylko zjazd formy, ale i koncentracji, a to znaczy, że mogą nie kontrolować wszystkich zagrożeń. Dlatego liczę na to, że szybko znajdą się w namiocie i wszystko będzie OK.

No pewnie, że będzie OK. To, że sam trochę się boi, a tym samym postraszył słuchaczy, to dobrze. Dodał sprawie dramaturgii. Ale bez przesady! Cóż to takiego zejść?! Dadzą radę! – rozmyślałam w drodze do studia, metodycznie rozwalając na kocich łbach służbowe resory. Do głowy mi nie przyszło, że może być jakieś inne zakończenie tej historii. Jako kompletny laik założyłam, że sprawa właściwie jest już zamknięta. Prędzej czy później jakoś tam zejdą, wtedy dogra się szybciutko, że wszyscy są już bezpieczni w bazie, i ponownie odtrąbi się sukces. Następną odsłonę spektaklu zrobi się zaś po powrocie Berbeki do domu, montując tkliwy materiał o powitaniu, łzach szczęścia, szampanie i niesamowitych opowieściach z wyprawy. I to by było tyle.

Kiedy kilka godzin później dotarły do nas wieści, że Berbeki i Kowalskiego wciąż nie ma w bazie, zamarłam. Zrozumiałam, jak straszną jestem idiotką, i najzwyczajniej w świecie zrobiło mi się potwornie głupio. Dopiero wtedy pojęłam, co tak naprawdę chciał powiedzieć Gajewski i czego tak bardzo się bał.

– Nie jest dobrze. Sytuacja jest bardzo poważna. – Ryszard ponownie komentuje wydarzenia dla mojego radia. Tym razem w jego głosie nie ma już cienia optymizmu. Nie jest mu łatwo, zważywszy, że mówi o najbliższym przyjacielu. Nie unika jednak spotkań z dziennikarzami. Doskonale wie, że kogoś będziemy dręczyć, być może spróbujemy dotrzeć do rodziny Berbeki, dlatego bierze na siebie ciężar kontaktów z nami.

– Z tego, co wiemy, Maciek z Tomkiem biwakują pod szczytem, a właściwie z ostatniej informacji wynika, że Maciek schodzi, a Tomek został. Co się stało z pozostałą dwójką? Dlaczego zespół się podzielił? Zupełnie tego nie rozumiem. – Gajewski nie kryje irytacji. – Podobno z czwórki zrobiły się dwie dwójki, ale nie mam pojęcia po co i dlaczego. Moim zdaniem już to rozdzielenie się wskazywało, że jedna z dwójek jest słabsza. Tym bardziej wszyscy powinni trzymać się razem. To rozbicie grupy było złe – mówi wprost, obawiając się najgorszego. Mam wrażenie, że instynktownie czuje, że tam, tysiące kilometrów od nas, rozgrywa się tragedia.

1 Tomasz Baliszewski, portal internetowy „Na temat”; http://natemat.pl/53037,polacy-zdobyli-osmiotysiecznik-broad-peak-jako-pierwsi-weszli-zima.

2 Tamże.

Mam straszną tremę – usłyszałam w słuchawce wyznanie Ewy, gdy pewnego sierpniowego dnia zadzwoniłam do niej, by umówić się na pierwsze spotkanie w sprawie książki.

– Ja też, ale musimy wziąć byka za rogi – odpowiedziałam szczerze, nie wiedząc, od czego zacząć tę pracę.

– Dobrze. – Ewa niepewnie przytakuje. Brzmi, jakby chciała się z tego projektu wycofać.

W maju zgodziła się na napisanie książki o jej życiu z Maćkiem. Zgodziła się od razu, choć zaraz po słowie „tak” padło: „ale czy to będzie ciekawe?”. Życie jak życie, do tego w żadnym cieniu gór, co zasugerowałam w rozmowie.

– W ich blasku! – zbija mnie z tropu, dając do zrozumienia, że nie będzie żadnego szlochania, wyklinania i narzekania na góry. – One nigdy nas nie dzieliły, wręcz przeciwnie, były naszym wspólnym wyzwaniem. Owszem, życie z himalaistą to nie lada wyczyn, na pewno nie dla każdej kobiety, ale nasz związek był wyjątkowy – mówi Ewa.

I coś w tym jest, skoro małżeństwo Berbeków jako jedno z niewielu „alpinistycznych związków” przetrwało. Byli ze sobą trzydzieści trzy lata. Na dobre i na złe. W sukcesach i porażkach, w bólach i radości, w dolinach i na szczytach. Byli ze sobą bliżej, niżby się komukolwiek mogło wydawać.

Pierwszy raz zobaczyłam Ewę kilka miesięcy po wypadku, na wernisażu poświęconym pamięci Maćka. Dziwne, mieszkam w Zakopanem od ponad dwudziestu lat i nigdy się z nią nie spotkałam, choć podobno Zakopane to dziura, w której wszyscy wszystko o sobie wiedzą. A jednak wyraźnie czegoś nie dosłyszałam, o coś nie zapytałam, nie miałam więc pojęcia o jej istnieniu. Mało tego, kiedy kilka lat temu poznałam Maćka, myślałam, że jest kawalerem, co zresztą ogromnie mnie zdziwiło. W związku z tym przeprowadziłam nawet małe śledztwo! Ale o tym później.

Dzień po naszej pełnej obaw rozmowie telefonicznej tuż przed dziesiątą podjechałam pod dom Berbeków, po czym zastawiłam swoim samochodem samochód Ewy. Musiałam się do niego wręcz „przytulić”, bo ciasnota przy Drodze do Walczaków jest wręcz klaustrofobiczna. Trzeba przecisnąć się przez wąskie gardło bitej drogi, zabezpieczonej z każdej możliwej strony metalowymi albo betonowymi płotami, więc człowiek jedzie i modli się, żeby lusterkiem albo zadkiem nie zahaczyć o tę czy inną część warownych zabezpieczeń. Aż dziw bierze, że ulicy nie nazwano „zakątkiem lakierników”, bo prędzej czy później użytkownicy tego traktu trafiają do ich warsztatów.

– Jak wy tu żyjecie? Ledwo się wcisnęłam – krzyczę do wyglądającej przez okno Ewy, sprawdzając, czy żadna część mojego samochodu ani na milimetr nie wystaje z bramy. Stłuczka byłaby murowana.

– Łatwo nie jest, w każdym razie wóz strażacki tu nie wjedzie – przyznaje gospodyni, prowadząc mnie na piętro. – Nie dość, że jest ciasno, to jeszcze sąsiedzi stawiają płot w poprzek drogi. – Uśmiecha się gorzko, a ja nie mogę się powstrzymać od komentarza, że to typowe. Typowe dla górali. Niestety.

Przedpokój domu Berbeków nie pozostawia wątpliwości, że mieszkał tu wspinacz. Wszędzie wiszą liny alpinistyczne i uprzęże, a na szafce na buty leżą rozrzucone kartki z Nepalu i Pakistanu. Jakby dopiero co dotarły z informacją: „Kolejny szczyt zdobyty. Całuję”.

Na piętrze jednak krajobraz zmienia się całkowicie. Tam nie ma już nic z klimatu wysokich gór, nie licząc oczywiście obrazów Ewy, na których widnieje wędrująca postać.

– To Maciek. W drodze na szczyt – wyjaśnia Ewa i wprowadza mnie do kuchni.

Wystarczy jeden rzut oka, by natychmiast pojąć, że to dom artystów. Nic tu nie jest przypadkowe. Biała kuchnia z dużym drewnianym stołem przechodzi w niewielki salon z małym kominkiem i pięknym starym lustrem. Odbija się w nim sporych rozmiarów fotografia Maćka, z tym że by ją dostrzec, trzeba głębiej wejść do salonu. Zdjęcie bowiem nie jest wyeksponowane. Wisi tuż za kominkiem, jakby celowo ukryte przed wzrokiem przypadkowych bądź nieproszonych gości, w miejscu, gdzie wyraźnie czuje się strefę intymności. Kanapa, lampa, stolik z bibelotami i starymi fotografiami. I to ogromne zdjęcie gospodarza. To nie jest zwykły salon.

W kuchni zaś toczy się „normalne życie”. Wprawdzie to tu, przy kuchennym stole, odbywają się najtrudniejsze rozmowy, ale nie są one nastawione na roztrząsanie bólu, tylko na próby zrozumienia tragedii i próby wybaczenia, choć wciąż nie wiadomo komu.

Wsuwam się na ławę pod oknem i od razu mam miłe towarzystwo. Po mojej lewej stronie, na rancie kominka, widzę kolejne zdjęcie Maćka. Zupełnie inne niż to w salonie. Maciek przysłania na nim usta, jakby dawał do zrozumienia, że nie jest specjalnie rozmowny, jego oczy jednak błyszczą i śmieją się przyjaźnie.

I byłoby miło i jakoś tak sielsko, gdyby nagle do kuchni nie wpadł piorun kulisty, czyli Dama. Smukła, piękna młoda wyżlica w brązowo-popielate łatki zbiegła właśnie z piętra, by przywitać się z gościem. A że w czułości jest lekko nachalna, to koniecznie doprasza się całusa, doskakując delikwentowi do ust. Musi także spróbować wejść mu na kolana. Przyciężką łapą raz po raz trąca przybysza, gdy ten ociąga się z pieszczotami.

– Nie pozwalaj jej skakać – prosi Ewa, po czym krzyczy w stronę klatki schodowej: – Jasiu! Zawołaj psa!

– Dama, chodź tutaj – słychać głos z „niebios”, ale ciekawska świata wyżlica nie daje się zwieść. Jako piorun kulisty kręci się i miota, by po chwili umknąć w stronę tarasu i drapiąc w szybę drzwi balkonowych, dać do zrozumienia, że zamierza wyjść na zewnątrz. Niestety, nie na długo. Rzuca okiem w prawo, daje susa w lewo, wsadzi smukły łeb między barierki, żeby się czemuś przyjrzeć z bliska, ostrzegawczo szczeknie w stronę sąsiada i znowu wspina się po szybie, tym razem prosząc o wpuszczenie jej do środka. Na szczęście wygląda na to, że odprawiła jakiś rytuał, bo w końcu daje zaprosić się do pokoju Jasia, zostawiając za sobą błogą ciszę i… dwie zupełnie obce sobie kobiety. Kobiety, które postanowiły wspólnie wkroczyć na długą i trudną drogę.

Ciekawe, kiedy w 2012 roku byłam w domu Berbeków, postrzegałam go zupełnie inaczej. Maciek zaprosił mnie do siebie, gdy poprosiłam go o komentarz dla Radia ZET w sprawie lawiny, która zeszła pod Manaslu i porwała kilkudziesięciu himalaistów. Dziewięcioro z nich zginęło. Maciek zaproponował, by nagranie odbyło się w jego domu.

Gdy wypatrzył mój samochód na zakręcie, wyszedł na taras, żeby wskazać mi pusty placyk tuż przed balkonem, na którym mogłam zaparkować. Wtedy było tam jeszcze miejsce, teraz na tym żałosnym spłachetku ziemi wyrasta ogromne domiszcze zasłaniające góry, niebo i wszechświat. (Niestety, też typowe dla górali). Nagrywając Maćka, siedziałam przy tym samym stole, przy którym teraz siedzę z Ewą, i nie wiem, dlaczego wtedy wszystko wydawało się inne. Bardziej surowe, wręcz ascetyczne. Właśnie dlatego pomyślałam, że Maciek jest kawalerem. Cały kwadrans głowiłam się nad tym, jak to możliwe, że tak przystojny i miły mężczyzna jest sam (zakładałam bowiem, że moje obserwacje są jak najbardziej właściwe). Coś mnie jednak tknęło i zaraz po wizycie zadzwoniłam do mojej przyjaciółki Basi, by zwyczajnie pociągnąć ją za język.

– Przecież Maciek ma żonę i czterech synów – ryknęła śmiechem i dodała, że Berbekowie, co powszechnie [!] wiadomo, są bardzo szczęśliwą rodziną!

Kto wie, ten wie! A kto jest trąbą jerychońską, temu się tylko wydaje. Cóż powiedzieć? Wstyd, pani dziennikarko! Wstyd!Researchniezaliczony.

Wróćmy jednak do wywiadu i mojej fascynacji Maciejem Berbeką – to był człowiek, który natychmiast wzbudzał zaufanie i sympatię. Opowiadał o Manaslu i w ogóle o Himalajach z ogromną pokorą. Jakby to, że był pierwszym zdobywcą tego szczytu zimą i jednym z największych wspinaczy świata, nie dawało mu prawa do wymądrzania się na ten temat. Cierpliwie tłumaczył mi, co to są seraki, i precyzyjnie opisywał miejsce wypadku. Przy próbie wyjaśnienia okoliczności tragedii pozwolił sobie tylko na jedną uwagę. Stwierdził z żalem, że himalaizm bardzo się zmienia, niestety na niekorzyść. Że wygląda inaczej niż za „jego czasów”.

– Teraz to zwykły, żeby nie powiedzieć powszechny sport. Na ośmiotysięczniki wybierają się coraz mniej doświadczeni wspinacze, co powoduje, że w najbardziej niebezpiecznych miejscach robi się zwyczajnie tłok. A tłok w górach to ogromne zagrożenie. Kiedyś pod Manaslu spotykało się jedną, najwyżej dwie równoległe wyprawy – wyjaśnił w wywiadzie – teraz trudno znaleźć dobre miejsce na biwak, tyle jest grup. Ludzie rozkładają więc namioty w miejscach, które doświadczony wspinacz omija szerokim łukiem, w Himalajach bowiem raz za razem odrywają się seraki, czyli wielotonowe bryły lodu, tworzące się w wyniku pękania lodowca, i schodzą lawiny. Wytrawni wspinacze wiedzą, że trzeba tak wybrać miejsce na obóz, by być jak najdalej od zagrożenia, czyli od ewentualnego toru spadania.

We wspomnieniach alpinistów aż roi się od mrożących krew w żyłach opowieści, jak to nocą Himalaje co rusz rozdziera huk spadających lawin, których podmuchy potrafią zrobić w obozie prawdziwe spustoszenie, schodzą bowiem w odległości zaledwie kilku kilometrów. Znalezienie właściwego stanowiska na postój jest więc kluczową sprawą. Wysunięcie namiotów nawet na niewielką odległość od bezpiecznej strefy to narażanie się na śmierć. I wypadek pod Manaslu niestety to potwierdził.

Wywiad w sprawie tej tragedii był moim drugim spotkaniem z Maćkiem Berbeką. Pierwsze miało miejsce w 2009 roku, po wypadku Piotra Morawskiego pod Dhaulagiri. Wtedy też poprosiłam go o komentarz na temat miejsca zdarzenia. Umawiając się na rozmowę, zaproponowałam, że podjadę w dogodne dla niego miejsce, usłyszałam jednak krótkie pytanie:

– A gdzie pani jest teraz?

– W domu, przy ulicy Sienkiewicza.

– To ja wpadnę do pani, jestem na mieście.

Piętnaście minut później pojawił się w ogrodzie wynajmowanego przeze mnie domu. Nie dał się zaprosić na herbatę. Przysiadł na ogrodowej ławce i spokojnym głosem opowiedział o lodowych szczelinach, obfitych opadach śniegu i zdradliwym terenie, w którym zginął jego kolega. I znowu to samo – żadnego gwiazdorzenia, wymądrzania się, podbijania bębenka. Był tak nieprzyzwoicie skromny, że gdybym wcześniej nie sprawdziła, kim jest Maciej Berbeka, miałabym wątpliwości, czy aby naprawdę rozmawiam z TYM wybitnym wspinaczem.

– Kawa czy herbata? – pyta Ewa, przerywając moje rozważania.

Ewa to pięćdziesięciosiedmioletnia eteryczna blondynka o zielonych oczach, mądrym spojrzeniu i rozbrajającym uśmiechu. Bije z niej spokój i jakaś wewnętrzna równowaga. Należy do tej kategorii osób, przy których człowiek od razu czuje się zauważony, zaopiekowany i bezpieczny.

– Może poproszę herbatę – odpowiadam, nieświadoma pułapki, w jaką zaraz wpadnę. Ewa bowiem jest posiadaczką imponującego zestawu wspaniałych aromatycznych herbat, które parzy w równie imponujących kubasach. Te herbaty to prezenty od znajomych z dalekich stron, prawdziwych znawców przedmiotu, a właściwie liści, żeby nie powiedzieć „zioła”. Do wyboru mamy więc herbatę nepalską, oczyszczającą, o smaku czekoladowym, miętowym, anyżkowym, wędzoną [!], którą gospodyni może zaparzyć w kubku białym, czerwonym, granatowym albo o – w jakim pięknym – szarym!

To, że ja rozdziawiłam usta ze zdumienia, to nic. Co jednak powiedzieć o samej oferującej trunek, która także stoi bezradnie przed pudełkami i waha się równie mocno jak ja? Bo ta jest dobra, ta świetna, a ta przepyszna!

– Poproszę kawę, będzie prościej – stwierdzam w końcu, obawiając się, że ten wybór nas przerasta.

Na herbatę zdecydowałam się dopiero podczas trzeciej wizyty, przy czym dobrze się do tego przygotowałam. Na zadawane pytania odpowiadałam krótko i precyzyjnie, pamiętając, że każda najmniejsza rozterka może doprowadzić do powtórki z rozrywki. Efekt – przepyszna herbata w szarym [!] kubku! Ale proszę, nie pytajcie jaka. Nie pamiętam.

– Od czego zaczynamy? – Niemal jednocześnie zadajemy to pytanie, obie mocno zestresowane.

– Może od końca? – proponuję nieśmiało.

– Dobrze.

Zadziwiające! Dopiero co się poznałyśmy, a ja mam wrażenie, jakbym znała Ewę od lat. To jej zasługa. Błyskawicznie skróciła dystans i obdarzyła mnie ogromnym zaufaniem. Jestem jej za to niezmiernie wdzięczna, bo wiem, że praca, która nas czeka, nie będzie łatwa, zwłaszcza dla niej.

Ewa nie boi się rozmowy o wypadku, nie unika tego tematu, wręcz przeciwnie. Kiedy spotkałyśmy się po raz pierwszy, od razu o wszystkim mi opowiedziała. Minuta po minucie relacjonowała zdarzenia, dokładnie opisując szczegóły i zwracając uwagę na najdrobniejsze detale. Jakby każde słowo, każdy gest, każdy grymas twarzy miały kluczowe znaczenie. To było jak oczyszczanie rany. Jak zabieg chirurgiczny. Niezwykle bolesny, bo wykonywany bez znieczulenia, ale niezbędny. Ratujący życie.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI