Jak wyginęły dinozaury, czyli tajemnica Bursztynowej Komnaty - dr Jarosław Lindenberg, dr Tomasz Buchholtz - ebook

Jak wyginęły dinozaury, czyli tajemnica Bursztynowej Komnaty ebook

Jarosław Lindenberg, Tomasz Buchholtz

0,0
28,35 zł

lub
Opis

Co łączy dinozaury, Bursztynową Komnatę i ziomkowską organizację Unsere Matsch? Dlaczego służby specjalne wielu państw interesują się badaniami prof. Jarosława Tomasza Marii Blastuli, światowej sławy paleontologa? I co do tego mają Bracia Średni Reformowani ze starego, kryjącego wiele tajemnic klasztoru leżącego opodal jeziora Kurłajno? Wreszcie: kim naprawdę są mieszkańcy Gacek Małych i jak ważne jest prawo unijne?
Wszystko, a nawet więcej, wyjaśni się w aktach sprawy prowadzonej przez nadkomisarza Bolesława Marię Puchacza z Biura Inwigilacji, Dochodzeń i Analiz (BIDA) KG Policji, spisanych z polotem i wysokich lotów humorem. A jeśli ktoś poczuje się dotknięty, to… tak miało być, bo za sprawą Autorów i przy współsprawstwie wydawnictwa książka łamie wiele, jeśli nie wszystkie, konwencji – już samą jej stronę tytułową okładki za przykład podając.

 

Jarosław L. i Tomasz B. poznali się w czasie studiów filozoficznych (z rozpędu zrobili potem jeszcze doktoraty) na Uniwersytecie Warszawskim w okresie schyłkowego Gierka i zapałali do siebie ogromną sympatią. Sympatia ta przetrwała próbę czasu, mimo że obaj mają żony i liczne dzieci. Te ostatnie mają zresztą nie ze sobą, lecz z żonami (swoimi). Prawdziwym natomiast owocem wspomnianej sympatii była powieść w odcinkach pt. Kapitan Sowa na trupie sławiąca pracę Milicji Obywatelskiej (niestety, dotąd pozostająca w rękopisie), którą pisali na zajęciach uniwersyteckich (szczególnie twórczo inspirowały ich dwa przedmioty: materializm historyczny oraz estetyka) i umieszczali w gazetce ściennej (wielokrotnie zrywanej, prawdopodobnie przez anonimowych fanów). Na kolejne owoce wzajemnej sympatii przyszło trochę poczekać: konkretnie do stanu wojennego. Wtedy to – z wdzięczności za jego wprowadzenie i na cześć Generała - redagowali przez prawie całą dekadę pismo (ukazujące się dość nieregularnie z przyczyn od autorów niezależnych) pt. Jaruzela. W końcu lat osiemdziesiątych pismo zmieniło nazwę na Głos Szarego Członka. Z powodu Jaruzeli, ku swojemu zdumieniu, otrzymali w czasach rządu Jerzego Buzka (był taki premier) odznaki „Zasłużony Działacz Kultury”, które noszą odtąd we wszystkie święta państwowe i kościelne. Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku JL i TB trochę kolaborowali z telewizją i radiem, a jeden z nich (tylko zapomnieli, który) pisywał regularne felietony w Gazecie Wyborczej, podczas gdy drugi pisywał w Tygodniku Solidarność. Potem się rozeszli (ale nie z żonami), bo jeden poszedł w dyplomację, a drugi w jeszcze dziwniejsze przedsięwzięcia. W końcu się znowu zeszli i spłodzili tę powieść. Jej pisanie trwało kilka lat, w czasie których jednego z nich trafił w górach (ale nie naszych) piorun, co odbiło się zdecydowanie korzystnie na poziomie prezentowanego tutaj humoru.
Długo zastanawiali się, jak określić rodzaj pisarstwa, który uprawiają. Ostatecznie, by ułatwić pracę teoretykom literatury, doszli do wniosku, że jest to nowy zupełnie gatunek i nazwali go realizm absurdalny.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 464




Jarosław L.i Tomasz B. poznali się w czasie studiów filozoficznych (z rozpędu zrobili potem jeszcze doktoraty) na Uniwersytecie Warszawskim w okresie schyłkowego Gierka i zapałali do siebie ogromną sympatią. Sympatia ta przetrwała próbę czasu, mimo że obaj mają żony i liczne dzieci. Te ostatnie mają zresztą nie ze sobą, lecz z żonami (swoimi). Prawdziwym natomiast owocem wspomnianej sympatii była powieśćw odcinkach pt. „Kapitan Sowa na trupie” sławiąca pracę Milicji Obywatelskiej (niestety, dotąd pozostająca w rękopisie), którą pisali na zajęciach uniwersyteckich (szczególnie twórczo inspirowały ich dwa przedmioty: materializm historyczny oraz estetyka) i umieszczaliw gazetce ściennej (wielokrotnie zrywanej, prawdopodobnie przez anonimowych fanów).

Na kolejne owoce wzajemnej sympatii przyszło trochę poczekać: konkretnie do stanu wojennego. Wtedy to – z wdzięczności za jego wprowadzenie i na cześć Generała – redagowali przez prawie całą dekadę pismo (ukazujące się dość nieregularnie z przyczyn od autorów niezależnych) pt. „Jaruzela.” W końcu lat osiemdziesiątych pismo zmieniło nazwę na „Głos Szarego Członka.” Z powodu „Jaruzeli”, ku swojemu zdumieniu, otrzymali w czasach rządu Jerzego Buzka (był taki premier) odznaki „Zasłużony Działacz Kultury”, które noszą odtąd we wszystkie święta państwowe i kościelne. Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku JL i TB trochę kolaborowali z telewizją i radiem, a jedenz nich (tylko zapomnieli, który) pisywał regularne felietony w „Gazecie Wyborczej”, podczas gdy drugi pisywał w „Tygodniku Solidarność.” Potem się rozeszli (ale nie z żonami), bo jeden poszedł w dyplomację, a drugiw jeszcze dziwniejsze przedsięwzięcia. W końcu się znowu zeszli i spłodzili tę powieść. Jej pisanie trwało kilka lat, w czasie których jednego z nich trafił w górach (ale nie naszych) piorun, co odbiło się zdecydowanie korzystnie na poziomie prezentowanego tutaj humoru.

Długo zastanawiali się, jak określić rodzaj pisarstwa, który uprawiają. Ostatecznie, by ułatwić pracę teoretykom literatury, doszli do wniosku, że jest to nowy zupełnie gatunek i nazwali go „realizm absurdalny”.

I niech tak zostanie!

Z opinii biegłych

Doskonale się bawiłem.

Andrzej D. (ze względu na obecnie pełnioną funkcję i RODO nazwisko wyłącznie do wiadomości komendanta Wydawnictwa).

Doskonale się bawiłem, chociaż nic nie zrozumiałem.

Bronisław K. – bezrobotny.

Też nic nie zrozumiałem, ale wcale się nie bawiłem. A nawet jakbym zrozumiał, to też bym się nie bawił.

Lech W. - emeryt (dla przyjaciół: Bolek).

Nie będę zabierał głosu w tej sprawie. Zauważę tylko, że moja żona bezdyskusyjnie nadal robi wielkie wrażenie.

Aleksander K. (dla przyjaciół: Olek)

Polska jest wielka, ale Ameryka jeszcze większa. A moja żona robi większe wrażenie.

Donald T.

Francja jest najwspanialsza a moja żona robi największe wrażenie.

Emmanuel M.

Największe i najwspanialsze są Niemcy. A ja robię największe wrażenie.

Angela M.

Potwierdzam, droga A. Dlatego czekam na przekład niemiecki tej książki.

Donald T. (ten drugi – chociaż myśli, że jest pierwszy).

O Jezu!

Franciszek

Spis treści

Podziękowania

Zamiast wstępu

Dlaczego nasza powieść jest skazana na sukces

Rozdział 1

w którym pojawia się profesor Blastula, a jego asystentka Natalia traci świadomość

Rozdział 2

w którym znika profesor Blastula, a Natalia powtórnie traci świadomość

Rozdział 3

w którym Natalia ponownie odzyskuje świadomość

Rozdział 4

w którym pojawia się nadkomisarz Puchacz

Rozdział 5

w którym nadkomisarz Puchacz szykuje się do odlotu

Rozdział 6

w którym nadkomisarz Puchacz odbywa podróż helikopterem do Gacek Małych

Rozdział 7

w którym nadkomisarz Puchacz ląduje w Gackach Małych

Rozdział 8

w którym nadkomisarz Puchacz trafia na posterunek

Rozdział 9

w którym nadkomisarz Puchacz trafia do „Chłopskiej Bruzdy”

Rozdział 10

w którym nadkomisarz Puchacz spędza noc w „Chłopskiej Bruździe”

Rozdział 11

w którym nadkomisarz Puchacz ponownie odwiedza miejscowy posterunek

Rozdział 12

w którym nadkomisarz Puchacz i aspirant Gniazdko odbywają pierwszą naradę służbową

Rozdział 13

w którym policjanci odwiedzają starego Mrówkę

Rozdział 14

w którym Mrówka zasłania się brakiem pamięci

Rozdział 15

w którym policjanci odwiedzają doktora Kurdziela

Rozdział 16

w którym policjanci odwiedzają kierowniczkę sklepu GS i przy okazji zapoznają się z kulisami walki politycznej w Gackach Małych

Rozdział 17

w którym policjanci zostają przyjęci przez wójta gminy Gacki Małe – Izabelę Augustyn

Rozdział 18

w którym policjanci udają się na posiłek

Rozdział 19

w którym poznajemy tajemniczy anonim

Rozdział 20

w którym cała trójka udaje się na wizję lokalną do lasu

Rozdział 21

w którym policjanci odwiedzają obóz studencki

Rozdział 22

w którym zmierzch zapada nad wioską, a nadkomisarz Puchacz poznaje sekrety kuchni kresowej

Rozdział 23

w którym nadkomisarz po raz drugi nie może zasnąć

Rozdział 24

w którym nadkomisarz udaje się niespodziewanie na spoczynek

Rozdział 25

w którym policjanci udają się nad jezioro

Rozdział 26

w którym komendant Gniazdko prowadzi dochodzenie w obozie studenckim, a komendant Puchacz dochodzi do siebie

Rozdział 27

w którym policjanci ponownie udają się na teren kręgów kamiennych

Rozdział 28

w którym policjanci trafiają do klasztoru

Rozdział 29

Historia zakonu Braci Średnich Reformowanych (oo. Zenonitów), opowiedziana przez ojca Stefana Marię Gruchę

Rozdział 30

Duch starego klasztoru

Rozdział 31

Duch nowego klasztoru

Rozdział 32

w którym nadkomisarz Puchacz demaskuje „Czesława”

Rozdział 33

zapewne najbardziej dynamiczny w całej powieści

Rozdział 34

najbardziej statyczny w całej powieści

Rozdział 35

a jednak jeszcze bardziej statyczny od poprzedniego

Rozdział 36

w którym policjanci udają się na kolejny obiad służbowy

Rozdział 37

w którym nadkomisarz Puchacz po raz kolejny nie może zasnąć

Rozdział 38

w którym policjanci odwiedzają Letnie Europejskie Warsztaty Tolerancji oraz wysłuchują wykładu profesor Ewy Soboty

Rozdział 39

Wykład prof. Ewy Soboty (streszczenie)

Rozdział 40

w którym poznajemy drugie życie Warsztatów Tolerancji

Rozdział 41

w którym nadkomisarz Puchacz na chwilę przestaje być śpiący

Rozdział 42

edukacyjny, który uczy (o imiesłowach) bawiąc

Rozdział 43

Tajemniczy krąg

Rozdział 44

w którym policjanci usiłują rozwikłać tajemnicę kasety

Podrozdział

w którym pojawia się filozoficzny dialog na temat istnienia, relacji między bytem a poznaniem, atrybutów bytu, na temat różnicy między rzeczywistością empiryczną a wirtualną (w kartezjańskim rozumieniu tego pojęcia), oraz na temat ograniczoności naszej wiedzy; a ponieważ o tak subtelnych kwestiach ontologicznych i epistemologicznych dyskutują dwie kobiety, można mówić o przykładzie filozofii w ujęciu feministycznym

Rozdział 45

w którym Gniazdko przebiegle wydobywa zeznania z Aleksandra Marii Środekpolskiego

Rozdział 46

w którym policjanci wydobywają z Jerzego Fryderyka (Marii) Wilhelma wyznania, ale nie zeznania

Rozdział 47

w którym nadkomisarz Puchacz znowu ma kłopoty ze snem

Rozdział 48

w którym Wojciech Maria Augustyn ma kolejną wizję

Rozdział 49

w którym nadkomisarz Puchacz poznaje artystyczną naturę profesor Ewy Soboty

Rozdział 50

w którym nadkomisarza Puchacza rozbolały uda

Rozdział 51

w którym następuje zaskakująca (dla niej samej) przemiana duchowa profesor Ewy Soboty

Rozdział 52

w którym doktor Natalia i nadkomisarz Puchacz dochodzą – na razie do starego dworu

Rozdział 53

w którym Natalii wraca częściowo pamięć

Rozdział 54

w którym nadkomisarz Puchacz łapie podglądacza

Rozdział 55

w którym każdy z policjantów relacjonuje, co ustalił

Rozdział 56

w którym nadkomisarz Puchacz poznaje demony ojca Innocentego

Rozdział 57

w którym nadkomisarzowi śni się, że jest strażakiem

Rozdział 58

w którym komendant Gniazdko zaczyna posługiwać się językiem arabskim

Rozdział 59

w którym nadkomisarz Puchacz znajduje wreszcie sen i ukojenie

Rozdział 60

w którym ojciec Stefan Grucha spowiada się nadkomisarzowi Puchaczowi

Rozdział 61

w którym poznajemy historię muzułmanina, który omal nie został katolickim świętym

Rozdział 62

w którym poznajemy trzy dni z życia komisarza Puchacza, błogo przez niego przespane

Roździeł 63

w którym profesor Edward Ciupig zeznawa i skarguje

Rozdział 64

w którym posterunkowa Rapsodia odcyfrowuje stare manuskrypty

Rozdział 65

w którym przy okazji innych, ważnych wydarzeń, komendant Gniazdko podsumowuje bieżące osiągnięcia policji

Rozdział 66

w którym objawia się uprzykrzona Mrówka i poznajemy tajemnicę rękopisu

Rozdział 67

w którym aspirant Gniazdko troszczy się o arabskie fasolki

Rozdział 68

w którym komendant Gniazdko stara się połączyć normy unijne ze staropolską gościnnością – i co z tego wynikło

Rozdział 68a

w którym śledztwo posuwa się do przodu, ale nie następuje przełom

Rozdział 70

w którym nadkomisarz Puchacz chce się dowiedzieć, jak się to robi w Brukseli i co z tego wynikło

Rozdział 71

w którym komendant Gniazdko zdaje się mieć pecha

Rozdział 72

Strzała o poranku

Rozdział 73

w którym Aleksander Maria Środekpolski uchyla rąbka tajemnicy i posługuje się starodawnym cytatem

Rozdział 74

w którym „Chłopska Bruzda” zdobywa nowego pracownika

Rozdział 75

w którym poznajemy narrację szkatułkową

Rozdział 76

Bolek i Lolek na posterunku policji

Rozdział 77

w którym nieoczekiwanie na posterunku rozwiązuje się jeszcze jedna zagadka

Rozdział 78

w którym okazuje się, że miłość czyni prawdziwe cuda

Rozdział 79

z obszernymi fragmentami w językach oryginalnych

Rozdział 80

o roli siekiery w dziejach kultury i sztuki

Rozdział 81

w którym znika słup, ale dowiadujemy się dlaczego

Rozdział 82

w którym napięcie wzrasta tuż przed kulminacją

Rozdział 83

w którym Twarożyc odpowiada na wezwanie starego Mrówki

Rozdział 84

w którym następuje kulminacja

Rozdział 85

w którym nadkomisarz Puchacz, wróciwszy po wyczerpującym dniu (a raczej: nocy) do siebie, dokonał pogłębionej analizy i podsumowania dotychczasowych wydarzeń, wyciągnął z nich właściwe wnioski i zaplanował przyszłe działania

Rozdział 86

w którym pojawia się Miś i poznajemy magię liczb

Zakończenie

w którym poznajemy dalsze (uczuciowe) losy naszych bohaterów

Jak wyginęły dinozaury

czyli tajemnica

Bursztynowej Komnaty

Jarosław Lindenberg

Tomasz Buchholtz

Jak wyginęły dinozaury

czyli tajemnica

Bursztynowej Komnaty

Powieść sensacyjna

DLA INTELIGENTNYCH INACZEJ

lektura szkolna zalecana przez

Ministerstwo Zdrowia (Psychicznego)

Z ilustracjami wybitnych polskich artystów: J. Matejki,

J. Chełmońskiego, T. Buchholtza

Copyright © 2018 Jarosław Lindenberg

Copyright © 2018 Tomasz Buchholtz

Wrocław 2018

ISBN: 978-83-952119-2-8

Skład i korekta: Liberum Verbum

Redakcja: Zbigniew Zebar

Projekt i realizacja okładki: Zbigniew Zebar

Ilustracje-rysunki: Tomasz Buchholtz

Opracowanie graficzne ilustracji: Zbigniew Zebar

Liberum Verbum

50-078 Wrocław

ul. Leszczyńskiego 4

www.liberumverbum.com.pl

liberum-verbum.sklepypasejo.com.pl

[email protected]

Życie jest zwierciadłem, które przechadza się bezwstydnie w całej swojej nagości po kartach tej książki1

Mojej Żonie i dzieciom

J.L.

Nieprawda:M o j e j Żonie i dzieciom

T.B.

Podziękowania

Autorzy pragną wyrazić swoje podziękowanie wszystkim tym osobom, które obdarzyły ich inspiracją (często mimo woli), a także: browarom krajowym i zagranicznym, których produkty znacznie ułatwiły proces pisania oraz dinozaurom – za to, że użyczyły swej nazwy do tytułu utworu (bez domagania się praw autorskich).

Ponadto Autorzy gwarantują, że przy pisaniu tej powieści nie dokonywali testów na zwierzętach, ograniczali emisję CO2, używali wyłącznie materiałów pochodzących z recyklingu, a postacie występujące w powieści nie wyrażają niczyich poglądów.

Zamiast wstępu

Dlaczego nasza powieść jest skazana na sukces

Nasza powieść jest skazana na sukces, ponieważ:

1. Jest poprawna politycznie i obyczajowo.2

2. Jest feministyczna.3

3. Została napisana według zasad naukowych, opartych na badaniach społecznych. Autorzy zlecili bowiem Autonomicznemu Instytutowi Diagnoz Społecznych „Estymator” przeprowadzenie serii badań ankietowych i fokusowych na wybranej, reprezentatywnej próbie losowej w celu zdefiniowania oczekiwań czytelników wobec dzieła literackiego. W rezultacie powstał raport określający optymalny model powieści,4 a jego główna teza brzmi:

Czytelnicy zdecydowanie preferują współczesną powieść realistyczną, której tłem jest przeciętna polska wieś lub miasteczko (Kraków, Warszawa, Łódź, Katowice) i której bohaterowie reprezentują typowe role społeczne oraz charaktery, z jakimi czytelnik może się łatwo utożsamiać.

Trzymając się ściśle naukowych wytycznych sformułowanych przez AIDS „Estymator”, autorzy stworzyli powieść, którą właśnie prezentują.

Rozdział 1

w którym pojawia się profesor Blastula, a jego asystentka Natalia traci świadomość

Żaby kumkały chutliwie.

Na spowitą mgiełką, uśpioną wieś mazurską Gacki Małe spływała srebrzysta poświata księżyca. Od czasu do czasu ciszę nocy letniej przerywało ujadanie jakiegoś wiejskiego kundla. Prawie wszystkie okna ziały ciemnością. Jedynie w dwóch domostwach paliło się światło, którego nie przytłumiała tkanina zasłon.

Pierwszym z nich był okazały dom pani wójt – Izabelli Augustyn (z domu Paradyz), która po raz kolejny zastanawiała się nad otrzymanym w południe faksem. Jego nadawczynią była Elsa von dem Busch, szefowa organizacji ziomkowskiej mieszczącej się w Baden-Baden przy Eingang Strasse 13, zrzeszającej dawnych mieszkańców gminy Kleine Gazken oraz ich potomków. Pismo, zredagowane w zasadzie po polsku i nawiązujące do trwającej od wielu miesięcy korespondencji, w bardzo uprzejmy sposób zapowiadało przyjazd dużej grupy członków ziomkostwa do „Heimat ich ojców i dziadów z wizytą Freundschaft i Bruderschaft” w ramach dofinansowanego z UE programu „Przekraczanie granic nach Osten”.

Chociaż korespondencja z niemieckim ziomkostwem trwała już od dawna, do tej pory dla pani wójt organizacja ta miała charakter raczej wirtualny. Teraz jednak miała stać się rzeczywistością – i to w ciągu tygodnia! Wizja bliskiej już wizyty zorganizowanej grupy Niemców tak poruszyła nerwami Izabeli Augustyn (z domu Paradyz), że nie mogła skupić uwagi na właśnie emitowanym, kolejnym odcinku jej ulubionego programu telewizyjnego „Małżeństwo w ciemno”. Zastanawiała się bezskutecznie, marszcząc swoje gładkie jeszcze czoło, czy dwudziestodwuletniej Patrycji uda się ułożyć szczęśliwe życie z dobranym losowo oblubieńcem, zaledwie sześćdziesiąt lat od niej starszym, lecz wciąż jeszcze pełnym witalności, świeżo owdowiałym Henrykiem. Ale te przyjemne rozmyślania zakłócało pojawiające się natrętnie pytanie o prawdziwy cel przyjazdu Niemców. Wprawdzie Elsa von dem Busch kreśliła jasnymi barwami faksu obraz przyszłych korzyści, jakie mieszkańcy „Kleine Gazken” odniosą ze współpracy z ziomkostwem, jednak pani wójt nie mogła pozbyć się wątpliwości. Czy Niemcom nie chodzi czasem o odebranie obecnym mieszkańcom Gacek ich domów, pól uprawnych, łąk, sadów i ogrodów? A jeśli mają naprawdę dobre intencje, to jak przyjąć tak liczną grupę gości z zagranicy, by zrobić na nich jak najlepsze wrażenie? I co należy rozumieć w tej sytuacji pod pojęciem „jak najlepsze wrażenie”? Jeżeli Niemcy, powodowani sentymentalnym uczuciem do ziemi „ojców i dziadów” chcieliby zainwestować w rozwój gminy i regionu, to czy lepiej przedstawić im wieś jako przykład nędzy i zaniedbania, czy też odwrotnie: jako prężnie rozwijającą się małą społeczność, będącą żyzną glebą dla lokalnych inicjatyw i przedsiębiorczości?

Z rozmyślań tych wyrwał nagle panią wójt okropny hałas dobiegający z sieni. Spojrzała na zegarek: wiedziała, że ten łomot oznacza powrót do domu jej męża, Wojciecha Marii Augustyna, który wieczory (i nie tylko) zwykł spędzać u starego Mrówki, od którego wracał zawsze w stanie kompletnego zamroczenia alkoholowego i regularnie przewracał stojącą w przedpokoju szafkę na obuwie.

Drugim domostwem, w którym paliło się światło, była wysmakowana architektonicznie, okazała, zbudowana z modrzewiowych bali i ozdobiona pięknym gankiem, stojąca na samym skraju wsi, pod lasem, chałupa rzeczonego Mrówki. W nowocześnie umeblowanej izbie, na plastikowym zydelku siedział profesor Jarosław Tomasz Maria Blastula, światowej sławy paleontolog, pochylony nad laptopem. Przerwał na chwilę opis właśnie rozpoczętego eksperymentu, wstał z zydla i sprawdził ustawienia kamery cyfrowej, umocowanej na statywie w rogu izby. Poprawił lekko zoom tak, by siedząca na ławie (też z tworzyw sztucznych) jego asystentka Natalia znalazła się w całości w polu widzenia obiektywu. Następnie ustawił się na wprost kamery i powiedział dobitnie:

– Pierwszy dzień eksperymentu. Godzina dwudziesta trzecia dwanaście. Za chwilę razem z moją asystentką wypijemy próbkę wywaru przygotowanego z jednej łyżki stołowej wysuszonego i sproszkowanego korzenia mniszka smrodliwego, zaparzonej w 250 mililitrach wody, ostudzonego do temperatury pokojowej, przefiltrowanego przez wyjałowioną gazę poczwórnie złożoną.

Po wygłoszeniu tego komunikatu profesor odmierzył 100 ml brunatno-zielonego, zawiesistego płynu i nalał go do szklanki, którą podał asystentce. Sobie odmierzył taką samą ilość i wznosząc szklaneczkę do góry powiedział:

– Za naukę i za ostateczne rozwiązanie naszej zagadki!

Po czym jednym haustem wypił zawartość szklanki, nieco się tylko krzywiąc.

Natalia ostrożnie powąchała wywar, nabrała do ust parę kropli i powiedziała:

– Ależ to jest okropnie gorzkie! I pachnie też niespecjalnie, panie profesorze.

– Nauka wymaga poświęcenia, pani Natalio – powiedział profesor. – Proszę brać przykład ze mnie i pić śmiało.

Zachęcona przez swojego mistrza, Natalia – pokonując lekki wstręt i wstrzymując oddech – małymi łyczkami, krztusząc się i krzywiąc, wypiła swoją porcję.

Zapadła chwila ciszy.

Profesor zmierzył sobie puls i zanotował coś w laptopie, rzucając uważne spojrzenia na swoją asystentkę.

Niespodziewanie oddech Natalii zaczął gwałtownie przyspieszać, a jej twarz oblała się rumieńcem. Wargi jej rozsunęły się, oblizała je czubkiem języka, uniosła ręce nad głowę i powiedziała:

– Strasznie tu gorąco i niewygodnie.

Leniwymi ruchami pozbyła się garderoby wierzchniej.5 Następnie, z głośnym westchnieniem, zsunęła się z ławy na pokrytą wykładziną (także tworzywo sztuczne) podłogę i zaczęła tarzać się coraz gwałtowniej na plecach, dysząc ciężko, jęcząc i wykrzykując coraz bardziej niecenzuralne wyrazy.

Nagle jej zduszone stęknięcia przeszły w przeciągły, nieartykułowany krzyk, a całe ciało, wstrząsane drgawkami, wyprężyło się w konwulsyjnym skurczu, po czym wszystko ucichło. Natalia znieruchomiała na podłodze bez przytomności.

Profesor Blastula obserwował niezwykłe zachowanie swojej asystentki z dużym zainteresowaniem, ale całkowicie bez emocji. Patrząc na wijącą się na podłodze i wykrzykującą lubieżne słowa nagą kobietę, wklepywał swoje uwagi do laptopa. Sam dziwił się swojej obojętności na niespotykane wcześniej wyraźnie seksualne zachowanie Natalii, o czym nie omieszkał zrobić stosownego zapisu.

Pracę przerwało mu jednak niespodziewane pukanie do drzwi izby, po czym bez oczekiwania na pozwolenie wszedł gospodarz – stary Mrówka – rozczochrany, z twarzą pokrytą tygodniowym zarostem, ubrany niechlujnie i roztaczający charakterystyczną woń alkoholu.

– Czy cóś się stało? – zapytał dość bełkotliwie, z wyraźną ciekawością wlepiając oczy w Natalię. – Słyszałem, jak pani krzyczała. O, nie rucha się – zauważył z troską. – Może wezwać doktóra?

Po czym pociągnął kilka razy nosem i zauważył:

– Cóś tu jakby wonieje…

– Dziękuję za troskę, ale nic takiego się nie stało – powiedział chłodno profesor. – Co do zapachu, to czuję głównie alkohol – zauważył uszczypliwie i dodał: – Może pan iść spać, panie Mrówka, jest już późno!

– Jak to: n i c s i ę n i e s t a ł o, kiedy kobita najpierw długo wyła, a tera leży goła i się nie rucha? – sprzeciwiał się z pijackim uporem stary Mrówka. – Dzwonie po doktóra, albo na posterunek…

Po czym beknął, zatoczył się i przytrzymał framugi.

Profesor głęboko wciągnął powietrze i powiedział stanowczo:

– Panie Mrówka, ten samogon poważnie panu szkodzi. A moja asystentka jest po prostu lekko niedysponowana. To taka rzadka, dziedziczna choroba, na szczęście całkowicie niegroźna i niezaraźliwa. Nazywa się climax exterioris. Czasami pani ma takie napady i wtedy zdziera z siebie ubranie. Ale już jest po wszystkim. O, widzi pan, nawet otwiera oczy.

– Rzeczywiście, otwiera – zauważył Mrówka. – A ta choroba, ten klimat coś tam…

– Climax exterioris – powtórzył dobitnie profesor.

– No, właśnie, to ja ją znam – kontynuował Mrówka.

– Niemożliwe – zaprotestował profesor.

– Możliwe, możliwe – upierał się stary Mrówka. – Pamiętam, jeszcze przed wojną, jednom kobite, nawet niestarom i dość ładnom, która tyż na to cierpiała. To była gospodyni księdza proboszcza. Jak krzyczała po nocach, to w całej wsi ją było słychać. Z tego powodu ksiądz musiał ją w końcu odprawić, bo się robiły plotki. Nawet bardzo żałował, bo świetnie gotowała…

– To bardzo smutna historia, ale naprawdę pora już spać, panie Mrówka – powiedział zdecydowanie profesor, biorąc gospodarza pod ramię i pomagając mu opuścić izbę. – Dziękuję za troskę, ale pani ma się już dobrze, chociaż musi odpocząć.

Uporawszy się ze starym Mrówką, profesor pomógł wstać całkiem już przytomnej, choć otępiałej Natalii, okrył ją kocem i odprowadził – słabą i słaniającą się na nogach – do pokoju obok, który służył jej za sypialnię. Sam wrócił jeszcze do laptopa i dokończył notatki, a potem udał się na spoczynek.

Nikt nie zauważył, że cały przebieg wydarzeń obserwowało przez okno kilka zamaskowanych postaci, porozumiewających się cichymi, gardłowymi dźwiękami i kiwających z zadowoleniem głowami…

Rozdział 2

w którym znika profesor Blastula, a Natalia powtórnie traci świadomość

Następnego dnia profesor i jego asystentka spotkali się przy śniadaniu przygotowanym przez starą Mrówkową. Spożyli je w krępującej ciszy, chociaż każde z nich milczało z innego powodu. Profesor Blastula z nieobecnym spojrzeniem utkwionym w oknie machinalnie jadł jajecznicę z wiejskich jaj z dodatkiem wiejskiego szczypiorku, całkowicie pogrążony w swoich myślach. Natalia, dziwnie zawstydzona, ze wzrokiem spuszczonym, próbowała zmuszać się do jedzenia, ale kęsy najwyraźniej z trudem przechodziły jej przez gardło. Po śniadaniu oboje, cały czas milcząc, udali się do pobliskiego lasu. Nie była to jednak zwykła przechadzka. Po półgodzinnym marszu dotarli do polany, na której wznosiły się dziwne, kamienne kręgi. Ich pochodzenie nie było jasne. Wiadomo było, że datują się od czasów prehistorycznych i że zostały ułożone ręką ludzką. Kto jednak i po co je ułożył, pozostawało zagadką, której nie potrafili wyjaśnić archeolodzy. Przypuszczano, że kręgi miały charakter magiczny i że służyły celom religijnym. Ale jakie obrzędy tam odprawiano, nikt nie wiedział, chociaż było kilka teorii mniej lub bardziej naukowych. Pojawiały się też spekulacje, zupełnie fantastyczne o rzekomym kosmicznym pochodzeniu tych kręgów, o pozaziemskich cywilizacjach, które miały jakoby pozostawiać takie pamiątki na Ziemi, o szczególnej energii kosmicznej skumulowanej w tych kręgach, co miały potwierdzać badania przeprowadzone przez przybywających w te okolice radiestetów. Ci ostatni nie byli zresztą zgodni w swych teoriach: jedni twierdzili, że niezwykła energia, którą wyczuwają na terenie kręgów, ma rzeczywiście charakter kosmiczny; inni – na odwrót – twierdzili, że jest to skumulowana energia płynąca z głębi Ziemi. Tak czy owak, miejsce to otoczone było aurą niezwykłości i pielgrzymowali doń poszukiwacze tajemnic oraz niewyjaśnionych zagadek z całej Polski.

Profesora Blastulę i jego asystentkę do dziwnych, kamiennych kręgów skierowały zupełnie inne przyczyny. Nie interesowały ich teorie o kosmitach i wierzenia Prasłowian. Profesor szukał na terenie kręgów pewnej niepozornej z wyglądu roślinki, z której wywar pili ostatniej nocy, czyli mniszka smrodliwego, zwanego przez miejscową ludność śmierdzianką.6 Nie było łatwo go znaleźć. Poszczególne okazy mniszka, pokrytego drobnymi listkami i niczym nie wyróżniające się z otoczenia, ukryte były w poszyciu leśnym wśród borówek, konwalii i turzyc. Jedynie w okresie kwitnienia, roślina ta wydzielała dość obrzydliwą, charakterystyczną woń, przywabiającą niektóre owady. Teraz jednak pora kwitnienia minęła i profesor oraz Natalia musieli bardzo się natrudzić, by odszukać chociaż kilka egzemplarzy. Każdą znalezioną roślinkę wykopywali ostrożnie z korzeniami, czyścili dokładnie z piasku i wkładali do papierowych torebek. Przeczesywali powoli poszycie ze wzrokiem utkwionym w ziemię, oddaleni od siebie kilka metrów, najpierw w zupełnej ciszy, ale w końcu Natalia przemówiła:

– Nie wiem doprawdy, co powiedzieć, panie profesorze. Czuję się okropnie głupio i jest mi wstyd. Nie wszystko pamiętam z wczoraj i rozumiem, że moje zachowanie było wynikiem działania wywaru. Wiem, że rozebrałam się do naga i wykrzykiwałam jakieś okropne i nieprzyzwoite słowa. Nie chciałabym, żeby pan, panie profesorze, pomyślał, że tak zachowuję się lub takim słownictwem posługuję się w życiu codziennym. Jestem sama zaskoczona, bo nawet nie przypuszczałam, że znam takie wulgarne określenia. A tym bardziej nigdy nie ośmieliłabym się ich użyć w pańskiej obecności.

– Ależ, pani Natalio – powiedział łagodnie profesor, chcąc ją uspokoić. – W żadnym wypadku nie przyszło mi do głowy, że używała pani tych słów świadomie i celowo. Zresztą – zażartował – ja sam znam wyrażenia znacznie gorsze, chociaż nie będę ich cytował. Oczywiście, jeśli pani pozwoli, to powtórzymy jeszcze ten eksperyment, żeby mieć całkowitą pewność. Trzeba też będzie znaleźć innych ochotników, żeby próba była reprezentatywna. Ale wydaje mi się, że w naszych badaniach nastąpił przełom i że tym razem jesteśmy naprawdę na właściwym tropie. Zastanawia mnie tylko, dlaczego na panią wywar z mniszka zadziałał zupełnie inaczej niż na mnie. Powiedziałbym nawet, że dokładnie odwrotnie. A przecież do tej pory nasze reakcje na określone wywary roślinne były podobne. Pamięta pani mendownika czarniawego?

– Tak, dostaliśmy wtedy wysypki pod pachami.

– Nie pod pachami, tylko w pachwinach. Pod pachami to było po mendowniku białawym.

– Racja. A pamięta pan, panie profesorze, cofnika grubolistnego?

– Jakże miałbym nie pamiętać? Rzygaliśmy po nim jak koty…

– A po strupiłku czopowatym dostaliśmy rozwolnienia!

– Nie, zatwardzenia! Rozwolnienie to było po orzeszniku fajdaniastym!

– To dziwne, bo jestem przekonana, że zatwardzenie miałam od pojebka okrytonasiennego.

– To też, ale zasadniczo pojebek wywołuje zgagę.

– Całkiem jak ziarnulec pochwiasty!

– Gorzej: po ziarnulcu nie miałem takich wzdęć jak po pojebku.

– A ja miałam najgorsze wzdęcia od szczawnika szczypiącego.

– Zaraz, zaraz – szczawnik działał głównie moczopędnie…

– Ależ, panie profesorze, moczopędnie to działał moczniak świetlisty, a szczawnik…

Nastąpiła chwila ciszy, po czym Natalia powiedziała cicho i jakby z nieśmiałością:

– To, co przeżyłam wczoraj, bardzo mnie zdumiało. Po raz pierwszy w życiu odczuwałam tak intensywne i zarazem przyjemne emocje. Tego nie da się opisać: ogarnęły całą moją duszę i ciało. Mogłabym to tylko porównać z rozkoszą, jaką daje mi słuchanie wykładów pana profesora…

Następnie Natalia zaczęła rozwijać ten wątek, tłumacząc, jak wiele zawdzięcza profesorowi i jego mądrości oraz ogromnej wiedzy, którą potrafi w sposób tak błyskotliwy, a zarazem prosty i klarowny przekazywać studentom oraz swoim współpracownikom, do których ona – Natalia – ma zaszczyt i przywilej należeć...

Natalia mówiła tak i mówiła dość długo, jakby starając się pokryć w ten sposób wciąż drążące ją poczucie wstydu. Nagle spostrzegła, że od pewnego już czasu mówi tylko do siebie, bo profesor nie odpowiada. Zaniepokojona, wyprostowała się i rozejrzała dookoła. Profesora Blastuli nigdzie nie było widać. Zaczęła nawoływać. Odpowiedziała jej cisza. Zupełnie już przestraszona i wytrącona z równowagi Natalia podeszła, rozglądając się na boki, do miejsca, w którym wydawało jej się, że widziała profesora po raz ostatni. Stał tam duży głaz, za którym mógł się schować człowiek. Natalia obeszła go dookoła i omal nie krzyknęła z przerażenia: pod głazem leżały stłuczone okulary profesora Blastuli, a na listku konwalii widać było kropelkę świeżej krwi. Śmiertelnie wystraszona Natalia schyliła się, by podnieść okulary i w tym momencie otrzymała silny cios w głowę. Padła na ziemię bez czucia…

Rozdział 3

w którym Natalia ponownie odzyskuje świadomość

W pobliżu Gacek Małych, tuż za ujściem malowniczej rzeczki Brdęcy do jeziora Kurłajno, naprzeciwko półwyspu, na którym wznosił się majestatyczny klasztor Ojców Zenonitów, stał letni obóz studentów Prywatnej Akademii Filmu, Marketingu, Ekologii, Reklamy, Doradztwa Finansowego i Usług Turystycznych im. Marszałka Piłsudskiego w Elblągu. Studenci kręcili etiudy filmowe: fabularne, dokumentalne i reklamowe, a w wolnych chwilach grali w siatkówkę, kąpali się w jeziorze, pływali kajakami, pili piwo i robili różne inne rzeczy właściwe dla swojego wieku. Tego dnia jedna ekipa, uzbrojona w kamerę, statyw, sprzęt oświetleniowy i mikrofon, udała się na teren kręgów kamiennych, gdzie zamierzała nakręcić filmik pt. „Miękki jak puch”. Miał to być spot reklamujący nowy papier toaletowy.

Studenci rozstawili sprzęt i zaczęli przygotowania do próby. Nagle jeden z nich, rozglądając się po okolicy, zauważył jakiś dziwny przedmiot wystający zza pobliskiego głazu. Zaintrygowany, zbliżył się powoli i ze zdumieniem spostrzegł, że przedmiotem tym był sandałek zawierający w środku ludzką stopę. Dalej widać było całą nogę, a na jej końcu – właścicielkę, leżącą bez ruchu, z zakrwawioną głową, twarzą do ziemi. Student pochylił się, trącił lekko kobietę czubkiem buta, widząc jednak, że nie reaguje, zawołał kolegów. Ci przybiegli natychmiast i odwrócili ofiarę na plecy, a jeden z nich (który skończył niedawno kurs pierwszej pomocy) uniósł kobiecie powiekę i stwierdził:

– Żyje. Jej źrenica reaguje na światło.

Następnie chciał wykonać sztuczne oddychanie metodą usta-usta ale, przyjrzawszy się dokładnie urodzie ofiary, w ostatniej chwili zmienił zdanie.

– Ona oddycha – stwierdził autorytatywnie.

Któryś ze studentów wyciągnął komórkę i wezwał pogotowie. Zanim karetka przyjechała z powiatowego miasteczka, minęło dobre pół godziny. Przez ten czas studenci sfilmowali Natalię (bo to ona była ofiarą) w różnych ujęciach, a nawet przystroili kwiatkami. W końcu pojawiła się pomoc, sanitariusze wnieśli kobietę na noszach do samochodu, lekarz podłączył kroplówkę i zbadał puls. Założył jej też maskę tlenową. W czasie jazdy po wertepach, skutkiem wstrząsów, Natalia otworzyła oczy.

– O, budzimy się – zauważył z zadowoleniem lekarz.

Natalia usiłowała coś powiedzieć, ale najwyraźniej nie była w stanie wymówić słowa. Przeszkadzała jej w tym zresztą maska tlenowa.

– Proszę nic nie mówić, tylko oszczędzać siły – poradził lekarz. – Przyjedziemy do szpitala, zbadają panią i wszystko wyjaśnią. Ja nic nie wiem. Jestem tylko lekarzem pierwszego kontaktu. Na podstawie pierwszego kontaktu mogę powiedzieć, że pani żyje, ma pani uraz czaszki i prawdopodobnie nie została pani zgwałcona. To wszystko.

Po czym, zadowolony z siebie, zapalił papierosa.

Natalia znów próbowała coś powiedzieć, ale dała za wygraną. Dym chyba zaczął ją drażnić, bo zakaszlała. Lekarz uchylił szybę i zaczął puszczać dym przez okno. Tak dojechali do szpitala powiatowego.

W izbie przyjęć pojawiły się jednak pewne trudności. Lekarz dyżurny wyjaśnił, że nie może przyjąć pacjentki, bo personel szpitala właśnie ogłosił strajk bezterminowy, żądając podwyżek płac, i że jest mu przykro. Wobec protestów ze strony lekarza pogotowia zbadał jednak ofiarę i stwierdził, że przypadek nie łączy się z zagrożeniem życia.

– Pacjentka może wracać do domu i leczyć się ambulatoryjnie – wyjaśnił i ponownie dodał, że jest mu przykro.

Natalia śledziła tę wymianę zdań z pewnym niepokojem. Lekarz dyżurny zwrócił się wprost do niej:

– Gdzie pani mieszka?

– W Gackach Małych – wyszeptała z trudem Natalia.

– To znakomicie – ucieszył się lekarz. – Tam jest ośrodek zdrowia i, o ile wiem, oni jeszcze nie strajkują.

Lekarz pogotowia był na tyle uprzejmy, że zgodził się odwieźć z powrotem Natalię do Gacek, przeklinając pod nosem konieczność robienia podwójnego kursu. Zadał retoryczne pytanie, kto zapłaci za benzynę i co się stanie, kiedy skończą się limity paliwowe, po czym wsiadł do karetki. Ruszyli znowu na sygnale i po kwadransie byli już w Gackach. Zatrzymali się przed gminnym ośrodkiem zdrowia. Tym razem Natalia wyszła sama, podtrzymywana przez dwóch sanitariuszy.

– Jakbyśmy panią wynieśli na noszach, to kazaliby ją odwieźć do szpitala i cała zabawa zaczęłaby się od początku – wyjaśnił lekarz.

W przychodni ominęli kolejkę pacjentów i zdecydowanym krokiem weszli do gabinetu opatrzonego tabliczką: Dr M. Kurdziel. Na kozetce spoczywała tam młoda dziewczyna, a lekarz trzymał obie ręce na jej nagim brzuchu (konkretnie: na dolnych jego partiach). Był to mężczyzna dobrze po pięćdziesiątce, niski, gruby, na krótkich nóżkach, z długimi, rzadkimi, tłustymi włosami zaczesanymi do tyłu, w rozchełstanym, brudnawym kitlu i nieustannie pociągający nosem (miał katar sienny). Wejście intruzów ubranych w odblaskowe, pomarańczowe stroje pogotowia z napisami „Ratownik” oraz „Lekarz” na plecach zrobiło na nim umiarkowane wrażenie, szybko jednak cofnął ręce.

– Trzeba by zrobić USG jamy brzusznej – powiedział do pacjentki. – Ale wyczerpaliśmy limit środków na badania w tym kwartale, więc dopiero w październiku, albo odpłatnie. Zapiszę pani zastrzyki, tylko że na zabiegi też nie mamy już środków, bo Fundusz w tym roku obciął nam limity. Będzie je pani sobie musiała robić sama. To nic trudnego: siostra pani pokaże, jak wbić igłę, żeby jej nie złamać.

Następnie wyjął bloczek z szuflady, coś napisał, przybił pieczątki i dał recepty pacjentce. Kiedy kobieta wyszła, zostawiając dyskretnie małą paczuszkę, lekarz zwrócił się do przybyszy:

– Nie ma na nic pieniędzy, a cała diagnostyka jest tutaj – to mówiąc podniósł do góry obie, owłosione dłonie z krótkimi, grubymi palcami. Następnie skarcił lekarza pogotowia, który właśnie zapalał kolejnego papierosa:

– Tu się nie pali!

– O, przepraszam – zreflektował się lekarz pogotowia i wyciągnął paczkę do doktora Kurdziela. Ten westchnął, wziął papierosa, zapalił i zapytał:

– No, co tam mamy?

– Tę kobietę znaleźli nieprzytomną przypadkowi ludzie na terenie kamiennych kręgów. Miała rozbitą głowę – wyjaśnił lekarz pogotowia.

– Ale już jest, jak widać, przytomna; to dobrze – zauważył doktor Kurdziel. – Ja ją znam. To pani Natalia, asystentka profesora Blastuli. Powie nam pani, co się stało?

– Nie wiem – wyszeptała z trudem Natalia.

– A dlaczego nie zawieźliście jej do szpitala? – zainteresował się dr Kurdziel, oglądając ranę z tyłu głowy Natalii.

– Nie przyjęli jej, bo strajkują – wyjaśnił lekarz pogotowia.

– Strajkują? – zdziwił się szczerze dr Kurdziel – To im się opłaca?

Westchnął głęboko i zawołał pielęgniarkę. Opatrzyli Natalii ranę, założyli opatrunek, dr Kurdziel obejrzał jej źrenice, zbadał ciśnienie i puls.

– Kości czaszki nieuszkodzone. Podejrzewam lekki wstrząs mózgu – stwierdził. – Proszę zawieźć pacjentkę do domu: mieszka u starego Mrówki na końcu wsi. Musi kilka dni poleżeć w spokoju, a ja będę do niej zaglądał po pracy. Jeśli stan się pogorszy, to was wezwę, chociaż mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Aha, jeszcze jedno: czy policja powiadomiona?

Ostatnie zdanie dr Kurdziel wymówił jakby z wahaniem.

– Oczywiście – stwierdził lekarz pogotowia. – Posłaliśmy im sygnał od razu. Ale nie mogli przyjechać, bo mieli jakąś akcję w terenie.

– Taaak... – Dr Kurdziel pokiwał głową. – Mam nadzieję, że nie będą chcieli jej od razu przesłuchiwać. No, żegnam państwa, bo kolejka czeka.

Kiedy sanitariusze wyprowadzali Natalię, lekarz zauważył z pewną zazdrością, że wszyscy pacjenci czekający do doktora Kurdziela mieli przy sobie większe i mniejsze paczuszki. Jakaś babina trzymała klatkę z młodymi kurczakami.

– Nic dziwnego, że on nie strajkuje – zamruczał pod nosem lekarz pogotowia i zaciągnął się głęboko.

Rozdział 4

w którym pojawia się nadkomisarz Puchacz

Nadkomisarz Bolesław Marian Puchacz z Biura Inwigilacji, Dochodzeń i Analiz (BIDA) Komendy Głównej Policji grał właśnie w swoim mieszkaniu na wiolonczeli, kiedy zadzwonił telefon. Gra na wiolonczeli była jego ulubionym zajęciem, któremu oddawał się we wszystkich wolnych chwilach. Przy tej czynności umysł policjant – zmęczony całodzienną analizą trudnych przypadków kryminalnych (a tylko takie powierzano nadkomisarzowi) – odpoczywał, a dusza wznosiła się na skrzydłach muzyki od porwań, napadów i zabójstw ku jasnym wyżynom absolutnego i czystego piękna. Szczególnie lubił nadkomisarz Puchacz grać utwory Jana Sebastiana Bacha, gdyż w nich odnajdywał wspomniane czyste piękno niemalże w metafizycznym wymiarze.

Godzi się wspomnieć, że talenty muzyczne były w rodzinie nadkomisarza Puchacza dziedziczne. Jego matka, Władysława z domu Sikorka, pracownik sekcji obyczajowej MO, grała pięknie na flecie poprzecznym, a ojciec – Stanisław (nazwisko operacyjne: Wrona), długoletni funkcjonariusz SB (jednakże pozytywnie zweryfikowany po 1990 r.), występował nawet w zespole jazzowym jako perkusista. W zespole jazzowym grał jednak krótko.7 Z kolej dziadek z linii matki – Jerzy Sikorka (pseudonim konspiracyjny: „Sokół”) założył przed wojną w Poznaniu pierwszy chór policyjny: „Poznańskie Kanarki”.

Po wyjątkowo ciężkim dniu nadkomisarz Puchacz – wysoki, szczupły, wysportowany, trzydziestopięcioletni brunet – wziął ciepłą kąpiel z dodatkiem olejku sosnowego i właśnie – ubrany tylko w slipy – grał w zapamiętaniu na wiolonczeli Arię na strunie G, Jana Sebastiana Bacha8 (w swojej własnej transkrypcji), gdy z bezcielesnej krainy muzyki sprowadził go na powrót do ziemskiej rzeczywistości natrętny dźwięk telefonu. Puchacz niechętnie odłożył smyczek i wziął do ręki słuchawkę.

– Panie komisarzu – usłyszał znajomy głos sekretarki szefa. – Pan inspektor wzywa w pilnej sprawie.

Puchacz westchnął. Było jasne, że sprawa musiała być pilna, skoro go wzywano po godzinach pracy. Nie pierwszy raz i nie ostatni. Zdążył się już do tego przyzwyczaić. Jego żona nie mogła się jednak przyzwyczaić ani do nagłych wezwań męża, zwłaszcza nocą, gdy oboje mocno spali (albo wręcz przeciwnie), ani do jego wyjazdów w teren (szczególnie tych kilkutygodniowych). W rezultacie ich małżeństwo rozpadło się i Puchacz sam nie zauważył, jak niepostrzeżenie całe jego życie prywatne zostało wypełnione pracą (z wyjątkiem tych chwil, kiedy grał na wiolonczeli).

W gabinecie dyrektora BID-y, nadinspektora Grzywy, czuć było gryzący zapach cygara. Nadinspektor lubił cygara, zwłaszcza hawańskie, ale starał się ograniczać ich palenie, wiedząc dobrze o szkodliwości tego nałogu. Niemniej palił, zwłaszcza gdy miał do czynienia z jakąś trudną albo nietypową sprawą. Najwyraźniej ta, dla której wezwał nadkomisarza, należała do jednej z tych dwóch kategorii.

Kiedy Puchacz zameldował się w gabinecie, nadinspektor Grzywa wyszedł zza potężnego biurka zawalonego papierami. Był to ogromny, barczysty mężczyzna, łysy jak kolano, z szarymi, przenikliwymi oczami i czołem pociętym zmarszczkami. Uścisnął dłoń komisarzowi, posadził go w fotelu i sam usiadł naprzeciwko z plikiem papierów w ręce.

– Kto tym razem? – zapytał Puchacz.

Nie musiał pytać o co chodzi. Był w BID-zie najlepszym specjalistą od porwań i tajemniczych zniknięć ważnych osobistości. Wiedział, że nie wzywano by go po godzinach do innej sprawy.

Nadinspektor Grzywa rzucił mu krótkie spojrzenie znad papierów i powiedział:

– Niejaki profesor Blastula. Zniknął w miejscowości Gacki Małe na Mazurach, niedaleko granicy rosyjskiej, gdzie prowadził jakieś tajemnicze badania.

Puchacz gwizdnął cicho.

– Kiedy? – zapytał.

– Trzy dni temu.

– A w jakiej dziedzinie pracował ten profesor? – dociekał Puchacz. – Elektronika? Systemy łączności? Materiały wybuchowe? Poszukiwania ropy? Gaz łupkowy? Fizyka jądrowa?

– Nic z tych rzeczy – rzucił krótko inspektor Grzywa i uśmiechnął się z przekąsem. – Paleontologia.

– Co takiego? – zdumiał się Puchacz. – Paleontologia?

– Przecież wyraźnie powiedziałem – żachnął się inspektor. – Nawet zdaje się, że to był ktoś o światowej sławie.

– Jak to: b y ł? – zdziwił się komisarz. – To on nie żyje?

– Tego nie wiemy – powiedział inspektor. – Pan musi to wyjaśnić, panie komisarzu, a jeżeli żyje, to trzeba go jak najszybciej odnaleźć.

– Ale dlaczego tyle zachodu mamy z jakimś paleontologiem, nawet światowej sławy? – dziwił się Puchacz. – Takim przypadkiem powinna się zajmować lokalna policja, a nie my!

– Powiem panu w zaufaniu – inspektor Grzywa mimowolnie zniżył głos. – On prowadził jakieś badania, którymi interesowały się służby specjalne, podobno nie tylko nasze.

– Pewnie znalazł zęby dinozaura, którymi można przeciąć pancerz czołgu? – zażartował Puchacz.

– Nie wiem – skrzywił się nadinspektor. – Tu znajdzie pan więcej informacji – rzekł, podając Puchaczowi tekturową teczkę. – Proszę wyruszyć do Gacek jak najszybciej, najlepiej helikopterem. Dzwoniłem już do jednostki lotniczej i są gotowi. Ten materiał przeczyta pan sobie po drodze. Proszę informować na bieżąco o postępach śledztwa. Aha, jeszcze jedno – tu inspektor na chwilę zawiesił głos. – Niech pan za bardzo nie liczy na miejscową policję…

– Dlaczego?

– Sam pan zobaczy – uśmiechnął się ironicznie inspektor.

Rozdział 5

w którym nadkomisarz Puchacz szykuje się do odlotu

Po powrocie do domu Puchacz od razu zaczął się pakować. Nie było to skomplikowane. Nadkomisarz tyle razy wyjeżdżał już w teren z krótko-, średnio – i długoterminowymi misjami, że na każdy z tych przypadków miał przygotowany odpowiedni zestaw odzieży. Tym razem zadecydował, że jego misja będzie miała charakter średnioterminowy, do walizki pakował więc równiutko poskładane „w kostkę”:

10 koszul z długim rękawem,

6 koszul z krótkim rękawem,

2 swetry,

1 kamizelkę,

4 pary spodni długich,

2 pary spodni krótkich,

12 par slipów białych,

6 par slipów kolorowych,

3 podkoszulki,

10 par skarpetek,

1 dres sportowy,

3 piżamy,

1 koszulę nocną,

2 pary obuwia sportowego,

2 pary półbutów wyjściowych,

kalosze,

środki higieny osobistej,

szczotkę do mycia pleców,

latarkę,

notatnik,

kompas,

dyktafon,

discmana z kompletem płyt,

scyzoryk z 12 ostrzami,

komplecik do szycia,

pilnik do paznokci,

wiolonczelę i ulubione partytury,

laptopa z programem „Wirtualny Wiolonczelista”,

Gdy komisarz uporał się już z pakowaniem i sprawdził, czy ilość przedmiotów w walizce zgadza się ze spisem, przejrzał jeszcze domowe archiwum. Przede wszystkim zajrzał na półkę zatytułowaną: „Zniknięcia profesorów”. Obok znajdowały się półki noszące tytuły: „Zniknięcia prezesów”, „Zniknięcia wiceprezesów”, „Zniknięcia udziałowców większościowych”, „Zniknięcia dyrektorów generalnych” „Zniknięcia dyrektorów wykonawczych”, „Zniknięcia wicedyrektorów”, „Zniknięcia członków rad nadzorczych”, „Zniknięcia członków zarządów”, „Zniknięcia sekretarek prezesów”, „Zniknięcia posłów i senatorów”, „Zniknięcia doradców ministrów” itd. Każda półka wypełniona była tekturowymi teczkami ułożonymi w kolejności chronologicznej. Puchacz zatrzymał się. Coś mu się nie zgadzało. Jego bystre oko dostrzegło od razu brak ostatniej teczki na półce „Zniknięcia profesorów”. Pamiętał tę sprawę, bo niedawno ją przeglądał i był absolutnie pewien, że odłożył teczkę na miejsce. Zwierała ona dossier zaginionego bez śladu Tadeusza Marii Wyżła, profesora nauk medycznych, znanego (nie tylko w świecie lekarskim) chirurga. Doktor Wyżeł, ordynator w Szpitalu Klinicznym w wielkim mieście wojewódzkim nie był specjalnie lubiany w swoim środowisku. Odwrotnie: można powiedzieć, że jego koledzy przyjęli to zniknięcie z ulgą. Były nawet naciski ze świata medycznego, by nie szukać zaginionego.

Profesorem Wyżłem od pewnego czasu interesowały się intensywnie organy ścigania. Był podejrzany o współpracę z mafią wilanowską: wystawiał zaświadczenia lekarskie bossom organizacji przestępczych, stwierdzając u nich poważne choroby serca lub innych narządów, co zwalniało ich z aresztu i powodowało przeciąganie procesów aż do przedawnienia.

Nadkomisarz Puchacz podejrzewał, że dzięki takim zaświadczeniom wymiarowi sprawiedliwości wymknęli się gangsterzy o następujących pseudonimach:

– „Kwach” – król amfetaminy, Leszek P.,

– „Korek” – król mafii paliwowej, Leszek K.,

– „Kogut” – król sieci agencji towarzyskich, Leszek N.

Trzeba przyznać, że doktor Wyżeł był niezwykle uzdolnionym chirurgiem, o którym mówiono, że musiał się już urodzić ze skalpelem w dłoni. Podobno mógł operować z zamkniętymi oczami i doskonale radził sobie z najbardziej nawet skomplikowanymi przypadkami: nie tylko w obszarze chirurgii klasycznej, lecz także w dziedzinie kardio – i neurochirurgi. Niestety, zgubiła go skłonność do wystawnego trybu życia oraz – pogłębiająca się z czasem – skłonność do alkoholu. Aby pofolgować tym skłonnościom, profesor brał w gotówce i naturze za wszystko: za badanie, za skierowanie do szpitala, za operację, za wypisanie ze szpitala, za niewypisanie ze szpitala, za zwolnienie lekarskie itp. Coraz częściej też operował w stanie nietrzeźwym, a wtedy dopuszczał się kardynalnych błędów medycznych, które jednak przedstawiał jako wielki sukces w piśmie „Lancet”: a to zszył aortę z odbytem, a to wyciął żołądek zamiast woreczka żółciowego lub nerkę zamiast jajnika, itp. Zdarzało mu się też zostawiać we wnętrzu pacjentów różnie przedmioty w czasie operacji. Najbardziej znana historia dotyczyła zgubionego w trzewiach pacjenta oryginalnego zegarka firmy Patek Philippe (dar od innego pacjenta). Ponieważ profesor nie pamiętał w którym pacjencie pozostawił zgubę, bowiem operował kilku w ciągu dnia, a wszystkich w stanie nietrzeźwym, więc wziął ponownie każdego na stół, żeby odnaleźć zegarek. Można ich było co prawda prześwietlić, ale akurat popsuł się aparat rentgenowski, a doktorowi zegarek był pilnie potrzebny i nie chciał czekać, aż naprawią urządzenie. Wszystkie te przypadki nie zaszkodziły mu w karierze, gdyż doktor miał wśród swoich wdzięcznych pacjentów osobistości z pierwszych stron gazet.

Profesor Wyżeł słynął jeszcze z dwóch rzeczy: z tego, że nie przepuścił żadnej pielęgniarce, ani nawet salowej, jak również z ciętych (jak sam je określał) powiedzonek. Gdy np. połączył wspomnianą już aortę z odbytem, powiedział: „I to rura, i to rura”. Gdy usunął żołądek zamiast woreczka żółciowego, stwierdził: „Przynajmniej nie będzie się obżerał”.

Gdy brał łapówkę, cytował klasyków poezji: „Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie, ile kosztujesz…”

Gdy wypisywał fałszywe zwolnienia różnym gangsterom, powiadał: „Papier cierpliwy, wszystko zniesie – w przeciwieństwie do pacjenta”.

Znany w kręgach medycznych stał się jego komentarz po pewnym zbliżeniu intymnym z salową (która – mimo długiego stażu zawodowego – była nadal nietkniętą panienką), kiedy z właściwą sobie subtelną lapidarnością zauważył: „Ciężka robota, ale dobrze, że przynajmniej nie muszę jeszcze zaszywać”.

Funkcjonariusze BID-y zamierzali aresztować doktora Wyżła, jednak ten nagle zniknął bez wieści. Nadkomisarz Puchacz podejrzewał, że ktoś go ostrzegł w ostatnim momencie. Nie wykluczał też zemsty ze strony któregoś z niezadowolonych pacjentów. Nie było jednak czasu, by myśleć o tej sprawie, chociaż zniknięcie najpierw samego doktora, a potem jego teczki wydało się komisarzowi rzeczą niezwykłą. Postanowił, że wróci do niej, kiedy upora się ze sprawą profesora Blastuli, tym bardziej że na dole już czekał samochód, który miał go zawieźć na lotnisko wojskowe.

Rozdział 6

w którym nadkomisarz Puchacz odbywa podróż helikopterem do Gacek Małych

Była noc. W helikopterze panował tępy hałas. Nadkomisarz nałożył słuchawki i włączył swoją ulubioną Suitę na wiolonczelę solo nr 3 C-dur J. S. Bacha.9 Następnie wyjął z neseseru teczkę z materiałami dotyczącymi profesora Blastuli. Znajdowały się w niej informacje na temat uczonego, wiele zdjęć przedstawiających dosyć przystojnego, szpakowatego mężczyznę w średnim wieku z łagodnym spojrzeniem krótkowidza, oraz odbitki z niektórych jego publikacji. Helikopterem rzucało, hałas przeciskał się przez słuchawki, ale uwagę nadkomisarza zwróciły intrygujące tytuły artykułów napisanych przez profesora. Wszystkie poświęcone były rozmnażaniu się dinozaurów. Autor przedstawiał niezwykle ciekawe przypadki i na podstawie wnikliwych badań stawiał śmiałe hipotezy. Na przykład jeden z artykułów w „Rocznikach Paleontologicznych” dotyczył tajemniczej narośli chrzęstnej pokrywającej na całej długości organ rozrodczy osobnika męskiego drapieżnego dinozaura Stratophallus Rex. W dodatku u nasady tego organu znajdowały się najprawdopodobniej pióra tworzące rodzaj korony (stąd nazwa gatunkowa). Według profesora Blastuli przeznaczeniem tych dziwnych narośli było jedynie sprawienie większej przyjemności samicy w czasie kopulacji. Z kolei w „Studiach Paleontologicznych” opisane były haczykowate wypustki na przednich łapach samca z gatunku roślinożernego Captustephallus Pic, które zdaniem profesora służyły do przytrzymywania samicy w czasie aktu płciowego i nie pozwalały jej uciec (samica była dwa razy większa od samca). Natomiast w „Zeszytach Paleontologicznych” analizie naukowej poddane były podobne wypustki haczykowate na przednich łapach, jednakże nie samca, lecz samicy gatunku drapieżnego Heterophallus Sex. Z tego faktu profesor Blastula wyciągał wniosek, że Heterophallus był jedynym gatunkiem, którego osobniki kopulowały zwrócone przodem do siebie i to w pozycji wyprostowanej.

Ukołysany monotonnym hałasem i wibracjami, znużony suchym, naukowym językiem artykułów profesora Blastuli, nadkomisarz Puchacz nawet się nie spostrzegł, kiedy oczy same mu się zamknęły i zapadł w sen. Śniło mu się, że był samicą dinozaura Heterophallus Sex i daremnie starał się przytrzymać haczykowatymi wypustkami na łapach wymykającego mu się samca, który do złudzenia przypominał profesora Blastulę i też nosił okulary. Miał ponadto imponującą koronę z jaskrawoczerwonych piór u nasady… W pewnym momencie profesor przestał uciekać, zatrzymał się gwałtownie, obrócił się do Puchacza i mocno potrząsnął go za ramię, mówiąc:

– Panie komisarzu, proszę zapiąć pasy. Za chwilę lądujemy w Gackach…

Rozdział 7

w którym nadkomisarz Puchacz ląduje w Gackach Małych

Na boisku szkolnym płonęły trzy ogromne ogniska, rozpalone przez harcerzy. Pomiędzy ogniskami, oświetlając ziemię mocnymi reflektorami, wylądował helikopter z dobrze widocznym, odblaskowym napisem „Policja” na spodzie. Silnik ucichł. Drzwi się otwarły i wyskoczył z nich komisarz Puchacz. Natychmiast podbiegły do niego dwie hoże, nad wyraz dobrze zbudowane dziewczyny z kwiatami w ręku.

– Druhna Alina i druhna Halina witają druha komisarza w imieniu miejscowej drużyny ZHL, czyli Związku Harcerstwa Ludowego im. Konrada Mazowieckiego – zawołały rozchichotane dziewczęta, wręczając oniemiałemu Puchaczowi naręcza polnych, nieco już przywiędłych kwiatów i całując go z obu stron w policzki.

Z lekka zarumieniony komisarz wziął kwiaty, obrzucił spojrzeniem obie harcerki, zauważając, że są bliźniaczo podobne. Z pewną przyjemnością zwrócił także uwagę, iż ich kuse mundurki z trudem opinały nie dziewczęce, lecz zdecydowanie kobiece kształty. Zanim zdążył zebrać myśli, by coś powiedzieć, zza harcerek wyłonił się mężczyzna w kapeluszu z dużym rondem, którego Puchacz wziął za drużynowego.

– Witam druhny i witam druha – powiedział ciągle jeszcze oszołomiony.

– Starszy aspirant Jeremiasz Maria Gniazdko – przedstawił się mężczyzna w kapeluszu, salutując nonszalancko. – Jestem komendantem tutejszego posterunku. A to są przedstawicielki miejscowej ludności, prawdę mówiąc tej ładniejszej części – dodał i klepnął obie harcerki w pupy. – No, dziewczyny, do domu, nic tu już po was!

Harcerki wcale się nie obraziły, tylko znowu zachichotały i wpatrując się prowokacyjnie w oczy komisarza Puchacza powiedziały, jakby się drocząc:

– Ale my chcemy jeszcze zostać. Rzadko się zdarza taki ważny gość z Warszawy.

Puchacz dopiero teraz spostrzegł, że aspirant Gniazdko ma na głowie nie skautowski, lecz granatowy kapelusz kawalerii Stanów Zjednoczonych z dwiema srebrnymi, skrzyżowanym szablami na otoku. Poza tym ubrany był w dżinsy, kraciastą flanelową koszulę i skórzaną kamizelkę, do której przypięta była gwiazda szeryfa.

– No dobra – zgodził się Gniazdko. – Jak chcecie jeszcze zostać, to weźcie bagaże pana komisarza i zanieście do samochodu.

Dziewczyny, chichocząc i rzucając zalotne spojrzenia na Puchacza, wskoczyły do helikoptera. Gniazdko wziął komisarza dość poufale pod rękę i zaczął prowadzić w stronę niewidocznego samochodu. Nagle w drzwiczkach helikoptera stanęła Alina z pilotem i zawołała:

– Panie komendancie, czy możemy 15 minut polatać nad wsią? Pan pilot mówi, że nam pokaże akrobacje.

Gniazdko tylko machnął ręką i drzwi maszyny zatrzasnęły się, po czym silnik zahuczał, a śmigło zaczęło się kręcić wzbijając chmurę pyłu.

– A mój bagaż!? – zawołał, przekrzykując hałas, kompletnie zdezorientowany komisarz.

– Niech pan się nie przejmuje: dziewczyny przyniosą na posterunek, jak tylko się wylatają. Pierwszy raz widzą helikopter z bliska, dlatego są takie podniecone – wyjaśnił flegmatyczne Gniazdko. – Zapali pan? Oryginalne amerykańskie – zaproponował, podsuwając komisarzowi paczkę papierosów …10.

– Nie palę – rzekł sucho Puchacz i ze zdziwieniem zauważył, że przebijają się przez tłum wiwatujących na jego cześć mieszkańców. – Panie aspirancie – zwrócił się służbowym tonem do swojego towarzysza. – Czy nie otrzymał pan wyraźnego polecenia, by zorganizować lądowisko poza wsią tak, aby moje przybycie odbyło się w ścisłej tajemnicy? Miałem pojawić się tu zupełnie incognito!

– Taak? – zdziwił się szczerze aspirant, puszczając dym nosem. – Rzeczywiście, przyszedł szyfrofaks, ale kompletnie nieczytelny. Taki mamy sprzęt. Myślałem, że chodzi o zorganizowanie spontanicznego powitania pana komisarza przez miejscowych mieszkańców. To może gumę? – zmienił temat, podsuwając komisarzowi pod nos paczkę. – Oryginalna amerykańska balonówa!

– Dziękuję, nie żuję – odparł Puchacz i w tym momencie stanęli przed samochodem. Mimo mroku, komisarz spostrzegł, że był to oliwkowo-zielony pojazd terenowy, który na masce miał wymalowaną dużą białą gwiazdę w białym okręgu, a na drzwiczkach kierowcy był ręcznie wykonany napis „Sherif”. Wsiedli do środka, komendant włączył zapłon i syrenę oraz niebieskiego koguta na dachu. Puchacz zdążył tylko zauważyć, że samochód wyklejony był w środku zdjęciami bohaterów z westernów, kiedy Gniazdko ruszył z rykiem silnika, zrobił brawurowy zakręt i zatrzymał się po przeciwnej stronie ulicy z piskiem hamulców.

– No, jesteśmy na miejscu – powiedział wesoło aspirant.

Rozdział 8

w którym nadkomisarz Puchacz trafia na posterunek

Komendant otworzył drzwi posterunku. Weszli do środka. Minęli małą poczekalnię, przeszli przez bramkę i znaleźli się w gabinecie komendanta. Stała tam wyprężona na baczność, ubrana w nienagannie czysty i odprasowany, regulaminowy mundur, drobna blondynka z gładko zaczesanymi i upiętymi w koński ogon włosami oraz błękitnymi oczami.

– Posterunkowa Ryszarda Szamborska – przedstawiła się policjantka, oblewając się delikatnym rumieńcem.

– Błękitna Rapsodia – zauważył ze śmiechem Gniazdko. – Bo na drugie ma Rapsodia – wyjaśnił zdziwionemu komisarzowi.

– Co, na drugie? – zapytał nadal zdziwiony Puchacz, patrząc na policjantkę, która zaczerwieniła się jeszcze bardziej. – A w ogóle – proszę spocząć, pani posterunkowa – dodał uprzejmie.

– Na drugie imię – powiedział Gniazdko.

– Naprawdę? A skąd takie imię? – spytał komisarz, zapominając na chwilę o zmęczeniu.

– Moi rodzice są muzykami – odrzekła cichym i delikatnym głosem policjantka. – Zawsze pragnęli, żebym została śpiewaczką operową.

– Ale nasza posterunkowa nie wyrosła, jak widać, na potężną babę z wielkim biustem – wtrącił Gniazdko.

Puchacz przyjrzał się uważniej policjantce i zauważył, że – istotnie – nie wyrosła na potężną babę, jednak mimo filigranowej sylwetki biust miała całkiem przyzwoicie zarysowany pod mundurem. Rapsodia pochwyciła jego spojrzenie i twarz jej już zupełnie spłonęła. Komisarz lekko się zmieszał i szybko zapytał:

– A czy pani gra na jakimś instrumencie?

– Na flecie! – ryknął rozbawiony aspirant.

Pani posterunkowa zaczerwieniła się po uszy i nerwowo przełknęła ślinę.

– Naprawdę? – zdumiał się komisarz. – Niesamowite: moja mama też grała na flecie, na flecie poprzecznym – dodał.

– Ale ja na prostym, altowym – cichutko wyjaśniła Rapsodia i, nie wiedzieć czemu, na jej twarzy pojawiły się sine cętki.

Zapadła chwila kłopotliwego milczenia. Gniazdko, szczerząc zęby w uśmiechu, zapalił kolejnego papierosa, wypuścił kółko dymu i zapytał:

– Chciałby pan coś zjeść albo wypić, komisarzu? Posterunkowa, zróbcie herbaty panu komisarzowi.

– Dziękuję – odparł Puchacz. – Jest już po północy i chętnie bym się położył. A jutro wcześnie możemy zacząć pracę.

– No to, posterunkowa, zaprowadźcie pana komisarza do naszego pokoju gościnnego – zarządził komendant.

– Ależ, panie aspirancie – powiedziała zmieszana Rapsodia. – Przecież sam pan kazał wynieść stamtąd łóżko.

– Ja? Dlaczego? – zdziwił się Gniazdko.

– Powiedział pan, że nie jest nam potrzebne – wyjaśniła Rapsodia i raptownie znowu oblała się rumieńcem.

– Racja – przyznał aspirant. – Potrzebowałem pomieszczenia na akcesoria służbowe.

– Służbowe? Przecież pan tam trzyma siodła i te inne swoje kowbojskie zabawki – sprostowała Rapsodia.

– No, dobrze – przerwał tę wymianę zdań komisarz. – Naprawdę chciałbym się gdzieś przespać. Czy jest tu jakiś hotel?

– Nie ma – wyjaśnił Gniazdko. – Ale coś się znajdzie na dzisiejszą noc. Niech pan pójdzie ze mną, panie komisarzu, a wy, posterunkowa, zgaście światła i zamknijcie posterunek.

Ponownie wsiedli do samochodu i ruszyli z piskiem opon i wyciem syreny. Po chwili zatrzymali się przed jasno oświetlonym lokalem.

– „Chłopska Bruzda” – przeczytał Puchacz gorejący neon. – Czy to jakiś zajazd?

– No, w każdym razie tu mają zawsze wolne łóżka. I tu się pan prześpi, a jutro znajdziemy coś lepszego – mruknął aspirant.

Rozdział 9

w którym nadkomisarz Puchacz trafia do „Chłopskiej Bruzdy”

Wewnątrz panował dyskretny półmrok, rozświetlany przez lampy, stylizowane na naftowe. Sala była duża, pod ścianami stało kilka cepeliowskich stolików przykrytych haftowanymi obrusami lub koronkowymi serwetami, przy nich drewniane zydelki i ławy z wyszywanymi poduchami. Na ścianach wisiały ludowe makatki i kilimy. Podłoga była z prostych sosnowych desek. W jednym kącie sali było podwyższenie, coś w rodzaju podium dla orkiestry. I rzeczywiście, znajdowała się tam mała kapela w składzie: skrzypce, basetla, ludowy instrument zwany pierdzielą i solista, który z lekka rapował. Obok orkiestry były schody prowadzące na pięterko. Przy stolikach siedziało kilka osób – sami mężczyźni pijący leniwie jakieś trunki lub palący papierosy. Po całej sali natomiast snuły się młode i ładne dziewczyny, ubrane w stroje ludowe. W zasadzie nie do końca ubrane: jeśli któraś miała na sobie haftowaną spódnicę, to nie miała do niej góry, a jeśli miała wyszywaną koszulkę, to nie miała spódnicy. Ale – jak zauważyło bystre oko komisarza – w takim przypadku miała na sobie stringi z koniakowskiej koronki.

– Niech pan tu sobie siądzie i zaczeka, komisarzu, a ja pogadam z szefową i zaraz znajdziemy panu jakiś pokój – odezwał się Gniazdko.

Puchacz usiadł i zaczął przyglądać się dziewczynom. Zauważył, że podchodziły do siedzących mężczyzn, zagadywały ich, niektóre siadały gościom na kolanach. Jedna, czy dwie wzięły swoich partnerów za ręce i zaprowadziły schodkami na górę. Nie upłynęła długa chwila, gdy do komisarza podeszła jedna z dziewczyn, miło się uśmiechnęła i wyciągnęła rękę. Puchacz zrozumiał, że jest to zaproszenie do tańca, wstał więc, ukłonił się szarmancko, wziął dziewczynę za rękę i zaprowadził na środek sali. Tam objął ją w talii i zaczęli tańczyć. Dziewczyna poddawała się jego ruchom, przytuliwszy się mocno do komisarza. Puchacz czuł pewne onieśmielenie, ponieważ dziewczyna nie miała nic na sobie od góry (oprócz sznura korali). Żeby pokryć zmieszanie, komisarz zaczął swobodną konwersację:

– Bardzo ładna z pani dziewczyna – zauważył.

Jego partnerka uśmiechnęła się, ale nic nie powiedziała.

– I świetnie pani tańczy – dodał. – Ja bardzo lubię tańczyć – wyjaśnił. – Kiedy byłem w Wyższej Szkole Policyjnej w Słupsku, należałem do zespołu pieśni i tańca „Niebieskie Ptaki”.

Dziewczyna uśmiechnęła się jeszcze szerzej, nadal milcząc.

– Czy pani jest stąd? – zagadnął Puchacz. – Jak pani na imię?

– Niczewo nie panimaju – odparła rezolutnie dziewczyna, cały czas miło się uśmiechając.

Zaskoczony tą wypowiedzą, komisarz usiłował przypomnieć sobie jakieś słowa po rosyjsku, którego to języka uczył się jeszcze w szkole podstawowej. Ale przypomniał sobie jedynie wyrażenie: „Job twoju mać!” i coś mu podpowiadało, że nie jest to najwłaściwszy tekst do wygłaszania w obecności młodej dziewczyny. Na szczęście w tym momencie obok wyrósł aspirant Gniazdko z jakąś kobietą w średnim wieku.

– Załatwione – powiedział, dość brutalnie odciągając partnerkę komisarza. – Pan pozwoli, komisarzu, że przedstawię: Arkadia Paradyz, właścicielka tego lokalu. A to pan komisarz Puchacz z Warszawy.

– Miło mi poznać – powiedziała uprzejmie pani Arkadia. – Mamy dla pana pokój na tę noc, panie komisarzu. Jest czysty, przyjemny, nawet z prysznicem. Chce pan spać sam, czy z Maszą? – zapytała, wskazując podbródkiem dziewczynę, z którą Puchacz tańczył.

– Zdecydowanie sam – powiedział stanowczo komisarz. – Ale dziękuję za troskę. Co z moim bagażem? – zapytał aspiranta.

– Zaraz doniesiemy – uspokoił go Gniazdko.

– Pan pozwoli, że zaprowadzę – zaoferowała się Arkadia, kierując komisarza w stronę schodków.

– To ja się już pożegnam – powiedział Gniazdko. – Dobranoc, panie komisarzu. Spotkamy się jutro na posterunku.

– Dobranoc – odpowiedział komisarz, podążając posłusznie za nową przewodniczką. – A co to właściwie za… – Zamilkł na chwilę, by znaleźć odpowiednie określenie. – Za nietypowy lokal? – zapytał.

– Działamy na zasadzie franczyzy – wyjaśniła Arkadia Paradyz. – To taka ogólnopolska sieć agencji. Wszystko musi być w stylu wiejskim. Nie tylko wystrój. Naszym dziewczynom nie wolno, między innymi, perfumować się ani malować paznokci. A najważniejsze, że usługi też muszą mieć charakter tradycyjnie wiejski.

– To znaczy, jaki? – nie rozumiał Puchacz.

– Mamy szeroki wachlarz usług, który zadowoli najbardziej wybrednego klienta – powiedziała z dumą Arkadia. – Na przykład: „ugniatanie kapusty”, „ubijanie masła”, „odciskanie sera”, „dojenie”, „wyczesywanie paździerzy”, „darcie pierza”, „kiszenie ogórka”, „malowanie jajek…” Warto dodać, że jeśli chodzi o tę ostatnią usługę, to stosujemy tylko naturalne, tradycyjne barwniki, absolutnie nietoksyczne i niealergizujące.

Komisarz chciał coś powiedzieć, lecz w tym momencie Arkadia otworzyła mu pokój. Urządzony w tym samym stylu co sala główna, miał jako podstawowe umeblowanie wielkie, malowane, drewniane łoże, przykryte haftowaną kapą i stosem poduch ułożonych w piramidkę. Na ścianach wisiały makatki o treści frywolnej, a nad łożem – na powale – znajdowało się ogromne lustro.

– To jedyny ukłon w stronę współczesności – wyjaśniła Arkadia. – Ale klienci to lubią, bo podwaja doznania. Tu będzie się panu dobrze spało. Jeśli ma pan jakieś życzenia, proszę dać znać. Jestem do rana na dole. Życzę dobrej nocy.

Rozdział 10

w którym nadkomisarz Puchacz spędza noc w „Chłopskiej Bruździe”

Puchacz został sam. Obejrzał pokój: Był czysty i schludny, a wykrochmalona pościel na łóżku przyjemnie szeleściła. Obok pokoju znajdowała się łazieneczka z kabiną prysznicową i ręcznikiem. Zmęczony komisarz szybko się rozebrał, wziął gorący prysznic, a ponieważ – mimo obietnic komendanta Gniazdka – wciąż nie miał swojego bagażu, westchnął i położył się nago do łóżka. Następnie zgasił światło i momentalnie zasnął ciężkim snem. Tym razem nie śnił mu się profesor Blastula ani dinozaury, lecz Masza, z którą wirował w tańcu, a ona śmiała się radośnie, obejmowała go mocno w pasie, opierała się o jego pierś swoim obfitym, lecz jędrnym biustem i szeptała mu czule do ucha:

– Niczewo nie panimaju.

Następnie wsunęła muz tyłu ręce do spodni i zaczęła przesuwać je niżej, aż złapała go za nagie pośladki. Komisarz zdał sobie sprawę, że dziewczyna jest pijana, bo oddech jej przesycony był alkoholem. Próbował protestować, ale Masza powiedziała, tym razem głośno, chrapliwie i po polsku:

– Lubię takie owłosione pupcie.

W tym momencie Puchacz obudził się i zdał sobie sprawę, że ktoś rzeczywiście obmacuje mu pośladki. Czuł też wyraźnie nieświeży oddech alkoholowo-papierosowy na twarzy. Komisarz momentalnie schwytał dłonie intruza i mocno je ścisnął.

– Lubię takie silne kobiety – odezwał się z uznaniem obcy mężczyzna, najwyraźniej kompletnie pijany.

Puchacz, trzymając jedną ręką dłonie napastnika, drugą zmacał wyłącznik lampy i włączył światło.

– Lubię przy świetle – bełkotał intruz, mrużąc jednak oczy, chwilowo oślepiony.

Puchacz nie tracił czasu. Zerwał się z łóżka, chwycił mężczyznę za kark, zaciągnął do drzwi, które były otwarte i wyrzucił z pokoju, obdarzając na pożegnanie silnym kopniakiem. Mężczyzna przeleciał kilka kroków, padł na dywan, po czym podniósł się z trudem i, zataczając się, skierował się w stronę schodów. Po chwili rozległ się łomot. Najwyraźniej nie udało mu się zejść po stopniach na dół. Puchacz chciał zamknąć drzwi na klucz, ale nie było go w zamku. Pomyślał, że mógłby zejść na dół i poprosić Arkadię o klucz, ale musiałby się w tym celu ubrać. Zrezygnowany, położył się więc znów do łóżka i w tym momencie spostrzegł, że coś trzyma w ręce. Był to jakiś wisiorek, który napastnik miał na szyi i urwał się, kiedy komisarz złapał go za kark. Puchacz przyjrzał się przedmiotowi. Czegoś takiego jeszcze nie widział: na zwykłym skórzanym rzemyku zawieszona była metalowa figurka przedstawiająca jakiegoś nagiego ludka z wzniesionymi rękami. Najwyraźniej był to mężczyzna, ale – co zaskakujące – miał z przodu osiem kobiecych piersi – w dwóch rzędach. Puchacz wzruszył ramionami, zgasił światło i próbował zasnąć, jednak tym razem sen nie przychodził. Przeżyta właśnie przygoda podniosła mu poziom adrenaliny. Komisarz daremnie próbował liczyć barany. Nagle za ścianą usłyszał jakiś głos, a właściwie głosy, w dodatku podniesione: dwa męskie i jeden żeński. Ściana była cienka, rozmówcy mówili głośno i szybko, jakby się kłócili. Puchacz przyłożył ucho do ściany i słyszał dość wyraźnie rozmowę, czy też kłótnię, jednak nie był w stanie zrozumieć, o co chodzi. Nieznani ludzie za ścianą rozmawiali w jakimś obcym języku i nie był to język rosyjski, chociaż dziewczyna zdawała się mówić z rosyjskim akcentem. Język ten brzmiał jakoś gardłowo i chrapliwie. Puchacz natężał słuch i zdawało mu się, że rozpoznaje jakby pojedyncze słowa: „Allach akbar”, „salem alejkum”, „al gazula”, a na koniec „kurwa mać” – powtórzone z trudem kilkakrotnie, jakby cudzoziemcy ćwiczyli to wyrażenie. Puchaczowi zdawało się też, że usłyszał słowo „Blastula”, ale nie był pewien. Na koniec dziewczyna powiedziała: „do swidania”, i zapadła cisza.

Puchacz przez pewien czas zastanawiał się nad tą dziwną rozmową, ale w końcu dał spokój. Postanowił zapytać o nią jutro Arkadię. Wreszcie, zmęczony, zasnął. Spał płytkim, nerwowym snem, bojąc się, że znowu jakiś pijany gość pomyli drzwi i zacznie go obmacywać. Dlatego tym razem nic mu się nie śniło. Zbudził się wcześnie rano i nie mogąc już spać, wstał, zrobił krótką gimnastykę, wziął zimny prysznic, ubrał się i zszedł na dół. Orkiestry już nie było, ani dziewczyn, ani klientów. W sali przesyconej dymem tytoniowym drzemał na zydlu smętny wykidajło, ubrany w strój góralski i wsparty na ciupadze. Puchacz zbudził go i zapytał o szefową, ale dowiedział się, że Arkadia poszła dawno do domu. Komisarz wyszedł więc na dwór, wciągnął głęboko w płuca świeże, rześkie, wiejskie powietrze i spokojnym spacerem udał się na posterunek.

Rozdział 11

w którym nadkomisarz Puchacz ponownie odwiedza miejscowy posterunek

Mimo wczesnej pory na posterunku krzątała się już Ryszarda Rapsodia. Porządkowała jakieś papiery, wycierała kurz z biurka, podlewała kwiatki. Puchacz, sam pedantycznie lubiący czystość i porządek, zauważył z przyjemnością, że pokój pani posterunkowej był wręcz przykładem idealnego ładu. Na półkach stały w równiutkim rządku segregatory, ustawione alfabetycznie, dalej książki fachowe. Na ścianie wisiało (na honorowym miejscu) godło, poniżej dwa obrazki (pejzaż i martwa natura), a na drugiej ścianie jakieś dyplomy. Na biurku nie leżał ani jeden papier; znajdował się tylko ekran komputera, dziurkacz, zszywacz, oraz przybornik z długopisami i kolorowymi markerami. Na oknie stało kilka kwiatów, najwyraźniej stanowiących przedmiot dumy pani posterunkowej. Bystre oko nadkomisarza dostrzegło jednak, że – mimo panującego ładu i czystości – wszystkie meble były stare i zużyte, a komputer należał raczej do klasy zabytków. Jeszcze gorzej przedstawiała się poczekalnia i dyżurka, przez które trzeba było przejść, by znaleźć się w pokoju Rapsodii. Tam jedynymi nowoczesnymi sprzętami były dwa automaty na napoje: na gorące i zimne.

– O, dzień dobry, panie komisarzu – Rapsodia powitała Puchacza miłym zdziwieniem. – Nie wiedziałam, że pan lubi tak wcześnie wstawać.

– Zwykle wstaję później, ale tam gdzie byłem, zupełnie nie mogłem się wyspać – wyjaśnił komisarz.

– To może ja zrobię kawy. Przyniosłam też kilka kanapek, bo przypuszczałam, że będzie pan bez śniadania.

– Proszę się nie fatygować z kawą – powiedział Puchacz. – Jest przecież automat.

– Ale ja zrobię panu prawdziwą kawę – rzekła Rapsodia i zanim Puchacz zdążył zaprotestować, wyjęła z szafy elektryczny ekspres i włączyła go do prądu. Następnie wyciągnęła z biurka serwetkę, położyła ją przed komisarzem na biurku, na serwetce postawiła talerz, a na nim położyła dwie solidne kanapki z szynką, serem żółtym, papryką i listkiem sałaty.

– Ho, ho, rozpieszcza mnie pani – zażartował komisarz. – No, to jest naprawdę znakomite – dodał, spróbowawszy jedzenia.

Po chwili była też kawa. Rapsodia zaoferowała mleczko, ale Puchacz wolał czarną.

– Proszę wybaczyć ciekawość, panie komisarzu – zagadnęła posterunkowa. – Ale gdzie pan spędził noc, jeśli nie mógł się wyspać?

– W „Chłopskiej Bruździe” – odpowiedział nadkomisarz i nagle się jakby zmieszał.

– Gdzie?! – Rapsodia zrobiła zupełnie okrągłe oczy. – No, to rozumiem, że się pan nie wyspał – dodała z pewnym sarkazmem, po czym zapytała z dezaprobatą:

– To pan komendant tam pana zaprowadził?

– No przecież nie ja sam – rzekł lekko zniecierpliwiony Puchacz.

– Proszę mi wybaczyć. – Rapsodia swoim zwyczajem znowu się zarumieniła. – Ja znam ten lokal bardzo dobrze. Pan komendant często wysyła mnie tam na kontrole…

W tym momencie zarumieniła się jeszcze bardziej.

– Po każdej kontroli piszę na życzenie pana komendanta szczegółowe raporty. Mogłabym pokazać, ale pan aspirant trzyma je wszystkie u siebie w gabinecie.

– Mniejsza z tym – przerwał jej Puchacz. Zamyślił się chwilę i zapytał innym tonem: – Jak to się stało, że trafiła pani do policji?

– Zrobiłam na przekór rodzicom. Jak już wspomniałam, oboje są muzykami i chcieli, żebym poszła w ich ślady. Dlatego nazwali mnie…

– Rapsodia? – domyślił się Puchacz.

– Nie, Ryszarda. To na cześć Wagnera, którego ojciec ubóstwia. Rapsodia mam na drugie. To z kolei pomysł mamy. Bardzo lubi Gershwina.

– I miała pani zostać primadonną?

– Tak, rodzice posłali mnie do liceum muzycznego. Ale okazało się, że głos mam za słaby na karierę śpiewaczki. W ogóle nie mam specjalnych talentów muzycznych, chociaż kocham muzykę i nie wyobrażam sobie bez niej życia…

– To tak jak ja – wtrącił komisarz.

– Nie chciałam, żeby rodzice decydowali o moim życiu. Postanowiłam im udowodnić, że jestem samodzielną i twardą kobietą. Dlatego zaraz po maturze zdałam do Akademii Policyjnej.

– Widzę, że skończyła ją pani z pierwszą lokatą – zauważył Puchacz, oglądając dyplomy wiszące na ścianie.

– Zawsze staram się wszystko robić jak najlepiej – powiedziała dość nieśmiało Rapsodia i znowu zaczerwieniła się.

– O, tak – stwierdził komisarz. – Tu są też dyplomy za udział w mistrzostwach szachowych amatorów, za udział w turnieju wiedzy o literaturze iberoamerykańskiej.

– Czytam ją w oryginale – szepnęła Rapsodia.

– Zna pani hiszpański?

– Tak. I jeszcze angielski, niemiecki, francuski i japoński.

– Japoński?

– Interesuję się trochę kulturą tego