Wydawca: Amber Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 144 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jak wychować sobie rodziców - Pete Johnson

Dwunastoletni Louis ma dość fatalnych nawyków, jakich nabrali jego rodzice. Obchodzi ich tylko to, jak zachowuje się w szkole (nie za dobrze) i na jakie zajęcia uczęszcza po szkole (na żadne!).
Czy można coś z tym zarobić? Oczywiście! Wszystkim rodzicom przyda się trochę dyscypliny. A Louis poznał niezawodny sposób, jak ich sobie wychować...

Opinie o ebooku Jak wychować sobie rodziców - Pete Johnson

Fragment ebooka Jak wychować sobie rodziców - Pete Johnson

Redakcja stylistyczna

Beata Słama

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Ilustracje na okładce

Alexander von Knorre (© 2010 arsEdition GmbH)

Tytuł oryginału

How to Train Your Parents

Copyright © Pete Johnson, 2003.

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2014 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5280-3

Warszawa 2014. Wydanie III

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja

Z

Powitanie w Kujonowie

Poniedziałek, 7 stycznia

Chyba trafiłem w jakieś dziwne miejsce.

Pierwszego dnia w nowej szkole byłem na spotkaniu u tego, przeżartego przez mole starego pryka, który twierdzi, że jest dyrektorem. Ma ze sto osiem lat, jedną wielką brew, a gdy mówi, strasznie pluje. Kiedy wyszedł, musiałem wytrzeć twarz. Przemokłem na wylot.

Powtórzył mi cztery razy, jak wielkie szczęście mnie spotkało, że znalazłem się w jego szkole. W dodatku bez przerwy przekręcał moje imię. Nazywam się Louis, wymawia się „Luii”, a nie, tak jak to robi dyrektor, „Lułys”. Ale nic nie powiedziałem. Trochę się bałem tej wielkiej brwi.

Potem poznałem wychowawcę, pana Robakowskiego, który wyglądał jak mokry szczur. Wyraził nadzieję, że zasłużę się dla szkoły, ale miał minę, jakby już teraz w to wątpił.

A na koniec przedstawił mnie klasie. Wszyscy wlepili we mnie oczy i zobaczyli jakiegoś dziwoląga z głową jak cebula i sterczącymi ciemnymi włosami. Natychmiast się zdenerwowałem. A zawsze kiedy się denerwuję, zaczynam mówić z australijskim akcentem. Więc powiedziałem im „Się macie frajerzy”. Gapili się na mnie w milczeniu.

Usiadłem obok chłopca o imieniu Theo. Spotkałem go już wcześniej, tego dnia, kiedy się wprowadziliśmy. Mieszka w dużym domu na końcu mojej ulicy.

Zapytał, czy naprawdę jestem Australijczykiem.

– Tylko do obiadu – odpowiedziałem. Na jego twarzy nie pojawił się nawet cień uśmiechu.

Od razu zauważyłem, że w klasie nie ma żadnych dziewczyn (jestem niezłym obserwatorem). Wprawdzie dziewczyny okropnie mnie irytują, ale kiedy nie ma ich w pobliżu, czegoś mi brakuje. W dodatku jest tu tylko dwudziestu uczniów, a to o wiele za mało. (W mojej starej budzie było nas prawie dwa razy tyle).

Zaczęło się od angielskiego. Nauczyciel oddawał prace z zeszłego semestru, a w klasie zapanowało niewyobrażalne napięcie. Można by pomyśleć, że czekają na wyniki totolotka.

W czasie przerwy zadzwoniła komórka Thea. Nie uwierzycie, ale to był jego tata. Chciał się dowiedzieć, jak wypadła jego praca. A on akurat dostał najlepszą ocenę w klasie, szóstkę z minusem.

– Ta wiadomość wywoła uśmiech na twarzy mojego taty – oznajmił dumnie.

Gdyby mój tata zadzwonił do mnie do szkoły, nie uśmiechałby się długo, gwarantuję.

Po lekcjach Theo spieszył się na lekcję gry na waltorni. Chyba wszyscy moi nowi koledzy rozbiegli się na jakieś straszliwe zajęcia pozalekcyjne.

Czyżbym wylądował w Kujonowie, drogi pamiętniku?

Wtorek, 8 stycznia

Zalety przeniesienia się tutaj

1. W moim nowym pokoju nie ma tego śmiesznego serowego smrodku, który unosił się w moim ostatnim pokoju. To dlatego, że nie muszę już mieszkać z niechlujnym mazgajowatym smarkaczem o imieniu Elliot.

2. I to by było na tyle.

Wady przeniesienia się tutaj

1. Nikt nie zapytał mnie o zdanie. W listopadzie starzy po prostu ogłosili, że przeprowadzamy się bliżej Londynu, bo „ta nowa propozycja pracy spadła tacie prosto z nieba”.

– To życiowa szansa – oświadczył. – I jeszcze w moim wieku… – dodał, chyba jako dowcip. I już. Nawet nie zawracał sobie głowy pytaniem, czy odpowiada mi nagła przeprowadzka setki kilometrów od domu.

2. W starym domu spędziłem całe moje życie (bite dwanaście lat) i naprawdę nie chciałem wyjeżdżać.

3. Okropnie było zostawić wszystkich starych kumpli.

4. Każdy dzień w mojej nowej szkole trwa trzy wieki.

5. Śmianie się jest tutaj prawnie zakazane.

6. Wylądowałem w tej szkole tylko dlatego, że nowy szef taty koleguje się z kimś z rady szkoły. Rodzice nie wiedzą, że słyszałem, jak to mówili.

7. Czuję się samotny jak pies.

8. Nie wymieniam dalej, żeby się nie dobijać.

Środa, 9 stycznia

Nasi sąsiedzi są do niczego. Dzisiaj po szkole chciałem sobie trochę pokopać piłkę w ogrodzie za domem, ale zadzwoniła jakaś sąsiadka, żeby poskarżyć się na hałas. Powiedziała, że przeze mnie jej Olympia nie może się skoncentrować na swoich zajęciach.

Olympia ma pięć lat!

Czwartek, 10 stycznia

Theo to sztywniak i maminsynek.

Zawsze wygląda tak, jakby jego rodzice właśnie go wyprali i wyprasowali. I wiem, że nie może na to nic poradzić. A do tego bez przerwy mówi cichym głosem, ze śmiertelną powagą i nie ma za grosz poczucia humoru (to znaczy, że nigdy nie śmieje się z moich dowcipów).

Niektórzy koledzy są w porządku. Ale wszyscy są tacy jacyś zestresowani i przytłumieni. Tak, jakby szkoła wyssała z nich wszelką chęć do zabawy. No, niech tylko nie próbuje robić tego ze mną!

Piątek, 11 stycznia

Dzisiaj odebrałem moją pierwszą pracę z matematyki. W tej samej sekundzie Theo już nachylił mi się do ucha.

– I jak, co dostałeś? – spytał, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie.

Dostałem tróję, czyli nic nadzwyczajnego, i tak właśnie odpowiedziałem Theo. A on nie mógł powstrzymać się od uśmieszku.

Później zauważyłem, że zapisuje sobie moją ocenę z tyłu książki.

– Po co ci to? – zapytałem.

– Moja mama była strasznie ciekawa – odparł, czerwieniąc się po uszy.

Myślę, że jego mama powinna dowiedzieć się nieco więcej.

W gruncie rzeczy trójka całkiem mnie satysfakcjonuje. W starej szkole też nie dostawałem specjalnie wysokich ocen. Myślę, że radzę sobie dość przeciętnie z większością przedmiotów. Może nieco powyżej średniej z angielskiego (chociaż moja ortografia jest tragiczna), a poniżej z tak wrednych przedmiotów jak francuski czy fizyka. Aż do tej pory rodzice raczej akceptowali moje szkolne świadectwa, a nauczyciele zwykle twierdzili, że jestem trochę zbyt pyskaty, ale mimo wszystko chyba mnie lubili.

Zresztą nieszczególnie mnie to obchodzi, bo szkoła nie ma absolutnie nic wspólnego z moją przyszłą karierą. Bo widzicie, chcę zostać komikiem. Nie śmiejcie się. No dobra, możecie, jeśli macie ochotę… Tak naprawdę jest tylko jedna rzecz na świecie, którą potrafię robić rzeczywiście dobrze, a ta rzecz to rozśmieszanie ludzi.

Jeszcze zanim skończyłem dwa lata, bawiłem moją nianię i ciotki. Śpiewałem głupie piosenki, a potem, kiedy już trochę podrosłem, opowiadałem głupie dowcipy i małpowałem postacie z telewizji. Moja niania płakała ze śmiechu i mówiła, że jestem „małym chochlikiem”. A mama przysięgała, że nie wie, po kim ja to mam. Pękałem z dumy i radości.

Także w szkole to zawsze ja wyskakiwałem z różnymi tekstami tylko po to, żeby ożywić lekcję. Zresztą, kiedy robiło się nudno, koledzy sami zaczynali spoglądać w moją stronę, czekając, aż coś wymyślę.

Wreszcie, w zeszłym roku odbył się pokaz dziecięcych talentów. Dwudziestu trzech uczestników, a zwycięzcą… ZOSTAŁEM JA. Mam dowody – dyplom wisi na ścianie w sypialni.

Tak naprawdę, to wychodząc na scenę po raz pierwszy, omal nie umarłem ze strachu. Serce przestało mi bić, spociłem się jak mysz… i oczywiście zacząłem zasuwać z australijskim akcentem.

Do tej pory nie wiem, czy publiczność śmiała się ze mnie czy z tego koszmarnego bełkotu. Ale w każdym razie się śmiała, a ja nagle poczułem, jak coś we mnie wskakuje na właściwe miejsce. W tej samej sekundzie strach minął. Mógłbym zostać na scenie o wiele dłużej. Po prostu nie umiem opisać, jak mnie to odurzyło. To były najlepsze chwile w moim życiu.

Sobota, 12 stycznia

Dziś wieczorem moja rodzina została zaproszona na spacer w górę ulicy i wizytę w posiadłości Thea.

Drzwi otworzył jego tata.

– Witajcie na pokładzie! – wykrzyknął. Był łysy jak kula bilardowa i wyjątkowo potężnie zbudowany. Miażdżył mi rękę przez jakieś dwa lata.

– Dzień dobry, panie Guerney – pisnąłem, ale on energicznie potrząsnął głową.

– Tylko bez ceregieli! – zagrzmiał. – Jestem Mike, a to Prue.

Prue (mama Thea) krzątała się, okropnie brzęcząc (pewnie z powodu tych wszystkich bransoletek, które miała na rękach). Powiedziała, że razem z Mikiem przyszykowali tony jedzenia i że wszyscy musimy naprawdę „ostro wsuwać”, po czym podała nam talerzyki wielkości szkieł kontaktowych.

Po kolacji niespodziewanie zaczął się kabaret. Theo zagrał coś na fortepianie (przedtem zerknął na mnie i trochę się zarumienił), a potem Mike i Prue zaczęli nam opowiadać o jego licznych muzycznych osiągnięciach. Następnie przeszli do sukcesów na wielu innych polach. Ale wtedy ziewałem już zbyt głośno, żeby cokolwiek usłyszeć.

Na koniec przyszła kolej na siostrę Thea, Libby. Ma tylko sześć lat, tyle co Elliot (jak szepnęła później mama do taty), ale potrafi wyrecytować z pamięci imiona wszystkich władców Anglii od roku 1066 do dzisiaj.

– Ale jak udało im się tego wszystkiego dokonać w tak młodym wieku? – spytała na koniec mama.

– Oboje mają mózgi jak gąbki! – wykrzyknął Mike – i bez przerwy wchłaniają wiedzę, ale też… – zerknął na Prue.

Prue poprowadziła nas do kuchni. Na ścianie wisiała tabelka ze wszystkimi zajęciami pozaszkolnymi Thea i Libby. Muzyka, kółko plastyczne, szachy i inne, równie koszmarne rzeczy.

– Z trudem za tym wszystkim nadążam – stwierdziła Prue. – Nie jest mi łatwo pamiętać, gdzie powinnam być i z jakim sprzętem. Ale zrobimy wszystko, żeby nasze dzieci nie zmarnowały ani minuty.

Mama i tata patrzyli oszołomieni na rozpiskę. Wtedy Elliot pisnął, że napisał dzisiaj opowiadanie.

– Och, koniecznie musisz nam je przeczytać – zaszczebiotała Prue.

– Jest o człowieku, który zjadał gluty.

Kątem oka zauważyłem, że mama ze wszystkich sił powstrzymuje się od śmiechu. Po chwili wszyscy chwiejnym krokiem ruszyliśmy do domu. I mam nadzieję, że już tam więcej nie pójdziemy.

Niedziela, 13 stycznia

Najgorsza wada mojego taty

Nie ma za grosz poczucia rytmu. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby tata pomimo swojego wieku, nie chciał tańczyć na wszystkich przyjęciach i weselach. Co gorsza, kiedyś w sklepie z płytami zaczął nawet udawać, że miota się z gitarą. Z głośników leciał właśnie jakiś zestaw hitów z siedemnastego wieku, które tata dobrze znał. Więc wygłupiał się jak wariat, nie zwracając uwagi na to, że ja stoję obok. Później powiedział, że kiedy był nastolatkiem, przez kilka tygodni grał w jakimś zespole. Dziwne. Bardzo dziwne.

Najgorsza wada mojej mamy

Bywają takie chwile, kiedy naprawdę się wkurza. Niestety nigdy nie wiadomo, kiedy akurat taka chwila przyjdzie. Ostatnio na przykład kryzys nastąpił w momencie, kiedy właśnie niewinnie przymierzałem się do oglądania telewizji. Mama nagle wparowała do pokoju i stanęła przed ekranem.

– Nie zamierzasz oglądać tych głupot, prawda? – zaczęła zrzędzić. – Na pewno masz coś lepszego do roboty.

Ględziła tak przez kilkanaście minut. Ale ja wytrzymałem to cierpliwie, więc po chwili przestała i znowu mogłem się z niezmąconym spokojem usadzić przed telewizorem.

Wnioski

Po wieczorze spędzonym na obserwowaniu żałosnego zachowania Mike’a i Prue muszę przyznać, że moi rodzice nie są wcale tacy źli.

To znaczy, Mike i Prue ani na sekundę nie schodzą dzieciom z oczu. A wyobrażasz sobie ich towarzystwo godzinę po godzinie, dzień w dzień? Nie, drogi pamiętniku, nawet nie próbuj o tym myśleć. Jeszcze będziesz miał koszmary.

Poniedziałek, 14 stycznia

Zafundowałem mamie dziwaczny batonik z owoców i czekolady z orzechami (jej ulubiony). Akurat dzisiaj jest na nie promocja, więc skorzystałem i kupiłem. Mamę kompletnie zatkało i zanim zdążyłem zareagować, już wycisnęła mi na policzku wielkiego mokrego całusa. Ten jeden jedyny raz pozwoliłem mamie zaszaleć i nawet lekko ją uścisnąłem.

Tata po powrocie do domu zapytał, czy już się nauczyłem dat panowania wszystkich władców Anglii od roku 1066 do dzisiaj. Powiedział to śmiertelnie poważnym głosem i dopiero kiedy zauważyłem ten leciutki błysk w jego oku, zrozumiałem, że żartuje.

– Już się wystraszyłem… – jęknąłem, a wtedy tata wybuchnął śmiechem.

Wtorek, 15 stycznia

Pan Robakowski kazał mi zostać po apelu i oświadczył, że mój wygląd jest „haniebny”. Potem przeszedł do szczegółów, zaczynając od węzła na krawacie (który okazał się za mały). A ja pomyślałem, że właśnie słucham porad z zakresu elegancji, których udziela mi człowiek noszący spodnie po pachy. Co za szczęście, że umiem patrzeć na świat od śmiesznej strony.

– Bardzo dziękuję, mistrzu – odparłem, kiedy już skończył.

Większość z moich dawnych nauczycieli chociażby się uśmiechnęła. Ale nie Robakowski. On tylko nadął się jak ropucha.

– Do tej pory byliśmy wobec ciebie bardzo cierpliwi – ogłosił. – Ale teraz nasza cierpliwość się wyczerpała (to ostatnie słowo powiedział naprawdę zmęczonym głosem).

Coś mi się zdaje, że on chyba za mną nie przepada!

Środa, 16 stycznia

Ta sąsiadka, pani Reece, znowu przyszła, żeby się na mnie poskarżyć. Tym razem z powodu mojego głośnego chrząknięcia lub czegoś równie idiotycznego. Mówię ci, drogi pamiętniku, nasz nowy dom jest po prostu otoczony przez zrzędy – i większość z nich zrzędzi na mój temat.

Mama starała się być miła i nalała jej filiżankę herbaty. Pani Reece usiadła w kuchni, wzdychając, jak okropnie jest zajęta, bo bez przerwy musi wozić Olympię na lekcje muzyki, na zajęcia kółka plastycznego i na basen.

– Ale i tak, ile byś nie robiła, i tak czujesz, że mogłabyś więcej, prawda? – spytała retorycznie. A potem wróciła do wzdychania.

Wymknąłem się na górę i popracowałem nad scenkami z Robakowskim – możesz to nazwać moją małą zemstą. Zajęło mi trochę czasu, zanim nauczyłem się naśladować jego głos, ale teraz udaje mi się to doskonale. A skoro ja tak mówię, to znaczy, że scenki są bez pudła.

Czwartek, 17 stycznia

Dzisiaj skończyłem dekorować pokój. Każda ściana jest teraz obwieszona zdjęciami genialnych postaci komediowych. To właśnie takie osobiste rzeczy sprawiają, że czujesz się jak w domu, prawda? Kiedy przekraczam próg mojego pokoju, wchodzę w prywatny świat humoru.

Piątek, 18 stycznia

Mała katastrofa na zebraniu.

Dyrektor wygłosił długą tyradę na temat hałasu, jaki robimy na korytarzach, kiedy przechodzimy z sali do sali! Ględził tak w nieskończoność na temat decybeli, aż wreszcie nie wytrzymałem i nachyliłem się do Thea.

– Moja noga poszła spać i chciałbym do niej dołączyć – szepnąłem.

Ku mojemu zdumieniu Theo głośno się roześmiał. Tylko że to przypominało bardziej skowyt. On sam też był zaskoczony i natychmiast zrobił się czerwony jak cegła.

Wreszcie udało mi się zmusić Thea do śmiechu. I byłbym tym naprawdę zachwycony, gdyby nie fakt, że dyrektor nagle zamilkł i łypnął w moją stronę. Potem wycelował we mnie długi pomarszczony palec. Widać sądził, że to ja wydałem z siebie ten dziwaczny jęk. Ale raczej nie mogłem mu wszystkiego wyjaśnić, prawda? Więc kazał mi zaczekać za drzwiami komnaty grozy.

Po zebraniu zafundował mi długi wykład na temat tego, jak fatalnie rozpocząłem naukę w szkole szczycącej się tak wysokim poziomem. Nie przestając mówić, zbliżył do mnie swoją obrzydliwą gębę i zmoczył mnie od stóp do głów. W dodatku miał okropny oddech. Chciałem go poprosić, żeby się odsunął, zanim rozpuści mi twarz. Naprawdę, z takim oddechem nie powinno się być dyrektorem. Jestem pewien, że to wbrew przepisom BHP.

– Będę cię miał na oku – wyskrzeczał, kiedy w końcu pokuśtykałem do wyjścia.

Nic mnie to nie obchodzi, o ile tylko na mnie nie zieje.

Sobota, 19 stycznia

18.30

Zombie idą… do naszego domu. Albo zaraz wyruszą. Mike i Prue (plus Libby i Theo) mogą się zjawić w każdej chwili. Mama powiedziała, że nie ma wyboru, bo byłoby bardzo niegrzecznie nie zaprosić ich na rewizytę.

Rodzice spędzili prawie cały dzień na przygotowaniach. Mama właśnie przebrała się w ten nowy, błyszczący, niebieski top, który tata ostatnio jej kupił.

– Hej, mamo, ale się wystroiłaś – powiedziałem.

Potrafię być naprawdę czarujący, kiedy chcę.

Właśnie zadzwonili. Nadciąga potworna rodzinka. Niebawem pełny raport.

22.15

Czy