Jak weszłam w NLP, hipnozę, coaching - Magdalena Szczecina - ebook

Jak weszłam w NLP, hipnozę, coaching ebook

Magdalena Szczecina

3,0
20,00 zł

lub
Opis

Wierzysz w potęgę podświadomości i niezwykłe zdolności swojego umysłu?

„Na (…) szkoleniu było dużo NLP i jeszcze więcej hipnozy. Prowadzący wprowadzał nas w trans, sugerując naszej podświadomości, aby zarabiała dla nas pieniądze. Nie widziałam w tym zagrożenia. Jednak prawda kazała się zupełnie inna. Na mnie hipnoza podziałała bardzo negatywnie. Po wyjściu z transu byłam  niesmaczona. Zdałam sobie sprawę, że istnieje inny świat niż ten, w którym żyję.”

Autorka

W książce autorka szczerze i otwarcie opowiada o swoim życiu. Było w nim miejsce dla fascynacji odświadomością, jak neurolingwistyczne programowanie (NLP) czy coaching, ezoteryzmu, magii, kart tarota, talizmanów. Jedyne, czego zabrakło w jej życiu, to żywa wiara w Boga. W pewnym momencie w życiu Magdy zawiązuje się węzeł, którego ona sama nie jest już w stanie rozwiązać. W swej bezradności zanosi się od płaczu. Natomiast szatan coraz bardziej się spieszy…

 

Magdalena Szczecina

– katoliczka, szczęśliwa żona, mama dwójki dzieci, związana ze wspólnotą III Zakonu Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel w Przemyślu. Zaangażowana w działania pro-life. Życiowe motto: „Szkaplerz noś, na różańcu proś”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 163

Oceny
3,0 (1 ocena)
0
0
1
0
0



Jak weszłam w NLP, hipnozę, coaching

Magdalena Szczecina

Wydawnictwo Monumen

Warszawa 2017

Opracowanie redakcyjne Monumen Sp. z o.o.

Projekt okładki Piotr Karczewski

Zdjęcia Ręka z planetą – Sergey Nivens – fotolia.com Neurony – ColiN00B – pixabay.com

Skład wersji elektronicznej Bartek Maciejewski

Korekta Justyna Sałata

Copyright© 2017 by Wydawnictwo Monumen All rights reserved

ISBN ePub 978-83-65624-46-8 ISBN Mobi 978-83-65624-47-5

Wydawnictwo Monumen os. Przemysława 16A/6 61-064 Poznańwww.miesiecznikegzorcysta.pl

Zamówienia Księgarnia ludzi wolnych tel. 22 266 80 [email protected]

Kochanym Rodzicom z Miłością Chrystusową, bo tylko ona jest najpewniejsza

Wstęp

Pewnego razu żyła sobie dziewczynka, która bardzo chciała poznać Boga. O Jego istnieniu dowiedziała się od swojej mamy.

 

Dzięki mamie, która wieczorami czytała dzieciom Biblię, mogła wyobrazić sobie Boga, aniołów i całe piękno, jakie zostało stworzone. Była dzieckiem niewinnym jak każde inne dziecko. Często rozmawiała z Panem.

Bóg nigdy nie przemówił do niej wyraźnym słowem, ale zawsze dawał jej znać, że słucha uważnie. To jej wystarczało. Bo tak naprawdę wystarczała jej obecność Boga. Wtedy niczego innego już nie potrzebowała.

Do czasu.

Kiedy zaczęła dorastać, poczęła wkraczać w zupełnie inny świat. Boża obecność zaczęła być zakłócana szczególnie podczas Mszy Świętej. Dopiero po latach dowiedziała się, że to Szatan zaczął ją dręczyć. Ale do dzisiaj nie wie, dlaczego właśnie ją, a nie kogoś innego.

Również dorośli zaczęli zakłócać jej Boży spokój. Nie miała nikogo, do kogo mogłaby się zwrócić o pomoc, radę. Jak najdłużej próbowała utrzymywać relacje z Panem. Bóg nigdy nie dał za wygraną. Zawsze ją wołał.

Zawsze.

Nigdy z niej nie zrezygnował.

Nigdy.

Bóg wołał ją, a ona słyszała to wołanie. Udawała się wtedy do kościoła na Mszę Świętą, bo po prostu chciała z Nim być. Chodziła na Mszę nawet w tygodniu. Nie czekała do niedzieli.

Pewnego dnia, kiedy wróciła z sobotniej Mszy Świętej do domu, usłyszała:

– Gdzie byłaś?

– W kościele na Mszy.

– Po co?

Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Wstydziła się powiedzieć prawdę, że potrzebowała nasycić się Panem, pobyć z nim, przytulić się. Dorośli jej nie rozumieli, wyśmiewali ją. Szybko skłamała:

– Bo taką miałam pokutę.

– To musiałaś mocno nagrzeszyć, skoro aż taką pokutę dostałaś.

Nic nie odpowiedziała, ale trochę przestraszyła się tych słów. Bo czy trzeba iść do kościoła tylko wtedy, kiedy się nagrzeszyło? Od tamtej pory jej relacja z Bogiem zaczęła ulegać zmianie. Często pytała Go, jak ma się Jego miłość, którą ona czuje, do tego, co mówią dorośli, strasząc ją, że jak nie będzie grzeczna, to pójdzie do piekła. Nie wytrzymywała napięcia i wydawało jej się, że Bóg nic z tym nie robi.

Odkąd Szatan zaczął ją dręczyć, Pan pokierował ją w stronę Diakonii Muzycznej kierowanej przez duszpasterza młodzieży.

To był dla niej wspaniały czas. Cotygodniowe spotkania modlitewne i częste wyjazdy połączone z muzyką dodawały jej skrzydeł. Wszystko to działo się do czasu, kiedy na jej drodze stanął mężczyzna.

Ateista.

Miał na nią duży wpływ. Była wtedy w wieku 18 lat i chciała być kochana, ale jego ateistyczna filozofia przeniknęła jej umysł. Wykorzystał ją. Dziewczyna przeżyła koszmar. Od tamtej pory zaczęło się powolne odchodzenie od Boga, od Kościoła.

Tą dziewczyną byłam ja.

Książkę pisałam we łzach. Płakałam nad każdą stroną.

Bardzo żałowałam, że nie byłam wierna Bogu.

Bardzo.

Książka nie powstałaby, gdyby nie modlitwa różańcowa, nowenna pompejańska.

Dziś – za radą Mojżesza – staram się, aby słowo Boga było na moich ustach i w moim sercu, abym mogła je wypełnić:

Mojżesz powiedział do ludu: Będziesz słuchał głosu Pana, Boga swego, przestrzegając jego poleceń i postanowień zapisanych w księdze tego Prawa; jeśli wrócisz do Pana, Boga swego, z całego swego serca i z całej swej duszy. Polecenie to bowiem, które ja ci dzisiaj daję, nie przekracza twych możliwości i nie jest poza twoim zasięgiem. Nie jest w niebiosach, by można było powiedzieć: „Któż dla nas wstąpi do nieba i przyniesie je nam, a będziemy słuchać i wypełnimy je”. I nie jest za morzem, aby można było powiedzieć: „Któż dla nas uda się za morze i przyniesie je nam, a będziemy słuchać i wypełnimy je”. Słowo to bowiem jest bardzo blisko ciebie: w twych ustach i w twoim sercu, byś je mógł wypełnić (Pwt 30, 10–14).

To świat dziewczyny, która po prostu chciała być kochana.

Dzieciństwo

Ty świnio! Żresz ten opłatek, a później nie wystarczy dla innych. Debilu!

 

Po raz pierwszy usłyszałam te słowa, kiedy miałam 17 lat. Słyszałam je za każdym razem w każdą niedzielę podczas Mszy Świętej, kiedy kapłan podnosił Hostię. Pamiętam, że patrzyłam wtedy na księdza z nienawiścią, ze złością i z jakąś nieopisaną agresją. Podczas Przemienienia słyszałam jeszcze więcej wulgaryzmów.

Odkąd skończyłam 17 lat, w moim życiu zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Jeszcze do niedawna nie wiedziałam i nie rozumiałam, dlaczego mnie to dotknęło. Po wielu modlitwach pamięć wróciła i zrozumiałam, że jedna drobna rzecz, która została wprowadzona do naszego domu, wywróciła mój świat do góry nogami. Tą rzeczą była metalowa czarna figurka, która przedstawiała rogatego diabła z długim zawiniętym ogonem robiącego z szyderczym uśmiechem gest grania na nosie. Mój tata dostał tę figurkę od swojej koleżanki z jakiejś okazji, a ja jako mała dziewczynka bawiłam się nią, traktując jak zwykłą zabawkę. Nie wiem, kim była kobieta, która dawała swoim znajomym takie obrzydliwe prezenty, ale mój tata pewnie nieświadomie przyjął pod swój dach tego „gościa”, który całe życie szydził z nas, dobrze przy tym się bawiąc. A ja przez to niemalże otarłam się o śmierć. I doskonale wiem, jak wygląda walka o własną duszę. Wciąż wracam do tego pamięcią... Coś takiego chyba do końca życia pozostanie w człowieku. O tym trudno zapomnieć szczególnie dlatego, że na polu bitwy byłam zupełnie sama.

Urodziłam się, kiedy w Polsce panował trudny czas. Stan wojenny wprowadzono, gdy skończyłam 10. miesiąc życia. Mój tata był w tym czasie milicjantem, mama nie pracowała. Byłam środkowym dzieckiem.

Z tego, co pamiętam, dzieciństwo spędziłam nawet szczęśliwie. Zawsze chciałam dorównać starszemu o rok bratu. Wydawało mi się, że jemu było wolno więcej i myślałam sobie, że jeśli będę taka jak on, to mi też będą na więcej pozwalać. Niezbyt dobrze się to dla mnie skończyło, ponieważ chciałam być chłopakiem, wypierałam z siebie, że urodziłam się dziewczynką. Wiedziałam, że chłopcy mają więcej przywilejów. Dość długo nie mogłam pogodzić się z taką niesprawiedliwością.

Pamiętam, jak moja śp. babcia raz na jakiś czas dawała nam kieszonkowe. To były sporadyczne momenty, takie nieregularne. W obiegu były stare monety i banknoty. Mój brat dostawał wtedy 100 złotych, a ja z siostrą po 50 złotych. Strasznie się wykłócałam i płakałam, że ja też chcę taki sam banknot, jak mój brat. Mama z babcią próbowały wmówić mi, że ten banknot, który ja dostałam, jest nawet lepszy niż ten, który otrzymał brat. Ale na darmo to robiły. Przecież doskonale widziałam, że pieniążek mojego brata ma więcej zer. Co z tego wynikało? Że mój brat kolejny raz dostał coś więcej.

Kiedy z rodzeństwem byliśmy w szkole podstawowej, od dziadka regularnie dostawaliśmy kieszonkowe. Brat znów dostawał więcej, a my z siostrą po takiej samej kwocie. Tutaj też próbowałam protestować. Ale wtedy mówiono mi, abym cieszyła się, że w ogóle dostałam pieniążki.

Dorastałam w przeświadczeniu, że dziewczyny są gorsze. Fatalnie wpłynęło to na ocenę mojej wartości. Pogodziłam się z tym, że jestem dziewczyną, czyli nikim. To wywoływało u mnie agresję do tych osób, które nie zgadzały się z moim zdaniem lub z moimi pomysłami na zabawę.

W przedszkolu i na podwórku byłam raczej osobą dominującą. Chciałam rządzić. Nie zawsze mi się to udawało, a jak ktoś mi podpadł, to obrywał. Biłam inne dzieci, szczególnie chłopców. Prawdopodobnie chciałam w ten sposób dowieść, że jestem równie silna i odważna jak oni. Ale przemoc w przedszkolu skończyła się, kiedy mama kolegi z mojej grupy poskarżyła się moim rodzicom, że biję jej syna.

W czasie dorastania upewniałam się w przeświadczeniu, że tylko przez bicie i agresję będę mogła podporządkować sobie inne dzieci. Podobnie było, kiedy dominowałam na podwórku. Nigdy nie zawahałam się uderzyć. Byłam szybka. Potrafiłam zadać cios starszemu koledze i uciec. Byłam sprinterką, więc zanim ów kolega zorientował się, co się dzieje, już mnie nie dogonił. To imponowało młodszym koleżankom. Dlatego przez większość dzieciństwa byłam liderką.

Miałam 3 lata, kiedy pierwszy raz poszłam do przedszkola. Grupy były wtedy bardzo duże, ponieważ w latach 1980–1982 urodziło się wiele dzieci. Pamiętam, jak mama przyprowadziła mnie do przedszkola. Pomogła mi się przebrać, włożyła mi na stopy pantofle i kazała iść do sali. Płakałam. Prosiłam i mówiłam, że nie chcę iść do przedszkola. Na twarzy mamy w ogóle nie było emocji – po prostu kazała iść do sali. Nie chciałam i płakałam jeszcze bardziej. Protestowałam, trzymając się jej kurczowo. Kiedy nie słuchałam i wciąż płakałam, nagle przyszła po mnie jakaś wielka pani i po prostu wzięła mnie na ręce. Potem poszła w kierunku drzwi, za którymi znikały inne dzieci. Darłam się w niebogłosy i kopałam ją z całych sił.

Nie wiedziałam, co o tym myśleć. Tak działo się przez parę dni, aż w końcu zrozumiałam, że moje wysiłki idą na marne, ponieważ mama i tak mnie nie uratuje. Nawet nie chciała mnie słuchać, kiedy mówiłam, że nie chcę chodzić do przedszkola. Parę dni później zaczęła na mnie krzyczeć, że tej wielkiej pani, która okazała się kucharką przedszkolną, narobiłam potwornych siniaków. Pamiętam, że zrobiło mi się głupio, ale nie żałowałam tego. Pomyślałam, że gdybym była dużą dziewczynką, sprałabym ją na kwaśne jabłko.

W przedszkolu spotkałam swoją pierwszą przyjaciółkę. Miała na imię Pola. Bardzo dobrze się rozumiałyśmy. Jej brat miał na imię Krzysiek. Jednak szczęście szybko minęło, ponieważ Pola i jej brat byli starsi ode mnie o rok i dlatego zostali przeniesieni do starszej wiekowo grupy. Zostałam sama z innymi dziećmi, które były dla mnie obce. Przed odejściem Pola zdążyła mi wytłumaczyć, dlaczego musi iść do innej grupy. O dziwo, rozumiałam to i pozwoliłam jej odejść za ścianę (grupa Poli znajdowała się w sali obok).

Tę bolesną rozłąkę przeżyłam w milczeniu. Przez pierwszy rok przedszkola zawsze siadałam w kącie sali po turecku i kiwałam się do przodu i do tyłu. Tak spędzałam cały dzień. Nauczycielki pytały mnie, co się stało. Wstydziłam się powiedzieć im, jak bardzo mi smutno. Do dziś zdarza mi się, że kołyszę się w przód i w tył, siedząc po turecku.

Kolejne lata w przedszkolu były dość szalone. Należałam do grupy koleżanek, które mnie słuchały i robiły wszystko, co mówiłam. Gdy któraś poskarżyła mi się, że ten czy tamten chłopak zburzył jej klocki, krzyczałam na niego, a potem kazałam mu przeprosić moją koleżankę. Gorzej było, gdy któryś z chłopaków nie bał się moich słów. Imię jednego z nich pamiętam do dziś: Jacek. Otóż Jacek nic nie robił sobie z tego, że krzyczę, kiedy dokuczał innym lub mnie. To jeszcze bardziej doprowadzało mnie do furii. Nie mogłam znieść sprzeciwu z jego strony. Jacek miał nieco dłuższe włosy niż pozostali chłopcy. Dlatego ciągnęłam go za te włosy lub pięścią waliłam po plecach i kopałam w piszczele. To zdarzało się do czasu, aż jego mama przyszła do mojego taty i poskarżyła się, że biję jej syna, który jest cały posiniaczony. Dostałam burę od rodziców, którzy zakazali mi bicia innych dzieci.

Kiedyś mieszkaliśmy w bloku. W klatce mieliśmy 9 sąsiadów. Na I piętrze mieszkała rodzina, w której wychowywali się Grzesiek i Eliza, a parę lat później ich mama urodziła Antosię. Nasi rodzice byli w dobrych stosunkach. Odwiedzaliśmy się wzajemnie. Grzesiek był starszy ode mnie o rok, Eliza młodsza o 3–4 lata (dokładnie nie pamiętam). Pewnego razu byli u nas i się bawili. W pewnym momencie Grzesiek złapał mnie za ramię i powiedział:

– Magda, kocham cię!

Nie chciałam tego słuchać. Bałam się, że ktoś usłyszy. Na to Grzesiek zawołał głośniej:

– Kocham cię!!! Nie rozumiesz tego?!

Uciekłam.

Tego samego dnia poszłam z mamą i moim rodzeństwem do mieszkania sąsiadów. Mama Grześka, która była pielęgniarką, przekuła mi uszy – wcześniej moja mama kupiła mi kolczyki. Grzesiek nie wytrzymał i poprosił swoją mamę, aby powiedziała mojej mamie, że mnie kocha. I powiedziała. A moja mama zareagowała na tę wiadomość wielkim zdziwieniem. Popatrzyła na mnie tak, że ze wstydu zerwałam się na równe nogi i wybiegłam z mieszkania. Usłyszałam tylko za sobą:

– Grzesiek, leć za nią! – To było jeszcze gorsze. Ale byłam sprinterką – nikt nigdy nie mógł mnie dogonić. Grześkowi też się to nie udało.

Mentalnie długo byłam dzieckiem. Niewinnym dzieckiem. Gdy miałam 15 lat, nadal bawiłam się z koleżankami lalkami na kocu za blokiem. Jednak kiedy widziałam nadchodzące koleżanki z mojej klasy, które szły na pobliski stadion sportowy, w mgnieniu oka zostawiałam zabawki i uciekałam do domu, żeby mnie nie zobaczyły. Nie chciałam, aby wiedziały, że bawię się lalkami, bo śmiałyby się ze mnie, że jestem dziecinna. Bałam się, że mnie wyśmieją i uciekałam.

Wstydziłam się również innej rzeczy. Kiedy miałam 6 lat (był to 1987 rok), nie chodziłam na religię. Koleżanki z przedszkola były zafascynowane lekcjami religii prowadzonymi w salkach katechetycznych przy naszym kościele. Raz usłyszałam, jak jedna z entuzjazmem mówiła na temat siostry katechetki. Wywiązała się wtedy między nami rozmowa, którą pamiętam do dzisiaj.

– A ty nie chodzisz na religię – mówiła jedna.

– Chodzę – powiedziałam bez przekonania.

– Nie, nie chodzisz. Masz grzech, że nie chodzisz.

– A właśnie, że chodzę!

– Tak? A kto cię uczy religii?

– Siostra Michaela.

I to było moje pierwsze w pełni świadome kłamstwo. Bardzo często podsłuchiwałam koleżanki, które mówiły o lekcjach religii, dlatego doskonale wiedziałam, że nauczycielką religii była ta siostra zakonna. Tylko że w ogóle nie wiedziałam, co to są te lekcje religii, nie znałam siostry Michaeli i za bardzo nie wiedziałam, co to jest grzech. Jednak czułam, że te wszystkie sprawy są czymś ważnym, skoro dziewczynki tak emocjonalnie do tego podchodziły.

Moja mama nauczyła mnie i moje rodzeństwo odmawiania pacierza, podstawowych modlitw. Codziennie klękaliśmy. Często jednak chcieliśmy szybko zakończyć ten nudny dla nas obowiązek, bo chyba tak to właśnie traktowaliśmy, a przynajmniej ja.

Kiedy z przedszkola przychodziłam do domu, wierciłam dziurę w brzuchu mamy, żeby poszła ze mną na religię. Mówiłam jej, że koleżanki śmieją się ze mnie, że nie chodzę na katechezę i że skoro nie chodzę, to mam grzech. Nie pamiętam dokładnie, jak mama zareagowała, ale pamiętam, że bardzo intensywnie prosiłam ją, aby zaprowadziła mnie na te lekcje. Znałam Biblię, bo mama zawsze wieczorami siadała z nami w kuchni i czytała nam „Biblię w obrazkach dla najmłodszych”. Uwielbiałam, jak mama czytała. A kiedy skończyła czytać całą księgę, prosiliśmy, aby czytała jeszcze raz.

Po każdym biblijnym opowiadaniu następowały 3 pytania, na które mieliśmy odpowiedzieć. Zawsze miałam z tym problem, byłam jakby upośledzona. Moje rodzeństwo szybko i bezbłędnie potrafiło odpowiedzieć na pytanie dotyczące przeczytanego przed chwilą fragmentu z Biblii. Ja prawie nigdy nie znałam odpowiedzi. Ale nie było to związane z tym, że nie słuchałam. O nie, to nie tak. Zawsze słuchałam, ale tak intensywnie, że po prostu odpływałam, znajdowałam się tam, gdzie był Kain i Abel, Noe, Mojżesz... Wczuwałam się w każdego bohatera tych pięknych opowieści i rozumiałam ich postępowanie, nawet to grzeszne.

Jestem wdzięczna mamie za te lektury. Dzięki nim dowiedziałam się, że Bóg jest naszym Bogiem i że nigdy nie pozwoli nas skrzywdzić. To było takie moje dziecięce rozumowanie na temat Stwórcy. Wtedy naprawdę zaczęłam z Nim rozmawiać. Pamiętam do dzisiaj, że moja relacja z Panem Jezusem była bardzo żywa. Sama myśl, że On jest gdzieś tam w niebie i codziennie na mnie patrzy, napawała mnie optymizmem. Ale do czasu...

Pomimo wieczornych czytań Biblii nadal bardzo chciałam dowiedzieć się, kim jest Bóg i dlaczego wszyscy Go kochają. Ale od zakonnicy na lekcjach religii dowiedziałam się tylko jednego o Bogu: że jest surowy, trzeba Go słuchać, bo jak nie, to ześle na mnie taką karę, że się nie pozbieram i pójdę do piekła. No i do tego muszę Boga kochać. Inaczej będę miała ogromny grzech. Gdy siostra przepytywała mnie z modlitw, ze strachu myliłam się. Wtedy wydzierała się na mnie, ze złości mówiła przez zęby, rzucała jadem, a ja myślałam, że już po mnie, że zaraz podejdzie i przy wszystkich dzieciach zbije mnie pejczem, którym machała w powietrzu. Tak bardzo się bałam i jednocześnie wstydziłam. Upokorzona, wracałam do ławki. A gdy przychodziła po mnie mama, to przybierałam minę zadowolonej. W sercu miałam poczucie winy, że myliłam się przy recytowaniu modlitw. Mamie nigdy nie powiedziałam, co działo się na lekcjach religii. Najgorszy był fakt, że uwierzyłam siostrze zakonnej, iż Bóg jest tyranem.

To było dla mnie bardzo dziwne. Jako 5-letnie dziecko czułam, że Bóg jest kimś wspaniałym, że jest dobrym Ojcem. A tu nagle taka zmiana – poszłam na religię i dowiedziałam się czegoś zupełnie odwrotnego.

Bałam się chodzić na katechezę, nie chciałam, bo był to dla mnie jakiś horror. Ale z drugiej strony musiałam, ponieważ koleżanki powiedziały, że jak nie będę chodzić na religię, to będę miała grzech. A co to był grzech? Jako 5-letnie dziecko nie bardzo wiedziałam, ale skoro to było coś strasznego, to nie chciałam tego mieć. Byłam w potrzasku.

Kiedyś siostra Michaela wzięła mnie do odpowiedzi i kazała powiedzieć: „Wierzę w Boga”. Nigdy nie dotarłam z tą modlitwą do końca. Zawsze mi przerywała i krzyczała:

– Źle!

Bałam się jej. Mama uczyła nas modlitw tak, jak się odmawia podczas Mszy Świętej. Tak też odmawiałam „Wierzę w Boga”. Ale to było źle. Nigdy nie lubiłam tej zakonnicy. Niejeden raz widziałam, jak inne dziewczynki przybiegały do niej z radością, wieszały się u jej habitu i wołały:

– Ciocia, ciocia!

Ja tak nigdy nie robiłam. Nie lubiłam jej i koniec. Mimo wszystko patrzyłam z uwagą na koleżanki, które ją uwielbiały. Z siostrą Michaelą spotkałam się jeszcze w szkole podstawowej, kiedy uczyła nas religii. Zawsze miała żmijowaty uśmieszek spowodowany krzywym zgryzem, wąskie usta i oczy. Gdy się wściekła na któreś dziecko, to wszyscy truchleli. Zadawała nam również ból fizyczny, szczególnie gdy ktoś nie uważał na lekcji lub nie miał zadania domowego. Wtedy zaciskała swoją dłoń w pięść i przesuwała ją po szyi w stronę głowy tak mocno, że ciągnęła za włosy. Bolało okropnie.

Szkoła podstawowa

Z przedszkola płynnie przeszłam do szkoły podstawowej. Przez pierwsze 3 lata wszystkich przedmiotów uczyła nas jedna nauczycielka. To było nauczanie początkowe. Dosyć szybko nauczyłam się czytać, pisać, liczyć. Z tych 3 czynności czytanie nie szło mi dobrze. Jąkałam się i nie rozumiałam tego, co czytam. Nie nadążałam za rówieśnikami. Często nadal przepisywałam treści z tablicy, kiedy moje koleżanki i koledzy już dawno to zrobili. Nie potrafiłam szybko czytać, opowiadać czytanek. To był dla mnie koszmar. Wychowawczyni nie miała do nas zbyt dużo cierpliwości. Przez 3 lata biła nas. Chłopcy dostawali linijką, a dziewczynki były ciągnięte za włosy. Pamiętam, że kiedyś mocno pociągnęła mnie za kucyk. Nie wiedziałam, co się dzieje. Nie byłam na to przygotowana. Krzyknęłam ze strachu i bólu. Później tylko płakałam. Koleżance, z którą siedziałam w jednej ławce, naderwała kolczyk w uchu. Wychowawczyni wściekła się na nią, że nie rozumie nut.

 

Dziwne było to, że żadne z dzieci przez 3 lata nie pisnęło rodzicom ani słówka o tym, co dzieje się na lekcjach. Nauczycielka nas obarczała winą, mówiła, że to przez nas się denerwuje i musi nas bić. Ten czas to był dla mnie koszmar.

Kiedy nasza wychowawczyni skończyła nad nami opiekę w III klasie, ponownie dostała pierwszoklasistów. Niedługo nastąpiło jej zwolnienie. Dzieci młodsze od nas o 3 lata były już inaczej wychowywane i zaczęły się skarżyć, że są bite. Parę lat później spotykałam na ulicy moją dawną wychowawczynię. Oczywiście mówiłam jej „Dzień dobry”, a ona odpowiadała, ale nigdy mnie nie poznała.

Naukę religii w Polsce wprowadzono do szkół w 1990 roku. Miałam wtedy 9 lat. Przez te lata dorastałam bez taty. On ciągle był w pracy. Widzieliśmy się w ciągu dnia nawet parę razy, ale zazwyczaj albo oglądał wiadomości w telewizji, albo szykował się do pracy, albo ja wychodziłam do szkoły.

Przyszedł czas na Pierwszą Komunię Świętą. Dostałam swój pierwszy różaniec, który zaraz mi się porwał, oraz książeczkę komunijną. Był to dla mnie ważny czas. Chciałam posmakować opłatka w kościele podczas komunii, a przede wszystkim byłam piękna i w centrum uwagi całej rodziny. Jednak fizycznie źle przeżyłam Pierwszą Komunię i Biały Tydzień. Podczas Mszy Świętej od zapachu kadzidła robiło mi się niedobrze. Byłam na wpół omdlała. Od czasu, kiedy pierwszy raz przyjęłam Pana Jezusa do serca, zaczęły się też kłopoty z zachowaniem świadomości podczas Przeistoczenia. Nieraz mama wyprowadzała mnie z kościoła. Raz nawet moja siostra śmiertelnie się przestraszyła. To było parę tygodni po bierzmowaniu. Ale o tym później.

Szkołę podstawową przeszłam dość dobrze. Uczyłam się w klasie sportowej, w której duży nacisk kładziono na wychowanie fizyczne.

Gdy miałam 10 lat, tata zapisał mnie na lekcje karate. Moim trenerem był młody ojciec trójki dzieci. Trener zaopiekował się mną jak własną córką. W grupie byłam najmłodszą osobą i jedyną dziewczyną. Czułam opiekę trenera. Chłonęłam wszystko, co mówił i podświadomie szukałam w nim ojca. Nie opuściłam żadnego treningu. Kiedy zaczęłam dorastać, podkochiwałam się w nim. A on był doskonałym obserwatorem i dobrze wiedział, że 15-latka może przeżywać chwile uniesień. Kiedyś zrobił coś niespodziewanego na treningu. Przy sprawdzaniu obecności powiedział wszystkim, że się w nim zakochałam. Wszyscy zaczęli się śmiać. Było nas prawie 50 osób. Upokorzenie straszne! Poczułam się zdradzona. Chciałam uciekać, ale tego nie zrobiłam.