Wydawca: Sol Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 329 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jak to robią twardzielki - Mariola Zaczyńska

Twardzielki... Kochają, płaczą, przyjaźnią się i rozpaczają, jak my wszyscy. Tylko bardziej! I, jak przychodzi co do czego, tęsknią do... silnych męskich ramion. Problem w tym, że faceci boją się twardzielek. Jak na komedię przystało, przez powieść przewija się prawdziwa plejada twardzielek i twardzieli, których perypetie bawią do łez, ale i do łez wzruszają. Kto jest bardziej „twardy”?

Dziennikarka wściekła na ród męski, czy policjantka tropiąca oszusta matrymonialnego? A może pani naukowiec przekonana o swej nieatrakcyjności przez psychopatyczną matkę? Czy twardzielką jest zabójczo nieprofesjonalna reporterka, której wpadki i wyjątkowy brak taktu uczyniły z niej gwiazdę telewizji? I co z „twardością” harleyowców, chłopów o złotych sercach? Jeśli sięgasz po tę książkę, na pewno jesteś twardzielką. Tylko jeszcze o tym nie wiesz.

Opinie o ebooku Jak to robią twardzielki - Mariola Zaczyńska

Fragment ebooka Jak to robią twardzielki - Mariola Zaczyńska

www.wydawnictwosol.pl

Copyright © Mariola Zaczyńska 2010

Redakcja:

Elżbieta Lipińska

Korekta:

Grażyna Nawrocka

Projekt okłaki:

Andrzej Brzezicki

Warszawa 2013

ISBN 978-83-62405-06-0

Wydawca:

Wydawnictwo SOLMonika Szwaja • Mariusz Krzyżanowski05-600 Grójec, Duży Dół 2awydawnictwo@wydawnictwosol.pl

ePub i Redakcja techniczna:

Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteauxatelier@duchateaux.pl

Rozdział 1

Pa­ni Wan­decz­ka z nie­po­ko­jem wzno­si­ła oczy do gó­ry. Świet­nie zna­ła ten ło­mot i wie­dzia­ła, co on ozna­cza. Kło­po­ty, mia­no­wi­cie. Bry­sia naj­wy­raź­niej bok­su­je i ko­pie ten okrop­ny czer­wo­ny wo­rek za­wie­szo­ny w jej sy­pial­ni. A z ta­ką pa­sją ko­pie i bok­su­je tyl­ko wte­dy, gdy jest zła, wście­kła lub zroz­pa­czo­na.

– Trzy­dzie­ści lat na kar­ku, a za­cho­wu­je się jak na­sto­la­tek z ciem­ne­go po­dwór­ka – mam­ro­ta­ła pod no­sem. – Jak ona chce zna­leźć mę­ża? Te wszyst­kie jej ka­ra­te-pier­da­te!

Pa­ni Wan­decz­ka pstryk­nę­ła pi­lo­tem od te­le­wi­zo­ra i wy­god­nie usa­do­wi­ła się na ka­na­pie. Czte­ry ma­ciu­peń­kie szpi­ce na­tych­miast umo­ści­ły się obok niej, a naj­mniej­sza sucz­ka, oczy­wi­ście, na ko­la­nach. Wła­ści­ciel­ka czu­le po­gła­ska­ła pu­pi­le, a sucz­kę po­ca­ło­wa­ła w wil­got­ny no­sek. Z psich oczu try­ska­ła jak wul­kan na­mięt­na mi­łość do pulch­nej pa­ni.

Ze­gar w do­le ekra­nu wska­zy­wał, że ulu­bio­ny pro­gram pa­ni Wan­decz­ki za­cznie się za kil­ka mi­nut. Nie chcia­ła go prze­ga­pić. Cza­to­wa­ła na no­wy ka­nał Di­sco­ve­ry Ci­ty, na któ­rym wła­sny pro­gram na ży­wo mia­ła ta­ka za­baw­na re­por­ter­ka: ko­bie­ta w si­le wie­ku, nie­źle po­marsz­czo­na, ale z cha­ry­zmą. Nie by­ło re­la­cji, w któ­rej nie mia­ła­by ja­kiejś wpad­ki. Al­bo się prze­wró­ci­ła, al­bo za­klę­ła na wi­zji, al­bo po­my­li­ła roz­mów­ców. Frag­men­ty jej pro­gra­mu bi­ły re­kor­dy po­pu­lar­no­ści na YouTu­be (dru­gie ulu­bio­ne źró­dło in­for­ma­cji o świe­cie, ja­kie pa­ni Wan­decz­ka zdo­by­wa­ła, nie wy­cho­dząc z do­mu). Dziś mia­ła być po­wtór­ka wczo­raj­sze­go pro­gra­mu, któ­re­go nie obej­rza­ła, bo mu­sia­ła za­wieźć szpi­ce na strzy­że­nie przed zbli­ża­ją­cą się wy­sta­wą.

Bach! Bach! Bach! – ło­mot nad gło­wą pa­ni Wan­decz­ki przy­bie­rał na si­le. Bry­sia naj­wy­raź­niej po­sta­no­wi­ła się mak­sy­mal­nie znie­czu­lić przed pra­cą. Szła dziś na po­po­łu­dnie, czy­li mie­li pew­nie ja­kąś ak­cję. Ale kto ją tam wie. Bry­sia ni­g­dy się nie zwie­rza­ła ma­mie ze swo­ich kło­po­tów, nie opo­wia­da­ła o pra­cy, skry­ta by­ła jak męż­czy­zna. Bar­dzo źle. To pew­nie też jed­na z przy­czyn, że nie mia­ła do tej po­ry mę­ża. Pa­ni Wan­decz­ka ma­chi­nal­nie po­gła­ska­ła szpi­ce. Ja­kież to wdzięcz­ne stwo­rze­nia! Sa­ma sło­dycz.

Bach! Bach! Bach!

Pod­krę­ci­ła tro­chę głos, aby od­gło­sy tre­nin­gu nie za­kłó­ci­ły jej ulu­bio­ne­go pro­gra­mu, któ­re­go czo­łów­ka wła­śnie się wy­świe­tli­ła.

Bach! Bach! Bach!

O re­ty! Ostat­ni raz cór­ka pa­stwi­ła się tak nad wor­kiem, gdy mia­ła ten strasz­ny za­wód mi­ło­sny. Co tu du­żo mó­wić: fa­cet był żo­na­ty, ale za­pew­niał, że mał­żeń­stwo już daw­no nie ist­nie­je, przy­cho­dził do Bry­si na obiad­ki, nie krył się przed pa­nią Wan­decz­ką. Wy­glą­da­ło, że rze­czy­wi­ście jest zde­kla­ro­wa­ny i roz­wód to kwe­stia ry­chłych for­mal­no­ści. Nie był wy­ma­rzo­nym kan­dy­da­tem na zię­cia, ale niech tam, by­le cór­ka by­ła szczę­śli­wa.

Bach! Bach! Bach!

I rze­czy­wi­ście się roz­wiódł.

Bach! Bach! Bach!

Ale za­raz po­tem zwią­zał się z ko­le­żan­ką z pra­cy.

Bach! Bach! Bach!

Wła­ści­wie to dziec­ko jej zro­bił.

Bach! Bach! Bach!

Eeech... „Ko­le­żan­ka”!

Bach! Bach! Bach!

I się z nią oże­nił. A nie z Bry­sią.

Bach! Bach! Bach!

Ta­aak... Bry­sia stra­ci­ła czte­ry la­ta, cze­ka­jąc na swe­go uko­cha­ne­go. Ty­le trwa­ło, za­nim się roz­wiódł. Jak to dziec­ko ma zna­leźć mę­ża, sko­ro tra­fia na ta­kich... ło­bu­zów! Pa­ni Wan­decz­ka prze­rwa­ła jed­nak roz­my­śla­nia nad lo­sem po­cie­chy wcho­dzą­cej w wiek sta­ro­pa­nień­stwa. Oto sza­lo­na afry­kań­ska mu­zy­ka za­po­wia­da­ła uko­cha­ny pro­gram „Miej­ska dżun­gla” i za chwi­lę ca­ły ekran wy­peł­ni­ła po­marsz­czo­na twarz w sze­ro­kim uśmie­chu od ucha do ucha. Pa­ni Wan­decz­ka bez­wied­nie od­po­wie­dzia­ła po­dob­nym uśmie­chem. Ale nu­mer! Chy­ba na sta­re la­ta zo­sta­ła fan­ką! Ży­cie jest peł­ne nie­spo­dzia­nek.

O tym, że to nie był do­bry dzień, Goś­ka prze­ko­na­ła się z sa­me­go ra­na. Wy­star­czy­ło przej­rzeć kon­ku­ren­cyj­ny ty­go­dnik, by ślicz­ny po­ra­nek zro­bił się, za prze­pro­sze­niem, do d..., do ni­cze­go. Go­dzi­nę póź­niej dzien­ni­kar­ka do­jeż­dża­ła do War­sza­wy, klnąc pod no­sem jak szewc. Gdy na­pię­cie się­gnę­ło szczy­tu, wy­krę­ci­ła nu­mer przy­ja­ciół­ki.

– Bryś­ka?! Ten po­pa­pra­niec zno­wu mi przy­ło­żył w dur­nym ar­ty­ku­le! – prze­szła od ra­zu do sed­na spra­wy.

Bry­sia mil­cza­ła. Lek­ki po­głos po­zwo­lił się do­my­ślić, że włą­czy­ła funk­cję gło­śno­mó­wią­cą i za­ję­ła się ja­ki­miś swo­imi spra­wa­mi. Po chwi­li by­ło wia­do­mo ja­ki­mi: Bryś­ka ko­pa­ła i sa­pa­ła jak sza­lo­na.

– No... i...? – za­chę­ca­ła do zwie­rzeń mię­dzy jed­nym cio­sem a dru­gim.

Łup! Bach! Go­ś­ce prze­mknę­ło przez myśl, że nie tyl­ko ona ma dziś prze­chla­pa­ne. Po­sta­no­wi­ła jed­nak być ego­ist­ką i sku­pić się na swo­im pro­ble­mie. Ego­izm w za­sa­dzie jest zdro­wy.

– No, wy­obraź so­bie, że po­pa­pra­niec wszedł na mo­je te­ry­to­rium i za­zna­czył je swo­im mę­skim, szo­wi­ni­stycz­nym mo­czem! Fi­lo­zof pie­przo­ny! – wy­rzu­ci­ła z sie­bie z wście­kło­ścią.

Łup! Bach!

– No... i...?

– Ty mnie słu­chasz? – upew­ni­ła się.

Łup!

– ...Tak.

– Uwa­żam, że ja­ko po­li­cjant­ka... po­win­naś się tym za­jąć. – Goś­ka sta­ra­ła się na­pro­wa­dzić przy­ja­ciół­kę na wła­ści­wy tok my­śle­nia.

Bach! Bach! Bach!

– Co... mam... zro­bić?

Goś­ka roz­anie­li­ła się. To jest przy­ja­ciół­ka! I ja­ka kon­kret­na.

– Aresz­tuj go, ko­cha­na. Do­wiedz się, kto to, i aresz­tuj! To cham! Trze­ba go od­izo­lo­wać od spo­łe­czeń­stwa! Mó­wię ci, lu­dzie bę­dą nam wdzięcz­ni. To­bie bę­dą wdzięcz­ni!

Łup! Bach!

– ...Nie!

Goś­ka nie wie­rzy­ła wła­snym uszom. Bry­sia od­ma­wia tak drob­nej przy­słu­gi?!

– Je­steś mo­ją przy­ja­ciół­ką czy nie? – za­grzmia­ła gło­sem peł­nym obu­rze­nia.

Po dru­giej stro­nie da­ło się sły­szeć ja­kieś wes­tchnie­nie. Dzien­ni­kar­ka tyl­ko do­my­śli­ła się, że zmę­czo­na Bry­sia sia­dła na łóż­ku, przy szaf­ce z te­le­fo­nem. Po chwi­li usły­sza­ła cha­rak­te­ry­stycz­ny dźwięk od­ry­wa­nych rze­pów przy za­pię­ciu bok­ser­skich rę­ka­wic.

– To... bał­dzo... pław­do­po­dob­ne – od­po­wie­dzia­ła Bry­sia, naj­wy­raź­niej po­ma­ga­jąc so­bie zę­ba­mi przy zdej­mo­wa­niu mor­der­czych ak­ce­so­riów.

– Bądź pre­cy­zyj­na z ła­ski swo­jej i się określ: je­steś przy­ja­ciół­ką czy nie?! – ka­te­go­rycz­nie do­ma­ga­ła się dzien­ni­kar­ka.

Po chwi­li usły­sza­ła, że Bry­sia wzię­ła słu­chaw­kę te­le­fo­nu do rę­ki. Cięż­kie od­de­chy wska­zy­wa­ły, że po­li­cjant­ka za­fun­do­wa­ła so­bie po­rząd­ny wy­cisk. I to do­bro­wol­nie! – po­my­śla­ła Goś­ka, któ­ra nie prze­pa­da­ła za kick bo­xin­giem, upra­wia­nym przez przy­ja­ciół­kę.

– Dla­cze­go w two­im przy­pad­ku za­kła­dam ta­ką brzyd­ką rzecz jak pro­wo­ka­cja? – za­czep­nie za­py­ta­ła po­li­cjant­ka. – Tak za nie­win­ność ci do­ło­żył?

– Oj, tam. – Goś­ka szyb­ko prze­rwa­ła przy­ja­ciół­ce przy­mil­nym, ba­ga­te­li­zu­ją­cym to­nem. – Po­ra­dzi­łam tyl­ko, że­by wsa­dził so­bie gdzieś tę swo­ją eko­lo­gicz­ną de­ma­go­gię. Tak mię­dzy wier­sza­mi mu to po­ra­dzi­łam, oczy­wi­ście. Ogól­nie by­łam grzecz­na. No... mo­że... tro­chę zło­śli­wa.

– Tro­chę zło­śli­wa – z prze­ką­sem po­wtó­rzy­ła Bry­sia. – Je­steś jak bul­dog gry­zą­cy no­gi pod dy­wa­nem. Ko­cha­na! Ty mu­sisz po­pluć ja­dem, że­by za­cho­wać względ­ną rów­no­wa­gę ustro­jo­wą w krwio­bie­gu. No i pro­szę, na­resz­cie tra­fi­łaś na po­dob­ną so­bie isto­tę o wdzię­ku roz­ju­szo­nej ko­bry!

Goś­ka za­nie­mó­wi­ła. Ow­szem, przy­ja­ciół­ki za­wsze mó­wią so­bie praw­dę w oczy, ale czy Bryś­ka mu­si być praw­do­mów­na wła­śnie dziś? Znio­sła­by to dziel­niej po aresz­to­wa­niu ga­da!

– Nie za­mknę go.

Je­śli Goś­ka mia­ła jesz­cze ja­kąś na­dzie­ję na bab­ską so­li­dar­ność, to wła­śnie prze­szła ona do hi­sto­rii.

– Zdraj­czy­ni! – wrza­snę­ła do te­le­fo­nu i roz­łą­czy­ła się.

Tej ko­bry to jej nie da­ru­je! Na­gle ze zło­ścią wci­snę­ła ha­mu­lec. Czy w War­sza­wie świe­cą się tyl­ko czer­wo­ne świa­tła?! Nikt tu nie sły­szał o zie­lo­nych?!

– Cho­ler­na sto­li­ca! – wrza­snę­ła w prze­strzeń, wy­chy­la­jąc gło­wę przez okno.

Star­szy pan w sa­mo­cho­dzie sto­ją­cym obok po­pu­kał się wy­mow­nie w czo­ło.

– To po ja­ki gwint tu jeź­dzisz, dziew­czy­no? – burk­nął nie­uprzej­mie.

W od­po­wie­dzi Goś­ka z te­atral­ną roz­pa­czą za­czę­ła wa­lić gło­wą w kie­row­ni­cę.

Nie lu­bi­ła przy­jeż­dżać do War­sza­wy. Zwłasz­cza w ta­kiej chwi­li, gdy po­licz­ki jesz­cze ją pie­kły z upo­ko­rze­nia, ja­kie­go do­zna­ła od po­pa­prań­ca. Po­dróż z Sie­dlec trwa­ła zbyt krót­ko, aby ochło­nąć. Oprócz po­licz­ków Go­ś­ce pło­nę­ły tak­że uszy. To ozna­cza­ło naj­wyż­szy sto­pień de­spe­ra­cji i ob­ra­zy. Wście­kłość na po­pa­prań­ca by­ła ol­brzy­mia. Prze­szy­wa­ła du­szę i trze­wia. I jak tu ga­dać za chwi­lę o in­te­re­sach?

Goś­ka je­cha­ła bo­wiem na spo­tka­nie z na­czel­nym „Pia­sta”, ma­ga­zy­nu, z któ­rym oka­zjo­nal­nie współ­pra­co­wa­ła. Mia­ła na­pi­sać re­por­taż o pry­wat­nych stad­ni­nach ko­ni arab­skich w Pol­sce. Goś­ka nie by­ła eks­per­tem w tej dzie­dzi­nie, więc mia­ła do­stać do współ­pra­cy „ko­goś”. Tak po­wie­dział na­czel­ny:

– Ko­goś znaj­dzie­my, kto ci po­mo­że. Ko­goś, kto zna się na ko­niach.

– Fa­tal­ny po­mysł – krę­ci­ła gło­wą.

Ona i współ­pra­ca! Jest prze­cież ty­po­wą sin­giel­ką, sa­mo­dziel­ną i na ty­le nie­głu­pią, aby sa­mej po­ra­dzić so­bie z te­ma­tem. Je­cha­ła więc, by oso­bi­ście prze­ko­nać na­czel­ne­go, że re­por­taż zro­bi sa­ma.

No, a tu po­pa­pra­niec wy­trą­cił ją z rów­no­wa­gi. Bry­sia by­ła te­raz ostat­nią de­ską ra­tun­ku. Goś­ka po­trze­bo­wa­ła uko­je­nia. I dzia­ła­nia. Zde­cy­do­wa­ne­go po­li­cyj­ne­go dzia­ła­nia! Tym­cza­sem przy­ja­ciół­ka od­mó­wi­ła jak­że drob­nej, acz po­trzeb­nej, przy­słu­gi! Świat bab­skiej so­li­dar­no­ści scho­dzi na psy. Je­śli więź jaj­ni­ków już nic nie zna­czy, to co się dziś li­czy?

Ze zło­ścią pod­krę­ci­ła ra­dio. Roc­ko­we ryt­my za­wsze pod­bu­do­wy­wa­ły jej ego. A po­nie­waż by­ło ono te­raz moc­no nad­szarp­nię­te, ostry rock grzmiał na ca­łą moc sa­mo­cho­do­we­go ra­dia.

Mo­gła­by się cho­ciaż do­wie­dzieć, kto, u dia­bła, pi­sze te ar­ty­ku­ły! – po­my­śla­ła z nie­chę­cią.

Ale sko­ro Bry­sia, su­per­po­li­cjant­ka, od­ma­wia aresz­to­wa­nia te­go aro­gan­ta, to ona, Mał­go­rza­ta Zu­ber, sa­ma prze­pro­wa­dzi od­po­wied­nie śledz­two.

Do­rwę zwy­rod­nial­ca! – obie­ca­ła so­bie w na­głym olśnie­niu.

Do­rwie... i uka­rze. Jesz­cze nie wie jak, ale to naj­mniej waż­ne w tej chwi­li. Naj­pierw go znaj­dzie, a po­tem po­my­śli nad sto­sow­ną tor­tu­rą. Nie chcą go za­mknąć? To po­ża­łu­ją! Wszy­scy!

Pa­ni Wan­decz­ka wpa­try­wa­ła się z na­pię­ciem, jak le­ci­wa re­por­ter­ka pró­bu­je na­wią­zać kon­takt z klo­szar­dem. Brud­ny, ob­szar­pa­ny męż­czy­zna w nie­okre­ślo­nym wie­ku sie­dział w przej­ściu pod­ziem­nym w cen­trum sto­li­cy. Obok nie­go stał od­wró­co­ny ka­pe­lusz na drob­ne. Klo­szard przy­glą­dał się re­por­ter­ce wzro­kiem nie ty­le bez­myśl­nym, ile po­dejrz­li­wym. Ot, ty­le lat prze­sia­du­je w tym sa­mym miej­scu, a tu na­gle ja­kaś sta­ra ba­ba wy­cią­ga go na zwie­rze­nia. Klo­szard mla­skał usta­mi z wy­ra­zem obrzy­dze­nia, a dzien­ni­kar­ka uda­wa­ła, że te­go nie wi­dzi, choć krew już się w niej go­to­wa­ła.

– Na pew­no masz ja­kąś fi­lo­zo­fię te­go, co ro­bisz. – Zmru­żo­ne oczy w po­marsz­czo­nej twa­rzy wpa­try­wa­ły się z ro­sną­cą nie­cier­pli­wo­ścią w klo­szar­da.

– Fi­lo­zo­fię? – Klo­szard mru­gał ocza­mi, jak­by chciał za wszel­ką ce­nę ro­zu­mieć, cze­go od nie­go chcą.

Ale re­por­ter­ka nie da­ła się zwieść. O, nie! Od­wró­ci­ła się do ka­me­ry i mru­ga­jąc po­ro­zu­mie­waw­czo, szep­nę­ła kon­spi­ra­cyj­nie pro­sto w obiek­tyw:

– Szczwa­ny lis!

Te­raz klo­szard uda­wał, że oglą­da brud­ne pa­znok­cie.

– Mo­żesz mi śmia­ło po­wie­dzieć, co ta­kie­go w ży­ciu zro­bi­łeś, że Bóg cię po­ka­rał ta­kim lo­sem – za­chę­ca­ła nie­tak­tow­nie nie­stru­dzo­na gwiaz­da te­le­wi­zji.

Klo­szard za­sta­no­wił się. Na­gle kiw­nął gło­wą.

– Za­śpie­wam ci Dy­la­na – bąk­nął za­chryp­nię­tym gło­sem.

Wy­cią­gnął z kie­sze­ni ust­ną har­mo­nij­kę. Pierw­szą zwrot­kę za­śpie­wał, lek­ko fał­szu­jąc.

„Przez ile dróg mu­si przejść każ­dy z nas...”.

A po­tem przy­tknął har­mo­nij­kę do ust. Dźwięk, któ­ry roz­legł się w tu­ne­lu pod­zie­mia, był tak przej­mu­ją­cy i słod­ki, że lu­dzie za­czę­li zwal­niać, za­trzy­my­wa­li się przy gra­ją­cym, wrzu­ca­li do ka­pe­lu­sza pie­nią­dze. Ka­me­ra re­je­stro­wa­ła za­sko­czo­ne twa­rze, na­gle tak prze­ję­te, wzru­szo­ne. W tu­ne­lu za­czy­na­ło się dziać coś nie­zwy­kłe­go. Pa­ni Wan­decz­ce prze­szły ciar­ki po ple­cach. No, by­ło coś nie­sa­mo­wi­te­go w tym brud­nym klo­szar­dzie za­to­pio­nym cał­ko­wi­cie w gra­niu i w tych po­ru­szo­nych twa­rzach ga­piów... Ob­raz za­trzy­mał się rap­tem na re­por­ter­ce. Pa­ni Wan­decz­ka nie mo­gła uwie­rzyć: w oczach oto­czo­nych sia­tecz­ką zmarsz­czek by­ło za­sko­cze­nie i... przej­mu­ją­cy ból! Spod po­wiek wy­pły­nę­ły po­wo­li dwie ogrom­ne łzy. Żło­bi­ły w po­licz­kach wil­got­ny ślad. Re­por­ter­ka wzię­ła na­gle głę­bo­ki od­dech i otar­ła oczy.

– Prze­stań! Kur­wa! Bo mi ser­ce pęk­nie! – jęk­nę­ła roz­dzie­ra­ją­co.

Klo­szard z ła­god­nym zdzi­wie­niem ode­rwał har­mo­nij­kę od ust. W tu­ne­lu za­pa­no­wa­ła głę­bo­ka ci­sza. Po chwi­li lu­dzie za­czę­li gło­śno się do­ma­gać, aby klo­szard da­lej grał. On jed­nak z re­spek­tem spo­glą­dał na roz­sier­dzo­ną znie­nac­ka gwiaz­dę te­le­wi­zji.

– Ot, i masz ca­łą fi­lo­zo­fię – pu­ścił do niej oko ze spryt­nym uśmie­chem.

Dzien­ni­kar­ka tup­nę­ła ze zło­ścią no­gą.

– Ja­ja so­bie ro­bisz?! – nie kry­ła fu­rii.

Pa­ni Wan­decz­ka kwi­cza­ła ze szczę­ścia przed te­le­wi­zo­rem. Jak ona ko­cha tę zwa­rio­wa­ną re­por­ter­kę! Jej re­la­cje tra­fia­ły pro­sto do ser­ca i du­szy. Żad­ne tam gład­kie „ę” i „ą”! Z fa­scy­na­cją pa­trzy­ła, jak roz­sier­dzo­na po­marsz­czo­na twarz wy­peł­ni­ła ca­ły ekran.

– Pierw­szy i ostat­ni raz po­ka­zy­wa­łam wam pod­ziem­ne ży­cie miej­skich upio­rów – pa­dła ra­dy­kal­na de­kla­ra­cja.

Ka­me­ra zro­bi­ła jesz­cze zbli­że­nie na uszmin­ko­wa­ne usta.

– Prze­cież to czub! – wy­sy­cza­ły usta.

Pa­ni Wan­decz­ka za­czę­ła przed te­le­wi­zo­rem bić bra­wo. To jest to! Te­go bra­ku­je w tej układ­nej i nud­nej te­le­wi­zji. Tro­chę praw­dy i tro­chę ży­cia. Ach, jak­że nie­cier­pli­wie bę­dzie cze­ka­ła na ko­lej­ny od­ci­nek „Miej­skiej dżun­gli”.

– A za ty­dzień za­pra­szam was na spo­tka­nie z praw­dzi­wy­mi bo­ha­te­ra­mi wiel­kich miast. Szczu­ry! To do­pie­ro hi­sto­ria – za­po­wia­da­ła re­por­ter­ka. – Zo­ba­czy­cie, co przy­go­to­wa­ła dla was Al­ber­ta. Oglą­daj­cie!

No tak, Al­ber­ta! Pa­ni Wan­decz­ka przy­po­mnia­ła so­bie imię sza­lo­nej re­por­ter­ki. Go­rącz­ko­wo szu­ka­ła w na­pi­sach koń­co­wych te­le­fo­nu do re­dak­cji pro­gra­mu. Mu­si po­wie­dzieć tej Al­ber­cie o go­la­sach! Wstręt­nych go­la­sach, przez któ­rych nie mo­że jeź­dzić ze szpi­ca­mi na uko­cha­ną łącz­kę. Mo­że w koń­cu te­le­wi­zja so­bie z ni­mi po­ra­dzi! Al­ber­ta na pew­no.

Te­raz jed­nak mu­si usiąść do in­ter­ne­tu, aby obej­rzeć to jesz­cze raz na YouTu­be. I cie­ka­wa by­ła ko­men­ta­rzy, oczy­wi­ście.

Pa­ni Wan­decz­ka nie wie­dzia­ła, bo i skąd, że ko­men­ta­rze na YouTu­be śle­dził już (z po­nu­rą roz­pa­czą) na­czel­ny ka­na­łu Di­sco­ve­ry Ci­ty Wal­de­mar Chle­bow­sky. Od kil­ku mie­się­cy nie po­tra­fił zgłę­bić swo­ich uczuć. Naj­nor­mal­niej w świe­cie nie umiał od­po­wie­dzieć so­bie na py­ta­nie: do­brze zro­bił, za­trud­nia­jąc Al­ber­tę, czy mo­że był to błąd je­go ży­cia?

Po raz pierw­szy w nie­mal pięć­dzie­się­cio­let­niej ka­rie­rze za­wo­do­wej pod­jął de­cy­zję pod wpły­wem im­pul­su. Do­sko­na­le pa­mię­tał ten dzień: go­rą­ca Afry­ka, eks­tre­mal­ne oko­licz­no­ści, świa­do­mość, że ca­ła gru­pa le­d­wo uszła z ży­ciem... no i ta ba­ba, cią­gle ga­da­ją­ca, snu­ją­ca iry­tu­ją­ce teo­rie. Nie mógł się wte­dy zde­cy­do­wać co do swo­ich uczuć – chce te­go cho­ler­ne­go pa­ty­cza­ka za­mor­do­wać te­raz czy też mord odło­żyć w cza­sie, by bar­dziej się nim po­tem upa­jać. Wer­sja „na po­tem” zwy­cię­ży­ła. A gdy ta kosz­mar­nie ha­ła­śli­wa ko­bie­ta spoj­rza­ła mu w oczy i stwier­dzi­ła, że zo­sta­je w Afry­ce, Wal­de­mar Chle­bow­sky za­pro­po­no­wał jej pra­cę w no­wo two­rzo­nym ka­na­le Di­sco­ve­ry Ci­ty. I to chy­ba by­ła je­dy­na rzecz, któ­ra mo­gła ścią­gnąć Al­ber­tę z afry­kań­skie­go kon­ty­nen­tu do Eu­ro­py. No, i sta­ło się. Do dziś nie ro­zu­miał, dla­cze­go to zro­bił. Prze­cież jej nie cier­piał!

Za tę de­cy­zję Wal­de­mar, zwa­ny przez tę no­wą, wiecz­nie nadak­tyw­ną re­por­ter­kę Wal­dim, bar­dzo szyb­ko ze­brał szcze­re gra­tu­la­cje od wła­ści­cie­li ma­cie­rzy­stej sta­cji. Chwa­lo­no go za od­wa­gę i nie­by­wa­łą in­tu­icję w do­bo­rze pra­cow­ni­ków. Di­sco­ve­ry Ci­ty był na ra­zie ka­na­łem pi­lo­ta­żo­wym, pre­zen­tu­ją­cym ży­cie wiel­kich miast z ca­łe­go świa­ta, w tym z Pol­ski. Si­łą rze­czy mord rze­czy­wi­ście mu­siał zo­stać odło­żo­ny w cza­sie, bo nie za­rzy­na się prze­cież Al­ber­ty, któ­ra zno­si zło­te ja­ja, czy jak tam mó­wi sta­re pol­skie przy­sło­wie. Wal­di nie był do­bry ze sta­ro­pol­skich przy­słów, bo więk­szość swe­go ży­cia spę­dził w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, któ­re za­czął już trak­to­wać jak swo­ją oj­czy­znę. Obec­ny wy­jazd do Pol­ski był dla nie­go rów­nie eg­zo­tycz­ny jak do Afry­ki.

Al­ber­ta do­ko­ny­wa­ła wła­śnie cze­goś na kształt re­wo­lu­cji w tej dziw­nej czę­ści Eu­ro­py, w któ­rej przez la­ta o kształ­cie te­le­wi­zji i dzien­ni­kar­stwa de­cy­do­wa­ła cen­zu­ra. Oka­za­ło się, że fa­tal­ne wpad­ki Al­ber­ty, jej nie­wy­pa­rzo­ny ję­zyk i wy­jąt­ko­wy nie­takt by­ły od­bie­ra­ne ja­ko no­wy stan­dard w pro­gra­mie na ży­wo. Ko­men­ta­rze na YouTu­be oraz wy­ni­ki oglą­dal­no­ści nie po­zo­sta­wia­ły wąt­pli­wo­ści: żad­na sta­cja te­le­wi­zyj­na nie mia­ła ta­kie­go hi­tu jak „Miej­ska dżun­gla” Al­ber­ty.

– Cho­ler­na strzel­ba! – z iry­ta­cją, ale też z uzna­niem pod­su­mo­wał wy­ni­ki ostat­nie­go od­cin­ka.

Bę­dzie mu­siał tę strzel­bę za­brać na do­bry obiad do do­brej re­stau­ra­cji. By­le mu tyl­ko wsty­du nie na­ro­bi­ła. I na pew­no da jej pod­wyż­kę.

Goś­ka nie mo­gła uwie­rzyć: na­czel­ny „Pia­sta” był głu­chy na ar­gu­men­ty. Kom­plet­nie też nie dzia­ła­ły na nie­go ma­śla­ne oczy, trze­pot rzęs, głę­bo­kie wes­tchnie­nia, nie­win­ne po­pra­wia­nie nie­sfor­nych ko­smy­ków z grzyw­ki, mo­du­lo­wa­ny głos. Ze­ro re­ak­cji. Ze­ro re­ak­cji tej, co trze­ba. Bo na­czel­ny też uśmie­chał się ma­śla­no i wzdy­chał, ale w kwe­stii za­sad­ni­czej zda­nia nie zmie­nił.

– Ty, Mał­go­siu, nie wiesz, nie przy­pusz­czasz na­wet, ja­kie to śro­do­wi­sko. Ostroż­ne i za­mknię­te. Je­śli po­je­dziesz sa­ma, to po­wie­dzą ci to, co chcą po­wie­dzieć. A ja po­trze­bu­ję aku­rat tych no­win, któ­re trzy­ma­ją głę­bo­ko w ukry­ciu – tłu­ma­czył po raz set­ny.

– Bę­dziesz je miał! – za­kli­na­ła Goś­ka.

– Ale ty, dziec­ko, nie wiesz na­wet, o co py­tać. Nie znasz się na ko­niach.

– Szyb­ko się uczę – zno­wu trze­pot rzęs i skrom­ne przy­mknię­cie po­wiek.

– Po­mo­że ci Ma­rek. To ko­niarz z krwi i ko­ści. W ni­czym ci nie prze­szko­dzi. Wręcz prze­ciw­nie. On bę­dzie roz­ma­wiał, a ty masz słu­chać i wszyst­ko to pięk­nie opi­sać swo­im cię­tym, nie­po­wta­rzal­nym ję­zycz­kiem.

Mrrr... Ko­cur ła­sy na gła­ska­nie włą­czył w du­szy dzien­ni­kar­ki opcję „głaszcz mnie jesz­cze za uszka­mi”... No, mi­ło, mi­ło... Ale co to chcia­ła?

– Nie umiem współ­pra­co­wać! Za­tnę się i sko­pię te­mat – się­gnę­ła po cięż­szy ka­li­ber.

Na­czel­ny był nie­wzru­szo­ny.

– Wie­rzę w cie­bie, ko­cha­na. W do­dat­ku nikt, przy oka­zji, nie zro­bi mi ta­kich zdjęć jak ty.

Mrrr... Fakt... Ma się ten ta­lent.

– Słu­chać i pi­sać? To ja­kaś dru­go­rzęd­na ro­la. Cze­mu ten ja­kiś Ma­rek sam nie na­pi­sze te­go, co się do­wie?

– Bo nie jest dzien­ni­ka­rzem! Ow­szem, pi­su­je. Ostat­nio wy­ży­wał się w te­ma­tach ko­rek­ty ko­pyt i krzy­we­go zgry­zu. W koń­skiej pra­sie.

– Czy­tasz koń­ską pra­sę?!

Na­czel­ny spoj­rzał na nią z cier­pie­niem w oczach.

– Mu­sia­łem. Ma­rek py­tał mnie o fa­cho­we uwa­gi na te­mat je­go warsz­ta­tu dzien­ni­kar­skie­go.

– I co? – za­in­te­re­so­wa­ła się.

– No i to ty, dziec­ko, masz pi­sać – jed­no­znacz­nie za­de­cy­do­wał na­czel­ny.

Mrrr… Goś­ka mię­kła w oczach. Zna­ła na­czel­ne­go i wie­dzia­ła, że tej bi­twy nie wy­gra. Sta­ry wy­ga wie­dział, cze­go chce. Dzien­ni­kar­ka mo­gła tyl­ko od­mó­wić pi­sa­nia al­bo zgo­dzić się na za­pro­po­no­wa­ne wa­run­ki. Za­wa­diac­ki duch dziew­czy­ny zwy­cię­żył. Te­mat za­po­wia­dał się cie­ka­wie i szko­da by­ło­by od­pu­ścić przy­go­dzie. Cho­le­ra! Bę­dzie jeź­dzić z niań­ką. Al­bo, nie daj Bo­że, za niań­kę ro­bić! Bo grom wie, ja­ki jest ten Ma­rek. Nie­wy­klu­czo­ne, że cia­maj­da, sko­ro to ona mu­si pi­sać.

– Prze­sta­nę cię lu­bić – ska­pi­tu­lo­wa­ła. – Ale że mi­lut­ka je­stem, to się osta­tecz­nie zga­dzam.

Na­czel­ny pro­mie­niał.

– Do Mar­ka masz nie­da­le­ko. Miesz­ka te­raz w Ja­god­nem, pod two­imi Sie­dl­ca­mi. Tu jest je­go te­le­fon. Umów się i po­ga­daj­cie. Chcę to do naj­bliż­sze­go nu­me­ru.

Goś­ka już trzy­ma­ła w rę­kach wi­zy­tów­kę Zie­mo­wi­ta Mar­ka Gor­da­li: pen­sjo­nat dla ko­ni, tre­nin­gi ko­ni raj­do­wych i wy­ści­go­wych, za­jeż­dża­nie mło­dych ko­ni, ho­tel.

– Zie­mo­wit? – prych­nę­ła jak dziec­ko.

– Tyl­ko tak do nie­go ni­g­dy nie mów. Mo­gą to ro­bić je­dy­nie do­ooobrzy zna­jo­mi. Mów: Ma­rek.

– Bo co? – oży­wi­ła się.

– Bo ro­bi się trud­ny w oby­ciu, po­wiedz­my enig­ma­tycz­nie.

– Ja­sne. Kom­plek­sy.

– Tyl­ko z nim nie wo­juj, ja cię pro­szę. To świet­ny fa­cho­wiec, a mnie za­le­ży na tym ar­ty­ku­le.

Goś­ka pa­trzy­ła na ad­res. Ja­god­ne le­ży ja­kieś 20 km od Sie­dlec. Cze­mu jesz­cze nie sły­sza­ła o tym ośrod­ku? Chy­ba dzia­ła od nie­daw­na. No, ale in­na spra­wa, że wieś nie jest tym, co ty­grys sie­dzą­cy w jej du­szy lu­bi naj­bar­dziej. O, gdy­by to był no­wy klub, to i ow­szem. Na pew­no by coś o nim wie­dzia­ła. Goś­ka by­ła sta­łą by­wal­czy­nią miejsc cie­ka­wych, gwar­nych i z do­brą mu­zy­ką. A te­go w Ja­god­nem ra­czej się nie spo­dzie­wa­ła, do­daj­my od ra­zu. Cóż... trze­ba bę­dzie się prze­mę­czyć. Bo na­czel­ny „Pia­sta” pła­cił do­brze, je­śli nie świet­nie. No i pi­sa­nie do „Pia­sta” to był pre­stiż. Pi­smo uka­zy­wa­ło się bo­wiem tak­że w naj­bar­dziej li­czą­cych się śro­do­wi­skach po­lo­nij­nych na ca­łym świe­cie. A Go­sia lu­bi­ła być po­dzi­wia­na i sław­na. Gdzie mia­ła­by lep­szą pu­bli­kę?

– To się na­zy­wa kom­pro­mis – tym stwier­dze­niem po­twier­dzi­ła tyl­ko swo­ją wy­jąt­ko­wą mą­drość.

No, do­bra. Po­jeź­dzi z niań­ką. To bę­dzie chy­ba do­bra od­trut­ka na te kło­po­ty z po­pa­prań­cem. Za­nim do­bie­rze mu się do skó­ry! Na myśl o afron­cie, ja­ki ją spo­tkał, zno­wu za­go­to­wa­ła się w niej krew. Po­wrot­ną dro­gę do Sie­dlec po­świę­ci­ła roz­pa­mię­ty­wa­niu hi­sto­rii ga­ze­to­wej kłót­ni z Wie­śma­kiem.

Wie­śmak. Tak się po­pa­pra­niec pod­pi­sy­wał pod dur­ny­mi ar­ty­ku­ła­mi o eko­lo­gii. Fa­cet był wol­nym strzel­cem, przez co trud­no by­ło go zlo­ka­li­zo­wać. Gdy­by był na eta­cie...

– Ta­cy są naj­gor­si! – mruk­nę­ła. – My­ślą, że po­zja­da­li wszyst­kie ro­zu­my!

Cóż, choć­by spod zie­mi mia­ła go wy­dłu­bać, to wy­dłu­bie. To tyl­ko kwe­stia cza­su, by­ła te­go pew­na.

Po­pa­pra­niec Wie­śmak na­pi­sał po­le­micz­ny fe­lie­ton w od­po­wie­dzi na jej ar­ty­kuł o emi­gra­cji miesz­czu­chów na wieś. Goś­ka do­wo­dzi­ła, że to ża­ło­sny owczy pęd. Sno­bi­stycz­na mo­da na wy­ku­py­wa­nie wiej­skich po­se­sji. Mo­da ta okrop­nie ją draż­ni­ła. Ran­cza, sie­dli­ska, swo­iste skan­se­ny – im bar­dziej wiej­sko i prza­śnie, bym le­piej. Fuj! Od dziec­ka nie lu­bi­ła wsi. Rzad­kie wy­jaz­dy na wa­ka­cje do krew­nych wspo­mi­na­ła ja­ko nie­za­słu­żo­ną ka­tor­gę z dzie­ciń­stwa. Tym­cza­sem po­ło­wa jej zna­jo­mych, tych już ustat­ko­wa­nych (z ba­cho­ra­mi – jak ma­wia­ła z po­gar­dą i współ­czu­ciem), mia­ła dom­ki w oko­licz­nych wsiach. Nie­któ­rzy już tak za­sma­ko­wa­li eko­lo­gicz­ne­go ży­cia, że nie tyl­ko spę­dza­li tam wa­ka­cje, ale miesz­ka­li przez ca­ły rok, do­jeż­dża­jąc do pra­cy wprost z ło­na na­tu­ry. Strasz­nie się tym cheł­pi­li i by­li w tym sa­mo­za­do­wo­le­niu iry­tu­ją­cy. Okrop­ność!

I tak, Goś­ka ob­na­ży­ła ca­łą praw­dę o ży­ciu miesz­czu­chów na wsi. To po pro­stu sno­bizm! Su­ge­ro­wa­ła na­wet, że nie­któ­rzy za­pew­ne się na wsi mę­czą i nu­dzą, ale nie wy­pa­da im się już do te­go przy­zna­wać. Ale tyl­ko pa­trzeć, pro­ro­ko­wa­ła, a miesz­czu­chy wró­cą stę­sk­nio­ne do ulu­bio­nych pu­bów, noc­nych klu­bów, któ­re z eko­lo­gią, ci­szą i spo­ko­jem nie­wie­le ma­ją wspól­ne­go. Na szczę­ście.

No i wte­dy ode­zwał się Wie­śmak. Tak się pod­pi­sał. Strasz­nie pre­ten­sjo­nal­nie. Cho­ciaż wszy­scy w re­dak­cji twier­dzi­li, że fa­cet mu­si mieć ja­ja i nie­złe po­czu­cie hu­mo­ru, wy­bie­ra­jąc ta­ki pseu­do­nim: po­łą­cze­nie prza­śno­ści z sym­bo­lem po­pkul­tu­ry. Ale ona wie­dzia­ła swo­je.

– Na pew­no ma ku­cyk, no­si ka­pe­lusz i zło­ty łań­cuch na ob­na­żo­nej kla­cie. I lu­bi spać w na­mio­cie. Nie bie­rze co­dzien­nie prysz­ni­ca – wy­li­cza­ła z sa­tys­fak­cją naj­więk­sze mę­skie grze­chy. – O! I pew­nie ma bro­dę. Al­bo wą­sy!

Ha! To dys­kwa­li­fi­ko­wa­ło naj­więk­sze­go su­per­me­na w jej oczach. Fa­cet mu­si być pach­ną­cy, gład­ki i czy­ściut­ki. Na in­nych szko­da cza­su.

Wróg Wie­śmak opu­bli­ko­wał fe­lie­ton w kon­ku­ren­cyj­nym ty­go­dni­ku, wy­raź­nie jed­nak po­wo­łu­jąc się na jej ar­ty­kuł. Kpił z jej prze­ko­nań, bro­nił wiej­skiej siel­sko­ści, na­ma­wiał in­nych do pój­ścia w śla­dy tych mą­drych lu­dzi, któ­rzy po­wie­dzie­li zgieł­ko­wi mia­sta: dość!.

– Fa­cet twier­dzi, że je­steś blon­dyn­ką – wy­cią­gnę­ła wnio­sek Ju­sty­na, ko­le­żan­ka z re­dak­cji, któ­ra pierw­sza po­ka­za­ła Go­ś­ce po­le­micz­ny ar­ty­kuł.

Nie ukry­wa­ła, że lek­tu­ra pasz­kwi­lu spra­wi­ła jej wiel­ką fraj­dę, co Goś­ka z tru­dem jej wy­ba­czy­ła. Ju­sty­nie Wie­śmak naj­wy­raź­niej się po­do­bał! Co za nie­lo­jal­ność.

– Blon­dyn­ka? – Goś­ka nie­pew­nie prze­je­cha­ła dło­nią po ja­snych wło­sach.

– Blon­dyn­ka to stan umy­słu. Nie patrz na swe pło­we lo­ki – po­uczy­ła Ju­sty­na, no­ta­be­ne tak­że ja­sno­wło­sa dzie­wo­ja. I do­da­ła ze zgro­zą: – My­ślę, że cię ob­ra­ża.

Goś­ka od­bi­ła Wie­śma­ko­wi pi­łecz­kę z nie­kła­ma­ną fu­rią. Blon­dyn­ka! Ożeż!

Przy­to­czy­ła przy­kła­dy, jak to na siel­skiej wiej­sko­ści zbi­ja się ka­sę kosz­tem miesz­czu­chów, któ­rzy uwie­rzy­li w ide­olo­gicz­ne baj­du­rze­nie o bli­sko­ści na­tu­ry. Tym­cza­sem ser­wu­je im się na śnia­da­nie fer­mo­we jaj­ka i mle­ko z kar­to­nu. Ty­le tyl­ko, że pięć ra­zy dro­żej niż w mie­ście. Co to za cza­sy, że szczy­tem sno­bi­zmu sta­ło się pi­cie mle­ka „pro­sto od kro­wy” i wy­bie­ra­nie ja­jek ku­rom? Chcia­ła, aby opo­nent po­czuł, że pi­je do nie­go. Że nie wie­rzy w to na­pu­szo­ne ga­da­nie o pięk­nie, spo­ko­ju i wiej­skim nie­skom­pli­ko­wa­nym szczę­ściu.

No i Wie­śmak ją roz­je­chał. Zro­bił mo­krą pla­mę na as­fal­cie. Na­pi­sał krót­ko. Za­py­tał, czy przez au­tor­kę ar­ty­ku­łu prze­ma­wia ja­kaś trau­ma zwią­za­na z wiej­skim ży­ciem. Czy ma fo­bie, lę­ki wy­nie­sio­ne z dzie­ciń­stwa? Do­dał, że chęt­nie wy­le­czy jej kom­plek­sy. Wy­star­czy, że przy­je­dzie do nie­go na wieś. Zgrab­nie wplótł zda­nie o ogra­ni­czo­nych ho­ry­zon­tach my­ślo­wych, któ­re nie­chyb­nie po­sze­rzą się na ło­nie na­tu­ry. I o pla­sti­ko­wej oso­bo­wo­ści. O nie­chyb­nej prze­mia­nie lal­ko­wa­tej Bar­bie w peł­no­war­to­ścio­wą ko­bie­tę, ja­ka mo­że się tyl­ko do­ko­nać przy ży­ciu świa­do­mym i war­to­ścio­wym. Ta­kim jak na wsi. Ar­ty­kuł koń­czył się rzu­ce­niem rę­ka­wi­cy, czy­li za­pro­sze­niem Goś­ki na wieś, do Wie­śma­ka, na du­cho­wą prze­mia­nę. Goś­ka z nie­do­wie­rza­niem wczy­ty­wa­ła się w ko­lej­ne zda­nia. Za­mu­ro­wa­ło ją. I ugry­zła ga­ze­tę. Ze zło­ści. Bo ad­re­su nie po­dał.

Ja­god­ne le­ża­ło bli­sko tra­sy z War­sza­wy do Sie­dlec, ale dzien­ni­kar­ka mi­nę­ła ta­blicz­kę z na­zwą miej­sco­wo­ści. Dzi­siaj nie mia­ła jesz­cze ocho­ty po­zna­wać swe­go współ­pra­cow­ni­ka. Le­piej bę­dzie, je­śli się wcze­śniej na­stroi po­zy­tyw­nie, że­by fa­cet już na dzień do­bry nie wy­czuł jej nie­chę­ci. Mo­gło­by to prze­szko­dzić im w pra­cy, któ­rą i tak mu­szą od­bęb­nić wspól­nie. Ma­rek Zie­mo­wit jesz­cze chwi­lę po­cze­ka. Te­raz Goś­ka mu­si w so­bie po­ukła­dać uczu­cia do po­pa­prań­ca, że­by nie rzu­to­wa­ły nie­chcą­cy na ca­ły mę­ski świat. Wjeż­dża­jąc do mia­sta, mi­nę­ła no­wo wy­bu­do­wa­ne­go McDo­nal­da. Na ba­ne­rze re­kla­mo­wym uśmie­cha­ła się wiel­ka ka­nap­ka. Wie­śmac.

Ja ci dam Wie­śma­ca – po­my­śla­ła mści­wie. – Ty... ty cho­ler­ny Wie­śma­ku.

*

Rozdział 2

Po po­ran­nym tre­nin­gu Bry­sia zno­wu mo­gła ja­sno my­śleć. Ra­ny! Ale się wko­pa­ła! Ona, ta­ka praw­do­mów­na i szcze­ra do bó­lu. Jak z te­go wy­brnąć z twa­rzą i ho­no­rem? Do­bra, po­tem o tym po­my­śli, bo te­raz pa­ni Kla­ra naj­wy­raź­niej do­szła do sie­bie i mo­że da­lej ze­zna­wać.

Od­ru­cho­wo po­da­ła ko­lej­ną chu­s­tecz­kę pa­ni Kla­rze, któ­ra z ocza­mi czer­wo­ny­mi od pła­czu pa­trzy­ła przed sie­bie z apa­tią. Po­li­cjant­ka przy­su­nę­ła do sie­bie pro­to­kół prze­słu­cha­nia. Pa­ni Kla­ra po­cią­gnę­ła no­sem i za­chli­pa­ła.

Cho­le­ra! Bry­sia ma tu naj­praw­dziw­szy pasz­tet. A pa­ni Kla­ra jest je­go nie­ro­ze­rwal­nym skład­ni­kiem.

Ach, ta pa­ni Kla­ra! Nie dość, że na­tu­ra nie by­ła dla ko­bie­ty ła­ska­wa, to jesz­cze ta jej kro­wia ła­god­ność i na­iw­ność! Pulch­na, fa­tal­nie ubra­na czter­dzie­sto­lat­ka mia­ła rzad­kie wło­ski ufar­bo­wa­ne na pla­ty­no­wy blond, skrę­co­ne w nie­mod­ne sta­ro­pa­nień­skie locz­ki. Wy­sku­ba­ne brwi nada­wa­ły jej twa­rzy wy­raz wiecz­ne­go zdzi­wie­nia. I ta wła­śnie nie­wia­sta przez dłu­gi czas my­śla­ła, że za­wo­jo­wa­ła ser­ce przy­stoj­ne­go aman­ta. Amant oka­zał się oszu­stem, cze­go pa­ni Kla­ra nie mo­gła prze­bo­leć.

– A pa­ni to ta­ka pięk­na – znie­nac­ka wes­tchnę­ła pa­ni Kla­ra.

Po­li­cjant­ka bez­wied­nie wpi­sa­ła do pro­to­ko­łu: „A pa­ni to...”, i za­raz za­ma­szy­ście skre­śli­ła to zda­nie. Ach, ta pa­ni Kla­ra! Cie­ląt­ko, no, cie­ląt­ko! Moc­no wy­ro­śnię­te, ale cie­ląt­ko.

Pa­ni Kla­ra jesz­cze nie wie­dzia­ła, że zna­la­zła się w środ­ku po­li­cyj­ne­go do­cho­dze­nia o kryp­to­ni­mie „Bo­ski”. Bry­sia oso­bi­ście wy­bra­ła to ha­sło po iden­tycz­nych wes­tchnie­niach ko­lej­nych zgła­sza­ją­cych się ko­biet:

– On był po pro­stu bo­ski! – prze­ko­ny­wa­ły, szlo­cha­jąc w chu­s­tecz­ki.

Bo­ski był tym­cza­sem bez­względ­ny. Z per­fek­cyj­nym wy­czu­ciem ma­ni­pu­lo­wał ko­bie­ta­mi, ich uczu­cia­mi i ma­jąt­kiem. Nie był chci­wy. Nie czy­ścił ich kont, ale przyj­mo­wał dro­gie pre­zen­ty, któ­re one sa­me mu wci­ska­ły nie­mal na si­łę. Wy­glą­da­ło to tak, jak­by cho­dzi­ło o sa­mą za­ba­wę w zwią­zek. Za­ko­cha­ne ko­bie­ty ubie­ra­ły go na swo­ją mo­dłę: jed­ne ku­po­wa­ły gar­ni­tu­ry, in­ne płasz­cze lub spor­to­we stro­je do tre­nin­gu. Bo Bo­ski dbał o sie­bie: był wy­spor­to­wa­ny, czy­sty, kul­tu­ral­ny. I bar­dzo czu­ły. Cho­dził ra­no po za­ku­py, ro­bił śnia­da­nia, obie­rał ziem­nia­ki na obiad, sprzą­tał, prał. Ide­ał.

– Pie­przo­ny drań. – Bry­sia w my­ślach po­prze­sta­ła na tym nie­zbyt moc­nym okre­śle­niu.

Gdy wpa­da­ła w fu­rię, lu­bi­ła do­sad­nie wer­ba­li­zo­wać ota­cza­ją­cą rze­czy­wi­stość. Rzad­ko, bo rzad­ko, ale je­śli już... Bry­sia klę­ła jak szewc, co przy aniel­skiej uro­dzie szo­ko­wa­ło nie­jed­ne­go.

Bo­ski przed­sta­wiał się ja­ko roz­wod­nik po trau­ma­tycz­nym związ­ku. Bar­dzo grzecz­ny i de­li­kat­ny – tak go opi­sy­wa­ły wszyst­kie ko­bie­ty. Uwiel­bia­ły go. Po­tra­fił wzbu­dzić w nich sil­ne uczu­cie, na gra­ni­cy tok­sycz­nej, wy­nisz­cza­ją­cej mi­ło­ści, dla któ­rej moż­na od­dać ży­cie. Skąd wie­dzia­ły, że pa­dły ofia­rą oszu­sta? Bo na­gle zni­kał. Bez sło­wa, bez po­że­gna­nia, bez żad­nych symp­to­mów, że coś się po­psu­ło. Wszyst­kim obie­cy­wał mał­żeń­stwo. Więk­szość z nich to by­ły już ofi­cjal­ne na­rze­czo­ne. Nie­szczę­śli­we, prze­ra­żo­ne, zgła­sza­ły na po­li­cji je­go za­gi­nię­cie. Ni­g­dy się nie zna­lazł, ni­g­dy nie zła­pa­no żad­ne­go tro­pu.

To Bry­sia po­wią­za­ła kil­ka przy­pad­ków ze so­bą i od­kry­ła, że zgło­sze­nia do­ty­czą jed­ne­go czło­wie­ka. Co zna­mien­ne, żad­na z ko­biet nie mia­ła zdję­cia na­rze­czo­ne­go. Tak kre­ował sy­tu­acje, że nie po­zo­sta­wiał po so­bie żad­ne­go śla­du. Je­śli wspól­ne zdję­cia ro­bio­no, zni­ka­ły one z al­bu­mów ra­zem z męż­czy­zną.

– Mó­wił, że pra­cu­je w woj­sku – szlo­cha­ła pa­ni Kla­ra. – Dla­te­go spę­dza­li­śmy ma­ło cza­su ze so­bą. Ro­zu­mie pa­ni: służ­by, po­li­go­ny, ćwi­cze­nia. Ale gdy był w do­mu, nie by­ło słod­sze­go czło­wie­ka od nie­go. Ko­chał mnie. Ja to wiem. Czu­łam to ca­łym ser­cem. Nikt ni­g­dy nie był dla mnie ta­ki do­bry. Opie­ko­wał się mną. Ro­bił ka­nap­ki, her­bat­kę.

Pa­ni Kla­ra z bó­lem spoj­rza­ła Bry­si w oczy.

– Prze­cież wi­dzi pa­ni, jak ja wy­glą­dam. I nie je­stem bo­ga­ta. Dla­cze­go mó­wił, że mnie ko­cha? Dla­cze­go po­pro­sił o rę­kę? Gdy­by pa­nią po­pro­sił, to ja ro­zu­miem! Jest pa­ni ta­ka pięk­na! – Pa­ni Kla­ra zno­wu przy­ło­ży­ła chu­s­tecz­kę do oczu.

Bry­si zro­bi­ło się przy­kro. Szyb­ko za­mru­ga­ła ocza­mi.

– Pa­ni to ni­g­dy coś ta­kie­go nie spo­tka – pa­ni Kla­ra wes­tchnę­ła.

Po­li­cjant­ka szyb­ko zaj­rza­ła do no­ta­tek. Bo­ski wy­brał so­bie do­bry za­wód. Mit pra­cy ofi­ce­ra po­zwa­lał mu żyć w kil­ku związ­kach na­raz. Gdy nie by­ło go w do­mu, wy­ma­wiał się służ­bą, wy­jaz­da­mi na po­li­gon. W jed­nym ze związ­ków po­słu­żył się sfał­szo­wa­nym pi­smem od­de­le­go­wu­ją­cym go na stu­dia. Part­ner­ka by­ła prze­ko­na­na, że na­rze­czo­ny stu­diu­je, jak Bóg przy­ka­zał, i do gło­wy jej nie przy­szło, że ten czas spę­dza już w ob­ję­ciach in­nej na­rze­czo­nej. W ko­lej­nym związ­ku prze­ko­nał part­ner­kę, że wy­je­chał na mi­sję do Afga­ni­sta­nu. Za­da­wał so­bie du­żo tru­du, by uwia­ry­god­nić ka­mu­flaż. Cza­sem zu­peł­nie nie­po­trzeb­nie, bo za­ko­cha­ne ko­bie­ty po­łknę­ły­by na­wet naj­bar­dziej pry­mi­tyw­ne kłam­stwa. Nie by­ły zbyt bły­sko­tli­we. By­ły ła­god­ne, sa­mot­ne i bez­bron­ne. Ale on pro­wa­dził bar­dzo wy­ra­fi­no­wa­ną grę. Wcho­dził w ro­lę bo­ha­te­ra woj­ny afgań­skiej, su­mien­ne­go stu­diu­ją­ce­go ofi­ce­ra, do­wód­cy od­po­wie­dzial­ne­go za pod­le­głych mu żoł­nie­rzy. W jed­nym ze związ­ków był na­wet sa­pe­rem.

– Dla­cze­go to ro­bił? – za­py­ta­ła przez łzy pa­ni Kla­ra, za­ci­ska­jąc pulch­ne piąst­ki.

Po­li­cjant­ka spu­ści­ła gło­wę. By­ło jej żal zroz­pa­czo­nej ko­bie­ty. Ale to do­bre py­ta­nie. Dla­cze­go to ro­bił? Obie­ca­ła so­bie, że zła­pie dra­nia i do­wie się. Po pro­stu mu­si wie­dzieć!

– Eech! A pa­ni to ta­ka pięk­na! – wes­tchnę­ła zno­wu pa­ni Kla­ra i smut­no wpa­trzy­ła się w za­kra­to­wa­ne okno.

Bry­sia po raz ko­lej­ny skre­śli­ła „A pa­ni to...” z pro­to­ko­łu i po­da­ła prze­słu­chi­wa­nej ko­bie­cie na­stęp­ną chu­s­tecz­kę. Pa­ni Kla­ra za­trą­bi­ła ni­czym tir na au­to­stra­dzie, wy­dmu­chu­jąc z wpra­wą per­ka­ty nos. Naj­wy­raź­niej zno­wu od­da­ła się rzew­nym wspo­mnie­niom. A za chwi­lę bę­dzie mu­sia­ła wró­cić do pu­ste­go do­mu, w któ­rym ty­le śla­dów przy­po­mi­na jej bo­skie­go aman­ta. Ta­aak... Tak po­pie­przo­ne­go oszu­sta Bry­sia jesz­cze nie ści­ga­ła. Nie ro­zu­mia­ła go. I to nie da­wa­ło jej spo­ko­ju.

Na­czel­nik wy­dzia­łu śled­cze­go przy­glą­dał się z dziw­ną mi­ną po­kre­ślo­ne­mu pro­to­ko­ło­wi. Bry­sia uda­wa­ła, że nie wi­dzi je­go kon­ster­na­cji. To­mek, ko­le­ga z gru­py do­cho­dze­nio­wej, bar­dzo nie­dy­skret­nie za­pu­ścił żu­ra­wia przez ra­mię na­czel­ni­ka. Le­d­wo po­wstrzy­mał śmiech.

– Aleś go po­kre­śli­ła, słon­ko – syk­nął do ucha ko­le­żan­ki.

– Nie py­taj dla­cze­go. – Bry­sia tyl­ko po­krę­ci­ła gło­wą.

Na­czel­nik spoj­rzał po ze­bra­nych. Od­pra­wa mia­ła być dziś krót­ka.

– Oszust zno­wu po­da­je się za żoł­nie­rza. Czy to jed­na z no­wych po­szko­do­wa­nych? – Na­czel­nik spoj­rzał na Bry­się.

Kiw­nę­ła po­ta­ku­ją­co gło­wą.

– Że też żad­nej z tych ko­biet nie przy­szło do gło­wy za­py­tać, w ja­kiej jed­no­st­ce słu­ży! – zi­ry­to­wa­ła się.

– O, za­ło­żę się, że py­ta­ły. Tyl­ko ni­g­dy nie otrzy­ma­ły od­po­wie­dzi. To spryt­na sztu­ka. – To­mek ob­ra­cał w pal­cach dłu­go­pis. – Zna­cie ja­kąś ba­bę, któ­ra nie wy­py­ty­wa­ła­by, co w pra­cy, ja­cy są ko­le­dzy, ja­kie ko­le­żan­ki?

Wo­kół sto­li­ka wznio­sła się fa­la mę­skich po­chrzą­ki­wań i po­mru­ków świad­czą­cych, że To­mek do­tknął istot­ne­go pro­ble­mu.

– Na pew­no py­ta­ły, ale cwa­niak la­wi­ro­wał tak, aby wie­dzia­ły jak naj­mniej.

Bry­sia mu­sia­ła im przy­znać ra­cję. Ko­bie­ty Bo­skie­go nie po­pi­sa­ły się ani spry­tem, ani in­te­li­gen­cją. A te­raz ona ma za nie od­po­wie­dzieć, kto się kry­je za bo­ską po­wierz­chow­no­ścią te­go bo­skie­go aman­ta. Kom­plet­nie nie mia­ła po­my­słu, jak się do te­go za­brać. Gdy­by tak głu­pio nie za­brnę­ła ze Sław­kiem w tę idio­tycz­ną pa­to­wą sy­tu­ację, mo­gła­by po­pro­sić go o po­moc. Na pew­no zna­la­zł­by w tych opo­wie­ściach ja­kąś lu­kę. Ja­ko ofi­cer z sie­dlec­kiej jed­nost­ki mógł­by być przy­dat­ny, ale... Wró­ci­ła my­śla­mi do sa­li na­rad.

– Oba­wiam się, że to mo­że być fał­szy­wy trop – po­wie­dzia­ła po­wo­li. – We wszyst­kich ze­zna­niach, ow­szem, po­twier­dza się, że miał mun­dur po­lo­wy i wyj­ścio­wy. Ale wy­da­je mi się, że za bar­dzo się z ni­mi ob­no­sił.

Po­my­śla­ła o tym, gdy zo­ba­czy­ła, z ja­ką skru­pu­lat­no­ścią Sła­wek uni­ka sy­tu­acji, by pod­czas pry­wat­nych spo­tkań być w mun­du­rze. Gdy się uma­wia­li, był za­wsze w cy­wil­nym ubra­niu. W mun­du­rze wi­dzia­ła go tyl­ko raz, ale wte­dy wpa­dli na sie­bie przy­pad­kiem, i to w go­dzi­nach je­go pra­cy. Tym­cza­sem Bo­ski po­tra­fił za­bie­rać swe wy­bran­ki na ka­wę i lo­dy, bę­dąc w mun­du­rze po­lo­wym.

Na­czel­nik słu­chał uważ­nie.

– W każ­dym związ­ku miał in­ne na­zwi­sko. I żad­ne­go z nich nie by­ło i nie ma w oko­licz­nych gar­ni­zo­nach. Ani w Sie­dl­cach, ani w Miń­sku – po­pu­ka­ła pal­cem w tecz­kę z ze­bra­ny­mi ma­te­ria­ła­mi.

Kacz­ma­rek, To­pol­ski, Mi­trzak, Za­ga­jew­ski, Wa­siń­ski. Woj­sko za­prze­czy­ło, by w tu­tej­szych jed­nost­kach słu­ży­li ta­cy ofi­ce­ro­wie. Bry­sia za­uwa­ży­ła jed­nak, że są to na­zwi­ska do­syć zna­ne w Sie­dl­cach: le­ka­rza, lo­kal­ne­go po­li­ty­ka, ma­la­rza, złot­ni­ka, dy­rek­to­ra naj­więk­sze­go ban­ku. Czyż­by Bo­ski ob­ra­cał się w krę­gach sie­dlec­kiej śmie­tan­ki to­wa­rzy­skiej? Czy tyl­ko uważ­nie czy­tał lo­kal­ną pra­sę? Ewi­dent­nie po­ży­czał so­bie na­zwi­ska sie­dlec­kich VIP-ów.

Tym­cza­sem ko­le­dzy sku­pi­li się na ofia­rach.

– Gdzie się po­dział bab­ski spryt? – To­mek wes­tchnął osten­ta­cyj­nie. – Co to za ba­by, któ­rych nie kor­ci­ło, że­by zaj­rzeć do do­ku­men­tów, do je­go ko­mór­ki? Dla­cze­go nie za­sta­no­wi­ło ich, że nie da­je im te­le­fo­nu do swo­jej pra­cy?

Bry­sia skrzy­wi­ła się.

– To nie ba­by, tyl­ko po­szko­do­wa­ne. Pa­dły ofia­rą oszu­sta! One mu ufa­ły – syk­nę­ła.

Na­czel­nik szyb­ko za­ła­go­dził spór.

– On istot­nie wy­bie­ra okre­ślo­ny typ ko­biet. Ła­two ni­mi ma­ni­pu­lu­je, usy­pia czuj­ność. Jest w tym mi­strzem.

Bo­ski po pro­stu zmy­ślał na­zwi­sko i to na­iw­nym ko­bie­tom wy­star­cza­ło.

– A ten twój ofi­cer nie zna żad­ne­go aman­ta, co to by zmie­niał ba­by jak rę­ka­wicz­ki? – To­mek po­pa­trzył za­czep­nie na ko­le­żan­kę.

Cho­le­ra! Sta­ło się. Bry­sia od po­cząt­ku się ba­ła, że kum­ple ze­chcą w koń­cu wy­ko­rzy­stać za­wo­do­we kon­tak­ty Sław­ka.

– Nie roz­ma­wiam z nim o swo­jej pra­cy – po­wie­dzia­ła wy­mi­ja­ją­co.

Przy sto­li­ku za­pa­dła ci­sza. Ko­le­dzy spoj­rze­li na nią ze zdzi­wie­niem. Bez­błęd­nie wy­ło­wi­li w jej gło­sie okrut­nie fał­szy­wą nu­tę. No i wy­star­czy­ło jed­no spoj­rze­nie na jej za­ru­mie­nio­ne na­gle po­licz­ki.

– Bry­gi­da, czy chcesz nam o czymś po­wie­dzieć? – To­mek zmarsz­czył za­baw­nie brwi.

– Nie mów do mnie Bry­gi­da! Nie cier­pię te­go imie­nia!

Oooo! Ko­le­dzy z gru­py do­sko­na­le zna­li ten ton. Na­czel­nik szyb­ko za­koń­czył spo­tka­nie.

– Na dziś to wszyst­ko.

Spoj­rzał jesz­cze na Bry­się, jak­by chciał o coś za­py­tać, ale naj­wy­raź­niej się roz­my­ślił. Wy­szedł, zo­sta­wia­jąc gru­pę do­cho­dze­nio­wą w lek­ko pod­mi­no­wa­nym na­stro­ju.

To­mek na­tych­miast przy­su­nął swo­je krze­sło do krze­sła Bry­si. Zmu­sił ją spoj­rze­niem do po­pa­trze­nia mu w oczy. Nos ofi­ce­ra śled­cze­go wy­raź­nie mu mó­wił, że coś tu... nie pach­nie.

– Praw­dzi­wy z cie­bie cu­kie­re­czek! – za­czął po­nu­ro. – My­ślę, że ro­bisz fa­ce­ta w ja­jo. Ję­dza.

Ko­le­dzy zła­pa­li swo­je krze­seł­ka i truch­ci­kiem do­łą­czy­li do sie­dzą­cej na­prze­ciw sie­bie pa­ry. Mu­sie­li to usły­szeć! Bo ko­cha­li Bry­się. Ko­cha­li ją jak młod­szą sio­strę, mu­sie­li więc być wta­jem­ni­cze­ni w jej ży­cie oso­bi­ste. Naj­wy­raź­niej skom­pli­ko­wa­ne ży­cie oso­bi­ste!

– A wy­glą­da­łaś, jak­by ci na nim za­le­ża­ło... – drą­żył z upo­rem To­mek.

Bry­sia się na­je­ży­ła. Wca­le nie uwa­ża­ła, że ro­bi ko­go­kol­wiek w ja­jo. Ra­czej chro­ni ten... trud­ny i skom­pli­ko­wa­ny zwią­zek. Pra­wie zwią­zek. Bo prze­cież nie do koń­ca zwią­zek. Eeech! Sa­ma nie wie, co to jest, ale je­śli te­raz ro­ze­gra to nie­umie­jęt­nie, to ze­psu­je wszyst­ko. Bo Sła­wek jej nie wy­ba­czy. Tyl­ko jak to wy­tłu­ma­czyć tym dra­bom?

– Kur­de... – jęk­nę­ła. – Za­brnę­łam tro­chę, no!

To­mek mil­czał ze zmarsz­czo­ny­mi brwia­mi.

– No, kur­de, no! – Bry­sia za­czę­ła się mio­tać. – Prze­cież po­znał mnie ja­ko brzy­du­lę! – przy­po­mnia­ła chło­pa­kom z wy­rzu­tem. – I ta­ką mnie za­ak­cep­to­wał.

– Aaaaa… – ko­le­gom wy­rwał się zgod­ny jęk zro­zu­mie­nia.

Po­pa­trzy­li na nią z czu­ło­ścią. Na tę ślicz­ną dziew­czy­nę, któ­rą fa­cet przez zrzą­dze­nie lo­su fak­tycz­nie po­znał ja­ko brzy­du­lę. To by­ła pa­mięt­na ak­cja. Wie­dzie­li, o czym Bry­sia mó­wi.

To­mek od­chy­lił się na opar­cie krze­sła.

– My­śla­łem, że już daw­no mu to wy­ja­śni­łaś – stwier­dził z wy­raź­nym roz­cza­ro­wa­niem.

– Chcia­łam, ale... Wiesz, umó­wi­li­śmy się, a on od­wo­łał spo­tka­nie, bo za­wiózł ma­łą do szpi­ta­la. Je­go có­recz­ką opie­ku­je się bab­cia, zna­czy się je­go ma­ma. I coś tam się wy­da­rzy­ło, nie wiem, nie by­ło z nim gad­ki. A po­tem mi dzię­ko­wał, że zro­zu­mia­łam, że nie ro­bię cyr­ków, wy­rzu­tów... – Bry­sia opo­wia­da­ła cha­otycz­nie o ostat­nich wy­da­rze­niach. – I, co? Mia­łam mu wte­dy po­wie­dzieć, że stał się ofia­rą bab­skich gie­rek? Głu­piej za­ba­wy?

Chło­pa­ki po­nu­ro po­krę­ci­li gło­wa­mi.

– Ki­cha... – przy­tak­nę­li zgod­nie. – Na­dal my­śli, że je­steś... pie­lę­gniar­ką?

Bry­sia tyl­ko kiw­nę­ła gło­wą, a chło­pa­kom wy­rwa­ło się współ­czu­ją­ce wes­tchnie­nie. A swo­ją dro­gą, to ja­kiś idio­ta z te­go Sław­ka. Wy­star­czy­ło spoj­rzeć na Bry­się: na jej umię­śnio­ne ra­mio­na, wy­spor­to­wa­ną syl­wet­kę, zde­cy­do­wa­ne spoj­rze­nie. Pie­lę­gniar­ka? Do­bre so­bie.

– No to ma­my sy­tu­ację z ga­tun­ku cza­ru­ją­cych – pod­su­mo­wał z re­zy­gna­cją To­mek.

Fakt. Któ­ry fa­cet znie­sie świa­do­mość, że był za­baw­ką w rę­kach ko­bie­ty? I to ko­bie­ty, z któ­rą naj­wy­raź­niej chce się zwią­zać? Ko­bie­ty „wy­ro­zu­mia­łej i nie­ro­bią­cej cyr­ków”? Bez­na­dzie­ja. Bry­sia wes­tchnę­ła jak smok. Chło­pa­ki też.

– Bryś­ka... Uwa­żam, że po­win­ni­śmy się włą­czyć do ak­cji... – To­mek naj­wy­raź­niej czuł po­trze­bę dzia­ła­nia. – Mo­że­my go zgar­nąć pod by­le pre­tek­stem, a ty go wy­cią­gniesz z opre­sji. No wiesz... do­bry gli­na i zły gli­na. Bę­dzie ci tak wdzięcz­ny, że je­steś tym do­brym gli­ną, że wy­ba­czy te... hm... drob­ne kłam­stwa.

Bry­sia jęk­nę­ła. „Drob­ne kłam­stwa”! Chry­ste, ale na­mie­sza­ła!

– Roz­gry­wasz to z wdzię­kiem kloc­ka, sta­ry! – burk­nął mi­sio­wa­ty Ryś z nie­chę­cią. – Nie mógł­byś bar­dziej fi­ne­zyj­nie?

Bry­sia gwał­tow­nie przy­tak­nę­ła. Je­zu! Spo­tkać się ze Sław­kiem w ko­mi­sa­ria­cie? To rów­nie do­brze mo­że mu wle­pić man­dat za złe par­ko­wa­nie. I, czar prysł, ot co!

To­mek wzniósł rę­ce w ge­ście ka­pi­tu­la­cji.

– Do­bra. Ja­sne. Nikt mą­drych nie lu­bi. Ale ja ci mó­wię: mun­du­ro­wy zro­zu­mie mun­du­ro­we­go. Umów­cie się, ty przyjdź w swo­im nie­bie­skim wdzian­ku, on w swo­im zie­lo­nym. I bę­dzie hap­py end.

Ja­sne. Że­by to by­ło ta­kie pro­ste. Bry­sia po­sta­no­wi­ła za­koń­czyć dys­ku­sję. Wsta­ła.

– To­muś, nie wiem jesz­cze, jak to roz­wią­zać, ale wierz mi, spać spo­koj­nie nie mo­gę. Po­ga­dam z dziew­czy­na­mi. To bab­ska spra­wa. W koń­cu to przez nie na­wa­rzy­łam te­go pi­wa, nie? To te­raz też niech po­głów­ku­ją.

Chło­pa­ki uśmiech­nę­ły się jak sło­necz­ka z Or­de­rów Uśmie­chu. Tak od ucha do ucha. Ja­sne! Ba­by na­roz­ra­bia­ły, niech ba­by łyk­ną tę ża­bę.

– Ma­ła... Nie chce­my, że­byś się wpę­dzi­ła w kło­po­ty. – Mi­sio­wa­ty Ryś przy­tu­lił ją do po­tęż­nej, mu­sku­lar­nej kla­ty. – Z uczu­cia­mi nie ma żar­tów. A mę­ski ho­nor to mę­ski ho­nor. Nie wy­ba­cza ba­bom kłamstw. Zna­czy... eee... ko­bie­tom.

Bry­si zro­bi­ło się cięż­ko w oko­li­cy ser­ca. Jak to się sta­ło? Jak to moż­li­we, że ona, na wskroś pra­wo­rząd­na i praw­do­mów­na, tak się za­plą­ta­ła w kłam­stwie? Wes­tchnę­ła. Wie­dzia­ła dla­cze­go. Po pro­stu fa­cet jej się tak spodo­bał, że chcia­ła go za­trzy­mać. A że po­znał ją ja­ko bez­tro­ską trzpiot­kę, ja­koś trud­no jej by­ło po­ka­zać swą praw­dzi­wą na­tu­rę twar­dej po­li­cjant­ki z mi­strzo­stwem Pol­ski w kick bo­xin­gu. Kur­de! Na mózg jej chy­ba pa­dło! Ja­kim cu­dem cią­gle jej się wy­da­wa­ło, że ma czas, aby wszyst­ko wy­ja­śnić? No... ale fakt, że oko­licz­no­ści jak­by sprzy­się­gły się prze­ciw­ko niej. Więc da­lej tkwi w kłam­stwie po pa­chy, jak w ja­kimś cho­ler­nym szam­bie!

– Jesz­cze tro­chę, a sa­ma bę­dziesz po­gry­wać na je­go uczu­ciach jak Bo­ski na swo­ich na­iw­niacz­kach. – W gło­sie Tom­ka nie by­ło li­to­ści.

O, ja­sny gwint! Bry­sia oswo­bo­dzi­ła się z że­la­znych ra­mion Ryś­ka. Tro­pi ni­czym my­śli­wy wstręt­ne­go krę­ta­cza, a sa­ma... Kur­de, sa­ma nie jest lep­sza. Uwa­ga Tom­ka by­ła jak siar­czy­sty po­li­czek.

Po chwi­li wszy­scy smęt­nie ro­ze­szli się do pra­cy. Bry­sia się­gnę­ła po spraw­dzo­ny spo­sób na uspo­ko­je­nie emo­cji i wy­rzu­tów su­mie­nia: ko­lej­ny tre­ning. Nie mi­nął kwa­drans, jak z pa­sją, z ca­łych sił ko­pa­ła wo­rek w sa­li gim­na­stycz­nej. W pre­cy­zyj­ne cio­sy an­ga­żo­wa­ła wszyst­kie mię­śnie i wszyst­kie my­śli. Bach! Bach! Cóż, chy­ba mu­si ogło­sić czer­wo­ny alarm. Bach! To wszyst­ko przez dziew­czy­ny! Bach! A niech to dia­bli!

Do ak­cji „Ka­mu­flaż” ha­sło da­ła Goś­ka czte­ry mie­sią­ce te­mu. Tak już ja­koś wy­szło, że gdy któ­rejś z nich ja­kiś fa­cet al­bo ży­cie (co i tak za­zwy­czaj ma zwią­zek z fa­ce­tem) da­wa­ło w kość – wy­bie­ra­ły się do po­pu­lar­nych ba­rów z Bry­sią prze­bra­ną za brzy­du­lę. Czte­ry mie­sią­ce te­mu Goś­ka by­ła w fa­zie prze­trwal­ni­ko­wej, czy­li cze­ka­ła od kil­ku ty­go­dni na te­le­fon od pew­ne­go se­na­to­ra, któ­ry zro­bił na niej pio­ru­nu­ją­ce wra­że­nie i któ­ry miał do niej za­dzwo­nić. I chy­ba za­po­mniał.

„Se­na­tor nie dzwo­nił” – z nie­utu­lo­nym ża­lem co­dzien­nie kwi­to­wa­ła ko­lej­ny dzień w swo­im pa­mięt­ni­ku.

Bry­sia świet­nie pa­mię­ta­ła ten nie­do­bry dla Goś­ki czas. Przy­ja­ciół­ka mia­ła roz­ma­rzo­ny wzrok, prze­ska­ki­wa­ła wąt­ki w dys­ku­sjach, wzdy­cha­ła. Nie by­ła so­bą.

– Zgu­bi­łaś gdzieś ja­ja! – ze zgro­zą stwier­dzi­ła po­li­cjant­ka.

Goś­ka tyl­ko wes­tchnę­ła.

– Znajdź je! – za­żą­da­ła ka­te­go­rycz­nie Bry­sia. – Bez jaj je­steś... dziw­na! Nie­po­ko­ją­ca!

No i w ra­mach zbie­ra­nia się do ku­py Goś­ka po­sta­no­wi­ła wziąć emo­cjo­nal­ny od­wet na mę­skim ga­tun­ku. A w tym po­ma­gał „ka­mu­flaż”.

Już sa­mo prze­bie­ra­nie Bry­si by­ło nie­złą, od­stre­so­wu­ją­cą za­ba­wą. Za­czy­na­ły od idio­tycz­ne­go upię­cia wło­sów: zwi­nię­te w wę­ze­łek przy­szpi­la­ły spin­ka­mi na sa­mym czub­ku. Z wę­zeł­ka ster­cza­ły idio­tycz­ne koń­ców­ki. Ma­ki­jaż ukry­wa­ły za kosz­mar­ny­mi oku­la­ra­mi ze szkła­mi gru­bo­ści den­ka bu­tel­ki. Bry­sia nie­wie­le przez nie wi­dzia­ła, ale to po­ma­ga­ło jej utrzy­my­wać idio­tycz­ny wy­raz twa­rzy oso­by, któ­ra nie do koń­ca wie, co się dzie­je. Kró­ciut­ką spód­nicz­kę i ską­py to­pik od­sła­nia­ją­cy brzuch oraz więk­sze frag­men­ty pier­si przy­kry­wa­ły nie­mod­nym pon­czem wkła­da­nym przez gło­wę, się­ga­ją­cym ko­lan. I z tak przy­stro­jo­ną Bry­sią szły do któ­re­goś z lo­ka­li. A po­nie­waż Bry­sia opo­wia­da­ła o tych ak­cjach chło­pa­kom z gru­py, wy­mo­gli na niej obiet­ni­cę, że da im znać, gdy „ka­mu­flaż” pój­dzie w ruch. Nie wia­do­mo cze­mu sie­dlec­cy po­li­cjan­ci ze spec­gru­py ko­niecz­nie chcie­li zo­ba­czyć, jak dziew­czy­ny prze­ra­bia­ją na my­dło ślicz­nych chłop­ców.

Ty­po­wa­nie ofiar nie przy­spa­rza­ło kło­po­tu. Czte­ry mie­sią­ce te­mu rów­nież nie mia­ły wąt­pli­wo­ści.

– Pa­trz­cie na tych. Już za ten pięk­ni­sio­wa­ty wy­gląd na­le­żą im się po­tęż­ne wci­ry! – Sa­bi­na po­ka­za­ła pal­cem grup­kę męż­czyzn przy jed­nym ze sto­li­ków.

Oj, tak! Wci­ry z ca­łą pew­no­ścią! Ta­cy by­li gład­cy, za­do­wo­le­ni z ży­cia i z sie­bie. Zbyt swo­bod­ni i zbyt gło­śni. Wład­cy świa­ta.

Goś­ka szyb­ko po­cią­gnę­ła za so­bą bez­myśl­nie śmie­ją­cą się Bry­się i bez­ce­re­mo­nial­nie przy­sia­dła się do fa­ce­tów.

– Bądź­cie tak do­brzy i zaj­mij­cie się na chwi­lę ku­zyn­ką. – Zło­ży­ła wdzięcz­nie rą­czę­ta, a za ple­ca­mi Bry­si ro­bi­ła roz­pacz­li­we mi­ny, do­ma­ga­jąc się ry­cer­skiej po­mo­cy w po­zby­wa­niu się cię­ża­ru.

– Mu­szę mieć chwi­lę dla sie­bie i chło­pa­ka, po­móż­cie! – wy­tłu­ma­czy­ła i, nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, znik­nę­ła w tłu­mie.

Bry­sia od ra­zu po­pro­si­ła o drin­ka i sta­ra­ła się za­ga­ić ja­kąś roz­mo­wę. Pa­no­wie za­czę­li ją zby­wać mam­ro­ta­niem i z nie­po­ko­jem roz­glą­da­li się, gdzież po­dzia­ła się ta cał­kiem atrak­cyj­na ku­zy­necz­ka, któ­ra pod­rzu­ci­ła im te­go dzi­wo­lą­ga. At­mos­fe­ra by­ła moc­no ku­la­wa i ner­wo­wa.

– Bo ja to bym za­tań­czy­ła. – Bry­sia wy­szcze­rzy­ła zę­by do naj­przy­stoj­niej­sze­go aman­ta.

Amant uda­wał, że nie sły­szy.

– Pan to pew­nie cud­nie tań­czy – nie prze­sta­wa­ła szcze­bio­tać Bry­sia.

Ko­le­dzy przy­stoj­nia­ka za­czy­na­li się śmiać pod no­sem, wi­dząc te nie­udol­ne ata­ki na ko­le­gę.

– No, za­tańcz z pa­nią! – za­chę­ca­li, re­cho­cząc nad ku­fla­mi z pi­wem.

Amant był bli­ski eks­plo­zji. Uda­wał, że Bry­si nie sły­szy. Wte­dy je­den z je­go ko­le­gów, mil­czą­cy do tej po­ry, wstał i po­pro­sił Bry­się do tań­ca.

– Nie je­stem tak do­bry jak ko­le­ga, ale nie dep­czę po pal­cach – za­pew­nił szar­manc­ko.

Bry­sia tyl­ko na to cze­ka­ła.

– Och! – pi­snę­ła z za­chwy­tem. – To ja tyl­ko zdej­mę mo­je uko­cha­ne pon­czo. Tak tu go­rą­co!

Po­wol­nym ru­chem ścią­gnę­ła z sie­bie bez­kształt­ne odzie­nie. Męż­czyź­ni mi­mo wo­li spoj­rze­li na gład­ki od­sło­nię­ty brzuch, ku­szą­cy mię­dzy spód­nicz­ką mi­ni a ską­pą blu­zecz­ką. Nie­do­stęp­ny amant z tru­dem prze­łknął śli­nę. Ko­le­dzy za­mil­kli. Bry­sia tym­cza­sem wy­cią­gnę­ła spin­kę z wło­sów i po­zwo­li­ła im opaść na ra­mio­na. Lek­ko po­trzą­snę­ła gło­wą, by za­fa­lo­wa­ły z iście fil­mo­wym efek­tem. Zdję­ła oku­la­ry i po­ło­ży­ła je na sto­li­ku. Amant pa­trzył na nią z bez­myśl­nie otwar­ty­mi usta­mi.

– Masz trze­ci mig­dał? – Bry­sia de­li­kat­nym ge­stem wsu­nę­ła mu pa­lec pod bro­dę i do­mknę­ła bu­zię.

Wy­cią­gnę­ła rę­kę do męż­czy­zny, któ­ry po­pro­sił ją do tań­ca.

– Ja... ja­koś ina­czej wy­glą­dasz – stwier­dził nie­pew­nie.

– Le­piej?

– Le­piej.

Bry­sia za­śmia­ła się per­li­ście. Ta­niec z dżen­tel­me­nem, któ­ry po­pro­sił brzy­dac­two do tań­ca, spra­wił jej na­gle przy­jem­ność. Mo­że dla­te­go, że fa­cet był na­praw­dę mi­ły i wy­da­wał się tro­chę onie­śmie­lo­ny me­ta­mor­fo­zą brzyd­kie­go ka­cząt­ka w szy­kow­ne­go wam­pa.

– Bry­sia – przed­sta­wi­ła się w tań­cu.

– Sła­wek – dżen­tel­men cmok­nął ją na­wet w dłoń.

Przy­trzy­mał jej rę­kę przy ustach i spoj­rzał w oczy. Bry­sia lek­ko stop­nia­ła. W tym mo­men­cie pod­szedł do nich nie­przy­stęp­ny amant, któ­ry naj­wy­raź­niej zro­zu­miał, że padł ofia­rą per­fid­ne­go żar­tu, i chciał za­trzeć złe wra­że­nie.

– Od­bi­ja­ny! – klep­nął lek­ko Sław­ka w ra­mię.

– Z pa­lan­ta­mi nie tań­czę – zim­no stwier­dzi­ła Bry­sia.

Amant zdu­sił prze­kleń­stwo, któ­re ci­snę­ło mu się na usta, i kom­plet­nie nie ro­zu­miał, dla­cze­go na­gle gru­pa ro­słych, krót­ko ob­cię­tych fa­ce­tów przy ba­rze prych­nę­ła śmie­chem w swo­je pi­wa.

Goś­ka po­pra­wi­ła so­bie hu­mor zde­cy­do­wa­nie, sza­le­jąc po­tem do ra­na z ko­le­ga­mi Bry­si, a sa­ma Bry­sia spę­dzi­ła ka­pi­tal­ny wie­czór, tań­cząc tyl­ko i wy­łącz­nie z praw­dzi­wym dżen­tel­me­nem. Oka­za­ło się, że jest ofi­ce­rem w sie­dlec­kiej jed­no­st­ce, a ko­le­dzy od sto­li­ka ob­le­wa­ją wła­śnie awans jed­ne­go z nich. Bry­sia przez ca­ły wie­czór skła­ma­ła już tyl­ko raz, gdy za­py­tał ją o za­wód.

– Je­steś ak­tor­ką? – śmiał się z uzna­niem.

– Nie, p... pie­lę­gniar­ką – wy­krztu­si­ła.

Skła­ma­ła, bo strasz­nie nie chcia­ła po­psuć te­go wie­czo­ru i na­stro­ju bez­tro­ski, ja­ki ją przy dżen­tel­me­nie ogar­nął. Z do­świad­cze­nia wie­dzia­ła, że gdy fa­ce­ci do­wia­dy­wa­li się o jej po­li­cyj­nej od­zna­ce i mi­strzo­stwie Pol­ski w kick bo­xin­gu, usztyw­nia­li się, wy­co­fy­wa­li na z gó­ry upa­trzo­ne po­zy­cje lub trak­to­wa­li ją jak eg­zo­tycz­ną ma­skot­kę, któ­rą moż­na się przed kum­pla­mi po­chwa­lić. Tym­cza­sem te­raz, w tej chwi­li, by­ła bez­tro­ską ślicz­ną dziew­czy­ną tań­czą­cą do upa­dłe­go z faj­nym fa­ce­tem.

Nie