Jak się uczyć? Zaskakująca prawda o tym, kiedy, gdzie i dlaczego uczenie się jest w ogóle możliwe ebook

Benedict Carey  

3 (2)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 371 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jak się uczyć? Zaskakująca prawda o tym, kiedy, gdzie i dlaczego uczenie się jest w ogóle możliwe - Benedict Carey

TO NIE JEST KSIĄŻKA DLA KUJONÓW!

ZAPOMNIJ O WSZYSTKICH MITACH NA TEMAT UCZENIA SIĘ.

PRZYGOTUJ SIĘ NA REWOLUCYJNE  METODY ZAPAMIĘTYWANIA!

Uczymy się przez całe życie, jednak czy skutecznie? Każdy zna pilnych uczniów, spędzających wiele godzin nad książkami, ale czy to rzeczywiście najlepszy sposób, żeby dobrze zdać testy i egzaminy? Czy sprawdzanie wiadomości na Facebooku w trakcie nauki jest faktycznie takie złe? Czy ciche miejsce i koncentracja są takie istotne? I czy nauka do egzaminów naprawdę nie może być fascynującą przygodą?

Benedict Carey odpowie na ważne pytania, dlaczego jedni uczą się szybciej od innych i doradzi, jak skuteczniej wykorzystywać nasze zdolności. Okazuje się, bowiem, że czasem wystarczy niewielka zmiana w naszych przyzwyczajeniach, aby osiągnąć sukces.

To książka o tym, jak się uczyć naprawdę skutecznie i efektywnie.

Napisana z werwą i poczuciem humoru, obala mity na temat uczenia się i przedstawia najnowsze badania naukowe. Koniec ze ślęczeniem nad książkami po nocach i wkuwaniem nieprzebranych ilości materiału!

Opinie o ebooku Jak się uczyć? Zaskakująca prawda o tym, kiedy, gdzie i dlaczego uczenie się jest w ogóle możliwe - Benedict Carey

Cytaty z ebooka Jak się uczyć? Zaskakująca prawda o tym, kiedy, gdzie i dlaczego uczenie się jest w ogóle możliwe - Benedict Carey

Weźmy taką oklepaną radę, by poszukać sobie jakiegoś cichego kąta i  przeznaczyć go na miejsce do nauki. Zasadność tego pomysłu wydaje się bezdyskusyjna. W  otoczeniu pozbawionym hałasu łatwiej o  pełną koncentrację, a  widok bez przerwy tego samego biurka może stanowić dla mózgu wyraźny sygnał: „czas do pracy”. A  jednak naukowcy odkryli, że osiągniemy lepsze efekty, nieustannie zmieniając edukacyjne nawyki i  porzucając swój kącik do nauki na rzecz coraz to nowego otoczenia. Innymi słowy, przywiązanie do utartego rytuału nas spowalnia.
Dziewiętnastowieczny amerykański psycholog William James zauważył, że „gdybyśmy pamiętali wszystko, najczęściej bylibyśmy w  tak samo opłakanym położeniu jak wtedy, gdybyśmy nie pamiętali niczego” [8] . Badania prowadzone nad zapominaniem wymusiły w  ciągu ostatnich kilku dekad nowe spojrzenie na prawa rządzące uczeniem się. Poniekąd zmieniły też nasze rozumienie słów „pamiętać” i  „zapominać”. „Zależności pomiędzy uczeniem się i  zapominaniem nie są proste; pod pewnymi względami jest dokładnie na odwrót, niż przyjmuje większość ludzi  – tłumaczył mi Robert Bjork, psycholog z  Uniwersytetu Kalifornijskiego w  Los Angeles.  – Zakładamy, że zapominanie jest z  gruntu złe, że to awaria całego systemu. Ale bardzo często okazuje się ono najlepszym sojusznikiem uczenia się”.
Przeprowadzał na sobie testy sprawdzające liczbę zapamiętanych sylab w  różnych odstępach czasu: dwadzieścia minut po nauce, godzinę, dzień, tydzień. Zmieniał też długość sesji zapamiętywania i  odkrył (cóż za niespodzianka!), że ogólnie rzecz biorąc, zwiększenie liczby sesji skutkuje lepszymi wynikami na teście i  wolniejszym tempem zapominania. W  1885 roku opublikował wyniki swoich badań w Über das Gedächtnis: Untersuchungen zur experimentellen Psychologie , prezentując prosty sposób obliczania tempa, w  jakim zapominamy wyuczone treści. Z  matematycznego punktu widzenia nie było to jakieś szalenie eleganckie równanie, ale stanowiło pierwszą rygorystyczną zasadę rodzącej się nauki o  uczeniu się  – słowem, Ebbinghaus osiągnął cel, który wyznaczył sobie dekadę wcześniej przy stoisku z  książkami w  Paryżu: znalazł swoje równanie (inni będą się upierać, że był to wykres).
W  1913 roku Ballard ogłosił wyniki swoich badań, lecz rewelacje te zostały przez większość zignorowane [12] . Niewielu naukowców doceniło jego dokonania i  nawet dziś nazwisko uczonego pojawia się chyba wyłącznie w  przypisach do podręczników psychologii; jest o  wiele mniej znany od Ebbinghausa. A  jednak był świadom wagi swojego odkrycia. „Zapominamy to, czego się nauczyliśmy  – pisał  – lecz także przypominamy sobie to, o  czym zapomnieliśmy”. Pamięci nie cechuje wyłącznie tendencja do zamierania w  miarę upływu czasu, lecz także – nazwana przez Ballarda reminiscencją – skłonność do wydobywania na powierzchnię faktów lub słów, których zaraz po opanowaniu jakiegoś materiału nie mogliśmy sobie przypomnieć. Oba te zjawiska dają o  sobie znać w  ciągu kilku dni od chwili, gdy próbowaliśmy nauczyć się czegoś na pamięć.
każde wspomnienie ma dwie właściwości  – siłę przechowywania i  siłę wydobywania. Siła przechowywania określa, jak dobrze coś jest wyuczone, i  stale wzrasta podczas nauki (przy wykorzystywaniu wiedzy jej wzrost może być nawet dość gwałtowny). Dobrym przykładem jest tutaj tabliczka mnożenia. Wbijana nam do głów w  szkole podstawowej, przez całe życie używana w  wielu różnych sytuacjach, począwszy od bilansowania rachunku bankowego, skończywszy na obliczaniu wysokości napiwku czy odrabianiu zadania domowego z  własnym dzieckiem. Jej siła przechowywania jest ogromna. Zgodnie z  teorią państwa Bjork siła przechowywania może wzrastać, ale nigdy nie maleje.
Siła wydobywania określa, jak łatwo jakaś informacja zostaje przywołana do świadomości. Ta siła także wzrasta w  miarę uczenia się i  korzystania z  wiedzy. Bez wzmocnienia jednak siła wydobywania spada w  szybkim tempie, a  jej potencjał jest stosunkowo mały (w  porównaniu z  siłą przechowywania). W  danej chwili możemy wydobyć na światło dzienne jedynie pewną liczbę obiektów skojarzonych z  jakąś konkretną wskazówką, podpowiedzią ułatwiającą przypominanie.
Siła wydobywania określa, jak łatwo jakaś informacja zostaje przywołana do świadomości. Ta siła także wzrasta w  miarę uczenia się i  korzystania z  wiedzy. Bez wzmocnienia jednak siła wydobywania spada w  szybkim tempie, a  jej potencjał jest stosunkowo mały (w  porównaniu z  siłą przechowywania). W  danej chwili możemy wydobyć na światło dzienne jedynie pewną liczbę obiektów skojarzonych z  jakąś konkretną wskazówką, podpowiedzią ułatwiającą przypominanie.

Fragment ebooka Jak się uczyć? Zaskakująca prawda o tym, kiedy, gdzie i dlaczego uczenie się jest w ogóle możliwe - Benedict Carey

Tytuł oryginału:HOW WE LEARN: THE SURPRISING TRUTH ABOUT WHEN, WHERE AND WHY IT HAPPENS
Opieka redakcyjna: PAWEŁ CIEMNIEWSKI
Redakcja: WERONIKA KOSIŃSKA
Korekta: ANETA TKACZYK, MAŁGORZATA WÓJCIK
Opracowanie graficzne: ROBERT KLEEMANN
Redakcja techniczna: BOŻENA KORBUT
Skład i łamanie: Infomarket
Reprodukcje wykorzystane w książce s. 239, w środkowym rzędzie po lewej: Judy Hawkins, Pomarańczowy wigor, olej (www.judyhawkinspaintings.com). Dzięki uprzejmości artystki. s. 239, w dolnym rzędzie po lewej: Philip Juras, Preria w Spring Creek 3, 2013, olej. Dzięki uprzejmości artysty. s. 279, Henri Matisse, Pani Matisse. Portret z zieloną smugą, 1905, olej, 2014 Succession H. Matisse/Artists Rights Society (ARS), Nowy Jork.
Copyright © 2014 by Benedict Carey All rights reserved © Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2015
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-05738-4
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

PARĘ SŁÓW WSTĘPU

Czyli czego dowiecie się z tej książki?

Jako dziecko byłem kujonem.

Tak, to właściwe słowo na określenie tego, kim byłem w tamtych pięknych czasach: kujonem. Pracusiem ślęczącym nad każdym szczegółem, piątkowym uczniem, pilnie sporządzającym fiszki z faktami do zapamiętania. Po niemal czterdziestu latach wciąż widzę tamtego chłopca, jak mrużąc oczy, pochyla się do późna w nocy nad podręcznikiem oświetlonym przez tanią lampę biurkową.

Widzę go też wczesnym rankiem: wstał skoro świt, by uczyć się już od piątej rano; jest w drugiej klasie liceum, czuje ucisk w żołądku, bo wie, że nie da rady wykuć na blachę... Czego? Może wzoru na równanie kwadratowe, warunków zakupu Luizjany, założeń polityki wspierania aliantów w czasie drugiej wojny światowej, twierdzenia Lagrange’a, przykładów użycia przez Eliota ironii jako metafory lub kto wie czego jeszcze.

Teraz to zresztą nieistotne. Całą przyswojoną wówczas wiedzę już dawno diabli wzięli. Pozostało jedynie wspomnienie tamtego lęku: czas ucieka, zbyt wiele materiału do opanowania, niektórych rzeczy prawdopodobnie w ogóle nie uda się ogarnąć umysłem. Ale było coś jeszcze oprócz strachu: ledwo uchwytny sygnał, jak odgłos wody kapiącej z kranu gdzieś w łazience na parterze. Zwątpienie. Dręczące poczucie, że zboczyłem z utartego szlaku, że pobłądziłem, gdy tymczasem uzdolnieni uczniowie bez trudu docierają do celu wędrówki. Jak większość z nas dorastałem w przekonaniu, że nauka polega wyłącznie na samodyscyplinie: jest ciężką, samotną wspinaczką na stromą skałę wiedzy, której szczyt zamieszkują mądrzy ludzie. Do nauki motywował mnie bardziej strach przed odpadnięciem od ściany niż ciekawość czy zachwyt nad światem.

Z tego lęku zrodził się dziwny gatunek ucznia. Dla rodzeństwa byłem Panem Doskonałym, poważnym starszym bratem, który ze szkoły przynosił prawie same piątki i szóstki. Natomiast dla kolegów z klasy byłem Panem Niewidzialnym – osobnikiem zbyt niepewnym stanu swojej wiedzy, by zgłaszać się do odpowiedzi. Za to rozdwojenie jaźni nie winię ani siebie, ani tym bardziej rodziców i nauczycieli. Jakże mógłbym? Jedyna znana nam wszystkim strategia skutecznego uczenia się – harować jak wół – do pewnego stopnia przynosi efekty, w końcu wysiłek jest podstawowym czynnikiem sprzyjającym osiąganiu sukcesów w nauce.

Ale tę strategię znałem już doskonale. Potrzebowałem czegoś więcej, jakiejś innej metody – i czułem, że ona istnieje.

Pierwszym potwierdzeniem tego przeczucia było odkrycie, że niektórzy uczniowie, ci dwaj, może trzej faktycznie dobrzy z algebry albo historii, potrafią... – no właśnie, co takiego potrafią, co sprawia, że są tacy wyjątkowi i wszystko przychodzi im łatwo? Przede wszystkim potrafią zachować zimną krew i dać z siebie wszystko, nie wyglądając przy tym jak zaszczute zwierzę. Sprawiali wrażenie, jakby ktoś im powiedział, że wcale nie muszą wszystkiego od razu rozumieć, że to przyjdzie z czasem, że ich wątpliwości są same w sobie cennym narzędziem poznawczym. Ale prawdziwa przemiana dokonała się później, gdy starałem się o przyjęcie do college’u. Studia były oczywiście głównym celem od samego początku, a jednak nic nie poszło po mojej myśli – zawaliłem. Wysłałem kilkanaście podań i... wylano mi kubeł zimnej wody na głowę. Po tylu latach ciężkiej pracy zostałem z garścią cienkich kopert w dłoni i jednym miejscem na liście rezerwowej – do college’u, z którego wyleciałem już po roku nauki!

Co poszło nie tak?

Nie miałem pojęcia. Mierzyłem zbyt wysoko, nie byłem wystarczająco doskonały, wyłożyłem się na testach? Nieważne. Za bardzo byłem zajęty rozpamiętywaniem porażki, by się nad tym porządnie zastanowić. Nie, to było gorsze niż porażka – czułem się jak skończony dureń. Jakbym został wystawiony do wiatru przez jakąś lipną sektę wyznawców kultu samodoskonalenia: przez wiele lat wpłacałem datki, by na koniec się dowiedzieć, że guru ulotnił się z forsą.

Po wydaleniu z college’u zmieniłem nieco nastawienie. Odpuściłem sobie. Przestałem się ścigać. Poszerzyłem, by tak rzec, margines błędu. To nie była jakaś wspaniała, długofalowa strategia – byłem nastolatkiem i nie wybiegałem myślą daleko w przyszłość – lecz raczej instynktowna potrzeba podniesienia głowy i rozejrzenia się dookoła.

Próbowałem wyżebrać miejsce na Uniwersytecie Kolorado w Boulder, wysyłając wraz z podaniem list błagalny. Tym razem poszło łatwiej – to była szkoła państwowa, zostałem więc przyjęty bez zbędnych ceregieli. W Boulder zacząłem żyć z dnia na dzień. Włóczyłem się po okolicy, trochę jeździłem na nartach i nadużywałem wszystkiego, czego tylko się dało. Lubiłem rano dłużej pospać, gdy była po temu okazja, albo ucinałem sobie drzemki o dowolnej porze dnia, uczyłem się gdzie popadło i angażowałem się w wiele – w większości legalnych – przedsięwzięć, z których nie bez powodu słyną wyższe uczelnie. Nie chcę przez to powiedzieć, że moją jedyną specjalizacją na studiach był dżin z tonikiem – nic z tych rzeczy! Nigdy tak naprawdę nie zrezygnowałem z nauki, pozwoliłem sobie jedynie na to, by stała się ona raczej częścią mojego życia, a nie jego zasadniczym celem. I ten splot dobrego i złego postępowania uczynił ze mnie studenta. Nie jakiegoś tam pierwszego lepszego studenta, ale takiego, który dobrze sobie radził ze studiami matematyczno-fizycznymi i gotów był zaryzykować porażkę na co trudniejszych zajęciach.

Zmiana nastawienia nie była nagła i dramatyczna. Nie było słychać dzwonów ani anielskich śpiewów. Dokonała się stopniowo, jak to zwykle bywa w podobnych wypadkach. Później myślałem o uczelni tak, jak według mnie myśli wielu ludzi: że można tam sobie całkiem nieźle dawać radę pomimo nieuporządkowanej egzystencji i złych nawyków. Nigdy jednak nie przestałem zadawać sobie pytania, czy rzeczywiście te nawyki były aż takie złe...

***

Na początku obecnego stulecia, pracując jako reporter najpierw dla „Los Angeles Timesa”, później dla „New York Timesa”, zacząłem się interesować teoriami naukowymi na temat uczenia się i funkcjonowania ludzkiej pamięci. W owym czasie pytanie, jak uczyć się skuteczniej, nie znajdowało się jeszcze w centrum mojej uwagi. Zajmowały mnie szersze zagadnienia związane z zachowaniem człowieka, takie jak psychiatria czy biologia mózgu. Ale stale wracałem do teorii przyswajania wiedzy, bo rzecz wydawała mi się doprawdy niewiarygodna.

Oto poważni naukowcy badają wpływ pozornie nieistotnych czynników na skuteczność uczenia się i zapamiętywania informacji. Muzyka w tle; otoczenie, czyli miejsce, w którym ślęczysz nad książkami; przerwy na gry wideo – czy to wszystko rzeczywiście może odgrywać jakąś rolę, gdy zbliżają się egzaminy i trzeba zaprezentować zdobytą wiedzę i nowe umiejętności?

A jeśli tak, to dlaczego?

Każde odkrycie naukowców miało swoje wyjaśnienie, a każde z tych wyjaśnień zdawało się mówić coś nowego i zaskakującego o ludzkim mózgu. Drążyłem temat i natrafiałem na coraz więcej rewelacji. Rozpraszanie uwagi może pomagać w nauce. Tak samo krótkie drzemki. Zaprzestanie pracy nad projektem przed jego ukończeniem wcale nie jest takie złe, gdyż projekt niedokończony na dłużej zapada w pamięć niż ten dopięty na ostatni guzik. Próba rozwiązania testu z całkiem jeszcze nieznanej uczniowi dziedziny może korzystnie wpłynąć na późniejszą naukę tego przedmiotu. Coś w tych odkryciach nie dawało mi spokoju. Na pierwszy rzut oka ich rezultaty nie budzą zaufania. Z drugiej strony oparte na nich techniki uczenia się są nieskomplikowane i łatwe do wykonania – kuszą, by wypróbować je w praktyce. W zasadzie brakuje wymówki, by tego nie zrobić. Od kilku lat za każdym razem, gdy przystępuję do realizacji nowego przedsięwzięcia, w pracy czy dla zabawy, ilekroć przychodzi mi na myśl, by odświeżyć jakąś długo zaniedbywaną umiejętność, na przykład gry na gitarze lub posługiwania się językiem hiszpańskim, zadaję sobie podobne pytania: „Czy nie ma na to lepszego sposobu? Czy nie powinienem raczej spróbować czegoś innego, na przykład...?”.

Spróbowałem więc. Już po kilku eksperymentach opisane w naukowych pracach techniki wydały mi się dziwnie znajome, a niebawem wpadłem nawet na to dlaczego – przez moje studia na Uniwersytecie Kolorado. Tamto chaotyczne, doraźne podejście do nauki wprawdzie nie urzeczywistniało w stu procentach najnowszych odkryć na polu nauk kognitywnych, jako że nic w prawdziwym świecie nie jest tak jednoznaczne, ale coś było na rzeczy. Podobieństwo zaś polegało raczej na poczuciu, że nauka i przyswajane na studiach umiejętności nieustannie, w stałym rytmie przenikały wówczas do mojego codziennego życia, do rozmów, leniwych myśli, a nawet do snów.

To osobiste doświadczenie sprawiło, że zacząłem traktować naukę o procesach uczenia się jako całość, a nie wyłącznie listę luźnych pomysłów zaczerpniętych z poradników. Poszczególne techniki są godne zaufania, co do tego nie miałem wątpliwości. Trudniej było złożyć je wszystkie w spójną całość. Musiały jednak w jakiś sposób do siebie pasować i z czasem dotarło do mnie, że jedynym wyjaśnieniem mogą być dziwne cechy tego czegoś, bez czego uczenie się nie byłoby możliwe – żywego, aktywnego mózgu. Innymi słowy, efektem zbiorowego wysiłku działających na tym polu naukowców jest coś więcej niż recepta na poprawienie wyników w nauce. Jest nim także opis pewnego sposobu na życie. Gdy to zrozumiałem, ujrzałem swoje dawne doświadczenia ze studiów w całkiem nowym świetle. W Kolorado odpuściłem sobie nieco naukę, to prawda, ale równocześnie pozwoliłem zagadnieniom naukowym i tematom wymaganym do zaliczenia studiów swobodniej niż kiedykolwiek przedtem przenikać do mojego pozaakademickiego życia. A właśnie testując wyuczony materiał w prawdziwym życiu, poznajemy mocne i słabe strony mózgu – zarówno olbrzymie możliwości, jak i ograniczenia tej uczącej się maszyny.

Mózg nie jest mięśniem, a przynajmniej nie w potocznym rozumieniu tego słowa. Jest bytem całkiem odmiennym, wrażliwym na zmiany nastroju, porę dnia, rytm zegara biologicznego, a także na otoczenie. Rejestruje o wiele więcej, niż sobie uświadamiamy, przywołując zaś wspomnienia lub wyuczone fakty, nierzadko dodaje nowe szczegóły. Ciężko pracuje podczas snu, poszukując ukrytych powiązań między wydarzeniami minionego dnia i ich głębszych znaczeń. Zdecydowanie przedkłada sens nad przypadkowość, wręcz brzydzi się nonsensem. Niezbyt chętnie, jak wiemy, słucha poleceń – zapomina cenne fakty potrzebne do zdania jakiegoś egzaminu, a pamięta całe sceny z Ojca chrzestnego lub kolejność odbić w drużynie Boston Red Sox w 1986 roku.

Jeśli uznamy mózg za uczącą się maszynę, będziemy musieli przyznać, że to urządzenie dość cudaczne. I najlepiej się spisuje, gdy robimy użytek z jego dziwacznych właściwości.

***
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki