Jak się nie zakochać - Nina Majewska-Brown - ebook
Opis

Czy Nina da się porwać szalonej miłości?

Znacie to?

Wszystko jest zaplanowane i pod kontrolą, nareszcie odbiliście się od dna i teraz może już być tylko lepiej. Zaczynacie oddychać pełną piersią i wtedy... los płata wam figla, a wy wpadacie w zastawioną przez niego pułapkę.

Nina, po stracie najbliższych osób, na nowo buduje swój świat, według tylko jej znanych reguł. Przynajmniej tak sądzi ona sama. Nieustannie walczy z konwenansami, uprzedzeniami i dziwnymi zbiegami okoliczności, stając się bohaterką zabawnych sytuacji. Przy niej nie sposób się nudzić. Zawsze znajdzie się w centrum uwagi, choć za wszelką cenę chce prowadzić spokojne życie.

A miłość? Skrada się niepostrzeżenie, z najmniej spodziewanej strony i w najmniej oczekiwanym momencie. Czy mimo podszeptów rozsądku Nina da się porwać uczuciu?

Napisana z werwą, pełna dynamicznych zwrotów akcji i humoru powieść odważnie demaskuje nasze kompleksy i słabości, mówi o przywarach, ludzkiej głupocie, a jednocześnie daje zastrzyk optymizmu i nadziei.

Mistrzyni chick lit!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 401

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Nawet zepsuty zegar dwa razy na dobę

1

Pobladła teściowa skulona na siedzeniu pasażera głośno sapie, z trudem łapiąc oddech. Jednocześnie – dorzynając resztki nadziei – stale niczym mantrę powtarza te same słowa: co to będzie, jak Roberta zabraknie, co zrobi z domem, przecież nawet nie wie, gdzie są rachunki, i jeszcze w dodatku pewnie odejdzie pani do pomocy.

Galopada jej pesymistycznych przewidywań rujnuje wyobrażenie o idealnej symbiozie i małżeństwie teściów. Okazuje się, że jedno „ja” jest bardziej wyraziste, krzykliwe i samolubne od drugiego, choć prawdę mówiąc, przecież tego drugiego „ja” nie znam za dobrze.

Pani Aleksandra zachowuje się tak, jakby mąż właśnie poszedł na herbatkę do Abrahama i z łoskotem zatrzasnął za sobą drzwi. Obawiam się, że jej panika gęstą pajęczyną strachów i bezradności może opaść na moje życie, choć przecież dotychczas pani Ola prawie w nim nie uczestniczyła. Mądry, opiekuńczy i kochany Wojtek nie wpadł na pomysł ponownego telefonicznego kontaktu z matką, o przerwaniu urlopu nie wspominając. Zarządził tylko, by: Matka na bieżąco go informowała, a gdyby czegoś potrzebowała – ma dzwonić. Nie wiem, czego by w tej chwili mogła nie potrzebować, bo patrząc na jej rozdygotaną postać, mam wrażenie, że sygnał odjeżdżającej karetki przeciął jej cichą i bezpieczną egzystencję. Co oczywiście nie zmienia faktu, że wysłuchuję opowieści o tym, że:

– Wojtuś jest taki zmęczony! Boże, jak ten urlop był mu potrzebny! Przecież nie dzieje się nic takiego, ojciec jest pod opieką lekarzy, więc dobrze, że nie przyjedzie.

Hmm, pomijając to, że teść jest właśnie reanimowany w karetce i przez ostatnie minuty to wbiega do raju, to z niego wybiega, to rzeczywiście nic więcej się nie wydarzyło.

– Ale przecież teść jest poważnie chory!

– No i co z tego? I tak by mu nie pomógł. Doktorem nie jest!

– Tak, ale…

– Nina, czy ty nawet w takiej chwili nie możesz odpuścić? Przecież damy sobie radę.

Tak, właśnie widzę. Dochodzę jednak do wniosku, że to nie pora na dyskusje, więc ustępliwie milczę.

Nie wiem, dlaczego to ja, po latach, gdy państwo Braunowie z zadziwiającą konsekwencją od fundamentów demolowali nasze relacje, mam teraz być tą osobą, która zapobiegnie życiowej katastrofie. Zaciskam szczęki i uświadamiam sobie, że choć nie łączy mnie z nimi subtelna nić pozytywnych emocji, spełniam swój moralny obowiązek.

Teściowa zdaje się nie zauważać mojego skonfundowania i wpatrzona w ponury obraz starych zaniedbanych kamienic ciągnie:

– Wojtek jest taki oddany! Zawsze każdemu pomaga, a o nas dba szczególnie. Gdy przychodzi, zawsze ma dla mnie czekoladki, wiesz, te Wedla, które od lat jem rano. Myślę wtedy o tym moim dziecku i przypominam sobie, jaki był malutki. Wiesz, jak się urodził, to od razu wiedziałam, że będzie kimś. Miał taką mądrą twarzyczkę.

Zastanawiam się, jakie oblicze po narodzinach zaprezentował Bartosz – drugi syn, do niedawna mój mąż. Zapewne zawinięty w tetrową pieluchę nie przedstawiał się tak godnie i inteligentnie.

– A jakie ma teściowa najmilsze wspomnienie związane z Bartkiem?

– A wiesz, że się nie zastanawiałam. No ale, Panie Boże, ocal jego duszę, Bartka już nie ma. Wiesz, to takie przykre, został mi tylko jeden syn… – I gwałtowna wolta myśli. – Jakby co, to przecież Wojtek przyjedzie na pogrzeb.

– Halo! Teść jeszcze nie umarł.

– Tak, tak, ale w naszym wieku to nic pewnego. Nie wiadomo, co to będzie – powtarza w zamyśleniu, przygryzając nowiutkim implantem dolną wargę. – Mam przeczucie, że to może być koniec. – Głośno wciąga powietrze i przykłada do oczu wymiętą jednorazową chusteczkę. – Jak to człowiek nie wie, co go czeka. A taki był zdrowy!

– Jest!

– No przecież jest chory!

– Ale jest, w sensie ogólnym jest.

– Tak, jeszcze. Jednak nie wiadomo, co to będzie.

– No właśnie, skupmy się na teraźniejszości i na tym, co możemy zrobić.

– Lekarzem nie jesteś, nic nie wymyślisz…

– Przecież nie będę teścia diagnozowała, ale trzeba się dowiedzieć, co i jak, i przede wszystkim znaleźć lekarza, który się nim zaopiekuje, a przynajmniej wyjaśni, co oznaczają stawiane diagnozy i jakie są rokowania. Może teściowa zna jakiegoś kardiologa?

– Oczywiście! – Pani Ola wyraźnie się ożywia. – W naszym gronie jest kilku lekarzy, i to samych profesorów. Tadeusz jest kardiologiem.

– A w którym szpitalu pracuje?

– Dziecko… – Po raz pierwszy staję się dzieckiem pani Aleksandry, co za zaskoczenie, po latach małżeństwa z Bartkiem. – Co ty mówisz? Przecież on ma osiemdziesiąt dwa lata i od dawna jest na emeryturze!

– Czyli jednak nie znamy nikogo, kto mógłby nam pomóc.

– To ty nie znasz!

Jezu! Oszaleję. Wiozę bezradną wiekową istotę, która zamiast okazać choć minimalną wdzięczność, oddaje się uszczypliwym połajankom. I mimo że czyjeś prawdziwe oblicze poznaje się tylko w skrajnych sytuacjach, niezmiennie te nowe twarze zawsze mnie zaskakują. Z drugiej strony, wielu się dziwi, gdy zaczynamy zachowywać się tak jak oni. Podejrzewam, że gdybym to ja zdobyła się na takie niemiłe uwagi, starsza pani śmiertelnie by się obraziła.

Wjeżdżam za karetką na plac przed szpitalem i równie szybko przegoniona przez ochroniarza wyjeżdżam. Okazuje się, że w połowie pusty parking jest zarezerwowany dla lekarzy i pracowników, natomiast pacjenci muszą parkować poza terenem szpitala. Cieszę się, że moim jedynym zmartwieniem jest podupadła na duchu teściowa, a nie na przykład teściowa o zdrowym duchu, za to ze złamaną nogą, którą musiałabym transportować przez kilkaset metrów z płatnego parkingu na sąsiedniej uliczce.

Okazuje się, że – tak, jak podejrzewałam – okolice uliczki otabliczkowane są informacjami o bramach wjazdowych, groźbie odholowania czy zwykłymi zakazami postoju, a parking strzeżony jest zapchany do granic możliwości.

Po dwudziestu minutach krążenia nadal nie mam pomysłu, gdzie mogłabym się podziać, więc zawracam, wysadzam teściową przed szpitalnym szlabanem i ponawiam próbę znalezienia wolnego miejsca. Wreszcie dostrzegam młodą dziewczynę, z nogą zabandażowaną aż po pachwinę, podpieraną prawdopodobnie przez narzeczonego, która usiłuje zmieścić usztywnioną kończynę w zielonej corsie. Po wielokrotnych próbach i skomplikowanych manewrach wreszcie zatrzaskują drzwi i odjeżdżają.

Z niemałym trudem wmontowuję się w niewielką lukę między samochodami i biegnę pod budkę strażnika, przed którą zostawiłam teściową. Rozglądam się i z przerażeniem dostrzegam, że pani Ola zniknęła.

– Nie widział pan starszej pani? Miała tu na mnie czekać.

– Pani, tu prawie same starsze panie wchodzą, nie zwracam na nie uwagi. A w co była ubrana?

Nie mam pojęcia. Mimo że od godziny nie odstępowałyśmy się na krok, nie pamiętam, co miała na sobie. Na szczęście przypominam sobie, że teściowa właśnie zakończyła kolejną fryzjerską rewolucję i ma włosy bardziej rude i płomienne niż młoda marchewka. Nieustannie eksperymentuje z ich długością i kolorem, zupełnie jakby nie mogła się zdecydować, w jakiej fryzurze będzie dobrze wyglądać w trumnie.

– Niewysoka, z krótkimi rudymi włosami…

– A, ta! Stała tu jakiś czas bardzo niezadowolona i stale powtarzała: co to będzie, co to będzie.

– To z pewnością ona! Wie pan, dokąd poszła?

– Tam.

Ręką spowitą w czarny materiał nieprzemakalnej kurtki pokazuje wejście do szpitala lub równie dobrze izby przyjęć czy barku.

– Ale gdzie tam?

– Pani, niech mi pani głowy nie zawraca! Nie pilnuję tu ludzi, tylko samochodów. – Wkurzony obraca się w kierunku stojącego przed szlabanem forda i wykrzykuje: – Czytać nie umie? Przecież pisze, że nie ma wjazdu! – I pod nosem mruczy: – Co za głupie, prymitywne ludzie.

Głupie nie głupie, z pewnością równie mocno wytrącone z równowagi jak ja. Wściekła na teściową udaję się w najbardziej w moim odczuciu prawdopodobne miejsce – na izbę przyjęć. Ale oczywiście tam pani Oli nie ma. Nie ma jej również w barku ani w holu głównym. Nie odbiera komórki.

Wreszcie dochodzę do wniosku, że w dupie mam to, gdzie polazła, raczej powinnam zainteresować się tym, co się dzieje z teściem. Ze zdziwieniem dowiaduję się, że nie ma go na izbie przyjęć, trafił bezpośrednio na oddział kardiologiczny. Przy okazji wypełniam z pomocą pielęgniarki dokumenty, niestety tylko w zakresie podstawowych danych, bo oczywiście o przebytych chorobach i takich tam nic nie wiem.

Jako kontaktowy podaję numer telefonu teściowej, Wojtka i mój – małym druczkiem, tak na wszelki wypadek. Trochę mnie to zaskakuje, ale miła młoda pielęgniarka tłumaczy, że pierwsze otrzymane z karetki wyniki badań, w tym zapis EKG, zakwalifikowały teścia do natychmiastowej interwencji chirurgicznej, cokolwiek to znaczy.

Zielona szpitalna wykładzina, tandetne krzesła zapełnione ludźmi i bardzo powoli mijające minuty zapowiadają długi wieczór. Ponieważ muszę czekać i nic tu po mnie, ponownie ruszam na obchód szpitala w poszukiwaniu pani Aleksandry.

Wreszcie znajduję ją rozmodloną na starym drewnianym klęczniku obitym bordowym aksamitem, tuż przed ołtarzem szpitalnej kaplicy. Nie wiem, jak znalazła to miejsce, ale podejrzewam, że ją przywołało, tak by nie musiała podejmować żadnych decyzji i nie słyszeć być może trudnej i przerażającej prawdy o stanie teścia.

– Wszędzie teściowej szukałam…

Niewiarygodna jest różnica światów i rzeczywistości zaprojektowanych w ramach tego samego budynku. Przechodząc przez próg, zamieniam zieloną wykładzinę na brązowe kafle, a nieprzyjemny chemiczny zapach środków czystości na ciężki aromat kadzidła. Mimo że teściowa jest jedyną modlącą się tu osobą i tylko jej spokój zaburzam, mam wrażenie, że rujnuję coś ulotnie mistycznego.

Szybko jednak wybudzam się z tego uduchowionego stanu, pani Ola bowiem w ogóle nie reaguje na moje słowa. W pierwszej chwili myślę, że mnie nie usłyszała, więc zadaję skądinąd głupie pytanie:

– Co teściowa tu robi?

Zamiast odpowiedzi słyszę głośne:

– Pst.

Niecierpliwe machanie dłonią daje mi do zrozumienia, że przeszkadzam. Szlag mnie trafia, bo nie dość, że wlokłam ją przez całe miasto, przeszukałam cały szpital, gdy mi zniknęła, to teraz mam czekać, aż odklepie kolejne dziesiątki różańca. Myślałam, że przyjechałyśmy się dowiedzieć, co z teściem, a nie się modlić! Po drodze minęłyśmy ze dwa kościoły, więc może trzeba było w którymś zostać.

Głośno rzucam:

– Idę na kardiologię. – I nie oglądając się za siebie, kolejny raz zanurzam się w opary środków do dezynfekcji.

W zasadzie nie wiem, co mam robić. Teść jest operowany, prawdopodobnie po zabiegu nie będzie z nim kontaktu, więc poza rozmową z lekarzem niewiele mogę. Po drodze na oddział, a w zasadzie do jego przedsionka, w szpitalnym sklepiku kupuję sok, paczkę herbatników i dwie małe butelki wody mineralnej z myślą o tym, że zostawię je na szpitalnym stoliku.

Siadam na tym samym krześle co poprzednio i bezmyślnie obserwuję czekających. Obok mnie dwie starsze panie, każda z laseczką i w czapce na głowie, toczą dziwny słowny pojedynek. Najwyraźniej drewniana laska jest skrępowana głośnymi pytaniami białej ortopedycznej kuli i niechętnie udziela odpowiedzi.

– Pani też tu? Pamiętam panią z poprzednich wizyt.

– Tak?

– Tak, widziałam panią kilka razy. Też pani chodzi do doktora Kapczyńskiego?

– Tak.

– Widzi pani. Ja piętnaście lat, nie, w marcu będzie siedemnaście, jak się u niego leczę. A pani?

– Z osiem.

– I co, zadowolona pani?

– Tak.

– A co pani jest? Serce?

Chryste, jeszcze chwila i poznam całą historię choroby zahaczającą o bliższą i dalszą rodzinę.

– Tak, jestem po zawale.

– Pani patrzy, ja też. W dwa tysiące pierwszym. Mam rozrusznik. Jakoś tak się żyje powoli, ale ochoty na nic już nie ma.

– Tak, ma pani rację, to już nie to samo.

O dziwo, drewniana laska łaskawie zgadza się z białą.

– Jak byłam w tym, no, jak tam, szpitalu wojewódzkim, to wie pani, dziwili się, że mam wycięte zastawki.

– Jak to wycięte, chyba tak nie można?

– Pani kochana, jak nie można, skoro ja tak mam? – Ortopedyczna kula z oburzenia aż czerwienieje.

– No, nie wiem.

Drewniana laska nie podejmuje dyskusji i na chwilę zapada cisza. Niestety na bardzo krótką chwilę, bo ortopedyczna kula nie odpuszcza.

– A ta blondyna to lekarka?

Rozglądam się z zaciekawieniem, o kim mowa, i dostrzegam filigranową młodziutką dziewczynę w białym fartuchu.

– Eee, chyba nie. To już by była przesada, żeby dzieci leczyły?

Drewniana laska wykazuje nadzwyczajne zainteresowanie personelem medycznym i odkleja się od własnych myśli, rozglądając się na wszystkie strony.

– Co to się porobiło… Mówię pani, coraz gorzej się dzieje.

Pewnie, że gorzej, bo z perspektywy siedemdziesięciu lat nawet trzydziestolatki stają się gówniarami. Ku konsternacji obu pań okazuje się, że to faktycznie lekarka, bo po chwili otwiera drzwi gabinetu po lewej stronie i głośno pyta:

– Kto z państwa do mnie?

– Pani słyszała? Toto leczy, a nie wygląda. Da pani wiarę?

– No nie. I jak tu takiej zaufać? Dziwię się, że ludzie do niej chodzą.

– Co mają robić, biedne ludziska. Mówię pani, co to się porobiło… I jak tu chorować? Jak mnie cięli, to zamiast w poprzek, to wzdłuż jakoś, tyle mi blizn porobili, szkoda gadać. A i tak się męczę, powietrza nie ma jak złapać. – Ortopedyczna kula głośno sapie i dalej peroruje: – Ale to wszystko długo trwa. Pani kochana, przecież ja czasu nie mam. Wie pani, ja już taka sprawna nie jestem, zanim się człowiek ubierze, rozbierze, te rajstopy naciągnie, porozciągane to wszystko, z córką powinnam przyjść, ale w Anglii siedzi i człowiek musi sobie sam radzić. A pani dzieci ma?

– Tak, córkę, też w Anglii.

– Patrz pani, jaki to los, tak człowiek na stare lata sam został.

– Tak, co zrobić? Trzeba jakoś dawać sobie radę. Ale żal jest.

– O tak, tak.

Energicznie otwierają się drzwi po prawej stronie i łysiejący lekarz głośno woła:

– Pani Czerniak?

Z krzesła na końcu korytarza podnosi się okołopięćdziesięcioletnia kobieta w czerwonej chustce na głowie, spod której wypada kaskada kasztanowych loków, co budzi żywe zainteresowanie obu lasek i komentarz ortopedycznej:

– Czerniak. Phi. Jak można się tak nazywać?

– No widzi pani, głupota jakaś, czego to ludzie nie wymyślą? Moja szwagierka to na czerniaka umarła… ale żeby takie nazwisko?

– I jeszcze ta chustka, żeby w czymś takim na głowie przyjść do lekarza, za grosz szacunku.

– Kochana, czasy się zmieniły…

– O tak, tak.

Obie zgodnie kiwają głowami i głośno wzdychają.

– A pani to wierzy w te doktory?

– A pani nie?

– I tak, i nie. Moja znajoma to do takiej jednej chodzi, co ją bioprondami leczy.

– Co pani powie?

Drewniana laska wyraźnie się ożywia i spija każde słowo z pomarszczonych i mocno wygiętych ku dołowi ust drugiej.

– A do kogo chodzi?

– A żebym to pamiętała.

– A ta znajoma jak się nazywa?

– Ta istna? No też nie pamiętam.

– Powiedz pani, co to się człowiekowi z głową porobiło.

– No widzi pani. Chodzi człowiek koło komina i nie wie, co się w świecie dzieje.

– A i emerytury nie starcza. Dzieciom się trochę da, wnukom coś dołoży, a młode to nawet nie zajrzy. Przykro, nie ma co.

Nie jest mi dane dowiedzieć się nic więcej, bo szklane mleczne drzwi energicznie się otwierają i pojawia się wysoki, szczupły lekarz z kolorową chustą na głowie. Nie patrzy na nikogo, więc zaraz podbiegam do niego, żeby nie zniknął w kolejnym labiryncie gabinetów.

– Przepraszam, nazywam się Nina Braun, czy wie pan coś o moim teściu?

– A dzień dobry, myślałem, że nie ma nikogo z rodziny.

Przystaje na chwilę i bystrymi oczami lustruje moją postać, jakby miał zamiar wyczytać z niej coś więcej na temat naszych rodzinnych relacji.

– Ach, jesteśmy, teściowa modli się w kaplicy. Czy coś już wiadomo?

– Pani teść przeszedł rozległy zawał, konieczny był zabieg, ale jego stan jest stabilny. Jest po koronarografii…

– Co to oznacza?

– Niech się pani tak nie stresuje, został zakwalifikowany do zabiegu pomostowania aortalno-wieńcowego, czyli by-passów.

Niewiele z tego rozumiem, ale podświadomie czuję, że jest grubo.

– O rany.

– Nie ma się czym przejmować, zrobimy wszystkie badania, zabieg, wyślemy pani teścia do sanatorium i będzie jak nowy.

– Proszę to powiedzieć teściowej…

– No cóż, gdybym mógł się jeszcze na coś przydać, to mam dzisiaj dyżur, więc proszę się nie krępować.

– Możemy go zobaczyć?

– Raczej nie ma takiej możliwości, ale proszę się nie martwić, jest w dobrych rękach.

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znika lekarz, a na jego miejscu, jak królik z kapelusza, wyskakuje teściowa.

– I co? Coś już wiadomo? Żyje?

– Żyje, jest po zabiegu.

– O Boże, a tak się bałam, tak się bałam…

– Czeka go jeszcze operacja by-passów, ale to dopiero po wykonaniu wszystkich badań.

– Jak ty mówisz o ojcu? Co za „go”? Szacunku nie masz.

Nie mam pojęcia, o co chodzi, dopiero po chwili dociera do mnie, że użyłam zaimka, który powinnam zamienić na jaśnie pan, szanowny teść czy pan Robert, zupełnie jakbym owym „go” odbierała mu całą wyższość, światowość i honor. Normalnie miałabym ochotę nią potrząsnąć, jak butelką z truskawkowym syropem na kaszel, ale myślę, że syrop lepiej by zrozumiał moje intencje niż pani Ola.

– Halo! Przypominam, że to nie jest mój ojciec! Czego teściowa oczekuje, że jak będę tytułować teścia? Wyluzujmy trochę, przecież to nie ma żadnego znaczenia. Nie uważa teściowa, że cały ten nasz układ jest wystarczająco popieprzony i jedno „go” nie pogrąży nas bardziej?

– Jak ty się wyrażasz?

– Tak jak mam ochotę.

– A gdzie szacunek?

– Wszędzie! Nie możemy zobaczyć teścia, więc pytanie, co robimy. Może odwiozę teściową do domu, bo nic tu po nas.

– Możesz.

– OK.

Zaciskam szczęki i w myślach dziękuję za łaskawe przyzwolenie.

Jedziemy w milczeniu tą samą trasą, mijając te same dwa kościoły, z tą różnicą, że teraz droga wydaje się dłuższa. Kurtuazyjnie pytam, czy mogę jeszcze w czymś pomóc, czy ma w domu wszystko, i dowiaduję się, że niczego nie potrzebuje, bo już dzwoniła do swojego grona przyjaciół i jej pomogą. W jednej chwili z opoki staję się zbędnym elementem, co właściwie powinno mnie wkurzyć, a tymczasem czuję zwyczajną ulgę, że mogę przekazać pałeczkę komuś innemu.

Cieszę się niezmiernie, tym bardziej że w progu jej domu witają nas dwie zapłakane stare przyjaciółki teściowej, które kojarzę z urodzinowej herbatki w ogrodzie. Na ich widok teściowa uderza w spazmy. Cichaczem się wycofuję i wykończona wracam do siebie.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

Text copyright © by Nina Majewska-Brown 2016

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2016

Informacja o zabezpieczeniach W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Agnieszka Horzowska

Opracowanie graficzne serii i projekt okładki: Piotr Majewski

Fotografie na okładce Z archiwum prywatnego Autorki (1, 2, 3, 5, 6, 7, 8) © Addictivestock / Fotollia (4)

Wydanie I e-book  (opracowane na podstawie wydania książkowego:Jak się nie zakochać, wyd. I, Poznań 2016) 

ISBN 978-83-8062-733-8

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40; fax 61-867-37-74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com