Wydawca: Czerwone i Czarne Kategoria: Specjalistyczne Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 204 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jak przetrwać w szkole i nie zwariować - Jan Wróbel

Jak mają się ze sobą dogadać trzy zupełnie inne światy: rodzice z nauczycielami, którym na kilkanaście lat powierzyli dziecko na wychowanie? Nauczyciele, którzy mają przed sobą zbuntowaną młodzież, rozżalonych rodziców i ciągle zmieniające się programy? Uczniowie, którzy codzienną wojnę muszą staczać z rówieśnikami, by nie zginąć w dżungli nijakości, z nauczycielami, dla których ich przedmiot zawsze jest najważniejszy, choćby to było wychowanie techniczne, i rodzicami, którzy po powrocie z wywiadówki wyrzucają: tyle zainwestowaliśmy w ciebie, a ty, niewdzięczniku, masz same tróje.

Ta książka podpowiada, jak wyjść z tych konfliktów bez uszczerbku na zdrowiu.

Opinie o ebooku Jak przetrwać w szkole i nie zwariować - Jan Wróbel

Fragment ebooka Jak przetrwać w szkole i nie zwariować - Jan Wróbel

Spis treści
Okładka
Skrzydełko
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Część I. Rodzice
Początek roku
Dzwonki
Mamy problem
Jak przeżyć wywiadówkę
Narkotyki i edukacja
Internet, komputer, bimber, szklanka
Wycieczki
A Pani powiedziała...
Prace domowe
Ucz się, ucz?
Korepetycje
Płacić, nie płacić… dziecku
Podręczniki. Wielkie dojenie
Sexy
Jak rozmawiać z dyrektorem?
Spór z nauczyciel(k)ami. A może wojna
Prezenty i łapówki
Rada rodziców
Lekcje religii
Samochody uczniów
Bogaci rodzice
Społeczna czy państwowa?
Ideał (1)
Część II. Nauczyciele
Płace
Pokój nauczycielski
Dyscyplina
Nowoczesność
Kultura fizyczna
Matematyk, matematyczka, stomatolog
Poloniści, polonistki, szydercy
Historycy, historyczki, huty
Wychowawca
Nuda, czyli wypalenie zawodowe
Jak się ubrać?
Śmiesznostki
Jasiu czy panie Kowalski?
Nie stawiać stopni?
Komórka
Wagary i ściąganie
Studniówka i Kopciuszek
Odchudzanie
Programiści
Formalności
Największa tajemnica
Bon oświatowy
Ideał (2)
Część III. Uczniowie
Kocenie
Alkohol
Papierosy
Przeklinanie
Idzie miłość
Co zrobić, gdy nauczyciel mnie nie lubi
Przerwa
Lider klasy
Lekcja wuefu
Dziewczyny
Chłopaki
Chudnij zdrowo
Telefonowanie
Aparat na zęby
Szminka w dżungli
Słoneczny patrol
Wagarowanie
Spóźnienie
Wychowanie do życia w rodzinie
Lekcja wychowawcza
Pierwsze dni w szkole
Nauczyciel czy nauczycielka?
Rodzice
Ideał (3)
Skrzydełko
Okładka

Copyright © Jan Wróbel, Czerwone i Czarne

Projekt graficzny FRYCZ I WICHA

Rysunek na okładce: Marek Raczkowski

Redakcja Przemysław Skrzydelski

Skład Tomasz Erbel

Wydawca Czerwone i Czarne sp. z o.o Rynek Starego Miasta 5/7 m5 00-272 Warszawa

Druk i oprawa Drukarnia Colonel Ul. Jana Henryka Dąbrowskiego 16 30-532 Kraków

Wyłączny dystrybutor Firma Księgarska Jacek Olesiejuk sp. z o.o Ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki

ISBN 978-83-7700-081-6

CZĘŚĆ I RODZICE

POCZĄTEK ROKU

Po raz pierwszy poczułem się staro wcale nie wtedy, kiedy stuknęła mi odpowiednia „estka” czy „ątka”, lecz wtedy, kiedy ostatnie moje dziecko poszło do szkoły. Dopóki dziecko nie jest oddane na współwychowanie instytucji stawiającej młodemu człowiekowi poważne wymagania, jest dzieckiem. Od chwili, w której znika w drzwiach szkoły podstawowej imienia..., staje się cząstką maszynerii, której rodzice nie są częścią. Może powinni być, ale w istocie najbardziej są szkole przydatni do regularnego przyprowadzania i odprowadzania przewidzianego na dany rok szkolny kontyngentu. Niby dalej jesteśmy rodzicami, ale, by użyć nowomodnego określenia – inaczej. Zanim szkoła nie rozdzieliła naszej rodziny, pełniliśmy dla dzieci rolę alfy i omegi. Teraz stajemy się dla nich jednym ze źródeł doświadczenia życiowego i jednym ze źródeł mądrości. Doświadczenie szkolne – wszechogarniające, bodźcujące strukturą formalną, nieformalną strukturą rówieśniczą oraz chytrym systemem kar i nagród nastawionym na przemianę – jest jednak takim źródłem jak Mississippi. Nasze domowe źródełko to w najlepszym razie Noteć.

Nie żebyśmy my, rodzice, byli zawziętymi wrogami tej przemiany. Niech to nasze maleństwo nauczy się siedzieć w ławce trzy kwadranse bez biegania po sali. Przyda się. Odróżnianie „ę” od „e” i zbioru matematycznego od zbioru jabłek też się przyda. Umiejętność zapamiętania, że na wtorek trzeba przynieść tuzin kasztanów, a na środę zeznania dziadka o tym, co robił w 1968 roku, jest bardzo cenna – i dom tego nie nauczy. Jest jednak coś głęboko dziwacznego w fakcie, że oddając beztroskiego malucha do szkoły, nie współuczestniczymy w kształtowaniu na nowo naszego najcenniejszego skarbu. Rodzicom wolno w Polsce więcej niż 20 lat temu (ojcom wolno nawet włazić na salę porodową) i chociaż wciąż straszy się nas Szwecją, w istocie o żadnej Szwecji mowy nie ma. Niemniej rodzicielska władza kończy się na progu szkoły. W szkole nie jesteśmy u siebie.

W szkole robią z naszych dzieci uczniów – i w domu ten proces przerabiania dalej trwa. Z biologii zielnik, z matmy dzielnik, z polskiego biernik; szkoła nie pozwala dzieciom zapomnieć o sobie, nie pozwala też zapomnieć nam. Życie naszych pociech jest regulowane dyrektywami płynącymi ze szkoły. Kiedy dzieci były małe, cieszyliśmy się monopolem wychowawczym. Oddając nasze małe dzieci do szkoły, nie tylko doprowadzamy do tego, że stają się duże, ale jeszcze dokonujemy autodetronizacji.

Trudno zatem frenetycznie świętować pierwszy dzień szkoły. Jeżeli odczuwamy ulgę, że wreszcie ktoś zajmie się tą rozbrykaną, samolubną i źle wychowaną cholerą, świadczy to ni mniej, ni więcej o tym, że jako rodzice zawiedliśmy. Jeżeli natomiast czujemy złość, że oto jakaś nieznana nam pani będzie wpajała naszej Zuzi postawy, jakie uzna za stosowne, a nie te, które za stosowne uznajemy my, tym bardziej nie ma powodów do radości.

Co więc robić? Nieszczerze cieszyć się: „Witaj, szkoło, bo tu wszystkim jest wesoło”, aby psychicznie wzmocnić dziecko? Czy też z zasmuconym obliczem stanąć nad dzieckiem i szepnąć mu: „Pamiętaj, cokolwiek spotka cię w tym obcym gmachu, cokolwiek tam usłyszysz, cokolwiek tam zobaczysz, pamiętaj: jesteś moje i tylko moje”?

W najlepszej sytuacji są fataliści: Kiepsko ci w szkole? A jak ma być? Dziecku w szkole zabronią wielu pysznych zabaw i na dodatek każą pisać w zeszycie (komputery, podobnie jak rodzice nie są w szkole u siebie) – no i bardzo dobrze, bo życie to nie zabawa. Po cichu niejeden rodzic przyjąłby z ulgą wiadomość, że edukacja wróciła do umiarkowanych kar cielesnych albo chociażby starej, poczciwej kozy.

W najlepszej sytuacji są fataliści…, ale tylko pozornie. Wysyłanie dziecka do szkoły pod sztandarami minimalizmu zaraża dziecko przekonaniem, że w życiu nie ma się co szarpać, i tak wyżej zadka nie podskoczysz. Otóż czasami, jasne, że nie każdemu, ale jednak wielu ta sztuczka z podskokiem się udaje. W szkole dziecko-nastolatek-młodziak przeżyje 12 – 13 lat. Nie może nasączyć się przekonaniem, że „nie przejmuj się rolą…”

Nadmierny entuzjazm rodzicielski wobec placówki oświaty wydaje mi się także nie wart praktykowania. Było, nie było, nikt się nas, rodziców nie pytał, jaka ma być szkoła naszych dzieci. Warto wspierać szkołę w tym, co robi dobrze, ale nie należy tworzyć iluzji, że stanowi ona przedłużenie domu. Zwłaszcza że czasem szkoła coś schrzani. Dzieci przyłażą wtedy do nas i każą tłumaczyć dziwactwo, którego były świadkiem, a my to dziwactwo mętnie usprawiedliwiamy.

Wrogość wobec szkoły – kusząca, ale niemądra alternatywa. Statystyczna szansa, że wasz/a chłopiec/dziewczynka poradzi sobie z funkcjonowaniem w instytucji uznanej za wroga, jest nieskończenie równa zeru. Nie każ malcowi odgrywać Clinta Eastwooda, nawet jeżeli sam nim jesteś (a jesteś?).

Czyli, jak zawsze. Uczymy dziecko oceniać świat dookoła, uczmy więc oceniać szkołę, widzieć, co robi dobrze, a co nie. Uczmy jednocześnie, by oceniało siebie, a także siebie wśród innych – w ten sposób zapobiegamy temu, by szkolne porażki nie okazywały się zawsze skutkiem obcych działań. Nie ukrywamy przed dzieckiem, że szkołę cenimy, ale jest to partner biznesowy, przy czym szkolne i domowe interesy bywają zbieżne, bywają też rozbieżne. Przypominamy, że nic na świecie nie jest doskonałe, co nie oznacza, żeby nie warto było szkoły doskonalić. Jesteśmy przezorni, dalekowzroczni, zharmonizowani i pewni siebie. 1 września idziemy z dzieckiem do szkoły, nie okazując strachu.

Łatwo powiedzieć.

DZWONKI

Dyszący mordem żołdak Mordoru! Szkolny dzwonek. Jeżeli chcesz przetrwać w szkole, musisz najpierw przyzwyczaić się do jego wściekłej obecności. Następnie wytępić w sobie to, co najszlachetniejsze w każdym człowieku – poczucie własnej godności. Kolejny krok – niesłyszenie i automatyczne reagowanie – przyjdzie już łatwo.

Małolatek słyszący po raz pierwszy łoskot szkolnego dzwonka drży ze strachu. Tak wygląda szkoła, o której tyle mówiono w domu, żeby „się jej nie bać”?, a nawet że „jest właściwie fajna?”.

Nikt nigdy nie wytłumaczył mi jasno, dlaczego dzwonek musi być taki głośny. Być może uznaje się po prostu, że musi być głośniejszy od uczniów. Taktyka ta, rzecz jasna, podrażnia żyłkę rywalizacji. Łomot dzwonka prowokuje jeszcze dynamiczniejsze wycie uczniów, co z kolei prowokuje jeszcze głośniejsze dzwonki itd. Co zabawniejsze, ogłuszanie dzieci i młodzieży oświatowym dzyń jakoś nie przeszkadza tym, którzy chętnie podnoszą larum nad szkodliwymi skutkami słuchawek MP3. Co za hipokryzja.

Jasno za to tłumaczą mi znajomi nauczyciele sens samego istnienia dzwonków. Otóż sam bez dzwonków nikt nie przychodziłby na lekcje. Dzieci pogubiłyby się w czasie i przestrzeni. Marsz ku wyedukowanemu społeczeństwu przyszłości zostałby wstrzymany.

Czy rzeczywiście? Dzwonki w szkole to jedna z pozostałości XIX wieku. Fabrykanci przekonani, że zatrudniają człekokształtne bydło dzwonkami i syrenami oznajmiali, że: „już czas biec do pracy”, „już zaczynamy, spóźnialscy tracą dniówkę”, „czas na papierocha”, „czas żreć”, „przerwa”, „kibel time”, „won do domu”. Szkoły – oprócz fabryk i kolei trzecie dziecko XIX stulecia – zaadaptowały wynalazek. Nie powinno nam dać do myślenia, że fabryki zrezygnowały z repertuaru ponaglających dźwięków? Pewnie dlatego, że pracodawcy wyszli ze słusznego założenia: robotnik nie idiota. Robotnicy kupili sobie zegarki, nauczyli się z nich korzystać… A jeżeli ktoś tak nie uczynił? No cóż, przegrał. Po co komu pracownik, który nie potrafi znaleźć się na stanowisku o właściwej porze?

O ile robotników uznano w końcu za ludzi, to uczniów podobna promocja nie objęła. Uczeń z założenia jest człekopodobną istotą, która zegarkiem potrafiłaby najwyżej wbić gwóźdź w parapet (chociaż potrafi włączyć komputer i wysłać zdjęcie z prywatki znajomym z Johannesburga). Małolatek musi zostać wytresowany za pomocą bicza z decybeli. Średniolatek z gimnazjum i liceum będzie już automatycznie reagował na dzwonek. Kilkanaście razy dziennie przypomni mu się, kim naprawdę jest. Nikim. Jest głupkiem, który nie umie trafić na lekcje na odpowiednią godzinę, o ile nie usłyszy warkotu nadlatujących bombowców dzwonkowych.

Uczennice i uczniowie potrafią jakoś zdążyć na kurs angielskiego i lekcje dodatkowego tenisa na drugim końcu miasta. Czemu zakładać, że nie mogliby zdążyć na fizykę? Może dlatego, że na tenisa i angielski chodzą z wyboru i poza szkołą, a fizyka jest z musu? Można zacząć głęboką refleksję nad tym, jak to zrobić, aby uczeń czuł się w szkole jak u siebie, ale oświatowy system rykiem dzwonków zagłuszył takie mądrzenie się.

Zabawnie jest czasem popatrzeć, jak grono nauczycielskie stara się zachować pozory, że należy do zbioru „Dorośli”, a nie do zbioru „Upokarzani Pracownicy Sfery Budżetowej”. Że dzwonki są dla ucznia, a nie dla nauczyciela. Ach, te wszystkie herbatki w wyrachowany sposób słodzone już po dzwonku… Te wszystkie krótkie pogawędki na korytarzu spowalniające marsz, obserwowane z zazdrością przez zziajanych uczniów kłębiących się pod drzwiami klasy… Czas zaraz po dzwonku to czas największego spowolnienia nauczycielskich ruchów.

W istocie nauczyciele są traktowani przez dzwonki z równym brakiem szacunku, jak uczniowie. To bodaj ostatnia grupa zawodowa w Polsce uznana przez państwo za osoby niepotrafiące odczytać komunikatu zegarka. Tylko skąpstwu systemu oświatowego zawdzięczamy, że nauczyciele nie otrzymują psa przewodnika prowadzącego ich do właściwej klasy.

Dodajmy na koniec, że początki dziejów szkolnego dzwonienia rysują się dość malowniczo. Tak zwany pedel łapał za rączkę pokaźnego dzwonka i wywijał nim nad głową. Kiedy upowszechniono elektryczność, pedel ustąpił miejsca niezawodnej maszynie. W dzwonku popłynął prąd. Ten sam, który tak świetnie sprawdza się w elektrycznym pastuchu.

MAMY PROBLEM

Bywam pytany, rzecz jasna, i o to: „Moje dziecko ma problem ze szkołą, co robić”? Odpowiadałem kiedyś odruchowo, nie bez żartobliwej intencji, że należałoby raczej odwrócić zagadnienie – szkoła ma problem z moim dzieckiem, co robić… Zauważyłem jednak z czasem, że większość rodziców bez entuzjazmu reagowała na mój żart. Ironizować w tej sprawie przestałem. Żałuję.

Nie jest bowiem niczym szczególnym, że dzieci mają ze szkołą problemy, a szkoła z uczniami. Troska o to, aby Ala nie miała kłopotów w szkole, lecz by idealnie wpasowała się w tryby szkolnej maszyny, wynika z mylnego założenia. Niedopasowanie dziecka do szkoły nie jest zazwyczaj objawem ułomności, lecz objawem zdrowia. Nie każdy nadaje się na żołnierza, nie każdy nadaje się na ucznia. W sprawie wojska panuje powszechna zgoda, że „nie każdy”, natomiast co do szkoły – skoszarowanej instytucji stawiającej trudne do spełnienia wymagania behawioralne, intelektualne, społeczne i etyczne – przywykło się uważać, że „każdy”.

Bzdura! Wystarczy przyjrzeć się bytowi nazywanemu „dobrym uczniem”. „Dobry uczeń” jest punktualny. Jest pracowity. Jest zdolny. Jest uczynny dla kolegów. Dla koleżanek też nie jest taki najgorszy. Jest kulturalny. Unika przemocy. Jest słowny. Jest zaangażowany. Jest uspołeczniony. Jest dojrzały (najlepiej – ponad wiek). Jest nienormalny. Przepraszam, wymsknęło mi się. To wynik narastającej irytacji. Nie mieszczę się w powyższym schemacie, podobnie jak trzy czwarte rodziców uczniów „niedobrych”, czyli normalnych. Niezbyt pracowitych, punktualnych czasami, zdolnych okazjonalnie, notorycznie niedojrzałych etc. etc.

Jeżeli dziecko nie radzi sobie w szkole, lepiej nie szukać od razu Bóg wie jakich przyczyn i lepiej nie pomstować, lecz wydać z siebie westchnienie ulgi. Cyborg wypełniający oczekiwania szkoły powinien budzić niepokój rodziny. Odznaka „Wzorowy uczeń” powinna być traktowana jako delikatna sugestia ze strony pedagogów, że z dzieckiem może coś być nie w porządku. Tak bardzo pasuje do szkoły, że po jej ukończeniu będzie starał się całe życie być dobrym uczniem. Zdziwaczeje, stanie się pośmiewiskiem, gdy w końcu założy rodzinę, wpadnie w dodatkową zgryzotę, widząc, jak bardzo jego własne dzieci nie przypominają jego. Inny wariant: zderzenie z rzeczywistością, w której „wzorowy uczeń” jest nikomu do niczego niepotrzebny, wywołuje u naszego bohatera głęboki przełom psychiczny – nasz bohater staje się cyniczny, zaniedbany, niepunktualny i wybitnie niekoleżeński, na koniec zaczyna palić tanie papierosy. W sumie wina rodziców. Mogli w odpowiedniej chwili opłacić zajęcia z niewzorowości i uratować dziecko, póki był na to czas.

Zastanówmy się na serio. Spokojne siedzenie w klasie, ten podstawowy wymóg stawiany naszym pociechom, jest nieprzyjemne i nienaturalne. Nie wymaga zresztą żadnych szczególnych przymiotów charakteru, chyba że uznać za cnotę skłonność do stuporu. Wasze dziecko nie sprawia żadnych kłopotów w klasie, bo jest spokojne? Alarm! Albo boi się nauczycieli, albo jest osowiałe, albo nierozgarnięte, albo niedożywione (no, to już naprawdę wstyd).

Waszą córeczkę chwalą w szkole, że zawsze odrabia prace domowe, bez proszenia przynosi wodę patyczakom dożywającym swych dni w szkolnej pracowni i miło uśmiecha się do całego grona pedagogicznego? Nawet do pani od muzyki przezywanej Hannibal Lecter? Alarm! Pomyśl tylko, czy naprawdę chcesz, aby twoja córka była całe życie uroczym popychadłem kolejnych szefów, a zapewne także koleżanek i kolegów. Wszyscy lubimy znajomych, których można wykorzystywać, ale chrońmy od tego losu własne dzieci.

Przed iluś tam laty uczyłem w gimnazjum, zresztą dobrym i wartym polecenia. Podczas rady pedagogicznej kilka pań dość zdecydowanie opowiadało się za wyraźnym obniżeniem stopnia z zachowania trzem chłopcom, którzy… Nie, żadni tam chuligani – raczej rozrabiacy. A to się kręcą, a to o coś pytają, a to się nie słuchają, a to zrobią po swojemu, a to klasę nakręcą, że pracować się nie da. Zapytałem w końcu, kogo te panie wolałyby za zięcia – któregoś z tych trzech ancymonów, czy jednak tego grzecznego Zyzia, ucznia, jak to się określa, „wzorowego”. Ale miałem ubaw!

JAK PRZEŻYĆ WYWIADÓWKĘ

Wiadomość, że do polskiej szkoły wkraczają dzienniki elektroniczne, wywołuje nerwowe emocje wielu nauczycieli. Znowu będą musieli się czegoś nauczyć! Naprawdę rewolucyjną zmianę dzienniki prowadzone w komputerze niosą jednak nam, rodzicom. (Nie-)obecności, oceny, uwagi i komunikaty znajdą się w Internecie i każda mama oraz każdy tata (i ten biologiczny, i ten aktualny) mogą za pomocą operacji trwającej 30 sekund wejść w posiadanie całej wiedzy o ludzkim życiu.

Koniec podwójnego życia naszych pociech. Koniec dwóch wersji szkolnych osiągnięć: domowej („właściwie wszystko mi się udaje”) i realnej. Wszyscy wiedzą o sobie wszystko – a w każdym razie to, co nauczyciel był łaskaw zapisać w dzienniku. Konsekwencje tej rewolucyjnej zmiany będą ogromne, a jedną z jej ofiar będzie wywiadówka. Nie ma co jej żałować.

Fundamentem tego wydarzenia, jakim są odwiedziny stada rodziców w szkole, jest założenie, że dzieci (młodzież) kłamią w domu. W dniu wywiadówki opiekunowie wstrętnych kłamczuchów dowiadują się w szkole prawdy. Szkoła dba o to, by ujawnienie prawdy odbywało się w sposób maksymalnie męczący dla rodziców. Długie kolejki do nauczycieli, zwłaszcza tych najbardziej potwornych, i nieczynna szatnia to dopiero wstęp. W kolejnych odcinkach: pańska wyniosłość, z którą traktuje się petenta, szukanie numeru w notatkach („Kowalczyk, Kowalczyk…, aha, 19”), ledwo zawoalowana sugestia, że słabe wyniki dziecka to skutek braku odpowiedniej opieki w domu i dziedzicznego idiotyzmu, oraz nieunikniony finał w postaci wspólnego pomstowania na młode pokolenie, na złe towarzystwo, na telewizję, Facebooka i na dokładkę oczywiście lenistwo dziecka. Wspólne narzekanie jest ze strony rodziców chytrym zabiegiem – dzięki niemu topnieją lody i dzieciak, mimo wszystko, dostanie jeszcze szansę napisania poprawkowej klasówki z ciągów. Uff, udało się.

Życie opiera się na hipokryzji, więc nie bijmy się w pierś zbyt mocno, ale trochę się jednak palnijmy w czoło. Wytworzyliśmy system zachęcający do mijania się z prawdą, wbrew świętej zasadzie „i nie wódź nas na pokuszenie”. Nakłaniamy dzieci do ukrywania prawdy cały rok i obrywania tylko kilka razy – przy okazji wywiadówek. Dla nas samych to wcale wygodny system – kilka razy w roku zapłaczemy nad swoim losem, losem rodziców Bałwanów i Kretynów, za to przez resztę roku mamy wolne.

Założenie, że ludzie, bez względu na wiek, z zasady opowiadają w domu wszystko o sobie, ze szczególnym wyeksponowaniem tego, co zrobili złego, jest całkowicie fałszywe, czyż nie? „Krzyczałam dzisiaj na koleżankę w pracy, że pobrudziła szminką szklanki, a okazało się, że to nie ona. I tak jej nie przeprosiłam, bo nie lubię suki. W zeszłym roku specjalnie kupiła sobie taką samą bluzkę, jaką ja mam” – ejże, naprawdę opowiadacie o sobie takie kawałki w domu? Aby dzieci pochyliły smutno główki ze wstydu, że Pan Bóg zesłał na nich taką mamę? A może wyznajecie po powrocie z pracy: „Pominęli mnie przy premii, bo niestety spóźniałam się. Ale tak trudno wstawać w listopadzie, prawda?”. Jednak spodziewamy się, że nasze własne dzieci wrócą „z pracy” i obsypią nas informacjami, po których złapiemy za szmatę i waląc niedojdy po łbie, wykrzyczymy, że za karę w sobotę nie pójdą do zoo.

Bogu dzięki, nawet w Szwecji nie wymyślono jeszcze wywiadówki na odwyrtkę: nasze dzieci nie chodzą naszymi śladami, by dowiedzieć się od naszych przełożonych, jak nam idzie w pracy. Nie łudźmy się, że wyglądałoby to całkiem inaczej. Mechanizm spotkania „o nich, bez nich” byłby podobny.

Na wywiadówki nie należy chodzić. Należy się tylko na nich pokazać. Tu głową kiwnąć, tu zrobić zafrasowaną minę. Koniecznie powdzięczyć się do wychowawczyni. I czmychnąć, zanim jad nie dostanie się do serca. Twoje dziecko najprawdopodobniej marnie sobie radzi w szkole, łże na ten temat na potęgę, z potęg złapało dwie pały i zadaje się ze złym towarzystwem. Samo nie jest zapewne towarzystwem lepszym. I co z tego? Wywiadówka jest jedną z gorszych okazji, by o tym rozmawiać. Indywidualne rozmowy z nauczycielami/lkami są bardzo wskazane; nawet jeżeli oni się mylą, dobrze jest posłuchać opinii o naszych dzieciach wyrażonych przez tych, którzy te dzieci widzą poza domem. Umawiaj się na takie rozmowy, ale unikaj rytuału Dnia Prawdy. I domagaj się od szkoły, aby prowadziła dziennik internetowy dostępny dla rodziców. Wtedy o pale z potęg dowiesz się tego samego dnia, w którym ocena zostanie wystawiona, a nie po miesiącu lub dwóch, kiedy zdążyła już urosnąć do rozmiarów dębu.

NARKOTYKI I EDUKACJA

Drodzy Państwo, pytacie nieraz nauczycieli lub dyrektorki o „narkotyki w szkole”. Padają różne odpowiedzi, z których tylko jedna powinna was zaniepokoić: „W naszej szkole nie ma narkotyków”. Odpowiedź ta oznacza bowiem komunikat ze strony szkoły – z problemem narkotyków radźcie sobie sami.

Szkoła, rzecz jasna, cudotwórcza nie jest. Nie potrafi powstrzymać ręki sięgającej po używkę, nie potrafi wyciągnąć kogoś z nałogu. A jednak coś potrafi, jeśli chce. Potrafi naszpikować młodym głowy wiedzą na temat przyczyn, objawów i skutków zażywania narkotyków. Potrafi dać nauczycielom pewność siebie „w temacie brania”. Potrafi wreszcie odpowiednio reagować, kiedy zwącha, że coś jest na rzeczy. A reagować odpowiednio to reagować z rodzicami. Narkotyki nastolatków są próbą imponowania kolegom, robienia na złość rodzicom, odgrywania się na nauczycielach, porzucenia kostiumu małolata i tak dalej, i tym podobne – odgonienie ich od dziecka wymaga koalicji.

Nie chcę w tym miejscu zastępować specjalistów, roztropny rodzic to i owo poczytał na temat używek, jeszcze zanim jego dziecko przekroczyło próg gimnazjum, czyli tego budynku, w którym każde polskie dziecko będzie kuszone wszelkimi możliwymi upadkami. Po prostu korzystam z okazji, że wzięliście Państwo do ręki tę książkę, aby uczulić na zdarzające się nieprawdziwe wypowiedzi dyrektorów w stylu „w mojej szkole tego nie ma”. Narkotyki nie są „w szkole”. Są wszędzie. Dorośli są od tego, aby towarzyszyć bachorowi w młodzieńczym, niebezpiecznym rajdzie po „wszędzie”. Szkoła, która z góry uchyla się od współdziałania, jest egzystencjalnym nieporozumieniem. Szukajcie szkół, których nauczyciele mówią: „W naszej szkole są narkotyki”.

INTERNET, KOMPUTER, BIMBER, SZKLANKA

Internet powoli wychodzi na główne uzależnienie naszej młodzieży. Narkotyki są bardzo groźne, alkohol jest bardzo groźny, jednak przynajmniej nie można powiedzieć, że szkoła te niebezpieczne używki wspiera. Do Internetu – tego monstrum odrywającego od czytania książek, oglądania dobrych filmów, sportu, rozmowy – szkoła zachęca.

Pracownia komputerowa stanowi przedmiot zabiegów każdego samorządu, w modzie jest zadawanie prac domowych z wykorzystaniem informacji skrytych w Internecie. A w żadnej szkole nie ma pracowni palenia marihuany, a do domu nie zadaje się studium nad bimbrem. Nastolatek, który chce zapalić, wymyka się z domu. Nastolatek, który chce posiedzieć nad komputerem, przeciwnie, pędzi z podwórka do domu. Bywają rodzice, którzy nałóg komputerowy po cichu wzmacniają. Przynajmniej dziecko siedzi w domu… Częściej jednak rodzice biadolą, że dziecko godzinami siedzi nad klawiaturą, a oceny w szkole – pod psem, a komunikacja z rodzicami – pod psem, a oczytanie – pod psem. „Wie pan – z przekąsem pochwaliła mi się niedawno troskliwa matka – wychodzę do pracy z kablem od komputera, aby córka nie wróciła pokątnie do domu i nie zaczęła grać!”. Dożyliśmy czasów, w których wagary mogą oznaczać ucieczkę ze szkoły do domu…

Poruszam temat internetomanii i komputeromanii z niechęcią. Najzwyczajniej w świecie nic się nie poradzi na to, że szkoła proponuje zadania związane jakoś z komputerem. Mało tego, powinna tak robić (i piszący te słowa również tak robi, z zadawaniem tekstów z Wikipedii na klasówkę włącznie). Absolwenci szkół będą siedzieć w pracy za biurkiem, na którym coraz częściej nie ma telefonów, ale ekran komputera – niemal zawsze. A z ekranu wychylają się ludożercze stwory, fejsbuki, gaduły, portale, fora, piłkarzyki i internetowy Adam Małysz. Kto nie umie pływać w wirtualnej rzeczywistości, tonie. Albo odcina się od niej, wyrzucając domowy „komp” na szmelc, prowadząc życie w pewien sposób godne i budzące podziw – płacąc jednak za nie cenę zdziwaczenia.

Tak, większość ludzi młodych sporo czasu spędza przy komputerze, a przecież nie wpada w ciąg i wyrasta na normalnych, mniej młodych ludzi spędzających sporo czasu przy komputerze. Nie, nie jest łatwo powiedzieć, kiedy nastolatek już nie spędza dużo, lecz za dużo godzin jako przystawka do konsoli bądź klawiatury. Niestety w szkołach nie prowadzi się zajęć dla rodziców (i uczniów, czemu nie?) na temat uzależnienia od komputera. W wielu domach komputer jest przy tym używany przez samych rodziców, a wiemy dobrze, jaka jest siła pogadanek antynikotynowych w wydaniu rodziców palących paczkę Marlboro dziennie. Rodzice niesiadający do komputera też lekko nie mają, bo słyszą, że „nie rozumieją”. I rzeczywiście tak jest. Nadmiernie restrykcyjna polityka antykomputerowa kończy się zresztą znalezieniem sobie przez malców innych niż dom dziupli z komputerem: domu koleżanki, kafejki internetowej, pracowni w szkole…

Jeżeli coś w ogóle można poradzić, to:

– Komputer stoi na środku mieszkania, tak aby każdy domownik miał dostęp do urządzenia, a zarazem by nie zaszywał się ze swoim elektronicznym przyjacielem u siebie w pokoju; komputer jest jak piecyk, włącza się go wtedy, kiedy trzeba upiec ciasto.

– Rodzice powinni sami używać komputera zarówno do spraw poważnych, jak i do rozrywki, rzecz jasna w stonowanych porcjach (półtorej godziny „Cywilizacji” mało?, może warto wziąć grę do pracy).

– Nie wahać się przed wizytą u psychologa, kiedy zaczniecie podejrzewać u dziecka syndrom uzależnienia.

– Nie wahać się przed wizytą u psychologa, kiedy zaczniecie podejrzewać u siebie syndrom uzależnienia.

– Nie lekceważyć, nie demonizować.

I, oczywiście, raz na kilka tygodni wypatrzeć na wzgórzu jakiś wiatrak i natrzeć na niego z całych sił.

WYCIECZKI

Gromada nastolatków wywieziona z dala od rodziców, spędzająca noc właściwie bez opieki, szmuglująca w tornistrach alkohol, narkotyki i karton papierosów ? To nie początek horroru Stephena Kinga. To początek horroru naszego powszedniego. Wycieczka szkolna. Piąty jeździec Apokalipsy.

Jak głosił wart wspomnień podręcznik dydaktyki z lat moich studiów, wycieczki dzielimy na:

a) krótsze

b) dłuższe.

Zacznijmy od punktu „b”. Otóż nie ma żadnego rozsądnego dydaktycznego powodu, aby organizować kilkudniowe wyjazdy uczniów. Wszyscy organizatorzy wspaniałych objazdów i niezapomnianych warsztatów – wybaczcie, kocham was, ale… „Normalny” scenariusz szkodliwego wydarzenia określanego mianem „wycieczki dłuższej” zawiera obowiązkowe punkty nieoficjalnego programu. Standard „normalnej” wycieczki tworzą: popijawa, oszukiwanie nauczycieli, prześladowanie psychiczne niepijących, dramatyczne wybory nauczycielek (wkroczyć w akcję czy jednak udawać, że nic się nie stało), trzaskanie drzwiami i tupot nóg. A nawet niestety, powiedzmy to jasno, papierosy. A generalnie – jedna wielka pokusa porzucenia przez nastolatków resztek człowieczeństwa i stoczenia się do poziomu człowieka wyprostowanego inaczej.

Wycieczki zakładowe z czasów komuny były obrzydliwe. Szła dzieweczka do laseczka, a szkoda, bo w tym czasie pójdzie do dziewczyny ten, co gada z rozmarynem, szybciej biegły od nich jednak sokoły, może dzięki mądrej podpowiedzi, by omijały doły. Na końcu maszerował, z ziemi włoskiej, niezmordowany Dąbrowski. Wszyscy pod wpływem napojów wyskokowych. Transformacja zdewastowała świat wycieczek zakładowych, ale hydrze szyje odrastają, tym razem pod wezwaniem „wyjazdów integracyjnych” organizowanych dla korporacyjnego planktonu. Tyle się w Polsce wydarzyło, a dzieweczka i laseczka idą dalej, jak gdyby nigdy nic. Może częściej częstują się po drodze prochami i częściej zdarza się, że dzieweczka nie zawraca sobie głowy lasem, tylko wali prosto do łóżka.

Młodzi ludzie (błagam, nie trujcie mi już, że nie wszyscy – no jasne, wasze dzieci nie, skąd, wasze są wyjątkowe) bałwochwalczo naśladują białe kołnierzyki. Gesty, powiedzonka, koks, iPody i smycze „z pamięcią”. W czasach, w których nie było na świecie korporacji, wycieczkom szkolnym towarzyszyła wódeczka – tym bardziej będzie obecna dzisiaj, skoro zwyczaj podtrzymany został – tylko ładniej opakowany – przez korporacje.

Kochana Mamo. Kochany Tato. Pomyślcie tylko chwilę, czy na pewno chcecie, aby pijacką inicjację (czy na pewno tylko pijacką?) waszych pociech przeprowadziła szkoła na wyjeździe. A gdy uda się już zdeprawować wasze pociechy, czy na pewno chcecie, aby kolejne wyjazdy klasowe utrwalały w młodych to, co najgorsze. Jeżeli nie jesteście przekonani, że chcecie odpowiedzieć twierdząco na te pytania, trzymajcie dzieci z dala od wycieczek. Bo przestaną być dziećmi.

Chcecie Państwo dobrej rady? Zapytajcie nauczyciela, po co mu ten wyjazd. Jeżeli odpowie, że młodzież go prosiła, zaproponujcie, aby młodzież pojechała na tę upragnioną wycieczkę w czasie wakacji. Na ogół oznacza to upadek pomysłu. Zapytajcie też waszą dziecinę, czemu chce jechać. Jeżeli odpowie mętnie, że „koledzy jadą”, bądźcie czujni i demolujcie pomysł wyjazdu. Warto wypuszczać młodych na wyjazdy klubowe, oazowe, hobbystyczne, muzyczne, surwiwalowe i wszelkie inne, które gromadzą według klucza wspólnych zainteresowań. Ryzyko jest, ale i sens wyjazdu jest. Wyjazdy „dla wszystkich” są praktycznie wyjazdami po nic. Wycieczka selekcjonująca uczestników i stawiająca im pewne warunki ma szansę wydobyć z młodzieży to, co w niej lepsze. Wycieczka klasowa najprawdopodobniej wydobędzie na wierzch tylko dziwaczną rywalizację w ligach „Kozak”, „Wariat”, „Pijak”.

A co z pomysłem „a” – wycieczki krótkiej? To zazwyczaj nieszkodliwe, jednodniowe wyjazdy, których wspólną cechą jest niemal nieustanne pozostawanie w autokarze. Byłoby zapewne najlepiej doprowadzić ten rodzaj wycieczek do perfekcji – jeździć autobusem wokół szkoły i raz albo dwa zatrzymać się przy WC. Dla zabicia czasu można puszczać edukacyjne filmy. Jeżeli kierowca nie zabłądzi, dzieci będą na obiad w domu.

A PANI POWIEDZIAŁA…

Co zrobić, kiedy dzieciak wraca do domu i oświadcza, że nauczycielka powiedziała… W tym miejscu padają Straszne Słowa. Albo coś w ogóle Najgorszego. Nauczycielka miała powiedzieć, że… – a zresztą – mogła powiedzieć wszystko, zwłaszcza że jej słowa relacjonuje małolat, przewrotne połączenie piranii i sierotki Marysi. A zatem pani powiedziała, że Wisła jest dłuższa niż Wołga, a ruscy podają na ten temat same łgarstwa, jak to oni. Albo że Murzyni grają lepiej w koszykówkę, bo uprawiają voodoo. Albo że wszyscy rozwodnicy idą do piekła.

Dzieciak, kot przechera, nie przynosi nam tych rewelacji całkiem bez powodu. Relacjonując, łypie oczkiem w nadziei, że swoimi rewelacjami wywoła głębszy efekt niż krótkotrwałe zainteresowanie swoją osobą. Rodzice ujadający na nauczycieli stanowią niezwykle miłe urozmaicenie dnia. Trzeba ich tylko dobrze podpuścić. W najlepszym z możliwych wariantów będzie można nazajutrz podnieść w klasie dwa paluszki i wyrecytować niewinnym głosem: „Proszę pani, a tata powiedział, że z tymi Murzynami było całkiem inaczej, a mój tata się zna, bo pisał pracę na temat koszykówki”. Co robić? Machnąć ręką? Nieraz, owszem machnąć. Ale jak będziemy za każdym razem tak ręką machać, to się dziecko poczuje emocjonalnie niedoinwestowane w domu i zacznie szukać złego towarzystwa, aby w nie zaraz wpaść. Rozmawiać z dzieckiem na serio, że pewno coś źle zrozumiało, bo przecież pani na pewno…. Tylko że jeśli wielokrotnie wmówimy dziecku, że nie rozumie, co nauczyciele do niego mówią, latorośl łatwo straci wiarę w siebie, będzie szukać wsparcia u rówieśników i złe towarzystwo murowane. Zawyć: „Idioci!” i wspólnie z dzieckiem zacząć budować front odmowy? Głupoty wypowiadane przez funkcjonariuszy szkoły do tego domu nie mają wstępu! Takie rozwiązanie kusi. Wspólny wróg cementuje nawet najbardziej niedopasowane relacje, nie tylko rodzinne. Oleńka nie lubi matematyki, tatuś też nie lubił, oj, jak nie lubił. Biedna Oleńka, zła szkoła, zła…

Zła, ale codzienna. Nie nastawiaj dziecka wrogo wobec szkoły, dopóki tylko możesz. Dziecko jest w szkole codziennie, przez pół dnia, jak nie lepiej. Wielu nauczycieli widzi twoją pociechę częściej niż ty sam.

Chcesz rady, jak postępować w przypadku dotaszczenia do domu relacji z gatunku „a pani powiedziała…”? Bardzo proszę.

Po pierwsze, nie przybieraj z góry postawy adwokata oświaty. Wielu rodziców ma odruch obrony autorytetu szkoły, zatem wysłuchawszy dziecka, zaczyna je kontrować. Ze strony dziecka wygląda to mniej więcej w ten sposób: „Przyniosłem wam smakołyk, a wy nim pogardziliście?”. Błąd! Koty przynoszą czasem mysz do domu, aby się pochwalić i tylko źli państwo krzyczą na kotka. Mądrzy głaszczą po łebku. Pałaszować myszy nie trzeba.

Po drugie, łagodnie, lecz przemyślnie wydobądź z informatora całą prawdę. Oto poręczne pytania, na które warto uzyskać odpowiedź:

– Czy słyszało na własne uszy, czy też od kolegów (bo w ogóle, to „wszyscy mówią”, że pani powiedziała…)

– Co dokładnie zostało powiedziane i przez kogo, zanim pani powiedziała, że…

– Co pani powiedziała, ale dokładnie i z jaką intonacją.

Po trzecie, nawet jeżeli padły wstrząsające głupstwa, nie trać przytomności umysłu. Powtarzaj sobie, że przecież prawa statystyki czy czegoś tam pokazują, że pośród setek tysięcy zdań wpadających twemu dziecku do ucha muszą, po prostu muszą, również wpadać brednie. Nie mów jednak, że „nic nie szkodzi”, że pani mówiła głupstwa. Szkodzi, ale można z tym żyć. Ten element to również element nauki, którą dziecko ma pobrać w szkole.

Po czwarte, spałaszuj mysz. Jeżeli można, pochwal informatora, że tak od razu zrozumiało błąd nauczycielki, że tak szybko zapaliła się lampka kontrolna systemu antygłupczego ostrzegania. Omów z dzieckiem, gdzie tkwił błąd w pani wypowiedzi, i dojdź z nim razem do prawdziwej opinii w sprawie świetnie grających Murzynów (wykładał coś na ten temat Cezary Pazura w filmie „Chłopaki nie płaczą”). Zrób ze złośliwej opowiastki dziecka zagadkę intelektualną.

Być może rozbudzisz w ten sposób pasję poznawczą u swoich dzieci. Kto wie, czy nie był to właśnie ukryty plan nauczycielki plecącej głupstwa – sprawić, aby rodzina zgodnie pochyliła się nad intelektualnymi wyzwaniami, które niesie współczesna edukacja. Trele-morele, ale jak ładnie to zabrzmiało.

PRACE DOMOWE

Praktyka wskazuje, że prace domowe, zwłaszcza w młodszych klasach, są domowe w całym tego słowa znaczeniu – pracują niemal wszyscy domownicy.

Zaczyna się to zwykle tak: Opieka domowa: – No i jak, lekcje zrobione? Podopieczny: – Aha. Matmę zrobiłem w szkole, a z polaka było bardzo łatwe. Opieka domowa: – Łatwe…, ale już odrobiłeś? Podopieczny: – Właściwie tak. Opieka domowa: – Właściwie? Czy po prostu „tak”? Podopieczny: – O jeju, pierwszą mam biologię, a pani nie patrzy na klasę, wtedy odrobię. Opieka domowa: – Nie, mój drogi. W tym domu nie będzie zgody na pracę na odwal się. Dawaj ten polski. Tylko migiem, bo zaraz zacznie się film.

Podopieczny przynosi zeszyt ćwiczeń „Wesołe literki dla całej rodziny”. Wspólnym wysiłkiem 25 przydawek zamienia się w 25 przysłów o pogodzie i rodzina spiesznie zasiada przed telewizorem. Kiedy bohater negatywny zabiera się już za mordowanie pierwszej ofiary, podopieczny wtrąca mimochodem: „I jeszcze referat z chemii o reakcji wodorowej”.

Nie ma zmiłuj! Wszystko wokół się zmienia, a zielnik (mama), cholerne pociągi z A do B (tata), diaboliczne wypracowania (starsza siostra; zbiera na skuter) i mapki konturowe (pan korepetytor, uff!) trzymają się domów jak duch hrabiny lochów. Naprawdę kusi, aby machnąć ręką. Nie umiesz? Kij ci w oko, trzeba było słuchać, jak pani tłumaczyła.

Bardzo lubię samodzielność i wiwatuję na cześć rodziców, którym udaje się zaszczepić w dzieciach tę wielką cnotę. Postawa samodzielności, czyli postawa wyprostowana, jest właśnie tym nawykiem, który należy wynieść ze szkoły. Komu się udało, jest rodzicem geniuszem albo po prostu szczęściarzem. Niespecjalnie często zdarza się jednak, by osobnik młody szybko w takiej postawie stanął. Trzeba mu pomagać. Silniczek naszego dziecka ucznia nie pojedzie daleko bez wspomagania. Wspólne odrabianie lekcji – nie wszystkich, coś tam jednak zostawiajmy winowajcom – daje dziecku psychologiczne wsparcie. Nam daje przy okazji zaskakujący przyrost wiedzy. Dowiemy się nawet, gdzie leży Kuala Lumpur (mniej więcej tam, gdzie wtedy, kiedy dostaliśmy z tego pałę), i odświeżymy wiedzę na temat tego, kto pierwszy zmajstrował lampę naftową.

Jeżeli ktoś boi się, że dziecko prowadzone przez 12 lat za rączkę wyrośnie na życiową niedołęgę, co to bez mamy i taty nie zda nawet najbłahszego egzaminu na studiach, to boi się słusznie… A jednocześnie przesadnie. Już w połowie gimnazjum programy, lekcje i podręczniki zaczynają odlatywać do krainy Niepojętych Monstrów, w której nie ma dla nas miejsca. Nie bez powodu wiele uczennic i wielu uczniów odnotowuje na przełomie gimnazjum i liceum wyraźne obniżenie ocen.

UCZ SIĘ, UCZ?

Zbyt rzadko pamiętamy, że dziecko ma ze szkoły wyjść i to jako homo sapiens, osobnik dorosły. Warto wynieść ze szkoły pewne drobne pożyteczne nawyki np. pracy, dyscypliny intelektualnej, umiejętności grania ról społecznych oraz podania prostopadłego przez całe boisko. Homo sapiens musi jednak umieć gdzieś zręcznie po drodze porzucić umiejętność bycia uczniem. „Szkolność” musi być traktowana przez niego jak kijek, którym szympans dosięgnie w końcu banana. Banan w łapie, kij szust w krzakach porzucony. Każdemu z nas zdarza się ten lepki sen – że wróciliśmy do szkoły, jeszcze raz musimy zdać maturę, siedzimy znowu w klasie… To tylko sen! Nie wrócimy do szkoły. Nie musimy trzymać w ręku kija przez całe życie.

Zbyt rzadko też pamiętamy, że szkoła nie uczy ani najważniejszych, ani najaktualniejszych, ani w ogóle żadnych „naj” treści. Chce nauczyć (inna sprawa, że niezbyt skutecznie) tego i tamtego, zgodnie z akurat panującą dydaktyczną modą, zgodnie z widzimisię twórcy programu czy podręcznika, zgodnie z jakąś tradycją – zwykle lepszą niż gorszą, jak to z tradycją bywa. Nie znam literalnie ani jednej osoby, która uważałaby, że jej własna szkoła nauczyła ją przede wszystkim potrzebnych w życiu rozwijających treści (co nie znaczy, że szkoła musi takich rzeczy uczyć, aby być dobra). Nie wiedzieć jednak czemu, gdy tylko nasze własne dzieci wkręci szkolny wir, zaczynamy martwić się, że nasze dziecko nie nauczyło się tego, śmego i owego. No, nie nauczyło się. I co się takiego strasznego stało?

Demonizując kłopoty 10- i 16-latka z nauką, bierzemy się za jego wychowanie. Niepomni tego, że za nieuctwo lub brak zdolności (myślicie, że obliczanie pola ostrosłupa zrobiło się prostsze niż za waszych czasów?!) szkoła już pacnęła wrażliwego młodzieńca, dokładamy mu w domu drugie tyle. W ten sposób umacniamy w dziecku przekonanie, że jest ułomne, a szkoła to nic miłego. Na pewno bardzo mu to pomoże w nauce!

Pal zresztą sześć emocje młodego. Pomyślmy o własnych. Naprawdę możemy się zdenerwować, przewidując przyszłość: dziecko nieuk, dziecko nieudacznik, dziecko bezrobotny, dziecko wieczny utrzymanek… Boże! Czy jednak na pewno mamy pewność, że ludzie idą właśnie tymi dwiema drogami – od dobrego ucznia do człowieka sukcesu albo od ucznia kiepskiego do pucybuta, którego długi rodzice spłacają z emerytury? A przede wszystkim – skąd miałaby wynikać nasza pewność, że jedynym źródłem wiedzy jest szkoła, podręcznik i nieśmiertelne zbiory zadań Dróbki – Szymańskiego? Dbaj o to, co dziecko robi po szkole: czy znajduje czas i ochotę na gitarę, muzeum, koncert, rozmowę, lekturę i czy z telewizji lub komputera wybiera cokolwiek wartościowego. Chodź z twoją pociechą do kina. Gadaj o przeczytanych książkach. Obserwuj dyskretnie, z kim spośród rówieśników najchętniej się spotyka. Powie ci to o wiele więcej na temat poziomu umysłowego twojego dziecka niż szkolne świadectwo.

„Pan chyba chce, abym przestała pracować”, powiedziała kiedyś pewna miła pani, kiedym wyeksplikował jej to, co powyżej. Nie chcę nikomu zaglądać w garnki. Wielu nauczycieli potwierdzi jednak, że szkolna diagnoza „dobrze się uczy” traktowana jest przez wielu rodziców jako sygnał, że mogą pracować, ile wlezie, natomiast komunikat „Państwa dziecko ma kłopoty” traktują jak komunikat o zdradzie ze strony losu. Nie jako naturalny komunikat o naturalnych problemach, lecz jako nawoływanie do zmiany kursu. Więcej czasu z dzieckiem, więcej czasu dla dziecka, mniej czasu na swoje sprawy… Irytacja. Kursu zmienić się nie chce – nieraz wydaje się wręcz, że nie można – toteż kłopoty z nauką traktuje się wrogo, a ich nosiciela – z niesmakiem i rozgoryczeniem.

Kiedyś, rzecz jasna dawno, dawno temu, rodzina przyjmowała wiadomości o kłopotach syna/córki z nauczeniem się dopływów Odry ze zrozumieniem, a nawet z pewną ulgą. Dzieciak po to jest, aby mieć trudności w nauce, prawda? Następnie zabierano się za łagodzenie problemów. Motto ze wspaniałego kryminału „Kłopoty to moja specjalność” wisiało nad stołem w kuchni – czyli w pomieszczeniu, w którym omawiano wzloty i upadki szkolnej kariery traktowanej z lekkim przymrużeniem oka.

Być może blefuję, nigdy nie było dawnych dobrych czasów. A przecież – mogą wrócić.