Jak przetrwać… Kobiety w dawnej Polsce - Karol Ossowski - ebook

Jak przetrwać… Kobiety w dawnej Polsce ebook

Ossowski Karol

0,0
44,99 zł

lub
Opis

Zapraszam Cię, drogi Czytelniku, w niezapomnianą podróż po dworkach, kamienicach i chałupach średniowiecznej i nowożytnej Polski. Tym razem przyjrzymy się życiu kobiet. Prześledzimy ich losy od kołyski aż po grób. Poznamy ból narodzin, ciężar wychowania i dorastanie małej dziewczynki, a z czasem niewiasty. Skonfrontujemy ich doświadczenia ze światem dorastających chłopców. Zobaczymy, co dawniej dziewczęta miały do powiedzenia w kwestii wyboru małżonka i swojej drogi życiowej. Zobaczymy, jak kobiety w przeszłości budowały, handlowały, rzeźbiły, kradły, leczyły, truły, mordowały… W końcu żadnej pracy się nie boją, nie tylko dziś – tak było także pięćset lat temu. Poznamy codzienne rozterki kobiet związane z dziećmi, domem i zdrowiem. Na chwilę przystaniemy, by zerknąć do kobiecej szafy i kuchni, bo również w tej ostatniej niepodzielnie rządziła kobieta.

Zapewne zapytasz, Czytelniku, czy kobieta w przeszłości obracała się tylko w trójkącie dom – praca – dzieci. Oczywiście nie. W tej książce odnajdziesz również dawne kobiece hobby, zabawy, uczty, pijaństwa. W końcu poznasz także ich ostatnie chwile na ziemskim padole. Zmierzysz się z tym, z czym musiało się mierzyć w przeszłości wiele starych, jak określano ówcześnie kobiety w podeszłym wieku – z odrzuceniem, porzuceniem, głodem czy ubóstwem. Nasze bohaterki pożegnamy, odprowadzając je w ich ostatniej drodze – na cmentarz. Kto wie, może podczas całej tej wędrówki uznasz, że życie kobiet w przeszłości było przepełnione jedynie bólem, cierpieniem i ciężką pracą. A może nie…?

Pamiętaj jednak, że na kartach niniejszej książki niemal nie odnajdziesz magnatek, księżnych ani królowych. To opowieść o zwykłych kobietach, które można było spotkać na miejskich rynkach, traktach, pod strzechami czy w dworkach. Jedne miały pełne mieszki, inne musiały liczyć się z każdym groszem, ale łączyły je podobne problemy codzienności.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 444




© Copyright by Wydawnictwo Astra s.c., Kraków 2020

Wszystkie prawa zastrzeżone. Poza uczciwym, osobistym korzystaniem w celu nauki, badań, analizy albo oceny, przewidzianym w Ustawie o Prawach Autorskich, Projektowych i Patentowych z 1988 r., żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana w bazach danych ani transmitowana w żadnej postaci ani żadnymi środkami przekazu – elektronicznie, elektrycznie, chemicznie, mechanicznie, optycznie, przez fotokopie ani w żaden inny sposób – bez uprzedniej, pisemnej zgody właściciela praw autorskich.

Koncepcja: Karol Ossowski Jacek Małkowski

Redakcja: Aleksandra Marczuk

Konsultacja merytoryczna: Monika Michalska

Skład i przygotowanie do druku: Wydawnictwo Astra s.c.

Projekt okładki Marcin Kośka

Zdjęcie na okładce: Fragmenty obrazów Lucasa Cranacha straszego: Judyta z głową Holofernesa (Wikimedia Commons/ Trzęsacz), Melancholia (Wikimedia Commons/ Mattes) oraz Portret kobiety (Wikimedia Commons/ DcoetzeeBot). Panorama Wrocławia z Liber chronicarum, XVI wiek (Wikimedia Commons/ Schedel).

Wydanie I Kraków 2020

ISBN 978-83-66625-44-0

Wydawnictwo Astra 30-717 Krakówul. Księdza Wincentego Turka 14/25 tel. 12 292 07 30

www.wydawnictwo-astra.plwww.facebook.com/[email protected]

Prowadzimy sprzedaż wysyłkowąwww.wydawnictwo-astra.pl

Książkę dedykuję najbliższym mi kobietom – żonie Kasi, mamie Izabeli oraz siostrom Agnieszce i Katarzynie.

Garść dobrych rad

Piętnastowieczne zaklęcie miłosne „voodoo”

Weź świeży wosk i uformuj z niego postać osoby, którą kochasz.

Pamiętaj, by zachować jej wszystkie kończyny.

Jeśli pożądasz mężczyzny, wówczas weź koguta urodzonego w marcu,

natomiast jeśli twą wybranką jest kobieta, weź kurę.

Wytnij serce ptaka i raz po raz wypowiadając imię ukochanego,

umieść je w woskowej figurze w miejscu serca.

Następnie przy pomocy igły na piersiach figury wypisz imię swojej miłości.

Jeśli chcesz, weź dziewięć nowych igieł.

Chcąc sprawić ból swojemu wybrankowi,

umieść jedną z igieł w dowolnej części ciała figury.

Tam pojawi się ból. Kiedy usuniesz igłę, ból zniknie.

Uważaj, by nie dotknąć serca postaci,

bo ta wówczas nieomylnie natychmiast zemrze*.

* Zaklęcie pochodzi z XV-wiecznego Tractatus anonymi de coniurationibus, Ms Plutei 89 Sup.38, Biblioteca Laurenziana, Florence, f. 299r. Tłumaczenie autora.

Słownik przedmiotów codziennego użytku*

Bawełnianka – spódnica bawełniana

Bindalik – przepaska, taśma, wstęga

Botuch – chusta łaziebna, ręcznik

Cecha – poszewka

Cwelich – tkanina lniana na podwójnej osnowie

Cynowate płótno – płótno tkane ukośnie

Czamlet – materiał z koziej sierści

Duchna – czapka nocna z puchu lub mała poduszka

Furmanka – ubranie wierzchnie, często podszyte futrem

Giermacze – rodzaj długiej sukni zwierzchniej

Fajerka – piecyk ruchomy

Falendysz – gatunek sukna

Ferezja – suknia wierzchnia, nieprzepasana

Giezłko – koszula bez kołnierza

Hanwos – umywalnia

Jubka – kabat, dawniej krótki kaftan lub serdak

Karazja – sukno proste i grube

Katanka – kurtka, kaftan z sukna

Kitajka – cienkie bawełniane płótno

Kitlik – płócienna suknia

Kołtryna – rodzaj papierowego lub płóciennego obicia na ścianę

Kopielniak – płaszcz od deszczu bez rękawów

Krupka – drewniane naczynie, puszka

Krużki – dzbanki

Krzynow – miska drewniana

Kształt – gorset

Letnik – letnia suknia

Luszof, lusow – cebrzyk na trzech nogach do mycia naczyń

Materklasy – rupiecie

Mętlik – rodzaj sukni, płaszcz obity futrem

Miśnik stołowy – podkładka pod misę z gorącym daniem

Motowidło – przyrząd do zwijania i domierzania nici

Muchajer – gruba tkanina, rodzaj sukna z koziej sierści

Muły – wysokie obcasy

Maczelnik – przepaska na czoło

Niecka – naczynie do zagniatania ciasta

Olmaria – szafa

Paczesne sukno – sukno robione z paczesi, czyli kłaków lnianych

Panewka – kociołek

Pociask – pogrzebacz drewniany do ognia

Powojnik – powijak dla dziecka

Potyczka – czepek

Rogoża – mata

Smuszkowe futro – zrobione z młodych baranków

Szorc – rodzaj fartucha

Szpalerka – obicie na ścianę z tkaniny lub skóry

Szragi – drewniane kozły do siedzenia

Ścięgaczka – przepaska na biodra

Tkanka – korona ze sztucznych kwiatów, pereł i wstążek

Tuwalnia – szeroki i długi ręcznik

Wiercimak – tłuczek do ucierania maku

Wilczek – rożen do obracania pieczeni na ogniu

Zawicie – chustka na głowę

Żeleźnik – kociołek

* Słownik powstał na podstawie: B. Bętkowska, J. Bieniarzówna, Inwentarze ruchomości ubogiego mieszczanina krakowskiego w pierwszej połowie XVII wieku,„Kwartalnik Historii Kultury Materialnej” 1957, r. 5, nr 1, s. 76–99.

Przepisy na puder, szminkę oraz róż*

Puder

Umieść czystą, pozbawioną zabrudzeń pszenicę w wodzie na piętnaście dni. Po tym czasie zmiel ją i zmieszaj z wodą. Wszystko następnie przecedź przez szmatkę i pozostaw tak długo, aż całość się skrystalizuje, a woda odparuje. Chcąc tak powstały puder nałożyć na twarz, należy wcześniej wymieszać odpowiednią jego część z wodą różaną. Tak powstałą konsystencję należy rozprowadzić po twarzy po uprzednim jej umyciu ciepłą wodą. Na koniec przetrzyj twarz suchą szmatką.

Szminka

Weź mózg gęsi i wymieszaj go z mózgiem jelenia. Tak powstałą mieszaninę nałóż na usta. Ewentualnie weź tyle, ile chcesz, srebra, mirry i imbiru i zmieszaj je, by powstał proszek. Następnie dodaj do tego odpowiedniej ilości dziewiczego wosku, miodu oraz oliwy z oliwek. Powstanie wówczas maść, która będzie cudowna. Ale zanim jej użyjesz, przemyj usta śliną. Następnie niewielkim kawałkiem płótna nakładaj maść na usta.

© Wikimedia Commons/Iazyges.

Róż

Drewno brazylijskie (Brezylka sappan) podziel na małe kawałeczki. Następnie nasącz je wodą różaną. Powstały wówczas różowy barwnik można wcierać w policzki, by nabrały rumieńców. Ewentualnie, jeśli nie masz drewna brazylijskiego, wystarczy jeśli przygotujesz mocny koncentrat wody różanej. Tak powstały barwnik nakłada się na policzki przy pomocy kawałka bawełny.

* Przepis na puder pochodzi z XIII-wiecznego anglo-normandzkiego traktatu anonimowego autora, Ornatus Mulierum, zob. P. Ruelle, L’ornement des Dames (Ornatus Mulierum), Bruksela 1964, s. 71. Przepis na szminkę z XVI-wiecznej książki włoskiego autora Girolamo Ruscelli, De’ secreti del reuerendo donno Alessio Piemontese, zob. The Secrets of the reuerend Maister Alexis of Piemont…, Londyn: Peter Short 1595, s. 302. Przepis na róż z XIII-wiecznego angielskiego traktatu Compendium Medicinae, Gilbertusa Anglicusa, zob. H.E. Handerson, Gilbertus Anglicus. Medicine of the Thirteenth Century, Cleveland 1918, s. 32. Tłumaczenie wszystkich tekstów – autor.

Kobiety mniej lub bardziej znane

Agnieszka z Szamotuł –mieszczka, która podając mężowi cykutę, chciała wzbudzić w nim lubość.

Anna Dąbrówka –krakowska służąca, która umyśliła sobie, że jak panią zabije, to męża jej poślubi.

Szymonowa –krakowska aptekarka, którą sąsiad zalał plugastwami.

Barbara Konradowa –handlarka warszawska zajmująca się pokątną sprzedażą dużych ilości soli.

Czerwony Kapturek –dziewczynka z bajki, która zjadła swoją babcię.

Elżbieta Bocianówna –złodziejka, której szatan nożyk podrzucił, by mogła ludzi okradać.

Hildegarda z Bingen –najsławniejsza średniowieczna zakonnica, która spisywała naukowe manuskrypty.

Jadwiga z Kościan –za grosz sprzedała siostrzenicę księdzu, by tę się zabawił.

Janowa Ulowa –lekarka bez papierów, która białogłowy leczyła.

Jeanne de Montbaston –ilustratorka kodeksów, lubująca się w rysowaniu penisowych drzew.

Kachna z Lepnicy –młoda dziewka porzucona przez męża, która pomordowała swoje dziecię w wychodzie.

Kaśka z Poznania –poznańska szynkarka, która chętnie izbę do psot podnajmowała.

Katarzyna Kwapiszewa –leśna fałszerka pieniędzy, od wytapiania których twarz jej poparzyło.

Katarzyna Wlekyne –rozbójniczka, która nawet w ciąży napadała na kupców i podróżnych.

Ludwika Karolina Radziwiłł –magnatka, która zmieniała mężów jak rękawiczki.

Maciora z Falaise –mordercza świnia, której los miał być przestrogą dla innych zwierząt z jej gatunku.

Maria Valence –handlarka, która „przypadkiem” wiedziała, kiedy otworzyć kram, by dużo zarobić.

Marianna Kamińska –warszawska żebraczka, która z innymi babami i dziadami cegielnię zajęła i na dom przerobiła.

Michałowa Dankowiczowa –niedoszła czarownica, którą za kąpiel dziecka chciano spalić.

Petronela ze Szczuk –mieszczka, która, aby unieważnić swoje małżeństwo, twierdziła, że mąż jest lunatykiem.

Regina Rozdziałówna –krakowska karczmarka, której przybytek znany był pośród szemranej klienteli.

Wawrzeńcowa Pieskowa –szewcowa krakowska, która trudniła się podkradaniem klientów.

Wojciechowa Mikołajewska –meliniarka, która gościom kraść kazała, byleby za napitek zapłacili.

Zofia z Ambrozowiczów Węgrzynowiczowa –krakowska mieszczka, która nawet pogrzebu mężowi uczynić nie mogła, gdyż jego krewni ograbili ją ze wszystkiego.

Średniowieczne opowiastki o kobietach*

Mąż szuka żony, która utopiła się w rzece

Mężczyzna szukał żony, która utonęła w rzece. Szedł jednak pod prąd, w górę rzeki. Zdumiony tym przypadkowy przechodzień poradził mu, żeby poszedł raczej w dół rzeki, zgodnie z biegiem wody. Wówczas mężczyzna rzekł: „Żadną miarą nie znajdę jej w ten sposób. Gdy żyła, była tak uparta, zrzędna i zawsze wszystkiemu przeciwna, że i po śmierci mogła powędrować jedynie w stronę przeciwną niż nurt rzeki”.

Młoda żona rozdzielona z mężem

Pewien niezwykle urodziwy młodzieniec poślubił młodą pannę. Ponieważ zanadto folgował sobie w małżeńskich uciechach, twarz mu zbladła i zmizerniała, a ciało osłabło. Zaniepokojona matka, obawiając się gorszej jakiejś choroby u syna, odesłała go na wieś, z dala od żony. Ta, smutna i stęskniona za mężem, zauważyła pewnego razu dwa złączone ze sobą wróble. „Odejdźcie stąd – rzekła. – Jeśli zauważy to moja świekra, rozdzieli was i roześle w różne strony”.

© agefotostock/Indigo.

Odpowiedź mieszczki na zaczepki

Pewna mieszczka szybka była w ripostach. Pewnego razu jakiś kuglarz, pragnąc z niej zakpić, podszedł i rzekł: „Ośli napletek przesyła ci uszanowanie”. Na co ona natychmiast: „Ach tak? I owszem, wyglądasz na jednego z jego posłów”. Po czym odeszła.

* Opowiastki pochodzą z: P. Bracciolini, Opowieści ucieszne, Warszawa 2019, s. 165, 169, 369.

Wstęp

W emitowanym w latach siedemdziesiątych serialu Czterdziestolatek aktorka Irena Kwiatkowska wcieliła się w niezapomnianą rolę Kobiety Pracującej. W każdym kolejnym odcinku pracowała w innym zawodzie. Kultową stała się jej wypowiedź: „Ja jestem kobieta pracująca – żadnej pracy się nie boję”. W ówczesnej, peerelowskiej rzeczywistości postać Kobiety Pracującej miała widzom uzmysłowić, jak dobrze żyje się kobietom w kraju mlekiem i socjalizmem płynącym. W końcu mogły parać się dowolną pracą, na równi z mężczyznami. Zapewne stało to w kontrze do czasów wcześniejszych, kiedy to kobiety miały jedynie możliwość zajmowania się domem i wychowaniem dzieci lub przywdziania mniszego habitu. A przynajmniej tak wyobrażała sobie – i pewnie nadal wyobraża – pozycję kobiety w przeszłości znaczna część społeczeństwa. Czy takie postrzeganie roli kobiet w dawnych wiekach jest zasadne? Spróbujemy to sprawdzić. Motywem przewodnim niniejszego tomu, kolejnego w kilkuczęściowej już serii, są kobiety średniowiecznej i nowożytnej Polski.

Aby zrozumieć, jak wyglądał świat kobiet w dawnych wiekach, nie wystarczy dokonać analizy jednego wycinka z ich życia. Należy bowiem przeanalizować ich dolę od narodzin aż po grób. I to właśnie uczynimy na kartach niniejszej książki. Podejmiemy próbę poznania i zrozumienia codziennych rozterek kobiet w każdym wieku. Zobaczymy ich dorastanie, zgłębimy hobby, pracę, zajęcia w domu i poza nim. Postaramy się zrozumieć, jak podchodzono do kwestii miłości, zamążpójścia czy szeroko rozumianych powinności małżeńskich. Z jednej strony, poznamy trudny życia codziennego, ból narodzin, choroby czy stratę bliskiego, z drugiej – będą i radości. Dla niektórych kobiet radościami okażą się dzieci, dla innych praca, a jeszcze inne zadowolą się dobrym napitkiem w lokalnej karczmie.

W książce niemal nie znajdziemy magnatek, księżnych czy królowych. Zawarte tu historie dotyczą kobiet zwykłych, tych, które można było spotkać pod chłopskimi strzechami, na miejskich rynkach, traktach czy w dworkach. Oczywiście, jedne miały pełne mieszki, inne musiały się liczyć z każdym groszem. Łączyły ich jednak podobne problemy codzienności, radości i smutki. Dlatego wyruszmy w dawne wieki historii Polski, by poznać żyjące ówcześnie kobiety i to, jak starały się przetrwać w czasach, kiedy ostatnie słowo należało do mężczyzn… Podobno.

Salomonowy wyrok, fragment obrazu Lucasa Cranacha starszego, XVI wiek. Wikimedia Commons/Trzęsacz.

I

Kobiety i dzieci prawa nie mają…?

W dzisiejszych czasach osoba trafiająca przed oblicze sądu ma niemal pewność, że sędzia, rozpatrując jej sprawę, będzie brał pod uwagę przede wszystkim popełnione czyny. W przeszłości sytuacja wyglądała nieco inaczej. Oczywiście sędziowie mieli za zadanie ocenić, czy osoba podejrzana rzeczywiście złamała prawo. Jednak zarówno podczas samego procesu, jak i przy wydawaniu wyroku ważnych było jeszcze kilka innych kwestii. Nie mniej istotne od samego przestępstwa były płeć, stan majątkowy czy wiek osoby stającej przed sądem. Co do jednego nie ma wątpliwości – w przeszłości pozycja prawna i społeczna dorosłej kobiety i małej dziewczynki znacznie różniła się od pozycji mężczyzn i chłopców. Dlatego, by lepiej zrozumieć życie kobiety w dawnych wiekach – od jej narodzin aż do śmierci – warto odpowiedzieć na pytania: kiedy kończyło się dzieciństwo, a zaczynała dorosłość?, jakie prawa przysługiwały kobietom zamężnym, a jakie pannom?, kto przewodził rodzinie w razie śmierci ojca?, jak wyglądała odpowiedzialność cywilna dzieci, kobiet i mężczyzn?

Od niemowy do zgrzybiałego starca

Już starożytni filozofowie, a za nimi myśliciele średniowieczni dzielili ludzkie życie na kilka faz. Ile ich było? Filozofowie nie byli tu zgodni, bo liczba faz wahała się od trzech do dwunastu, choć najczęściej wymieniano ich siedem. Niemal wszyscy byli jednomyślni co do tego, że byt człowieka – czy to mężczyzny, czy kobiety – składał się z siedmioletnich okresów, a było ich od siedmiu do dziesięciu. Okresy te razem tworzyły fazy życia. Z tego powodu, w zależności od przyjętego podziału, jedna faza mogła być równa jednemu okresowi lub składać się z kilku takich „siedmiolatek”1. Tak twierdzili między innymi Ksenofont, Arystoteles, Izydor z Sewilli i wielu innych myślicieli.

Pierwsza faza, odpowiadająca pierwszym siedmiu latom życia, to niemowlęctwo. Dobrze ten czas opisał trzynastowieczny myśliciel Bartłomiej Anglik. Jak wspomina w swoim dziele O właściwościach rzeczy:

Okres ten […] zaczyna się z przyjściem dziecka na świat i trwa do siedmiu lat; w tym wieku to, co się urodziło, nazywane jest niemowlęciem, a znaczy to tyle co niemowa, bo nie umie jeszcze dobrze mówić ani należycie formułować zdań, gdyż zęby ma jeszcze nie uporządkowane i nie dość mocne […]2.

W trakcie niemowlęctwa opieką i wychowaniem dziecka zajmowały się najczęściej matki. Po siódmym roku życia, kiedy rozpoczynała się kolejna faza, czyli dzieciństwo, dziewczynki nadal pozostawały przy matce, ale chłopcy przechodzili już pod kuratelę ojca. W tym czasie dzieci pobierały nauki w szkole, jeśli oczywiście miały możliwość do niej uczęszczać3.

Fazy życia człowieka według Bartłomieja Anglika, drzeworyt z XV wieku. Wikimedia Commons/Mu.

W życiu młodego człowieka szczególną rolę odgrywał czternasty rok życia. Wówczas, według dawnych myślicieli, kończyło się dzieciństwo, a zaczynał wiek młodzieńczy – czy wręcz dorosłość – trwający do ukończenia dwudziestego pierwszego roku życia. Już nie mówiło się o dziecku – teraz był to młody mężczyzna albo młoda kobieta. Później przychodziła młodość, trwająca do dwudziestego ósmego roku życia. Jak twierdził Bartłomiej Anglik, był to czas, gdy człowiek „członki ma miękkie, rośnie, nabiera siły i wigoru”4. Po nim następował wiek męski (w przypadku kobiet powinniśmy mówić raczej o wieku kobiecym), obejmujący przynajmniej lat czternaście, zatem trwał on aż do czterdziestego drugiego, choć niektórzy twierdzili, że nawet do czterdziestego piątego czy pięćdziesiątego roku życia5.

Wiek dojrzałyto z kolei czas od czterdziestego drugiego do około pięćdziesiątego szóstego roku życia. Wprawdzie człowiek nie jest wówczas stary, ale młodość ma już za sobą. Bartłomiej Anglik, powołując się na Izydora z Sewilli, stwierdził, że to okres ciężkości, bo ruchy i obyczaje człowieka stają się ciężkie6.

Na końcu wymieniano starość, która, jak nietrudno się domyślić, trwała do śmierci. Uważano, że w tym czasie ludzie zaczynają się kurczyć, nie mają już tego samego rozumu co wcześniej i często majaczą. Niektórzy myśliciele wyróżniali jeszcze pod koniec starości tak zwaną zgrzybiałą starość. Według nich ludzie zajmują się wówczas… głównie pluciem i kasłaniem, a ich wnętrza wypełniają nieczystości7.

Nie tylko filozofowie uważali, że dzieciństwo kończy się z chwilą osiągnięcia czternastego roku życia. Podobnego zdania byli medycy. Różnica między nimi polegała na tym, że ci drudzy nie przyjmowali ogólnego systemu podziału życia na okresy i fazy. Rozdzielali dzieciństwo na cztery części. Medycy zwracali uwagę przede wszystkim na fizjologię dziecka. Pierwsza część dzieciństwa obejmowała cały pierwszy rok życia, aż do pojawienia się pierwszych zębów. Druga trwała do końca drugiego roku życia, kiedy to kończył się okres karmienia mlekiem matki. Trzecia część to czas do pojawienia się zębów stałych w miejsce mlecznych, co przypadało zwykle na szósty lub siódmy rok życia. Natomiast ostatnia, najdłuższa część, trwała aż do czternastego roku życia, kiedy to zarówno młodzi mężczyźni, jak i kobiety mogli posiadać swoje potomstwo8.

Podział życia ludzkiego na fazy i okresy był domeną nie tylko filozofów i medyków. Ówcześnie chyba każdy zdawał sobie sprawę, że życie ludzkie składa się z kilku lub kilkunastu faz, które znacznie się od siebie różnią. Odmienność tych faz wiązała się nie tylko z różnicami fizjologicznymi. Dochodziły do tego kwestie psychiczne, społeczne, ale także astrologiczne9. W przeszłości wiele osób wierzyło, że siedem okresów życia odpowiadało siedmiu ówcześnie znanym ciałom niebieskim, które uważano za planety. Były to odpowiednio: Słońce, Merkury, Wenus, Mars, Jowisz, Saturn oraz Księżyc10.

Warto podkreślić, że choć podział życia zgodnie z systemem siódemkowym był dominujący, to nie jedyny. Inny, powiązany z astrologią, opierał się na przypisaniu dwunastu miesiącom kalendarzowym kolejno następujących po sobie faz życia. Każda z nich miała trwać sześć lat. Na ten temat powstawały nawet wiersze czy poematy11. Jeden z nich, pochodzący z XIV wieku, tak opisuje styczeń:

Do miesiąca stycznia porównać wypada

Pierwsze lat sześć życia na naszym padole,

Bo cnót wszelkich i siły ten miesiąc posiada

Tyle samo akurat co sześć lat pacholę12.

Okresy i fazy życia człowieka były tematem wielu dzieł sztuki. Na niejednym obrazie czy płaskorzeźbie z czasów średniowiecza lub nowożytności można odnaleźć poszczególne etapy ludzkiego życia. Dzieciństwo przedstawiano najczęściej jako „wiek zabawek”. Dzieci na płaskorzeźbach bawiły się konikiem, lalką czy wiatraczkiem. Po nim pojawiał się okres szkoły i nauki. Już w tym czasie można zaobserwować odmienne przedstawianie chłopców i dziewczynek. Atrybutami tych pierwszych są książki i piórniki, co symbolizowało ich zamiłowanie do nauki. Dziewczynki z kolei prezentowano z narzędziami nie do nauki czytania i pisania, a do szycia i przędzenia. W dawnej sztuce wiek młodości ukazywano jako czas rozrywek rycerskich, zalotów młodzieńców, podczas których kobiety odgrywały rolę towarzyszek na spacerach czy w czasie rozmów. Wiek męski był czasem rzemiosła, pracy, ale także wojny i walki, więc miejsca dla kobiet było tu niewiele. Podobnie rzecz wyglądała w przypadku starości. Najczęściej prezentowano ją jako starca pochylającego się nad pulpitem czytelniczym. Ze świecą szukać w takich przedstawieniach kobiet13.

Życie dorosłej kobiety dzielono w jeszcze jeden sposób. Podział ten oparty był na jej statusie społecznym i pozycji rodzinnej. Jak on wyglądał? Stosunkowo prosto. Życie kobiety dzielono bowiem na czas: przed zamążpójściem, w trakcie małżeństwa i po nim. Społeczeństwo postrzegało kobietę jako pannę, mężatkę-matkę lub wdowę, i w poszczególnych okresach zwano ją odpowiednio dziewką, niewiastą i starą. Fazy te poprzedzało oczywiście dzieciństwo, podczas którego prawa małej dziewczynki wyglądały zgoła inaczej niż te przynależne dorosłej kobiecie14.

Dzieci i szaleni rozmysłu nie mają

Dzieciństwo było szczególnym okresem w życiu dawnych chłopów, mieszczan i szlachty. I to nie ze względu na bajki czy zabawki. Był to czas, kiedy zarówno chłopcy, jak i dziewczynki mieli takie same prawa. Przynajmniej w teorii.

Wyznaczając datę końca dzieciństwa, dawne prawo średniowieczne i nowożytne nieco odeszło od granicy postulowanej przez filozofię i medycynę – ukończenia czternastu lat. Polskie prawo ziemskie, któremu podlegała przede wszystkim szlachta, stanowiło, że dzieciństwo dla chłopców kończy się w wieku lat piętnastu. U dziewczynek natomiast znacznie wcześniej, bo już po ukończeniu dwunastego roku życia. Prawo miejskie nieco bardziej trzymało się ustaleń filozoficzno-medycznych: chłopcy stawali się młodzieńcami w czternastym roku życia, dziewczynki natomiast wchodziły w dorosłość rok wcześniej15.

W Europie, w tym także w Polsce, w okresie przed wprowadzeniem chrześcijaństwa dziecko praktycznie nie posiadało żadnych praw i było w pełni podporządkowane ojcu. To on stał na czele całej rodziny, a jego władza była bardzo rozległa. Decydował między innymi o kwestiach takich jak wolność, życie czy śmierć jej członków. Jeśli chciał, mógł dziecko sprzedać, zastawić czy nawet zabić16. Ta ostatnia opcja stosowana była zapewne tylko w sytuacjach skrajnych i zwykle nie chodziło o widzimisię ojca. W przeszłości zdarzało się, że dzieci były zabijane z powodu głodu. Tak działo się choćby u plemion pruskich czy słowiańskich przed przyjęciem przez nie chrześcijaństwa, a być może nawet przez jakiś czas później.

Dziecko, część cyklu Taniec śmierci, Hans Holbein młodszy, drzeworyt z XVI wieku. Wikimedia Commons/McLeod.

W czasach głodu i nieurodzaju najmłodsze dzieci można było poświęcić dla dobra rodziny. Dzięki temu istniała szansa, że pozostali przeżyją. W takich sytuacjach to dziewczynki częściej traciły życie. Głodujące rodziny, a nawet całe rody w dziewczynkach widziały potencjalne przyszłe matki. W okresie, gdy wszyscy głodowali, „niebezpieczeństwo” nowej ciąży było koronnym argumentem przemawiającym za poświęceniem życia córki, a nie syna17.

W rzeczywistości dopiero wprowadzenie chrześcijaństwa oraz odpowiednie kodyfikacje prawne złagodziły nieco wszechwładną pozycję ojca. Tak było na przykład we wczesnym średniowieczu w państwie Franków. Tamtejsze prawo salickie wprowadziło odpowiednią ochronę prawną dzieci. Za zabójstwo chłopca w wieku poniżej dwunastu lat trzeba było zapłacić karę w wysokości 600 solidów. Nie była to mała kwota, za jej równowartość można było bowiem kupić trzydzieści sześć wozów z oliwą, trzydzieści niewolnic czy pięćdziesiąt kompletnych zbroi. Znacznie mniej kosztowało pozbawienie życia małej dziewczynki. Kara wynosiła tylko – albo aż – 100 solidów. Na zapłacenie tak wysokich kar było stać nielicznych. Na przykład frankijską królową Fredegundę (VI w.), która nie miała żadnych oporów przed przytrzaśnięciem wiekiem od skrzyni głowy swojej córce, Riguncie. Podobno dziewczynka zdenerwowała matkę niestosownym zachowaniem18. Jak widać, dawniej rodzice bywali nieco porywczy wobec swoich pociech.

W Polsce na unormowanie pozycji ojca w rodzinie duży wpływ miały kodyfikacje prawne z czasów Kazimierza Wielkiego czy wprowadzenie prawa magdeburskiego w miastach na terenie Polski. Choć ojciec nadal pozostawał głową rodziny, to ustanowiono wiele surowych kar za znęcanie się nad dziećmi, maltretowanie ich czy za dzieciobójstwo. Ogłoszenie takich praw nie było równoznaczne z wprowadzeniem w średniowieczu wychowania bezstresowego. Karanie dzieci nadal było możliwe, ale należało to czynić w granicach rozsądku19.

Zgodnie z prawem miejskim obowiązującym dawniej w polskich miastach dzieci nie mogły odpowiadać za swoje uczynki przed sądami. Jak czytamy w prawie magdeburskim:

Dziecię a szalony gwałtu uczynić nie mogą, bo gwałtu nie może nikt uczynić, jedno ci, co to czynią umyślnie a dobrowolnie, a dzieci i szaleni, ci rozmysłu nie mają. A tak na gardle nie mają być karani, tylko szkody, które uczynią, mają być płacone20.

Z czego wynikało takie podejście? W dawnych wiekach uważano, że do popełnienia przestępstwa konieczna jest intencja. Jedynie ona pozwalała uznać przestępstwo za czyn. Ponieważ dzieci, jak twierdzono, w swoim postępowaniu nie kierują się rozumem, nie mogą wyrażać chęci, a co za tym idzie, nie mogą odpowiadać przed sądami21.

O ile to matka na co dzień opiekowała się dzieckiem i dbała o nie, o tyle odpowiedzialność prawna za uczynki dziecka spoczywała na ojcu lub opiekunie, kiedy ojca zabrakło. Dzieci przed sądami stawać nie mogły, nawet jeśli kogoś zabiły czy okaleczyły. Ojciec zobowiązany był do wypłacenia rekompensaty za szkody poczynione przez swojego potomka. Zazwyczaj wiązało się to z wypłaceniem sporych sum pieniędzy. Nic więc dziwnego, że niejeden ojciec starał się trzymać dzieci krótko. Być może dlatego w dawnych księgach sądowych nie znajdziemy wiele spraw dotyczących przestępstw popełnianych przez małoletnich22.

W średniowieczu w przypadku śmierci ojca to matka przejmowała jego uprawnienia wobec dzieci. Sytuacja pod względem prawnym zmieniła się w czasach nowożytnych. Teraz to krewni ze strony ojca obejmowali opiekę nad dziećmi, brali odpowiedzialność przed sądem za ich uczynki oraz dysponowali ich majątkiem. Matka mogła nadal opiekować się swoimi dziećmi w sytuacji, gdy te miały mniej niż siedem lat. Uważano, nie bez przyczyny, że dziecko młodsze niż siedmioletnie potrzebuje jeszcze bliskości matki. Nawet jednak w takich przypadkach majątkiem na czas małoletności dysponowali krewni. Dopiero po skończeniu siedmiu lat dziecko przeprowadzało się do domu swojego opiekuna. Dotyczyło to zarówno chłopców, jak i dziewczynek. Tylko zapisy testamentowe zmarłego ojca mogły zmienić powyższe zasady. Mógł on na przykład na opiekuna dzieci wyznaczyć ich matkę lub inną osobę. Wówczas stawała się ona „opiekadlnikiem”23. W Krakowie było tak choćby w przypadku Anny Pukalówny. Jej mąż, Jakub Siebeneicher, rajca miejski, w swoim testamencie z początku XVII wieku zapisał, iż czyni ją „opiekalnicą dziatkom moim przyrodzoną – gdyż jej ufam jako Pana Boga się bojącej i dobrej, cnotliwej małżonce”24. Natomiast w razie śmierci obojga rodziców to krewni przejmowali opiekę nad dziećmi. Jeśli jednak i krewnych zabrakło, wówczas wkraczały odpowiednie władze. W miastach była to rada miejska. Wyznaczała ona osoby do opieki nad majątkiem osieroconych dzieci. Opiekunowie mieli dbać również o wykształcenie i rozwój powierzonych im dzieci25.

Zabawy dziecięce, fragment obrazu Pietera Brueghla starszego, XVI wiek. Wikimedia Commons/DcoetzeeBot.

Warto pamiętać, że powyższe prawa stosowano przede wszystkim wobec mieszczan, którzy posiadali jakieś dobra. Biedota miejska raczej nie mogła liczyć na pomoc ze strony władz. Osierocone dzieci, o ile nie pomarły z głodu, najczęściej zostawały żebrakami, włóczęgami czy złodziejami. Co ciekawe, również dzieci pochodzące z nieprawego łoża na pomoc opiekunów liczyć nie mogły. Prawo miejskie wręcz zabraniało bękartom posiadania opiekuna w razie śmierci rodziców. Twierdzono, że opiekun nie powinien mieć więcej praw niż jego podopieczny. A ponieważ bękart nie posiadał praktycznie żadnych, opiekuna posiadać nie mógł26. Na szczęście prawo dawało bękartom przynajmniej niewielką ochronę przed zabiciem. W końcu zdradzona żona lub mąż nie musieli pałać miłością do owocu zdrady swego współmałżonka. Jak można wyczytać w prawie miejskim:

Bękarci, Gadkowie, Piszczkowie, Kosterowie, czarownicy, kuglarze, aczkolwiek na nikogo skarżyć nie mogą, wszakże ktoby którego takiego zabił, albo jakimkolwiek sposobem pokój nad nim zgwałcił, ma być karan jako gwałtownik pokoju27.

Jak nietrudno zauważyć, dzieci z niechcianego łoża były automatycznie włączane w poczet ludzi marginesu społecznego, do którego należały inne wspomniane grupy.

Wbrew współczesnym obiegowym opiniom, iż w dawnych wiekach dzieci traktowano jak miniaturowych dorosłych, zdawano sobie sprawę, że okres dzieciństwa różni się od dorosłości. Dawne społeczeństwo w Polsce postrzegało dzieci jako istoty niewinne i szczere. Twierdzono, że są one kruche i bezbronne, a przez to wymagają szczególnej troski. Już Wincenty Kadłubek pisał w swojej kronice, iż „dziecięctwo we wszystkim jest bezsilne”28. Rozumiano, że dziecko nie jest w pełni ukształtowanym człowiekiem, a jego zachowanie różni się od zachowania dorosłego. Dzieci, jak sądzono, nie posiadały także zdolności odróżniania dobra od zła, co powodowało, że na przykład podczas pogrzebu zmarłego dziecka nie odprawiano mszy. Przez swoją niewinność – w pewien sposób samoczynnie – jego dusza osiągała zbawienie29.

Fakt, iż zdawano sobie sprawę z odmienności okresu dzieciństwa i formalnie wyznaczano datę jego zakończenia, nie oznaczał, że rzeczywiście trwało ono dla każdego dziecka równie długo. Zapewne w rodzinach szlacheckich czy patrycjuszowskich dzieci pozostawały dziećmi najdłużej, jak się dało. Jednak w biedniejszych warstwach społecznych, jak chłopi, plebs czy margines społeczny, dzieckiem było się jedynie do momentu, w którym osiągało się zdolność do pracy. Nieproduktywna jednostka, czyli malutkie dziecko, w pewnej mierze obciążała rodzinę. Trzeba było je ubrać, wyżywić, poświęcić mu czas. Z tego powodu już kilkuletnie dzieci, jeśli były do tego zdolne, angażowano do prac w domu, gospodarstwie czy w polu. Odciążenie rodziców nawet w najprostszych pracach domowych uznawano dawniej za duży plus posiadania dzieci30. Jest bardzo prawdopodobne, że najwcześniej dzieciństwo kończyło się dla dzieci z rodzin żebraczych. Niemowlaki były wykorzystywane przez rodzinę przy pozyskiwaniu jałmużny od mieszczan. Z chwilą gdy dzieci stawały się na tyle rozumne, że wiedziały, jak zachęcić przechodniów do uszczuplenia swoich sakiewek, zostawały pełnoprawnymi żebrakami, pracującymi na rachunek zarówno swój, jak i rodziny. Bywały i takie rodziny, które wypożyczały dzieci innym żebrakom – jeszcze bezdzietnym. Korzystali na tym wszyscy – dzieci, które przyuczały się w ten sposób do zawodu, pożyczający, którzy zyskiwali „swoje” dzieci, a także prawdziwi rodzice, otrzymujący zapłatę za użyczenie31.

Jak białogłowa do łaźni bez męża chadza, to niech się z domu wyprowadza

W miastach, z chwilą gdy dziewczęta kończyły trzynaście lat, a chłopcy czternaście, rozpoczynały się dla nich tak zwane lata sprawne. Z jednej strony oznaczało to wejście w okres dorosłości. Od tego momentu można było zawierać związki małżeńskie czy przejmować spadek po zmarłych rodzicach. Z drugiej strony jednak nadal nie można było samodzielnie skarżyć innych i stawać przed sądem bez opiekuna. To zmieniało się dopiero po skończeniu dwudziestu jeden lat (zgodnie z prawem miejskim) lub dwudziestu czterech (w myśl prawa ziemskiego). Osiągano wówczas lata roztropne. A przynajmniej tak działo się w przypadku mężczyzn, to oni bowiem nabywali wówczas pełnię praw. Kobiety nadal musiały być reprezentowane przez ojca, opiekuna lub męża32.

Wejście w dorosłość nie zawsze było mile widziane przez młodych ludzi, szczególnie tych, którzy byli na bakier z prawem i nie uśmiechało im się wzięcie pełnej odpowiedzialności za własne czyny. Poza tym warto pamiętać, że w przeszłości przywiązywano dużo mniejszą wagę do dokładnej daty narodzin. W razie śmierci rodziców i braku krewnych, którzy mogliby poświadczyć wiek danej osoby, pojawiał się problem wyznaczenia początku lat sprawnych. Co wówczas robiono? Odwoływano się do ludzkiej fizjologii. Jak wspominało prawo magdeburskie, „obyczaj uznania lat jest […] tedy przez znaki obrastania na miejscach, które natura przyrodzonym odzieniem okrywa”33. Takie wyznaczanie dorosłości mogło być nieraz krzywdzące, w końcu wiele osób dojrzewa znacznie wcześniej od swoich rówieśników. W przypadku dziewcząt to nie sędziowie-mężczyźni zajmowali się ich badaniem. W tym celu powoływano miejscowe baby czy akuszerki, które w mniejszym lub większym stopniu znały się na medycynie.

Brak własnej osobowości prawnej był nie lada problemem dla dawnych mieszczek. Z tego powodu nie mogły one pełnić wielu urzędów miejskich, takich jak ławnik, rajca czy sędzia. Zdarzało się oczywiście, że pełniły pomniejsze funkcje publiczne, takie jak egzekutor testamentów czy jednacz, czyli osoba godząca zwaśnione strony. Nie zmieniało to jednak faktu, że kobieta w dawnych wiekach miała znacznie ograniczone prawa, nawet w takiej kwestii jak uzyskanie obywatelstwa miejskiego. Oczywiście, jeśli pochodziła z rodziny mieszczańskiej, to niejako automatycznie takie obywatelstwo posiadała. Jeśliby jednak na przykład mieszczka krakowska chciała zostać obywatelką Lwowa, mogła to uczynić tylko przez zawarcie małżeństwa z tamtejszym mieszczaninem34. Dla mężczyzn przewidziano zupełnie inną drogę. Kandydat na obywatela miasta musiał wykazać urodzenie z legalnego związku, przedstawić władzom poświadczenie dwóch zamożnych miejscowych mieszczan, złożyć uroczyste ślubowanie, że będzie przestrzegał prawa, nabyć nieruchomość w mieście, uregulować wszystkie opłaty i wpisać się do odpowiednich ksiąg. Kobieta takiej możliwości nie miała. Co ciekawe, w Krakowie znany jest niezwykły przypadek nadania obywatelstwa miejskiego kobiecie zgodnie z zasadami dotyczącymi mężczyzn. W 1540 roku niejaka Anna Fołtynowa, która później wyszła za mąż za krakowskiego drukarza Stanisława Murmeliusa, została wpisana do krakowskiej księgi przyjęć. Niestety trudno orzec, co skłoniło rajców do nadania jej obywatelstwa miejskiego. Nie zachowały się żadne dokumenty dotyczące tej sprawy. Sama Anna nie cieszyła się zbyt długo swoimi nowo nabytymi prawami. Po pewnym czasie zbiegła od męża na Węgry, gdzie zaczęła prowadzić rozwiązły tryb życia35.

Choć prawo miejskie zabraniało kobietom składania zeznań przed sądem, to jednak wszystko zależało od rodzaju sprawy. Zapewne wielu sędziów bardzo chciało, by podejrzani o zgwałcenie kobiety sami się przyznali, bez składania przez nią zeznań, było to jednak mało prawdopodobne. W polskich miastach znanych jest kilka przypadków, kiedy to kobiety zeznawały w sprawie o zgwałcenie. Jeden z procesów dotyczył nawet gwałtu zbiorowego. W Krakowie pod koniec XVI wieku pewna dziewczyna, Zuzanna Moskiewka, wracając nocą z zabawy, została napadnięta przez trzech współbiesiadników. Sama zeznawała, iż „odarli mię i zgwałcili, czynili ze mną, co się im podobało, jedni gębę zatykali, a drudzy za nogi i ręce dzierżyli”. Choć teoretycznie za taki czyn groziła śmierć, to panowie rajcy, widząc, „jakie głupstwo” uczynili oskarżeni, skazali ich „aż” na półroczną pracę w okowach36.

Poza świadkowaniem w sprawach o zgwałcenie, kobiety zeznawały również w przypadku zniesławienia, pobicia, w sporach granicznych, o długi oraz w razie podejrzenia o dzieciobójstwo. Przy składaniu zeznań kobiety były nawet nieco bardziej uprzywilejowane od mężczyzn, gdyż mogły kilkakrotnie poprawiać swoje oświadczenia. Mężczyźni mieli prawo czynić to jedynie trzykrotnie37.

Pozycja kobiety pod względem majątkowo-prawnym w dużej mierze zależna była od jej statusu matrymonialnego. W najgorszej sytuacji znajdowały się niezamężne dziewczęta oraz stare panny. I jedne, i drugie teoretycznie cały czas powinny pozostawać pod opieką rodziców lub opiekunów prawnych. W przypadku młodych dziewcząt tak też najczęściej się działo. Dla wielu nie była to sytuacja dogodna – księgi miejskie pełne są spraw sądowych, w których opiekunów, a nawet rodziców dziewczyny oskarża się o niegospodarne zarządzanie jej majątkiem. Osoba, pod której pieczą znajdowała się młoda dziewczyna, winna była jej dóbr „nie umniejszać, ale [je] pomnażać”38. Sytuacja kobiet zamężnych była nieco lepsza. Choć w teorii prawo magdeburskie ustanawiało mężów ich dożywotnimi kuratorami, to jednak ustawy miejskie, czyli wilkierze, nieco łagodziły te zapisy. Wszystko zależało od tego, jaki majątek własny posiadała kobieta, z jakiej rodziny się wywodziła i czy mąż nie jest marnotrawcą lub tyranem. W przypadku starych panien ich rodzice najczęściej dawno nie żyli, a pełnomocnika panny nieraz wybierały sobie same. Zazwyczaj był to mężczyzna w pełni od nich zależny, i to one w dużej mierze decydowały przed sądem o swoim losie. Najwięcej swobód prawnych przysługiwało wdowom. Prawo nakładało wprawdzie obowiązek posiadania przez nie opiekunów prawnych, ale w praktyce mogły dowolnie dysponować swoim majątkiem czy procesować się przed sądami39.

Dziewczyna wstępująca w związek małżeński zwykle wnosiła posag, który składał się głównie z pieniędzy lub nieruchomości. Ojciec dziewczyny był zobligowany do wydania jej posagu, nawet jeśli ta, bez jego zgody, sama wybrała sobie małżonka. Poza posagiem świeżo upieczonej mężatce przekazywano również tak zwaną wyprawę, składającą się z dwóch części. Pierwszą stanowiła gerada, do której zaliczano głównie klejnoty, odzież czy pościel. U pewnej mieszczki z Sulmierzyc w Wielkopolsce, Anny Spini, na geradę składał się:

[…] garniec gorzałczany z pokrywką i rurami, kazjaczka, letnik, trzy cienkie koszulki, trzy przytyczki, minderak kożuchowy, fartuch, trzy poły cienkiego płótna, dwie paczesnego i jedna zgrzebnego40.

Drugą część wyprawy zwano szczebrzuchem. Obejmował on głównie naczynia i sprzęty domowe. Dlaczego kobiety przy zawieraniu małżeństwa otrzymywały z domu aż trzy różne zbiory dóbr? Małżeństwo ówcześnie było w dużej mierze transakcją. Żona wnosiła do małżeństwa posag, który w razie jej śmierci przejmował mąż. Z drugiej strony mąż był zobowiązany przekazać małżonce wiano, które w najgorszym przypadku powinno być równe jej posagowi. W sytuacji gdy to on zmarł pierwszy, żona miała prawo do tego wiana. Geradę w spadku otrzymywały w pierwszej kolejności córki jeszcze nie wydane za mąż, a w razie ich braku przypadała ona dalszym krewnym ze strony matki. Na początku XVI wieku król Zygmunt Stary zmienił w Krakowie tę zasadę, tak by w przypadku, gdy w rodzinie córek nie było, geradę mogli odziedziczyć synowie i mąż zmarłej. Podobne rozporządzenia wprowadzano następnie w innych polskich miastach. Było to korzystne dla całej rodziny – w końcu gerada obejmowała liczne suknie czy klejnoty, które do tanich nie należały. W przypadku mężczyzn na podobnej zasadzie jak gerada działał hergewet. W jego skład wchodziły głównie ojcowskie szaty i broń, które mogli odziedziczyć tylko synowie lub męscy krewni41. Jednak wartość hergewetu była zwykle znacznie niższa od wartości gerady, chyba że obejmował on dobra należące do członka patrycjatu miejskiego. Przykładowo, na początku XVI wieku Stanisław, syn rajcy krakowskiego Krzysztofa Szobera, odziedziczył po nim, poza ubraniami i bronią, również liczne księgi i sprzęty domowe42. Szczebrzuch natomiast był wkładem kobiety do wspólnego gospodarstwa. Wszelkie naczynia czy sprzęty domowe z czasem się zużywały. Należały one do wspólnego majątku, który był jednakowo dziedziczony przez synów i córki43.

Święty Mikołaj daje trzy kule złota ubogim dziewicom, Gentile da Fabriano, XV wiek. Wikimedia Commons/Eloquence.

Co się działo w sytuacji, gdy doszło do separacji małżonków? Wszystko zależało od tego, kto zawinił. Jeśli rozstanie nastąpiło za obopólną zgodą, wówczas zwracano sobie wzajemnie posag i wiano. Inaczej było, gdy zawiniło jedno z małżonków. Mąż tracił posag, a żona nie musiała oddawać wiana, gdy ten próbował ją otruć czy zabić, stręczył ją do nierządu lub utrzymywał nałożnicę. W ostatnim przypadku tracił posag jedynie wtedy, gdy nie chciał nałożnicy odprawić. Aby żona nie straciła wiana, musiała przestrzegać znacznie więcej zasad niż jej mąż. Jak wskazywało prawo miejskie, kobieta traciła wiano, a mąż nie musiał zwracać posagu, jeśli:

[…] krom przyzwolenia mężowego z innymi biesiady stroiła, z obcymi się w łaźni myjała – społeczności z nieuczciwymi miewała, na miejscach nieuczciwych przy grach przebywała44.

Sytuacja była taka sama, gdy kobieta sprzedała mężowskie dobra bez jego zgody albo jeśli popełniła zbrodnię stanu45. Jak widać, żona, nawet jeśli miała męża niewiernego, praw do posagu i tak odzyskać nie mogła.

Po rozstaniu kobieta bynajmniej nie stawała się osobą wolną w rozumieniu prawa. Również w takiej sytuacji musiała mieć wyznaczonego opiekuna prawnego. Zazwyczaj stawał się nim ojciec dziewczyny, jeśli jeszcze żył. W innym wypadku zajmowała się tym rada miejska. Jedynie sporadycznie, jeśli kobieta sama posiadała znaczne środki na utrzymanie, wyznaczała sobie opiekuna samodzielnie.

A jak wyglądała sytuacja wdowy? Wszystko zależało od majątku, jaki wnosiła do małżeństwa i jakim podczas związku dysponowała. Podstawę jej spadku stanowiło wiano. Sukcesorzy męża byli zobowiązani do wypłacenia wdowie wiana. Miała ona prawo zamieszkiwać w dobrach mężowskich do czasu, aż tego nie uczynili. Często wiana były tak duże, że krewni nie byli w stanie spłacić wdowy aż do jej śmierci46. Niestety bywało i tak, że spadkobiercy nie chcieli tego prawa przestrzegać. Na początku XVII wieku tak na swój los narzekała mieszczka krakowska Zofia z Ambrozowiczów Węgrzynowiczowa:

[…] wprawdzie mnie do kamienicy wpuszczono, ale do sprawowania pogrzebu i dóbr jego [męża] nie przypuszczono, klucze od wszystkiego pobrano, areszt na dobra jego, którym od urzędu wójtowskiego krakowskiego zakładała, przyjąć nie chciano, a z dóbr jego po tym tylko mi żałobę posłano, co z wielkim wstydem i osławą moją było47.

Kobiecie w tej sytuacji nie pozostało nic innego, jak tylko wejść na drogę sądową. Do tego jednak potrzebne były albo spore środki pieniężne, albo pomoc dobrego opiekuna prawnego. Zofia prawdopodobnie ani jednego, ani drugiego nie posiadała.

Zdarzało się, że podczas małżeństwa kobieta nie wnosiła posagu. W takiej sytuacji nie otrzymywała też wiana, a mąż mógł w testamencie zapisać jej dożywocie. Bynajmniej nie chodzi tu o zesłanie małżonki do więzienia – wdowa otrzymywała prawo do korzystania z części lub całości majątku męża. Prawo to obowiązywało aż do jej śmieci, stąd jego nazwa. Ewentualnie dożywocie kończyło się z chwilą kolejnego zamążpójścia wdowy. Kobieta była jednak zobowiązana dbać o majątek nieboszczyka. Gdyby tego nie czyniła, mogłaby zostać z dożywocia usunięta48.

Wdowa radzi…

…jak się utrzymać, kiedy mąż pomrze

Pamiętaj tedy, że wiano należne jest tobie. Krewni zmarłego praw do niego nie mają i wypłacić je winni. Jeśli ich nie stać, tedy w dobrach mężowskich prawo masz mieszkać, aż dług swój spłacą. Kiedy by wykręcać się chcieli, niechaj sąd sprawę rozstrzygnie i twoja racja być powinna. Azali, gdybyś posagu nie wniesła do małżeństwa, toż i wiana mieć nie będziesz. Warto, by luby twój dożywocie ci zapewnił. Nie bój jednak nic, bo nie o okowy chodzi, a o prawo do użytku części dóbr mężowskich, aż nie pomrzesz lub w nowe konkury nie pójdziesz. Ostatecznie li jest i szansa, że mąż ci jadła odłoży. Jarzyn, kasz, piwa, ryb czy mięsiw z dóbr swoich uszczupli. Pamiętaj jeno, że to tylko na rok. Lepiej by w tym czasie już nowego wybranka serca znaleźć, by w przytułku nie skończyć. No chyba że sama do majętniejszych należysz i wiesz, jak pieniądz robić. Ale to już ci tego tłumaczyć nie trza.

Ostatnią, dość specyficzną formą zabezpieczenia małżonki przez męża w razie jego śmierci był zapis żywności domowej. Był to prowiant, w którego skład wchodziły takie produkty, jak tłuszcze, kasze, jarzyny, piwo, mięso czy ryby. Żywność ta była tak obliczona, by wystarczyło jej wdowie na rok życia49. Być może mężowie mieli nadzieję, że przez ten czas ich żony znajdą sobie nowych wybranków serca.

1 P. Ariès, Historia dzieciństwa, Gdańsk 1995, s. 31.

2 Ibidem.

3 D. Żołądź-Strzelczyk, Dziecko w dawnej Polsce,Poznań 2002, s. 15.

4 P. Ariès, op. cit., s. 31.

5 M. Delimata, Dziecko w Polsce średniowiecznej,Poznań 2004, s. 31.

6 P. Ariès, op. cit., s. 31.

7 M. Delimata, op. cit., s. 31; P. Ariès, op. cit., s. 31.

8 D. Żołądź-Strzelczyk, op. cit., s. 20.

9 P. Ariès, op. cit., s. 31.

10 J. Skuratowicz, Ratusz poznański, Poznań 2003.

11 Ibidem, s. 32.

12Les douze mois figurez,oprac.J. Morawski, „Archivum Romanicum” 1926, t. 10, s. 356; tłum. za: P. Ariès, op. cit., s. 32. Więcej na temat wiary w związki faz życia z kolejnymi miesiącami zob. E. Dal, P. Skårup, The Ages of Man and the Months of the Year,Køobenhavn 1980.

13 P. Ariès, op. cit., s. 34.

14 M. Bogucka, Białogłowa w dawnej Polsce. Kobieta w społeczeństwie polskim XVI–XVIII wieku na tle porównawczym,Warszawa 1998, s. 34.

15 A. Karpiński, Kobieta w mieście polskim w drugiej połowie XVI i w XVII wieku, Warszawa 1995, s. 23.

16 D. Żołądź-Strzelczyk, op. cit., s. 21; także Kultura Polski średniowiecznej X–XIII w., red. J. Dowiat, Warszawa 1985, s. 119.

17 D.A. Sikorski, O pozycji prawnej kobiety pruskiej w okresie pogańskim i polach jej awansu w okresie krzyżackim, [w:] Z dziejów średniowiecznej Europy, środkowo-wschodniej. Zbiór studiów, cz. 2, red. J. Tyszkiewicz, Warszawa 2007 (Fasciculi Historici Novi”, t. VI.), s. 71.

18 M. Chudzikowska-Wołoszyn, Status dziecka i starca w społeczeństwie i rodzinie okresu merowińskiego w narracji Grzegorza z Tours (538-594),[w:] Dzieciństwo i starość w ujęciu historyków, red. A. Obara-Pawłowska, M. Kołacz-Chmiel, Lublin 2016, s. 131–132.

19 D. Żołądź-Strzelczyk, op. cit., s. 21; także Kultura Polski średniowiecznej X–XIII w., red. J. Dowiat, Warszawa 1985, s. 119.

20 B. Groicki, Artykuły prawa majdeburskiego które zowią Speculum Saxonum z łacińskiego języka na polski przełożone i znowu drukowane roku pańskiego 1626, red.K. Koranyi, Warszawa 1954, s. 54.

21 M. Delimata, op. cit., s. 37.

22 B. Groicki, op. cit., s. 54.

23 A. Jelicz, Życie codzienne w średniowiecznym Krakowie, Warszawa 1966, s. 154; także W. Brzeziński, Matka i dzieci w prawie i praktyce sądowej w Wielkopolsce w 2 poł. XIV i początkach XV wieku,[w:] Partnerka, matka, opiekunka. Status kobiety w starożytności i w średniowieczu, red. J. Jundziłł, Bydgoszcz 1999, s. 305.

24 Biblioteka Jagiellońska, rkps 5470, k. 105v; także A. Karpiński, op. cit., s. 25.

25 D. Żołądź-Strzelczyk, op. cit., s. 21.

26 P. Szczerbic, Speculum Saxonum albo prawo saskie i magdeburskie porządkiem abecadła z łacińskiego i niemieckich exemplarzów zebrane, Lwów 1581: Paweł Szczerbic, s. 15.

27 Ibidem.

28 Mistrz Wincenty Kadłubek, Kronika polska,przekł. i oprac. B. Kürbis, Wrocław 2003, s. 86.

29 M. Delimata, op. cit., s. 35–36.

30 D. Żołądź-Strzelczyk, op. cit., s. 24–25.

31 J. Kracik, M. Rożek, Hultaje, złoczyńcy, wszetecznice w dawnym Krakowie, Kraków 2010, s. 116.

32 A. Głowacka-Penczyńska, Kobieta w małych miastach Wielkopolski w drugiej połowie XVI i w XVII wieku, Warszawa 2010, s. 24.

33 B. Groicki, op. cit., s. 190.

34 A. Karpiński, op. cit., s. 24.

35 J. Ptaśnik, Drukarze różnowiercy w Krakowie – wiek XVI, „Reformacja w Polsce. Organ Towarzystwa do Badania Dziejów Reformacji w Polsce” 1921, R. 1, nr 3, s. 187.

36Księga kryminalna miasta Krakowa z lat 1589–1604, oprac. W. Uruszczak, M. Mikuła, K. Fokt, A. Karabowicz, Kraków 2016, nr 29, s. 61–63.

37 B. Groicki, Porządek sądów i spraw miejskich prawa majdeburskiego w Koronie Polskiej,red. K. Koranyi, Warszawa 1953, s. 146; także A. Karpiński, op. cit., s. 26.

38 B. Groicki, Obrona sierot i wdów, red.K. Koranyi, Warszawa 1958, s. 22.

39 A. Karpiński, op. cit., s. 26–27.

40 Akta miasta Sulmierzyce, sygn. I/11, k. 72-74 (1644); także A. Głowacka-Penczyńska, op. cit., s. 30.

41Historia państwa i prawa Polski, t. II, red. J. Bardach, Warszawa 1965, s. 41; także A. Karpiński, op. cit., s. 30–33.

42Dług śmiertelności wypłacić trzeba. Wybór testamentów mieszczan krakowskich z XVII–XVIII wieku, oprac. E. Danowska, Kraków 2011, s. 12–13.

43Historia państwa i prawa Polski, t. II, red. J. Bardach, Warszawa 1965, s. 41; także A. Karpiński, op. cit., s. 30–33.

44 B. Groicki, Tytuły prawa majdeburskiego,red. K. Koranyi, Warszawa 1954, s. 81–82.

45 A. Karpiński, op. cit., s. 33.

46 A. Głowacka-Penczyńska, op. cit., s. 33.

47 Biblioteka PAU i PAN w Krakowie, mf 21236, k. 211; także B. Popiołek, Kraków i jego mieszkańcy w świetle testamentów mieszczan krakowskich z XVII–XVIII wieku,[w:] Kraków. Studia z dziejów miasta, red.J. Rajman, Kraków 2007, s. 124.

48 A. Głowacka-Penczyńska, op. cit., s. 34.

49 A. Karpiński, op. cit., s. 39.

Chrystus błogosławiący dzieci, fragment obrazu Lucasa Cranacha starszego, XVI wiek. Wikimedia Commons/Schneider Ludwig.

II

O początkach na ziemskim padole

Poznając życie dawnych kobiet, warto najpierw przyjrzeć się ich dzieciństwu. Jest to okres szczególnie ważny w życiu każdego człowieka. Wówczas bowiem kształtują się charakter i postawy człowieka, wówczas czerpiemy najwięcej z dostępnych nam wzorców, obserwując osoby z naszego otoczenia. Warto się zatem przyjrzeć, jak wyglądały pierwsze chwile dzieci, w tym dziewczynek, na świecie. Z czym musiały się mierzyć ich matki podczas porodu? Jak wyglądały pierwsze dni, miesiące, lata – wychowanie, odżywianie, stroje, zabawy, zajęcia? Z jakimi problemami spotykały się dzieci na co dzień? Co było źródłem ich szczęścia, co przynosiło smutek? Czy często dotykały je choroby i śmierć? Czy dzieciństwo dziewczynek różniło się od dzieciństwa chłopców? Czy cieszono się z narodzin dziewczynki, czy miała ona jakieś przywileje? Jakie wydarzenia z okresu dzieciństwa dziewczynki mogły rzutować na jej dalsze życie – już jako kobiety? Tak jak współcześnie, z dziewczynek wyrastały różne kobiety. Ich życie determinowały rozmaite czynniki – czasy, w których żyły, miejsca, pozycja społeczna, choroby, możliwości rozwoju, losy rodziny, stosunek najbliższych. Opowieść o życiu dziewczynek to początek opowieści o kobietach.

Pod nosem niewieścim gnojem końskim kadź

Dawniej, podobnie jak dziś, narodziny dziecka były okresem szczególnym w życiu całej rodziny. Co oczywiste, z nadzieją oczekiwano, że poród przebiegnie bez komplikacji. Niestety ówczesny stan medycyny i higieny pozostawiał wiele do życzenia. Nic więc dziwnego, że z chwilą, gdy kobieta zaczynała rodzić, nikt nie mógł jednoznacznie powiedzieć, czy po porodzie matka i dziecko nadal będą wśród żywych. Ówcześnie co siódmy poród kończył się śmiercią rodzącej lub noworodka.

W średniowiecznej Polsce kobietom podczas porodu pomagały jedynie sąsiadki, matki, siostry, a przede wszystkim babki-znachorki, zwane dzieciobiorkami lub pęporzezkami, jako że to one zajmowały się „rzezaniem pępowin”. Niestety, wiedza takich kobiet była bardzo ograniczona – i to mimo tego, że nauka położnicza rozwijała się już od starożytności1. Najstarszym znanym nam dokumentem poświęconym kwestiom ginekologicznym jest tzw. papirus z Kahun w Egipcie, pochodzący z XXII w. p.n.e. Powstał on więc ponad trzy tysiące lat przed opisywanym tu okresem. Sam papirus dowodzi, że starożytni Egipcjanie znali związek przyczynowo-skutkowy między stosunkiem płciowym a zapłodnieniem, znano długość ciąży, starano się wyjaśniać kwestie bezpłodności kobiet i mężczyzn, a nawet podejmowano się określenia płci dziecka. Służyć temu miała tzw. próba zbożowa. Brzemienna kobieta codziennie zraszała swoim moczem zasiane ziarna pszenicy i jęczmienia. Jeśli najpierw zakiełkował jęczmień, oznaczało to, że miał urodzić się chłopiec, a jeśli zakiełkowała pszenica – należało oczekiwać dziewczynki. Co ciekawe, takie „badanie” nie było jedynie zabobonem. Według niektórych współczesnych badaczy zwiększona ilość hormonów wydzielanych przez przyszłą matkę noszącą w łonie chłopca rzeczywiście mogła przyśpieszać wzrost jęczmienia2.

Średniowieczne babki parające się położnictwem z wiedzy starożytnych Egipcjan, Greków czy Rzymian nie mogły skorzystać. Medycyna okołoporodowa przeżywała w tym czasie regres. Mężczyźni zajmujący się praktyką medyczną bardzo rzadko pojawiali się przy łóżku rodzącej kobiety – zwykle działo się tak w przypadkach najbardziej skomplikowanych. Poza tym lekarze pomagali przy porodach raczej tylko w rodzinach zamożnych, patrycjuszowskich czy szlacheckich. I choć powinni pomagać także tym biedniejszym, nie zdarzało się to często3. Potwierdzają to choćby zapiski pewnego burmistrza Zamościa z końca XVII wieku. Jak wspominał, tamtejsi lekarze zostali wezwani przez ubogiego mieszczanina do zmarłej żony. W jej łonie zostało jeszcze żywe dziecko. Ci jednak ociągali się z przybyciem, gdyż nie był to nikt ważny, i pojawili się na miejscu dopiero po czterech godzinach. Jak wspomina burmistrz, „nie odważyli się otworzyć łona zmarłej. I tak mające się urodzić dziecko jeszcze żywe zostało pogrzebane w łonie zmarłej”4. Nic więc dziwnego, że biedota i chłopi opierali się przede wszystkim na wiedzy dzieciobiorek.

W Polsce w XVI wieku pojawiły się pierwsze zawodowe akuszerki. W przeciwieństwie do babek-dzieciobiorek poza samym doświadczeniem w odbieraniu porodów miały również pewną wiedzę zdobytą z traktatów medycznych poświęconych położnictwu. Takich traktatów w ówczesnej Polsce spisano sporo. Powstawały one na podstawie tych opracowanych w Europie Zachodniej. Tam zawodowe akuszerki pojawiły się znacznie wcześniej. Źródła z Frankfurtu nad Menem wspominają o akuszerce już w roku 1302. W tym samym czasie w Wismarze w Meklemburgii istniała nawet ulica zwana ulicą Akuszerek5. W Polsce o pierwszych akuszerkach wspominają źródła krakowskie. W tym mieście w połowie XVI wieku działało na pewno pięć takich kobiet. Jedna była związana z Bractwem Ubóstwa Chrystusowego, trzy należały do Bractwa Świętego Ducha6, piąta z kolei była żoną rajcy krakowskiego Jana Ulla7.

Poza pomocą „ziemską” rodząca kobieta mogła liczyć również na pomoc ze strony niebios. Przydatne były tu święte, jak Dorota, Katarzyna i Małgorzata. Wszystkie żyły na przełomie III i IV wieku. Dorota z Cezarei podczas prześladowań nie wyrzekła się swojej wiary. Za taką postawę została ścięta, choć niektóre źródła podają, że spalono ją wraz z siostrami w beczce ze smołą. Została patronką między innymi młodych małżeństw. Katarzyna Aleksandryjska również zginęła śmiercią męczeńską – po tym, jak nie chciała wyjść za poganina i pokłonić się bożkom. Została patronką akuszerek i mamek, gdyż z jej odciętej głowy zamiast krwi miało popłynąć mleko. Ostatnia ze wspomnianych świętych, Małgorzata Antiocheńska, opiekuje się z kolei kobietami bezpłodnymi. Według przekazów chrześcijańskich miała ona pokonać demona-smoka, którego przebiła krzyżem niczym włócznią. Co ciekawe, wszystkie trzy poniosły śmierć niemal w tym samym czasie: Dorota w 303 roku, Małgorzata w 304, a Katarzyna w 305 roku8. Warto zauważyć, że nie wszyscy popierali zwracanie się do świętych o pomoc i ulgę w bólach. Przeciwni temu byli najczęściej kaznodzieje. Jak wskazywał jeden z nich, nieznany z imienia piętnastowieczny husyta, święte nie mogły pomagać kobietom, „gdyż czyniłyby to przeciw wyraźnej woli bożej, wedle której kobieta w boleściach rodzić będzie”9. Jest wielce wątpliwe, że zgodziłaby się z nim jakaś rodząca kobieta.

W ostatnich dniach ciąży położnica, jak dawniej zwano kobietę ciężarną, baczniej zwracała uwagę na ewentualne oznaki zbliżającego się porodu. Jakie były jego symptomy? Jak czytamy w jednym z dawnych zielników:

Naprzód przychodzą około dymion i też około pępka boleści, takież czy w krzyżu przy tym zapalenie, ckliwość i nadymanie żywota, słabizna […]. Gdy ty znamiona przychodzą na brzemienną niewiastę ukazują rychłe porodzenie10.

Maria z Dzieciątkiem i świętymi Katarzyną, Dorotą, Małgorzatą i Barbarą, Lucas Cranach starszy, początek XVI wieku. Wikimedia Commons/Trzęsacz.

Kobieta do porodu mogła przygotowywać się jeszcze przed pojawieniem się pierwszych skurczów. Zalecano, aby przez kilka dni przed rozwiązaniem często udawała się do łaźni, gdzie powinna się moczyć w ciepłej wodzie z dodatkiem ziół „odmiękczających”, jak ślaz, rumian czy róża czerwona. Bynajmniej takie kąpiele nie były przewidziane dla niewiast słabego zdrowia. Te powinny jedynie stosować okłady z zalecanych wyżej ziół, którymi należało obłożyć nogi, uda, biodra i narządy rodne11. Poza kąpielami zalecano również odpowiednią dietę. Już na miesiąc przed porodem należało unikać rzeczy zimnych, kwaśnych czy gorzkich. Ewentualnie można było neutralizować działanie takich pokarmów przez spożywanie produktów o przeciwstawnych cechach, na przykład po zjedzeniu kwaśnych ogórków warto było przegryźć słodkie maliny itp. Dodatkowo przydatna była gimnastyka, o ile za takową uznamy poradę, by brzemienna „lekko pochadzała schylając się często ku ziemi jakoby co miała zbierać”12.

Po wystąpieniu pierwszych skurczów kobieta zazwyczaj jeszcze się nie kładła. Często zalecano jej, by spacerowała po izbie, wchodziła po schodach czy wstrzymywała oddech. Wzywano wówczas babkę porodową lub akuszerkę, które miały zarządzać całym procesem rodzenia. Choć nierzadko uważa się, że kobiety dawniej rodziły na ziemi, to jednak twierdzenie takie jest nieprawdziwe. Na wsi kobiety rodziły najczęściej na łóżku wyłożonym słomą13. Natomiast w domach mieszczan czy szlachty poród odbywał się na specjalnym krześle z wydrążonym siedziskiem. Kobieta miała przyjąć na nim pozycję kuczną z głową pochyloną ku dołowi. O ile było na tyle kobiet do pomocy, dwie z nich, stojąc po bokach, podtrzymywały rodzącą za ręce. Babka lub akuszerka siadały na stołku przed brzemienną, gotowe do odebrania dziecka. Dodatkowo inne kobiety mogły zajmować się wachlowaniem ciężarnej, jeśli było gorąco, czytaniem odpowiednich modlitw czy podawaniem niezbędnych przyrządów, jak nożyce, olej, nici i woda. Zalecano również, by pomieszczenie zimą było ogrzane, a latem wywietrzone14.

Dzieciobiorka poza odebraniem porodu i zarządzaniem zebranymi w izbie kobietami zajmowała się również pocieszaniem i rozweselaniem. Dbała, aby rodząca myślała pozytywnie o nadchodzącym rozwiązaniu. Pocieszała, że z pewnością urodzi syna. Potomstwo męskie było w tamtych czasach bardziej pożądane, jako że to właśnie syn był gwarantem kontynuacji rodu, dziedziczył większość majątku i był bardziej użyteczny w pracy w warsztacie czy na roli15. Położna zobowiązana była również, w razie konieczności, do korygowania położenia rodzącego się dziecka. W tym celu z jednej strony potrząsała stołkiem, na którym siedziała ciężarna, a z drugiej odpowiednio naoliwioną ręką zmieniała położenie dziecka w drogach rodnych. Wraz z pojawieniem się silniejszych skurczów babka mogła uciskać dno macicy poprzez brzuch. W odpowiednim momencie należało również przebić pęcherz płodowy. Akuszerki używały czasem do tego celu nożyczek, ale częściej rozrywano go paznokciem16. Warto się zastanowić, ile z takich położnych myło wcześniej ręce. Przebijanie pęcherza zabrudzonymi rękoma zapewne niejednokrotnie prowadziło do zakażenia kobiety lub dziecka.

Dzieciobiorka radzi…

…co czynić, by poród lekkim był

Tu sposobów kilka na podorędziu mam. Dobrze li robi amulet z bursztynu, który trzymać trza przez poród cały. Kto do morza po bursztyn daleko ma, tedy niech węża ułapie i proszek z niego uczyni i na brzuch położnicy położy. Abo mając blisko do obory, można li brzuch przyozdobić końskim, kobylim, a nawet w ostateczności i wróblim łajnem. Gdybyż mąż nieborak ostatnią kobyłę sprzedał, wróbli nie mógł połapać, tedy on służyć powinien. Niech opije się miodu przedniego, moczopędnego. Kiedy toż go natura wezwie, niech by nie do wygódki biegł, jeno do szklanicy lał. Mężowski mocz cuda przy porodzie czyni. Ostateczną deską ratunku duchy domowe są. Odwiedź miejsca ich bytowania jak piec, stół czy próg domostwa. Kozikiem dobrym naskrob i nazbieraj tam śmieci i brudu. Zalej wszystek okowitą zacną i wypij. Niechybnie duchy sił ci dadzą, a lżej na sercu będzie.

Położna po odcięciu i podwiązaniu pępowiny jedwabnym sznurkiem przekazywała noworodka pod opiekę innych kobiet. Sama natomiast przechodziła do kolejnego etapu porodu, czyli odebrania łożyska i błon płodowych. Czyniła to, ciągnąc za sznur pępowiny. Przy okazji dbała, by żaden jego fragment nie pozostał w macicy. Łożyska nie wyrzucano, ale otaczano je szacunkiem – zakopywano albo pod progiem, albo pod specjalnie wybranym do tego celu drzewem. Podobno Żydzi wierzyli, że jeśli matka po pierwszym porodzie łożysko nadgryzie, to nigdy już nie zazna bólów porodowych17. Pępowinę najczęściej pozostawiano do zasuszenia, ukrywając ją pod sufitową deską czy krokwią. Gdy dziecko podrosło, oddawano mu ją jako talizman18.

Poród na rycinie z dzieła O ziolach y o moczy gich... Stefana Falimirza, XVI wiek. Wikimedia Commons/polona.pl.

W trakcie porodu niejednokrotnie korzystano z wytycznych medycyny niekonwencjonalnej, a przynajmniej była ona niekonwencjonalna z naszego punktu widzenia – w przeszłości odwoływanie się do magii i rytuałów, bo o nich mowa, stanowiło nieodzowny element każdego porodu. W celu zmniejszenia bólów porodowych aplikowano w Polsce okłady na brzuch z kobylego łajna lub podawano sproszkowane odchody wróbli. Podobno takie praktyki były szczególnie popularne w okolicach Krakowa. Można było też „gnojem końskim niewieście kadzić pod nos”. Wśród Żydówek popularny specyfik uśmierzający ból stanowiła szklanka moczu męża lub rabina „cudotwórcy”. Z kolei zamiast okładów z łajna stosowały one okłady z ziemi naskrobanej spod progu domostwa19. Mieszczankom czy chłopkom jako dobry amulet, sprzyjający lekkim porodom, zalecano proszek z węża, który należało umieścić na brzuchu położnicy. Inną ewentualnością był bursztyn, który rodząca powinna trzymać w ręce przez cały czas20. Wierzono, że lekki poród jest dowodem cnotliwości rodzącej, a bolesny i ciężki to oznaka kary boskiej za występki, najczęściej niewierność lub wiarołomstwo. W wielu rejonach Polski uważano, że rodzić najlepiej jest na krześle pokrytym niedźwiedzim futrem, pod którym powinna znajdować się, jako talizman, siekiera mająca zmniejszyć ból. Używano jej również do symbolicznego uderzania brzemiennej w głowę. W razie braku futra – co zapewne w ubogich domach zdarzało się nader często – można było wykorzystać obrus spod wielkanocnego jadła. Należało owinąć nim brzuch rodzącej. Obrus ten stosowano jeszcze tylko dwa razy: podczas wesela oraz jako materiał na śmiertelną koszulę21. Pomocne bywały także okłady z ciepłej skóry obdartej z zająca czy przywiązanie do uda serca czarnej kury22. Magicznym specyfikiem nieodzownym przy porodzie była wódka – aczkolwiek nie byle jaka. Dodawano do niej naskrobanego brudu z brzegu stołu, z rogu pieca albo śmieci spod progu domostwa. Oczywiście nie wybierano tych miejsc przypadkowo – jak wierzono, właśnie tam mogły zagnieżdżać się domowe bóstwa czy dobre duchy23. Wątpliwe, by naskrobany brud czy śmieci mogły w jakikolwiek sposób pomóc brzemiennej.

Różnego rodzaju obrzędy magiczne nie kończyły się wraz z przyjściem na świat nowego członka rodziny. Dla młodej matki, która rodziła pierwszy raz, bardzo przydatne było badanie pępka nowo narodzonego dziecka. Jak wierzono, jeśli tam:

[…] najbliżej ciała nie będą zmarszczki jakie, albo węzły, co znamionuje iż ona niewiasta już dalej nie płodna będzie. Zasię ile tam będzie węzłów, tyle też płodu właśnie mieć [będzie]. Gdy ony węzły bliżu siebie […] dziecię [kolejne] rychło będzie24.

Nowo narodzone dziecko kładziono najczęściej blisko pieca, aby, jak mówiono, zadomowiło się. Poza tym pozwalało to na ogrzanie noworodka. Jeśli urodziła się dziewczynka, przynajmniej na chwilę kładziono ją na męskiej garderobie, a jeśli chłopak – na kobiecym fartuchu. Kolejną czynność stanowił rytuał „uczłowieczenia” nowo narodzonego, czyli pierwsza kąpiel. Używano do niej wody, która nie mogła być przegotowana, oznaczałoby to bowiem, że dziecko będzie „w gorącej wodzie kąpane”. Do wody wrzucano święcone wianki i wykonywano nad nią znak krzyża. Czasem dorzucano monety, które następnie mogła sobie zabrać babka. Wodę z kąpieli wylewano w miejscu, gdzie nikt nie chodzi, na przykład pod płotem, albo wlewano do świńskiego koryta, co miało sprawić, że zwierzęta te będą się lepiej chowały25. Stosowanie nieprzegotowanej wody mogło w szybkim czasie doprowadzić radosny czas narodzin do tragicznego końca, jako że w takiej wodzie często znajdowały się zanieczyszczenia czy drobnoustroje. Niestety wówczas nie zdawano sobie z tego sprawy.

Podobnie jak w kręgu cywilizacji łacińskiej, przebiegały narodziny w świecie muzułmańskim. Tam też działała akuszerka, podróżująca ulicami miast na osiołku w asyście służącego, który nocami nosił za nią latarnię. Była to szanowana osoba, przed którą wszystkie bramy w mieście stały otworem. Lecz o ile sam poród wyglądał podobnie, o tyle odmiennie przebiegały rytuały magiczne. Po narodzinach dziecko trzykrotnie kąpano w gotowanej wodzie, a raz w wodzie zmieszanej z kwiatami. Również wszystkie osoby, które miały styczność z dzieckiem, zobowiązane były obmyć ręce w tej wodzie. Świadomie lub nie, odpowiednia higiena znacznie zwiększała szanse dziecka na przeżycie. Po kąpieli położna rozpalała przy kołysce ogień, który podtrzymywano przez trzy dni. Miał on ponoć moc odpędzania dżinów i demonów. Na koniec rozsypywano wokół dziecka cukier, by było dobre i łagodne, chleb, aby długo żyło, oraz złoto, by mu się szczęściło26.