Jak przestać się martwić i zacząć żyć - Dale Carnegie - ebook

36 osób właśnie czyta

Opis

Dzięki tej książce miliony ludzi pozbyło się kłopotów, które zatruwały im życie. Niektórzy z nich dzielą się swymi doświadczeniami z czytelnikiem. Ta publikacja jest panaceum na obawy i lęki, udowadnia, że życie człowieka nie musi być pełne niepokoju i napięć, pozbawiających szczęścia i odbierających siły.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 411

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału

How to Stop Worrying and Start Living

Tłumaczenie

Paweł Cichawa

Redakcja

Ewa Stahnke

Projekt okładki

Veselin Popadić

Korekta

Zofia Kozik

Copyright 1944, 1945, 1946, 1947, 1948 by Dale Carnegie

Copyright © 1984 by Donna Carnegie and Dorothy Carnegie

Copyright for the Polish edition by

Wydawnictwo Studio Emka 1993, 2018

Wszystkie prawa, włącznie z prawem do reprodukcji tekstu w całości lub w części w jakiejkolwiek formie – zastrzeżone.

Wydawnictwo Studio EMKA

[email protected]

www.studioemka.com.pl

ISBN 978-83-66142-01-5

Skład i łamanie: Anter Poligrafia

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

JAK I DLACZEGO NAPISAŁEM TĘ KSIĄŻKĘ

W 1909 roku byłem najnieszczęśliwszym facetem w Nowym Jorku. Zarabiałem na życie, sprzedając ciężarówki. Nie wiedziałem przy tym nawet, jak wygląda silnik. Mało tego: nie chciałem wiedzieć. Nienawidziłem swojej pracy. Nienawidziłem życia w małym, pełnym karaluchów mieszkaniu na 56. Zachodniej. Do dzisiaj widzę wszystkie moje krawaty wiszące w pęku na ścianie. Kiedy rano sięgałem po jeden z nich, karaluchy rozbiegały się we wszystkie strony. Nienawidziłem tanich restauracji, w których się stołowałem. Też było w nich pełno karaluchów.

Co wieczór wracałem do pustego pokoju z okropnym bólem głowy. Był to skutek rozczarowania, zmartwień, goryczy i buntu. Buntowałem się, ponieważ moje młodzieńcze marzenia przerodziły się w koszmar. Co za życie! Czy to miała być ta wielka życiowa przygoda, o której śniłem? Czy tyle tylko miałem osiągnąć – pracę, której nie cierpiałem, karaluchy za współlokatorów, parszywe żarcie i żadnych widoków na przyszłość? Tak bardzo brakowało mi wolnego czasu na czytanie i pisanie książek. Już w szkole przecież postanowiłem je pisać.

Porzucając znienawidzoną pracę, mogłem tylko zyskać. Nie chciałem zarabiać kroci, ale bardzo chciałem wiele w życiu przeżyć. Krótko mówiąc, stanąłem na brzegu Rubikonu. Musiałem podjąć decyzję jak większość młodych ludzi, którzy wkraczają w dorosłość. Podjąłem ją więc i zmieniła ona całe moje życie. Przyniosła mi szczęście i dobre samopoczucie, na które nie liczyłem w najśmielszych nawet marzeniach.

A oto co postanowiłem: porzuciłem nielubianą pracę i poświęciłem 4 lata na studiowanie w Stanowym Kolegium Nauczycielskim w Warrensburg w Missouri. Postanowiłem zostać nauczycielem na wieczorowych kursach dla dorosłych. Dzięki temu zyskałem czas na czytanie książek, mogłem przygotować wykłady, pisać powieści i opowiadania; chciałem „żyć, by tworzyć, i tworzyć, by żyć”.

Czego miałem uczyć na kursach dla dorosłych? Na podstawie własnych doświadczeń ze szkoły średniej uznałem, że wiedza i doświadczenie, które zdobyłem, przemawiając publicznie, przydały mi się w pracy i w życiu bardziej niż wszystkie szkolne przedmioty razem wzięte. Dlaczego? Dzięki nim wyzbyłem się nieśmiałości i zyskałem wiarę w siebie, a także odwagę i stanowczość w kontaktach z ludźmi. Zrozumiałem, że przywódcą zostaje zwykle ten, kto potrafi jasno wyrazić swoje myśli.

Ubiegałem się o posadę nauczyciela retoryki na studiach wieczorowych w Columbia University i New York University, ale na obydwu tych uczelniach doszli do wniosku, że poradzą sobie beze mnie.

Byłem bardzo rozczarowany, ale dziś dziękuję Bogu, że odrzucili moje podanie, ponieważ zacząłem uczyć na kursach wieczorowych YMCA. Tam musiałem odnieść sukces – i to szybko. Ludzie nie przychodzili na moje zajęcia, aby zdobyć stopnie uniwersyteckie czy prestiż. Oni potrzebowali czegoś innego: chcieli rozwiązać własne problemy. Marzyli o tym, by zabrać wreszcie głos na spotkaniach w interesach, nie blednąc przy tym ze strachu. Akwizytorzy chcieli dowiedzieć się, jak odbyć wizytę u trudnego klienta, nie spacerując przedtem w tę i z powrotem przed jego biurem, aby zdobyć się na odwagę. Brakowało im pewności siebie i równowagi. Chcieli sukcesu w interesach i więcej pieniędzy na utrzymanie swoich rodzin. Ponieważ płacili za kurs w ratach, z pewnością przestaliby płacić, gdyby nie widzieli w tym sensu. Mnie natomiast płacono nie pensję, ale procent od wpływów; musiałem więc spełnić oczekiwania słuchaczy, jeśli chciałem zarobić na życie.

Wtedy sądziłem, że pracuję pod presją, teraz jednak wiem, że była to dla mnie bezcenna szkoła życia. Musiałem skłonić moich uczniów do działania. Musiałem pomóc im rozwiązać problemy. Musiałem każdą lekcję poprowadzić tak, by chcieli przyjść na następną.

Było to fascynujące zajęcie. Uwielbiałem je. Byłem zaskoczony, widząc, jak szybko ci ludzie nabierali pewności siebie i zdobywali awans, mnożąc własne dochody. Moje kursy odniosły sukces o wiele większy, niż kiedykolwiek marzyłem. Po trzech semestrach, wciąż będąc na procencie, otrzymywałem 30 dolarów za wieczór, a przecież na początku YMCA nie dawała mi nawet 5 dolarów stałej pensji.

Zacząłem uczyć przemawiania publicznego, ale z upływem lat dostrzegałem coraz wyraźniej, że moim uczniom brakowało też umiejętności pozyskiwania sobie ludzi. Ponieważ nie mogłem znaleźć odpowiedniego podręcznika, napisałem go sam. Właściwie książka ta nie powstała w zwykły sposób. Rozrastała się i pogłębiała podczas zbierania doświadczeń przez moich uczniów. Zatytułowałem ją Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi.

Książka ta była w zamierzeniu podręcznikiem dla moich kursantów. Napisałem także cztery inne na tematy, którymi nikt wcześniej się nie zajmował. Nigdy jednak nie marzyłem o tak wielkim sukcesie. Należę pewnie do najbardziej zaskoczonych pisarzy na świecie.

Z upływem lat zdałem sobie również sprawę, że kolejnym poważnym problemem moich uczniów jest to, iż nieustannie czymś się zamartwiają. Większość moich studentów stanowili ludzie interesu – dyrektorzy, handlowcy, inżynierowie, księgowi: przedstawiciele niemal wszystkich zawodów. Wszyscy oni mieli jakieś kłopoty, czymś się bardzo przejmowali. Na moje zajęcia uczęszczały też kobiety: pracujące zawodowo i gospodynie domowe. One też walczyły z obawami. Oczywiste stało się, że potrzebuję podręcznika, który nauczy tych ludzi, jak przestać się martwić. Tak jak poprzednio zacząłem od próby znalezienia takiej książki. Wybrałem się do wielkiej biblioteki publicznej na rogu Piątej Alei i Czterdziestej Drugiej Ulicy i ku swojemu olbrzymiemu zaskoczeniu odkryłem, że pod hasłem ZMARTWIENIE figurują tylko 22 książki. Ubawił mnie fakt, że ten sam katalog zawierał 89 książek o dżdżownicach. Prawie dziewięć razy więcej książek o dżdżownicach niż o zmartwieniach! Śmieszne, prawda? Można by się spodziewać, że skoro jest to jeden z najpoważniejszych ludzkich problemów, każda szkoła powinna oferować uczniom przedmiot zatytułowany „Jak przestać się zamartwiać”. A jednak dotąd nie słyszałem o takiej szkole. Nic dziwnego, że w swojej książce How to Worry Successfully (Jak martwić się skutecznie) David Seabury napisał: „Wchodzimy w dorosłe życie tak przygotowani do walki z przeciwnościami jak mól książkowy do tańca w balecie”.

Skutek? Ponad połowę łóżek szpitalnych zajmują ludzie niezrównoważeni nerwowo i emocjonalnie.

Przeczytałem te 22 książki o zmartwieniach stojące na półkach Biblioteki Publicznej w Nowym Jorku. Kupiłem też wszystkie, jakie tylko znalazłem. Żadna jednak nie nadawała się na podręcznik dla moich słuchaczy. Znowu więc musiałem napisać go sam.

Przygotowania rozpocząłem 7 lat temu. Na czym one polegały? Czytałem to, co w ciągu wieków napisali o zmartwieniach filozofowie. Czytałem też setki biografii, poczynając od Konfucjusza po Churchilla. Przeprowadziłem wywiady z wieloma wybitnymi ludźmi, jak Jack Dempsey, generał Omar Bradley, generał Mark Clark, Henry Ford, Eleanor Roosevelt czy Dorothy Dix. Ale był to tylko początek.

Zrobiłem też coś znacznie ważniejszego. Przez 5 lat kierowałem warsztatami zwalczania zmartwień prowadzonymi na moich kursach dla dorosłych. O ile mi wiadomo, była to pierwsza i jedyna tego typu instytucja na świecie. Dawaliśmy słuchaczom zestaw porad, jak walczyć ze zmartwieniami, i prosiliśmy o stosowanie ich na co dzień. Potem każdy z nich zdawał sprawozdanie na zajęciach. Inni opowiadali nam o własnych doświadczeniach, które zdobyli wcześniej.

Wysłuchałem więcej opowiadań pod tytułem „Jak pokonałem własne zmartwienia” niż ktokolwiek. Przeczytałem setki takich opowiadań napisanych przez słuchaczy naszych kursów na całym świecie. A przysyłano mi tylko najlepsze. Tak więc książka ta nie wzięła się z niczego. Nie jest ona też akademickim ględzeniem o metodach przezwyciężania zmartwień. Próbowałem napisać zwięzły i oparty na faktach raport, jak tysiące ludzi poradziło sobie z problemami. Jedno jest pewne: to książka praktyczna. Można z niej wiele wyczytać.

Paul Valéry, filozof i poeta, powiedział kiedyś, że nauka jest zbiorem „skutecznych recept”. Taka właśnie jest moja książka: to zbiór skutecznych i sprawdzonych przepisów, jak wyeliminować z życia zmartwienia. Jednak chciałbym cię uprzedzić, że nie znajdziesz na tych kartach niczego nowego; za to jest tu wiele zasad, do których się zwykle nie stosujemy. Bo przecież ani ty, ani ja nie dowiemy się o życiu żadnych nowości. Wiemy wystarczająco dużo. Przeczytaliśmy wiele złotych myśli, znamy Kazanie na Górze. Problem polega więc nie na braku wiedzy, lecz postępowaniu niezgodnym z nią. Celem tej książki jest wyciągnięcie z lamusa i odkurzenie wielu starych prawd tylko po to, aby nakłoniły cię do działania.

Ale przecież nie sięgnąłeś po tę książkę, aby dowiedzieć się, jak powstała. Musisz działać. A więc dobrze, zaczynamy. Przeczytaj, proszę, pierwszą i drugą część tej książki; jeśli lektura nie sprawi, że przybędzie ci sił i zaczniesz cieszyć się życiem, odłóż książkę na półkę. Nie jest dla ciebie.

Dale Carnegie

DZIEWIĘĆ RAD, JAK CZYTAĆ TĘ KSIĄŻKĘ

1. Jeśli chcesz skorzystać z tej książki, powinieneś dostosować się do jednego niezbędnego wymogu, o wiele bardziej podstawowego i o wiele ważniejszego niż jakakolwiek reguła czy technika postępowania. Dopóki nie spełnisz tego podstawowego wymogu, niewiele wskóra choćby tysiąc reguł dotyczących efektywnego uczenia się. Jeśli jednak posiądziesz ten dar – zdziałasz cuda, nie czytając nawet rad, jak z tej książki skorzystać.

Cóż więc jest tym magicznym wymogiem? To proste: głęboka, inspirująca do działania chęć zdobycia tej umiejętności, niezłomne postanowienie, że musisz przestać się martwić i zacząć żyć.

Jak można wykształcić w sobie takie postanowienie? Wystarczy ciągle pamiętać o tym, jak ważne jest to dla ciebie. Pomyśl tylko, że pozwoli ci wieść bogatsze i szczęśliwsze życie. Powtarzaj sobie ciągle: „Mój spokój ducha, moje szczęście, moje zdrowie, a może i dochody zależą na dłuższą metę od stosowania starych, oczywistych i zawsze aktualnych prawd omówionych w tej książce”.

2. Najpierw czytaj każdy rozdział jak najszybciej, by móc ogarnąć go w całości. Będzie cię pewnie kusiło, aby przejść do dalszego ciągu. Jednak nie rób tego, chyba że czytasz tę książkę tylko dla przyjemności. Jeśli jednak robisz to, aby przestać się martwić i zacząć żyć, przeczytaj raz jeszcze uważnie każdy rozdział. W dalszej perspektywie przyniesie ci to oszczędność czasu i lepsze rezultaty.

3. Nie wahaj się przerwać czytania, aby przemyśleć to, czego się dowiedziałeś. Zadawaj sobie często pytania, kiedy i jak możesz wykorzystać zawarte w tej książce rady. Taki sposób czytania jest o wiele lepszy niż pędzenie do przodu jak pies goniący królika.

4. Czytaj z ołówkiem pod ręką. Ilekroć natrafisz na sugestię, która twoim zdaniem może okazać się przydatna, zakreśl ją. Jeśli uznasz, że jest to złota myśl, podkreśl każde zdanie lub postaw obok jakiś znak. Ten sposób czytania jest o wiele bardziej interesujący i ułatwia szybkie przyswojenie tekstu.

5. Znałem kiedyś kobietę, która przez 15 lat kierowała biurem w dużym koncernie ubezpieczeniowym. Raz na miesiąc czytała wszystkie zawarte w tym czasie przez firmę kontrakty ubezpieczeniowe. Mimo to jednak często wracała do tego samego kontraktu przez kilka miesięcy z rzędu. Dlaczego? Ponieważ doświadczenie nauczyło ją, że tylko w ten sposób może dokładnie zapamiętać wszystkie prowizje firmy.

Ja sam poświęciłem dwa lata na napisanie książki o tym, jak przemawiać do wielu słuchaczy. A jednak przekonałem się, że raz na jakiś czas muszę ją przeglądać, aby przypomnieć sobie, co napisałem w mojej własnej książce. To zaskakujące, jak szybko zapominamy!

Jeśli więc chcesz rzeczywiście skorzystać z tej książki, nie wyobrażaj sobie, że wystarczy ją tylko przekartkować. Po uważnym przeczytaniu powinieneś co miesiąc poświęcać kilka godzin na powtórzenie. Trzymaj ją zawsze na biurku. Przeglądaj często. Ciągle pamiętaj o rozlicznych możliwościach samodoskonalenia, które zawsze masz w rezerwie. Stosowanie tych zasad może stać się nawykiem tylko dzięki szczeremu i niezłomnemu postanowieniu powtarzania ich i wprowadzania w życie. Nie ma innego sposobu.

6. Bernard Shaw zauważył kiedyś: „To że ktoś nas uczy, nie znaczy, że się nauczymy”. Miał rację. Uczenie się jest procesem aktywnym. Uczymy się, działając. Jeśli naprawdę chcesz opanować reguły zawarte w tej książce, staraj się je stosować. Rób to, ilekroć nadarzy się sposobność. Inaczej szybko o nich zapomnisz. Tylko używana wiedza pozostaje w umyśle.

Prawdopodobnie będzie ci trudno postępować zgodnie z tymi regułami przez cały czas. Chociaż sam pisałem tę książkę, często było mi trudno stosować się do tego, co w niej zalecam. Tak więc czytając tę książkę, pamiętaj, że podejmujesz próbę wyrobienia w sobie nowych przyzwyczajeń. Tak, próbujesz nowego sposobu życia. A to wymaga czasu i codziennych ćwiczeń.

Traktuj ją więc jak podręcznik walki ze zmartwieniem. Ilekroć będziesz miał jakieś problemy, nie wpadaj w panikę. Powstrzymaj swoją naturalną, impulsywną reakcję. Zajrzyj do książki i przeczytaj zakreślone fragmenty, a następnie spróbuj zastosować nowo poznane sposoby postępowania.

7. Zaproponuj komuś z rodziny, że dasz mu dziesiątkę, ilekroć złapie cię na łamaniu tych zasad. To pomaga!

8. Otwórz, proszę, tę książkę na stronach 258 i 259 i przeczytaj, jak bankier z Wall Street H. P. Howell i Ben Franklin korygowali swoje błędy. Może warto, abyś zastosował technikę Howella i Franklina do kontrolowania sposobu, w jaki stosujesz reguły zawarte w tej książce. Jeśli tak zrobisz, zyskasz dwie rzeczy. Po pierwsze, zaangażujesz się we własną naukę, co jest wręcz bezcenne i niezwykle stymulujące. Po drugie zaś, będziesz miał szansę przekonać się, czy robisz postępy w walce ze zmartwieniem.

9. Notuj własne sukcesy. Zachęci cię to do zwiększenia wysiłku. I jakże fascynująca będzie lektura tych notatek, kiedy wrócisz do nich za kilka lat!

9 rad w pigułce, jak czytać tę książkę

1. Rozwiń w sobie głęboką, pobudzającą do działania chęć, by przestać się martwić i zacząć żyć.

2. Czytaj każdy rozdział dwukrotnie, zanim przejdziesz do następnego.

3. Przerywaj często czytanie, aby przemyśleć, czy możesz wykorzystać każdą z rad.

4. Podkreślaj każdą ważną myśl.

5. Przeglądaj książkę raz w miesiącu.

6. Stosuj zawarte w niej reguły przy każdej sposobności. Używaj jej jako podręcznika, który pomoże ci rozwiązywać codzienne problemy.

7. Spraw, aby uczenie się tych reguł stało się częścią twojego życia, a jednocześnie zabawą: zaoferuj komuś z bliskich dziesiątkę za złapanie cię na łamaniu tych reguł.

8. Co tydzień sprawdzaj, czy czynisz postępy. Odnotuj błędy, sukcesy i postaraj się wyciągnąć z nich jakąś nauczkę na przyszłość.

9. Zanotuj, jak i kiedy stosowałeś te reguły.

CZĘŚĆ PIERWSZACO MUSISZ WIEDZIEĆ O ZMARTWIENIACH

1ŻYJ ODGRODZONY OD PRZESZŁOŚCI I PRZYSZŁOŚCI

Wiosną 1871 roku młody człowiek sięgnął po pewną książkę i przeczytał w niej 21 słów, które wywarły olbrzymi wpływ na jego życie. Był on studentem medycyny w Montreal General Hospital. Martwił się o wynik egzaminów końcowych, martwił się przyszłością – gdzie się osiedlić, jak założyć gabinet i jak zarabiać na życie.

Te 21 słów, które przeczytał w 1871 roku, pomogły mu stać się najsławniejszym lekarzem swoich czasów. Założył później słynną Johns Hopkins School of Medicine. Był profesorem w królewskiej Katedrze Medycyny w Oxfordzie, a jest to najwyższy zaszczyt, jaki może spotkać medyka w Zjednoczonym Królestwie. Otrzymał tytuł szlachecki. Kiedy zmarł, historia jego życia zapełniła dwa olbrzymie tomy, liczące 1466 stron.

Był to sir William Osler. A oto co przeczytał wiosną 1871 roku – 21 słów napisanych przez Thomasa Carlyle’a, które uwolniły jego życie od zmartwień: Naszym głównym celem nie powinno być wypatrywanie tego, co odległe i niewyraźne, lecz czynienie tego, co leży w zasięgu naszej ręki.

W 42 lata później, pewnego pogodnego wiosennego wieczoru, kiedy tulipany rozkwitły w całym kampusie, sir William Osler przemawiał do studentów Yale University. Powiedział im, że ludzie sądzą, iż człowiek taki jak on, profesor czterech uniwersytetów i autor sławnych dzieł, musi mieć „specjalny umysł”. Zaprzeczył temu stanowczo i stwierdził, że wystarczy spytać jego przyjaciół; bez wątpienia dowiodą, iż jego umysł jest „jak najbardziej przeciętny”.

Jaki był więc sekret jego sukcesu? Według jego słów zawdzięczał go życiu „odgrodzonemu od przeszłości i przyszłości”. Co miał na myśli? Otóż kilka miesięcy przed swoim wykładem w Yale przebył ocean na pokładzie olbrzymiego transatlantyku, którego kapitan, nie ruszając się z mostku, za pomocą kilku przycisków uruchamiał olbrzymią maszynerię. W ciągu kilku sekund brzęczący mechanizm opuszczał grodzie, które dzieliły statek na wodoszczelne przedziały.

„Każdy z nas jest maszynerią o wiele cudowniejszą niż ten olbrzymi liniowiec i ma do przebycia o wiele dłuższą drogę – powiedział studentom profesor Osler. – Namawiam was gorąco, abyście nauczyli się tak kontrolować tę maszynerię, by móc żyć w wodoszczelnych przedziałach. Jest to bowiem najlepsza metoda zapewnienia bezpieczeństwa podróży. Wejdźcie na mostek i sprawdźcie, czy mechanizm działa, a potem przyciśnijcie guzik i obserwujcie, jak żelazne grodzie odcinają was od przeszłości – martwych dni, które przeminęły. Kolejny przycisk oddzieli was od przyszłości – dni, które mają dopiero nadejść. Wtedy dopiero będziecie bezpieczni, bezpieczni w teraźniejszości… Odetnijcie się od przeszłości! Niech martwe dni same chowają swych zmarłych… Odetnijcie się od przyszłości, która wielu głupcom wskazała drogę do śmierci… Jeśli dzisiaj obciąży was przeszłość i przyszłość, będziecie szli na chwiejnych nogach. Dlatego nie myślcie o przyszłości… Przyszłość jest dziś… Nie ma jutra. Tylko dziś możecie się uratować. Człowiek, który martwi się o swoją przyszłość, traci tylko energię i obciąża swój umysł… Szczelnie zamknijcie przednie i tylnie grodzie. Nauczcie się żyć odgrodzeni od przeszłości i przyszłości”.

Czy profesor Osler chciał przez to powiedzieć, że nie powinniśmy podejmować żadnych wysiłków, by przygotować się do nadchodzących dni? Nie, absolutnie nie. W dalszej części swojego wykładu stwierdził, że najlepiej przygotujemy się do jutra, koncentrując całą energię i entuzjazm na wykonaniu tego, co mamy do zrobienia dzisiaj. To jedyny możliwy sposób.

Sir William Osler zachęcał studentów Yale, aby każdy dzień zaczynali od słów modlitwy: „chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”.

Nie zapominaj, że jest to prośba o chleb powszedni, o chleb na dziś. Nie wspomina się w niej o czerstwym chlebie, który spożywaliśmy wczoraj. Jej słowa nie brzmią również: „Boże, pole pszenicy uschło i możemy mieć kolejną suszę, więc skąd wezmę chleb w przyszłym roku? A jeśli stracę pracę, skąd wezmę pieniądze na chleb?”.

Nie, w modlitwie tej każdego dnia na nowo prosimy o chleb. Bo przecież nie możesz dziś zjeść chleba, który upieką dopiero jutro.

Wiele lat temu pewien filozof bez grosza przy duszy błądził po pustynnym kraju, gdzie ludzie ciężko pracowali na kawałek chleba. Pewnego dnia, kiedy stał na górze, zebrał się wokół tłum słuchaczy. Wtedy właśnie wygłosił słowa, które cytowano chyba najczęściej spośród wszystkich. Ich dźwięk niósł się echem przez stulecia: „Nie troszczcie się więc o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy” (Ewangelia wg św. Mateusza, tłum. o. Walenty Prokulski).

Wielu ludzi odrzuciło słowa Jezusa: „Nie troszczcie się więc o jutro”. Odrzucili je jako radę doskonałą, idealistyczną. „Muszę troszczyć się o jutro. Muszę chronić swoją rodzinę. Muszę odłożyć pieniądze na starość. Muszę planować i przygotowywać się, jeśli mam iść do przodu” – mówili.

To prawda. Trzeba zadbać o swoją przyszłość. Prawdą jest, że te słowa Jezusa spisane wiele lat temu znaczą dziś co innego, niż oznaczały wtedy. Słowa „troszczyć się” znaczyły bowiem wtedy tyle co „martwić się, obawiać”.

Podczas II wojny światowej nasi dowódcy myśleli o przyszłości, ale nie mogli sobie pozwolić na to, by się nią martwić. Admirał Ernest J. King, który dowodził wtedy US Navy, powiedział kiedyś: „Wyposażyłem naszych ludzi w najlepszy sprzęt, jaki mamy. Powierzyłem im zadania, które wydają się optymalne. To wszystko, co mogę zrobić. Jeśli statek zatonie, nie mogę zrobić nic, aby podnieść go z dna. Jeśli zaś pisane mu, by zatonął, nie mnie to zmieniać. Wykorzystam swój czas o wiele lepiej, jeśli rozwiążę problemy stojące przede mną bezpośrednio, zamiast roztrząsać to, co już się zdarzyło. Poza tym nie pociągnąłbym długo, gdybym się temu poddał”.

Zarówno w czasach wojny, jak i pokoju różnica między dobrym i złym myśleniem jest następująca: dobre myślenie opiera się na przyczynach i skutkach wydarzeń oraz prowadzi do logicznych, konstruktywnych wniosków. Złe myślenie powoduje często napięcia i załamania nerwowe.

Miałem zaszczyt rozmawiać z Arthurem Haysem Sulzbergerem, który w latach 1935–1961 był wydawcą jednej z najbardziej znanych gazet świata: „The New York Times”. Pan Sulzberger powiedział mi, że kiedy w Europie rozgorzała II wojna światowa, był tak przerażony, tak martwił się o przyszłość, że nie mógł spać. Często więc wstawał w środku nocy, sięgał po farby i patrząc w lustro, próbował namalować na płótnie autoportret. Nie miał o tym pojęcia, a mimo to malował, aby zapomnieć o zmartwieniach. Pan Sulzberger wyznał, że pozbył się zmartwień dzięki czterem słowom kościelnej pieśni: wystarczy mi jeden krok.

Prowadź, łaskawa Światłości…

Oświetlaj moją drogę. Prosić Cię jednak nie śmiem, bym widział do jej końca: wystarczy mi jeden krok.

Mniej więcej w tym samym czasie młody człowiek w mundurze uczył się tego samego gdzieś w Europie. Nazywał się Ted Bengermino i pochodził z Baltimore w Maryland. Ciężko odpokutował ciągłe zamartwianie się. Oto jak on sam to opisuje:

„W kwietniu 1945 roku ciągłe zamartwianie się doprowadziło mnie do stanu, który lekarze nazywają «spastycznością poprzecznicy». Było to strasznie bolesne i jestem pewien, że gdyby wojna trwała dłużej, wykończyłoby mnie całkowicie.

Byłem zupełnie wyczerpany. Służyłem jako podoficer i pisarz w 94. dywizji piechoty. Miałem za zadanie zbierać aktualne dane na temat zabitych, zaginionych i rannych. Musiałem też być obecny przy ekshumacji zwłok zarówno naszych, jak i żołnierzy wroga, którzy zostali pospiesznie pochowani w płytkich grobach na polu walki. Musiałem zbierać ich tabliczki identyfikacyjne i dopilnować, aby przesłano je rodzicom lub krewnym w kraju, którym tak drogie były te pamiątki. Przez cały czas zamartwiałem się, czy nie popełnimy przy tym jakiejś okropnej pomyłki. Martwiłem się, czy sam wszystko to przeżyję, czy kiedyś będę mógł wziąć na ręce swoje dziecko, szesnastomiesięcznego syna, którego jeszcze nie widziałem. Byłem wycieńczony i schudłem 34 funty. Niemal odchodziłem od zmysłów. Patrzyłem na swoje ręce: skóra i kości. Przerażała mnie myśl, że wrócę do domu jako kompletny wrak. Załamałem się i zacząłem płakać jak dziecko. Łzy spływały mi po policzkach, ilekroć nikt mnie nie widział. W pewnej chwili straciłem nadzieję, że kiedykolwiek jeszcze będę normalnym człowiekiem.

Skończyłem w szpitalu polowym. Lekarz wojskowy dał mi radę, która całkowicie odmieniła moje życie. Po zbadaniu mnie stwierdził, że wszystkie moje problemy mają podłoże psychiczne. «Ted – powiedział – chcę, abyś traktował swoje życie jak klepsydrę. W górnym pojemniku klepsydry znajduje się tysiące ziarenek piasku i wszystkie one wolno przesączają się przez wąski kanalik do dolnego naczynia. Ani ty, ani ja nie możemy przyspieszyć przepływu piasku. Przez kanalik w jednej chwili zawsze będzie przechodzić tylko jedno ziarenko, chyba że zepsujemy klepsydrę. I ty, i ja, i wszyscy inni ludzie są jak ta klepsydra. Kiedy zaczynamy dzień, czekają nas tysiące spraw, które tego dnia musimy załatwić. Ale jeśli nie załatwimy ich jedna po drugiej, wolno i spokojnie, podobnie jak ziarenka piasku przesypują się w klepsydrze, z pewnością zniszczymy swoją fizyczną i psychiczną strukturę».

Stosowałem odtąd tę radę. Tylko jedno ziarenko piasku w jednej chwili… Tylko jedna sprawa w jednej chwili. Ocaliło to moje fizyczne i psychiczne zdrowie podczas wojny. Pomaga mi też i teraz, w mojej pracy dyrektora ds. reklamy w Adcrafters Printing & Offset Co., Inc. W interesach napotykałem te same problemy, które stawały przede mną w czasie wojny: musiałem załatwiać dziesiątki spraw naraz, wszystkie były pilne, a czasu miałem mało. A to brakowało nam zapasów, a to pojawiały się nowe sprawy wynikające z rozmów z klientami, trzeba było otwierać lub likwidować biura itd. Jednak zamiast denerwować się i wprowadzać napięcie, przypominałem sobie słowa lekarza. «Tylko jedno ziarenko piasku w jednej chwili. Tylko jedna sprawa w jednej chwili». Powtarzałem sobie te słowa ciągle i dzięki nim mogłem wykonywać swoją pracę bez tych strasznych napięć, które podczas wojny omal mnie nie zniszczyły”.

W dzisiejszym społeczeństwie najbardziej przerażający jest fakt, że ponad połowę wszystkich łóżek w szpitalach zajmują pacjenci z chorobami nerwowymi i psychicznymi. Ludzie ci załamali się pod ciężarem nagromadzonych w przeszłości problemów i obaw o przyszłość. A przecież zdecydowana większość z nich mogła uniknąć szpitala. Mogli żyć szczęśliwie i pożytecznie, gdyby tylko wzięli sobie do serca słowa Jezusa: Nie troszczcie się więc o jutro, albo radę sir Williama Oslera: Żyj odgrodzony od przeszłości i przyszłości.

W każdej sekundzie znajdujemy się w miejscu, w którym spotykają się dwie wieczności: przeszłość, która przeminęła na zawsze, i przyszłość, która rozciąga się aż po kres czasów. W żadnej z nich nie możemy jednak żyć nawet przez ułamek sekundy. A jeśli ktoś spróbuje, zniszczy zarówno swoje ciało, jak i umysł. Dlatego właśnie powinniśmy być zadowoleni z życia w tym jedynym czasie, w którym dane jest nam żyć: od teraz do zaśnięcia. „Każdy może unieść swój ciężar, nawet największy, aż do zmierzchu. Każdy może wykonać swoją pracę, nawet najcięższą, w ciągu jednego dnia. Każdy może prowadzić życie słodkie, cierpliwe, czyste i pełne miłości aż do zachodu słońca. O to właśnie w naszym życiu chodzi” – napisał Robert Louis Stevenson.

Tak, tylko tyle wymaga od nas życie, ale pani E. K. Shields z Saginaw w Michigan musiała znaleźć się na krawędzi rozpaczy, bliska samobójstwa, zanim zrozumiała, że należy żyć do zmierzchu. Oto jak opowiedziała swoją historię:

„W 1937 roku straciłam męża. Byłam załamana i bez grosza. Napisałam więc do mojego byłego pracodawcy, Leona Roacha z Roach-Fowler Company w Kansas City, i powróciłam na swoją starą posadę. Znów sprzedawałam książki szkolne we wsiach i w miastach. Kiedy mój mąż chorował, sprzedałam samochód. Zdołałam jednak jakoś zebrać pieniądze na pierwszą ratę za używane auto.

Sądziłam, że powrót na stare ścieżki pomoże mi jakoś wyjść z dołka. Ale samotna jazda samochodem i samotne posiłki były ponad moje siły. W dodatku rejon mojego działania był raczej kiepski i z trudem zdobywałam pieniądze na kolejne raty za samochód, choć były one naprawdę niewielkie.

Wiosną 1938 roku pracowałam pod Versailles w Missouri. Tamtejsze szkoły były biedne, a drogi kiepskie. Byłam tak samotna i tak załamana, że myślałam nawet o samobójstwie. Wydawało się, że nigdy nie odniosę sukcesu. Rano bałam się wyjść z domu, by stawić czoło codzienności. Bałam się wszystkiego: że nie zdobędę pieniędzy na spłatę rat za samochód, że nie wystarczy mi na czynsz, że nie zarobię na jedzenie. Bałam się, że gdy zachoruję, nie wystarczy mi pieniędzy na lekarza. Przed samobójstwem powstrzymywała mnie jedynie myśl, że sprawiłoby ono ból mojej siostrze. Poza tym nie miałam pieniędzy nawet na pokrycie kosztów własnego pogrzebu.

Aż wreszcie pewnego dnia przeczytałam artykuł, który wydobył mnie z rozpaczy i dał mi odwagę do życia. Zawsze będę wdzięczna jego autorowi za jedno, jakże inspirujące zdanie: «Dla mądrego człowieka każdy dzień stanowi nowe życie». Napisałam je na kartce, którą przykleiłam do przedniej szyby auta, tak abym mogła na nią zerkać, jadąc samochodem. Przekonałam się, że z dnia na dzień życie wcale nie jest tak ciężkie. Nauczyłam się zapominać o tym, co było, i nie myśleć o tym, co ma być. Każdego ranka powtarzałam sobie: «Dziś czeka mnie nowe życie».

Udało mi się pokonać strach przed samotnością i niedostatkiem. Jestem teraz szczęśliwa. Odnoszę sukcesy, mam wiele entuzjazmu i kocham życie. Wiem już, że nie wolno mi się obawiać tego, co przyniesie mi życie. Wiem, że nie muszę bać się przyszłości. Potrafię żyć tylko dniem dzisiejszym i wiem, że «dla mądrego człowieka każdy dzień stanowi nowe życie»”.

Jeden z najtragiczniejszych przejawów ludzkiej natury to skłonność do odkładania życia na później. Wszyscy marzymy o jakichś bajkowych różanych ogrodach gdzieś za horyzontem zamiast po prostu cieszyć się różami, które zakwitły właśnie pod naszym oknem.

Dlaczego jesteśmy takimi głupcami, takimi strasznymi głupcami?

Stephen Leacock napisał kiedyś: „Jakie dziwne jest nasze życie. Dziecko mówi: «Kiedy będę duży…». Ale co to? Duży chłopiec powtarza wciąż: «Kiedy będę dorosły…». Gdy wreszcie dorośnie, obiecuje, że jak się ożeni, to… Czy w końcu przestaje? Nie, zaczyna myśleć dalej: «Kiedy przejdę już na emeryturę…». A gdy osiągnie wreszcie wiek emerytalny, ogląda się już tylko za siebie na drogę, którą przebył, i wydaje mu się, że omiata ją lodowaty wiatr. Tak wiele stracił, ale niczego nie da się już wrócić. Zbyt późno spostrzegamy, że życie polega na życiu w każdej godzinie i w każdym dniu”.

Zmarły już Edward S. Evans z Detroit omal nie zamartwił się na śmierć, zanim to pojął. Wychował się w biedzie. Początkowo był ulicznym sprzedawcą gazet, a następnie kasjerem w sklepie spożywczym. Później, kiedy musiał sam utrzymać 7 osób, dostał pracę jako pomocnik bibliotekarza. Pensja była niewielka, ale obawiał się rzucić pracę. Minęło 8 lat, zanim otworzył własny interes. Udało mu się za 55 pożyczonych dolarów zbudować firmę, która z czasem zaczęła mu przynosić 20 tysięcy dolarów rocznego dochodu. Potem poręczył za przyjaciela; szło o dużą kwotę. Ale przyjaciel zbankrutował. Szybko przyszła kolejna klęska: bank, w którym trzymał wszystkie swoje pieniądze, ogłosił upadłość. Stracił wszystko, co do centa, w dodatku został z długiem w wysokości 16 tysięcy dolarów. To było więcej, niż mogły wytrzymać jego nerwy: „Nie mogłem jeść ani spać. Zapadłem na jakąś dziwną chorobę. Z pewnością spowodowały ją zmartwienia, tylko zmartwienia – powiedział mi. – Pewnego dnia zemdlałem na ulicy. Nie miałem sił, aby iść dalej. Musiałem się położyć. Moje ciało pokryły czyraki, które pękały do wewnątrz. Leżałem niemal w agonii. Wreszcie lekarz stwierdził, że zostały mi dwa tygodnie życia. Byłem w szoku. Zacząłem czekać na koniec. Pomyślałem, że nie ma już sensu walczyć, więc odetchnąłem głęboko i pogrążyłem się we śnie. Przez poprzednie tygodnie nie spałem nigdy dłużej niż dwie godziny. Teraz zasnąłem jak niemowlę. Czułem, że moje ziemskie problemy dobiegają końca. Zabójcze wycieńczenie zaczęło ustępować. Wrócił mi apetyt i nawet przybrałem na wadze.

W kilka tygodni później chodziłem już o kulach, a po 6 tygodniach wróciłem do pracy. Przed katastrofą zarabiałem 20 tysięcy rocznie, ale teraz cieszyłem się, gdy zarobiłem 30 dolarów tygodniowo. Sprzedawałem klocki, którymi blokuje się koła pojazdów podczas transportu koleją. Dostałem nauczkę i postanowiłem, że zmartwienia są nie dla mnie. Nigdy więcej żalu, że coś się wydarzyło, nigdy więcej obaw o przyszłość. Cały czas, energię i entuzjazm poświęcałem sprzedaży tych klocków”.

Edward S. Evans szybko wyszedł na prostą. Po kilku latach był już prezesem Evans Products Company – firmy, która przez długi czas była dobrze notowana na giełdzie nowojorskiej. Jeśli kiedykolwiek będziesz przelatywał nad Grenlandią, możesz wylądować na Polu Evansa – lądowisku nazwanym tak na jego cześć. A przecież Edward S. Evans nigdy nie osiągnąłby takich sukcesów, gdyby „nie odgrodził się od przeszłości i nie przestał myśleć o przyszłości”.

Większość z nas popełnia ten sam błąd. Żałujemy, że czegoś nie zjedliśmy wczoraj, albo zamartwiamy się tym, co będziemy jeść jutro, zamiast po prostu zjeść kromkę chleba suto posmarowaną masłem dzisiaj, tu i teraz.

Nawet wielki francuski filozof Montaigne nie uniknął tego błędu. „Moje życie pełne było straszliwych niepowodzeń, z których większość nigdy nie miała miejsca” – napisał. Tak samo jest z naszym życiem, twoim i moim.

„Pomyśl tylko, ten poranek nigdy więcej nie wzejdzie” – powiedział Dante. Życie umyka z niewiarygodną prędkością. W każdej sekundzie przebywamy olbrzymią przestrzeń. Dzień dzisiejszy to nasza najcenniejsza własność. To jedyne, co możemy mieć naprawdę.

Taką właśnie filozofię życiową prezentuje Lowell Thomas. Spędziłem niedawno tydzień na jego farmie. Zauważyłem, że na ścianie swojego studia radiowego, w miejscu, na które może często spoglądać, wiszą te oto słowa wyjęte z CXVII Psalmu:

„Oto dzień, który Jahwe uczynił:

Radujmy się zeń i weselmy”.

(Tłum. Augustyn Jankowski, Lech Stachowiak)

Pisarz John Ruskin miał na swoim biurku kawałek zwykłego kamienia, na którym wyryto jedno słowo: DZIŚ. Ja nie mam na biurku takiego kamienia, ale na lustrze, przed którym golę się co rano, przykleiłem wiersz, który nosił stale przy sobie sir William Osler. Napisał go słynny indyjski dramaturg Kalidasa:

Kieruj swe oczy na ten właśnie dzień,

Bo on jest życia istotą.

Na jego krótkiej drodze

leżą wszystkie prawdy i realia twojego istnienia:

Szczęście dojrzewania,

Chwała działania,

Przepych piękna.

Bo Wczoraj niczym innym jest jak snem,

A Jutro tylko wizją.

Lecz dobrze przeżyte Dziś uczyni każde

Wczoraj snem szczęśliwym,

I każde Jutro wizją nadziei.

Dlatego kieruj swe oczy na ten właśnie dzień

Takie jest powitanie świtu1.

Oto więc pierwsza rzecz, którą powinieneś wiedzieć o zmartwieniu: jeśli chcesz, aby stało się nieobecne w twoim życiu, rób to, co robił sir William Osler:

ZASADA PIERWSZA

Zamknij żelazne grodzie oddzielające cię od przeszłości i przyszłości.

Żyj tu i teraz.

Spróbuj odpowiedzieć na pytania:

1. Czy mam skłonność do odkładania życia na później? Czy zaniedbuję teraźniejszość, martwiąc się przyszłością albo marząc o „czarodziejskich różanych ogrodach gdzieś za horyzontem”?

2. Czy czasem zatruwam teraźniejszość goryczą, żałując rzeczy, które już się wydarzyły, i nie mam na nie wpływu?

3. Czy każdego ranka, budząc się, myślę: „Chwytaj dzień”, z postanowieniem, że najbliższe 24 godziny spędzę jak najefektywniej?

4. Czy potrafię wziąć z życia więcej dzięki odgrodzeniu się od przeszłości i przyszłości?

5. Kiedy zacznę to robić? W przyszłym tygodniu?… Jutro?… Dzisiaj!

2MAGICZNA FORMUŁA NA POZBYCIE SIĘ ZMARTWIEŃ

Czy chciałbyś dostać sprawdzoną receptę na błyskawiczne rozwiązywanie własnych problemów, opanować metodę, którą możesz zastosować natychmiast, zanim zaczniesz dalej czytać tę książkę?

Jeśli tak, to pozwól, że ci opowiem o takiej metodzie, wypracowanej przez Willisa H. Carriera, genialnego inżyniera, który zapoczątkował produkcję klimatyzatorów na skalę przemysłową i przez lata prowadził znaną na całym świecie Carrier Corporation w Syracuse w stanie Nowy Jork. To jedna z najlepszych znanych mi technik wybrnięcia z sytuacji, które przysparzają nam zmartwień. Nauczyłem się jej od samego pana Carriera podczas lunchu w Klubie Inżynierów w Nowym Jorku.

„Kiedy byłem młody – powiedział mi pan Carrier – pracowałem w Buffalo Forge Company w stanie Nowy Jork. Powierzono mi zamontowanie instalacji oczyszczającej paliwo w wartej miliony dolarów fabryce należącej do Pittsburgh Plate Glass Company w Crystal City w Missouri. Miała ona usuwać zanieczyszczenia z paliwa, aby nie szkodziły silnikom. Metoda była zupełnie nowa. Wcześniej zastosowano ją tylko raz, i to w zupełnie innych warunkach. Podczas pracy napotkałem nieprzewidziane trudności. Instalacja działała, ale nie tak dobrze, by sprostać gwarantowanej przez nas jakości.

To niepowodzenie zwaliło mnie z nóg. Czułem się tak, jakby ktoś zdzielił mnie w głowę. Wszystko się we mnie przewracało. Byłem tak zmartwiony, że przez pewien czas nie mogłem spać.

Wreszcie odzyskałem zdrowy rozsądek i zrozumiałem, że zamartwianie się w niczym nie pomoże. Spróbowałem znaleźć sposób rozwiązania mojego problemu. Wpadłem na świetny pomysł. Od tego czasu minęło już ponad 30 lat. Wciąż stosuję tę technikę. Jest bardzo prosta i przyda się każdemu. Składa się z trzech etapów.

Etap I. Przeanalizowałem sytuację na zimno i uczciwie, aby stwierdzić, jakie konsekwencje mogą wyniknąć z tego niepowodzenia. Nikt nie chciał mnie za to rozstrzelać ani wpakować do więzienia. To jedno było pewne. Istniała natomiast możliwość, że stracę pracę. Mogło się też zdarzyć, że moi pracodawcy będą musieli usunąć całą instalację i stracić zainwestowane 20 tysięcy dolarów.

Etap II. Po przeanalizowaniu wszelkich możliwych konsekwencji postanowiłem, że w najgorszym razie po prostu je poniosę. Powiedziałem sobie: To niepowodzenie jest ciosem dla mnie i mogę stracić pracę. Ale nawet jeśli tak się stanie, zawsze przecież znajdę inną, choćby na gorszych warunkach. A jeśli idzie o moich szefów, to zdają sobie przecież sprawę, że był to eksperyment, i jeśli doświadczenie to ma kosztować ich 20 tysięcy dolarów, jakoś to muszą znieść. Mogą to wliczyć w koszty badawcze na przykład.

Kiedy już przemyślałem najgorsze z możliwych konsekwencje zaistniałej sytuacji i postanowiłem, jeśli będzie trzeba, pogodzić się z nimi, stało się coś bardzo ważnego: natychmiast odetchnąłem i poczułem spokój, jakiego nie zaznałem od wielu dni.

Etap III. Od tej chwili z całym opanowaniem poświęcałem czas i energię na próbę polepszenia najgorszego wariantu sytuacji, z którym już się pogodziłem.

Próbowałem znaleźć sposób i środki, które zmniejszyłyby stratę finansową naszej firmy. Odkryłem, że zainwestowanie dodatkowych 5 tysięcy dolarów rozwiąże nasz problem. Tak też się stało i zamiast stracić 20 – zarobiliśmy 15 tysięcy dolarów.

Z pewnością nigdy bym tego nie dokonał, gdybym się martwił, ponieważ wtedy traci się zdolność koncentracji. Kiedy mamy zmartwienie, myśli są rozbiegane i nie potrafimy podjąć decyzji. Jeśli jednak zaakceptujemy najgorsze rozwiązanie – weźmiemy wyobraźnię w karby, co pozwoli nam skoncentrować się na problemie.

Wydarzenie to miało miejsce wiele lat temu. Moja metoda sprawdziła się tak dobrze, że od tamtego czasu stosuję ją zawsze. Dzięki temu moje życie jest niemal całkowicie wolne od zmartwień”.

Czy potrafimy wyjaśnić, dlaczego magiczna formuła Willisa H. Carriera jest tak cenna i tak praktyczna? Oczywiście. Po prostu sprowadza nas ona na ziemię z ciemnych obłoków, w których błądzimy oślepieni zmartwieniem. Sprawia, że wiemy, na czym stoimy. A jeśli nie staniemy na twardym gruncie, to jak, do licha, mamy żywić nadzieję, że uda się nam coś rozsądnego wymyślić?

Profesor William James, ojciec psychologii stosowanej, zmarł w 1910 roku. Gdyby mógł poznać tę metodę polegającą na przygotowaniu się na najgorsze, zaakceptowałby ją z całego serca. Skąd wiem? Ponieważ mówił swoim studentom: „Zaakceptujcie fakty. Zróbcie to, ponieważ akceptacja tego, co się wydarzyło, jest pierwszym krokiem do sprostania ich konsekwencjom”.

Ta sama myśl wyrażona jest w znanej książce chińskiego filozofa Lin Yutanga The Importance of Living: „Prawdziwy spokój umysłu przychodzi po zaakceptowaniu najgorszego. Dla naszego umysłu oznacza to, jak sądzę, uwolnienie energii”.

To jest dokładnie to! Dla umysłu oznacza to uwolnienie nowej energii! Kiedy już pogodziliśmy się z najgorszym, nie mamy nic więcej do stracenia. A to automatycznie oznacza, że możemy zyskać energię! „Kiedy już zdałem sobie sprawę z najgorszych możliwych konsekwencji zaistniałej sytuacji i postanowiłem, jeśli będzie trzeba, pogodzić się z tym, natychmiast odetchnąłem i ogarnął mnie spokój, jakiego nie zaznałem od wielu dni. Byłem w stanie myśleć” – mówił Willis H. Carrier.

Brzmi sensownie, prawda? A mimo to miliony ludzi nadszarpnęło zdrowie nerwami, ponieważ nie potrafili zaakceptować najgorszego. Nie chcieli wyjść od najgorszego i próbować ocalić to, co mogli jeszcze ocalić. Nie próbując odbudować swojego szczęścia, wdali się w gorzką i „okrutną rywalizację z doświadczeniem” – i skończyli jako ofiary choroby umysłu zwanej melancholią.

Czy chciałbyś dowiedzieć się, jak ktoś inny niż Willis H. Carrier zastosował tę magiczną formułę w rozwiązywaniu własnych problemów? Oto przypadek jednego ze słuchaczy mojego kursu, który pracował jako sprzedawca ropy w Nowym Jorku.

„Szantażowano mnie! Nie wierzyłem, że to w ogóle możliwe. Zawsze wydawało mi się, że takie rzeczy zdarzają się tylko w kinie, ale szantażowano mnie! A oto co się stało. Firma, której byłem szefem, miała kilka cystern i zatrudniała kilku kierowców. W tamtych czasach obowiązywały ostre przepisy wojenne, i paliwo, jakie mogliśmy dostarczać każdemu z naszych klientów, było limitowane. Nie wiedziałem o tym, że kilku kierowców dostarczało naszym stałym klientom mniejsze od zamówionych ilości ropy, a powstałą w ten sposób nadwyżkę sprzedawało na własną rękę.

Nabrałem podejrzeń dopiero, gdy zjawił się u mnie mężczyzna podający się za kontrolera rządowego i zażądał pieniędzy za milczenie. Miał dowody nielegalnego procederu uprawianego przez naszych kierowców i groził, że jeśli nie dam mu w łapę, przekaże je prokuratorowi okręgowemu.

Wiedziałem oczywiście, że nie mam się czym martwić, przynajmniej ja osobiście. Wiedziałem też jednak, że wobec prawa to firma jest odpowiedzialna za poczynania swoich pracowników. Wiedziałem też, że jeśli sprawa trafi do sądu i dowiedzą się o niej dziennikarze, prasa zniszczy moją firmę. A byłem z niej bardzo dumny. Założył ją mój ojciec 24 lata wcześniej.

Byłem więc tak zmartwiony, że aż się rozchorowałem. Nie jadłem i nie spałem przez trzy dni i trzy noce. Tłukłem się jak opętany. Czy mam zapłacić mu te 5 tysięcy dolarów, czy powiedzieć, żeby poszedł do diabła? Każda z tych możliwości wydawała mi się koszmarem.

Wreszcie w sobotę nocą przejrzałem materiały z kursu Carnegiego, na który uczęszczałem. Wśród nich znalazłem małą broszurkę Jak przestać się zamartwiać. Zacząłem ją czytać i natrafiłem na historię Willisa H. Carriera. Przygotuj się na najgorsze – taka była jego rada. Zacząłem się więc zastanawiać, co najgorszego może się zdarzyć, jeśli odmówię zapłaty i szantażysta przekaże dowody prokuratorowi okręgowemu.

Odpowiedź była następująca: W najgorszym wypadku moja firma popadnie w ruinę. Ja sam nie pójdę do więzienia. Tak, najwyżej zła prasa mnie zrujnuje.

Powiedziałem sobie następnie: W porządku. Firma jest zrujnowana. Mogę się z tym pogodzić. Co stanie się dalej?

Cóż, po bankructwie własnej firmy musiałbym pewnie szukać pracy. A to nie było takie straszne. Wiedziałem dużo na temat ropy i co najmniej 7 firm z pewnością zatrudniłoby mnie z ochotą. Poczułem się lepiej. Paniczny strach zaczął z wolna ustępować. Uspokoiłem się trochę. I ku własnemu zaskoczeniu odzyskałem zdolność myślenia.

Miałem więc wystarczająco jasny umysł, aby stawić czoło trzeciemu etapowi – ratować, co tylko się da. Kiedy zacząłem rozważać możliwości, zobaczyłem wszystko w zupełnie nowym świetle. Przecież jeśli powiem o tym swojemu prawnikowi, on może wpaść na pomysł, który mnie nie przyszedł do głowy. To głupie, że wcześniej nie wpadłem na to. Ale nic dziwnego! Nie myślałem wtedy, tylko martwiłem się. Postanowiłem spotkać się z prawnikiem nazajutrz rano, po czym poszedłem do łóżka i spałem jak kłoda!

Jak to wszystko się skończyło? Następnego ranka usłyszałem od prawnika, że muszę pójść do prokuratora okręgowego i opowiedzieć mu wszystko. Dokładnie tak zrobiłem. Kiedy skończyłem mówić, z olbrzymim zaskoczeniem wysłuchałem słów prokuratora, który poinformował mnie, że szantażysta działa w mieście już od miesięcy; człowiek podający się za kontrolera rządowego jest przestępcą poszukiwanym przez policję. Z jaką ulgą wysłuchałem tego wszystkiego. Katowałem się przez trzy dni i noce, zastanawiając się, czy powinienem wręczyć 5 tysięcy dolarów zawodowemu oszustowi!

To doświadczenie było dla mnie olbrzymią nauczką. Ilekroć staję teraz przed problemem, który grozi mi kłopotami, traktuję go «sposobem starego dobrego Willisa H. Carriera», jak to sam nazywam”.

Mógłbyś pomyśleć, że ci dwaj to dopiero mieli problemy. Ale to wszystko pestka! Oto historia Earla P. Hanleya z Winchester w Massachusetts. Opowiedział mi ją on sam w Hotelu Statler w Bostonie 17 listopada 1948 roku.

„W latach dwudziestych martwiłem się tak, że wrzody zaczęły niszczyć mi żołądek. Pewnej nocy dostałem strasznego krwotoku. Odwieziono mnie do kliniki School of Medicine of Northwestern University w Chicago. Spadłem na wadze ze 175 do 90 funtów. Byłem tak chory, że zabroniono mi nawet ruszać rękami. Trzej lekarze, w tym znany specjalista, stwierdzili, że mój przypadek jest nieuleczalny. Żyłem dzięki proszkom. Co godzinę podawano mi łyżkę chudego mleka i chudej śmietany. Rano i wieczorem pielęgniarka pakowała mi do gardła gumową rurę i robiła płukanie żołądka.

Ciągnęło się to miesiącami. Wreszcie powiedziałem sobie: Cóż, jeśli nie możesz się spodziewać niczego poza parszywą śmiercią, to równie dobrze możesz skorzystać z tego czasu, który ci jeszcze pozostał. Zawsze chciałeś podróżować po świecie. Jeśli więc kiedykolwiek masz to zrobić, musisz to zrobić teraz.

Lekarze doznali szoku, kiedy powiedziałem im, że wybieram się w podróż dookoła świata i sam dwa razy dziennie będę robić płukanie żołądka. To niemożliwe! Nigdy o czymś takim nie słyszeli. Ostrzegali mnie, że jeśli to uczynię, to pochowają mnie w oceanie. «Nie. Mam miejsce w rodzinnym grobie w Broken Bow w Nebrasce. Zabiorę więc ze sobą trumnę» – odpowiedziałem.

Obstalowałem sobie trumnę, załadowałem ją na statek i uzgodniłem z armatorem, że jeśli umrę na pokładzie, włożą moje ciało do chłodni i będą je tam trzymać, dopóki statek nie powróci. Wyruszyłem w podróż orzeźwiony duchem starego Omara:

Och, użyjmy czasu, co nam jeszcze został,

Zanim i nas czas w popiół obróci;

Popiół w popiół, pod popiołem spocznie,

Bez Wina, bez Pieśni, bez Pieśniarza i – bez Końca!

Gdy w Los Angeles wszedłem na pokład statku «Prezydent Adams», który płynął na wschód, poczułem się lepiej. Stopniowo odrzucałem tabletki, a także zaprzestałem płukania żołądka. Wkrótce zacząłem normalnie jeść, nawet wszystkie wschodnie potrawy i sosy, które z pewnością powinny mnie zabić. Po kilku tygodniach zacząłem nawet palić długie czarne cygara i popijać drinki. Bawiłem się lepiej niż kiedykolwiek! Statek trafiał na monsuny i tajfuny, które powinny złożyć mnie do mojej trumny choćby ze względu na strach im towarzyszący, ale nic z tego! Dzięki tej podróży otrzymałem potężnego kopniaka, który skłonił mnie do działania.

Na pokładzie statku grałem w różne gry, śpiewałem, zdobyłem nowych przyjaciół, bawiłem się do późna w noc. Kiedy dotarliśmy do Chin, zdałem sobie sprawę, że kłopoty, z którymi borykałem się w domu, były po prostu rajem w porównaniu z biedą i głodem Orientu. Przestałem się bezsensownie zamartwiać wszystkim i poczułem się lepiej. Kiedy wróciłem do Ameryki, ważyłem 90 funtów więcej i niemal nie pamiętałem już, że kiedykolwiek miałem wrzody żołądka. Nigdy w życiu nie czułem się lepiej. Wróciłem do pracy i od tego czasu nie przechorowałem ani jednego dnia”.

Earl P. Hanley znacznie później zrozumiał, że nieświadomie stosował metody, za pomocą których walczył ze zmartwieniem Willis H. Carrier.

„Po pierwsze, zadałem sobie pytanie: «Co najgorszego może mnie spotkać?» Odpowiedź brzmiała: śmierć.

Po drugie, przygotowałem się na jej przyjęcie. Zaakceptowałem to, bo nie miałem wyboru. Po prostu musiałem. Lekarze przecież twierdzili, że mój przypadek jest beznadziejny.

Po trzecie, próbowałem uratować sytuację, biorąc z życia tyle, na ile pozwalał krótki czas, który mi jeszcze pozostał. Gdybym po wejściu na pokład tego statku nadal się martwił, drogę powrotną przebyłbym bez wątpienia w swojej trumnie. Ale rozluźniłem się i zapomniałem o kłopotach. Spokój umysłu dodał mi sił, które po prostu ocaliły mi życie”.

ZASADA DRUGA

Jeśli masz problem, zastosuj magiczną formułę Willisa H. Carriera:

1. Zadaj sobie pytanie, co najgorszego może ci się przydarzyć?

2. Przygotuj się na przyjęcie tego, jeśli będzie trzeba.

3. Potem spokojnie, wychodząc od najgorszego, zacznij ratować, co tylko się da.

3CO ZŁEGO MOGĄ CI ZROBIĆ ZMARTWIENIA

Ci, którzy nie potrafią walczyć ze zmartwieniem, umierają młodo.

dr Alexis Carrel

Wiele lat temu zastukał do moich drzwi sąsiad i ostrzegł mnie, abym wraz z całą rodziną natychmiast poddał się szczepieniu przeciwko ospie. Był jednym z tysięcy ochotników, którzy nakłaniali do tego w Nowym Jorku. Przerażeni ludzie godzinami stali w kolejkach, aby się zaszczepić. Punkty szczepień zorganizowano nie tylko we wszystkich szpitalach, ale również w siedzibach straży pożarnej, na komendach policji i w dużych fabrykach. Ponad 2000 lekarzy i pielęgniarek pracowało bez wytchnienia w dzień i w nocy. A przyczyna całego tego zamieszania? W Nowym Jorku u 8 osób stwierdzono ospę; 2 z nich zmarły. Dwa zgony na niemal 8 milionów ludności!

Mieszkam w Nowym Jorku od bardzo dawna i nikt dotychczas nie zastukał do moich drzwi, aby ostrzec mnie przed chorobami wywołanymi przez zmartwienia. A przecież choroby te przyniosły przez te lata o wiele więcej szkód niż ospa.

Nie przyszedł nikt, aby mi powiedzieć, że co dziesiąty człowiek żyjący obecnie w Stanach Zjednoczonych przeżywa załamanie nerwowe – przeważnie wynikające ze zmartwień i konfliktów emocjonalnych. Piszę więc ten rozdział, aby zastukać do twoich drzwi i cię ostrzec.

Dr Alexis Carrel, laureat Nagrody Nobla, powiedział kiedyś: „Biznesmeni, którzy nie potrafią walczyć ze zmartwieniem, umierają młodo”. Dotyczy to w równym stopniu gospodyń domowych, weterynarzy czy murarzy.

Kilka lat temu podczas wakacji podróżowałem po Teksasie i Nowym Meksyku razem z doktorem O. F. Goberem, zatrudnionym przy budowie kolei Santa Fe. Był on naczelnym lekarzem stowarzyszenia szpitali Gulf z Kolorado i Santa Fe. Rozmowa zeszła na skutki zmartwień. Oto co mi powiedział: „70 procent pacjentów, którzy przychodzą po poradę, mogłoby z niej zrezygnować, gdyby pozbyli się zmartwień i strachu. Nie myśl tylko, że ich choroby są urojone. Nie, te dolegliwości są równie dokuczliwe jak ból żołądka, wrzody, problemy z sercem, bezsenność, ból głowy czy paraliż. Są to bez wątpienia prawdziwe choroby; ja sam wiem coś na ten temat, ponieważ swego czasu przez 12 lat cierpiałem na wrzody żołądka. Strach jest przyczyną zmartwienia. Zmartwienie z kolei wywołuje napięcie, co wpływa na nerwy i zmienia skład soków żołądkowych, czemu wielu z nas zawdzięcza wrzody”.

Dokładnie to samo stwierdza dr Joseph F. Montague w swojej książce Nervous Stomach Trouble: „Wrzodów nie powoduje to, co zjadamy. Powstają one przez to, co zjada nas”.

Dr W. C. Alvarez z Mayo Clinic powiedział: „Choroba wrzodowa często zaostrza się albo cofa, w zależności od naszych wzlotów i upadków”.

Poparte to było badaniami na 15 tysiącach pacjentów, których leczono na dolegliwości gastryczne w jego klinice. Czterech na pięciu pacjentów nie miało żadnych fizjologicznych przyczyn choroby. Strach, zmartwienie, nienawiść, egotyzm oraz nieumiejętność dostosowania się do rzeczywistości były powodem większości wrzodów i innych chorób układu pokarmowego.

Wrzody żołądka mogą być śmiertelne. Według tygodnika „Life” zajmują one obecnie 10. miejsce na liście chorób kończących się śmiercią.

Ostatnio prowadziłem korespondencję z dr. Haroldem C. Habeinem z Mayo Clinic. Wygłosił on referat podczas dorocznego kongresu Amerykańskiego Stowarzyszenia Chirurgów i Lekarzy Przemysłowych, w którym zdał sprawozdanie z badań przeprowadzonych na grupie 176 dyrektorów, których średnia wieku wynosiła nieco ponad 44 lata. Więcej niż trzecia część tej grupy cierpiała na jedną z trzech dolegliwości typowych dla ludzi żyjących w dużym stresie: chorobę serca, wrzody przewodu pokarmowego lub nadciśnienie tętnicze. Tylko pomyśl! Jedna trzecia naszych biznesmenów podupada na zdrowiu, zanim osiągnie 45. rok życia! To jest cena sukcesu! Ale czy można to nazwać sukcesem? Czy człowiek, który za rozwój firmy płaci własnym zdrowiem, może się nazwać człowiekiem sukcesu? Po co komu nawet cały świat, jeśli zrujnuje sobie zdrowie? Nawet jako posiadacz całego świata będziesz spał tylko w jednym łóżku na raz i jadał trzy posiłki dziennie. A to potrafi nawet świeżo upieczony pracownik. Tyle tylko, że pewnie ma zdrowszy sen, a posiłek cieszy go bardziej niż wszechwładnego dyrektora. Szczerze mówiąc, wolałbym nie być dyrektorem, niż zrujnować zdrowie przed 45. rokiem życia, usiłując zarządzać firmą kolejową albo tytoniową.

Najbardziej znany producent papierosów na świecie zmarł na atak serca w lasach kanadyjskich, dokąd udał się na odpoczynek. Zarobił miliony – i zmarł w wieku 61 lat. Zapewne przehandlował ładnych parę lat swojego życia za coś, co nazywamy „sukcesem w interesach”.