JAK PRZECHYTRZYĆ NIEBOSZCZYKA - Agnieszka Jeż, Paulina Płatkowska - ebook + audiobook

27 osób właśnie czyta

Opis

Czysta Chmielewska w nowej współczesnej wersji!

 

Dwie przyjaciółki po paru rozczarowaniach zagranicznymi all-inclusivami jadą na wakacje do Juraty. Rezerwują przez internet sielski domek i planują dwutygodniowy detoks od fejsbuków, instagramów, polubień etc.

 

Jest bosko! Nie do wiary, lecz dopisuje nawet pogoda. I naraz pośród tej sielanki w szopie na narzędzia panie znajdują trupa.

 

Z pewnego (umotywowanego!) powodu nie mogą zgłosić sprawy na policję. Zaczyna się istna komedia pomyłek, która doprowadzi Elwirę i Lucynę do… 1. zakochania (tę płochliwą); 2. otwarcia biura detektywistycznego Orient Express; 3. pewnej ciekawej intrygi, która połączy trójkę bohaterów (i wspólników!) po grób.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 283

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


AGNIESZKA JEŻ, PAULINA PŁATKOWSKA

JAK PRZECHYTRZYĆ NIEBOSZCZYKA

Rozdział 1. Dziesięć miesięcy wcześniej

Rozdział 1

Dziesięć miesięcy wcześniej

Woda w basenie była nieskazitelnie przezroczysta. Południowe słońce wydobywało z niej turkusowobłękitne refleksy. Brzeg pływalni pokrywała drobna mozaika ułożona w orientalny wzór. Trochę dalej, w tle, wzrok raziła biel hotelu przełamana zielenią palm okalających wejście.

Wzdłuż pływalni stały rzędy plastikowych leżanek porozdzielanych niebieskimi parasolami. Porzucono na nich kolorowe ręczniki i słomkowe kapelusze, niektóre były zajęte przez ogłuszone upałem ciała w kolorze od buraczkowej czerwieni do karmelowego brązu.

Najważniejszy był jednak pierwszy plan: szczupła brunetka z długimi, rozpuszczonymi włosami w odcieniu prawie czarnego hebanu, o ładnej oliwkowej karnacji, w czerwonym kostiumie kąpielowym z perfekcyjnie skonstruowanym biustonoszem, idealnie podnoszącym, zbierającym i powiększającym biust, oraz w dużych czarnych okularach. Obok niej trochę pełniejsza szatynka z mokrymi kosmykami wypadającymi z luźno związanego koka, osypanymi piegami ramionami i półprzezroczystą żółtą chustą przewiązaną w pasie.

Obie trochę nienaturalnie pochylone w kierunku obiektywu, bardzo roześmiane.

Pod fotografią podpis: W cudownym nastroju z Elwirą. Nasze wielkie greckie wakacje!!!

Osiemdziesiąt dziewięć polubień, czyli wynik całkiem zadowalający.

I sporo miłych komentarzy potwierdzających sympatię do Lucyny i jej przyjaciółki:

Wow! Ale Wam dobrze! A na Mazurach leje.A gdzie dokładnie jesteście? Ja byłam w zeszłym roku na Lesbos i zatrułam się jakąś paskudną rybą.My tu pracujemy, a wy… Nie ma sprawiedliwości.Powiem krótko: zazdrość.Takie fantastyczne dziewczyny, a gdzie faceci?

Lucyna Szychowska westchnęła. Pod koniec września każde wakacyjne wspomnienie wygra z chłodnym porankiem i ołowianym niebem, na którym od dwóch tygodni nie było słońca.

Przed znajomymi trzeba trzymać fason i starannie budować fabułę swojego życia na Facebooku. Prawda o ich wspólnych wakacjach była jednak mniej kolorowa niż to zdjęcie. Wydawało się im, że lawirując między swoimi możliwościami finansowymi a prezentowanymi na stronach internetowych ofertami biur podróży, wybrały naprawdę dobrze. Hotel miał trzy i pół gwiazdki, i to pół podsycało nadzieję. Wyglądał bardzo korzystnie – bielutki front, ładnie odcinający się na tle błękitu, przyjemnie skomponowana roślinność, kameralny basen z leżakami, blisko do plaży. No i wariant all-inclusive.

Jednak w rzeczywistości…

Hotel był odnowiony, ale tylko od frontu. Tył, boki i całe wnętrze pamiętały koniec lat osiemdziesiątych: dużo błyszczących płyt pilśniowych i tapicerka w wesołe seledynowo-bordowe mazy.

Pokoje mikroskopijne, łazienka jeszcze mniejsza. Drzwi się zamykały, jeśli się nie korzystało z toalety. Siedząc na sedesie, kolanami wystawało się za próg. Nie żeby im to bardzo przeszkadzało, przecież znały się od czasów liceum. Nie takie rzeczy jak sikającą przyjaciółkę już się widziało.

Basen był, i to nawet ten sam co na zdjęciu. Całkiem ładny, tylko mały. Tak mniej więcej pięciokrotnie za mały, przeliczając na liczbę potencjalnie chcących się nim cieszyć hotelowych gości. A chcieli się cieszyć. Patent był więc taki, że nastawiały budzik na szóstą i na zmianę, zaspane, w szlafrokach, schodziły na dół, by ręcznikami zająć sobie miejsce na leżankach. Kąpiel w basenie była tylko dla zahartowanych, bo wodę tak chlorowano, że już opary drażniły nos. To dlatego Elwira Motyl miała na zdjęciu ciemne okulary – zaczerwienione i piekące oko, które zatarła podczas pływania, wyglądało naprawdę brzydko.

Folder nie kłamał – plaża była, i to niedaleko. Zdrowy i sprawny człowiek nie powinien się ośmieszać, twierdząc, że półtora kilometra to dla niego zbyt długi dystans. I właściwie nie o tę odległość miały żal ani nie o gruntową pylącą drogę ciągnącą się do morza bez kawałka cienia dającego wytchnienie od niemiłosiernie piekącego słońca, ale o samą plażę, czyli poletko wielkości połowy średniej sali gimnastycznej, pokryte ostrymi kamieniami.

Pewne pocieszenie niósł wariant all-inclusive. To znaczy Elwira kręciła nosem, że nie chodzi przecież o to, by się zapchać byle czym, tylko o to, by smakować i próbować. Irytował ją zwłaszcza brak finezji w alkoholach: albo piwo, albo wódka. Co do wina, miała obiekcje, czy naprawdę jest winem, a nie doprawioną spirytusem oranżadą. Lucyna pocieszała się lokalną chlubą – loukoumi, czyli czymś w rodzaju galaretki. Sweet, very sweet. Ninety nine percent of sugar, zachęcała kelnerka, ale i bez tego Lucyna się częstowała, usilnie sobie wmawiając, że w tym pozostałym procencie kryją się skondensowane wartości odżywcze owoców. Po dziesięciu dniach pobytu na wyspie zauważyła, że jej katowane dietami boczki jakby odrosły. Stąd chusta na biodrach.

Chociaż właściwie wygląd nie miał wielkiego znaczenia. W obiekcie były one, grupa niemieckich emerytów, trochę dziadków z wnuczkami, samotne kobiety po pięćdziesiątce, rozgoryczone jeszcze bardziej od nich, i dwóch Szwedów – sympatycznych, ale nie zostawiających nawet cienia nadziei, że nie są gejami.

W Warszawie, kiedy chciały sobie poprawić humor, odreagować, rozerwać się, „chodziły na miasto”. Ten patent nie miał szans sprawdzić się w greckiej rzeczywistości. W promieniu dziesięciu kilometrów nie było żadnego miasta. Miasteczka. Wsi. Budynku. Drzewa. Nie było niczego. Hotel wybudowano pośrodku pustkowia. Może pierwotnie planowano tu wakacje typu surwiwal? Albo warsztaty dla buddystów?

Jeszcze na Okęciu – Lucyna dwa kilogramy cięższa, z paskudną infekcją intymną (jednak mimo chloru w basenie było jakieś życie), Elwira z zaropiałym okiem i kacem – postanowiły, że nie będzie więcej powtórki z nieudanego urlopu. Grecki wyjazd był ich trzecią wspólną, zorganizowaną przez biuro podróży wyprawą. I ostatnią. Basta. W przyszłym roku wymyślą coś zupełnie innego. Coś ekstra, co będzie fajne naprawdę, a nie tylko na facebookowym zdjęciu.

Lucyna smętnie spojrzała za okno. Było sobotnie przedpołudnie. Odespała roboczy tydzień, z ulgą odnotowując dwa dni wolne od pracy. Sama już się gubiła w tym, czy powinna na nią narzekać, czy cieszyć się, że ją ma. Codziennie, od poniedziałku do piątku, jeździła do biurowca na skraju Mordoru, zagłębia warszawskich korporacji. O dziewiątej rano odbijała kartę na bramce, a potem windą jechała na piąte piętro, do swojego biurka. Tu plus, duży plus: biurko stało przy oknie, z widokiem na niezabudowaną zieleń ogródków działkowych. Niebo dość często przecinały samoloty szybujące z lotniska i na nie. Często się wtedy zastanawiała, dokąd lecą lub skąd wracają. Od czasu do czasu czerwieniły się wagony eskaemek. To naprawdę nie było złe. W poprzedniej pracy, w małej firmie, wciśniętej w starą willę na Mokotowie, dostał jej się pokoik w suterenie. Lekko cuchnący, mimo atomizera z zapachem, przesiąknięty wilgocią chorujących murów. Tam niechybnie czekałyby ją suchoty, jak romantyków. Pamiętała celę mistrza Mickiewicza z wycieczki do Wilna – grzyb i zaraza. Teraz był luksus. I klimatyzacja. I stołówka na dole, gdzie zawsze było coś wegetariańskiego, bezglutenowego i domowego. Demokratycznie. I jeszcze mały sklep, kiosk Ruchu. W budynku było wszystko, i słusznie, bo na zewnątrz nie było nic. Zupełnie jakby teren był skażony po wybuchu nuklearnym i jedyne możliwe życie mogło się toczyć w licznych biurowcach dokoła.

Więc się toczyło. Osiem godzin każdego dnia upływało Lucynie na pracy w dziale marketingu firmy oferującej „nowoczesne rozwiązania do łazienek”. Od trzech miesięcy zajmowała się komunikacją z klientem. Miała dbać o zadowolenie, budowanie marki i utrwalanie jej dobrego wizerunku. Z tym ostatnio był problem, bo nowa fabryka w Chinach przysyłała, co prawda, śliczne i błyszczące rolki do kabin, jednak z tym małym defektem, że po miesiącu przestawały się kręcić, bo łożyska w środku się rozsypywały. Lucyna nie radziła już sobie ze skargami klientów. Nie wyrabiała się z przyjmowaniem reklamacji, brakowało serwisantów. Do tego wszystkiego szef kazał udobruchać rozżalonych nabywców jakimś prezentem na pocieszenie. Wkładała więc do kopert malusie, śliczniusie mydełka z logo firmy i zatopionymi w środku kwiatami, dołączając przeprosiny. Przy setnej kopercie życzyła pani Iwonie z Lublina, żeby się poślizgnęła na tym mydełku, a mniej więcej przy trzechsetnej miała ochotę napisać panu Robertowi, żeby sobie wsadził to mydełko w tyłek.

Tak, zdecydowanie dobrze, że dziś sobota. Musi wypocząć, zrelaksować się i nadać codzienności jakiś sens. Życia nie można puścić samopas, bo się porozłazi w różne strony i wtedy człowiek się gubi. Poza tym trzeba planować, i to długofalowo. Dlatego właśnie, mimo że przez dwa najbliższe dni wciąż jeszcze będzie lato, warto by było zaklepać jakiś urlop.

Nie, nie jakiś. Żadnych już irytujących wpadek i niedoróbek. Wakacje idealne. Wakacje marzeń. Wakacje życia.

Hej! Jesteś?, wystukała na Messengerze.

Po chwili przyszła odpowiedź od Elwiry:

Jestem. Chociaż Platon twierdził, że to tylko złudzenie.

No tak. Elwira i te jej filozoficzne ciągoty.

Weź. Sobota jest. Odstaw tę swoją pracę.To nie praca. W pracy empatycznie wysłuchuję, jestem miła i uprzejma. Czyli zupełnie nie jestem sobą.

Elwira była psycholożką. Właściwie jedną nogą już w coachingu, bo rzeczywiście praca terapeutki, wymagająca dużych pokładów cierpliwości, spokoju, zrozumienia ludzkich wad, dramatycznie rozjeżdżała się z jej predyspozycjami. Zdecydowanie wolała ludźmi potrząsać, opieprzać ich, mówić, co mają robić, i z tego ich rozliczać. Przestawiała się więc na nowe tory, od początku roku planując być doradczynią życiową, czyli trenerką personalną.

Słuchaj, a masz czas?Mam. Żadnego faceta w zasięgu wzroku, żadnej fajnej książki pod ręką. Wino u ciebie?Za godzinę?Pić przed trzynastą? Jeszcze się tak nie stoczyłam. Będę koło trzeciej, zamówimy sobie to chińskie żarcie zza rogu.Ty, taka ekologiczna, i chińskie żarcie…?Raz, nie zawsze. Wyjątkowo mam dziś ochotę na stary olej i glutaminian sodu.I znowu nie schudnę.Odstaw krówki, to schudniesz. Zresztą i tak nie masz dla kogo, więc się nie martw.Jesteś podła.Jestem przyjaciółką, to mogę. Pa!Czekam! Pa!

***

Trzy godziny później Elwira sprężystym krokiem przecięła skwer między przystankiem a blokiem Lucyny. Trochę ją wkurzało, że w rytm jej chodu klucze w za dużej (ale modnej) torbie irytująco obijały się o butelkę wina. Mogła była odżałować parę złotych i kupić je w winiarni, wtedy przynajmniej fachowo zawinęliby butelkę w papier. W Biedronce nikt w nic alkoholu nie zawijał. Foliówkami Elwira gardziła.

– Jasssne, wino z winiarni do chińszczyzny zza rogu! – prychnęła sama do siebie i wzruszyła ramionami. – Sajgonki z miejskiego gołębia i bordeaux, rocznik dwa tysiące piąty.

Gdzieś czytała niedawno, że dwa tysiące piąty był w regionie Bordeaux „wielkim rocznikiem”, czyli rokiem, w którym z punktu widzenia producenta win wszystko zdarzyło się w odpowiednim momencie – opady, słońce, wahania temperatur. A dobry rocznik Bordeaux może być nawet dwa, trzy razy droższy od słabego – żaden inny region winiarski na świecie nie stosuje aż tak wyraźnej huśtawki cenowej.

Elwira często się zastanawiała nad fenomenem ludzkiego mózgu. Wedle jakiego klucza odbywa się sortowanie rzeczy wartych (zdaniem mózgu) zapamiętania i tych do odrzucenia? Na przykład po cholerę przyswoiła te dane o winach z jakiejś gazetki sommelierskiej? Na wypadek małego popisu wiedzy gdzieś, kiedyś?

Wiedzy! – prychnęła znowu. – Żadna wiedza, zwykłe ciekawostkowe dyrdymały.

A zatem wraca pytanie: po co mózg…

Swoją drogą, ciekawe, co się powinno pić do kurczaka gong bao czy innych chińskich przebojów? – Nowa myśl nie dała wybrzmieć do końca poprzedniej. – Białe wino czy czerwone? A może chińską herbatę?

Co za różnica! – szybko zbeształa się w duchu. – Nie idę na randkę z mandarynem, tylko do Luśki, z którą nie tylko będziemy popijać makaron sojowy czerwonym winem, lecz także na deser Luśka pewnie poda wszystko słodkie, co tylko będzie miała w domu: niepasujące do niczego lody, ciastka, czekoladki, w ostateczności płatki kukurydziane zalane nesquikiem. Oto była kuchnia fusion w wydaniu jej poczciwej przyjaciółki: trochę swojsko, trochę obleśnie.

Chyba że wyżarła wszystko… – Elwira smętnie pokiwała głową, westchnęła i kopnęła w trawę kawałek żwiru. W końcu będzie trzeba nad tą Luśką trochę popracować. Za miękki ma charakter, za łatwo sobie odpuszcza. Codzienne frustracje zajada słodyczami, w rezultacie znowu tyje.

Elwira nie lubiła tycia. Wszystkich grubasów (liczonych już od rozmiaru M) bez zbędnego wnikania, dlaczego są grubi, wrzucała do jednego worka z etykietą „towarzysko napiętnowani”. Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu uważała za grzech główny.

Sama trzy razy w tygodniu chodziła na intensywny trening fat-burning, konsekwentnie nie przyjmując do wiadomości oczywistego faktu, że sylwetkę i płaski brzuch zawdzięcza nie ćwiczeniom, a dobrym genom i fantastycznej przemianie materii. Zdecydowanie wolała – oraz chętnie lansowała wśród znajomych – teorię, że każdy jest kowalem własnego losu oraz figury, zatem ona, cóż – w tym miejscu wyznania lubiła kokieteryjnie zatrzepotać rzęsami – do wszystkiego doszła sama dzięki dyscyplinie, zdrowemu trybowi życia i morderczym treningom.

Czasem wręcz żałowała, że nie ma za sobą spektakularnej przemiany w stylu Joanny Brodzik, która z pulchnej nastolatki własną determinacją przeobraziła się w śliczną królewnę.

Niestety, Elwira zawsze była szczupła i piękna.

Pod klatką Lucyny z pasją sięgnęła do torby i przełożyła klucze do innej przegródki. Szklano-metalowe brzdąkanie wreszcie ucichło – lepiej późno niż wcale. Wystukała znany na pamięć kod domofonu przyjaciółki, weszła do klatki i wspięła się po schodach na piąte piętro – każda okazja jest dobra, by trochę nad sobą popracować.

Dzwonek Luśki od czterech lat (czyli odkąd Luśka kupiła mieszkanie) był zepsuty. W tym kontekście można było narzekać na brak męskiej ręki lub efektowanie łomotać do drzwi. Elwira zawsze konsekwentnie wybierała opcję drugą.

Lucyna, uprzedzona domofonem, otworzyła już po pierwszym łomocie.

– No cześć, Lucha. – Elwira rzetelnie cmoknęła nadstawiony pulchniutki policzek z dołeczkiem. – Co robisz?

– Rozpamiętuję – wyznała Lucha.

– A co? – zagadnęła uprzejmie Elwira, ściągając jeden but o drugi.

– Jak to we wrześniu: wakacje.

Elwira zmarszczyła brwi i posłała jej szybkie, wnikliwe spojrzenie.

– Jest co rozpamiętywać?

– Nnoo… Choćby słońce. Latem jest słońce. Mam wtedy więcej energii do życia.

– Jakoś nie zauważyłam, żebyś miesiąc temu była szczególnie energiczna – orzekła brutalnie Elwira.

– Ale wewnętrznie byłam – upierała się Luśka. – Zewnętrznie zresztą też. Odmalowałam kuchnię. Raz byłam na tańcach. Parę razy wróciłam pieszo z pracy do domu.

– Łaał – zadrwiła Elwira. – Na tańcach? – zastanowiła się. Tego epizodu z życia przyjaciółki nie kojarzyła.

– W lipcu, na wyjeździe integracyjnym z firmą.

– Łiii, takie tam tańce z podpitymi urzędasami. – Elwira wzruszyła ramionami. – Tak licząc, to nawet byłaś dwa razy, duszko. Jeszcze ze mną, na wieczorze greckim. – Nie czekając na gospodynię, przeszła do kuchni i wyjęła z szuflady korkociąg.

Lucyna podreptała za nią.

– Ale tam nie było żadnych tańców! Trochę kiepskiego żarcia, trochę durnej muzyki, dużo za dużo pijanych Polaków.

– Był kurs zorby, pamiętasz?

Lucyna przewróciła oczami.

– Absurdalnie wydane pieniądze. Nigdy więcej się nie dam naciągnąć.

– W zeszłym roku zarzekałaś się, że nigdy więcej wczasów z biura podróży.

– No i popełniłyśmy błąd.

– Którego nie chcemy powtarzać. – Elwira sprawnie rozlała wino do dwóch apetycznie pękatych kieliszków. – Zamawiałaś już chińszczaka?

– No skąd! Nie wiem przecież, co byś chciała.

– E tam, nie wiesz! Więcej wiary w swoją intuicję! – Elwira przyjacielsko klepnęła Luśkę w ramię. – Zresztą wszystko jedno. Zamów coś i chodź na kanapę.

Lucyna zdjęła z tablicy magnetycznej ulotkę i chwilę studiowała ofertę.

– Krewetki czy wołowina?

– Kurczak. Którykolwiek.

– Sama widzisz, że jednak lubisz mieć wybór! – wytknęła Lucyna. Wybrała dla przyjaciółki kawałki kurczaka w panierce z ciasta kokosowego, po namyśle dla siebie zdecydowała się na to samo. Przepisała numer z ulotki do telefonu i podyktowała zamówienie.

– Wzięłam nam do picia aloes – pochwaliła się po rozłączeniu.

„Kuchnia fusion…” – pomyślała Elwira z rezygnacją.

Godzinę później polegiwały na wygodnej rozłożystej kanapie Lucyny, syte i zadowolone.

– Słuchaj, Luśka – odezwała się naraz Elwira. – Wracając do tematu wyjazdów, to gdzie ty byś chciała spędzić wakacje tak najbardziej? Ale nie w zupełnym odrealnieniu. Przyjmijmy, że mamy taką kasę, jaką mamy, tyle urlopu, ile mamy, no i takie badziewne doświadczenia z wyjazdami, jakie mamy.

W oczach Luśki pojawił się błysk zrozumienia i entuzjazmu. Uwielbiała snuć wizje.

– Chciałabym na jakiś czas zamienić się z kimś na domy i życia, jak w filmie The Holiday.

– Proszę bardzo, możesz u mnie pomieszkać – mruknęła Elwira.

– Wiesz, że nie o to chodzi… – Lucyna gładko wchodziła w rozmarzenie. – To musi być na antypodach, a nie w sąsiedniej dzielnicy!

– A niby dlaczego koniecznie musi być daleko?

– No… bo chodzi przecież o odmianę. Odmianę otoczenia, odmianę losu…

– Losu! – Elwira triumfalnie wycelowała palec w przyjaciółkę. – Przejęcie cudzego domu, życia i faceta. Ha! Tu cię mam!

– Nieprawda, nie tylko w tym rzecz… – słabo broniła się Lucyna. Pod względem temperamentu i siły argumentacji znacznie ustępowała Elwirze. Zawsze zresztą po cichu uważała, że doprawdy lepiej było mieć ją za przyjaciółkę niż za wroga. – Ja po prostu… wiesz, mam taką ciągotę… Że lubię cudze domy. Jestem ciekawa, jak kto mieszka; czy to, jak się na przykład ubiera, jest spójne z tym, jak sobie urządził dom… To jest dla mnie inspirujące. Dużo bardziej niż bezduszne hotele. Więc bardzo chętnie pojechałabym na wakacje do kogoś. Szkopuł w tym, że nie mam tak bliskich znajomych czy rodziny, do których mogłabym jechać bez poczucia, że robię komuś kłopot.

Elwira nagle podskoczyła, jakby z mięsistej kanapy wysunęła się duża sprężyna i perfidnie dźgnęła ją w tyłek.

– Hej!!! – krzyknęła i odstawiła szklankę z napojem aloesowo-winogronowym. – To jest myśl! To jest właśnie nasz pomysł na następne wakacje! Wynajmiemy dom!

Lucyna popatrzyła na nią z wyrozumiałą troską, jak na wariatkę.

– Ty wiesz, ile ja zarabiam, prawda?

– Wiem, no i?

– I myślisz, że mogłabym sobie wynająć na wakacje dom?

Elwira rozłożyła swoje długie ramiona, co chyba miało symbolizować odległość.

– Gdybyś trochę przykróciła te antypody…

– Mianowicie? Jak bardzo przykróciła? – spytała przezornie Lucyna.

– Nie wiem, no… też nie mam rozeznania w cenach. Toskania?

Na krótką chwilę Lucyna dała się ponieść iluzji, że to możliwe. One dwie – i wspaniały kamienny dom. Dzień w dzień lazur nieba, jaszczurki wygrzewające się na słońcu, cudowna roślinność, jakaś urokliwa ścieżka nad morze, w żadnym stopniu nieprzypominająca tegorocznej greckiej patelni, przestronne pokoje, stylowe łoża, a choćby i nawet baldachimy, kolacje na tarasie z zapierającym dech widokiem na winnice i cedry…

„Już – cichutko szepnęła jej do ucha proza życia. – Nie rozkręcaj się. Wiesz, jak jest”.

Wiedziała jak cholera.

– El, ty wiesz, ile płacę kredytu za mieszkanie? – spytała uprzejmie.

– Z grubsza.

– Tak: grubszą część tego, co zarabiam. Do tego czynsz i opłaty. Z tego, co zostaje, mogę sobie najwyżej wynająć dom w Koziej Wólce. A i to z tobą na spółkę.

Elwira obrzuciła ją pełnym uznania spojrzeniem.

– Ty wiesz, że znowu masz rację? Właściwie dlaczego od dobrych paru lat pomijamy opcję krajową?

– Bo lubimy, żeby było ciepło? – odpowiedziała pytaniem na pytanie Lucyna.

– Ostatnie lata pokazały, że i u nas bywa tropikalnie. A gdyby do tego poszukać stylowego domku w fajnym miejscu… To nawet jakby tam czasem lunęło czy coś, to i tak będzie miło. Żadnych bachorząt wrzeszczących na stołówce. Żadnych tupotów. Żadnych obcych ludzi w ogóle. My dwie, kominek, drewniana podłoga, poroże jelenia…

– Tylko nie poroże jelenia – zastrzegła Lucyna z odrazą.

– No nie wiem. Gdyby to była na przykład leśniczówka w głębi boru, to poroże byłoby jak najbardziej na miejscu… – Elwira postanowiła się trochę podroczyć.

– Środek boru odpada. Gubimy się w lesie – przypomniała trzeźwo Lucyna. – Oraz ja się boję kleszczy. I skrajnych odludzi.

– Ojej, no to pod lasem, co za różnica! A najbardziej bycze kleszcze żyją ponoć na łąkach. Chodzi o samą koncepcję wyjazdu innego niż wszystkie dotąd! Nie jak nasze studenckie pod namiot czy do schroniska. Nie jak ostatnie all-inclusive’y w lastminutach po taniości. Dorosło, nietuzinkowo i europejsko! – Elwira sięgnęła po resztkę wina. Ten aloes jej zupełnie nie wchodził.

– Uważasz? – Lucyna niełatwo się zarażała optymizmem przyjaciółki. – Ale czy polskie kwatery nie bywają ciasne i obskurne?

– Nie mówimy o kwaterach!!! Tylko o wynajęciu całego domu!! Dla nas tylko! – zdenerwowała się Elwira. – Poza tym na czym opierasz swoje przekonanie? Kiedy ostatnio jeździłaś turystycznie po Polsce, hę? Chyba z tym słomianym wdowcem, co cię omamił trzy lata temu i zabrał gdzieś na zadupie?

– Do Krotoszyna – uściśliła Lucyna szeptem i spłonęła rumieńcem. Zapał, z jakim wdepnęła wtedy w ten krótki związek, oraz przykre odkrycie, że facet miał żonę i dzieci, do dziś napawały ją podwójnym wstydem: za brzydki postępek i własną głupotę.

– To mogę ci obiecać, Krotoszyn sobie darujemy. Przynieś laptopa. Są takie portale z domami do wynajęcia. Zobaczymy, co tam dają.

Lucyna posłusznie skierowała się do sypialni, gdzie wczoraj wieczorem porzuciła komputer.

– Proszę. – Postawiła go przed Elwirą, dyskretnie zdmuchując okruszki z klawiatury.

Elwira sprawnie wstukała w wyszukiwarkę hasło: „dom do wynajęcia na wakacje” – i faktycznie już po chwili ekran zalały dziesiątki internetowych wersji folderów turystycznych. By w tym zupełnie nie zginąć, trzeba było nieco ograniczyć kryteria wyszukiwania.

– Wybierz region.

– Bo ja wiem? Może góry?

– W górach chwiejna pogoda.

– Mazury?

– Komary.

– No to morze.

– Pomorze Zachodnie? Mierzeja Wiślana? Hel?

– Hel – zdecydowała Lucyna, bo brzmiał najniewinniej.

Elwira jeszcze bardziej zawęziła wyszukiwanie i chwilę czekała na efekty.

– Półwysep Helski. Mamy – powiedziała w końcu. – Chodź, patrz.

Jako pierwsze wyskoczyły dwie wille w Chałupach – jedna w stylu absurdalnego w tym miejscu polskiego dworku, druga – ultranowoczesna, płaska, przeszklona, z bajecznym widokiem na morze. „Sauna, jacuzzi, możliwość zorganizowania wieczoru miłości dla dwojga. Rezerwacja first minute – tylko tysiąc złotych za noc poza sezonem!” – zachęcał migoczący baner reklamowy.

Lucyna tęsknie westchnęła.

– Określimy jeszcze ceny – ukróciła te nostalgie Elwira. – Jak dużo jesteśmy skłonne dać za noc? Pamiętając, że jeszcze będziemy musiały się wyżywić i rozerwać?

– Do stówy? – wysunęła nieśmiało Lucyna. – Na łebka – uściśliła dzielnie. Do lata pozostał szmat czasu, zdąży uciułać, ile trzeba.

Elwira przesunęła suwak z cenami maksymalnie w lewo i na polu bitwy ostały się trzy domki. Dwa wyglądały odpychająco, ale trzeci…

– Ooo! – jęknęła nagle Lucyna.

– Co: „ooo”?

– Ten jest bardzo ładny!

– „Kaszubski domek dla dwojga. Sypialnia, pokój dzienny z otwartą kuchnią, weranda. Pełne wyposażenie kuchni, doskonałe położenie”. – Elwira przebiegała wzrokiem przez tekst ogłoszenia.

– Bardzo klawy – przyznała.

– Właściwie mogłabym tam jechać już teraz. Na króciutko, na przykład na weekend – zadeklarowała Lucyna.

– „Dostępny wyłącznie w sezonie” – poinformowała Elwira, doczytując dalszą część ogłoszenia. – Czyli nie mają ogrzewania albo nie chce im się doglądać turystów poza sezonem.

– Albo po prostu przez resztę roku sami w nim mieszkają. – Lucyna dołączyła do zabawy w gdybanie.

– Może – przyznała Elwira. – Nieważne. Bierzemy go?

– Ale już? Czy to nie jest trochę szaleństwo? Kto wie, co będzie za rok?

– Ja wiem. Ty wiesz – ucięła Elwira. – Ceny wzrosną, a wolnych miejsc nie będzie. Zostaniemy z ręką w… No. Na lodzie.

Fakt.

– Dobra. To rezerwuj. W jakim terminie i na ile?

– Krócej niż na dwa tygodnie się nie opłaca, bo nie wypoczniemy. Termin bym wzięła pierwszy wolny, najlepiej od razu na początku sezonu, od kiedy tam go liczą?… W ten sposób będziemy mieć wszystko świeżo wysprzątane, może nawet trochę odnowione, kto wie? Potem, jak się zacznie ruch, to już tylko po łebkach będą pewnie lecieć. Od połowy czerwca można. Perfekt i ekstra!!! Jeszcze nie będzie takiego obłożenia na plaży! Rezerwuję! Tak?

Ostatni raz spojrzała na przyjaciółkę, której wyraźnie coś jeszcze nie dawało spokoju.

– No, co tam? Gadaj.

– Nic, nic, dom jest świetny! Taki w sam raz… dla nas. Tylko tak sobie pomyślałam… Wiesz, życie jednak ciągle płynie naprzód… A jeśli do przyszłego lata… no wiesz, kogoś sobie przygruchamy? I byśmy go… ich… ewentualnie chciały ze sobą zabrać? To ten domek jest za malutki. Jedna sypialnia tylko.

Elwirę nie pierwszy raz zdumiewała pesymistyczna zapobiegliwość Lucyny. Lucy jak nikt potrafiła się martwić na zapas i wynajdywać dziurę w całym. Elwira miała jednak długoletnie doświadczenie w rozpędzaniu tych jej czarnych chmur.

– To wtedy się będziemy martwić. Albo raczej cieszyć.

Rozdział 2. Sześć miesięcy wcześniej

Rozdział 2

Sześć miesięcy wcześniej

– Zawsze w niedzielę robi mi się niedobrze. Już od południa boli mnie głowa i żołądek. Gdy tylko pomyślę, że za kilkanaście godzin muszę znowu iść do pracy, to aż mnie mdli.

– Wiąże pan te dolegliwości z pracą? Na pewno nie kryje się pod nimi nic innego?

– Nie, na pewno nie. Ja po prostu nie znoszę mojego szefa. Tępy, nadęty głupek. Typ spadochroniarza, którego koledzy zawsze podniosą po nieudanym skoku i usadzą za innym wygodnym biurkiem. A potem inni muszą się z tym kretynem męczyć. Nie dość, że się nie zna, to jeszcze dręczy wszystkich, psychopata jeden.

– Rozumiem, że te cechy są nieusuwalne i nie ma szans, by on się zmienił?

– A skąd! Sama pani najlepiej wie, że psychopaci są niereformowalni. Chore głowy po prostu.

– Taaak… Wydaje się zatem, że jedyne rozwiązanie w pańskiej sytuacji to odejście z pracy.

– Ale dlaczego ja mam odchodzić? To on jest szurnięty! Poza tym mam niezłą pensję, kredyt i nie chcę szukać czegoś innego!

– Rozumiem, ustaliliśmy już jednak, że aby dana sytuacja nie wpływała na życie destrukcyjnie, należy ją zaakceptować lub zmienić. Innej drogi nie ma. W pana przypadku akceptacja nie jest możliwa, zatem pozostaje zmiana. Nasz czas dobiegł końca, proszę wykonać zadanie domowe: na kartce u góry napisze pan „zmiana pracy”, w kolumnie po lewej minusy, w kolumnie po prawej plusy. Porozmawiamy o tym za tydzień.

Elwira była wykończona. Po czterech sesjach marzyła już tylko o kieliszku wina. Byle jakiego, grunt, że z procentami. Skończyła psychologię, bo chciała pomagać ludziom. Bardzo chciała i nadal chce, ale jak pomóc komuś, kto się przed tą pomocą wzbrania ze wszystkich sił? Chociażby ten ostatni facet, analityk Piotr. Co tydzień do niej przyłazi, siada w fotelu i w kółko opowiada o swoim szefie. Jasne, szef to świr, należałoby go odizolować od społeczeństwa, ale jeśli się nie da, to społeczeństwo powinno się odizolować od niego. No czego tu nie rozumieć? A ten Piotr siedzi, dzieli włos na czworo i stęka. Jezu, jak ją to wkurza. Potrząsnęłaby nim, szarpnęła za tę markową koszulę, no ale nie może, po prostu nie może. Raz, że etyka, dwa, że kasa. Albo w odwrotnej kolejności. O, to samo z tą Beatą. Mąż ją zdradza, a ta płaci co tydzień sto dwadzieścia złotych, żeby się głośno pozastanawiać, co z tym zrobić. Elwira z solidarności jajników za free by jej powiedziała, że zrzucić ze schodów. Ale ona się upiera, hamletyzuje, że druga szansa, że może to jej wina, że ma już czterdzieści jeden lat i na pewno zostanie sama. To czterdzieści jeden lat szczególnie Elwirę ubodło. Sama miała trzydzieści pięć i uważała, że wszystko przed nią. O ile, oczywiście, przeżyje te sesje coachingowe. Przydałaby się jej superwizja, oczyszczające wsparcie. Luśka nada się znakomicie.

– Hej, to ja. Co robisz?

– Przygotowuję kartki świąteczne.

– A nie można jakichś kupić? Chyba nie brakuje? Nawet u mnie pod domem w kiosku widziałam całkiem ładne.

– Nie, nie. One mają być takie bardziej spersonalizowane. Oddające ducha firmy, poczekaj, mam tu napisane wytyczne: „życzenia kojarzące się klientowi z firmą i jej asortymentem; przez dobre świąteczne konotacje wzmocnimy przywiązanie klienta do marki”.

– Rany, ale bełkot.

– No, może tak. Ale pomysł chyba nie taki zły? Żeby się wyróżnić. Tylko jak? Siedzę i nic nie mogę wymodzić, jakoś mi brak inwencji. Myślami jestem już w Lublinie, u mamy.

– Jedziesz jutro?

– Jadę. Są imieniny ciotki, mamie zależy, żebym też przyjechała. I fajnie, bo nawet to lubię, w Lublinie można odpocząć, złapać trochę oddechu od tego warszawskiego pędu.

Elwira za nic by nie chciała wyhamować. Myśl o weekendzie w Lublinie przyprawiła ją o gęsią skórkę. Co tam robić? Pół godziny na Starówkę i tyle. Reszta to jakieś rudery albo bloki. I nuda.

– To w czym rzecz?

– Bo będzie jak zawsze. Najpierw mama zapyta o faceta, a potem ciotka, babcia, sąsiadka i poleci. Że wiek Chrystusowy, a ja sama. I żebym wracała do Lublina, bo widać w stolicy mi mąż niepisany.

Elwira, której stan posiadania faceta był taki sam jak Lusi, czyli zerowy, nic sobie z tego nie robiła. Na pewno nie doszukiwała się winy w sobie, tylko w mężczyznach. To raz. Dwa – nie miał jej specjalnie kto dręczyć, bo mama, pielęgniarka, pracowała w Szwecji i widywały się na tyle rzadko, że nie było sensu psuć tych spotkań jakimiś przesłuchaniami. No i w Skandynawii obyczajowość inna niż w takim Lublinie – dopuszcza singielstwo i nakazuje tolerancję.

– To może wymyśl jakiegoś chłopaka na potrzeby wizyt w domu?

– E, no coś ty. Przecież się wyda.

– Niekoniecznie. Możesz go potem wysłać do pracy za granicę. Albo na misję. O, jeszcze lepiej – uśmiercić. Pogrążysz się wtedy w żałobie i będziesz mieć spokój na jakiś rok.

Lusia westchnęła. Życie w wykonaniu Elwiry było takie proste. Szast-prast i już. Każdy problem się rozwiązywało, o powodzeniach nie pamiętało, a przyszłością nie zadręczało. Niby takie proste, ale Lusi jakoś nie szło. Zresztą ona nie chciała mieć spokoju, chciała mieć faceta.

– Nie potrafiłabym. Na kilometr po mnie widać, że zmyślam.

– To fakt. No to cierp. Znaczy akceptuj.

– Ta… A coś ci przychodzi do głowy z tymi życzeniami?

– Nie. Chociaż poczekaj, mam! „Radości i czystości w bród”. I narysowany brodzik. Bo rozumiesz – bród – brodzik. Albo tak: „Dobrego jak z rogu obfitości”. A zamiast tego rogu prysznic, taki pod sufitem, z którego, jak woda, płyną te dobre życzenia. O, i jeszcze: „Nie zakręcaj kurka z dobrymi myślami”. To już bardziej na Nowy Rok.

– Fantastycznie! Tradycyjne życzenia, ale forma nowoczesna. I pomysł jest. I kojarzy się z łazienką i naszą firmą. Jesteś świetna, mogłabyś pracować w reklamie.

– Jeśli mnie ten coaching wkurzy, to rozważę. Na razie jednak nie będę zmieniać bebechów na armaturę. À propos właściwie to dzwoniłam, bo chciałam odreagować. To ja szukałam pociechy.

– Ty? Elwira, ty nigdy nie szukasz pociechy. Ty organicznie nie lubisz, gdy ktoś się nad tobą użala.

– Fakt. Ale jestem zmęczona. Początek grudnia, chłodno, ponuro, wieje, szaro. Ludzie marudzą, słońca nie ma, wino wszystkiego nie załatwi. Wakacje by się przydały.

– No! Wpisałam sobie w kalendarz, pod datą piętnastego czerwca – Jurata, domek na wydmie, ulica Morska trzy. Nawet go narysowałam. I sobie wizualizuję. Pomaga, mówię ci.

Elwira się uśmiechnęła. Pocieszna ta Lusia. Już ma kalendarz na przyszły rok. Zapisała datę i adres. Zaraz pewnie ją zapyta o bilety.

– A, i wiesz co? Pomyślałam sobie, że mogłybyśmy już kupić bilety. W promocji „wcześniej – taniej”.

– Pół roku wcześniej?

– Na pewno mają. Może nawet na pendolino by nas było stać? Dobra, to ja ogarnę te kartki i sprawdzę połączenia. Słuchaj, kończę, żeby tu nie utkwić do dwudziestej. Pa!

– Pa! – powiedziała Elwira.

Czekał ją samotny weekend z kocem, winem i książką. Zapowiadało się całkiem przyjemnie. W końcu po całym tygodniu wypełnionym spotkaniami z ludźmi trochę ciszy i spokoju jest nieodzowne.

Rozdział 3. Trzy miesiące wcześniej

Rozdział 3

Trzy miesiące wcześniej

Po nijakiej zimie przyszła bardziej zdecydowana wiosna. Słońca nadal było jak na lekarstwo, ale gdy już się pojawiło, przyjemnie ogrzewało twarze i plecy. Zmarznięte brudne bryły lodu – pamiątka po krótkotrwałych opadach śniegu – dogorywały na ulicach. Ziemia powoli odtajała, uwalniając zapach nowego życia.

Elwira już zupełnie zrezygnowała z tradycyjnych porad terapeutycznych i całkowicie przestawiła się na coaching. Nieprzyjazność aury i brak interesujących mężczyzn dokoła pomogły jej się zmobilizować i stworzyć program, który ułatwiał jej klientom przechodzenie przez trudne sytuacje życiowe. „Zmiana w życiu, życie w zmianie – praktyczny plan odnowy”. Chętnych nie brakowało. Elwira wpadła bowiem na świetny pomysł – wydrukowała trzy tysiące ładnych ulotek ze swoją ofertą i razem z Lusią roznosiły je po biurowcach Mordoru. „Klient na wyciągnięcie ręki – cieszyła się Elwira. – Na pewno chwyci. To jak sprzedawać paski cukrzycowe w cukierni albo plastry na placu zabaw. Zbyt gwarantowany”.

Rzeczywiście. Klienci się posypali. Lucyna uważała, że to smutne – tyle niespełnionych ludzi dokoła niej. Mija ich na wąskich uliczkach, w windzie, w stołówce, przechodząc przez parking. Chcieliby mieć pasieki na Mazurach, plantację lawendy w Prowansji, piec ekologiczne wegańskie ciasta albo szyć stroje dworskie, a muszą co rano wskakiwać w garsonkę lub garnitur, półtorej godziny przebijać się do biura, osiem godzin wpatrywać w monitor, nie przysypiać na przeciągających się zebraniach, za jedyne rozrywki mając wyjazdy integracyjne, wyprzedaże w Galerii Mokotów, abonament do siłowni i bezpłatne szczepienia przeciw grypie. Elwira zaś podchodziła do sprawy pragmatycznie. Po pierwsze, dzięki nim ma na chleb. Po drugie, jeśli przychodzą, to znaczy, że jeszcze nie jest z nimi tak źle, bo mają marzenia i wiarę w ich spełnienie. Próbowała nawet namówić Luśkę, żeby i ona się przyjrzała swojemu życiu, czy aby na pewno najbardziej na świecie kręcą ją bidety i kabiny prysznicowe, ale – jak podejrzewała – duch rewolucjonisty jeszcze się w przyjaciółce nie obudził. Może zresztą zawsze będzie sobie smacznie i nieświadomie pochrapywał? Lusia bowiem wydawała się generalnie zadowolona ze swojego życia. Z jego przewidywalności i gładkości. Metro i tramwaj co rano, kanapka kupowana w sklepie za rogiem, poranna kawa latte z podwójnym mlekiem, paprotka na parapecie, katalog z ofertą łazienkową cztery razy w roku, firmowy świąteczny obiad we włoskiej knajpie na Ochocie, miłe wakacje.

Właśnie, wakacje. Może w tym roku wyjątkowo zabierze się do kupowania letniego outfitu wcześniej? Potem to jednak są problemy – niby wszystkiego w tych sklepach po kokardę, ale kiedy człowiek chce czegoś konkretnego, to albo rozmiaru brak, albo kolor inny został. Lusia będzie się denerwowała, że nie zdążą, że źle wygląda w tym kostiumie, że znowu wszystko na ostatnią chwilę. To niech ma. Na tym polega przyjaźń – myśli się o potrzebach drugiej osoby.

Lucy, idziemy w sobotę na zakupy? Do Factory? Kostium, klapki, pareo – wystukała SMS.Czas najwyższy. W piątek pensja, sobota pasuje.

Załatwione. Tak powinno wyglądać życie.

Rozdział 4. Dzień wcześniej

Rozdział 4

Dzień wcześniej

Trzy miesiące przeleciały nie wiadomo kiedy. Po majówce zaczęły się upały, których końca nie widzieli nawet najbardziej sceptyczni synoptycy. Słońce przypiekało, zapowiadając wyjątkowo udany sezon urlopowy.

– Widzisz, nie było się co cykać. – Elwira radośnie klepnęła Luśkę po plecach. – Masz te swoje kanikuły, i to za polską stawkę.

– No przecież się nie cykałam. Od razu się zgodziłam, nawet bilety na pociąg kupiłam nam dużo wcześniej. Jestem pozytywnie nastawiona i zmotywowana.

Elwira się roześmiała.

– Wiem. Droczę się. Super, że jedziemy. Czuję, że będziemy się bawić do upadłego.

– Jasne. Tylko wiesz co… Powiem ci to teraz, bo trochę mnie to dręczy, a po tym szkoleniu w sprawie uzależnień to jeszcze bardziej…

– Bierzesz coś? Ej, Lucy, wszystko dla ludzi, ale z głową. Ja ci nie pomogę, bo na uzależnieniach się nie znam. To inni spece obstawiają.

– Nie, nie ja. No coś ty. O ciebie mi chodziło. Bo… no tak jakby trochę za dużo ostatnio pijesz. Można dobrze spędzać czas bez alkoholu…

– Ja? Oszalałaś! Pełna kontrola.

– Ostatnia impreza świadczy o czymś innym. Zalałaś się w trupa.

– E, byłam zmęczona, na głodniaka. Wypadek przy pracy. Obiecuję – żadnych trupów na wyjeździe.

– Dobra. To co, jutro na Centralnym o czternastej dwadzieścia?

Rozdział 5. Dzień 1

Rozdział 5

Dzień 1.

Podróż mijała w cudownej atmosferze. Pendolino gnało z Mazowsza ku Bałtykowi, oferując przyjemny komfort. Walizki leżały na szerokich półkach w korytarzu, Lucyna i Elwira siedziały w wygodnych niebieskich fotelach, przy stoliku, naprzeciwko siebie. Przed nimi stały zakupione w Warsie ziemniaki z koperkiem i twarogiem, obok przewodnik po Półwyspie Helskim.

– To co tam pani dla nas ma, pani kierownik? – Elwira wyciągnęła się, opierając stopy o podłokietnik.

– Fokarium na Helu. Urocze foczki szare: Bubas i Agata.

– A jakieś rozrywki dla dorosłych dają?

– Nie mów, że nie lubisz fok. One mają takie słodkie oczka.

– Pewnie, że lubię. Po prostu jestem ciekawa całego programu kulturalnego.

– Port wojenny też jest.

– A coś pomiędzy portem i fokami?

– Czytałam o fajnej knajpce z boską zupą rybną.

– O, widzisz! O to właśnie chodziło. Coś dla ciała, coś dla ducha.

– À propos ciała. Idę się wysikać, bo już jesteśmy na półwyspie, trzeba się będzie zbierać. Ty pilnuj, żebyśmy się nie zgubiły.

– Czy ja cię kiedyś sprowadziłam na manowce?

Pytanie pozostało bez odpowiedzi, bo Lucyna już zniknęła w korytarzu.

– Lucy, ruchy. Tablicę widzę. Piękne „J” na horyzoncie.

– Dobra, już. Poczekaj, tylko jeszcze sprawdzę pod fotelami, czy niczego nie zostawiłyśmy.

Peron był malutki, jak wszystko dokoła. Od razu przeszły na drugą stronę torów i schowały się w miłym cieniu nadmorskiego pasma lasu.

– Dobra, to dokąd teraz?

– W prawo i potem w lewo. Ta Morska wije się od wydm do stacji. To chyba gdzieś tam.

Poszły, ciągnąc za sobą plastikowe skorupy walizek. Kółka zapadały się w piach, żywiczny zapach otumaniał, słońce nawet przez korony drzew pokazywało swoją moc.

– Daleko jeszcze? – jęknęła Elwira.

– Nie bądź jak osioł ze Shreka.

– Przecież dopiero pierwszy raz zapytałam!

– Ale za szybko. Nie wynajęłyśmy domku na peronie.

– A szkoda. No dobra, ale wiesz, dokąd idziemy?

– Tak. Trochę to inaczej wyglądało na mapie, ale kierunek mamy dobry. Patrz, tam droga skręca i widać płot z tabliczką.

Po chwili stały przy drewnianym ogrodzeniu. Do płowego drewna sztachet przybito niebieską tablicę: Morska 1.

– Miało być trzy – powiedziała Lucyna – ale nie widzę tu żadnego innego domu. Ten jest chyba jedyny.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki