Wydawca: Wydawnictwo JK (Aha, Feeria) Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 287 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jak pokochać freaka - Rebekah Crane

Zander ma 16 lat, maniakalnie wyrywa sobie włosy i marzy o tym, żeby wszyscy zostawili ją w spokoju. Najlepiej czuje się, będąc po prostu nigdzie, czyli wewnątrz swojej głowy. Rodzice jednak każą jej opuścić to bezpieczne miejsce i wyjechać na letni obóz dla zaburzonych nastolatków. Do którego – jej zdaniem – nie pasuje. Sądzi, że jej współobozowicze są totalnymi wariatami. I faktycznie, wszyscy mieszkańcy obozu dryfują gdzieś na granicy diagnozy i życiowej katastrofy. Współlokatorka Zander, Cassie, określa siebie jako maniakalno-depresyjną anorektyczkę z chorobą dwubiegunową. Grover Cleveland (zupełnie jak jeden z prezydentów USA), słodki, ale niestabilny emocjonalnie chłopak, w kółko mówi o swojej przyszłej schizofrenii. I jest jeszcze Bek, uroczy, ale patologiczny kłamca. Z czasem, mimo wszystko, między terapią grupową a zakazanymi nocnymi wypadami zaczynają się tworzyć niezwykłe przyjaźnie. W palącym słońcu stanu Michigan Zander i trójka nastolatków ujawnia przed sobą swoje dramatyczne tajemnice. Zander czuje niezwykły pociąg do Grovera i nawet zaczyna się zastanawiać, czy ewentualnie, kiedyś, być może mogłaby być szczęśliwa. Ale najpierw musi porzucić nadzieję na to, że kiedykolwiek uda jej się poskładać rozsypane kawałeczki samej siebie…

Opinie o ebooku Jak pokochać freaka - Rebekah Crane

Fragment ebooka Jak pokochać freaka - Rebekah Crane

POZNANIE SIEBIE

ROZDZIAŁ 1

Mamo i Tato, kazali mi to napisać. Na obozie jest w porządku. Wkrótce się zobaczymy.

Z

PS Ze mną też wszystko w porządku… nawet jeśli Wy uważacie inaczej.

Drzwi do domku zamykają się na klucz od środka. Wciąż z torbą na ramieniu gapię się na srebrną klamkę, pod którą znajduje się zamek, jakby miała przemówić. Coś takiego nie może być legalne.

– Zamykamy drzwi tylko na noc, ze względów bezpieczeństwa. Zresztą, ja też tutaj śpię – mówi Madison, bawiąc się kluczem zawieszonym na szyi. Dotyka mojej ręki. Patrzę, jak pięknie pomalowane paznokcie wbijają się w moją skórę. Purpurowy lakier tworzy na nich perfekcyjnie lśniącą powłokę.

– Tu jest niebezpiecznie? – pytam.

Madison nie spieszy się z odpowiedzią. Posyła mi jeden ze swoich półuśmiechów i przekrzywia głowę, jakby się zastanawiała, co teraz powiedzieć. Bierze do ręki swój długi brązowy warkocz i przygląda się jego końcówce.

– Zamykamy się przed niedźwiedziami. – Wyrywa włos z rozdwojoną końcówką.

– Nie przypuszczałam, że tu będą niedźwiedzie.

– Istnienia wielu zjawisk z tutejszych lasów ludzie nie chcą potwierdzić. Ale głowa do góry. Dlatego ja tu jestem. – Ponownie dotyka mojej ręki.

Madison ma na sobie koszulkę koloru myśliwskiej zieleni z logiem obozu na przodzie i czarne bojówki do kolan. Jaskrawy lakier kłóci się z jej biwakowym strojem. Inna bajka.

– Pamiętam swój pierwszy obóz. Byłam cała w nerwach – mówi Madison.

– To było tutaj?

– Nie… – Madison zawiesza głos. Bawi się koszulką, wygładza jej przód. – To był obóz jeździecki w Kalifornii.

Madison wygląda na dziewczynę z na tyle bogatego domu, że mogła jeździć konno, nosić różowe koszulki polo i białe szorty w wieloryby. To by idealnie pasowało do jej lakieru do paznokci.

– Ja się nie denerwuję – zapewniam.

– To dobrze – odpowiada z uśmiechem. – Rozgość się tutaj i spotkamy się za pół godziny w Kręgu Nadziei.

– W Kręgu Nadziei. Dlaczego tam? – pytam.

– Bo jeśli brakuje nam nadziei, Zander, nie mamy niczego. To najlepsze miejsce, żeby zacząć. – Dotyka mojej ręki i zanim odchodzi, jeszcze raz się do mnie uśmiecha. Kiedy się odwraca, warkocz smaga ją po plecach.

– To żadna odpowiedź – mruczę, a jakiś komar brzęczy mi przed nosem. Odganiam go, ale natychmiast wraca. Drzwi zamykane od wewnątrz i tylko jeden klucz to problem w razie pożaru. Na pewno. Coś takiego jest totalnie wbrew przepisom. Może udałoby się to zgłosić i doprowadzić do zamknięcia całej imprezy, ale wtedy musiałabym wrócić do domu.

Rzucam swoją torbę. Uderza z głuchym łupnięciem o betonową podłogę. Poza tym zimnym betonem pod stopami wszystko w tym wnętrzu jest z drewna – łóżka, ściany, szafki. Siadam na gołym materacu jednego z tych łóżek i przeczesuję dłońmi włosy, odrobinę za mocno ciągnąc. Wypada mi się przy tym kilka czarnych pasem. Jakoś nie mogę się pozbyć tego nawyku, choć moje włosy robią się przez to jeszcze cieńsze, a i tak są wątłe.

– Kurczę blade – mamroczę pod nosem.

Drzwi otwierają się na oścież i z hukiem walą w drewnianą ścianę. W progu staje dziewczyna ubrana w najbardziej skąpą koszulkę na ramiączkach i najkrótsze czerwone szorty, jakie kiedykolwiek widziałam.

– Gadanie do siebie to zły znak – mówi, kreśląc palcem wskazującym kółko tuż przy skroni. Rzuca swoją torbę na łóżko. Gapię się na nią, nic na to nie poradzę. Nie ma stanika. Co za dziewczyna chodzi w cienkiej białej koszulce bez stanika? Jej ciemnobrązowa skóra prześwituje przez materiał. Całkowicie. Nawet sutki.

– Czego? – warczy na mnie.

Do tego jest chuda, takim rodzajem chudości, za jaki trafia się do szpitala. Bardziej pasowałoby do niej określenie szczapa. Sama skóra i kości.

Siada na łóżku i krzyżuje długie nogi.

– Jestem Cassie – przedstawia się, ale nie wyciąga ręki. – Wiem, to imię dla tłuściocha. – Nie czeka, aż podam swoje imię, tylko przystępuje do wywalania na łóżko zawartości swojej sportowej torby. Przyglądam się tej stercie ciuchów, wypatrując jakiegoś stanika, ale widzę jedynie żarówiastoróżowe bikini, kuse szorty i krótkie koszulki w przeróżnych kolorach. Cassie zgarnia całe naręcze tych rzeczy, mówiąc:

– Rozumiem, że już poznałaś Madison. – Wtyka je do szuflady, nie zawracając sobie głowy składaniem ich czy choćby rozdzieleniem. Po prostu upycha tam cały ten chaos. – To pieprzona debilka.

Nie przestając mówić, Cassie podnosi pustą już torbę do góry dnem. Na łóżko kaskadą sypią się opakowania tabletek.

– Zawsze mówię, że ci opiekunowie to idioci. Nawet nie klepią po kieszeniach. – Dziewczyna odkręca jedną z buteleczek. – Nie gap się. To nieładnie – dodaje.

– Przepraszam. – Spuszczam wzrok na swoje ręce.

– Jaja sobie robię. Wszyscy się gapią, zwłaszcza tutaj. – Cassie wyciąga do mnie garść pigułek, częstuje. – Odchudzające. Chcesz trochę?

Przecząco potrząsam głową.

– Nie cierpię tabletek.

– Jak sobie chcesz, ale ja na twoim miejscu trzymałabym się z dala od makaronu w stołówce. – Cassie wydyma policzki i celuje we mnie palcem. Nie potrafię się powstrzymać; muszę się sobie przyjrzeć. Nikt nie nazwałby mnie chudzielcem, ale gruba też nie jestem. Mama nigdy by do tego nie dopuściła.

Ciągnę za swoją żółtą koszulkę, żeby mnie nie opinała.

– Zapamiętam.

Wrzuca sobie tabletki do ust i połyka bez popitki.

– A więc czemu tu jesteś? – pyta.

– Co?

– Z powodu głuchoty? – Cassie udaje przejętą i powtarza głośniej, podkreślając każde słowo: – Czemu tu jesteś?

– Nie jestem głucha.

– Pewnie, że nie, kretynko. To nie ten typ obozu.

Bawię się swoją koszulką. Strącam z niej komara. Czemu tutaj jestem? Jeśli spojrzeć na tę dziewczynę naprzeciwko, to w niczym nie jesteśmy podobne. Nie powinno się mnie upychać w jednej grupie z nią. Zgniatając tego komara w palcach, odpowiadam:

– Jestem tutaj, bo rodzice mnie zapisali.

Cassie śmieje się tak głośno, że odbija się to echem w prawie pustym domku. Przez ten hałas mną telepie.

– No i jeszcze jedna.

– Jeszcze jedna?

– Pieprzona debilka, a do tego kłamczucha.

Prostuję się. Dziewczyna, która na śniadanie wcina tabletki odchudzające i nie nosi staników, nazwała mnie kłamczuchą?

– Ohoho. Czyżbym cię wkurzyła? – drażni się ze mną Cassie.

– Nie – zaprzeczam.

– Nic na to nie poradzę. Mam chorobę dwubiegunową, psychozę maniakalno-depresyjną połączoną ze skłonnością do anoreksji. Diagnoza własna. Niekiedy wydaje mi się też, że jestem chłopakiem w ciele dziewczyny. – Wstaje. – Ale przynajmniej szczerze mówię, kim jestem. Bo pamiętaj, autentyczni wariaci nie wiedzą, że zwariowali.

Pakuje tabletki z powrotem do sekretnej kieszeni w swojej torbie, którą następnie wpycha pod łóżko. Przed wyjściem zerka jeszcze na mój bagaż z wypisanym na nim imieniem.

– Zander? Tak się nazywasz? – Kręci głową. – No. Zdecydowanie wariacko. Miłego gadania do siebie, Zander.

Znika za drzwiami. Przez moment się zastanawiam, czy o ukrytej w jej torbie apteczce nie powiadomić Madison, ale coś mi mówi, że zrażenie do siebie Cassie na najbliższe pięć tygodni to nie najlepszy pomysł.

Nabieram do płuc ciężkiego powietrza i podnoszę wzrok na drewniany sufit. Wystarczyłaby jedna zapałka, by to wszystko sfajczyć, gdybym znalazła sposób na wilgotność powietrza. Tyle tylko, że spalenie domku oznaczałoby odesłanie mnie do domu i potwierdzenie słów Cassie – że jestem wariatką. A ja nie mogę być wariatką. Za bardzo uszczęśliwiłoby to moich rodziców. A jeśli chodzi o powrót do domu, nie mam ochoty tam trafić. Nie do takiego, jaki jest teraz.

Rodzice nawet nie zapytali, czy chcę tu przyjechać. Ogłosili to, kiedy kilka miesięcy temu siedzieliśmy przy kolacji. Okręcałam spaghetti wokół widelca, a oni rozmawiali o mnie, jakby mnie wcale nie było w pokoju. Tak dla ścisłości, następnego dnia czekał mnie wielki test z francuskiego i w myślach odmieniałam czasowniki w passé composé.

J’ai mangé

Tu as mangé

Il a mangé

Nous avons mangé

Vous avez mangé

Ils ont mangé

– Właśnie dlatego powinna pojechać – żaliła się moja mama, cały czas mówiąc o mnie tak, jakby mnie tam nie było.

Te koniugacje weszły mi już w nawyk. Na koniec roku dostałam piątkę z plusem.

– Kiedy wrócisz, to wszystko będzie już tylko wspomnieniem. Staniesz się innym człowiekiem – powiedziała mama w przeddzień mojego wyjazdu, kiedy siedzieliśmy z moim chłopakiem nad misą organicznych warzyw z dipem. Z Coopem chodziłam od dwóch lat. Naprawdę ma na imię Cooper. Nigdy mu tego nie mówiłam, ale oba warianty uważam za równie okropne. Coop pasuje do futbolisty, który gwałci dziewczyny na randkach i miażdży sobie na łbie puszki piwa. A kiedy mówiłam do niego Cooper, czułam się, jakbym przywoływała psa.

Wrzuciłam sobie do buzi marchewkę i skinęłam głową mamie. Odgłos chrupania tak bardzo odbijał mi się w uszach, że zagłuszał słowa wszystkich w pomieszczeniu.

Kiedy opróżniłam tę miskę, zabrałam Coopa do mojego pokoju i się całowaliśmy. To był gwóźdź wieczoru. Chociaż Coop niezbyt dobrze się całuje. Trochę się ślini, jak jakiś pies Cooper. Kiedy zaczynało mi się nudzić, odmieniałam czasowniki. Pocałunki i koniugacje nawet do siebie pasują. Jedno i drugie może być francuskie.

Nie. Powrót do domu nie wchodzi w grę, więc wybieram szafkę i rozpakowuję rzeczy. Dzielę je na koszulki, spodnie i bieliznę, w tym stertę staników spakowanych mi przez mamę. W dniu wyjazdu postawiła torbę w nogach mojego łóżka i powiedziała:

– Masz. Skończone.

Po francusku mogłoby być fini.

Szkoda, że nie wymówiła tych słów lata temu, ale moja mama nie z tych, co rezygnują z kontroli.

Wybieram dolne łóżko z myślą, że tak łatwiej byłoby mi się wydostać, gdyby domek się palił i gdybym zdołała pokonać te zamknięte drzwi. Wyciągam z torby pościel, łącznie z kołdrą, którą spakowała mi mama, ale czuję się słabo. Wraca zmęczenie, zupełnie jakby przyciąganie ziemskie podwoiło siłę, a moje kolana gotowe były mu ulec. Mimo to zmuszam się do zaścielenia łóżka. Pamiętam nawet o podwinięciu prześcieradła pod materac, tak jak nauczyła mnie mama.

Po wszystkim przyglądam się swojemu zgrabnemu dziełu. Prosto do ucha brzęczy mi komar, zderzam więc dłonie, usiłując go zabić, ale nie trafiam. Chwilę później jest już z powrotem.

– Skubany. – Potrząsam głową, żeby się pozbierać. A łóżko wciąż wgapia się we mnie. Tak, jakby miało oczy, ciało i pod tą pościelą płuca, usilnie pragnące odetchnąć. Zabiegające o to i przegrywające. Bo przecież w końcu wszyscy przegrywamy. Każdy kiedyś opada na dno, choćby nie wiadomo ile razy ktoś wyciągał nas na powierzchnię.

Kiedy już nie mogę wytrzymać przypatrywania się pięknie zaścielonemu łóżku, wszystko na nim rozwalam. Wyszarpuję prześcieradło spod materaca, a cienką kołdrę w pastelowe kwiaty wpycham z powrotem do torby. Nie dbam o jej przykładne złożenie, chcę tylko, by zniknęła mi z oczu. Siadam na łóżku, bez tchu, i ciężko walczę o każdy haust powietrza.

Wolę co noc marznąć, niż spać pod czymś takim.

– Fini – mówię. Cholera. Znowu gadam do siebie. Rozglądam się, czy nikt mnie nie widzi. Jestem jednak sama. Rodzina została kawał drogi stąd, w Arizonie, a ja tkwię w samym środku Michigan. Strasznie bym chciała, żeby ten fakt mnie martwił, ale to byłoby doszukiwanie się we mnie czegoś, co nie istnieje. Jak by nie grzebać, nic nie znajdę. Już taka jestem pusta.

Wychodzę z tego domku na wilgoć i duchotę, niepewna, co mam zrobić. Jasne jest tylko jedno. Lepiej, żebym przestała gadać do siebie, bo ludzie tutaj źle to odczytają.

ROZDZIAŁ 2

Kochana Mamo i Prezydencie Cleveland,

prawdopodobieństwo odnalezienia miłości wynosi jeden do dwustu osiemdziesięciu pięciu tysięcy, natomiast szanse na zawarcie związku małżeńskiego to osiemdziesiąt procent. Widzę w tym pewną rozbieżność.

Wasz syn Grover Cleveland

Rodzice kilka miesięcy temu powiadomili mnie, gdzie dokładnie spędzę to lato. Ojciec pokazał mi wnętrze dłoni i wycelował blisko jej środka.

– To dokładnie tutaj, Zander. Tu właśnie znajduje się ten obóz – oznajmił. – Łapiesz? Michigan ma kształt rękawicy.

Nie zareagowałam, więc mama dodała:

– W Arizonie i tak jest latem beznadziejnie. Milion stopni ciepła. Będziesz zadowolona, że cię tu nie ma. – Spojrzała na tatę, ciasno zaciskając cienkie wargi. – Mimo że to może niewskazane, żeby wywozić cię na drugi koniec świata bez opieki rodziców.

– Już to uzgodniliśmy, więc nie przesadzaj, Nino. Ten obóz nie leży przecież w Indiach – odparł tata.

Rodzice spierali się o to przy kolacji, a ja przyglądałam się musze zmagającej się z pajęczyną. Świetnie rozumiałam tego owada. Jakkolwiek by się nie ruszył, i tak utknie w sieci. Po co ta cała walka? Kończy się tylko jeszcze większym uwikłaniem.

– Camp Padua dzieli się na siedem odrębnych sektorów. Kwatery chłopaków, kwatery dziewczyn, stołówka, kąpielisko, tory łucznicze, stajnie i przede wszystkim Krąg Nadziei. – To Madison oprowadzała mnie, jak tylko przyjechałam. Przeszła ze mną przez cały obóz, pokazując, co gdzie jest. – Masa opcji. Tego lata zapowiada się kupa zabawy. Nie zawsze… – Umilkła i spojrzała na mnie. – Ale do rzeczy. Na co się piszesz?

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.

– Wiesz, co cię kręci? – spytała ponownie Madison z uśmiechem.

Nie odpowiedziałam i Madison po jakimś czasie przestała na to liczyć. Prawda jest taka, że mnie nic nie kręci. Tak jest w życiu lepiej.

– Dziewczyny muszą się trzymać swoich kwater, a chłopaki swoich. Latem pewnie potrzebne jest trochę frajdy, ale nie chcielibyśmy z tym przesadzać – oświadczyła Madison, szturchając mnie w bok.

– Mam już chłopaka – odpowiedziałam.

Madison się ożywiła.

– Naprawdę? To świetnie. Pamiętam swojego chłopaka z liceum. Pierwsza miłość jest taka ekscytująca.

– My się nie kochamy – odparłam. – Po prostu lubi moje cycki.

Na tym zamknęłyśmy temat.

Pokazała mi stołówkę i ścieżki prowadzące do stajni. Na koniec zaliczyłyśmy tory łucznicze i ten cały Krąg Nadziei, który wszędzie indziej byłby miejscem na ognisko. Potem zabrała mnie nad wodę.

– Tu mamy jezioro Kimball. Wszystkim obozowiczom zalecamy, żeby do niego nie wchodzili, dopóki nie urządzimy sprawdzianów pływackich. Nie chcemy żadnych wypadków. – Madison przyjrzała mi się. – I pamiętaj o kremie z filtrem. Jesteś taka jak ja. Wystarczy pięć minut na słońcu i już schodzi z ciebie skóra.

Kiwnęłam głową. Mama lubi myśleć, że wdałam się w nią, rdzenną Amerykankę, o czym świadczą moje czarne głosy i migdałowe oczy, cera jednak dowodzi czegoś innego. Tu Madison ma rację. Po dłuższym przebywaniu na słońcu robię się jasnoczerwona. To pamiątka po tacie. Co do reszty jednak całkiem się myli. W niczym jej nie przypominam.

Na samą myśl o zimnej wodzie temperatura mojego ciała spada. Może i ten obóz nie jest w Indiach, ale wilgotność powietrza tego nie potwierdza. Akurat teraz włosy kleją mi się do karku i czuję, jak po plecach spływa mi pot.

Do Kręgu Nadziei idę okrężną drogą, żeby zajrzeć nad jezioro. Cały teren Camp Padua usiany jest drzewami. Tata, kiedy mnie tu przywiózł, zwrócił uwagę na to, jak tutaj zielono. Ledwie przejechaliśmy bramę obozu, powiedział:

– Wszystko tutaj jest takie pełne życia.

Skinęłam głową, ale nic nie powiedziałam. Za bardzo byłam skupiona na wysokim płocie z drutu, otaczającym ten ośrodek. Przez oka w siatce przeciskały się zielone gałązki drzew i krzaków.

Kiedy zapytałam, po co to ogrodzenie wokół obozu, tata odpowiedział:

– Żeby mieć pewność, że wszyscy tutaj czują się bezpiecznie.

– Bezpiecznie – powtórzyłam cicho. Oboje wiemy, że mimo najusilniejszych starań nie sposób zagwarantować komuś bezpieczeństwa. Nawet jeśli wyśle się go na lato do Michigan.

Schody na plażę biegną tuż obok ogromnej drewnianej stołówki, oddzielającej część terenu przeznaczoną dla dziewczyn od tej dla chłopaków. Na jeziorze nie widać ani jednej zmarszczki. Ścieram z policzka kroplę potu.

Większość obozowiczów jeszcze nie rozstała się z rodzicami – ciągle trwają pożegnania. Mój tata dał w długą zaraz po zgłoszeniu mnie w biurze przyjęć.

– Jeśli mam zdążyć na samolot, muszę już wracać na lotnisko – powiedział i pocałował mnie w policzek.

Nie miałam żalu. Czy pożegnanie jest długie czy krótkie, wychodzi na to samo. Nad jeziorem ściągam swoje stare, sfatygowane tenisówki i skarpety i zanurzam nogi w wodzie. Piasek przeciska mi się między palcami stóp niczym błoto, tyle że jest zimny. Przechodzi mnie dreszcz, od stóp i nóg, wzdłuż pleców aż po czubek głowy, i prawie natychmiast przestaję się pocić.

Wchodzę głębiej, tak że tafla jeziora sięga mi po kolana. Nie widzę dna i swoich stóp, woda jest zbyt mętna i pełna wodorostów. Można by się w nich zaszyć i całkiem… zniknąć.

Zamykam oczy i wyobrażam sobie, jakby to było pogrążać się w warstwach zimnego mułu, aż opadnie się na samo dno. Jakby się tonęło w jednym z gęstych koktajli szpinakowych mojej mamy. Gdy robię kolejny krok, kolana uginają się jeszcze bardziej. Pod stopami mam nicość – olbrzymią połać pustki, w której można się po prostu pogrążyć. Presja odczuwania czegoś, a potem nieodczuwanie niczego nie istnieją. Jest tylko ciemność. Znam to miejsce. Już tam byłam.

– Hej, ty tam! – ryczy ktoś u szczytu schodów. Gwałtownie się odwracam, zaskoczona. Opiekun z blond włosami do ramion stoi jak strażnik więzienny, z rękami na biodrach. – Pierwszego dnia obozowiczom jeszcze nie wolno wchodzić do wody.

– Przepraszam – mówię, wciągając skarpety na mokre stopy.

– Udaj się, proszę, do Kręgu Nadziei. – Przed odejściem macha ręką w kierunku ogniska.

Kiedy tam dochodzę, obok Madison stoi Cassie. Wyjmuje z ust duży kawałek różowej gumy balonowej i obraca go w palcach. Widząc, że patrzę, owija go wokół środkowego palca i się uśmiecha. To nie jest autentyczny uśmiech. Bardziej ostrzeżenie, schowane pod gumą o smaku waty cukrowej.

– Tutaj, Zander – wyje do mnie Madison. – Zander, to jest Katie, Hannah, a to Dori. Cassie mówi, że już się poznałyście.

Cassie celuje długim, chudym palcem w dziewczynę o włosach barwy mysi blond i orzechowych oczach.

– Ta oto Katie jest z tych, co się opychają, a potem rzygają.

– Cassie – warczy Madison.

– No co? – Cassie odpowiada hardym spojrzeniem i chwyta Katie za rękę. – Widzicie jej paluchy do pawia? Skóra jest prawie całkiem zdarta od wpychania ich w głąb gardła. Na zaburzeniach odżywiania to ja się znam.

Katie wzrusza ramionami i mówi:

– Ona ma rację.

– Widzicie? Powinnam robić tu za opiekunkę. – Cassie znów patrzy na mnie. – Hannah się tnie. Patrzcie, jakie ma długie rękawy, choć to pieprzony środek lata. Założę się, że te tłuste graby od góry do dołu są pociachane.

Hannah krzyżuje ręce, rzeczywiście osłonięte rękawami granatowej koszuli.

– Nie jestem gruba – prostuje, ale słowom o cięciu nie zaprzecza.

– A Dori ma depresję, co już staje się nudne. Wszystkim nastolatkom dokucza deprecha. To ona najlepiej nam wychodzi.

– Myślę, że już wystarczy. – Madison kładzie dłoń na ramieniu Cassie, ta jednak ją strząsa. Kieruje wzrok na mnie i informuje grupę:

– A Zander jest tutaj, ponieważ rodzice ją zapisali. – Przekrzywia głowę i cała czwórka dziewczyn parska śmiechem. – Ale ja ją przyłapałam na gadaniu do siebie, więc nie wykluczam zwielokrotnionej osobowości.

– Nie mam zwielokrotnionej osobowości – zaprzeczam.

– Schizofrenia? – pyta Hannah. Jej ciemnobrązowe oczy skupiają się na mnie, jakbym była szczurem laboratoryjnym.

– Nie. – Patrzę ze złością na Cassie.

– Dziewczęta, już dosyć. – Madison staje za mną i kładzie mi na ramionach obie ręce. Znów rzuca mi się w oczy jej nienaganny lakier na paznokciach. Niepotrzebnie przyszła mi z pomocą. Ja nikogo nie potrzebuję. Gdyby mnie kto pytał, chciałabym tylko, żeby wszystko i wszyscy zniknęli i dali mi spokój.

Wzruszeniem ramion zrzucam dłonie Madison i przenoszę się w inne miejsce kręgu. Do tamtej grupy nie pasuję. Nie lubię widoku krwi, nie mówiąc już o zadawaniu sobie bólu, a zmuszanie się do wymiotów? Nie znoszę tego, jak rzygam, a drobiny jedzenia trafiają mi do nosa. Czemu ktoś miałby ochotę robić to celowo?

Przesuwam się przez morze stłoczonych tu obozowiczów, usiłując znaleźć miejsce, gdzie mogłabym być sama, z dala od wszystkich. Możliwe, że rodzicom nie chodziło o to, żebym się tego lata izolowała, ale nigdy nie zapytali mnie, czego ja chcę. Gdyby to zrobili, można by było tego wszystkiego uniknąć. Nie musiałabym tkwić tutaj razem z prawie półsetką młodzieży, otoczona przez tabun opiekunów i innego personelu. Do tego bez szans na ucieczkę. W potrzasku.

Kiedy jakiś starszy facet w takiej samej koszulce Camp Padua jak Madison staje na ławce i trzy razy klaszcze w ręce, krąg nieruchomieje i cichnie. Ja sama zastygam w bezruchu.

– Jedynym sposobem na odnalezienie się… – krzyczy.

– …jest przyznanie, że się zgubiliśmy – dopowiada chórem reszta opiekunów.

– Witajcie w Camp Padua – kontynuuje pośród ciszy tamten. Brązowe włosy bezładnie spadają mu na czoło, utyka je więc za uszami, zanim pociągnie dalej temat. Wygląda na starszego od Madison, ale młodszego od moich rodziców. Ma może trzydzieści kilka lat i na swój sposób jest przystojny, urodą prezesa jakiegoś studenckiego bractwa. – Jestem Kerry, właściciel Camp Padua. Chcę was tu wszystkich dzisiaj powitać. – Kiedy się uśmiecha, wygląda jeszcze korzystniej. – Założyłem ten obóz przeszło dziesięć lat temu w nadziei, że będę pomagał takim jak wy nastolatkom przechodzić przez trudny wiek. Miło widzieć zarówno znajome twarze, jak i te nowe. Jeżeli będziecie czegoś potrzebowali, bez wahania przychodźcie do mnie, żeby porozmawiać. Celem tego lata jest otwarcie się, uwolnienie i powrót do waszego prawdziwego ja. Każdy z opiekunów przeszedł rygorystyczne szkolenie, przygotowujące go do tego, aby pomagać wam podczas pobytu w obozie. Chcemy, żebyście mieli fajne lato. A żeby było fajne, będziecie musieli przestrzegać zasad optymalnego bezpieczeństwa.

Kiedy Kerry zaczyna je wyliczać, zalewa mnie fala zmęczenia. W nogi i kręgosłup wkrada się odrętwienie, przez chwilę mam nawet wrażenie, że zasnę na stojąco. To najwspanialsze uczucie, jakiego tego dnia doznałam, czyste zapadanie się w otępienie. Gdy dochodzi do zakazu trzymania w domkach jedzenia, omal nie podnoszę ręki, żeby zapytać, czy wcinanie tabletek odchudzających jak cukierków liczy się jako odżywianie, ale taki ruch wymagałby wysiłku. Zamiast tego patrzę więc w ziemię, grzebię w niej butem i powtarzam koniugacje.

J’ai fini

Tu as fini

Il a fini

– Zasada numer cztery: jeżeli bierzecie jakieś leki, musicie to kontynuować też na obozie. Pani pielęgniarka będzie wydawać wszystkie tabletki w centrum medycznym w godzinach porannych i wieczornych. Zawsze też możecie się do niej zgłosić, jeśli odczujecie zmianę nastroju lub najdzie was obawa, że możecie sobie zrobić krzywdę.

Nous avons fini

Vous avez fini

– Jak tak się słucha tego gościa, można by pomyśleć, że to obóz dla wariatów. – Podnoszę wzrok na stojącego obok mnie chłopaka. Ma jakieś sto tysięcy metrów wzrostu. Żeby na niego patrzeć, muszę osłaniać oczy przed słońcem.

– Ja nie myślę, że to miejsce dla wariatów. Ja to wiem – mówię szeptem.

– „Dla młodzieży niestabilnej psychicznie lub emocjonalnie”, zdaje się, że tak to sformułowano w folderze. Niestabilny emocjonalnie jest praktycznie każdy nastolatek, a przynajmniej chłopcy. Ja myślę o seksie ze sto razy dziennie. I to zdecydowanie świadczy o niestabilności emocjonalnej. Fizycznej zresztą też. – Chłopak zerka na swoje krocze.

– Aż tyle myślisz o seksie?

– Tak.

Znów patrzę na Kerry’ego. Nie wiem, co miałabym powiedzieć temu chłopakowi. Już zaczął rozmowę o seksie, a jeszcze nawet nie wiem, jak mu na imię.

– I o jedzeniu – szepcze chłopak.

– Co?

– O jedzeniu. Chłopcy dużo też myślą o jedzeniu. – Nachyla mi się do ucha. – Na wypadek, gdyby cię to ciekawiło.

Kiwam głową, nie bardzo wiedząc, dokąd to zmierza.

– Mam ci teraz powiedzieć, o czym myślą dziewczyny?

– Nie. Wtedy będę musiał się nad tym zastanawiać, a już jestem zajęty rozmyślaniem o jedzeniu i seksie. Myślenie ma swoje granice. – Stuka się w skroń. – Nie chcę ich rozszerzać. Niestabilność emocjonalna, wiesz przecież.

– Racja – odpowiadam i wracam do wgapiania się w ziemię. Co kilka sekund jednak podnoszę na niego wzrok. Jest chudy i pod każdym względem długi, i na studiach pewnie nabierze odpowiedniej wagi, ale teraz jeszcze przemiana materii następuje u niego tak szybko, że pewnie nie może nadążyć z jedzeniem. Brązowe włosy spadają mu na niebiesko-brązowe oczy za duże do jego twarzy, co nadaje mu wygląd postaci z kreskówki, chociaż nie księcia. Prędzej szalonego pomagiera.

– Zasada numer dziesięć – ogłasza Kerry prawie krzykiem. – Chłopcy śpią w kwaterach dla chłopców. Dziewczęta w kwaterach dla dziewcząt.

Chłopak obok mnie podnosi rękę, żeby zadać pytanie.

– A co z dziewczynami, które przypuszczają, że są chłopcami? Gdzie ona śpią?

Kerry krzyżuje ręce na piersi.

– W kwaterach dla dziewcząt.

– Chciałem się tylko upewnić. – Chłopak odpowiada Kerry’emu kiwnięciem głową i uśmiecha się do mnie. Żołądek mi się ściska, zupełnie jak po dwudziestu pięciu brzuszkach na sali gimnastycznej. Dziwi mnie to uczycie.

– Tak przy okazji, jestem Grover – szepcze chłopak. – Grover Cleveland.

ROZDZIAŁ 3

Cher Papa,

J’ai été enlevé par des étrangers. S’il te plaît, envoie de l’aide.

Cordialement1 Alex Trebek

Kerry tłumaczy nam, że codziennie będziemy wybierać z wachlarza różnych możliwości spędzenia czasu, od działań artystycznych i rękodzieła po jazdę konną, ale im dłużej mówi, tym trudniej jest mi się skoncentrować na czymś innym niż stojący obok mnie chłopak.

– To wy określacie swoje ścieżki – tłumaczy Kerry. – Opiekunowie są po to, by was prowadzić, ale jesteście już wystarczająco dorośli, żeby samodzielnie podejmować decyzje. Jedynym, czego codziennie wymagamy, to udział w sesji terapii grupowej w waszych domkach. – Kończy przemowę i informuje nas, że za godzinę będzie kolacja. Choć słońce świeci mi w oczy, wpatruję się w tego kolesia obok.

– Grover Cleveland? Jak ten prezydent? – pytam.

Grover kiwa głową i sięga do tylnej kieszeni. Wyciąga notesik i długopis.

– A ty jesteś?

Odsuwam się o krok od niego i przelatuję w myślach listę zaburzeń, jakimi sypnęła Cassie.

– Czy ci się zdaje, że jesteś Groverem Clevelandem, czy to twoje prawdziwe dane?

– Kluczowa jest tu właśnie kwestia prawdziwości. Ty jesteś prawdziwa?

– Tak, jestem prawdziwa.

Grover stuka się długopisem w brodę i potrząsa głową.

– Ale nawet gdybyś była urojeniem, i tak byś twierdziła, że jesteś prawdziwa, żebym tak właśnie myślał. Wypytywanie więc nic mi nie da.

– Słucham?

– Próbuję ustalić, czy jesteś prawdziwa.

– Właśnie ci powiedziałam, że jestem.

– To niczego nie dowodzi. Nadepnij mi na nogę.

– Co? – pytam.

– Nadepnij mi na nogę.

– Nie mam zamiaru cię deptać.

Grover stuka językiem o podniebienie.

– Cholera, jesteś urojeniem.

– Nie jestem urojeniem.

– To czemu nie nadepniesz mi na nogę?

– Bo sprawiłoby ci to ból.

– Fizyczny, możliwe, ale by się zagoiło. Natomiast zranisz mnie bezgranicznie, jeśli okażesz się urojeniem – odpowiada Grover. Wysuwa przed siebie stopę. – Śmiało, wytrzymam.

– Nie mam zamiaru cię deptać – powtarzam głośniej. – A ty nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Czy uważasz się za Grovera Clevelanda, czy jesteś Groverem Clevelandem?

– Jestem Groverem Clevelandem.

– Prezydentem?

– W praktyce tak.

Chowam twarz w dłoniach.

– O Boże.

– Nie, Grover. – Zaczyna coś pisać na kartce.

– Co robisz? – Zerkam przez palce i całkiem się prostuję, żeby zobaczyć, co ma w notesie.

– Notatki.

– Na jaki temat?

– O tobie. – Grover długo mi się przygląda i wraca do pisania. – Czarne włosy. Oczy piwne. Wygląda na jakieś szesnaście lat. Skąd jesteś?

– Z Arizony.

– Dziwne. Nie znam nikogo z Arizony – mówi, wciąż pisząc.

– Co w tym dziwnego?

– To po prostu interesujące, że moja pierwsza halucynacja jest z Arizony.

– Nie jestem halucynacją – oświadczam z jeszcze większym naciskiem.

Grover szczerzy się i nie przerywając notowania, mówi:

– Miły uśmiech.

– Uważasz, że mam miły uśmiech?

– Jeszcze tego nie wiem. Dotąd się nie uśmiechałaś. To hipoteza. Planuję przeprowadzenie licznych eksperymentów, żeby sprawdzić, czy tak jest faktycznie. – Zapisuje w swoim notesie jeszcze kilka rzeczy. – Wiedziałaś, że prawdopodobieństwo posiadania autentycznie zielonych oczu wynosi jeden do pięćdziesięciu?

– Co?

– To fakt. – Grover wkłada długopis do ust. – Cholernie byłoby szkoda, gdybyś się okazała nieprawdziwa.

Policzki mnie palą i wbijam wzrok w ziemię.

– Już ci mówiłam. Jestem prawdziwa.

– Ktoś musi rozstrzygnąć ten spór. Chodź. – Grover łapie mnie za rękę i ciągnie pod słupek z piłką na uwięzi tuż koło stołówki. Kółeczko gapiów patrzy, jak Cassie kopie w piłkę przyczepioną sznurem do słupka. Z wrednym uśmiechem raz po raz wali nią w głowę jakiegoś chłopaczka, nie więcej niż trzynastoletniego.

– Leżysz i kwiczysz, pierdoło! – krzyczy, kiedy wygrywa. Koleś, z którym grała, odbiega z płaczem.

– Hej, Patyczak! – woła Grover. – Musisz mi pomóc.

– Rewelacja. – Wyrywam się Groverowi, bo już nadchodzi Cassie, a jej nieskrępowane stanikiem cycki podskakują pod koszulką.

– Co jest, Cleve?

– Wy się znacie? – pytam.

Cassie przewraca oczami i nie odpowiada.

– W czym mam ci pomóc?

Grover się uśmiecha i wskazuje mnie palcem.

– Widzisz ją?

– Niestety tak. – Cassie wypycha biodro do przodu. – Zander naprawdę istnieje, Cleve.

– Zander? Jest więc prawdziwa i ma imię. Miło mi cię poznać, Zander. – Wyciąga do mnie dłoń.

Przyglądam się jej, bo jeszcze nie wiem, czy rzeczywiście chcę poznawać kogoś z tego obozu. Kiedy tak rozważam podanie mu ręki, ucisk w żołądku powraca. Jest niepożądany i niemiły, więc pozbywam się go głębszym wdechem, a do Grovera tylko macham. Raz.

– Skoro więc ustaliliśmy, że jesteś prawdziwa… – Grover kołysze się na piętach, wpatrzony w swoją wciąż pustą dłoń, a potem ją opuszcza. – Co cię sprowadza w ten piękny zakątek Michigan, Zander?

Cassie wybucha śmiechem.

– Zander jest tutaj, bo „rodzice ją zapisali”.

Grover zakręca długopis.

– Interesujące.

– Nie zanotujesz tego w swojej książeczce? – pytam.

– Zapisuję tylko rzeczy na tyle ważne, żeby nigdy o nich nie zapomnieć.

– A więc chodzisz z notesem, żeby nie zapomnieć?

– Nie – zaprzecza Grover. – Żeby sobie przypominać.

– Co przypominać? – pytam.

Obrzuca wzrokiem obóz i zaciąga się tak, jakby wąchał kwiaty.

– Jak było dawniej.

Cassie staje obok Grovera. Wreszcie sprawia wrażenie, jakby się czymś przejęła.

– Cleve to PW.

– PW? – dociekam.

– Przyszły Wariat – odpowiada Grover, chowając notes w tylnej kieszeni. – Kiedyś mnie to czeka.

– Skąd wiesz?

– Mój tata rozmawia z nieżyjącymi prezydentami.

– I oni mu powiedzieli? – pytam.

Grover odrzuca głowę do tyłu i wybucha śmiechem.

– Jedni dziedziczą po rodzicach zielone oczy. Inni schizofrenię. Jak widać, nie dostały mi się zielone oczy.

– A więc to imię…

– Mój ojciec darzy ogromną miłością dawnych prezydentów. I miał to szczęście, że nasze nazwisko pasuje.

– Ale przecież z tobą jest wszystko w porządku? Co więc tutaj robisz?

Grover kieruje na mnie te swoje wielkie niebiesko-brązowe, kreskówkowe oczy.

– Niektórym wystarcza czekanie na to, co nieuchronne. Ja nigdy nie lubiłem czekać. Jak to jest z tobą, Zander?

Przełykam gulę, która nagle rodzi mi się w gardle. Fini. Skończone. Kres to zawsze kres, kiedy by nie nadszedł. Czekanie tylko przysparza bólu. Luźny kosmyk łaskocze mnie w kark, trę więc sobie tam skórę odrobinę za mocno.

– Nienawidzę czekać – przyznaję.

– Człowiek się tylko bardziej broni. – Oczy Grovera jeszcze chwilę się mocno we mnie wpatrują, a potem chłopak chowa ręce w kieszeniach. – Jeśli czeka mnie taka przyszłość, równie dobrze mogę już teraz zacząć się z nią oswajać. Mój tata był PW do czasów studiów i pewnych zajęć z historii, kiedy to w drzwiach pojawił się Teddy Roosevelt. Zakładam, że jeśli mi szczęście dopisze, mam jeszcze przed sobą kilka dobrych lat.

– Skąd się znacie z Cassie?

Grover obejmuje ją za szyję.

– Patyczak i ja przyjeżdżamy tu od ósmej klasy. – Uśmiecha się do Cassie i szepcze jej coś do ucha tak cicho, że nic nie słyszę. Poklepuje przednią kieszeń swoich dżinsów.

– O co chodzi? – pytam.

– Nie twoja sprawa. – Cassie patrzy na mnie złym wzrokiem. – W imię obozowej przyjaźni, Cleve, powinnam cię ostrzec. Zander fatalnie robi laskę.

Grover sięga po swój notes, ale go powstrzymuję.

– Wcale nie. I nie zapisuj tego!

Śmieje się.

– Zamierzałem jedynie zapisać, że Zander wygląda słodko, kiedy się rumieni.

Łapię się za policzki.

– Wcale się nie rumienię.

– Ale przyznajesz, że już robiłaś laskę? – naciska Cassie.

Piorunuję ją wzrokiem.

– Mam chłopaka.

– A to pech – mówi Grover.

– Ma na imię Coop.

– Podwójny pech. Nie mów, że gra w futbol.

– Gra – potwierdzam.

– Chcesz powiedzieć, że nie powinienem robić sobie nadziei?

Wpatruję się w rozszerzone oczy Grovera. Obserwują, jak na niego patrzę. Przez to, że odbija się w nich słońce, wyglądają, jakby zaraz miały popłynąć z nich łzy.

– Zakneblujcie mnie – mówi Cassie, gdy nagle słychać dźwięk dzwonu. Mną aż rzuca.

– Po co? Przecież sama świetnie sobie radzisz – odpowiada Cassie Grover, wskazując na jej za chude ciało. – Daj spokój. Mój niestabilny emocjonalnie mózg domaga się pożywienia. Chodźmy coś zjeść. – Rusza w stronę stołówki. Cassie tuż za nim. Ja wciąż stoję i może dlatego komar gryzie mnie w nogę. Odganiam go i drapię się w to miejsce. Grover ogląda się przez ramię z uśmiechem. Na co czekam?

Jeśli mam się męczyć z tymi owadami jeszcze przez pięć tygodni, warto będzie pożyczyć jakiś sprej.

* * *

W stołówce odstajemy swoje w kolejce, a potem łapię za owinięte w serwetkę sztućce i plastikową tacę. Jedzenie wyłożono na długim stole, jak w bufecie, pozostaje mi więc dokonać wyboru. Uwzględniono wszelkie typy żywności żółtej – łącznie z makaronem, frytkami, białym pieczywem i syropem kukurydzianym o wysokiej zawartości fruktozy. Moja mama byłaby wstrząśnięta. Coop, ilekroć przyjdzie do mnie do domu, żali się, że u nas nigdy nie ma co jeść. Mama uwielbia to prostować. „Jedzenia w tym domu nie brakuje. Rzecz w tym, że ty przywykłeś do tego śmieciowego”. Potem proponuje mu miskę winogron lub batonik muesli.

Odpuszczam sobie żółte i kieruję się do baru sałatkowego na samym końcu stołów. Napełniam talerz jak największą liczbą kolorów tęczy – zieleniną, żółtą papryką, czerwonymi pomidorami i czarnymi oliwkami, a zamiast sosu do sałatki biorę łyżkę twarożku. Nawet biorę wodę, rezygnując z mleka, żeby się nawodnić.

Kiedy mijam kosz jabłek, stopy odmawiają mi posłuszeństwa. Wpatrzona w stos owoców, podnoszę jedno jabłko i przysuwam je do twarzy. Jego gładka powierzchnia tak połyskuje w przyćmionym żółtawym świetle stołówki, że czerwona skórka wygląda bardzo apetycznie. Ma właściwości odżywcze, przez chwilę więc rozważam dodanie go do swojej tacy.

– Zastanawiasz się, czy nie zjeść zakazanego owocu? – pyta zza moich pleców Grover.

Nie odrywam wzroku od jabłka.

– U nas w domu się ich nie je.

– Alergia?

– Nie.

– Czyli ogólna niechęć?

Nie mogę się przemóc, chociaż zjedzenie jabłka mogłoby mi dobrze zrobić. Odkładam je. Za nami zrobiła się już kolejka.

– Coś w ten deseń – przyznaję i biorę bułkę pełnoziarnistą. Bez masła.

Siadamy z Cassie i Groverem przy wolnym stole. Podczas gdy na jego tacy piętrzy się makaron z serem i paluszki z kurczaka, Cassie wystarcza mizerna porcja sałaty lodowej i pięć marcheweczek.

– Ta sałata nie ma wartości odżywczej. – Wskazuję jej tacę. – To praktycznie sama woda.

– A wyglądam ci na zainteresowaną wartościami odżywczymi? – Cassie odrywa liść sałaty i wpycha go sobie do ust.

– Raczej nie – przyznaję i przystępuję do łamania mojej bułki na trzy części. Kiedy byłam mała, mama nauczyła mnie, że to grzecznie podzielić coś na trzy kawałki. Nie bardzo rozumiem, co takiego niegrzecznego byłoby w dwóch lub siedmiu, czy na przykład w trzech milionach, ale mama stanowczo obstaje przy zasadach savoir-vivre’u i wszystkim, co liściaste i zielone. Trzyma się tego jak jakiejś kamizelki ratunkowej, która miałaby uchronić ją przed utonięciem, choć przecież łamanie kromki na trzy części nikogo nie uratuje. A jeśli za mocno się czegoś trzymamy, to coś zmarnieje nam w rękach.

Znów zerkam na tamten kosz pełen jabłek. Ale nawet mama byłaby ze mnie zadowolona, że zostawiłam go w spokoju.

– Zander – mówi Grover.

– Co takiego?

– Masz nadzieję, że te okruszki doprowadzą cię do domu? – Z uśmiechem wskazuje moje ręce. Podziubałam swoją bułkę na mnóstwo kawałeczków i zasypałam nimi stół. Czym prędzej je zbieram i odkładam na tacę.

(fr.) Drogi tato, zostałem porwany przez obcych. Proszę, wezwij pomoc. Pozdrawiam [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki