Opis

Eden Martelli jest zbyt pochłonięta ucieczką z sideł śmierci, by uświadomić sobie, że zmierza prosto w ramiona miłości.

 

Klucząc wiejskimi drogami, ona i jej oniemiały synek, zmuszeni są kryć się przed ludźmi. Zatrzymani przez awarię samochodu, bez grosza przy duszy i szans na nocleg – nie mają żadnego pomysłu na przetrwanie Bożego Narodzenia w Summer Harbor.

 

Pomocny i zaradny Beau Callahan doskonale rozwiązuje problemy… innych ludzi. Odszedł z biura szeryfa, aby prowadzić rodzinną plantację choinek świątecznych, ale nadal nie pogodził się ze śmiercią rodziców i nie ma sił, by stawić czoła samotności podczas świąt.

Kiedy na progu jego domu staje poszukująca pracy Eden, Beau widzi w niej odpowiedź na swoje modlitwy. Kobieta budzi zaufanie, jest bardzo sumienna i… ujmująco piękna. Z czasem okazuje się jednak, że skrywa wiele tajemnic.

 

U progu Bożego Narodzenia Eden dopada przeszłość.

Beau zrobiłby wszystko, by ją chronić, ale kto ochroni jego przed uczuciem do kobiety, która boi się zaufać komukolwiek?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 362

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

Denise ‌Hunter

Jak płatki śniegu

Tom ‌I z serii Summer ‌Harbor

TłumaczenieAnna Rojkowska

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału:

Falling like ‌snowflakes. A Summer ‌Harbor novel.

Autor:

Denise ‌Hunter

Tłumaczenie z języka angielskiego:

Anna Rojkowska

Redakcja:

Lidia ‌Miś-Nowak

Korekta:

Natalia Lechoszest

Skład:

Alicja ‌Malinka

ISBN 978-83-65843-41-8

© 2015 ‌by ‌Denise ‌Hunter by ‌Thomas ‌Nelson, HarperCollins Christian Publishing ‌Inc.

© 2017 ‌for the Polish edition ‌by ‌Dreams Wydawnictwo

Rzeszów, ‌wydanie I

Dreams ‌Wydawnictwo Lidia ‌Miś-Nowak

ul. Unii Lubelskiej ‌6A, ‌35-310 ‌Rzeszów

www.dreamswydawnictwo.pl

Druk: Drukarnia Skleniarz

Wszelkie prawa ‌zastrzeżone. Żadna część ‌tej ‌publikacji nie ‌może być reprodukowana, ‌przechowywana jako źródło danych, ‌przekazywana w jakiejkolwiek mechanicznej, ‌elektronicznej lub innej formie ‌zapisu ‌bez pisemnej zgody wydawcy.

Od ‌Autorki

Droga Czytelniczko,

Witaj w mojej ‌nowej serii ‌książek z Summer Harbor! ‌Z ogromną przyjemnością przedstawiam Ci ‌braci Callahanów. ‌Inspiracji ‌nie ‌szukałam daleko. Jako ‌matka trzech synów, czasami ‌żartuję, że cierpię ‌na zatrucie testosteronem. ‌Ale taki typowo męski ‌dom bardzo ‌mi się podobał. ‌Z bliska mogłam ‌oglądać ‌ich przyjaźnie, wygłupy ‌i współzawodnictwo. Zawsze ‌jest to fascynujące i zabawne, ‌ale ‌szczególnie wtedy, kiedy z chłopców ‌wyrastają dorośli mężczyźni. ‌Mam ‌nadzieję, że spodobają Ci ‌się Callahanowie.

Zanim ‌zaczęłam ‌planowanie tej ‌serii, ‌nigdy wcześniej nie ‌byłam w Maine. A ponieważ moja ‌najlepsza przyjaciółka, ‌pisarka i pierwsza krytyczna ‌czytelniczka ‌Colleen Coble ‌również zamierzała ‌tam ‌właśnie ‌osadzić akcję swoich ‌książek, zdecydowałyśmy się razem ‌wybrać w podróż poznawczą. ‌Okazała się strzałem ‌w dziesiątkę! Poszarpane wybrzeże, ciche ‌porty, ‌serdeczni ludzie – ‌doskonałe miejsce na miłość dla naszych bohaterów. W wyniku burzy mózgów postanowiłyśmy, że nie tylko stworzone przez nas miasteczka będą blisko siebie, ale że w naszych powieściach pojawi się kilka tych samych postaci. Zatem w książce, którą bierzesz do ręki, możesz rozpoznać parę miejsc i osób z powieści Colleen. Mamy nadzieję, że wywoła to uśmiech na Twojej twarzy. Jeśli jednak jeszcze nie znasz książek Colleen, a chcesz pozostać na dłużej w kręgu wschodniego Maine, zainteresuj się jej serią „Nad Zatoką”.

A tymczasem zaopatrz się w ulubiony napój, usiądź wygodnie na fotelu i udaj się w podróż do wspaniałego miejsca o nazwie Summer Harbor.

Dużo błogosławieństwa,

Denise

Rozdział 1

Zdumiewające, na ile odwagi potrafi zdobyć się matka, jeśli zagrożone jest życie dziecka. Eden Martelli rzuciła okiem na mapę rozłożoną na desce rozdzielczej. Była gdzieś na północny wschód od Bar Harbor, na biegnącej wzdłuż wybrzeża autostradzie nr 1. W którymś miejscu musiała źle wybrać drogę – a to już stawało się u niej nawykiem.

Skupiła się na ginącym w oddali paśmie asfaltu, czując, że ciężar zmęczenia pochyla jej ramiona. Ileż to czasu minęło od ostatniej drzemki? Jak cudownie byłoby położyć się choćby na kilka godzin na łóżku hotelowym.

Micah spał wsparty o drzwi od strony pasażera, ściskając w ramionach ukochanego misia. Poprzestawiały mu się pory dnia. Żałowała, że syn nie zobaczy urokliwych przystani i mnóstwa kolorowych boi kołyszących się na wodzie.

Zerknęła w lusterko wsteczne. Od Ellsworth jechał za nimi zielony minivan z młodą kobietą za kierownicą i dwójką dzieci z tyłu.

Silnik niespodziewanie głośno zakasłał i Eden z niepokojem spojrzała na kontrolki. Miała aż pół baku benzyny, a silnik się nie grzał. Jej buick liczył sobie już dwadzieścia trzy lata, tylko o dwa mniej niż ona. Kupiła go za tysiąc dolarów w Jacksonville na Florydzie. Nie był wart wiele, ale miał ich tylko zawieźć cało do Loon Lake w Maine.

Jakiś czas temu zaryzykowała rozmowę z komórki na kartę, której się od razu pozbyła. Karen zdziwiła się, słysząc jej głos. Nie rozmawiały ze sobą, odkąd Karen z córką przeprowadziły się do Sacramento, kiedy Eden była na ostatnim roku studiów. Karen była dla niej jak matka. Powiedziała, że jej dom w Loon Lake stoi pusty. Ma zamiar go sprzedać. „Naturalnie, że możesz tam pomieszkać – powiedziała. – Oczywiście, nikomu o tym nie powiem”.

Dzięki temu będą mieli gdzie się zatrzymać. Postara się o nową tożsamość, o nowe życie dla siebie i syna.

Kiedy przejeżdżali przez Atlantę, zastawiła pierścionek zaręczynowy i obrączkę. Nie dostała tyle, ile były warte, ale przynajmniej wystarczy, póki Eden nie uruchomi z powrotem swojej firmy, WhiteBox Designs. Musiała porzucić klientów, lecz zrobi wszystko, żeby do niej wrócili.

Rozległ się głośny łoskot i serce podeszło Eden do gardła. Dźwięk utrzymywał się, a kiedy wreszcie umilkł, spod maski zaczęły wydobywać się kłęby błękitnego dymu.

„Nie, nie, nie!!! Dlaczego masz taki talent do kupowania badziewia? Jesteś beznadziejna, Eden”.

Choć zdjęła nogę z gazu, łoskot nie ustawał, a do tego jeszcze poczuła zapach spalonego oleju. Włączyła światła awaryjne i po chwili minivan ją wyminął.

Jak okiem sięgnąć pustkowie, tylko zalesione wzgórza. Niedawno przejeżdżała przez miasto, ale jeśli nawet minęła jakąś stację obsługi, to jej nie zauważyła. Jej myśli zajęte były czymś innym. Robiła plany na przyszłość.

„No i wszystko wzięło w łeb”, pomyślała, patrząc na dym. W oddali ujrzała zieloną tablicę, więc wytężyła wzrok, starając się przebić przez ciemne kłęby.

SUMMER HARBOR 5 MIL – przeczytała.

Strzałka pokazywała na prawo, więc, z konieczności, Eden skręciła zgodnie z drogowskazem. Miała nadzieję, że miejscowość okaże się na tyle duża, że będzie się w niej znajdować warsztat. Po zakupie auta zostało jej tylko tysiąc pięćset dolarów i to musiało jej wystarczyć na nowy początek.

Serce się w niej tłukło. „To nie może się zdarzyć”. Byli tak blisko. Hałas pod maską nie ustawał, więc jechała powolutku, żeby nie zatrzeć silnika. Zaczął padać śnieg, duże, mokre płatki osiadały na szybie, jeszcze bardziej ograniczając widoczność.

Co robić?

„Najpierw to, co najważniejsze. Znajdź warsztat, Eden. Zapytaj o wycenę”.

Może to nic poważnego, tylko obluzowany przewód? Albo coś taniego. Może trafi na miłego mechanika, który zlituje się, widząc jej podkrążone oczy i nienaturalnie ciche dziecko.

Dwupasmowa droga prowadziła w górę i w dół, wiła się po niezliczonych zakrętach. Te pięć mil zdawało jej się, że jechali w nieskończoność. W końcu minęli napis „WITAMY W SUMMER HARBOR, prawa miejskie od 1895”. Wreszcie po lewej i prawej stronie drogi biegnącej wzdłuż nabrzeża pokazały się domy.

Szosa ostro schodziła w dół, po czym, bliżej centrum, zaczęła biec równo. Summer Harbor wyglądało jak z kartki z życzeniami świątecznymi: światła z malutkich sklepików i staroświeckich lamp migotały spod czystej śnieżnej pokrywy. Eden skręciła, rozglądając się za stacją obsługi, i w oczy wpadł jej kawałek skalistego wybrzeża.

Przy innej okazji chętnie by zwiedziła miasteczko. Najlepiej w lecie, kiedy, jak sobie to wyobrażała, roiło się od turystów i łódek poławiaczy homarów. Ale teraz, tuż przed Bożym Narodzeniem, również miało swój urok.

Nareszcie! W głębi alejki ujrzała stację benzynową, a przy niej malutki warsztat. Skręciła na parking i wyłączyła silnik. Nagle zapadła głęboka cisza.

Bardzo nie chciała budzić Micah. Od początku ich ucieczki nie wyspał się porządnie. Dotknęła jego ramienia i chłopiec aż podskoczył. Jak tylko się rozbudził, zesztywniał cały i spojrzał na nią rozszerzonymi oczyma przestraszonej gołębicy. Zaczynała nienawidzić tego spojrzenia. Żaden pięciolatek nie powinien doświadczyć tego, co on.

– Hej, malutki. Mamy problem z autkiem. Wyjdźmy rozprostować nogi, dobrze?

Wyciągnęła kurtkę z torby i pomogła synowi ją ubrać.

Idąc do warsztatu, nasunęła czapkę głęboko, zakrywając świeżo ścięte włosy. Obejrzała się za ramię, naciągnęła synowi kaptur na głowę i wzięła go za rękę.

W warsztacie był tylko jeden człowiek. Siedział przy kasie, z nogami opartymi o ladę, i sprawnie wystukiwał coś na iPhonie. Wyglądał na nastolatka, który na dziecinnej jeszcze buzi odważnie usiłuje zapuścić brodę.

Podniósł wzrok, a kiedy ich oczy się zetknęły, zaczerwienił się, spuścił nogi na podłogę i usiadł prosto.

– Dzień dobry. W czym mogę pomóc?

Uśmiechnęła się jak najcieplej.

– Auto mi się zepsuło, a trochę się spieszę. Jest jakaś szansa na to, żeby ktoś sprawdził, co się stało?

– Przykro mi. Nasz mechanik ma dzisiaj wolne. Ale w poniedziałek już będzie.

– A jest jakiś inny warsztat, gdzie mogłabym pojechać? Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze dziś ruszyć w dalszą drogę.

Wzruszył ramionami.

– Niestety, nie ma innego.

Zagryzła wargę. Powinna była trzymać się głównej drogi. „Tylko tak dalej, Eden. Następna głupia decyzja”.

– Nie mogę naprawić auta ani nic, ale znam się trochę na silnikach. Mógłbym zajrzeć pod maskę – zaproponował.

Spojrzała na niego z wdzięcznością.

– Naprawdę? Zrobiłby to pan? Bardzo mi zależy. Może to tylko obluzowany przewód? I mogłabym jechać dalej?

Podeszli do samochodu. Micah nie oddalał się od matki na krok. Eden wyjaśniła, że najpierw silnik zakaszlał, a potem zaczął się łoskot. W powietrzu czuć było zapach spalonego oleju, a kiedy podniosła klapę, wymknęły się spod niej resztki dymu.

Przyglądając się, jak chłopak szuka przyczyny awarii, zagryzła wargę. Po paru minutach uruchomił samochód, chwilę wsłuchiwał się w pracę silnika, po czym zgasił go i wysiadł.

– Myślę, że nawalił korbowód.

– A co to znaczy?

Spojrzał na nią ze współczuciem.

– Nic dobrego. Trzeba będzie przeprowadzić remont silnika.

– Remont! A ile to kosztuje?

– Nie jestem upoważniony...

– Bardzo z grubsza! Błagam. Nie będę uważała tego za wiążące.

Westchnął i zaczerwienił się.

– Normalnie w granicach od tysiąca do tysiąca pięciuset dolarów.

Zabrakło jej tchu.

– Prawdę mówiąc, wszystko zależy od silnika, ale ja nie jestem upoważniony do robienia wyceny. Przykro mi, że nie mam pocieszających wiadomości. Szkoda, że nie potrafię pomóc.

– A mogę prowadzić auto w tym stanie? Jadąc powoli?

– Daleko?

– Cztery, pięć godzin.

Pokręcił głową.

– Jazda tylko zwiększy uszkodzenie. A jeśli tłok przebije się przez ścianę silnika, samochód może się zapalić.

Eden westchnęła. Nie mogła ryzykować. Będzie musiała poczekać do poniedziałku, żeby zrobiono oficjalną wycenę, co oznacza spędzenie tutaj dwóch nocy.

– Wygląda na to, że przeczeka pani tu burzę.

– Jaką?

– Sześć do siedmiu cali śniegu, tak zapowiadają. Pierwsza tej zimy. – „Piersza”, powiedział, kiedy przez standardowy angielski zaczął przebijać się akcent z okolic Maine. – Śnieg ma padać całą noc i jutro cały dzień. Kawałek dalej i w lewo jest hotel oraz dobra knajpka „Obdarty Joe”, jeśli jesteście głodni. „Przydrożny Zajazd” jest kawałek drogi stąd, ale podają pyszny chowder. – Uśmiechnął się do Micah. – Lubisz śnieg? Mamy ładne pagórki, z których można pozjeżdżać. W hotelu wypożyczą wam sanki.

Micah przytulił się do matki.

– Mogę tu zostawić auto? I dostać wycenę w poniedziałek?

– Jasne, żaden problem. Proszę podać mi nazwisko i numer telefonu.

– O... Lepiej wpadnę zapytać. Dziękuję za pomoc.

Rozdział 2

Beau Callahan złapał stos listów z sofy i rzucił je na stół kuchenny. Gazety do śmieci. Bluza Rileya na fotel. Po pięciu minutach sprzątania prawie nie było widać, żeby bałagan się zmniejszał. Jak mógł doprowadzić dom do takiego stanu?

Drzwi nagle się otworzyły i wszedł Zac, przynosząc ze sobą powiew mroźnego wiatru i smakowity zapach pikantnych skrzydełek. Przydługie ciemne włosy miał przyprószone śniegiem. Zac był średnim bratem, tylko o rok młodszym od Beau, ale znacznie przewyższał go wzrostem. Potrafił szybciej niż ktokolwiek zapuścić brodę i teraz też miał nową.

– Przepraszam za spóźnienie – powiedział Zac, odkładając torbę i zrzucając płaszcz.

– Dzięki za skrzydełka.

– Gdzie Riley?

– Paige miała jakiś kryzys w pracy. Wyręczył mnie w odwiezieniu jej do miasta.

Miał nadzieję, że Paige będzie obecna podczas spotkania rodzinnego. Wprawdzie nie należała do rodziny, ale była bliską osobą. Od wielu lat przyjaźniła się z Rileyem, a teraz ona i Beau stanowili parę. Na początku dziwnie się czuł, chodząc z przyjaciółką brata, ale wyglądało na to, że sprawy się unormowały.

Wyjął kilka puszek coli z lodówki i postawił je na gołym stoliku kawowym w salonie. Ciotka Trudy nie widzi, więc nie będzie narzekać.

Zac rozejrzał się po pokoju.

– O rety. Co tu się stało?

– Wiesz, że ciotka jest w szpitalu, prawda? A my z Rileyem szykujemy się do otwarcia punktu sprzedaży choinek.

– Wiem, wiem. Jakoś to trzeba zorganizować. Dlatego zwołałem zebranie rodzinne. Potrzebujesz pomocy.

– Poradzę sobie.

– Zawsze się o nas troszczysz. Wróciłeś tu po śmierci ojca, rezygnując z pracy, żeby zająć się plantacją. Teraz pozwól nam zatroszczyć się o ciebie.

– Nie mam nic przeciwko. – Odkąd wiele lat temu pradziadkowie kupili gospodarstwo, rodzina zawsze miała całe hektary drzewek iglastych.

Beau wrócił do kuchni po papierowe talerze i rolkę ręczników. Prawdę mówiąc, wszystkie te problemy z plantacją sprawiały, że niekiedy tęsknił za swoją dawną funkcją zastępcy szeryfa. Stała, interesująca praca miała swoje plusy. Co nie znaczy, że nie lubił prowadzić plantacji. Tylko że wiązało się to z wieloma powodami do stresu.

Usiadł wygodnie na sofie w salonie i przełączył telewizję na kanał ESPN, gdzie pokazywano zajawki jutrzejszego meczu Patriotów.

Zac starannie wyjmował jedzenie ze styropianowych opakowań. Twarz miał kamienną, ale nie oszukał Beau. Zaledwie przed miesiącem, na tydzień przed planowanym ślubem, narzeczona Zaca wyjechała z miasteczka, nie zostawiając mu nawet kartki na pożegnanie. Od tej pory Zac nie miał od niej żadnych wiadomości. Był kłębkiem nerwów. Ciotka Trudy zawsze powtarzała, że Callahanowie kochają głęboko, ale tylko raz. Ze względu na Zaca Beau miał nadzieję, że nie jest to prawdą.

– Jak sobie radzisz? – zagadnął Beau. – Ostatnio rzadko się widujemy.

– Dobrze – odparł Zac i skrzywił się. – Mam już dość tego pytania.

Od wyjazdu Lucy Zac rzucił się w wir pracy w swojej restauracji. Beau całymi dniami go nie widywał. Wszyscy byli zajęci. Raczej nikt nie miał czasu na obecny kryzys.

Drzwi otworzyły się znowu i wszedł Riley. Był najniższy z braci, mniej niż metr osiemdziesiąt, ale miał szerokie ramiona i mięsiste ręce ojca. Mieszkał w domu rodzinnym razem z Beau i ciotką Trudy i zimą pomagał przy plantacji, a latem pracował przy połowie homarów.

– Cześć, chłopaki. – Riley podniósł głowę do góry i powęszył. – Niebiański zapach. – Położył rękę na ramieniu Zaca i spytał współczująco:

– Co u ciebie? Radzisz sobie jakoś?

Zac spojrzał na Beau wymownym wzrokiem.

Beau rzucił Rileyowi rolkę ręczników papierowych i rzekł:

– On ma już dość tego pytania.

– No, nie co dzień narzeczona...

Urwał, widząc błyskawice we wzroku Zaca.

– W porządku, w porządku – powiedział zgodliwie Riley. – A jak tam Patrioci?

Zabrali się do skrzydełek, oglądając zajawkę niedzielnej gry. Zza wirującego za dużym oknem śniegu nie było widać plantacji drzewek. Drobny biały pył zaczynał pokrywać ziemię.

– Na drogach już ślisko? – spytał Beau.

Riley skinął głową, nie przerywając żucia.

– Mam nadzieję, że Paige nie zabawi tam zbyt długo. – Paige prowadziła schronisko dla zwierząt. Kiedy potrzebował jej porzucony pies lub kot, potrafiła wszystko rzucić, żeby biec mu na pomoc.

– Jak się czuje ciocia? – spytał Riley.

Beau wytarł palce i ściszył telewizor, w którym zaczęły się reklamy.

– Wygląda na to, że jeszcze trochę będzie przywiązana do łóżka.

Ciotka Trudy zastępowała Callahanom matkę. Wczoraj na parkingu koło „Kącika z Wełną” poślizgnęła się na lodzie i upadła, łamiąc kość piszczelową. Teraz miała gips na nodze i kwaśny pogląd na życie.

– Dlatego właśnie zwołałem zebranie – wyjaśnił Zac. – Trzeba będzie się nią zaopiekować. Wszyscy jesteśmy zajęci, ale musimy coś wykombinować.

– Zatrudniłem kilku nastolatków – powiedział Beau.

– Ale potrzebujesz kogoś, kto zajmie się wszystkim, kiedy ciebie tutaj nie będzie.

– Kiedy ciotka Trudy wraca? – zapytał Riley.

Ich ciotka pracowała na niepełny etat w biurze informacji turystycznej, ale to ona prowadziła dom, a ponieważ była osobą z ikrą, nie dało się z nią nudzić. Do tej pory nie zawiedli się na niej w tej mierze.

Beau poruszył się niespokojnie.

– Doktor ma nadzieję, że czas rekonwalescencji będzie mogła spędzić w centrum rehabilitacyjnym.

Riley prychnął śmiechem.

– Już widzę, jak spodobał jej się ten pomysł.

– Nooo, nie bardzo było to po jej myśli. Ale będzie potrzebowała całodobowej opieki, a tu nie może na to liczyć, szczególnie teraz, kiedy Boże Narodzenie za pasem.

– A ile czasu miałaby spędzić w tym centrum? – spytał Zac.

– Kilka tygodni, oczywiście jeśli ubezpieczyciel się zgodzi. Noga wymaga wielu zabiegów.

– No to Dzień Dziękczynienia [1] mamy z głowy – westchnął Riley.

– Aleś powiedział – skomentował Beau.

– A co z biurem informacji? – zainteresował się Zac.

Beau wzruszył ramionami.

– Pewnie zamkną, póki ciotka nie stanie na nogi. Tak czy inaczej to nie sezon turystyczny.

– Mogę trochę pomagać z rana i w poniedziałki – zaofiarował się Zac. – Wiem, że najgoręcej jest w weekendy i wieczory, lecz w restauracji też akurat wtedy jest największy ruch.

Beau odnosił wrażenie, że ostatnio dla Zaca priorytetem stało się nie mieć chwili wolnego.

– W porządku. Da mi to czas na to, żeby zająć się firmą i odwiedzić ciotkę.

– Pomogę ci tyle, ile będziesz chciał – powiedział Riley.

– Ale i tak będzie potrzebował wyręki.

Zac miał rację. Beau musiał mieć sprzedawców w sklepiku z prezentami i kogoś do obsługiwania tuby do pakowania choinek oraz pomagania klientom w załadunku drzewek do samochodów. Potrzebował wielu ludzi, i to na dwie zmiany.

– Po południu spotykam się z dwiema osobami, które się zgłosiły. Mam nadzieję, że Paige też mogłaby pomóc – rzekł Beau. – Nie byłoby najgorzej, gdyby przyjrzała się z bliska pracy na plantacji.

– Paige ma swoją własną pracę – mruknął z niezadowoleniem Riley.

Zac obrzucił go zdziwionym spojrzeniem, po czym zwrócił się do Beau:

– Między wami zanosi się coś poważnego?

– Na to wygląda. No, ale praktycznie rzecz biorąc, Paige już od dawna jest tak jakby członkiem rodziny – powiedział Beau i od razu poczuł, że to niezupełnie odpowiada prawdzie. Zaczęło się obiecująco, lecz ostatnio między nim i Paige coś się... zmieniło. Są bardzo zajęci, pewnie o to chodzi.

Riley wstał i wytarł ręce.

– No, muszę iść.

– Co takiego? – zdziwił się Beau. – Dopiero przyszedłeś. Zebranie trwa.

Riley włożył kurtkę.

– Zapomniałem, że obiecałem tej staruszce, Grady, obejrzeć jej piec. A ty i tak już wszystko sam obmyśliłeś.

Riley wyszedł, wpuszczając do pokoju strumień ziemnego powietrza. Drzwi wyjściowe zatrzasnęły się, a za chwilę usłyszeli dźwięk silnika pracującego na niskich obrotach.

– Co mu się stało? – zdziwił się Beau.

– Pewnie jest zmęczony – odparł Zac i sięgnął po następne skrzydełko. – Nie martw się, nic mu nie będzie.

Rozdział 3

Eden poprawiła zsuwającą się z ramienia torbę. Coraz silniejszy wiatr owiewał ją mroźnym powietrzem, a chłód przenikał przez cienką kurtkę. Poczuła się zziębnięta do kości. Wiedziała, że synowi wcale nie jest cieplej. Nie byli przygotowani na brutalną zimę w stanie Maine. Prawdę mówiąc, nie byli przygotowani na nic z tego, co ich spotkało.

Boleśnie zakłuło ją w żołądku. Samochód zepsuł się i nic na to nie można poradzić, ale za to można poradzić coś na burczenie w brzuchu. Zauważywszy niedaleko tanią knajpkę, ruszyła od razu w jej kierunku.

Na oknie wystawowym widniał napis: „Obdarty Joe”.

– Brrr, ależ zimno na dworze – powiedziała do syna, kiedy weszli do środka. Doleciała ich woń hamburgerów z rusztu i Eden głęboko wciągnęła powietrze. – Miły zapach, prawda?

Knajpka była pełna. Podawano lunch. Kelnerki w zielonych fartuchach biegały, napełniając kubki z kawą i roznosząc tace. Wszystkie stoliki były zajęte, ale koło baru znajdowało się parę wolnych stołków.

W otwartych drzwiach kuchennych pięćdziesięcioletni mężczyzna, z przekrzywionymi okularami na nosie i przetykanym siwizną kucykiem wystającym spod białej papierowej czapki kucharskiej, nakładał hamburgery i frytki, wykrzykując realizowane zamówienia. Eden zainteresowała się przelotnie, czy to Obdarty Joe we własnej osobie.

Micah nerwowo rozglądał się wkoło, jedną ręką kurczowo trzymając mamę za nogę, a drugą ściskając swojego misia. Na gest kelnera Eden poprowadziła syna do pustych stołków przy barze i ponownie zlustrowała wzrokiem wnętrze restauracji.

Młoda para z dzieckiem, siwowłosy mężczyzna o wyglądzie biznesmena przeglądający z nieukrywaną dezaprobatą „Harbor Tides”, dwie roześmiane kobiety w średnim wieku. Ze stołka przy końcu baru przyglądał się jej jakiś niechlujny mężczyzna.

Odwróciła wzrok. Przeszył ją zimny dreszcz. „Spokojnie, Eden, to tylko jakiś przypadkowy obleśny facet”. Zacisnęła palce na menu.

Zamówili, a czekając na jedzenie, poszli do łazienki. Eden wirowało w głowie od rozmaitych planów. Zatrzymają się w najtańszym hotelu w Summer Harbor i przez dwa dni odeśpią nieprzespane noce. Nie najlepsze wyjście, ale do tej pory była bardzo ostrożna. Na pewno nic się nie stanie, jeśli spędzą dwa dni w tej zapadłej dziurze.

Eden podniosła wzrok i ukradkiem spojrzała prosto w oczy mężczyźnie przy barze. Czym prędzej odwróciła wzrok. Będzie szczęśliwa, kiedy skończą jeść i nie będzie go widzieć. Miała już dość koszmarnych facetów w swoim życiu.

Eden przełknęła ostatni kęs hamburgera i odsunęła talerz. Spojrzała na Micah. Jego chudziutkie nóżki w adidasach z Supermanem wisiały w powietrzu, nie sięgając podłogi. Chłopiec potrzebuje pary mocnych butów. Ona zresztą też.

– Coś jeszcze? – spytała kelnerka. Kiedy się uśmiechnęła, w kącikach oczu pojawił się wachlarz zmarszczek biegnących aż do skroni. Miała rude włosy, równie naturalne jak nowe blond loki Eden.

– Nie, dziękuję. – Eden naciągnęła czapkę głęboko na oczy. „Nie zwracaj na siebie uwagi. Bądź niewidoczna”.

Kelnerka oderwała rachunek z bloczka i położyła go na kontuarze. Kiedy odeszła, Eden rozejrzała się wokół. Wcześniej też myślała, że są bezpieczni. Osłabiła czujność i proszę, jak to się skończyło. Zaczynało jej się wydawać, że bezpieczeństwo, wolność, to złudzenie.

„Byle przed siebie”.

Są już tak blisko.

Micah zamoczył frytkę w keczupie i włożył ją do buzi. Zjadł już niemal całe danie i wypił szklankę napoju czekoladowego. Miło było patrzeć, że ma taki apetyt.

Nagle chłopiec złapał ją kurczowo za koszulę, źrenice mu się rozszerzyły i zaczął szybko, głęboko oddychać.

Położyła dłoń na jego ręce i spytała:

– Co jest, malutki?

Zakwilił, starając się wyrazić wzrokiem coś ważnego.

Czyżby kogoś zauważył? Nagle serce podeszło jej do gardła. Ostrożnie rozejrzała się wokół. Nikt nie zwracał na nich uwagi.

Micah przycisnął dłonie do klatki piersiowej, jakby coś do siebie tulił. W jego brązowych oczach zaszkliły się łzy.

– Kochanie! – szepnęła Eden z nagłym zrozumieniem.

Micah kiwnął głową.

– Jestem przekonana, że jest gdzieś tutaj. – Chwyciła torbę z podłogi, rozpięła zamek i zaczęła szukać, ale bez skutku.

– Przyniosłeś tu misia, pamiętasz? Miałeś go w ręce. Zaraz się znajdzie. Jestem pewna, że został w łazience.

Zeszła ze stołka i, prowadząc syna za rękę, zniknęła w damskiej toalecie oddalonej o półtora metra. Pchnęła drzwi kabiny, z której korzystał Micah.

Na pojemniku na papier toaletowy siedział mały niebieski misiu w słomkowym kapelusiku.

Odetchnąwszy z ulgą, odwróciła się i powiedziała:

– Popatrz, kogo znalazłam.

Micah przycisnął mocno misia do piersi. Błękitne futerko już dawno się zmechaciło, kapelusz się wystrzępił, a przy kubraczku brakowało guzika. Ale miś dodawał ducha jej synkowi w wielu trudnych sytuacjach.

Pochyliła się i otarła łzy dziecka. Chłopiec miał policzki delikatne jak u niemowlaka, a ciemne rzęsy były mokre i pozlepiane. Miał orzechowe oczy, dokładnie takie jak ona, ale szopę czarnych loków odziedziczył po Antoniu.

– Widzisz? Jest cały i bezpieczny. Wszystko będzie dobrze.

„Wszystko, Micah. Obiecuję”. Przyciągnęła syna i wzięła go na ręce. Rósł, robił się coraz cięższy.

Poprawiwszy go sobie na rękach, wyszła z toalety i wróciła na dawne miejsce przy barze, ciesząc się na długą, spokojną drzemkę. Micah zsunął się na ziemię, dokończył napój czekoladowy, a ona sięgnęła po torbę.

Torby nie było. Gwałtownie obróciła się do tyłu i szybko przebiegła wzrokiem po wnętrzu. Nigdzie ani śladu.

Popędziła do toalety, ciągnąc syna za rękę. Była pewna, że nie brała ze sobą żadnego bagażu, lecz gdzie indziej mógł się podziać? Coraz bardziej roztrzęsiona, pchnęła drzwi kabiny. Może kelnerka schowała torbę na zapleczu, myśląc, że Eden wyszła, zapominając ją zabrać?

Oczywiście. Logiczne wytłumaczenie.

Niezupełnie przekonana do własnego rozumowania, na miękkich nogach wróciła na salę.

– Przepraszam – zwróciła się do rudej kelnerki za kontuarem. – Czy widziała pani moją torbę? Zostawiłam ją tutaj, na podłodze.

– Przykro mi, złotko. Jesteś pewna, że ją tu przyniosłaś?

– Tak. – Tam były pieniądze! Eden poczuła, że serce rozwali jej klatkę piersiową. Wszystkie pieniądze. Wzięła głęboki oddech i przetarła dłonią twarz.

– Przepraszam – odezwała się jakaś kobieta. – Czy szuka pani takiego szarego plecaczka?

Eden odwróciła się gwałtownie.

– Tak. Widziała go pani?

– Widziałam, jak zabrał go jakiś mężczyzna. Ten, który tu siedział. – Wskazała na stołek. – Dopiero co wyszedł. Myślałam, że jesteście razem.

Eden wybiegła na zewnątrz, ciągnąc syna za sobą. Rozejrzała się wokół, ale nieznajomy zniknął. Do sklepu obok wchodziła jakaś młoda kobieta.

– Przepraszam! – zawołała Eden. – Widziała pani przed chwilą przechodzącego tędy mężczyznę? Ciemny płaszcz, przydługie włosy, trochę niechlujny?

– Nie, nie widziałam. Czy coś się stało? Może pomóc?

Eden zrobiła głęboki wdech, potem drugi.

– Nic takiego, dziękuję.

Serce biło jej głośno.

Niedawno wystarczyłaby jedna przechadzka do bankomatu, żeby pozbyć się kłopotu. A prawdę mówiąc, mogła kupić, cokolwiek chciała, uśmiechając się i pokazując swój dowód tożsamości.

Teraz wszystko się zmieniło. Nie mieli pieniędzy. Nie mieli dowodu tożsamości. Tylko to, co na grzbiecie, i zepsuty buick, którego nie ma za co naprawić. Poczuła przygniatający strach.

„Jak mogłaś być tak głupia?”

Zabrzęczał dzwonek nad drzwiami i z knajpki wyszła kelnerka, otulając się ramionami.

– I co, zniknął bez śladu?

Eden jeszcze raz rozejrzała się bezradnie.

– Niestety.

Kobieta objęła ją i powiedziała:

– Chodź do środka, złotko. Zadzwonimy po policję i...

– Nie! – Eden odsunęła się szybko. – To znaczy... nic się nie stało.

– Nie chcesz odzyskać torby? Im szybciej zadzwonimy, tym lepiej. Ten gość nie mógł daleko odejść.

Policja spyta ją o nazwisko, adres i numer telefonu. Czyli to, czego nie wolno jej podać. Nie może ufać nikomu. A szczególnie policji.

– Nic się nie stało. Poradzę sobie. – Trzęsącymi się i zgrabiałymi palcami Eden zapięła kurtkę syna na zamek.

– Jeśli nie chcesz, to trudno. Dla mnie to żaden problem zadzwonić.

– Dziękuję, ale już musimy iść. – Eden spojrzała na duże okno restauracji i nagle przypomniała sobie rachunek. Nawet nie mogą zapłacić za lunch.

– Proszę pani... w tej torbie miałam wszystkie pieniądze. Zapłacę pani, jak tylko będę mogła, i chętnie...

– Złotko, Joe ani ja nie wzbogacimy się na tych kilku dolarach. Nie martw się. – Otworzyła drzwi i w progu rzuciła jeszcze okiem na Micah, a potem na Eden. – Mam nadzieję, że torba do ciebie wróci.

I zniknęła we wnętrzu.

Eden patrzyła przed siebie niewidzącym wzrokiem. Nie mieli ani centa. Nie mieli miejsca, żeby przenocować w cieple. Motel stał się nieosiągalnym marzeniem. Może mogliby wrócić do warsztatu i przenocować w samochodzie. Ale będzie potwornie zimno. Zatrzęsła się na tę myśl.

Musi coś wymyślić.

Złapała syna za rękę i na trzęsących się nogach poszła do biblioteki. Posiedzą w cieple, a ona w tym czasie opracuje plan działania.

W bibliotece Eden znalazła cichy kącik w pustej wypożyczalni dla dzieci. Synowi dała do oglądania książkę z obrazkami, a sama usiadła obok niego na malutkim krzesełku.

– Pooglądaj sobie, a mamusia pomyśli, dobrze?

Od Loon Lake dzieliło ich jakieś sześć godzin jazdy. Do tego odległego rejonu Maine nie kursowały żadne autobusy, a tu nie było taksówek. Zresztą nawet gdyby były, nie miałaby czym zapłacić. Zostawał autostop, lecz z dzieckiem nie mogła sobie na to pozwolić, nawet gdyby trafiła się jakaś okazja, w co też wątpiła. Szczególnie teraz, kiedy zbliżała się zamieć.

Sprzedała już jedyną wartościową rzecz, jaką miała. Spojrzała na swoje dżinsy od projektanta i kaszmirowy sweter. W lumpeksie nie dostanie za to dużo. Samochód też nie był wiele wart, nawet kiedy jeszcze chodził.

Muszą spędzić tu trochę czasu. Nie mają wyjścia. Wobec tego należy znaleźć jakąś pracę, i to od razu. Już niedaleko do świąt, na pewno któryś ze sklepów będzie potrzebował pomocy. Jeśli wyjaśni, że ukradziono jej dowód tożsamości, może ktoś się nad nią zlituje. Tylko co zrobi z synem, kiedy będzie pracować? Może wobec tego zatrudni się w przedszkolu?

„Akurat przed przerwą świąteczną?”

Nie mieli za co kupić jedzenia. Ani gdzie przenocować. No, i jeszcze jedno. Ktoś chciał ich zabić.

Micah odłożył książeczki i podrzucał misia na kolanach. Patrząc na syna, Eden zastanawiała się, co się dzieje w jego zmąconym umyśle. Chłopiec spojrzał na nią i w głębi jego brązowych oczu ujrzała troskę.

– Mała zmiana planów – powiedziała, starając się o entuzjazm w głosie. – Wygląda na to, że trochę tu zostaniemy. Miło będzie pomieszkać nad morzem, prawda?

Z nadzieją czekała na odpowiedź, ale Micah tylko zamrugał, nieprzekonany.

– Dostanę pracę i zatrzymamy się na jakiś czas w tym ślicznym miasteczku. Co o tym myślisz?

Zacznie od restauracji. A jeśli jej tam nie będą potrzebowali, to zapyta w sklepach przy Main Street. Nic lepszego nie przyszło jej do głowy. W ładnych dżinsach i szarym swetrze przynajmniej dobrze się prezentowała.

Została jeszcze jedna sprawa, którą musi załatwić w pierwszej kolejności. Przysunęła się bliżej do syna i rzekła:

– A czy pamiętasz tę grę, w której ty miałeś na imię Adam, a ja Andrea?

Micah skinął głową z zainteresowaniem w oczach.

– Wiem, wiem, ty wygrałeś. Ale tylko jednym punktem. I tylko dlatego, że dałam się zaskoczyć.

Na jego ustach pojawił się cień uśmiechu.

– Byłeś bardzo dobry w tej grze. Chciałabym, żebyśmy znowu pograli, ale zaczynając od początku.

Marszczył brwi.

Zmierzwiła mu włosy i roześmiała się cichutko.

– Nie martw się, będziesz o jeden punkt do przodu. Ale teraz gra będzie trudniejsza. Znowu zmienimy imiona. Możesz wybrać sobie, jakie chcesz.

Spojrzała na niego wyczekująco. Kiedyś zada pytanie, a on na nie odpowie. Ale nie dziś. Dziś tylko patrzył na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

– Może Pomysłowy Dobromir?

Chłopiec zrobił niezadowoloną minę.

– Nie? To może Pinokio?

Micah tylko zmarszczył nos.

– No tak, to był straszny kłamczuch, prawda? I miał wielki nos. Zupełnie nie jak twój. – Pociągnęła chłopca za nos. – No to może Colargol? Albo Lolek?

Niespodziewanie jego oczy rozjaśniły się i uśmiechnął się po raz pierwszy, odkąd musieli uciekać. Zdecydowanie pokręcił głową.

– Och. – Zrobiła poważną minę i rzekła: – Nie sądziłam, że będziesz taki wybredny. Wybór może zająć nam trochę czasu. – Przejrzała w myślach bajki dla dzieci z inteligentnymi i sympatycznymi bohaterami, którzy zawsze wpadali w kłopoty.

– Hm, no cóż, wszyscy dobrzy chłopcy już byli, ale może... Jack?

Micah entuzjastycznie pokiwał głową.

– Podoba ci się, co? Dobrze. Więc niech będzie Jack. Jack Bennet. – Nazwisko wzięła od ulubionej bohaterki powieści Jane Austen. – Tak, myślę, że będzie z ciebie dobry Jack. I wiesz co? Zawsze chciałam mieć na imię Kate, więc tak się będę teraz nazywać. – Położyła palec pod brodę syna i podniosła jego buzię do góry. – Ale ty, paniczu, będziesz mówił do mnie „mamo”!

Ledwie to powiedziała, uderzyła ją świadomość, że chłopiec od dziesięciu miesięcy nie powiedział ani „mamo”, ani nic innego, i uśmiech zgasł na jej twarzy.

„Ale już niedługo mój synek będzie taki jak dawniej”.

– W porządku, przypomnijmy sobie reguły, na wypadek gdybyś zapomniał. – Podniosła do góry palec. – Reguła numer jeden: musisz od razu reagować, jeśli ktoś zwróci się do ciebie „Jack”, bo inaczej stracisz punkt. Reguła numer dwa: nie możesz nikomu zdradzić swojego prawdziwego imienia, bo stracisz punkt. Reguła numer trzy: ta gra to tajemnica, tylko my o niej wiemy, mamusia i ty, a jeśli komuś o tym powiesz, to przegrywasz całą grę!

Kiwnął głową z uśmiechem.

– Myślisz, że mnie pobijesz, co?

Chłopiec uśmiechnął się jeszcze szerzej.

– No, zobaczymy, jak to będzie, panie Jacku.

Rozdział 4

Przejechała ciężarówka i Eden odsunęła syna dalej od szosy. Przynajmniej drzewa zasłaniały ich od wiatru. Nigdy nie doświadczyła takiego zimna. I choć wcale nie tęskniła za niczym innym, co kojarzyło jej się z domem, to jednak chętnie oddałaby wszystkie włosy na głowie za ciepły, słoneczny dzień. Jej adidasy już dawno zaczęły przeciekać, zimna breja przesiąkała przez skarpetki, tak że czuła się, jakby miała nogi z lodu.

W ostatnim miejscu, gdzie zatrzymali się na odpoczynek, sprawdziła buty synka – były suche w środku. Chłopiec zachowywał się dzielnie, jak prawdziwy weteran. Szukając pracy, odwiedziła wszystkie możliwe miejsca, ale brakowało wolnych posad.

Na szczęście trafił im się darmowy posiłek. Maciupka biblioteka, świętując otwarcie nowej części, zorganizowała poczęstunek. Z powodu pogody nie przyszło wiele osób, lecz dzięki temu Micah i ona przynajmniej dobrze się najedli. Eden wsunęła dwa ciasteczka choinkowe do kieszeni, żeby były na kolację. Choć trochę się tego wstydziła, nie mogła zrobić inaczej. Miała zamiar wytrwać, ile się da, na bibliotecznej przekąsce, ale Micah na pewno zgłodnieje.

Nadjeżdżający samochód zjechał trochę w bok, żeby ich ominąć. Słońce już zachodziło, a Eden została tylko jedna jedyna szansa. W trzech różnych sklepach poinformowano ją, że plantacja choinek na pewno szuka pracowników. Niestety, plantacja mieściła się kilka mil za miastem, więc zostawiła ją na koniec. Próbowała tam dzwonić, lecz zawsze włączała się automatyczna sekretarka.

Micah puścił jej rękę, żeby zdjąć but.

– Co się stało, Jacku? – Musi przyzwyczaić się do tego, żeby tak się do niego zwracać. I musi przyzwyczaić syna do reagowania na nowe imię. – Masz mokre nogi?

Pokręcił głową i przytrzymując się jej, wytrząsnął kamyk.

– Ciekawe, jak on się tam dostał. – Na wszelki wypadek znowu sprawdziła jego skarpetki, a kiedy chłopiec wkładał but, rozejrzała się po ciemniejącym lesie.

Zaczęła się zastanawiać, czy dobrze zatarli za sobą ślady. A jeśli Langley krąży w pobliżu? Przed jej oczyma pojawiło się wspomnienie sprzed dwóch dni – jej ostatnie chwile w bezpiecznym schronieniu. Serce zaczęło bić jak oszalałe.

„Och, Walterze. Przepraszam cię”.

Micah wziął ją za rękę i Eden wzdrygnęła się, odsuwając wspomnienie jak najdalej od małego synka.

– Gotów?

Po dziesięciu minutach, po wspięciu się na pagórek i pokonaniu zakrętu, ujrzeli tabliczkę.

– „Plantacja choinek Callahanów” – odczytała. – No, jesteśmy na miejscu, panie Jacku. Zapytamy o pracę.

Tabliczka była bardzo stara, stylowa, z czerwonym napisem i światełkami, które jeszcze się nie paliły. Zaciekawiło ją, czy w sobotę o tak późnej porze zastanie jeszcze kogokolwiek w biurze.

Skręcili w podjazd. Pod ich stopami chrzęścił śnieg. Wokół, jak okiem sięgnąć, aż po ośnieżone szczyty wzgórz w oddali, rosły różnych rozmiarów sosny.

Wkrótce doszli do nieodśnieżonego parkingu. Sznury niezapalonych lampek choinkowych wisiały na placyku, na którym, jak zgadywała, już niedługo zacznie się sprzedaż drzewek.

– Wygląda na to, że już zamknięte. Spróbujemy zapukać do domu. Kobieta w sklepie powiedziała, żeby iść dróżką do końca.

„Błagam, Boże. Ostatnio nic tylko Cię o coś proszę, ale naprawdę potrzebuję tej pracy”.

Nawet jeśli ją dostanie, nie rozwiąże to obecnych problemów. Zanim otrzyma wypłatę, minie co najmniej tydzień. A co będą przez ten czas jeść? Gdzie będą mieszkać?

„Zaufaj Bogu”.

Od czasu do czasu w uszach Eden brzmiał głos Karen, zupełnie jakby była tuż obok. Te dawne, zwykłe dni wydawały się tak odległe, jakby były w innym wymiarze. Karen byłaby rozczarowana, widząc, jakich wyborów życiowych dokonała Eden.

„I popatrz, dokąd cię to zaprowadziło, Einsteinie”.

Micah zatrzymał się i pokazał palcem na lewo. W bok odchodziła ścieżka do małej drewnianej szopy z rurą wychodzącą z dachu. Na dróżce leżała gruba warstwa śniegu niepoznaczona śladami stóp.

– Wiesz, Jacku, to chyba nie to.

Ruszyli dalej krętym podjazdem, a gdy w końcu weszli na szczyt wzniesienia, w dolince poniżej ukazał się piętrowy dom z szerokim, gościnnym gankiem. Eden odetchnęła z ulgą, widząc złoty blask światła w oknie.

Rzuciła okiem na zegarek, taniutki, który kupiła, kiedy sprzedała swojego cartiera. Dochodziła już pora kolacji. No trudno. Przynajmniej ktoś był w domu.

Po kilku minutach ich stopy zatupotały na stopniach ganku. Eden przyciągnęła syna do siebie, rozcierając jego ramiona, żeby go rozgrzać.

Sama spróbowała poruszać zgrabiałymi palcami nóg.

– Jak tam, Jacku? W porządku?

Skinął głową. Miał czerwone policzki i zakatarzony nos.

Eden wyciągnęła rękę, żeby zadzwonić, ale zanim zdążyła przycisnąć guzik, drzwi się otworzyły. Dziewczyna cofnęła się odruchowo, pociągając za sobą chłopca.

Wychodzący mężczyzna zatrzymał się w progu. Zdziwiony, podniósł brwi, kiedy ich oczy się spotkały. Miał czarne, przydługie włosy i był wysoki, metr osiemdziesiąt wzrostu, a stojąc w progu, wydawał się jeszcze wyższy.

Spojrzał w dół, na Micah, a potem znowu na nią.

– Dobry wieczór.

– Dobry wieczór – odparła, czując, że serce bije jej gwałtownie. – Ja właśnie... miałam przycisnąć dzwonek.