Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2017

Jak oni pracują? Rozmowy z polskimi twórcami ebook

Agata Napiórska  

4.2 (10)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 432 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jak oni pracują? Rozmowy z polskimi twórcami - Agata Napiórska

Kulisy pracy kreatywnych umysłów.

Andrzej Sapkowski siada do pisania o ósmej rano niczym urzędnik, Jacek Dehnel woli pracować spontanicznie. Bohdan Butenko włącza telefon tylko na dwie godziny dziennie, Jerzy Pilch uważa, że wyłączanie telefonu to nadgorliwość. Katarzyna Bonda zanim zacznie pisać, tworzy całe pudła notatek, Joanna Bator po prostu podąża za bohaterami. Przemek Dębowski najbardziej lubi pracować w Ikei, Sylwia Chutnik tylko u siebie w domu.
Mimo wielu różnic twórcze umysły łączy jedno: wszystkie te rytuałyi zwyczaje mają im pomóc w obróceniu pomysłu w dzieło sztuki. Zebrane przez Agatę Napiórską metody pracy tuzów polskiej literatury, nauki i sztuki są niezwykle ciekawym i cennym wglądem w duszę i życie artystów.  Nie mówiąc o tym, że to lektura pełna doskonałego humoru.

Opinie o ebooku Jak oni pracują? Rozmowy z polskimi twórcami - Agata Napiórska

Fragment ebooka Jak oni pracują? Rozmowy z polskimi twórcami - Agata Napiórska

Agata Napiórska

JAK ONI PRACUJĄ?

Rozmowy o pracy, pasji i codziennych sprawach polskich twórców

Copyright © by Agata Napiórska, MMXVII

Wydanie I 

Warszawa MMXVII

Wstęp

Do powstania niniejszej książki przyczyniły się dwie rzeczy: po pierwsze, spodobało mi się przeprowadzanie wywiadów z rzemieślnikami i twórcami, którzy ze swojego hobby uczynili zawód. A najbardziej to, że spomiędzy opowieści o warsztacie pracy i obowiązkach zawodowych zawsze wyłaniają się historie o codziennym, zwykłym życiu. Zresztą rozmowy te od czterech lat ukazują się na łamach magazynu „Zwykłe Życie” właśnie.

Po drugie, trzy lata temu trafiłam na książkę Masona Curreya Daily Rituals: How the Great Minds Work. Byłam akurat na wakacjach w Edynburgu, kiedy brat wysłał mi link do wywiadu z Curreyem. Natychmiast pobiegłam do księgarni, kupiłam książkę, przeczytałam ją, przetłumaczyłam fragmenty i postanowiłam znaleźć dla niej polskiego wydawcę. Tak zaczęła się moja współpraca z wydawnictwem W.A.B. Rok później książka Curreya ukazała się w Polsce pod tytułem Codzienne rytuały. Jak pracują wielkie umysły.

Dobrze się złożyło: parę miesięcy przed rozpoczęciem pracy nad tym zbiorem wywiadów zrezygnowałam z etatu. Musiałam dokonać gruntownej reorganizacji swojego czasu pracy i planu dnia. Nagle, po sześciu latach codziennego wstawania o 6.30, okazało się, że mogę wstać, o której chcę, przepracować całą noc, zrobić sobie weekend w środku tygodnia albo biurko w pościeli. Taka dawka wolności początkowo doprowadziła do kompletnej dezorganizacji. Wydawało mi się, że cały czas pracuję, a i tak wszystko kończyłam na ostatnią chwilę. W ryzach trzymały mnie tylko deadline’y, a i one, po prawdzie, nie do końca. Wiedziałam, że wypracowanie odpowiednich nawyków i solidna porcja samodyscypliny mogą okazać się zbawienne. Potrzebny był mi jakiś system. Szukałam go w rozmowach z polskimi twórcami, przedstawicielami różnych dziedzin.

Czy lepsze jest podejście urzędnicze w stylu Jerzego Pilcha czy praca w półgodzinnych blokach czasowych w stylu Jana Hartmana? Narzucać sobie limity minut czy znaków? Efektywniej pracuje się w ciszy, jak Inga Iwasiów, czy przy muzyce, jak Michał Śledziński? Wyłączać telefon jak Bohdan Butenko? Pić kilkanaście filiżanek kawy jak Wilhelm Sasnal czy hektolitry wody jak Basia Wrońska, a może parzyć sobie po kilka kubków zielonej herbaty jak Katarzyna Bonda? Pracować w Ikei jak Przemek Dębowski, a może lepiej na wyjeździe jak Borys Lankosz? Planować jak Sylwia Chutnik czy pisać bez planu jak Joanna Bator? Pracować w nocy jak Mariusz Szczygieł czy od rana jak Marek Bieńczyk? Czy w przerwach od pracy kręcić hula-hoopem jak Aleksandra Waliszewska czy wyciskać siódme poty w siłowni jak Łukasz Orbitowski? Jak walczyć z prokrastynacją? Czy nuda może być pożyteczna? I wreszcie: jak najskuteczniej odpoczywać (choć „nic nie męczy tak jak odpoczynek”, jak twierdzi Bohdan Zadura, jeden z moich rozmówców)?

Powtarzające się pytania o plan dnia, codzienne obowiązki, nawyki i rytuały zadałam sześćdziesięciu czterem osobom w różnym wieku i na różnych etapach kariery zawodowej. Wszystkich łączy jedno: sami organizują sobie czas potrzebny na pracę twórczą, a efektem tej pracy są konkretne dzieła w postaci obrazów, ilustracji, reportaży i powieści, opowiadań, wierszy, filmów, zdjęć czy utworów muzycznych, za które otrzymują wynagrodzenie.

Niektórzy zaprosili mnie do swoich mieszkań, warsztatów i pracowni, z innymi spotkałam się na kawę albo pizzę, poszłam na spacer czy przejechałam się samochodem. Z jednymi wymieniłam dziesiątki mejli, z innymi rozmawiałam przez telefon lub na Skypie. Niektóre rozmowy trwały łącznie kilka dni, inne zaledwie godzinę. O wyborze miejsca spotkania i o tym, ile czasu na nie przeznaczymy, zawsze decydował rozmówca.

Zależało mi na tym, żeby porozmawiać z przedstawicielami różnych obszarów kultury. Kolejność zebranych tutaj tekstów jest odzwierciedleniem naturalnej kolejności spotkań z bohaterami książki. Wybór, siłą rzeczy, w większości odzwierciedla moje zainteresowania. Prowadziłam też swego rodzaju łańcuszek towarzyski – każdego rozmówcę prosiłam o podanie nazwiska jednej osoby, którą podziwia i która powinna znaleźć się w tej książce. Częściowo skorzystałam z tych podpowiedzi. Kilka osób mi odmówiło. Jedne odmowy były ze względów politycznych („Nie rozmawiam z dziennikarzami, którzy współpracowali z Agorą”, „Nie cierpię wydawnictwa W.A.B.”), inne związane z brakiem czasu („Bardzo chętnie, ale dopiero w maju”) albo wynikające ze skromności („Niech wypowiedzą się młodsi, ja już udzieliłam tylu wywiadów…”). W dwóch przypadkach żony menedżerki uznały, że mąż artysta powinien pisać lub malować, a nie marnować czas na udzielanie wywiadów. W trzech przypadkach rozmówcy nie zgodzili się na autoryzację, ponieważ uznali, że powiedzieli mi zbyt wiele. Albo dlatego, że w międzyczasie rozwiedli się, przeprowadzili do innego miasta i wszelkie dotychczasowe nawyki i przyzwyczajenia szlag trafił. Do kilku osób, mimo najszczerszych chęci, nie udało mi się dotrzeć. Zresztą prawdopodobnie pisałabym tę książkę jeszcze parę lat, gdyby nie to, że wydawca kazał mi już kończyć.

Czy w trakcie pisania Jak oni pracują znalazłam system idealny dla siebie? Oczywiście, że nie. Rozmowy potwierdziły, że nie ma sprawdzonej recepty na to, żeby się chciało, a sposobów i metod pracy jest tyle, ilu pracujących.

Ale jedno łączy bohaterów tej książki: wszyscy na swój sukces ciężko pracowali, a część z nich, mimo że dawno przekroczyła wiek emerytalny, pracować nie przestaje. Dlatego ucząc się od najlepszych, zabieram się do pracy nad kolejnymi wywiadami.

Łukasz OrbitowskiRobię wyłącznie rzeczy pożyteczne

Twierdzi, że z wiekiem coraz bardziej dziczeje. Gdyby wygrał w totolotka dużą sumę pieniędzy, pisałby jedynie książki, i tylko pod pseudonimem. Jest punktualny, a godzinę naszego spotkania potwierdza trzykrotnie. Miejsce sprawdza też na mapie, by dokładnie wiedzieć, ile czasu zajmie mu dojazd.

Czy praca i pasja to dla artysty jedno i to samo?

Artysta ze swojej pasji czyni powołanie. Pasja traci więc funkcję życiowego ozdobnika, czegoś, co jest nam potrzebne do życia, a nie jest treścią życia – i staje się dolą artysty. Praca artysty jest paradoksalna, ma zdolność zawłaszczania elementów życia, które innym kojarzą się wyłącznie z odprężeniem. Przykład: pojechałem do Afryki na wakacje i napisałem książkę – byłem więc w Afryce w pracy czy na wakacjach? Kiedyś bardzo lubiłem oglądać filmy i seriale. Nagle różne redakcje zaprosiły mnie do pisania o filmach i serialach. W rezultacie przestałem lubić oglądać i jedne, i drugie. Może moja sympatia do nich zmalała, bo stały się dziwacznym elementem mojej pracy. A może jest to efekt tego, że w ogóle życie przestaje mi się podobać. Ostatnio przestaje mi się podobać palenie papierosów, picie alkoholu, spędzanie czasu z ludźmi, czyli ogólnie przestaje mi się podobać fakt bycia żywym. Jak by nie patrzeć, oglądanie filmów jest jedną z czynności wykonywanych przez człowieka żywego. Czyli może przejawiam ogólną niechęć do bycia żywym. Kiedyś grałem na konsoli, teraz pisuję o grach – więc granie już mnie bawi mniej.

Kolejna przyjemność zawłaszczona przez pracę zarobkową.

Pewnego razu, podczas głęboko zakropionego namysłu, szukaliśmy z kolegą odpowiedniego słowa dla czynności takiej jak oglądanie filmu przez recenzenta filmowego albo czytanie przez pisarza książki, żeby ją zrecenzować. Wymyśliliśmy termin „półpraca”. Czyli grając na konsolce, ja sobie półpracuję. Tak samo uprawniona byłaby oczywiście nazwa „półodpoczynek”, jednak „półpraca” nacechowana jest większym optymizmem. Ludzie lubią odpoczywać, nie lubią pracować, „półpraca” jest więc zmniejszoną pracą, a „półodpoczynek” byłby zmniejszonym odpoczynkiem, co źle się kojarzy. Mam do tego podejście matematyczne: pociśnięcie czterech godzin na konsolce liczy się jak dwie godziny pisania. Oglądając dwa odcinki godzinnego serialu, godzinę pracuję. Czyli wszystko dzielę na pół. Niekiedy działa to odwrotnie. W trakcie oglądania filmu Sonic Highway, który włączyłem sobie po raz drugi po latach, stwierdziłem, że fajnie byłoby o nim napisać. Czasem więc jest przeciwnie – odpoczynek rezonuje w pracę. Nie jestem w stanie tego przewidzieć. Wiele elementów życia rezonuje mi w pracę. Cieszę się, że nie jestem autorem książek pornograficznych.

Przestałbyś lubić seks?

I tak mnie już nie cieszy.

A co cię cieszy?

Nic.

Nawet siłownia?

Też nie.

A inne proste przyjemności? Na przykład jedzenie?

Nigdy nie lubiłem jeść. Przed wyjściem z domu, by nie musieć myśleć, co by tu zjeść, ugotowałem sobie makaron, dodałem puszkę tuńczyka, brokuły, wszystkie składniki zalałem sosem czosnkowym i wymieszałem. Zjadłem bez przypraw. Na śniadanie raz jem kanapki, raz jogurt turecki z orzechami i miodem. Dbam o zróżnicowaną dietę. Stwierdziłem, że skoro już nie lubię jeść, to będę przynajmniej jadł zdrowo. Oczywiście nie wege, burger jest fajniejszy niż sałatka.

To ciekawe w kontekście tego, że życie cię nie cieszy. A jednak dbasz o zdrowie.

Dopuszczam możliwość, że ta niechęć do życia jest przejawem aktualnego rozczarowania lub histerycznego stylu bycia. Wiem, że jak zniszczę sobie organizm i będę stał nad grobem, nie będę miał wyboru.

Chodzisz do barów albo restauracji?

Czasami. Z jednej strony nienawidzę tych wszystkich czynności okołojedzeniowych: przyrządzania, gotowania, zmywania… Z drugiej jednak strony nienawidzę wychodzić z domu. Jest to więc wybór między dwoma rodzajami piekła. Między mrozem a ogniem. Nie wiem, czy będą mnie dziobać w lewy, czy w prawy półdupek. Mieszkam sam, więc dylemat ekonomiczny odpada. Gotowanie dla jednej osoby kosztuje tyle, co jedzenie w knajpie.

Wydajesz mi się bardzo poukładany. Masz wszystko dokładnie przeanalizowane.

Wiesz, że wydawało mi się, że ludzie tak w ogóle mają? Zdałem sobie jednak sprawę, że to niezbyt powszechne. Oczywiście to poukładanie wynika z mojego charakteru. Ale momentem kształtującym to tak zwane zorganizowanie był moment rozstania z żoną. Zostałem bez środków do życia. Mogłem albo zapić się na śmierć, albo podjąć walkę o przetrwanie. Czas organizowały mi popołudniowe wizyty u syna. Przez pięć dni w tygodniu przychodziłem do niego między siedemnastą a osiemnastą. Wiedziałem więc, że nie mogę zapić. Do tej godziny musiałem uwinąć się z innymi sprawami: napisaniem felietonu, wizytą u rodziców i tak dalej. Zdałem sobie sprawę, że jestem architektem swojego powodzenia lub swojej klęski i że jak nie będę zapierdalał i się nie zorganizuję, to szlag mnie trafi.

Organizację czasu ułatwia mi fakt, że czuję niechęć do większości czynności uznawanych przez innych za przyjemne: nie lubię spać i nie lubię jeść. Najchętniej bym nie jadł i nie spał w ogóle. Nigdy nie wyleguję się w łóżku. Nie lubię siedzieć w internecie. Robię to, gdy muszę coś sprawdzić. Nie znoszę czczej gadaniny, nie słucham muzyki dla relaksu.

Ale to musi być męczące.

No mówię ci, że się męczę. Cały czas muszę coś robić. Pewnie wynika to z lęku przed byciem sam na sam ze sobą. Robię rzeczy wyłącznie pożyteczne. Wymyśliłem, że dla higieny psychicznej muszę mieć wolne weekendy. Odkryłem, że jak mam wolny weekend, pracuję wydajniej w tygodniu.

I co robisz w te weekendy?

To jest, kurwa, piekło! Ja się wtedy męczę! Nie mogę doczekać się poniedziałku, gdy zacznie się orka. Sprawdziłbym się w społeczeństwie protestanckim. Kiedy mieszkałem z kobietą, planowaliśmy ten czas. Teraz jest w porządku, gdy spędzam weekendy z synem. W innych przypadkach się męczę. W piątki najczęściej piję. Mam zasadę no mercy. Jako osoba niewątpliwie nadużywająca alkoholu na kacu staram się wypełniać swoje obowiązki. Raz na pół roku zdarza mi się, że mocniej zapiję, wtedy nie wstaję. Ale zwykle obowiązki wygrywają. Dbam o wrażenia i wspomnienia.

A z czego wynika to, że coraz mniej lubisz ludzi?

Coraz trudniej jest poznać człowieka. Ludzie są zajęci sobą. Dodatkowo sprawę utrudnia mi to, że jestem postrzegany przez pryzmat swojego dorobku. Nigdy tego nie chciałem. Gdybym wiedział, że tak będzie, pisałbym pod pseudonimem. Teraz już za późno.

Jak wygląda twój zwykły dzień?

Wstaję bez budzika o wpół do siódmej lub wpół do ósmej. Dzisiaj nie tak wcześnie, bo bardzo późno poszedłem spać. Kot plącze mi się wokół nóg. Rozruch trwa koło godziny. Nastawiam kawę. I wracam na chwilę do łóżka. Słucham metalu lub punka na pobudkę. Włączam komputer, przeglądam ze trzydzieści stron w sieci, odpisuję na najpilniejsze mejle i wiadomości. Sprawdzam torrenty i strony z muzyką. Piętnaście minut rozciągania, brzuszki i inne ćwiczenia. Około ósmej trzydzieści szybki prysznic, wkładam kurtkę i czapkę i schodzę na dół do sklepu. Zawsze tego samego, osiedlowego spożywczego. Kupuję gazetę. Mam zasadę, że kupuję zróżnicowane tygodniki, w poniedziałek „Newsweeka”, w środę „Politykę”, piątek zaczynam z Urbanem. Daje mi to jakiś ogląd. Chociaż, jak wiadomo, wszystko jest po nic. Dużo rozmawiam przez telefon z macochą. Starsza pani lubi sobie pogadać.

Około dziesiątej zabieram się do pisania. Wszystko mi jedno, gdzie pracuję. Miejsce nie ma znaczenia. Mogę pisać, leżąc na kanapie, mogę pisać w pociągu, samolocie, PolskimBusie.

Z rana piszę najważniejszą rzecz, czyli książkę. Publicystykę po południu. Piszę przez trzy godziny. Gdy akurat zdarza mi się skończyć rozdział, w nagrodę tego dnia już nie piszę.

Po trzech godzinach (staram się zawsze napisać minimum tysiąc słów) biegnę na jakieś spotkanie. Dziś miałem spotkanie dotyczące filmu, nad którego scenariuszem pracowałem – z Borcuchem i Twardochem w sprawie ekranizacji Morfiny. Obgadaliśmy nasze kłopoty.

Stamtąd poleciałem na trening. Dzisiaj personalny, więc mnie wymęczyli. Sauna akurat się zepsuła. I prysznice też. Chodzę do francowatej siłowni, muszę ją zmienić. Wróciłem i w niecałe dwie godziny napisałem felietonik o filmie Lśnienie. Potem myślałem, że wyrobię się z obejrzeniem serialu, który mam zrecenzować na wtorek. Ale wiedziałem już, że nie zdążę. Strasznie nie lubię marnować czasu. Ściągnąłem więc ten serial i tłumaczenie i zdążyłem jeszcze zmienić pościel. Nigdy nie zasnąłem na niepościelonym łóżku. Na dziewiętnastą umówiłem się z tobą. A jak wrócę do domu, obejrzę ten odcinek i napiszę felieton. Spać chodzę późno, cierpię na bezsenność. Pomaga mi tylko melatonina. Przed snem czytam książkę. Dbam, by czytać codziennie. Dużo czasu spędzam na głaskaniu kota. Jest namolny i po śmierci swojego kompana łaknie towarzystwa. Myślałem, by wziąć nowego, ale nie chcę robić sobie kłopotu na kolejne piętnaście lat.

ŁUKASZ ORBITOWSKI, urodzony w 1977 roku w Krakowie – pisarz. Ukończył filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Publikował opowiadania w czasopismach, między innymi „Science Fiction” i „Nowej Fantastyce”, a także felietony, między innymi w „Gazecie Wyborczej” i „Lampie”. Laureat Paszportu „Polityki” za powieść Inna dusza (2015). Obecnie mieszka w Warszawie.

Józef WilkońSztuka kontrolowanych przypadków

Zalesie Dolne pod Warszawą. Drewniany dom z wielkim ogrodem i stodołą. W stodole i obok w zagrodzie stoją wielkie rzeźby przedstawiające słonie, żyrafy, tygrysy, wiszą ryby i ptaki. W kuchni w kominku pali się ogień, na stole leżą książki, lekarstwa i dokumenty. I stoją dwa kubki z bawarką.

– Przyjechała pani samochodem? – pyta Józef Wilkoń.

– Nie.

– To mogę zaproponować wino.

O dniu i o nocy

Dzisiaj wstałem o jedenastej trzydzieści i to tylko dlatego, że wiedziałem, że pani przychodzi. Inaczej pospałbym pewnie do pierwszej. Po przebudzeniu jem śniadanie, ale często, jeśli minęło już południe, od razu chlapnę zupę. Rano zjadam niewiele, lubię dobry chleb, masło i wszystko, co można zrobić z sera. Przygotowuję sobie biały ser z czosnkiem i pietruszką. Nieraz jem bardzo późno, co podobno nie jest zdrowe, ale przecież wszędzie na świecie jada się do późna.

Nie jestem zbyt regularny, nie mam żelaznego repertuaru zajęć. W ciągu dnia dojrzewam. Lubię dojrzewać całe przedpołudnie. Jestem wtedy klapnięty. Może to już takie lata i kondycja. Nie mogę jednak narzekać, bo w wieku osiemdziesięciu sześciu lat wciąż nie wycofuję się z roboty. Mało tego, pracuje mi się bardzo dobrze, jeśli robię coś podniecającego. Dużo więc pracuję i dużo wypoczywam. 
Nauczyłem się pracować przy sztucznym świetle. W dzień tylko sprawdzam, czy udało mi się osiągnąć zamierzony efekt. Czasem światło dzienne odkryje, że coś nie wyszło.

Czasem pilny termin jest dobry dla artysty, bo zmusza go do działania, a nie wszystko przecież robi się z entuzjazmem. Koniec końców, niektóre rzeczy, wykonywane z przymusu, na zamówienie, mogą okazać się całkiem udane. Bywało, że pracowałem nocami, aby coś oddać na czas. Teraz najlepiej pracuje mi się od dwudziestej drugiej do drugiej–trzeciej w nocy. Kiedyś wytrzymywałem regularnie do szóstej rano. W dzień ciągle jest coś do roboty, rozmaite domowe zajęcia.

Piję dużo bawarki. Trochę się gimnastykuję. Zakreśliłem sobie takie koło i obliczyłem, że sześć razy muszę okrążyć swoją posesję, by przejść kilometr. W zimne dni wieczorami chodzę dokoła stołu na górze w pracowni. Po ogrodzie chodziłem po śniadaniu. Ruch jest bardzo ważny, jak się tak ciągle siedzi.

Poza tym dłubię w stodole, kręcę się, porządkuję, sprzątam archiwum, są tego całe sterty. Niektóre rzeczy mi poginęły, bo tak je schowałem, że nie mogę teraz znaleźć.

O bałaganie i o odpoczynku

Przy pracy robię okropny burdel. Pracuję spontanicznie. Mam wszystko pod ręką, nie nadążam odkręcać, zakręcać, chować, tusze mi się rozlewają i zasychają… Ten bałagan jest dla mnie wstydliwy. Ale inaczej nie potrafię. Pracuję na brudnym stole, na desce, która sama w sobie jest skorupą rzeczy i czasu. Zniszczyłem tyle dobrych spodni i koszul. Niektóre tusze mają to do siebie, że jak się chlapnie na spodnie – to koniec. Kilka par tak załatwiłem. Dlatego mam spodnie przeznaczone specjalnie do pracy. Nigdy nie pracuję w rękawiczkach, są jak proteza, nic w nich nie czuję.

W swoim ogrodzie pielę i sadzę również bez rękawic. Ręce mam czarne od brudu. Potem szoruję je szczotką.

W ogrodzie mam taki azyl i ciszę, że czasem żal mi wyjeżdżać. Sam sobie ten krajobraz ukształtowałem. Trwało to czterdzieści parę lat. Widać efekty.

Telewizji i radia prawie w ogóle nie włączam. Mam wykupione najróżniejsze kanały. Kiedyś podniecały mnie sprawy polityczne, padała komuna, bacznie to z żoną śledziliśmy, teraz mam to wszystko w nosie. Kiedy jestem u ludzi w gościach, dziwi mnie, jak przyjaciele z pełną zajadłością skaczą sobie do gardeł z powodu polityki. Dwoje inteligentów, jedno nie głupsze od drugiego, a żrą się o takie głupoty. Komedia.

O ruchu i o rzeźbie

Rzeźbą zająłem się późno, w ogóle nigdy się na to nie zanosiło. To, jak i wiele rzeczy w życiu, zawdzięczam roli przypadku.

Kiedyś do naszej pracowni na studiach przyszedł Bandura i powiedział: „O Jezu, znowu Wilkoniowi głowa urosła”. Dotyczyło to rzeźby, którą lepiłem z gliny. Byłem więc pewien, że rzeźba nie jest dla mnie. Potem, jakieś dwadzieścia lat temu, odwiedzili mnie przyjaciele z Niemiec z dziećmi. Aby zająć czymś maluchy, zaczęliśmy się bawić w rzeźbienie. Wykonane rzeźby powiesiłem na murze. Po paru latach, gdy wracałem do domu, spojrzałem na nie i naszła mnie myśl, że przecież to może być sposób ilustrowania. Najpierw wziąłem się do prostych rzeczy: ryb i ptaków, myśląc, że z tych rzeźb zrobię książkę – sfotografuję je i ugraficznię. Zrobiłem tak z książką Psie życie. Nazwałem to ilustracją przestrzenną. Ucieszyło mnie to i nabrałem apetytu – zacząłem robić duże formy, ilustracje przestrzenne. Kiedyś na Mazowieckiej, jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, pokazałem je na wystawie. Przyszedł na nią profesor Kucz, rzeźbiarz z Akademii, i mówi: Dobrze ci idzie. A ja na to: To jest ilustracja przestrzenna. Na co on: Przestań pieprzyć, to przecież rzeźba. I w ten sposób stałem się rzeźbiarzem.

A że nie umiem dodawać i lepić, to odejmuję i łączę. Pomaga mi sama natura, która ma już w surowcu elementy wypracowane przez wiatr czy wodę. Oczywiście mam na myśli drewno, bo na kamieniu nie znam się kompletnie i nie dotykam go. Piła czy siekiera pozwalają mi błyskawicznie odjąć od bryły wszystko, co jest zbędne. Trochę mi to przypomina rzeczy, które od dawna robiłem w ilustracji.

Pierwsza książka wzięła się z uderzenia pędzla. Interesował mnie ruch zwierzęcia, jego dynamika – chciałem, by powstała z ruchu pędzla. Coś na kształt sztuki japońskich mistrzów. Chodzi o kunszt, ten szybki, błyskawiczny, wypracowany w warsztacie gest.

Podoba mi się, jak mokry papier przyjmuje farby. Interesuje mnie wykorzystanie mechanicznej, samodzielnej, autonomicznej dynamiki samej materii. Zacząłem się tym bawić w latach sześćdziesiątych. Farba w wodzie rozprzestrzenia się w sposób sobie właściwy, tworząc piękne rzeczy. Jest to oczywiście przypadek. A przypadek to dla mnie rzecz szalenie istotna.

Chodzi o kult plamy – taszyzm, tę wspaniałą dynamikę rzucania plamy – kształt jest w dużej mierze dziełem przypadku, który artysta kontroluje tak, jak chce. To jest podniecające – fakt, że to się przejmuje, że jest to własne, ale jednak przypadkowe.

Przypadek sprawił, że Kandinsky odwrócił obraz do góry nogami. Do dziś każdy dobry malarz, by sprawdzić, czy dobrze namalował, odwraca obraz do góry nogami, żeby zobaczyć tylko jego harmonię.

O koncepcji i o podróżach

Koncepcja zawsze długo mi chodzi po łbie. Zajmuje dużo czasu. Najlepiej wymyślało mi się w samochodzie. Na szczęście miałem dobrego kierowcę – żona przejechała ze mną kilkaset tysięcy kilometrów. Sam prowadziłem tylko wtedy, gdy ona się napiła i odwoziłem ją do domu. Ale była zdecydowanie lepszym kierowcą. Kochała prowadzić, był to dla niej relaks, mogła jechać tysiąc kilometrów bez przerwy, ja tylko podawałem jej frytki albo coś innego do jedzenia. I robiłem notatki z podróży – szkicowałem widoki. Patrzyłem przez okno samochodu i ciągle widziałem coś wspaniałego. Notowałem bez kontroli. Lubiłem bardzo to, co wtedy powstawało. Potem, w domu, z tych szkiców tworzyłem obrazy.

W podróży nie przeszkadza mi, że jestem to tu, to tam o różnych porach. Dobrze śpię wszędzie, gdzie przyłożę głowę do poduszki. Nie lubię jednak pracować w hotelach. Wszystko, co zrobiłem na wyjeździe, wychodziło mi gorzej niż u siebie.

O technologii i o cywilizacji

Telefonu nie wyłączam, mało tego, robię straszne głupstwa – nieraz dzwonił mi w kościele, na jakimś pogrzebie. Nie potrafiłem go wyłączyć, nie posługuję się biegle elektroniką. Nie mając o niej zielonego pojęcia, zrobiłem książkę Zbuntowany elektron – palcem po iPadzie. Udowodniłem, że elektronika zmieniła świat jak nic innego, telefon stał się najważniejszym przedmiotem użytkowym współczesnego człowieka, wykładnią cywilizacji. Bez tego gówienka nie można się poruszyć i żyć. Mikroelektronika – pendrive’y, a nawet iPady, to dla mnie magia. Ja tego nie rozumiem, ale wiem, że jest istotne.

Nauczyłem się odbierać mejle i nawet potrafię odpisać. Nie posługuję się jednak photoshopami i innymi takimi. Mam zaprzyjaźnionego faceta, który mi w tym pomaga, jeśli dana książka tego wymaga. Siadamy razem przed komputerem i robimy cuda na kiju.

O przypadkach i planowaniu

W moim życiu szalenie wiele wynikło z przypadku, szczęśliwego zbiegu okoliczności. Podczas okupacji kilkakrotnie uratowałem głowę całkowitym przypadkiem. Przypadek sprawił, że zająłem się rzeźbą. Przypadek sprawił, że poznałem swoją żonę. Pobraliśmy się po dwóch tygodniach znajomości. Mam dużo niewiary i podejrzliwości w stosunku do ludzi, którzy twierdzą, że organizują sobie życie, jak chcą i jak zaplanują. Planować można coś z grubsza. Zaplanowałem, owszem, że będę malarzem, ale to przypadek sprawił, że miałem znakomitych profesorów: intelektualistów z poczuciem humoru i dystansem.

Wszechświat stoi na przypadku. Jest sumą przypadków, wiecznym chaosem, wiecznym ruchem. Zasady tego ruchu i jego fizyka jakoś są ustanowione przez naturę. Wiem, że istnieją osobniki, które funkcjonują według wcześniej ułożonego planu. Jakiś porządek musi w tym wszystkim być. U mnie ten wyższy porządek polega na tym, że czuję potrzebę działania. Zmienia się tylko taktyka. Pewnie gdybym był absolutnym niechlujem, gówno bym zrobił. Jestem elastyczny, dostosowuję się do tego, co się dzieje. Bycie ułożonym nie zawsze się sprawdza – dostaje się w dupę, jak ten porządek się burzy. Lepiej się nie przyzwyczajać. Bywa, że materia stawia opór, niektórych rzeczy nie można przyspieszyć. Aby osiągnąć zamierzony efekt, trzeba je prowadzić z dyscypliną i spokojem.

Dłubanina sprawia mi kłopot. Lubię szybkie decyzje i natychmiastowy efekt. Ale satysfakcja z przesiedzianych godzin jest ogromna.

Ciśnienie z zewnątrz czułem, kiedy urodził nam się synek, a nie byliśmy zamożni, jakoś musieliśmy dawać sobie radę. Dlatego szedłem na kompromisy. Podczas pierwszego zagranicznego wyjazdu do Paryża z wielką teczką swoich prac chodziłem od wydawcy do wydawcy. Aż miałem śliwy na rękach od dźwigania. I to też przypadek sprawił, że na ulicy spotkałem wtedy Aleksandra Wata, kolegę z historii sztuki, który ożenił się z córką dyrektora administracyjnego wydawnictwa Flammarion. Zobaczył tę moją teczkę i dwa dni później miałem już zamówienie na książkę. Przedłużyłem pobyt i do Warszawy wróciłem eleganckim peugeotem.

O próbowaniu i o zmianach

Chciałem spróbować wszystkiego. W jednej opracowanej technice pracy trudno było mi długo wytrzymać. W mojej twórczości są skrajnie różne okresy. Ciecze, woda, taszyzm, potem twarde rzeczy, potem tempera, folia, pastele, rzeźba…

Jak się czymś umęczę, przeskakuję na inną technikę.

I znowu: przypadek sprawił, że moim sąsiadem był wspaniały reżyser filmów animowanych Mirek Kijowicz. On dysponował taką folią używaną w animacji. I na niej trochę pracowałem.

Potem (znowu przypadek) zauważyłem w sklepie, że cukier jest pakowany w worki ze wspaniałego papieru. Takiego papieru już nie ma. Mocny, nie do rozerwania, o gruzłowatej strukturze i ślicznym beżowym kolorze. Jak na nim rysowałem, miałem wrażenie, że to utkany gobelin. Ciekłe farby wnikały w całość, a pastele ślizgały się po powierzchni – jak w tkaninie przeplatające się sploty. Panie ekspedientki mi te worki odkładały.

O pracy i o szczęściu

Praca jest najpoważniejszą sprawą w życiu, daje zadowolenie. Bardzo wysoko ją sobie cenię. Jest dla mnie szczęściem i motorem. Staliśmy się ludźmi twórczymi, kiedy zaczęliśmy pracować. Osoby, które stykają się ze starością, mówią mi, że jestem szczęściarzem, bo dzięki pracy mam powód, żeby żyć. Niektórzy cieszą się, że odpoczną na emeryturze. Ja uważam, że emerytura jest nieszczęściem.

Matka zawsze powtarzała, że jestem w czepku urodzony. I rzeczywiście – uważam się za szczęściarza. Mimo że dostałem w życiu nieźle w dupę: umarła moja kochana żona, mój syn jest kaleką. Ale nie mam prawa narzekać na los. Oczywiście, miewam podłe chwile, ale nie jęczę, nie ma we mnie goryczy. Wciąż dostaję dobre zlecenia i nagrody. Cieszy mnie to, co mi wychodzi. Mam szczęście, że nie drżą mi ręce, mogę pracować i tak lać wódkę, że nie rozlewam ani kropelki.

JÓZEF WILKOŃ, urodzony w 1930 roku w Bogucicach koło Wieliczki – ilustrator, malarz, rzeźbiarz. Jest absolwentem Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie (Wydział Malarstwa) i historii sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zilustrował blisko dwieście książek dla dzieci i dorosłych wydanych w kraju i kilkadziesiąt wydanych za granicą. Wielokrotnie nagradzany zarówno w Polsce, jak i na świecie. Mieszka w Zalesiu Dolnym.

Michał RusinekMęczy mnie niepracowanie

Spotykamy się na Nowym Świecie i idziemy spacerem do Cafe Kulturalnej w Pałacu Kultury i Nauki. Michał Rusinek przyjechał z Krakowa na jeden dzień, nagrać felieton telewizyjny. Ciągnie za sobą małą walizkę na kółkach. Na miejscu zamawia penne z kurczakiem, kieliszek białego wina i wodę niegazowaną. Przyznaje, że nie znosi jeść sam, lubi jedzenie jako czynność społeczną i ponad wszystko ceni anegdoty i dygresje.

Uniwersytet, Fundacja Wisławy Szymborskiej, stałe felietony prasowe i telewizyjne, tłumaczenia i własne książki. Jak to wszystko wpisujesz w tygodniowy plan pracy?

Zajęcia na uniwersytecie, wykłady z teorii literatury i ćwiczenia na szczęście mogę komasować. Mam więc góra dwa dni uniwersyteckie w tygodniu. W Fundacji Wisławy Szymborskiej jestem codziennie.

[DYGRESJA: Fundacja jest bezbiurkowa, są tylko dwa stałe stanowiska pracy – asystentki zarządu i specjalistki od PR-u, poza tym jest stół do zebrań zarządu i kanapa. Ja najbardziej lubię siadać na tej pomarańczowej kanapie].

Trzecią regularną rzeczą są felietony telewizyjne dla „Xięgarni” – wtedy albo przyjeżdżam na cały dzień do Warszawy, albo cała ekipa przyjeżdża do Krakowa.

[ANEGDOTA: Pamiętam, że pierwszy felieton, jaki nagraliśmy, był o plakatach cyrkowych. Kręciliśmy go w cyrku, w klatce z ponoć zupełnie niegroźnym lwem. Nagrywanie programu polega na robieniu dubli. Młody lew zaczął się nudzić i leciuteńko ugryzł mnie w łydkę. Strup był, blizny nie ma. Ale pozostała anegdota!].

Do tego co dwa tygodnie mam felieton w „Gazecie Wyborczej”: Pypcie na języku. Od czasu do czasu tłumaczę książki. Czasem też piszę własne. Jedno i drugie robię nocami.

Jak rozplanowujesz tę twórczą część twoich zajęć?

Deadline na mnie nie działa. Jestem w stanie przekonać wydawców do jego przesunięcia, w końcu zawodowo zajmuję się retoryką. Wstaję koło ósmej, ale jeśli nie muszę, lubię spać do dziesiątej. Rano nie jestem w stanie robić nic twórczego. Mógłbym co najwyżej rąbać drwa. Pisać mogę po obiedzie, chociaż tak naprawdę najlepiej pisze mi się wieczorem i w nocy – między dziesiątą a drugą. Wtedy najszybciej pracuję. Jestem bardzo zdyscyplinowany, ustawiam sobie własne deadline’y: ile stron muszę napisać albo przetłumaczyć i do kiedy. Kładę się zawsze po północy.

[ANEGDOTA: Gdy pisałem habilitację, był to specyficzny moment, bo wtedy umierała Wisława Szymborska. Podejrzewałem, co będzie mnie czekało po jej śmierci. Wyznaczyłem sobie, że ta habilitacja musi mieć dwieście stron, podzieliłem na równe rozdziały, a potem je wypełniałem treścią po kolei od początku do końca. Wstęp napisałem jako ostatni. Wyszło mi równe dwieście stron. Boję się pytać zaprzyjaźnionych psychiatrów, czego to objaw].

Widzę struktury przestrzennie. Mógłbym je z łatwością narysować. Chociaż nigdy tego nie zrobiłem. Mam je tylko w głowie. Jest problem, w jego obrębie kwestie, powiedzmy, równorzędne. Muszę na wszystkie spojrzeć teoretycznie i praktycznie. Czyli podzielić je na pół. Zaczynam rozdział i w punktach piszę sobie, co powinno się w nim znaleźć. Potem wykreślam te punkty. Książki dla dzieci też mają takie przegródki, ustalam liczbę rozdziałów i wypełniam je – najczęściej też po kolei. W przypadku krótkich form mam bezczelną zasadę, że jeśli nie uda się czegoś zrobić w jedną noc, to nie ma sensu. Takie rzeczy najlepiej mi wychodzą, bez rozmemłania. Na przykład książkę Kiedy byłem mały napisałem w sześć godzin, w drodze z Krakowa do Warszawy i z powrotem. Robiłem przerwę tylko na kontrolę biletów.

[ANEGDOTA: Czytałem, że Lem, gdy zaczynał książkę, nie miał pojęcia, jak się skończy i ile będzie miała stron. Nie wyobrażam sobie czegoś takiego. No ale to był wielki pisarz, ja jestem zaledwie rzemieślnikiem].

A jak jest z tłumaczeniami? Od czego zaczynasz?

Tłumaczenie nie wymaga robienia struktury, bo baza, czyli oryginał, już tę strukturę posiada. Zaczynam więc od języka. Na przykład kiedy tłumaczyłem Fistaszki, musiałem najpierw znaleźć język pasujący do postaci. Nie lubię robić postanowień. W przypadku tłumaczeń zakładam sobie, ile stron tygodniowo uda mi się przełożyć. Tłumaczenie to rzemiosło, którego człowiek długo się uczy, i to w samotności. Oczywiście dobry redaktor jest bardzo pomocny.

Zajmujesz się jedną rzeczą naraz czy masz rozpoczętych kilka projektów?

Nie lubię zajmować się jedną rzeczą naraz. Męczy mnie to i irytuje. W ciągu dnia robię sobie przeskoki. Prawdopodobnie polega to na tym, że w ten sposób uruchamiam pracę innego kawałka mózgu. Jeżeli powiem sobie, że teraz najważniejsze jest napisanie jakiejś książki, a do tego mam inne poboczne rzeczy, to ta główna rzecz jest spalona, bo lepiej i szybciej wychodzą mi te poboczne. Muszę się więc sam oszukiwać i udawać, że te mniej ważne rzeczy są ważniejsze.

Stosuję zasadę trójpolówki lub też płodozmianu. Nauczyło mnie tego pierwsze dziecko. Nagle okazało się, że jestem produktywny. Kiedy urodziła się Natalka, wiedziałem, że mam dwie–trzy godziny na dobę i ten czas muszę wykorzystać na pracę. Lubię słyszeć, że coś się dzieje w domu. Nie lubię pracować w pustym mieszkaniu. Mimo że jestem zajęty swoimi rzeczami, umiem odpowiadać na pytania, kawałkami świadomości śledzę to, co dzieje się naokoło.

Jak wygląda twoje miejsce pracy?

Mamy dwupoziomowe mieszkanie i poza sypialniami nie ma w nim drzwi. Mój kącik do pracy jest w przedpokoju. To bardzo duże biurko w kształcie litery L. Mam duży ekran i klawiaturę bezprzewodową. Nogi mogę więc trzymać na biurku. Patrzę w ścianę. Może kiedyś wybiję w niej okno? Ale nie jestem pewien. Pusta ściana nie rozprasza tak jak widok przez okno. Wokół mam regały z książkami. Nie lubię, kiedy ktoś przestawia mi rzeczy na biurku, bo tylko ja wiem, gdzie co leży. Kiedy pracuję, to mam bałagan koło siebie. Z bałaganu powstaje porządek w postaci książki czy artykułu. Gdy kończę, natychmiast muszę zrobić porządek z książkami. Odstawiam je na półki.

A w skrzynce mejlowej masz porządek?

Mam kilka skrzynek, wszystkie połączone. Wisi mi zawsze kilkanaście nieprzeczytanych mejli. Mam takie wirtualne naklejki na pulpicie, takie to do lists.

Co pomaga ci w pracy?

Kofeina. Piję cztery–pięć kaw dziennie. Mocnych espresso. Tylko rano do kawy dolewam odrobinę mleka. Potem piję już tylko espresso, czasem nawet podwójne. Mój mózg potrzebuje cukru, jem bardzo dużo słodyczy. Ostatnio śliwki w czekoladzie. Słodycze jem codziennie, chyba że jestem na wakacjach i nie pracuję.

Słodycze są nagrodą za wykonane zadania?

Nie, paliwem. Jeżeli uda mi się skończyć lub wymyślić coś trudnego, domknąć jakiś skomplikowany rozdział, pozwalam sobie wypić szklaneczkę whisky przed snem. Czasem też palę fajkę. Trochę w nagrodę, trochę dla rozluźnienia. Po alkoholu pracować nie jestem w stanie w ogóle, więc gdy piję, wiadomo, że to już relaks.

[ANEGDOTA: Miałem w domu kosteczkę haszyszu, którą dostałem kiedyś w prezencie. O drugiej w nocy skończyłem szalenie wyczerpujący rozdział doktoratu. Nalałem sobie whisky. Umieściłem haszysz na takim specjalnym sitku, które dostałem w pakiecie. I w tej chwili słyszę dzwonek do drzwi. Podchodzę, patrzę przez wizjer – policja. Myślę sobie: ho, ho, szybcy są. Otwieram drzwi, a policjant mówi: „Przeszkadzam, że przepraszam, ale czy mógłby pan zidentyfikować zwłoki?”. Pomyślałem: strong stuff, działa, choć nie zdążyłem go jeszcze zapalić. Okazało się jednak, że zwłoki rzeczywiście musiałem identyfikować – sąsiadka popełniła samobójstwo, rzuciła się z okna, a u mnie policjanci zauważyli zapalone światło. Odrzuciło mnie to na dobre od pomysłów palenia haszyszu].

A sport? Fizyczne przerywniki w pracy umysłowej są bardzo wskazane.

Sport? Broń Boże! Sport jest niezdrowy i nieestetyczny. Człowiek się poci, męczy. Pływanie? Jestem hydrofobem. Nie umiem pływać, idę na dno, jakich ruchów bym nie wykonywał. Jedyny sport, który jeszcze jakoś akceptuję, to narty raz do roku. Jeździmy całą rodziną. Poza tym uważam, że nie wypada nie tylko biegać, ale nawet podbiegać, na przykład do tramwaju. Człowiek traci godność. Zadyszka, ściganie się z czasem… Należy poruszać się po świecie statecznym krokiem.

A co ci w pracy przeszkadza? Internet? Jesteś dość aktywnym użytkownikiem mediów społecznościowych, masz konta na Facebooku i Instagramie.

Interesuje mnie język, ten literacki i ten nieliteracki. Social media są miejscem językowo fascynującym. Często też ludzie podsyłają mi pomysły na felietony o języku, odpowiadają na moje pytania. A co do Instagramu – nie rozumiem hasztagów. Wiem, po co są, ale nie widzę w nich najmniejszego sensu. Hasztag „Nie mam pomysłu na hasztag”.

Zdarzają się takie chwile, że naprawdę ci się nie chce?

Ponieważ robię wiele różnych rzeczy, nie popadam w taki stan, że w ogóle żadnej z nich nie chce mi się robić. Zakładam sobie, że nic nie muszę. Zawsze przecież jakoś dam radę się wykręcić. Jak przestanie mi się chcieć, to pewnie umrę. Kiedyś uświadomiłem sobie, że gdybym wygrał w totolotka, to i tak zajmowałbym się tym, czym się zajmuję. Niewiele by się zapewne zmieniło w moim życiu.

Theodor Adorno w Minima moralia napisał, czym różni się praca urzędnika od pracy inteligenta: urzędnik ma podzielony dzień na czas pracy i tak zwany leisure time. Natomiast inteligent nie ma tego podziału, bo albo wszystko jest pracą, albo wszystko jest leisure. Powiedzmy, że czytam książkę w ramach pracy albo idę do kina lub na wystawę – to samo mogę robić w czasie wolnym.

Nie odbiera to przyjemności?

Wprost przeciwnie. Sprawia, że można mieć przyjemność nieustanną. Przepraszam za erotyczne skojarzenia. Jest jedna rzecz, którą robiłem nie z własnej dziedziny – wypełniałem całej rodzinie zeznania podatkowe. Lubiłem to, bo uruchamiało nieużywane normalnie komórki mózgu. Męczy mnie niepracowanie.

Czy w ogóle potrafisz odpoczywać?

Dla relaksu jem i śpię. Nie lubię jeść sam. Kojarzy mi się to z kwintesencją samotności. Jedzenie lubię jako czynność społeczną. Ale kiedy jem w towarzystwie przyjaciół, i tak zwykle rozmawiamy o pracy. Na wykładach często cytuję kulturę popularną, uważam, że ją trzeba znać. Mało tego, uważam, że kultura popularna zastąpiła teraz kulturę powszechną i to ona buduje wspólnotę. Jasne, że są takie filmy czy książki, które czytam czy oglądam dla czystej przyjemności. Ale nigdy nie wiadomo, czy nie przydadzą mi się do wykładów czy felietonów. Polubiłem seriale House of Cards, Olive Kitteridge, How To Get Away With Murder… Bardzo lubię Jamesa Bonda, pewnie dlatego, że na nim uczyłem się angielskiego.

Jadasz regularnie? Rodzina Rusinków spotyka się przy stole na wspólne posiłki?

Nie jem regularnie i boleję nad tym. Czasem gotuję, ale bez przyjemności. Moja żona też rzadko gotuje, zwykle zamawiamy gotowe dania w zaprzyjaźnionych restauracjach. Nienawidzę gatunku literackiego pod nazwą przepis. Nie cierpię, gdy ktoś opowiada przy stole, jak po kolei przyrządzał daną potrawę, to odbiera apetyt. Rzadko udaje nam się zasiąść razem do stołu. Żałuję, że mam mało czasu dla dzieci. Ale pocieszam się, że nie ilość, a jakość się liczy. Jeździmy na wspólne wakacje, krótkie, ale za to kilka razy w ciągu roku, wykorzystując różne długie weekendy.

Bliżej ci do artysty czy rzemieślnika?

Nie uważam się za artystę. Jestem rzemieślnikiem. Dobieram formy, a potem je wypełniam. Zmuszanie myślenia do formy jest bardzo istotne. Forma liczy się zarówno w sztuce, jak i w życiu. Z jednej strony daje poczucie bezpieczeństwa. Z drugiej – wyboru. Z trzeciej – można ją stłuc, jak każde naczynie, więc pozwala też zaspokoić potrzebę buntu.

Michał Rusinek, urodzony w 1972 roku w Krakowie – literaturoznawca, tłumacz, pisarz. Doktor habilitowany nauk humanistycznych. Długoletni sekretarz Wisławy Szymborskiej. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. W 2002 roku uzyskał stopień doktora, a w roku 2013 zrobił habilitację. Specjalizuje się w teorii literatury. Jest adiunktem w Katedrze Teorii Literatury na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Spod jego pióra wyszły między innymi Nic zwyczajnego. O Wisławie Szymborskiej, Jak przeklinać? Poradnik dla dzieci, Księga potworów. Mieszka w Krakowie.

Beata ChomątowskaDetoks i pusty blat

Spotykamy się latem przy rondzie de Gaulle’a. Idziemy spacerem w stronę Starego Mokotowa. W ogródku restauracji Przegryź przy Mokotowskiej Beata zamawia lemoniadę cytrynową bez cukru. I robi zdjęcie menu z nagłówkiem „Dania dla psów i suk”.

W tygodniu piszę w rytmie urywanym, wyszarpując z doby kawałki czasu, które zostają poza podstawową aktywnością zarobkową. Tak było, gdy pracowałam na etacie w redakcji, w tej chwili osiem godzin dziennie poświęcam pracy w Muzeum Historii Żydów Polskich, poza tym piszę również teksty dla „Tygodnika Powszechnego”, felietony dla stołecznej „Gazety Wyborczej” i okazjonalnie dla innych redakcji. Wiem jednak już, że kolejna książka na pewno nie powstanie w takim rytmie. Jest zbyt wyczerpujący. Stopniowo będę chciała odwracać te proporcje na rzecz pisania. Ono wymaga też czasu, chwil na oddech, przemyślenia, poprawki. Kiedy pracuję nad książką, narzucam sobie reżim czasowy. Zdarzało mi się wstawać o piątej trzydzieści, żeby napisać coś przed pracą. Najważniejsze rzeczy staram się robić rano, kiedy umysł jest świeży, czyli chyba w zgodzie z naukami poradników organizacji czasu.

Czyli najpierw zjadasz żabę.

Tak, staram się przynajmniej zacząć pisać. Potem idę do pracy, wracam i piszę dalej. Bo najczęściej goni mnie deadline. Koło dwudziestej drugiej padam zmęczona. Marzę o tym, by żyć tylko z pisania. Od piętnastu lat niemal bez przerwy pracowałam na różnych etatach, na szczęście głównie w redakcjach, nie musiałam więc przychodzić punktualnie na ósmą, czego bym nie wytrzymała. Określony rytm dnia jednak porządkuje życie. Myślę też, że pewnie gdybym miała cały dzień do własnej dyspozycji, i tak robiłabym kilka rzeczy równolegle. Chyba już tak mam – lubię pracować.

A co ci w pracy przeszkadza?

Ostatnio przede wszystkim internet. Kiedy z niego nie korzystam, pracuję znacznie bardziej efektywnie. Idealny byłby więc zapewne podział dnia na pracę i czas wolny. Na przykład siedem godzin pisania, potem godzina przeglądania internetu, potem odpoczynek poza siecią.

Niedawno zrobiłaś sobie detoks od internetu.

Od pewnego czasu odczuwam negatywny wpływ zarówno Facebooka, jak i portali informacyjnych, których przeglądanie jest nawykiem pozostałym po pracy w dziennikach. Szalenie rozpraszającym i wytrącającym z czynności, którą aktualnie się zajmujesz. Naukowcy zbadali, że pod wpływem częstego korzystania z internetu mózg zaczyna inaczej pracować – i zdiagnozowałam to na własnym przykładzie. Zauważyłam, że zdarza mi się czytać pięć książek naraz, przy czym żadnej nie mogę skończyć, że zaczynam operować uboższym językiem, łatwo się dekoncentruję. Najpierw na tydzień odcięłam tylko Facebooka. Potem wszystko oprócz poczty, którą sprawdzałam raz dziennie, i wybranych blogów. Byłam wtedy na urlopie i dużo pisałam. Ten przyjemny stan trwał miesiąc, z równowagi wytrąciło mnie Allegro połączone z Onetem – przeczytałam, że spadł samolot, i z ciekawości weszłam na portal informacyjny. Ale dzięki temu eksperymentowi wiem, że nawet w XXI wieku spokojnie można funkcjonować bez internetowej papki i nieustannego szumu medialnego. To w końcu moja głowa i to ja decyduję, co do niej wpuszczam, czy staje się wielkim śmietnikiem, czy selekcjonuję podawane jej treści.

A nie było to trudne pod względem kontaktu z ludźmi?

W ogóle. Pozytywnie wpłynęło na relacje z przyjaciółmi – częściej się spotykaliśmy na żywo. Nieco zweryfikowało część luźniejszych znajomości. Prawda jest taka, że jak ktoś bardzo chce cię znaleźć, to znajdzie. Są przecież telefony. Uświadomiłam sobie też, że naprawdę istnieje pokolenie dzieci sieci, dla których stanowi ona naturalne środowisko. Na przykład moja siostra, młodsza o dwanaście lat. Któregoś dnia zadzwonił do mnie spanikowany tata, pytając, co się dzieje, bo nie odpisałam na wiadomość siostrze. Okazało się, że nawet nie pomyślała, że może przesłać ją esemesem lub zadzwonić – skomunikowała się za pośrednictwem Facebooka, jak jej rówieśnicy.

Z moich szacunków wynika, że jednocześnie pracowałaś nad dwiema książkami.

Kończyłam Lacherta i Szanajcę i zbierałam materiały do Pałacu.

I pracowałaś na etacie. Jak to było możliwe fizycznie?

Musiałam nieco ograniczyć życie towarzyskie. A reszta zależy od motywacji i ustawienia dnia. Odkryłam, że lubię wstawać wcześnie, nawet o piątej. Czas płynie wtedy wolniej. W pewnym momencie zaczęłam się budzić tak wcześnie bez budzika. I zasuwam.

Przyszło ci to z łatwością?

Długo czułam się niezręcznie, kiedy przedstawiałam się jako pisarka. Głównie dlatego, że musiałam skutecznie przetransformować się z roli dziennikarki ekonomicznej, z którą byłam kojarzona. Dlatego też, wiedząc, że gdy pierwszą książkę pisze się po trzydziestce, nie ma na to już wiele czasu, nie oszczędzałam się i pisałam w każdej wolnej chwili. Bywało więc, że przychodził pierwszy od miesięcy niezarezerwowany na pisanie weekend, chciałam coś zrobić, gdzieś pojechać, a organizm mówił mi: „Stop!” i zmuszał do regeneracji – ni stąd, ni zowąd dostawałam na przykład gorączki. Trochę też jestem sama sobie winna, bo nie umiem tak do końca narzucić sobie pruskiej dyscypliny, jeśli chodzi o systematyczność. Wiele zadań realizuję spanikowana, na ostatnią chwilę. I są to, niestety, często rzeczy priorytetowe.

Jakie warunki są ci potrzebne do pracy?

Podstawowy jest taki, że albo muszę być sama w pomieszczeniu, w którym piszę – żadnych bliskich osób, bo mnie dekoncentrują – albo w miejscu publicznym, otoczona obcymi ludźmi. Wtedy traktuję ich obecność jak biały szum. Wystarczy założyć słuchawki i już się dobrze pracuje. W domu najczęściej piszę przy biurku. Ideałem byłby własny pokój, ale mamy niewielkie mieszkanie – sypialnię, pokój dzienny plus kuchnię. Ostatnią książkę, o Pałacu Kultury, napisałam przy stole w kuchni. Dobre do pisania byłoby dla mnie więzienie. Ascetyczna przestrzeń, samotnia. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie pisałam w mieszkaniu jednego z przyjaciół, podczas remontu we własnym. To było dobre rozwiązanie. Obca przestrzeń, gdzie nic mnie nie rozpraszało.

Narzucasz sobie limit słów albo znaków?

Nie, po prostu siedzę do oporu, kiedy już naprawdę muszę.

A uprzyjemniasz sobie jakoś pracę? Coś koniecznie musisz mieć na biurku?

Najchętniej pusty blat. Otoczenie też musi być wysprzątane, bo inaczej, zamiast pisać, sprzątam, łącznie z myciem okien.

A co jest najprzyjemniejsze w pisaniu?

Momenty, kiedy przychodzi mi do głowy nowy pomysł, gdzieś w podróży czy przed zaśnięciem. Wysyłam je sobie wtedy esemesem albo zapisuję. Lubię te przebłyski, bo z reguły pisanie jest bardzo żmudne. Przyjemnym etapem jest też zbieranie materiałów, poszukiwanie okruchów codzienności w archiwalnych rocznikach gazet. Tak podczas pracy nad Pałacem. Biografią intymną