Jak oni komentują?! czyli z Wembley wita Dariusz Ciszewski - Tomasz Gawędzki - ebook
Opis

– Finały NBA w latach 90-tych w TVP bez panów Szaranowicza i Łabędzia oraz słynnego zawołania „Hej, hej, tu NBA!”?

– Mecze reprezentacji Polski przed erą Borka i Hajty bez emocji w głosie pana Dariusza Szpakowskiego?

– Nieudawana walka kolarzy z własnymi organizmami na trasach wielkich tourów bez jedynego w swoim fachu duetu Jaroński – Wyrzykowski?

– Dalekie loty Adama Małysza i Kamila Stocha bez wzniosłych słów panów Babiarza i Szaranowicza?

To by się nie mogło udać!

Komentatorzy sportowi w świadomości kibiców są tak ważni, że nie sposób przeżywać w pełni zawodów sportowych bez ich głosów w tle. Mają zarówno swoich sympatyków, jak i przeciwników. Jedni ich uwielbiają, inni wyszydzają, sugerując nawet, że czas najwyższy zniknąć z anteny. Nikt jednak nie może zaprzeczyć, że niektóre ich wypowiedzi stały się już kultowe i na zawsze pozostaną w naszych głowach, nieważne jak bardzo chcielibyśmy się ich pozbyć...

To nie jest książka, z której dowiecie się wielu mądrych rzeczy... A może? Z pewnością jednak jest to książka, która przynajmniej raz sprawi, że Wasza twarz rozpromieni się szczerym, dziecięcym uśmiechem 😊

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 131

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Krótka piłka zamiast wstępu

Próbowaliście kiedyś oglądać mecz piłkarski lub inne zawody sportowe bez fonii? Ja kilka razy to robiłem, między innymi na potrzeby napisania tej książki, i wiecie co? Nie dało się oglądać! To tak, jakby pójść na pływalnię i się zorientować, że w basenie nie ma wody. Brakuje bardzo istotnego elementu, bez którego nasz mózg nie potrafi zaakceptować stanu rzeczy. Mecz piłki nożnej bez głosu Dariusza Szpakowskiego lub Mateusza Borka? Spotkanie NBA bez narracji kiedyś duetu Włodzimierz Szaranowicz – Ryszard Łabędź, a dziś bez Wojciecha Michałowicza? Prestiżowe kolarskie toury bez charakterystycznych tonów Tomasza Jarońskiego i Krzysztofa Wyrzykowskiego? Zawody lekkoatletyczne, łyżwiarstwo figurowe czy pływanie bez trafiającego wprost do kobiecych serc, urzekającego głosu Przemysława Babiarza? To jest niewykonalne, niewyobrażalne, coś nie do zaakceptowania.

Kibice, pasjonaci, fani czy wreszcie sympatycy sportu często narzekają, że ten czy tamten komentator się myli, przekręca nazwiska zawodników, nie kontroluje czasu zawodów, przeinacza fakty, źle dobiera słowa, jest roztargniony, nie widzi, co dzieje się na ARENIE zmagań. Czasem Dariusza Szpakowskiego ponosiły emocje na stadionie, a czasem inny sprawozdawca przedstawiał nam fakty w taki sposób, że potrafił nas dosłownie uśpić. Możemy narzekać ile wlezie, ale wyłączcie dźwięk w swoim telewizorze podczas oglądania meczu piłkarskiego czy skoków narciarskich, albo jeszcze lepiej – podczas igrzysk olimpijskich czy mundialu. Sami się przekonacie, jak szybko będziecie szukali pilota, by przywrócić „muzykę” dla swoich uszu, czyli komentarz. Bez tego chwilę wytrzymacie, ale na dłuższą metę nie dacie rady.

Ciężki jest żywot komentatora sportowego, o czym doskonale wiedzą wszyscy, których nazwiska znalazły się w tej książce. Nie wiedzą tego kibice. Oni myślą, że robota faceta w słuchawkach, który siedzi za mikrofonem i gada co mu ślina na język przyniesie, to najłatwiejsze zajęcie na świecie. I to jest pierwszy błąd... Komentator przygotowuje się do swojej pracy tak samo ciężko jak piłkarz do meczu czy sztangista do zawodów. Dziś może mają trochę łatwiej, bo wielce pomocny jest internet, ale kiedyś nie mieli tego wsparcia. Informacji nie zdobywało się za sprawą kilku kliknięć w klawiaturę komputera. Wszystko trzeba było robić na własną rękę, użyć kontaktów, mieć dojścia tu i ówdzie, albo po prostu zwykłego farta. Komentatorzy się mylą, bo są nieprzygotowani? Drugi błąd... Jeśli się mylą, to nie z braku wiedzy, ale od jej natłoku. Ci goście to chodzące encyklopedie i zawsze starają się przekazać widzowi jak najwięcej. Czasami za dużo, za szybko, zbyt emocjonalnie. Dlatego raczą nas takimi „perełkami” i „kwiatkami”, od których uśmiechają nam się szeroko usta. I wiecie co? My ich za te błędy i lapsusy kochamy!

Ta książka nie ma i nigdy nie miała w zamyśle nikogo obrazić, wyszydzić czy napiętnować. Wpadki, lapsusy, pomyłki i przejęzyczenia są wpisane w zawód komentatora sportowego tak samo jak ryzyko odniesienia kontuzji przez zawodowego sportowca. Nie myli się tylko ten, kto nic nie robi, jak mawia słynne powiedzenie. Oni – sprawozdawcy – nie komentują wydarzeń ze sportowych aren dla siebie, tylko dla nas, widzów i słuchaczy. Pamiętajmy o tym...

Dariusz Szpakowski i klasyczne „szpaki”

Wiadomo nie od dziś, że od ponad dwóch dekad najbardziej rozpoznawalnym głosem polskiej piłki nożnej jest Dariusz Szpakowski. Jego barwa głosu jest tak charakterystyczna jak ta, którą dysponuje Krzysztof Cugowski. Nie sposób „Szpaka” pomylić z kimś innym, ale z kolei „Szpak” potrafi pomylić piłkarzy lub wymyślić nazwisko gracza. Zdarzało mu się też nieraz zrobić „zbitkę” imienia i nazwiska dwóch różnych osób, przekręcić nazwę drużyny czy podać nazwę stadionu innego niż ten, na którym się akurat znajdował. Jego „perełki” są już legendarne, stały się prawdziwymi klasykami, jak stare marki renomowanych firm motoryzacyjnych. Niektóre z nich zapewne weszły na stałe do naszego języka potocznego jak cytaty z kultowych filmów. Absolutnym hitem w wykonaniu Pana Darka jest jednak powitanie telewidzów w czasie meczu Anglia – Polska w 1997 roku, kiedy to chciał nawiązać do słów swojego mentora Jana Ciszewskiego, ale wyszło trochę inaczej i... śmiesznie. Poniżej znajdziecie Państwo najsłynniejsze cytaty z relacji Dariusza Szpakowskiego.

Dariusz Szpakowski to prawdziwa legenda wśród komentatorów. Czasem błyskotliwy, czasem zagubiony jak dziecko we mgle, czasem sprawiający wrażenie, jakby oglądał inny mecz, ale zawsze zwarty i gotowy by „zastrzelić” widza czymś ciekawym.

Coś na rozgrzewkę: „Alan Shearer, dla którego treścią życia jest futbol, nawet maturę z polskiego ustną zdawał z futbolu. Po prostu opowiadał o fascynacji tą dyscypliną. (po paru minutach) Oczywiście Alan Shearer maturę zdawał z języka polskiego, a nie z angielskiego”.

Pan Darek, komentując jedno ze spotkań reprezentacji Niemiec podczas mundialu w 2006 roku, ni stąd, ni zowąd, po kilku nieudanych akcjach skrzydłami, bez żenady przyznał: „Niemcy cały czas zmieniają pozycje, lecz nie potrafią zadowolić swojego trenera”.

Lepsze od Shearera, ale to i tak mały pikuś w porównaniu z komentarzem ze wspomnianego 1997 roku i spotkania z Anglią: „Dzień dobry państwu, ze stadionu Wembley wita Dariusz Ciszewski”. Pan Dariusz chciał nawiązać do swojego mentora, jakim był Ciszewski, i przywitać widzów jak on w 1973 roku. Niestety – emocje wzięły górę i pomylił swoje nazwisko, a co najlepsze – w ogóle tego nie zarejestrował w pamięci. Wydawało mu się, że wszystko jest w porządku i dopiero po meczu dowiedział się, jakiego „kwiatka” palnął. Ta historia przylgnęła do niego na lata i musiał się tłumaczyć, dlaczego przyrównał się do legendy, jaką był bez wątpienia Jan Ciszewski.

„Szpaku” zawsze dba o atmosferę widowiska i nawet jeśli na boisku nie dzieje się zbyt wiele ciekawego, to możemy liczyć na złote myśli pana Darka: „Boisko zostało specjalnie poszerzone o 10 metrów: z 64 na 72 metry”, czy też: „Nasi piłkarze muszą bardzo antycypować, gdzie spadnie piłka”.

Redaktor Szpakowski ma głos tak wciągający, tak buduje emocje podczas relacji, że człowiek może zapomnieć o Bożym świecie. Pod tym względem w Polsce – moim zdaniem – wciąż nie ma lepszego komentatora sportowego! Człowiek tak go słucha, nakręca się i momentami traci kontakt z rzeczywistością, więc nic dziwnego, że czasem naszym uszom umkną takie oto „kwiatki”...

„A

oto

przy piłce Cherulondo” (podczas meczu Polska – USA, 6 marca 2006, o zawodniku Steve Cherundolo).

„Liechtenstein idący w sukurs na prawej stronie” (w trakcie finału Ligi mistrzów Juventus – FC Barcelona w sezonie 2014/2015, chodziło o piłkarza Juventusu, który w rzeczywistości nazywa się Stephan Lichtsteiner).

„I

to

jest właśnie cały Maradona, jedno genialne podanie otwierające drogę do bramki...” (przy piłce był Lionel Messi). Po chwili: „Powiedziałem Maradona? Przepraszam, Messi oczywiście”. I znów za kilka minut: „Lavezzi... do Maradony!” (1/4 mundialu w Brazylii w 2014 roku, mecz Argentyna – Belgia).

Pan Dariusz miewał czasami kłopoty z określeniem czasu gry, bo wiadomo – emocje, na boisku dużo się działo, czasem z dziupli komentatorskiej nie widać zegara, a na monitor nie warto zerkać, bo cyferki takie małe... Wtedy to właśnie popularny „Szpaku” wyrzucał z siebie bliżej nieokreślone zwroty w stylu:

„Wynik

jest

bez wątpienia bezbramkowy”.

„W

56. minucie

goście na wszelki wypadek podwyższają na 3:1”.

„Minął

kwadrans. Po

10 minutach 0:0”.

Ze stanowiska komentatorskiego, które z reguły bywa umiejscowione wysoko na trybunach prasowych niemal wszystkich stadionów, bywają problemy z widocznością, co z kolei przekłada się na trudności z realną oceną odległości. Czasem wydaje nam się przed telewizorem, że piłkarz przestrzelił z metra albo futbolówce zabrakło centymetra, aby wpaść do siatki. Okazuje się, że z perspektywy kanapy i tak dobrze widać, bo Szpakowski to już w ogóle mało co widzi...

„Piłka przeszła

dwa

metry między spojeniem słupka z poprzeczką”.

„Strzał minął o centymetry bramkę GKS-u, w której stoi Janusz Jojko jak zaczarowany”.

„A

oto

i sam Hakan, któremu zabrakło kilkunastu centymetrów”.

„Mniej więcej z tej odległości ucieszył nas Roman Szewczyk w meczu z Anglią”.

Zdarzały się określenia, które ciężko w jakikolwiek sposób zaklasyfikować i uznać, że są one wpadkami, lapsusami czy po prostu wynikają z roztargnienia. Redaktor Szpakowski niekiedy starał się przekazać zbyt wiele jak najszybciej i chyba nieświadomie stosował pewne skróty myślowe, a do naszych uszu dochodziło znienacka:

„Włodek

Smolarek

krąży jak elektron koło jądra Zbyszka Bońka”.

„Bracia-bliźniacy

Frank

i Ronald de Boerowie, z których większość gra w Barcelonie”.

„Teraz

przy

piłce Czarls Puziol” (tak wymówił nazwisko zawodnika FC Barcelony, które brzmi Carles Puyol).

„Gęsior

ma

tam w środku Zająca” (w trakcie jednego z meczów Widzewa Łódź).

„Grecy

przy

piłce, a konkretnie Warzycha” (podczas meczu Panathinaikosu Ateny).

„Brazylijczycy często zmieniają pozycje”.

„Crvena

Zvezda

to 16-krotny mistrz Jugosławii i 10-krotny zdobywca tego kraju”.

„Norwegowie w czerwonych koszulkach i białych spodenkach, Polacy – w strojach odwrotnie pokolorowanych”.

„I

znowu

niecelne trafienie”.

„Popatrzmy

na

jego przytomność umysłu”.

„Anglicy

grali

już z Gascoigne’m, ale ten był jeszcze od dalekiej formy”.

„Ta

bramka

nie mogła być uznana, gdyż – jak widać w powtórce – bramki nie było”.

„Johann

Cruyff

dokonywał bardziej zmian taktycznych niż zmieniających taktykę zespołu”.

„Mecz

Panathinaikosu

z Olympiakosem, czyli świetna wojna”.

„Strzelił w długi róg bramkarza”.

„Iversen mógłby być

spokojnie

synem Franco Baresiego, ale Baresiego zawiodły nerwy”.

„Na

Old

Trafford Manchester United nigdy nie przegrał, ale nigdy nie oznacza zawsze”.

„Rangersi

bez

jakichkolwiek szans, aby marzyć jeszcze o czymkolwiek”.

„Nie było

tu

jednak nikogo, a konkretnie Lentiniego”.

„Oto

ten

moment przed momentem na państwa ekranach”.

„A

oto

Marcelo, którego eksponuje realizator transmisji, aczkolwiek do tej pory jeszcze niczego wielkiego nie pokazał”.

„Słuszna

decyzja

hiszpańskiego sędzia”.

„Francuz wyraźnie

nie

ma komu podać, nie ma spalonego”.

Solą futbolu są jak wiadomo gole, a te uwielbiają być celebrowane w tak różnoraki sposób, jak wiele jest gatunków motyli w muzeum przyrody na duńskiej wyspie Bornholm. Jedni mają wojskowe ciągoty i strzelają z karabinu, rzucają granatem, salutują, tudzież meldują wykonanie zadania. Inni zdradzają zamiłowanie do tańca i odstawiają różne „makareny” przed uradowaną publiką. Byli też tacy, którzy wskakiwali na trybuny i siadali wśród kibiców, albo tacy, którzy robili sobie selfie z rzeką tifosi. Jedni manifestowali swoją radość na murawie, a niektórzy poza. I ci byli zawsze piętnowani. Wszyscy oni za swe cieszynki byli karani przez arbitra „żółtkiem”. „Dostał żółtą kartkę, gdyż radości poza boiskiem – w myśl przepisów UEFA – okazywać nie wolno” – uznał redaktor Szpakowski. Czyli wychodzi na to, że UEFA dopuszcza jedynie celebrowanie bramki na boisku? Takiego przepisu z kolei nie doszukałem się ja, rozkładając merytorycznie tenże regulamin na czynniki pierwsze...

Redaktor Szpakowski był w całkiem niezłej „formie” podczas mundialu w 2006 roku, który był rozgrywany na niemieckich boiskach. Wiadomo, że bilety na mecze rozchodziły się jak świeże bułeczki, ale mimo wszystko... „Stadion w Dortmundzie wypełniony po ostatnie miejsce, chociaż widzimy jeszcze kilka wolnych miejsc” – wypalił przed spotkaniem Szwajcarii z Togo. Kiedy natomiast Anglicy potykali się z Portugalczykami, to pewne było, że emocji i dramaturgii na murawie nie zabraknie. Dwie świetne ekipy, wielu doskonałych piłkarzy, którzy jednak mają pewne braki: „Rooney jest szybki, ale Gerrard nie miał szans dojść do tej piłki”.

Biało-Czerwoni zaczynali mistrzostwa meczem z Ekwadorem, który był dla nas wtedy taką niewiadomą jak pogoda w marcu. Szerzej znanym gościem w tej ekipie z Ameryki Południowej był jedynie chyba Antonio Valencia, wówczas często wypożyczany gdzie indziej gracz hiszpańskiego ­Villarreal, a później mistrz Anglii z wielkim Manchesterem United. Polska prasa sportowa zapewniała, że nie ma się czego bać, bo mamy taki skład, że „ogolimy frajerów”, jak zwykł mawiać świętej pamięci trener Janusz Wójcik. Jakież było zaskoczenie, kiedy to Ekwadorczycy otworzyli wynik spotkania w pierwszej połowie, ale okazało się, że nie na wszystkich zrobiło to tak piorunujące wrażenie: „Japoński arbiter nawet nie skrzywił tego swojego skośnego oka”.

Potem staraliśmy się, graliśmy do przodu, ale czegoś brakowało... „Krzynówek... jakoś tak na chybił trafił... Ale na chybił trafił to nawet w totolotka ciężko wygrać, a co dopiero mówić na boisku”. Potem było jeszcze gorzej, bo „Żurawski opuścił pole karne przeciwnika, czym wprowadził w zakłopotanie obrońców Ekwadoru”.

Po zmianie stron straciliśmy drugiego gola, a czasu na doprowadzenie choćby do remisu było dokładnie tyle: „Do końca spotkania piętnaście minut, z sekundami. Teraz już dokładnie szesnaście”. Na nic się to jednak zdało. „Ekwadorczycy nie dali nam szansy, żebyśmy mieli szansę strzelić gola” – tak z kolei stwierdził współkomentujący ze „Szpakiem” Grzegorz Mielcarski, wyraźnie załamany naszą indolencją strzelecką w tym meczu.

Polacy żegnali się z mistrzostwami meczem z Kostaryką, który dość niespodziewanie wygraliśmy. Zaczęło się jak zwykle, czyli od straty gola przez Biało-Czerwonych. Kibice wieszali psy na naszych zawodnikach, ale ci jakby ocknęli się z letargu i zadali dwa szybkie ciosy – Bartosz Bosacki trafił dwukrotnie i wyszliśmy z tego mundialu z twarzą. Paweł Janas, wygrywając eliminacje, był bohaterem narodowym, a wystarczyły dwie mundialowe wtopy i szybko okazało się, że do herosa mu daleko. Może i miał doświadczenie, ale po turnieju było niemal pewne, że pożegna się z posadą. Wracając jednak do tematu – pokonaliśmy Kostarykańczyków, ale Szpakowskiemu nie było do śmiechu i pod koniec zawodów pozwolił sobie na dość odważną diagnozę oraz wystawienie recepty na uzdrowienie polskiej piłki: „Trzeba absolutnie zmienić sztab szkoleniowy Polskiego Związku Piłki Nożnej. Nie może być tak, że nie ma tam fachowców!”.

Mówi się o piłkarzach, że mają życie jak w Madrycie, że brakuje im tylko ptasiego mleczka. Okazuje się też, jeśli wierzyć informacjom pana Szpakowskiego, że sięgają niebios: „Polscy piłkarze oglądali mecz Włochów z Mołdawią bezpośrednio w RAI-u”. Był też taki niecodzienny przypadek, kiedy „zawodnicy przyjechali na stadion 1,5 godziny przed jego rozpoczęciem”, a potem ku naszej uciesze okazało się, że „po pierwszych 48 minutach prowadzimy z Holandią 2:1”. Podczas tego meczu widocznie nie wszyscy piłkarze byli w najwyższej formie, ponieważ pan Dariusz zastanawiał się głośno: „Rodzi się pytanie – czy taką ikonę zdjąć w takim meczu?”. Może najlepszy piłkarz tej drużyny po przedmeczowej analizie był tak pieczołowicie pilnowany, bo „zespołom dostarczono kasety DVD”? Niemniej jednak napastnik „znalazł to miejsce między nogami obrońcy” i podwyższył rezultat. I całe szczęście, bo potem „(...) jakiś kibic przedarł się przez kordon policji, ale od razu został spacyfikowany. Był to przykład szybkiego, skutecznego ataku, choć nie zakończonego zdobyciem bramki”. Potem na stadionie już się uspokoiło i na szczęście dla zdrowia zawodników do końca meczu już nic takiego nie miało miejsca, bo „AS Roma to zbyt markowy zespół, aby denerwować się w ostatnich minutach”.

Najgorzej jest, gdy ktoś bardzo chce wprowadzić widza w klimat meczu. Owszem, to zawsze bardzo fajne, jak ktoś opowie, co pisze miejscowa prasa przed meczem, jak się przedstawia sytuacja kadrowa obu drużyn, jakie były ostatnie wyniki jednych i drugich, jak obstawiają bukmacherzy i takie tam. Ale litości – silić się na angielską pogodynkę? Co tu dalej pisać, po prostu pan Dariusz obwieścił siedzącym przed telewizorami, że „Na Wembley leje od trzech godzin, czyli typish english weather”. Innym razem byliśmy świadkami sytuacji, w której „Po przerwie mróz nie zelżał, a wręcz przeciwnie, wiatr nie osłabł”. W tym całym ferworze zapomina się o... „A teraz króciutko składy, bo to w końcu najważniejsze”.

Długa piłka, krótki słupek, daj na drugą... Wszyscy znamy te teksty z osiedlowych boisk z dzieciństwa. Nie uwierzę, jeśli ktoś zaprzeczy. W turniejach dzikich drużyn obowiązywały identyczne komendy, więc zapewne znacie je na pamięć. Czasem się zdarzało, że kolega po zbyt obfitym obiedzie u babci przywalił za mocno i okazywało się, że centra jest za długa. Ale centra, nie piłka. Całe życie byłem jednak w błędzie i zapewne nie tylko ja. Otóż okazuje się, że nawet jeśli „Piłka chyba za długa”, to jest sposób, który wynalazł snajper niegdyś warszawskiej Legii: „... ale Podbrożny sadzi długie susy”. Trzeba sadzić susy.

Niejednokrotnie zdarzały się kłopoty techniczne w trakcie transmisji telewizyjnych, na które żaden sprawozdawca nie miał wpływu, ale musiał jakoś reagować: jeśli nie było obrazu, musiał jakoś zająć widzów, by ci nie denerwowali się, że nic nie widzą. Zazwyczaj po kilku minutach wszystko wracało do normy i wówczas słyszeliśmy różnorakie tłumaczenia i przeprosiny:

„Dostałem sygnał z Warszawy, że mają już Państwo obraz, więc możemy spokojnie we dwójkę oglądać mecz”.

„Od

tego

momentu zaczęła panować reprezentacja... o tego pana z brodą, w okularach”.

Kiedyś w piłkarskiej modzie było rozgrywanie różnych meczów charytatywnych, gdzie mierzyły się np. ekipa Zinedine’a Zidane’a z ekipą Luisa Figo, albo drużyna Europy z Resztą Świata. Najczęściej na murawie można było zobaczyć w akcji wielu byłych, wybitnych piłkarzy, którzy zawiesili już buty na kołku. Tysiące ludzi na stadionach, miliony przed telewizorami, wielkie wydarzenie, które zazwyczaj było komentowane przez kibiców jeszcze wiele dni później. Problem był tylko ze składami, nawet pan Szpakowski nie wiedział wszystkiego: „Rezerwowym w zespole Europy jest Irańczyk Pashazadeh”.

Z młodzieńczych lat pamiętam, że był taki trend, iż sporo ludzi wyjeżdżało z Polski za chlebem nie na Wyspy Brytyjskie, ale do Włoch. Italia była krajem obiecanym i jeździło się tam po to, żeby zarobić liry, przywieźć je do kraju, korzystnie wymienić w kantorze i żyć troszkę lepiej niż dotychczas. Nigdy jednak nie pamiętam, by włoska waluta kiedyś tak straciła na wartości, że to opiekunowie „Squadra Azzurra” będą musieli posiłkować się polskimi dewizami... „No, to będzie włoską federację piłkarską kosztowało parę złotych” – zmartwił się pan Szpakowski przy okazji komentowania meczu drużyny z Półwyspu Apenińskiego, ubolewając jednocześnie nad zachowaniem tifosi.

Kiedyś trenerzy