Opis

Czytanie gry na najwyższym poziomie.

Czy jeden napastnik może być lepszy od trzech? Dlaczego najlepsi obrońcy nigdy nie wykonują wślizgów? Gdzie leży klucz do skuteczności Messiego i Ronaldo oraz dlaczego Lewandowski strzelił pięć goli w dziewięć minut Wolfsburgowi? Zapraszamy w wyjątkową podróż po świecie futbolu z Ruudem Gullitem, który wyjaśnia, jak oglądać piłkę nożną.

Grał w legendarnym Milanie, był kapitanem fantastycznej reprezentacji Holandii z końca lat 80., został uznany najlepszym piłkarzem świata. Teraz z perspektywy zawodnika, trenera i eksperta pokazuje, jak należy patrzeć na każdy mecz, by widzieć więcej.

Ta książka zaskakuje, uczy, pozwala poszerzyć horyzonty. To idealna pozycja dla każdego – niezależnie, czy uważasz się za eksperta, czy dopiero zaczynasz przygodę z piłką nożną. Nikt wcześniej nie pisał o futbolu w ten sposób!

Ruud Gullit przystępnie tłumaczy, co właściwie dzieje się na boisku – odkrywa tajniki strategii, ustawienia, taktyki, stylów gry… Jak na ucznia Johana Cruyffa przystało, robi to w stylu holenderskich mistrzów!
Michał Pol, redaktor naczelny „Przeglądu Sportowego”

Ruud Gullit był piłkarzem nie tylko genialnym, ale i wszechstronnym. Świetnie czuje grę i w prosty sposób tłumaczy jej tajniki. Pomaga zrozumieć futbol, błyskotiwie analizując style współczesnych, i nie tylko, bohaterów stadionów.
Adam Godlewski, redaktor naczelny „Piłki Nożnej”

Jak go pamiętam? To jeden z wielkich zawodników czasu totalnego futbolu Rinusa Michelsa. Teraz, w dobie największego rozkwitu piłki nożnej, dzieli się wiedzą. Był wszechstronny, występował na kilku pozycjach, widział grę z wielu miejsc boiska, więc naprawdę wie, o czym pisze…
Andrzej Strejlau

Spojrzeć na futbol oczami Ruuda Gullita – bezcenne! Jedna z największych gwiazd holenderskiej piłki odkrywa detale, o których nie miałeś pojęcia, oglądając mecz. Jeżeli ostatni gwizdek arbitra to dla Ciebie sygnał do rozpoczęcia analizy, ta książka skrojona jest właśnie dla Ciebie.
Marcin Feddek, Polsat Sport

Ruud Gullit miał okazję grać w najciekawszych taktycznie drużynach przełomu lat 80. i 90. Występował na każdej pozycji na boisku, próbował swych sił również na ławce trenerskiej. Zebrane przez niego w trakcie kariery przemyślenia przydadzą się każdemu, komu marzy się bardziej fachowe „czytanie” wydarzeń boiskowych, a nie ma pojęcia, od czego zacząć.
Andrzej Gomołysek, Taktycznie.net

BIOGRAM

Ruud Gullit

Jeden z najlepszych piłkarzy w historii futbolu. W trakcie swojej 20-letniej kariery występował w Feyenoordzie, PSV, Milanie, Sampdorii i Chelsea. Trzykrotny mistrz Holandii, członek legendarnej drużyny Milanu z przełomu lat 80. i 90., z którą trzy razy zdobywał mistrzostwo Włoch i dwukrotnie sięgał po Puchar i Superpuchar Europy, a także Puchar Interkontynentalny. Zdobywca Złotej Piłki w 1987 roku. Kapitan reprezentacji Holandii, która w 1988 roku zdobyła mistrzostwo Europy. Jako trener prowadził m.in. Chelsea, Newcastle United, Feyenoord i Los Angeles Galaxy. Ekspert telewizyjny w Sky Sport i Al Jazeera Sport, a obecnie w BBC.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 371

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Kolekcje



Każdy piłkarz ma własny styl. Dotyczy to również analityków. Jedni analitycy zachowują się prowokacyjnie, drudzy są głośni, inni próbują utrzymywać ze wszystkimi przyjazne relacje. Prezentując piłkę nożną na antenie, stacje telewizyjne lubią mieszać rozmaite style komentarza, by zaoferować widzom pełny obraz wydarzeń.

Kiedy występuję w roli analityka, patrzę na grę raczej jako menedżer niż zawodnik. W odróżnieniu ode mnie fani oglądają zwykle mecze jako widzowie. To naturalne, ale na tym właśnie polega różnica między obserwacją meczu a jego oglądaniem.

W pierwszej kolejności zwracam uwagę na to, jak menedżer ustawił drużynę. Dzięki temu od razu wiadomo, jakie są jego zamiary i w jaki sposób zamierza ugodzić przeciwnika. Po pierwszym gwizdku obserwuję, czy zespołom udaje się wykonywać przedmeczowe założenia i w jakiej mierze rywal owe założenia przewidział. Na podstawie obrazu gry można stwierdzić, która drużyna dominuje i która może być w stanie wykorzystać przewagę wynikającą z ustawienia i taktyki. Upłynęło już kilka minut, a ja ledwie rzuciłem okiem na piłkę.

W trakcie meczu skupiam się na szczegółach i szukam przyczyn tego, dlaczego sprawy przybierają zły obrót. Każdy jest w stanie dostrzec błąd. Ale rzecz w tym, dlaczego do niego doszło? W którym miejscu i z jakiego powodu drużyna się potknęła? Często wina nie leży po stronie zawodnika, który popełnił błąd, na przykład ostatniego obrońcy bądź bramkarza, bo wszystko zaczęło się dużo wcześniej. Nie każdy, kto patrzy w telewizor, potrafi to dostrzec. I w tym momencie na scenę wkracza analityk: jego zadanie polega na tym, by pokazać rzeczy niekoniecznie oczywiste, lecz o kluczowym znaczeniu dla przebiegu gry. Jako analityk staram się również wyjaśnić, w jaki sposób można było uniknąć błędu. Robię to, nie szukając kozła ofiarnego. Jestem krytyczny, opieram swoje uwagi na tym, co widzę, ale staram się zachować szacunek dla piłkarzy. Nie ma potrzeby punktować w mediach za sprawą wygłaszanych uwag.

Podchodzę do futbolu z pozytywnym nastawieniem. W końcu wiele mu zawdzięczam. Ten sport dał mi wszystko. Nie mam ochoty publicznie prać brudów, staram się analizować grę tak obiektywnie, jak to tylko możliwe. Muszę przyznać, że o niektórych byłych kolegach z drużyny, takich jak Frank Rijkaard, Carlo Ancelotti i Marco van Basten, trudno mi mówić obiektywnie. Zawsze myślę o nich dobrze – biorę ich działania za dobrą monetę, może nawet im kibicuję.

Wolę futbol techniczny, starannie zaplanowany, ofensywny, lecz celem nieodmiennie musi być zwycięstwo. Wspaniale ogląda się drużyny stawiające na atak. Nie zawsze jednak się to opłaca, dlatego przed rokiem to nie faworyci – FC Barcelona i Borussia Dortmund – sięgnęli po zwycięstwo w Lidze Mistrzów i Lidze Europy. Obydwu wspomnianym zespołom brakowało sprytu właściwego piłkarzom, dla których nadrzędnym celem jest wygrana. Nawet jeśli oznacza to wyrzeczenie się własnej natury i zaparcie się własnej tożsamości, jeśli tego wymaga sytuacja.

Lubię oglądać Barcelonę, równocześnie jednak nie cierpię, gdy inne zespoły podchodzą do Messiego i spółki na klęczkach. Trzeba zrobić wszystko, co w ramach przepisów możliwe, żeby wygrać, nawet z Barçą.

Dlatego tak bardzo podobała mi się gra Atlético Madryt w ćwierćfinale Ligi Mistrzów w sezonie 2015/2016. Dlaczego niby Atlético miałoby grać na zasadach Barcelony i pójść na rzeź? Dlatego, że tego chcieliby bezstronni widzowie? Jeśli nie da się zwyciężyć, grając w piłkę, braki w talencie piłkarskim trzeba nadrobić w inny sposób: taktyką, przygotowaniem fizycznym, siłą psychiczną. Chodzi wyłącznie o wygrywanie.

Drużyna Diego Simeone dostosowała się do stylu Barcelony na wielu różnych poziomach, by zapewnić sobie awans do półfinału rozgrywek. Ostatecznie za pomocą twardego, męskiego futbolu madrytczykom udało się przechytrzyć niezniszczalną ponoć Barcelonę.

Przyjemność sprawiało mi również oglądanie w tych samych ćwierćfinałowych starciach Manchesteru City. Zespół Manuela Pellegriniego nie uciekał się do obrony, lecz dzięki ofensywnej piłce wyeliminował silniejsze Paris Saint-Germain ze Zlatanem Ibrahimoviciem na szpicy.

W ćwierćfinale Ligi Europy okoliczności zmusiły Liverpool Jürgena Kloppa do obrania innej drogi, by pokonać faworyzowaną Borussię Dortmund. Dwukrotnie Liverpool znajdował się na Anfield w niemal rozpaczliwym położeniu, przegrywając dwiema bramkami (0:2 i 1:3). Anglicy dwoili się i troili, stawiając wszystko na jedną kartę. Pod naporem napędzanych niewyczerpaną energią i walczących do ostatka liverpoolczyków Niemcy stracili ostatecznie gola na 3:4 w doliczonym czasie gry.

Nie odbierając zasług Liverpoolowi, należy stwierdzić, że dortmundczycy w nie mniejszym stopniu odpowiadają za własną klęskę. Nie zdoławszy wykończyć rywala kolejnymi bramkami ani zwolnić tempa meczu, by wpędzić go we frustrację, pozwolili wciągnąć się Anglikom w wymianę ciosów. Piłkarze Borussii nie uciekali się do żadnych sztuczek: nie grali na czas, nie bawili się piłką w narożniku boiska, nie zwijali teatralnie z bólu na murawie. Takiego zachowania nie ogląda się z przyjemnością, ale przecież stawką był półfinał Ligi Europy, a trudno o lepszą wymówkę, by się do nich uciekać. Pozwolić wciągnąć się w typowo angielską grę z zespołem z Anglii to jak samemu prosić się o kłopoty. W tym przypadku rezultatem okazała się porażka i odpadnięcie z rozgrywek.

Fascynuje mnie oglądanie zespołów, które wykorzystują pełnię swoich możliwości. Atlético Madryt jest tego świetnym przykładem. Może nie grają tam najlepsi piłkarze na świecie, ale udaje im się sięgać do rezerw i grać z większą dyscypliną niż rywalom.

Kiedy natomiast madrytczycy grają ze słabszym zespołem, który dostosowuje się do ich stylu, Hiszpanom trudniej jest dominować na boisku. Zawsze łatwiej jest odpowiadać na styl gry rywala. W ćwierćfinale Ligi Mistrzów Atlético było na krawędzi zapaści. PSV miało madrytczyków niemalże na deskach, by ostatecznie ulec im w rzutach karnych. Podczas gdy Holendrzy dostosowali się do przeciwnika, Atlético musiało przejąć inicjatywę, a to właśnie drużynie ze stolicy Hiszpanii sprawiało problemy.

Jako analityk obserwujący mecz Atlético – Barcelona chciałem się przekonać, czy Barça znajdzie odpowiedź na pełen determinacji futbol Atlético. Okazało się, że tak się nie stało, Katalończycy tak naprawdę bowiem nie rozkręcili się ani na chwilę i nie pokazali podobnego zaangażowania co ich przeciwnicy. Napastnicy Barcelony ciągle dryblowali, czyli robili dokładnie to, czego robićnie należy na ograniczonej przestrzeni. W efekcie traci się piłkę. Zamiast tego należy utrzymywać się przy niej tak długo, jak to możliwe, grać na jeden, dwa kontakty, trzymać tempo i czekać, aż pojawi się wolna przestrzeń, którą będzie można wykorzystać. W ten sposób unika się wślizgów i fauli rywala. Z rozczarowaniem patrzyłem, jak tak znakomity zespół pełen gwiazd światowego formatu w trakcie dwumeczu nie jest w stanie zrobić tego, co podpowiadał zdrowy rozsądek. Plan A był doskonały, ale nie wypalił. Nie istniał jednak plan B; albo raczej okazało się nim posłanie wysokiego środkowego obrońcy Gerarda Piqué do przodu w nadziei, że uda się zrobić użytek z jego wzrostu. Był to desperacki krok, którego najwyraźniej zespół nie przećwiczył, ponieważ partnerzy Piqué rzadko zagrywali do niego długie, wysokie piłki z tyłu albo spod linii bocznej. W mojej opinii ukazało to prawdziwą słabość FC Barcelony.

W taktyce chodzi o reagowanie na konkretne umiejętności tych, którzy decydują o grze, niezależnie od tego, czy chodzi o twoich zawodników, czy o graczy przeciwnika. Paris Saint-Germain sądziło, że będzie w stanie zamaskować brak kilku podstawowych pomocników, jeśli wyjdzie przeciwko Manchesterowi City w ustawieniu 3-5-2, a zarazem wciąż zapewnić wsparcie Zlatanowi Ibrahimoviciowi. Korekta taktyki wprowadzona przez menedżera Laurenta Blanca wywołała w drużynie chaos. Przypuszczam, że nikt w PSG nigdy nie grał w takim ustawieniu. Każda pozycja na boisku i związane z nią zadania różnią się od siebie. W rezultacie piłkarze z Paryża odruchowo reagowali nie tak, jak należy. Wywierając presję na trójkę obrońców, Manchester City zdołał uzyskać przewagę.

Piłkarze PSG pogubili się w ustawieniu 3-5-2 i nie byli w stanie nadać swojej grze głębi. Manchester City grał w dobrze sobie znanym ustawieniu 4-2-3-1 i cierpliwie czekał na okazje. Paris Saint-Germain nie mogło się rozpędzić. Rozwiązaniem byłoby przesunięcie jednego z trzech obrońców do przodu, by poprawić organizację gry. Paryżanie mogliby sobie na to pozwolić, ponieważ City grało jednym napastnikiem, Sergio Agüero, co sprawiało, że wystarczyłoby im dwóch obrońców. Ale nie zrobili tego, przez co Zlatan, ich najlepszy zawodnik, był osamotniony. Zagroził Anglikom tylko dwukrotnie, podczas stałych fragmentów gry, PSG nie było zaś w stanie zapobiec naporowi rywala.

Jak widać na podstawie przykładów Atlético, Manchesteru City i Liverpoolu, cel można osiągnąć na różny sposób. Czasem rozwiązaniem jest nie technika, taktyka czy strategia, ale po prostu danie z siebie wszystkiego. Futbolowi puryści nie lubią słuchać takich rzeczy, ale jeśli nie jesteś obiektywnie lepszy, może to być jedyny sposób, by wygrać rozstrzygający mecz.

W ostatecznym rozrachunku w piłce nożnej chodzi wyłącznie o zwycięstwa. Dlatego grasz, dlatego trenujesz, dlatego oglądasz futbol. Ale nie dlatego zaczynasz. Zaczynasz od piłki.

W dzieciństwie piłka to rzecz święta. Później, gdy jest się już zawodowym piłkarzem, menedżerem czy analitykiem, odbiera się ten sport zupełnie inaczej. Kibice zaś postrzegają go tak samo jak ja w dzieciństwie. Oglądają piłkę. Na tym polega zasadnicze piękno tej gry. Dlatego właśnie w Amsterdamie jako dziecko uwielbiałem chodzić na boisko. Spędzałem na nim całe dnie, od rana do późnego wieczora, dopóki nie zapadł zmrok i matka nie zaciągnęła mnie do domu. Piłka pochłonęła mnie w ten właśnie sposób w dzieciństwie. Miałem obsesję na jej punkcie.

Junior w Meerboys, DWS i młodzieżówce Oranje

W wieku ośmiu lat ganiałem za piłką po okolicznych boiskach, nie bardzo zwracając uwagę, co się wokół mnie dzieje. Rozwijałem umiejętności techniczne i uczyłem się zwodów, próbując przechytrzyć innych. Nie należałem do gwiazd maleńkich amsterdamskich boisk. Na swój wiek byłem duży. O wiele łatwiej grało mi się na prawdziwym boisku: miałem więcej przestrzeni, by dzięki długim nogom wszystkich wyprzedzić. Zaczynałem w Meerboys, rzut beretem od stadionu Ajaksu. Trzy lata później przeniosłem się z dzielnicy Jordaan do dzielnicy West Amsterdam i dołączyłem do DWS, dobrze wówczas znanego klubu piłkarskiego, który dziś jest klubem amatorskim.

Menedżer ustawiał mnie w obronie. Dostawałem piłkę od bramkarza, rozpędzałem się i biegłem, dopóki nie znalazłem się przed bramką przeciwnika. Dawałem z siebie wszystko. Na tym polegała moja metoda, choć nie wiedziałem, że to metoda. Miała ona jednak swoją datę ważności. Bo kiedy grasz na najwyższym poziomie, tego rodzaju nietypowy styl nie ujdzie ci na sucho. Tak naprawdę to nawet nie styl. Mimo to skauci odnotowali te moje długaśne sprinty. W ten sposób wybiegałem sobie ścieżkę do różnych zespołów: od amsterdamskich młodzików po holenderską drużynę juniorów – wszystkich mijałem, pokonując całe boisko. Nie miałem pojęcia, że istnieje coś takiego jak boiskowa pozycja ani gra z innymi zawodnikami. Nawet nie rozglądałem się na boki, po prostu biegłem.

To w juniorskim zespole Amsterdamu jako chłopak z małego, skromnego DWS zetknąłem się po raz pierwszy z zawodnikami Ajaksu. Roztaczali wokół siebie aurę wyższości. Umieli grać, ale byli nieco zbyt pewni siebie, może wręcz aroganccy. Jako wielki i szybki chłopak z dużą łatwością wywalczyłem sobie pozycję. Kiedy starałem się grać szybko i technicznie, jak to robili przeciwnicy, miałem problem, ale na moją siłę i szybkość piłkarze Ajaksu nie potrafili znaleźć odpowiedzi. Bez większych problemów sprawiłem, że dzieciaki, które o wiele lepiej ode mnie radziły sobie z piłką, odczuły moją obecność. Wszystko szło tak gładko, że jako 12-latek zacząłem myśleć: „Ej, może rzeczywiście jestem piłkarzem”. Nigdy przedtem nie przyszło mi to do głowy, ale dzięki temu, że znalazłem odpowiedź na nowy dla mnie styl gry, moje umiejętności wyszły na jaw.

Naturalnym krokiem naprzód był awans do drużyny juniorów reprezentacji Holandii w 1978 roku, choć by poradzić sobie na tym poziomie, musiałem ciężko pracować. Tym razem oczekiwano ode mnie czegoś więcej niż siły fizycznej i szybkości. Ponownie odkryłem, że muszę stać się lepszym piłkarzem: technicznie i w grze kombinacyjnej na niewielkiej przestrzeni.

Zaskoczyło mnie, że menedżerowie holenderskich drużyn juniorskich nie wystawiali mnie w obronie. Widzieli we mnie raczej pomocnika i napastnika. W jaki sposób mogłem jednak wykorzystać swoją energię na tych pozycjach? Przejście z obrony w DWS do pomocy w holenderskiej młodzieżówce okazało się poważną zmianą. Gra w środku pola była dla mnie czymś nowym. Nie rozumiałem, na czym polega gra na tej pozycji, i nie bardzo miałem pojęcie, co robić. Ale byłem wielki i silny, więc pomyślałem: „Jeśli po prostu będę biegał bez końca, to doprowadzę przeciwnika do szału”. Ta metoda zdała egzamin i znów dałem sobie radę. W porównaniu z resztą chłopaków w moim wieku byłem taki duży i silny, że bez trudu mogłem zasuwać cały mecz.

Holandia słynęła wówczas z wyrafinowanego technicznie, kombinacyjnego futbolu. Ja byłem inny. Trudno więc się dziwić, że większość pierwszego roku w juniorach reprezentacji Holandii (pośród graczy między 12. a 14. rokiem życia) spędziłem na ławce rezerwowych. Zawsze wchodziłem jednak pod koniec meczu. W drużynie grał też Erwin Koeman, starszy brat Ronalda, a dziś jego asystent w Evertonie. Erwin był dobrze wyszkolonym technicznie pomocnikiem ze świetną lewą nogą. W 1988 roku razem sięgnęliśmy po mistrzostwo Europy.

W holenderskich zespołach juniorskich przerzucano mnie z pozycji na pozycję. Pełniłem głównie funkcję rezerwowego. Sposób gry zależy w takiej sytuacji od tego, kiedy zostaniesz posłany na boisko i czy drużyna przegrywa, czy też prowadzi. Musiałem umieć dostosować się do sytuacji i odnaleźć w różnych rolach na boisku. W tamtym czasie mogło to być frustrujące, ale w późniejszej karierze zawodowej stało się moim prawdziwym atutem.

Kiedy wypracowałem sobie pozycję w holenderskiej młodzieżówce, przeniesiono mnie do kolejnej grupy wiekowej. Miałem tylko 14 lat, a nagle zacząłem grać z 16-, 17- i 18-latkami. Raz jeszcze musiałem się dostosować. Byłem dzieciakiem, ale nie pozwalałem się nikomu zastraszyć – ani fizycznie, ani psychicznie. Musiałem wówczas udowodnić swoją wartość na boisku i odnaleźć miejsce w drużynowej hierarchii. Zawsze byłem gotów szybko zareagować. Gdy dorasta się w Amsterdamie – wielkim mieście, na którego ulicach trzeba być twardym – przychodzi to człowiekowi z łatwością.

Pierwszy zawodowy klub: Haarlem

W 1979 roku pierwszoligowy Haarlem podkupił mnie z DWS i podpisałem pierwszy zawodowy kontrakt. Miałem być środkowym obrońcą, ostatnią zaporą przed bramkarzem. Po raz pierwszy stanąłem twarzą w twarz z ludźmi żyjącymi z gry w piłkę. Był to zupełnie inny świat niż ten, do którego przywykłem, wygłupiając się z chłopakami w tym samym wieku. Tutaj było o wiele poważniej. Menedżer Barry Hughes, Walijczyk występujący swego czasu w barwach West Bromwich Albion, dowiedział się, że Ajax również rozważał, czy mnie nie zatrudnić. Czekał więc pod naszymi drzwiami przez całą noc, bylebym tylko przeszedł do jego pracodawcy.

Hughes wziął mnie pod swoje skrzydła. Miałem 17 lat, a on postawił mnie w sercu obrony Haarlemu – byłem tamtejszym Johnem Terrym. Na boisku robiłem to, co przychodziło mi naturalnie. Opierałem się na czystej intuicji. Hughes uwielbiał, gdy zapuszczałem się do przodu. Był trenerem w starym angielskim stylu – motywacja górowała u niego nad taktyką. Hughes potrafił rozbudzić w nas emocje i pilnował, żeby cały zespół był gotów rzucić się na przeciwnika. Gdy zdarza nam się teraz spotkać, opowiada niesamowite historie z dawnych czasów. „Piłka nadleciała z drugiej strony boiska, Ruud przyjął ją na klatkę w naszym polu karnym. Nie odegrał jej, co we własnym polu karnym zakrawa na kardynalny grzech, ale uszło mu to na sucho. A potem zaczął biec, biec i biec, dopóki nie znalazł się w polu karnym przeciwnika i nie umieścił piłki w okienku”. Hughes opowiada to, jakbym sam dokładnie wiedział, co robię. Ale wcale tak nie było. Często robiłem coś i wchodziło mi to potem w nawyk tylko dlatego, że wypalało. Z perspektywy innych piłkarzy nie było to problemem, dopóki wygrywaliśmy, oznaczało bowiem większe premie i chleb na stole.

W trakcie mojego drugiego sezonu w Haarlemie klub prowadził Hans van Doorneveld, który przesunął mnie do przodu na pozycję, na której nigdy w życiu nie grałem. Dzięki szybkości i sile wkrótce oswoiłem się z rolą środkowego napastnika. Strzelałem dużo goli. Nie miałem problemu z odnalezieniem się w nowych warunkach. Nadal nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego tak było.

W tamtych czasach na boisku otaczali mnie starsi zawodnicy. Zdarzali się tacy, którzy mieli dwa razy więcej lat niż ja. Lubili mieć u swego boku dzieciaka, bezczelnego młodziaka, który nie bał się odpyskować. Starsi piłkarze zawsze mi pomagali.

Pomarańczowa koszulka i Feyenoord

Pierwsze powołanie do kadry dostałem jako 18-latek, od dwóch lat grałem już wówczas zawodowo. Był to wielki krok naprzód na zupełnie nowym poziomie. Kadrowicze byli ode mnie starsi, bardziej doświadczeni, więcej wiedzieli o życiu, występowali w wielkich klubach, które regularnie grały w europejskich pucharach. W porównaniu z nimi ja, chłopak z Haarlemu, byłem piłkarzykiem.

Trzon drużyny narodowej tworzyli Ruud Krol, już wówczas rekordzista, jeśli chodzi o liczbę występów w reprezentacji, i jego kolega z Ajaksu Tscheu La Ling. To oni rządzili w kadrze. Ling z miejsca mnie przetestował, jak to zwykle robią starsi zawodnicy. Ponieważ pochodziłem z Amsterdamu, nie zamierzałem oddać pola i nie pozostałem mu dłużny. Na pierwszy występ w kadrze miałem dostać garnitur. Byliśmy we dwóch z Frankiem Rijkaardem, a ja wszedłem do szatni w adidasach. Nie było butów do garnituru, więc zostałem w tym, co miałem. Krol i Ling próbowali mi dokuczać, ale wyszedłem z szatni tanecznym krokiem dużo przed czasem.

W ten sposób przeszedłem próbę. Ling i Krol byli bystrzy. Zdawali sobie sprawę, że nie brak mi umiejętności, i pomyśleli, że nie wezmą nade mną góry, bo nic mnie nie rusza. Stopniowo uczyłem się, jak wszystko działa na szczycie piłkarskiego świata. Zacząłem to rozumieć.

W drużynie narodowej, podobnie jak w Haarlemie, występowałem jako napastnik. Szło mi całkiem nieźle, choć tak naprawdę nie potrafiłem grać zespołowo. Logicznym posunięciem było więc przejście z Haarlemu do Feyenoordu, mojego pierwszego klubu z górnej półki.

W Rotterdamie skończyły się czasy luzu i wolności. Tutaj chodziło tylko o wyniki. Nie byłem już utalentowanym młodziakiem, cieszyłem się pewną marką. Mimo to mój pierwszy sezon w Feyenoordzie w 1982 roku okazał się tylko wstępem do kariery. Miałem 21 lat, w ustawieniu 4-3-3 grałem głównie na prawym skrzydle, czasem jako pomocnik, a czasem jako napastnik.

Cruyff

W kolejnym sezonie legendarny Johan Cruyff przeniósł się ze swojego ukochanego amsterdamskiego Ajaksu do Feyenoordu, arcyrywala z Rotterdamu. To nie menedżer Thijs Libregts, lecz piłkarz Cruyff ustalał taktykę zespołu i pozycje poszczególnych piłkarzy na murawie. W jego idealnej jedenastce Feyenoordu moje miejsce znajdowało się na prawym skrzydle ataku. Jako skrzydłowy miałem zadbać o to, byśmy wykorzystywali całą szerokość boiska, odpowiadałem też za stwarzanie okazji i zapewnianie podań partnerom. Trzeba było ubrudzić sobie buty kredą, jak to się mawiało. Raz jeszcze musiałem przystosować się do całkiem nowej sytuacji, bo jako napastnik miałem wcześniej o wiele więcej miejsca, ale wola Cruyffa była prawem.

Na lewej stronie mieliśmy świetnego zawodnika. Pierre Vermeulen potrafił ograć obrońcę, podać i regularnie zdobywał bramki. Był znakomity z piłką przy nodze, ale wymagania okazały się dla niego za wysokie i wypadł ze składu (później występował w Paris Saint-Germain). Cruyff zastąpił go obrońcą Stanleyem Brardem. Rolą Brarda jako lewego obrońcy było organizowanie drużyny, gdy tylko straciliśmy piłkę. Kiedy ją mieliśmy, nie musiał robić właściwie nic, ale kiedy traciliśmy futbolówkę, musiał posprzątać. Dawało to Cruyffowi chwilę wytchnienia, zanim odzyskaliśmy piłkę.

Johan Cruyff wiedział, jak ustawić piłkarzy, i bez przerwy gadał. Na boisku i poza nim. Miał mnóstwo pomysłów, choćby dotyczących mojej pozycji i tego, jak powinna wyglądać współpraca prawoskrzydłowego z prawym pomocnikiem. Grający na prawej stronie pomocy André Hoekstra szczycił się niebywałą wytrzymałością: ciągle był w ruchu, zawsze pojawiał się przed bramką w porę, by zdążyć do podania. Strzelał mnóstwo goli, mimo to często twierdzono, że nie jest wystarczająco dobry, by grać na najwyższym poziomie. W taktyce Cruyffa Hoekstra dowiódł jednak swojej wartości. To dzięki stylowi trenerki Cruyffa i temu, jak opowiadał o futbolu, spojrzałem inaczej na kwestie taktyczne. Pokazał mi, że zrozumienie własnej pozycji na boisku to nie wszystko.

Z Cruyffem w składzie Feyenoord w sezonie 1983/1984 triumfował w lidze holenderskiej i krajowym pucharze. Po zakończeniu sezonu Cruyff otworzył mi oczy na rolę, jaką będę miał do odegrania w klubach i drużynach, w których przyjdzie mi występować. Doszło do tego podczas wyprawy z całym zespołem. Sezon dobiegł końca, a my znaleźliśmy się w windzie i zaczęliśmy rozmawiać. Ciągnęliśmy tę rozmowę przez kilka godzin w naszym pokoju hotelowym. Przygotowało mnie to na resztę piłkarskiej kariery.

– Ruud, jeśli przejdziesz teraz do innego klubu, oczekiwania wobec ciebie będą zdecydowanie większe – powiedział Johan. – Pojawisz się jako ktoś wyjątkowy, wielki piłkarz z osobowością. Weźmy takiego napastnika jak Ruud Geels, maszynkę do strzelania goli w Feyenoordzie, Ajaksie, PSV, Anderlechcie, Club Brugge. Nikt nawet okiem nie mrugnie, dopóki zdobywa bramki. Ale ty… Ty będziesz miał na głowie kupę gówna, jeśli teraz zmienisz klub. Jak ja w 1973 roku, kiedy odszedłem z Ajaksu do Barcelony. Będą oskarżać cię o wszystko, o zdradę, o napychanie sobie kieszeni, i będą cię wyzywać od takich i owakich. Tylko dlatego, że jesteś lepszy od przeciętnego piłkarza.

Według Cruyffa uporać się z tym problemem można było wyłącznie w jeden sposób: umieszczając piłkarzy tam, gdzie będą się lepiej spisywać. Jako niedoświadczony 22-latek miałem problemy ze zrozumieniem, co starszy kolega próbuje mi przekazać. Tak naprawdę wciąż nie wiedziałem, jak to wszystko działa. W kolejnym sezonie stało się oczywiste, jak mądre były jego słowa. Mój transfer z Feyenoordu do PSV wywołał skandal, podobnie jak przenosiny z PSV do Milanu. Wielu oburzało się na te transfery, a „groszorób” był jednym z najpochlebniejszych określeń, z jakimi się wówczas spotkałem.

Słowa Cruyffa dały mi do myślenia i przez długi czas próbowałem pojąć ich prawdziwe znaczenie. Johan pokazał mi zupełnie inne podejście do gry. Ponieważ każdy menedżer w każdym z klubów wystawiał mnie na innej pozycji i zmuszał, bym przystosował swój styl gry do zespołu, mogłem skupić się jedynie na sobie samym.

Z Feyenoordu do PSV

Kiedy trafiłem do PSV, natychmiast zrozumiałem, jak ważne było to, o czym mówił Cruyff. Nie chodzi o to, że PSV chciało sięgnąć po mistrzostwo. Nie, tytuł mistrzowski był w Eindhoven koniecznością. Inna możliwość nie istniała. Ja zaś stałem się odpowiedzialny za wykonanie tego zadania. Od samego początku otwarcie o tym mówiono. To, jak poradzę sobie z presją, zależało wyłącznie ode mnie.

Szczęśliwie PSV to spokojny klub, w którym panuje życzliwa atmosfera, w związku z czym nie miałem większych problemów, by zaznaczyć swoją obecność. W istocie mogłem być nawet zbyt zapamiętały. Wziąłem całą presję i ciężar odpowiedzialności za mistrzostwo na własne barki. Tak bardzo chciałem wygrywać, być mistrzem i spełnić oczekiwania, że angażowałem się w najdrobniejsze szczegóły.

Nakłoniłem nawet drużynę do zmiany strojów. PSV grało zwykle w czerwonych koszulkach, czarnych spodenkach i czerwonych getrach. Na mój gust wyglądały one okropnie, tak depresyjnie i mrocznie. Nie emanowały siłą i świeżością, których pragnąłem. Zmieniliśmy więc stroje na czerwone koszulki i białe spodenki oraz getry. W ten sposób dawaliśmy jasny sygnał sobie i przeciwnikom. Czuliśmy się mocniejsi i więksi.

Zaangażowałem się również we współpracę z poszczególnymi piłkarzami i przekonywałem ich, że muszą poprawić grę dla dobra drużyny, że musimy popracować nad tym wspólnie. Przykładowo prawy obrońca Erik Gerets nie darzył specjalną sympatią prawoskrzydłowego René van der Gijpa. Van der Gijp bez przerwy wyczyniał hece. Lubił zabawę i był dobrym zawodnikiem, choć musieliśmy go pilnować. Gerets natomiast należał do poważnych gości, którzy futbol stawiają na pierwszym miejscu, i nie miał czasu na psikusy van der Gijpa. Gerets polegał na etyce pracy, nigdy się nie poddawał, René zaś czasami liczył na swój talent.

Van der Gijp zawsze budził kontrowersje, podczas gdy Gerets był kapitanem reprezentacji Belgii. Obu potrzebowaliśmy w PSV, jeśli mieliśmy zdobyć mistrzostwo, zacząłem więc pracować z nimi z dala od oczu menedżera, by wydobyć z nich, ile się da. Mimo że całkowicie różnili się osobowościami, ich piłkarskie przymioty świetnie się uzupełniały, ponieważ Gerets był w stanie wypełnić lukę w obronie, którą zostawiał po sobie van der Gijp, ten zaś potrafił stworzyć przestrzeń, gdy tylko Erik zapuszczał się do przodu przy linii bocznej, i dogrywał mu idealne piłki, które Belg zamieniał na wspaniałe dośrodkowania.

To w meczu przeciwko Ajaksowi Cruyffa elementy tej układanki złożyły się w jedną całość. Johan został niedawno zatrudniony na stanowisku menedżera amsterdamczyków i miał wprost wymarzony początek sezonu. Seria zwycięstw sprawiała, że wydawało się, że Ajax może wszystko. Byli w gazie, wygrywali. PSV przyjechało do Amsterdamu jak owieczki prowadzone na rzeź. W lidze znajdowaliśmy się za plecami Ajaksu, a wyniki 4:0 czy 5:0 cieszyły się u bukmacherów sporą popularnością. Poza tym Ajax zawsze był faworytem, na PSV patrzono zaś jak na zwykły, wielonarodowy fabryczny klub Philipsa. To, że wszyscy spisali nas na straty, zanim przyjechaliśmy na Stadion Olimpijski w Amsterdamie, naprawdę mnie zmotywowało.

Koniec końców okazało się, że poczyniliśmy dużo większe postępy i nawet na początku sezonu byliśmy dojrzalsi jako zespół. Wygraliśmy 4:2. Zdobyłem dwie bramki. Był to wspaniały mecz, w którym grałem z wielką jasnością umysłu, świadomie skupiając się na drużynie. Lekcje odebrane w Feyenoordzie za Cruyffa zaczynały przynosić owoce.

Nie tylko moje zaangażowanie zmieniło wszystko, ważna była także swoboda, jaką menedżer Hans Kraay senior dał mi, jeśli chodzi o wpływ na innych zawodników. Wykorzystałem ją, ponieważ zacząłem zdawać sobie sprawę ze spoczywającej na mnie odpowiedzialności. Piłkarze na mnie liczyli. Gdyby PSV poszło źle i gdyby nie udało nam się zdobyć mistrzostwa, wina spadłaby na mnie. W porządku – przynajmniej zrobilibyśmy to tak, jak chciałem. Panowanie nad taktyką zespołu sprawiało mi sporą przyjemność.

W każdym rogu boiska

Zacząłem tamten sezon z tyłu i strzeliłem 15 goli. W ostatnich dziesięciu spotkaniach grałem z przodu, zaś w ostatnich pięciu zdobyłem dziesięć bramek. Nie trzymałem się swojej strefy komfortu, mimo że tak byłoby bezpieczniej. Nad własny interes przedkładałem dobro drużyny. Przystosowanie to motyw przewodni mojej kariery. Dotyczy to zarówno ligi holenderskiej, jak i gry we Włoszech oraz Anglii, a także w reprezentacji.

Jeśli jesteś w stanie przystosować się do gry na najwyższym poziomie na różnych pozycjach i w różnych systemach, możesz wówczas szybko się rozwijać. W Haarlemie i Feyenoordzie przywykłem do taktyki 4-3-3 (Cruyff sztywno się jej trzymał), a w PSV przeszedłem na ustawienie 4-4-2. Ze środka obrony mogłem przesunąć się do pomocy, a stamtąd często przemieszczałem się na pozycję napastnika. Willy van de Kerkhof, reprezentant Holandii i zawodnik pierwszej jedenastki w drużynie, która występowała na mistrzostwach świata w Argentynie w 1978 roku, natychmiast wypełniał lukę. Dzięki temu równowaga w pomocy – i w całej drużynie – zostawała zachowana.

W drużynie narodowej z powrotem wracałem do ustawienia 4-3-3. Te zmiany taktyczne sprawiły, że jako zawodnik dojrzałem. Ich dobrą stroną było to, że wiedziałem, co dzieje się w głowach przeciwników. Jako obrońca potrafisz odczytać myśli napastnika, a jako napastnik pojmujesz sposób myślenia obrońcy.

Kiedy PSV starło się z AC Milanem w  turnieju o  Trofeum Joana Gampera, grałem w  obronie. Musiałem zrobić całkiem niezłe wrażenie, ponieważ po meczu dyrektor techniczny włoskiej drużyny Ariedo Braida odwiedził mnie w  szatni.

– Następny sezon. Ty grać w  Milanie? Ty w  Milanie?

– Si, si  – odpowiedziałem, bo oczywiście mi to schlebiało.

W kolejnych miesiącach regularnie ze sobą rozmawialiśmy, dopóki Braida i  prezydent klubu Silvio Berlusconi nie złożyli PSV oficjalnej oferty. Hans Kraay senior, menedżer PSV, nie chciał mnie puścić, ale klubowy zarząd przystał na rekordową wówczas sumę 16,5 miliona guldenów (sześciu milionów funtów). W  Milanie spytano mnie, co sądzę na temat Marco van Bastena, z  którym grywałem w  kadrze Holandii. Kilka tygodni później klub podkupił Marco z  Ajaksu.

Zgodnie z  przewidywaniami Cruyffa cała Holandia zwróciła się przeciwko mnie. Arrigo Sacchi ustawił mnie w  nowym klubie na prawym skrzydle w  taktyce 4-3-3. Środkowym napastnikiem był Pietro Paolo Virdis, a  Marco van Basten grał na prawej stronie. Sukcesy w  Milanie przyszły, gdy zmieniliśmy ustawienie na 4-4-2, co stało się zresztą przypadkiem, jak to często bywa w  wielkich zespołach.

Mediolańska układanka

Marco van Basten, jeden z  naszych najlepszych zawodników, doznał urazu stawu skokowego w  meczu z  Fiorentiną. Tydzień później graliśmy z  naszym arcyrywalem, Veroną. Bez Marco. Z  Virdisem i  ze mną w  ataku rozgromiliśmy przeciwnika. Sacchi na stałe zmienił więc ustawienie na 4-4-2 z  Virdisem i  ze mną w  napadzie. Ostatecznie kontuzja wyeliminowała van Bastena na większą część sezonu.

Przejście z  prawego skrzydła w  ustawieniu 4-3-3 do pierwszej linii w  ustawieniu 4-4-2 wymaga zmiany sposobu myślenia i  stylu gry. Dotyczy to zarówno całej drużyny, jak i  poszczególnych zawodników. W  Milanie podchwyciliśmy nową taktykę w  mgnieniu oka. System pasował nam jak szyty na miarę włoski garnitur. Nie miałem większych problemów z  wymaganiami fizycznymi, jakie nowy system przed nami stawiał, choć wiązał się on z  większą liczbą bezpośrednich starć ze środkowymi obrońcami przeciwnika.

U schyłku sezonu Marco powrócił do składu w  meczu przeciwko Napoli, ówczesnemu mistrzowi Włoch, z  dwiema megagwiazdami w  składzie, Diego Maradoną i  Gianfranco Zolą. Van Basten zajął miejsce Virdisa w  ataku i  też strzelił gola. Z  przodu mieliśmy więc dwóch Holendrów. Na boisku w  naturalny sposób rozumiałem się właśnie z  van Bastenem, czyli napastnikiem, z  prawym obrońcą Mauro Tassottim i  pomocnikiem Rijkaardem. Zawsze miałem całą trójkę w  pobliżu i  często rozgrywaliśmy piłkę w  trójkątach. Byliśmy tak zgrani, że niemal nie dało się przed nami bronić, niezależnie od tego, jak dobrze rywal się przygotował.

Później zostałem przesunięty na prawą pomoc. Ponownie musiałem się przystosować. Dla mnie jako piłkarza, który dużo biegał, korzyść była taka, że miałem sporo miejsca, by robić swoje przy linii bocznej. Nadal nie umiałem do końca wykorzystywać wówczas swoich umiejętności, kiedy brakowało mi przestrzeni. Mając dużo miejsca po prawej stronie, wiedziałem, co robić. Choć wszystkie drużyny grały zawsze defensywnie przeciwko Milanowi, udawało nam się stworzyć przestrzeń, gdy wciągaliśmy przeciwnika na własną połowę. Kiedy mieliśmy piłkę, ruszaliśmy szybko do przodu, atakując skrzydłem, skąd dośrodkowywałem piłki podążającym za akcją van Bastenowi lub Virdisowi.

Trening dośrodkowań

Wiele pracowałem nad dośrodkowaniami. Ta umiejętność nie przyszła mi w  naturalny sposób. W  Feyenoordzie ćwiczyłem je bez przerwy, ponieważ w  ustawieniu 4-3-3 była to kluczowa broń. Rotterdamczycy starali się grać na połowie rywala, gdzie przestrzeń jest ograniczona, często więc musiałem dośrodkowywać, nie minąwszy uprzednio przeciwnika.

Niemcy nazywają tego rodzaju ostre wrzutki przed wyciągniętą nogą obrońcy Bananenflanke. Manfred Kaltz z  HSV słynął jako specjalista od takich dośrodkowań. Wraz z  Peterem Houtmanem, świetnym napastnikiem, który doskonale grał głową, godzinami ćwiczyliśmy wrzutki i  wykończenie. Robiliśmy to zawsze na pełnej szybkości i  ze stuprocentowym zaangażowaniem, podczas gdy większość zawodników trenuje zwykle na jakieś 60 procent.

Moja budowa ciała nastręczała dodatkowego problemu. Biegałem długimi susami. Oznaczało to, że w  moim przypadku kluczowa okazywała się dokładna ocena szybkości. Nie było tu miejsca na drybling. W  ograniczonej przestrzeni moja budowa ciała stwarzała także inny problem. Nie byłem w  stanie dostosować rytmu biegu, dokładając dodatkowy szybki krok, jak robią to niżsi piłkarze. Wyczucie czasu było więc najważniejsze.

Jeśli nie trzeba się z  nikim liczyć, to nie ma problemu. Ale zwykle ktoś próbuje cię powstrzymać. A  co z  napastnikiem, który spodziewa się dośrodkowania? Co robi? Gdzie się przemieszcza? Który słupek wybierze? Dlatego właśnie ćwiczyłem zawsze z  naszym podstawowym napastnikiem Peterem Houtmanem. Chciałem, żebyśmy wypracowali pewne automatyzmy.

Kiedy trenowaliśmy, starałem się znaleźć najlepszy sposób kopnięcia piłki, dojść do tego, której części stopy używać, żeby móc podać tak, by futbolówka nie znalazła się zbyt blisko bramki ani nie poleciała za wysoko. Odkryłem, że kopanie wewnętrzną częścią stopy w  środek piłki jest najbardziej efektywne i  sprawia, że piłka leci na odpowiedniej wysokości. Co więcej, musiałem też nauczyć się nadawać futbolówce odpowiednią prędkość. Jeśli uderzyłem za mocno, przelatywała nad wszystkimi. Jeśli nie użyłem wystarczającej siły, nie miałem kontroli nad tym, gdzie trafi. Między dobrą a  złą wrzutką istnieje cienka granica, ale dzięki dużej dawce treningu szybko robi się postępy.

Po pewnym czasie byłem w  stanie dośrodkowywać Houtmanowi na nos z  zamkniętymi oczami  – potrafiłem idealnie ocenić tempo i  siłę zagrania. Na pełnej szybkości. Nie musiałem nawet szukać Houtmana ani żadnego z  naszych zawodników wzrokiem. Przestawiałem swoje pole widzenia na coś w  rodzaju trybu szerokoekranowego: kątem oka dostrzegałem w  polu karnym różne kolory getrów i  wiedziałem, gdzie mam mierzyć. Kiedy wrzucasz piłkę, musisz uwzględnić ruch piłkarza do przodu. Musisz więc dopilnować, by piłka była przed zawodnikiem, tak by w  samą porę wylądowała na głowie napastnika.

Wypady do przodu

Kiedy dośrodkowujesz, musisz przewidzieć, jak będą nabiegać twoi koledzy z  drużyny. Musisz dokładnie przećwiczyć takie zagrania z  napastnikiem, by stały się automatyczne. Jeśli na przykład napastnik markuje nabieg na krótki słupek, posyłasz piłkę na długi, i  na odwrót. Obaj musicie wiedzieć, jak zachowa się ten drugi, ponieważ inaczej wrzuca się piłkę na krótki, a  inaczej na długi słupek. Pierwsze z  dośrodkowań powinno być ostrzejsze i  niższe, drugie zaś należy wykonać z  większą siłą i  nadać piłce nieco większą wysokość. Często na drodze znajdują się dwaj wysocy środkowi obrońcy, należy więc posłać piłkę ponad ich głowami.

Napastnicy markują nabiegi, żeby pozbyć się kryjących ich obrońców. Jeśli zawodnik stoi bez ruchu albo po prostu nabiega na krótki słupek, bardzo ułatwia zadanie defensorom. Aby go powstrzymać, wystarczy, że dotrzymają mu kroku albo rzucą się w  jego stronę. Gdy w  takiej sytuacji dośrodkowanie nie dojdzie do napastnika, wina leży zawsze po jego stronie, a  nie po stronie tego, kto wrzucał piłkę. To napastnik ma trzymać obrońcę w  niepewności, zmylić go, nie wyprowadzając przy tym jednak w  pole kolegów z  drużyny. Koniec końców takich spraw nie trzeba omawiać  – działają z  automatu.

Zarówno Lionel Messi, jak i  Cristiano Ronaldo często zdobywają bramki i  zwykle dzieje się to po wbiegnięciu w  pole karne. Kiedy ich drużyna ma piłkę, znajdują się w  nieustannym ruchu, aby przeciwnik zastanawiał się ciągle, co zamierzają zrobić. Zanim wypracują sobie pozycję do strzału, zwykle udaje im się zgubić obrońców dzięki licznym wybiegom i  markowanym ruchom. Aby znaleźć wolną przestrzeń w  polu karnym, czołowi piłkarze muszą uniknąć nie jednego, ale czasami dwóch, trzech obrońców, którzy mają za zadanie ich kryć. Kiedy człowiek zda sobie z  tego sprawę, pozna wreszcie odpowiedź na nieustanne utyskiwanie komentatorów, „Jak, u  diabła, mogli zostawić Messiemu (albo Ronaldo) tyle miejsca w  polu karnym?”. Właśnie to sprawia, że ci piłkarze są tak wyjątkowi.

Wspaniale ogląda się zwody Messiego i  Ronaldo, kiedy dryblują na pełnej szybkości. Dzięki nieznacznemu balansowi ciałem zostawiają obrońców właściwie w  miejscu, podczas gdy sami biegną dalej, zachowując absolutną równowagę. W  ten sposób piłkarze z  najwyższej półki tworzą sobie przestrzeń i  czas, dzięki którym są w  stanie minąć obrońców i  uderzyć bezpośrednio na bramkę.

Choć obrońcy zdają sobie sprawę z  ich wybiegów, i  tak ruszają w  złą stronę. Wyjaśnienie jest proste: kiedy się cofasz, dużo słabiej panujesz nad własnym ciałem i  przy najmniejszym skręcie lub obrocie szybko tracisz równowagę. Kiedy biegniesz do przodu, o  wiele łatwiej jest ci kontrolować sytuację, a  gdy masz piłkę, to ty nadajesz tempo boiskowym wydarzeniom.

W ataku Milanu Marco van Basten był absolutnym mistrzem, jeśli chodzi o  zwody i  markowane zagrania. Grając z  nim w  drużynie, musiałeś być w  stanie to przewidzieć. Występując na prawej stronie w  Milanie, dokładnie wiedziałem, jak zaatakujemy, podczas gdy Paolo Maldini bronił lewej strony. Podanie trafiało albo do mnie, albo do van Bastena. Wolałem, żeby to Marco był tym, do którego ostatecznie trafi piłka, bo wówczas wiedziałem, że znajdzie się ona w  siatce.

Oczywiście nie mieliśmy od razu być tam, gdzie zmierzała piłka. Musieliśmy odnaleźć właściwą drogę krok po koku. Paolo Maldini albo pomocnik Carlo Ancelotti dogrywali do van Bastena z  przodu, on zaś podawał do pomocnika Demetrio Albertiniego. Ja biegłem z  obrońcą na plecach, udając, że zmierzam w  stronę Albertiniego, a  następnie ruszałem sprintem ku linii bocznej. Demetrio musiał tylko dograć piłkę na wolne pole, bo ja już odjechałem defensywie.

Zmiana zadań po utracie piłki

Powyżej opisałem sposób przeprowadzenia ataku tak, jakby nie istniał przeciwnik. To czysto teoretyczna, idealna sytuacja, którą starasz się odtworzyć w  praktyce. W  rzeczywistości jednak musisz być ciągle świadom tego, że w  każdej chwili możesz stracić piłkę.

Trzeba było dokładnie wiedzieć, na czym polega twoje zadanie, gdy Ancelotti, van Basten czy Albertini tracili piłkę. W  Milanie ciągle ćwiczyliśmy zmianę ról na wypadek, gdybyśmy stracili piłkę w  czasie ataku. W  zasadzie chodzi o  taką organizację gry, by zapobiec utracie gola. (Kiedy odzyskuje się piłkę, organizacja schodzi na dalszy plan i  jest więcej miejsca na improwizację).

Zasada nr 1: nigdy nie trać piłki z tyłu, gdy przygotowujesz atak

Nawet na najwyższym poziomie często to widać: grę w  trójkącie między dwoma środkowymi obrońcami a  bramkarzem. To nieodpowiedzialne, gdy twoim celem jest wygrana, ponieważ niesie za sobą zbyt wielkie ryzyko. A  jednak w  Holandii wydaje się właściwie powszechne. Gdzie indziej w  tego rodzaju sytuacjach piłkarze ekspediują zwykle piłkę na połowę przeciwnika.

Nawet FC Barcelona regularnie popełnia kardynalny grzech przygotowywania akcji od tyłu. W  zeszłym sezonie doprowadziło to do wielkich problemów w  meczu z  Celtą Vigo. Gerard Piqué zdecydowanie za długo holował piłkę, stracił ją i  Celta strzeliła gola  – 0:1. Skoro Barcelona sobie z  tym nie radzi, słabsze drużyny nie powinny nawet próbować. Co w  takim razie należy robić, gdy wszyscy twoi zawodnicy są ściśle kryci? Podaj do bramkarza, który pośle piłkę na drugą połowę, w  stronę napastników, którzy o  nią powalczą. W  końcu nie zawsze da się przygotować atak od linii obrony.

Zasada nr 2: nigdy nie pozwól przeciwnikowi atakować środkiem

Zaczyna się od napastników. Ich zadaniem jest zmuszenie przeciwnika do ataku skrzydłami, bo dzięki temu zwiększają się szanse na neutralizację przeciwnika i  odzyskanie piłki. W  środku pola, w  pomocy jest się bardziej narażonym na ataki i  łatwo zostać oskrzydlonym. W  takiej sytuacji przeciwnik może rozegrać akcję jednym ze skrzydeł lub ruszyć naprzód. Właśnie tutaj kluczową rolę odgrywa menedżer. Bez względu na system gry drużyny to do niego należy rozwiązanie tego problemu.

Te dwie zasady stanowiły kredo naszej gry obronnej w  Milanie. Wpojono mi je i  precyzyjnie ich nauczono w  trakcie mojego pierwszego sezonu we Włoszech (1987/1988). W  drugim sezonie zdobyliśmy Puchar Europy i  graliśmy wspaniale. Żaden z  przeciwników nie był w  stanie znaleźć odpowiedzi na nasz styl. Przed kolejnym sezonem zespoły, z  którymi się mierzyliśmy, przeanalizowały naszą grę i  dostosowały do niej swoją taktykę. To bardzo utrudniło nam sytuację i  sprawiło, że musieliśmy rozwinąć się jako drużyna.

Zwykle rozwój osiąga się za sprawą zmian personalnych: jedni piłkarze znikają, inni  – z  określonym zestawem umiejętności  – przychodzą do zespołu, by zachować element zaskoczenia. To proces w  najwyższym stopniu wymagający. Menedżerowie nienawidzą rozbijać zwycięskiej drużyny. W  rezultacie nawet kluby z  najwyższej półki, jak Bayern Monachium czy Barcelona, nie są w  stanie triumfować w  Lidze Mistrzów dwa razy z  rzędu.

Jedyny sposób, by odnieść sukces w  dwóch kolejnych sezonach, to dogłębna analiza i  korekty w  zespole, a  także dopilnowanie, by piłkarze zachowali koncentrację, głód zwycięstw i  pasję. Kluczem jest posiadanie w  składzie piłkarzy o  wyjątkowych umiejętnościach indywidualnych w  ataku, jak Messi, Neymar i  Suárez.

Mistrzowie Europy 1988

Zanim zakwalifikowaliśmy się na mistrzostwa Europy 1988 w  ówczesnej Republice Federalnej Niemiec, nasza drużyna narodowa miała za sobą kilka poważnych rozczarowań. W  1983 odpadliśmy w  eliminacjach do mistrzostw Europy we Francji w  1984 roku z  powodu różnicy bramek (Hiszpania pokonała Maltę 12:1), a  dwa lata później przegapiliśmy okazję wyjazdu na mistrzostwa świata do Meksyku po tym, jak Georges Grün tuż przed końcowym gwizdkiem rozstrzygającego meczu strzelił gola dla Belgii.

Przyjechaliśmy więc tamtego roku do RFN jako niesprawdzeni nowicjusze, mimo że w  składzie roiło się od doświadczonych zawodników. Ajax dopiero co zdobył Puchar Zdobywców Pucharów, niedługo przed mistrzostwami PSV triumfowało w  Pucharze Europy, a  ja z  van Bastenem sięgnąłem we Włoszech po krajowy tytuł.

Co dziwne, w  pierwszym meczu ulegliśmy Związkowi Radzieckiemu 0:1. Pomimo początkowych niepowodzeń mieliśmy łut szczęścia w  meczu z  Irlandią, który wygraliśmy po rozstrzygającym uderzeniu głową Wima Kiefta, będącego zresztą na spalonym.

Dla Holandii półfinał z  Niemcami był tak naprawdę finałem. 14 lat wcześniej cały kraj ronił łzy przed telewizorami, oglądając haniebną porażkę z  Niemcami w  finale mistrzostw świata. Wyszliśmy na boisko, żeby to naprawić.

Mecz miał dziwny przebieg. Niemcy całkiem słusznie dostali karnego, ale karny dla nas był prezentem od rumuńskiego sędziego Ioana Igny. Przy takim podarku w  półfinale mistrzostw Europy przeciwko Niemcom grającym na ich terenie musiało dojść do dziwnych rzeczy. Ronald Koeman pewnie wykorzystał jedenastkę, co dało drużynie takiego kopa, że van Basten niebawem dołożył zwycięską bramkę.

Z naszego punktu widzenia już zdobyliśmy mistrzostwo. Dokonaliśmy zemsty, a  ja zrobiłem wielką imprezę w  Hamburgu. Byliśmy w  siódmym niebie. Następnego dnia pojechaliśmy do Monachium na finał i  całą drużyną wybraliśmy się na koncert Whitney Houston. Dziś byłoby to niewyobrażalne. Dopiero kiedy nasz trener Rinus Michels zabrał nas na odprawę taktyczną, skupiliśmy się na prawdziwym finale.

– Osiągnęliście coś wspaniałego  – powiedział.  – Ale skoro już jesteśmy w  Monachium, to moglibyśmy wygrać finał. Wtedy naprawdę czegoś byśmy dokonali.

W tym właśnie tkwiło sedno  – przyjmowano za pewnik, że zwyciężymy, mimo że to Rosjanie byli mocniejszą drużyną. Nie mam nawet przekonującego wyjaśnienia, po prostu tak to odbierałem. Nasz bramkarz Hans van Breukelen obronił w  finale nawet karnego. Przyjemna symetria: w  pierwszym meczu byliśmy lepsi, lecz wygrał Związek Radziecki, w  finale to rywal grał lepiej, lecz my triumfowaliśmy. Skończyło się rezultatem 2:0 po golach moim i  van Bastena.

Choć byłem kapitanem, to podczas mistrzostw przypadła mi skromna rola. Grałem jako drugi napastnik albo lewy bądź prawy pomocnik w  ustawieniu 4-4-2, w  zależności od tego, z  której strony mogliśmy bardziej zranić przeciwnika. Byłem wyczerpany po intensywnym pierwszym sezonie w  Milanie. Tytuł mistrzowski we Włoszech przyniósł mi ulgę, ale psychicznie czułem się wykończony.

Kiedy przyjechałem na turniej, byłem zbyt zmęczony, by grać z  werwą, którą pokazywałem w  Milanie, bez względu na to, jak bardzo tego chciałem. Michels zabronił mi nawet wykonywania rzutów wolnych. Szczęśliwie van Basten odzyskał formę na mistrzostwa po miesiącach kontuzji, choć pierwszy mecz ze Związkiem Radzieckim zaczął na ławce. Marco odzyskał świeżość, więc ciągle do niego zagrywałem.

Odłożyłem własne ego na bok i  zabrałem się solidnie do roboty na rzecz drużyny i  rezultatu. Odzyskałem formę w  finale, a  Michels w  ramach nagrody pozwolił mi znów wykonywać wolne. Pośrednio dzięki temu zdobyliśmy gola otwierającego wynik meczu. Po moim rzucie wolnym mieliśmy rzut rożny, po którym zdobyłem głową bramkę na 1:0. Potem van Basten strzelił legendarnego gola z  woleja, który nieodłącznie kojarzy się z  tym turniejem. „L’Équipe” miało później nazwać moją bramkę „zapomnianym golem”.

Reprezentacja Holandii w  końcu sięgnęła po ważne trofeum, ulegając uprzednio w  finale mistrzostw świata w  1974 i  1978 roku. W  2010 roku ponownie dotarliśmy do finału mistrzostw świata, tym razem w  Republice Południowej Afryki. Jestem niezwykle dumny z  naszych osiągnięć w  świecie futbolu. Może i  Holandia jest małym kraikiem, ale w  1974 odmieniła piękną grę za sprawą futbolu totalnego. Byliśmy pionierami i  choć nie zakwalifikowaliśmy się na Euro we Francji, nadal uważa się nas za gigantów międzynarodowej piłki.

Szczyt

To w  Milanie stałem się dojrzałym piłkarzem. W  dużej mierze zawdzięczałem to nowemu otoczeniu. W  końcu lat 80. i  na początku 90. Włochy przyciągały czołowych zawodników. Kluby mogły mieć w  składzie trzech zagranicznych piłkarzy, a  pieniądze nie grały roli  – tamtejsza liga była odpowiednikiem dzisiejszej Premier League. Włoskie kluby skupowały najlepszych piłkarzy na świecie, gości takich jak Maradona, Rijkaard, Van Basten, Zico, Falcao, Daniel Passarella, Lothar Matthäus, Zbigniew Boniek, Michel Platini, Jürgen Klinsmann, Preben Elkjær Larsen, Andy Brehme, Michael Laudrup i  wielu innych. Sami Włosi również nie mogli narzekać na brak wybitnych indywidualności, że wspomnę tylko Franco Baresiego, Carlo Ancelottiego, Roberto Baggio, Paolo Maldiniego, Giuseppe Bergomiego, Pietro Vierchowoda i  Roberto Manciniego.

Poziom piłkarski w  Serie A  był dużo wyższy niż w  pozostałych ligach europejskich. Różnica była mniej więcej taka, jak dziś między Primera División a  resztą. Dobrzy piłkarze wspólnie poprawiają swoje umiejętności i  wznoszą rywalizację na wyższy poziom.

Dla napastników Serie A  była wyczerpująca: każdy Włoch  – bez względu na to, czy grał w  Juventusie, Cremonese, Lecce, Ascoli bądź Cesenie  – potrafił bronić. Szybkość działania była konieczna nawet po to, by stworzyć szansę na dojście do sytuacji strzeleckiej.

We Fiorentinie grał Daniel Passarella, kapitan argentyńskiej drużyny narodowej, która zdobyła mistrzostwo świata w  1978  roku. Jest takie zdjęcie, na którym uderza mnie z  łokcia prosto w  twarz. Przed chwilą główkowałem w  poprzeczkę i  w  światło bramki, więc przejął krycie od Giuseppe Bergomiego lub Riccardo Ferriego.

– Witamy w  Serie A  – szczeknął.

Passarella był bezwzględny, prawdziwy argentyński zbój. Kiedy niedawno przypadkiem na siebie wpadliśmy, wyznał:

– Był z  ciebie kawał chłopa, więc musiałem coś z  tym zrobić.

Pośmialiśmy się z  tego.

Vierchowod z  Sampdorii był z  kolei jednym z  najlepszych obrońców, z  jakimi przyszło mi się mierzyć. Spytajcie van Bastena, co o  nim myśli. Tylko raz Marco zdołał wykiwać Vierchowoda. Strzelił wówczas przypadkowego gola po tym, jak piłka odbiła się od poprzeczki. Van Basten tylko ją dobił.

Zmiana boiskowej roli

Holenderskie kluby nie skupiają się na przygotowaniu piłkarzy do zmiany roli na boisku po stracie piłki. Dla napastników może być to trudne, ponieważ koncentrują się oni na piłce. W  trakcie pierwszego roku gry w  Milanie na szpicy, gdy tylko spudłowałem, zostawałem w  miejscu, tłumiąc rozczarowanie albo po prostu odpoczywając przez chwilę. Żeby poprawić ten element gry, powiedziałem sobie: „Ruud, po pierwsze wróć na pozycję, potem możesz się zastanawiać albo odpocząć”. W  Milanie tacy piłkarze, jak Sacchi, Ancelotti czy Baresi, szybko sprowadzali cię na ziemię, jeśli błąkałeś się gdzieś myślami i  zapomniałeś o  swoim miejscu w  poukładanej drużynie.

Stanie w  miejscu po ataku jest dla zespołu zabójcze. Zdarzają się piłkarze, którzy po zmarnowaniu okazji wbijają wzrok w  murawę i  odchodzą. Zamiast tego powinno się podnieść oczy i  od razu wrócić na pozycję, w  innym bowiem razie bramkarz rzuci piłkę nad twoją głową do lewego albo prawego obrońcy, który będzie miał tyle czasu, ile potrzeba, by rozpocząć kontratak. W  Milanie każdy piłkarz automatycznie zmieniał boiskową rolę, gdy tylko straciliśmy piłkę. Jeśli zawodnik tak nie robił, po prostu nie trafiał do kadry meczowej. Dyscyplina pozwalała nam zapobiec wszelkim niespodziankom, które przygotował dla nas przeciwnik. Byliśmy tak dobrze poukładani, że zaskoczenie nie wchodziło w  grę. Potrzeba było naprawdę wybitnych piłkarzy o  niewiarygodnych umiejętnościach indywidualnych, takich jak Maradona, Zola, Careca, Zico czy Klinsmann, żebyśmy musieli się namęczyć.

Presja

Ścisła organizacja gry sprawiała, że dawaliśmy przeciwnikowi przestrzeń do rozegrania. Spychając rywali do boku, zmuszaliśmy ich do konstruowania akcji skrzydłami. Kiedy w  końcu zagrywali piłkę do środka pola, rzucaliśmy się całą dziesiątką, żeby ją odzyskać.

W pewnej mierze utorowaliśmy drogę Barcelonie, która robi dokładnie to, co my. Katalończycy wywierają presję na rywala nawet szybciej i  bliżej przeciwnej bramki, od razu na jego połowie. Dawaliśmy przeciwnikowi miejsce do rozegrania głównie dlatego, że gdybyśmy zaatakowali za szybko, piłka wróciłaby do bramkarza. Nie było więc sensu tak wcześnie napierać na rywala. W  tamtych czasach bramkarze nadal mogli łapać piłkę po podaniu od partnera z  drużyny. Zasadę tę zmieniono w  1992 roku.

Nowe przepisy ułatwiają zakładanie pressingu. Można atakować 20–30 metrów bliżej bramki przeciwnika, co daje mu o  wiele mniej miejsca na przygotowanie akcji. Im szybciej odzyskasz piłkę, tym bliżej bramki rywala się znajdziesz i  tym mniejszy dystans będziesz musiał przebyć.

Jak pokonać mur

Nie było wówczas poza Włochami żadnej drużyny, która wiedziałaby, jak poradzić sobie z  naszym pressingiem. Nawet dobrzy piłkarze popełniają błędy pod presją. Na treningach ćwiczyliśmy zorganizowany pressing, trzymając się w  odległości pięciu metrów od siebie i  doskonaląc taktykę.

Trenowaliśmy też pułapki ofsajdowe, grając jedenastką przeciwko siódemce złożonej z  bramkarza Sebastiano Rossiego, czwórki obrońców Franco Baresiego, Filippo Gallego (później Alessandro Costacurty), Paolo Maldiniego i  Mauro Tassottiego, a  także dwóch pomocników, Carlo Ancelottiego i  Franka Rijkaarda. Ja mierzyłem się na prawym skrzydle z  lewym obrońcą Maldinim. W  jedenastu walczyliśmy ostro, ale nigdy nie udawało nam się przedrzeć, nie byliśmy w  stanie nawet oddać strzału z  dystansu.

Później graliśmy przeciwko piątce defensywnych zawodników (wliczając bramkarza) i  wówczas również nie byliśmy w  stanie przebić muru obronnego nawet za  pomocą prostopadłych podań.

Kiedy