Jak facet z facetem, rozmowy o seksualności i związkach gejowskicch - Andrzej Gryżewski, Przemysław Pilarski - ebook

Jak facet z facetem, rozmowy o seksualności i związkach gejowskicch ebook

Andrzej Gryżewski, Przemysław Pilarski

4,2

Opis

Przemysław Pilarski i Andrzej Gryżewski, terapeuta i seksuolog pracujący na co dzień z wieloma gejowskimi parami, w rozmowie o specyfice związków homoseksualnych. Z książki Jak facet z facetem czytelnik dowie się jak zbudować stabilną i udaną relację, jak radzić sobie z byciem singlem, a także o tym, z jakimi problemami warto udać się do specjalisty. Z dala od moralizowania, dawania jedynie słusznych rad i używania skomplikowanych terminów. Jak najbliżej życia.

Andrzej Gryżewski - psycholog, seksuolog, psychoterapeuta poznawczo-behawioralny , certyfikowany edukator seksualny. Absolwent Wydziału Psychologii warszawskiej WSFiZ, w zakresie seksuologii klinicznej i sądowej. Aktywny uczestnik krajowych i międzynarodowych konferencji seksuologicznych. Członek Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego i Polskiego Towarzystwa Terapii Poznawczej i Behawioralnej. W latach 2007-2012 współpracował z prof. dr hab. Z. Lwem-Starowiczem w Instytucie Seksuologii Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego.

Przemysław Pilarski - scenarzysta, dramaturg. Absolwent polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, kursu scenariuszowego w Warszawskiej Szkole Filmowej oraz Laboratorium Nowych Praktyk Teatralnych na SWPS. Członek Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Autor wielu odcinków seriali i programów telewizyjnych. Z autorskimi monologami stand-up comedy występował w klubach w całej Polsce, a także w programach HBO i Comedy Central.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 388

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Redakcja i korekty: Melanż
Projekt okładki: EDYTA BANACH, JAROSŁAW SKŁADANEK
Projekt typograficzny oraz skład i łamanie: Plupart
Redaktor prowadzący: MAGDALENA CHORĘBAŁA
Dyrektor produkcji: ROBERT JEŻEWSKI
© Copyright by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2016 Text © copyright by by Andrzej Gryżewski, Przemysław Pilarski 2016
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
ISBN 978-83-65456-19-9
Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o. ul. Postępu 14, 02-676 Warszawa tel. (22) 312 37 12 Dział handlowy:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

W związku z tą książką

Kiedy mówiłem różnym ludziom, że pracuję z seksuologiem nad książką o związkach gejowskich, w odpowiedzi słyszałem często dwa pytania. Pierwsze: czy te związki naprawdę aż tak bardzo różnią się od relacji hetero, że trzeba na ich temat robić „specjalną” publikację? I drugie: a co z lesbijkami?

Zaczynając od końca. Według różnych badaczy, terapeutów, płeć różnicuje nas w co najmniej równym stopniu jak orientacja seksualna. Niektórzy twierdzą nawet, że w większym. Związek dwóch facetów to zupełnie inna para butów niż związek dwóch kobiet. Jedne są na rzepy, a drugie na sznurowadła. Jedne na siłownię, drugie do stepowania. Lub na odwrót. Różnica niby niewielka, lecz znacząca. Nie da się w obu wariantach zastosować tej samej instrukcji obsługi.

W podobny sposób można odpowiedzieć i na pierwsze pytanie. Rozmowie o tym, czym różnią się (związki) homo i hetero, poświęciliśmy zresztą z Andrzejem cały rozdział. Z mojego punktu widzenia podstawową różnicą jest to, że związków homoseksualnych nikt nie chce. Nie są wspierane i promowane ani przez polityków i instytucje, ani przez społeczeństwo. „Polska czysta, Polska biała, bez Murzyna i pedała” – wykrzykują przecież bez żadnych konsekwencji uczestnicy legalnych manifestacji. Coraz częściej na darciu ryja się nie kończy. Słowa przechodzą w czyny przy znaczącym milczeniu władzy. Od tego wszystko się zaczyna.

Homozwiązki są więc działaniem wbrew. Aktem oporu. A wiele ich „wewnętrznych” problemów jest odpowiedzią, reakcją na te „zewnętrzne”. Na tym między innymi polega osławiona różnica. Współczesne państwo podziemne to polscy homoseksualiści, tworzący związki, ale pozostający w ukryciu. W świetle prawa będący dla siebie zupełnie obcymi ludźmi.

Nasza książka jest więc instrukcją obsługi urządzenia używanego od setek lat, któremu jednak konsekwentnie odmawia się przyznania patentu. Nie ma wzorców, według których dwóch facetów mogłoby ułożyć wspólne życie. Ani w rodzinie, ani w szkole, ani w parafii, ani nawet w telewizji – nikt nie uczy, jak być gejem, jak budować bliskość mężczyzny z mężczyzną. Nie ma żadnej promocji homoseksualizmu! W heteronormatywnym społeczeństwie każdy odmieniec musi budować wszystko od nowa, radzić sobie po swojemu. Dlatego wybrałem się po pomoc do specjalisty. Andrzej Gryżewski nie tylko ma rozległą wiedzę i doświadczenie, którymi chce się dzielić, ale też niezwykle łatwo „złapać” z nim wspólny język. Przychodząc z dyktafonem na rozmowy, siadałem na tej samej kanapie, na której na co dzień siadają klienci Andrzeja. I w wielu wypadkach zadawałem te same pytania co oni. Rozmawialiśmy głównie o problemach, ponieważ – jak powiedział Andrzej – nikt nie przychodzi do niego po to, żeby chwalić się swoim szczęściem. Rozmawialiśmy o problemach, żeby podpowiadać rozwiązania.

Książka jest niby o związkach, ale temat związku traktujemy w niej szeroko. Nie rozmawiamy więc tylko o tym, co dzieje się w relacji, lecz również o tym, jak zbudować siebie, żeby stworzyć dojrzały związek. A także o tym, jak odnaleźć siebie po rozstaniu. Przyglądamy się gejom od momentu odkrywania seksualności w wieku nastoletnim aż do emerytury.

Książka jest niby o związkach gejowskich, ale – odjąwszy różnice, o których była mowa – nie tylko geje mogą zobaczyć się we fragmentach dotyczących modeli osobowości, wdrukowanych przekonań na swój temat, zdrady, zazdrości czy poliamorii. Na potrzeby kręgosłupa rozmowy trzymamy się jasno zdefiniowanych tożsamości, ale seksualność jest przecież płynna, więc problemy też sobie przepływają.

Kończąc, chciałbym bardzo podziękować Beacie Pawłowicz, bez której connecting people nie byłoby tej książki.

Przemysław Pilarski

O napisaniu tej książki myślałem przez kilka ostatnich lat. Złożyło się na to kilka powodów. Pracuję w prywatnym gabinecie w Warszawie. Co najmniej 1/3 moich klientów to osoby LGB. Miałem potrzebę, by spisać wszystkie te historie, które od tylu lat zbieram w głowie. O ile na początku terapii wielu klientów doświadcza cierpienia, bezsilności i samotności, to na końcu procesu terapii słyszę o poczuciu własnej wartości, sile, przyjaźniach i radości z dnia codziennego. To budujące doświadczenia. Myślę, że mogą zainspirować osoby w podobnej sytuacji, pokrzepić i dać nadzieję Czytelnikom.

Dużo podróżuję. Często ujmuje mnie w wielu krajach otwartość, różnorodność, multikulturowość. Widzę, jak to wzbogaca życie i osobowość ludzi. Natomiast występująca w Polsce tendencja do zamykania się sprawia, że wiele osób czuje się na marginesie życia. Zwłaszcza osoby LGB. Mam poczucie, że taka książka może poszerzyć spojrzenie na orientacje seksualne.

Dobro osób LGB to wspólna sprawa narodowa. Osoby LBG nierzadko cierpią na skutki stresu mniejszościowego, takie jak depresja, bezsenność, lęki, zaburzenia odżywiania i trudności z koncentracją. To potężna strata dla gospodarki kraju, jak również duże koszty dla systemu opieki zdrowotnej.

Chcę krótko podziękować osobom, które przyczyniły się do powstania tej książki. Dziękuję bardzo Beacie Pawłowicz, która, jak to Przemysław mawia, connecting people. Dziękuję również naszemu Wydawcy, Magdalenie Chorębale, która mocno wierzyła w potrzebę napisania tej książki i w nas dwóch. Wreszcie dziękuję Przemysławowi Pilarskiemu. Jest to prawdziwy człowiek-orkiestra: inteligentny, dowcipny, poważny, profesjonalny, oczytany, empatyczny. Wszystkie cechy współautora emanują z kart tej książki.

Jestem wdzięczny moim dwóm wielkim mentorom – Profesorowi Zbigniewowi Lwu-Starowiczowi i Profesorowi Andrzejowi Kokoszce. Ci giganci polskiej seksuologii i psychoterapii ukształtowali moje rozumienie klienta podczas różnych szkoleń, superwizji i wielu rozmów prywatnych. Dziękuję.

Andrzej Gryżewski

I. Inny, czyli jaki?

O podobieństwach i różnicach między (związkami) homo i hetero

Przemek: Czy geje kochają inaczej?

Andrzej: Myślę, że często kochacie głębiej.

– To znaczy?

– Nie chodzi mi o to, że wzajemna fascynacja w przypadku pary gejów jest większa. Zauroczenie, zakochanie, bywa takie samo jak u osób heteroseksualnych. Ale jest ono głębsze emocjonalnie, duchowo.

– Czyli jak już gej się zakocha, to na całego? I doskonale wie, co się z nim dzieje?

– Tak. To często jest takie przeżycie, o którym niektórzy wręcz układają peany, pieśni...

– Choćby w czasach starożytnych. Słynne, opiewane w mitach pary kochanków: Zeus i Ganimedes, Achilles i Patrokles. Albo Platon i jego Uczta: „...gdyby to można było stworzyć państwo lub wojsko złożone z miłośników i oblubieńców, z pewnością nie znaleźliby lepszego pierwiastka porządku społecznego jak wzajemne powstrzymywanie się od postępków złych, chęć odznaczenia się w oczach drugiego i współzawodnictwo wzajemne. Tacy, choćby ich mało było, zwyciężyliby, powiem, cały świat”[1]. A zatem: „walczcie z wrogami i inspirujcie się wzajemnie”, a nie: „idźcie i rozmnażajcie się”. Czy Platon chciał powiedzieć, że recepta na udany związek gejowski jest inna niż na związek heteroseksualny?

– Powiedziałbym, że trochę inna. Ze względu na złożoność tematu także i ta recepta jest złożona. Bo skoro nie ma cementujących czynników społecznych typu małżeństwo, posiadanie dzieci, pary gejowskie na czymś innym muszą budować swoje poczucie bezpieczeństwa. Więc wchodzą głębiej. W porozumiewanie się, w empatię. Żeby zrekompensować sobie brak tego, co społeczeństwo oferuje parom heteroseksualnym. Podobnie jest w związkach na odległość. Okazuje się, że różnią się od „stacjonarnych” tym, że pary żyjące na odległość aż o 40 procent częściej omawiają sprawy związane z szeroko rozumianymi wartościami, tj. wiernością, uczciwością, lojalnością, kwestiami egzystencjalnymi. Deficyt czynników konstytuujących związek wyrównywany jest budowaniem głębszej relacji.

– Gejowskie relacje w krajach takich jak Polska tworzone są niejako wbrew społeczeństwu. Udało się kupić Pendolino i zbudować autostrady, ale nadal nie mamy ustawy o związkach partnerskich, nie mówiąc już o jednopłciowych małżeństwach. Brak też choćby zapisów o przeciwdziałaniu dyskryminacji ze względu na orientację seksualną. I tak dalej, i tak dalej.

– Co więcej, nie zanosi się na to, że prędko te wszystkie przepisy powstaną.

– „Niczego o nas nie ma w konstytucji”, napisał poeta (cóż, że heteroseksualny)[2]. Jak żyć?

– Osoby homoseksualne niosą na swoich barkach podwójny ciężar. Nie dość, że tak jak wszyscy zmagają się z dojrzewaniem do swojej seksualności, to jeszcze muszą ścierać się z poglądami, że akurat ich orientacja jest przeciwko naturze. Szczytem tolerancji jest często hasło „rób to w domu – po kryjomu”. Zarzuca się homoseksualistom, że organizują parady równości, „afiszują się”. I że przez to wiele osób heteroseksualnych czuje się niepewnie. A mało kto zwraca uwagę, że takie, dajmy na to, typowe polskie wesele to dwudniowa manifestacja heteroseksualności. W drugą stronę też to działa. Przez promocję heteronormatywności także osoby LGB czują się niepewnie.

– Terapeuta Grzegorz Iniewicz napisał, że „traktowanie par gejów czy lesbijek na wzór związków heteroseksualnych może prowadzić do błędnego rozumienia dynamiki pojawiających się tam problemów czy też do błędnych interpretacji zachowań”[3]. Zgadzasz się z tym?

– Tak. W parach gejowskich występuje dużo elementów, które są rozbieżne ze związkami heteroseksualnymi. Nawet jeśli wziąć pod uwagę zjawisko coming outu. To, że jeden partner jest wyoutowany, a drugi nie, sprawia, że obaj mogą być na zupełnie innych etapach rozwoju relacji.

– Heteroseksualiści wiedzą, jak to mniej więcej ma wyglądać: dojrzewam, poznaję dziewczynę, bierzemy ślub, robimy sobie dzieci. Tymczasem geje nie mają wzorców, które mogliby jeden do jednego przełożyć na własne życie.

– Dokładnie. Brak wzorców to jeden z podstawowych problemów. Wynika to po części z nieznajomości homoseksualnej historii. Przecież nie mówi się o niej w szkole.

– A kiedy na przykład Elżbieta Janicka zasugerowała, że „Zośkę” i „Rudego” z Szarych Szeregów łączył romans, wybuchł skandal, jakby oskarżyła ich co najmniej o to, że stali tam, gdzie stało ZOMO[4]. Tęczowa historia jest przemilczana, wymazywana. Każdemu gejowi wydaje się więc, że skoro nie ma na czym się oprzeć, musi zaczynać od nowa. Może i słusznie.

– Brak wzorców to duży problem, ale ma jeden plus: elastyczne podejście do kwestii podziału ról i równości w związkach. Skoro każda para gejów buduje relację po swojemu, to przynajmniej teoretycznie nie powinno być kłopotów z tym, na jakich zasadach ma się ona opierać. Wszystko podlega negocjacji. W praktyce oczywiście wygląda to różnie.

– No właśnie. Nie wchodzimy w żadne zastane ramy, więc musimy je sobie zbudować. Nie mamy po co sięgnąć, więc sięgamy w głąb siebie. Sami ustalamy normy, według których będziemy funkcjonować. To chyba zasadnicza, nomen omen fundamentalna, różnica między związkami gejowskimi a heteroseksualnymi. Podejrzewam, że nie jedyna?

– Mężczyźni homoseksualni są bardziej samoświadomi. Nie mówię, że zawsze. Ale na torcie mężczyzn samoświadomych, którzy są moimi klientami, co najmniej 2/3 to homoseksualiści.

– Co to znaczy, że są samoświadomi?

– Mają wgląd w swoje uczucia. Oglądają role społeczne. Zastanawiają się, próbują, dopasowują je do siebie, modyfikują. Szukają przyczyn.

– Czy to nie jest jakaś obsesja?

– Tutaj nie chodzi o obsesyjność. Oni po prostu starają się być profesjonalistami. Mają strzelać z łuku, ale zastane scenariusze pozwalają im stworzyć może procę, ale nie łuk. Muszą kombinować po swojemu. Szukają. Chcą się dowiedzieć, z jakiego drewna wykonać dobry łuk, cięciwę, lotki, co wziąć pod uwagę – wiatr, pogodę itp. – żeby trafić do tarczy.

– Czyli potrzebujemy recepty. Sami musimy dociec, co trzeba zrobić, żeby na przykład zbudować szczęśliwy związek.

– Otóż to. Załóżmy, że nagle znalazłeś się w kuchni. W salonie gość czeka na obiad. Masz jakieś składniki, ale nie znasz przepisu, więc nie wiesz, jak je połączyć. Nie wiesz, ile czasu gotować to wszystko. Co dodać? Jakie przyprawy? Czy cynamon przypadkiem nie gryzie się z ziemniakami?

– Zakładam, że ponieważ geje są tacy samoświadomi, to owszem, szukają czasem recepty czy przepisu, ale przede wszystkim sami z siebie mają dużo pomysłów.

– Mają dużo pomysłów, to wynika z autorefleksji. Ale są też otwarci na podpowiedzi.

– I co może podpowiedzieć seksuolog?

– Podam przykład z mojej praktyki. Mamy związek, w którym wszystko szło coraz lepiej. Również pod względem seksualnym. I nagle – u jednego z partnerów pojawiły się zaburzenia erekcji. Przychodzi do mnie. Zajmujemy się tym. Ale żeby partnerzy wrócili na ten wysoki poziom intymności, na którym byli przed pojawieniem się problemu, muszą zacząć niejako od początku.

– Jak to?

– To tak jak na siłowni. Ćwiczę od roku. Podnoszę na klatkę sto kilogramów. Nagle coś mi strzeliło w barku, kontuzja. Idę na rehabilitację. I jak mnie już przestanie boleć, nie mogę wrócić na treningi i zacząć od podnoszenia stówy, tylko od dwudziestu kilogramów, potem trzydzieści, czterdzieści i tak dalej.

– Czyli seksuolog podpowiada: chłopaki, słuchajcie, poradzimy sobie z zaburzeniami erekcji, ale żeby się udało, zacznijcie znowu od rozgrzewki, żebyście sobie krzywdy nie zrobili.

– To samo dotyczy zresztą relacji heteroseksualnych. Z tym że kiedy sugeruję gejowi, żeby na przykład zaczynał od masturbowania się przy partnerze...

– Fajne, ale po co?

...żeby w ten sposób, po zaburzeniach erekcji, znowu zbudować między nimi poczucie zaufania, bezpieczeństwa...

– OK.

– No więc kiedy sugeruję coś takiego gejowi, on nie ma problemu, żeby to robić. A w związkach heteroseksualnych spotykam się często z oburzeniem mężczyzn: „Jak to, co pan mi jakieś głupoty podpowiada, przy kobiecie mam się masturbować? Wolę sam, w łazience!”. Czyli nierzadko to właśnie geje są bardziej otwarci na pomysły, na wprowadzanie urozmaiceń.

– Teraz już rozumiem. Chociaż od razu zaczyna mi w głowie buzować stereotyp geja, który jest łowcą wrażeń. Partner się znudził, więc wprowadzę sobie takie urozmaicenie, że znajdę kogoś na boku. Czy to nie działa czasem również w ten sposób?

– Zdrady czy uzależnienie od seksu zdarzają się i u gejów, i u heteroseksualistów. Nazwałbym to nieustannym pędem za nowością, za adrenaliną, za nowymi dawkami dopaminy. Np. u osób uzależnionych od cyberseksu taki pęd za nowością wpędza dane osoby w wielogodzinne siedzenie przy pornografii. „Teraz nie chcę mieć orgazmu, bo może za chwilę znajdę jeszcze fajniejszy filmik”. I tak podtrzymują bycie na cyberhaju. Osoby homoseksualne bardziej niż na cyberseksie skupiają się na poszukiwaniach realnych ludzi do realnego seksu. Ale także przez internet – przez rozmaite portale czy aplikacje.

– Celowo odwołałem się do stereotypu, bo nie ma innej rady – trzeba się z nimi mierzyć, konfrontować, konstruując i analizując swoją gejowską tożsamość. Znam wielu gejów, którzy mają gdzieś stereotypy, poszukują stałych relacji i nie puszczają się na boki. Ale ci aktywni seksualnie są po prostu najbardziej widoczni. Z drugiej jednak strony, skoro nie istnieje coś takiego jak społecznie zakorzeniony modelu związku gejowskiego, to skąd pomysł, że koniecznie musi on być monogamiczny? W seksie nie ma przecież nic złego.

– Dokładnie. Czytałem jakiś czas temu książkę Seks i cytadela. Jej autorkę, Shereen El Feki, zainteresowało to, jak ludzie w krajach arabskich przeżywają swoją seksualność. Postanowiła sprawdzić, czy jest w tym względzie jakaś różnica między teraźniejszością a przeszłością. I co się okazało? W przeszłości seksualność była tam bardzo promowana. Seks był dobry, poznawanie ciała było dobre, doskonalono sztukę kochania. Homoseksualność też była pozytywnie wzmacniana.

– Było nawet coś takiego jak średniowieczna arabska poezja homoerotyczna.

– No i to, jak wiemy, mocno się pozmieniało. Za Zachodem generalnie nie przepadają, bo jest zgniły i tak dalej, ale łączy ich z nim negatywny stosunek do homoseksualistów. Wypierają teraz ten kanon literatury związanej z homoseksualnością, cenzurują go. Tymczasem swoboda seksualna, realizowanie swoich seksualnych potrzeb wpływało na to, że ludzie byli zgodni wewnętrznie, z samymi sobą, mogli zatem ze spokojem zajmować się światem zewnętrznym. Rozwijać się, mieć życie duchowe, intelektualne. Przecież kraje arabskie to była kiedyś kolebka różnych prądów filozoficznych, ludzie byli bardzo kreatywni w tym i otwarci. Ale władza z kolei widziała, że trudno kontrolować ludzi, którzy są otwarci, żyją w zgodzie z samymi sobą, bo tacy mogą domagać się różnych zmian. Więc władcy wymyślili, że trzeba wywołać w nich konflikt wewnętrzny. Bo jeśli człowiek ma konflikt wewnętrzny, łatwo nim manipulować, nie jest wówczas tak skupiony na zmianie rzeczywistości zewnętrznej.

– No i dobrali się do seksu?

– Kiedy przeżywasz konflikt wewnętrzny związany ze swoją seksualnością, bo nauczono cię, że barbarzyństwem jest hołdowanie swoim seksualnym potrzebom, że to zwierzę tak robi, a ty powinieneś siłą umysłu to kontrolować, siłą woli rugować i ograniczać seksualność – wtedy jesteś słabszy na zewnątrz, bo zżera cię wojna domowa. A przez to jesteś łatwiej kontrolowalny. Jesteś osobą homoseksualną: źle. Jesteś osobą heteroseksualną: źle, jeśli uprawiasz seks dla przyjemności, a nie dla prokreacji. Jesteś nastolatkiem: nie onanizuj się, nie przeżywaj swojej seksualności, nie ciesz się nią. I tak dalej. Coś ci to przypomina?

– Polska 2016?

– Seksualność wskutek manipulacji różnie rozumianej władzy spychana jest w rewiry chuci i żądzy. Wszystko jest tabuizowane. Stąd – wracając do twojego pytania – bierze się zakorzeniony głęboko pogląd, że „w seksie jest coś złego”.

– Wywołaliśmy w tobie poczucie winy, wstyd, konflikt wewnętrzny? To teraz na kolana i grzecznie się wyspowiadaj! A jaki człowiek jest wdzięczny, gdy zostanie mu wybaczone...

– Podkreślmy zatem jeszcze raz: o ile kogoś tym nie krzywdzimy, to w seksie, w korzystaniu z naszej seksualności nie ma nic złego.

– Przejdźmy do kolejnego stereotypu. Jest taki pogląd, że geje tworzą relacje mniej trwałe. Że one trwają krócej. Z różnych powodów, m.in. dlatego, że tak jak mówiłeś, społeczeństwu nie zależy, żeby je podtrzymywać. Wydaje mi się, że coś jest na rzeczy. A jak to wygląda z punktu widzenia gabinetu seksuologa?

– To prawda, ta różnica występuje. W związkach heteroseksualnych, nawet jeśli mężczyzna nabierze ochoty na relację z inną kobietą, to się zastanowi: „Kurde, przecież ja wziąłem ślub, mam dziecko...”. Coś go hamuje. „Dobra, nie teraz. Może za rok, jak dzieci podrosną?”. Ale warto pamiętać, że małżeństwo i dzieci to są z jednej strony czynniki stabilizujące, ale z drugiej niekiedy także betonujące nogi. Faceci chcieliby sobie pobiegać, ale przecież nie będą tego robić z betonem na butach.

– Znam dobrze związki heteroseksualne, które z wielu powodów powinny już dawno się skończyć, ale ciągną się jak nocny koszmar „dla dobra dzieci”. Z tym że dzieci z tych związków nie doświadczają żadnego dobra, wręcz przeciwnie. Obserwują kłócących się rodziców albo gorsze patologie. Mam kolegę, który przez całe dzieciństwo modlił się, żeby tata i mama się rozwiedli. Z drugiej strony, czyli tej mojej, gejowskiej – jestem świadomy, że co najmniej jedną albo dwie relacje zakończyłem za szybko, za łatwo. Bo coś tam nie pasowało. A że nie miałem betonu na butach, śmiało mogłem trzasnąć drzwiami i pobiec przed siebie.

– Gejowskie związki bywają mniej trwałe i krótsze w dużej mierze przez heteronormatywność. Społeczeństwo promuje heteroseksualność jako normę, a homoseksualność mniej lub bardziej jako orientację niezbyt mile widzianą. Mam wielu klientów, którzy w związku z tym nie mogą zamieszkać razem. Żyją oddzielnie i widzą się wieczorami lub weekendowo, żeby nie narobić sobie problemów. No bo jak wyjaśnić wpadającej bez zapowiedzi rodzinie, że tyle lat po studiach mieszka się ze „współlokatorem”? Sąsiedzi też mogą coś zauważyć. Zwłaszcza jeśli się odziedziczyło mieszkanie po rodzinie, razem z „zaprzyjaźnionymi” sąsiadami. To częsty scenariusz. Natomiast jeśli razem się nie mieszka, nie śpi, nie dzieli rytuałów dnia codziennego, to związek jest słabszy, narażony na większe pokusy, mniej stabilny.

– Nie mieszka się razem, nie śpi i nie dzieli rytuałów z powodu homofobii. To słowo pada w naszej rozmowie po raz pierwszy. Ale skutków niechęci do osób homoseksualnych dotykamy przecież w każdym akapicie. Nie każdy gej to chodząca ofiara, ale nie ma co ukrywać, że żyjemy w nieprzyjaznym środowisku, doświadczając różnych form opresji. Terapeuci, głównie amerykańscy, mówią nawet o stresie mniejszościowym, czyli opresji doświadczanej przez mniejszościowe grupy społecznie marginalizowane. „Bycie obiektem uprzedzeń ze strony dominującej i większościowej grupy konstruującej normy oraz zasady życia społecznego wpływa na odczuwanie chronicznego stresu (którego objawami mogą być między innymi lęk i podwyższone ciśnienie) oraz w efekcie na gorszy stan zdrowia psychicznego i fizycznego”[5].

– Dokładnie tak. Mam klienta, który chodził po różnych kardiologach, bo nagle dostawał palpitacji serca i nie mógł złapać oddechu. Okazało się, że podłożem były lęki przed ujawnieniem orientacji w środowisku. Gdy tylko w towarzystwie był poruszany temat orientacji homoseksualnej, np. w formie żartu, klient miał poczucie, że zaraz stanie się obiektem ataku, drwiny.

– Budowanie związku w takich warunkach przypomina urządzanie sobie mieszkania gdzieś w ziemiance, z dala od ludzkich oczu.

– Zastanawiam się, jak będzie w przyszłości, kiedy już się wszystko wyrówna, czyli homoseksualne osoby będą miały takie same prawa, obowiązki i życie jak osoby heteroseksualne. Być może również pod względem trwałości związków będzie wtedy po równo – mężczyźni w jednych i drugich związkach będą w podobnych proporcjach zdradzać czy odchodzić od partnerów.

– Wtedy będzie się badać po prostu związki. Nieważne, kto z kim je tworzy. Ale to science fiction, więc wróćmy do tu i teraz. Ciekaw jestem, jakie jeszcze dostrzegasz różnice.

– My, wszyscy mężczyźni, mamy pierwiastki męskie i kobiece. I mężczyzna samoświadomy – czyli częściej homoseksualny – ma na to zgodę. Może sobie między tymi pierwiastkami przeskakiwać, miksować te proporcje dowolnie. U osób heteroseksualnych często jest tak: „Jezu, żeby tylko kumple się nie dowiedzieli, że ja czasem wskakuję w tę kobiecość”.

– Ale jak on wskakuje w tę kobiecość?

– W kobiecości ważna jest dla niego estetyka. Jak się ubiera, jak pachnie, że lubi poplotkować, że ekspresyjnie wyraża emocje, że lubi uprać ubrania, sprzątać w domu i gotować wystawne kolacje. Mężczyźni hetero mają problem z upublicznianiem tego.

– Mają większe blokady?

– Tak. Uważają, że stracą szacunek w towarzystwie.

– À propos kumpli. Wydaje mi się, że u heteroseksualistów jest mniejsza wymiana informacji intymnych. Ze mną na przykład kumple heterycy rozmawiają o wszystkim, nawet o problemach z erekcją... Czasem śmieję się, że może w ten sposób chcą mnie wystraszyć, zniechęcić. Żebym się przypadkiem nie dostawiał! A na serio, to oni może czują się po prostu bezpieczniej, że jak się przede mną obnażą, przyznają do swojej słabości, to w odróżnieniu od kumpli hetero ja ich nie będę oceniał.

– Zdecydowanie tak. O zaburzeniach seksualnych, zaburzeniach erekcji czy przedwczesnym wytrysku mężczyźni ze sobą nie rozmawiają. Jak opowiadam mężczyznom w gabinecie, że około 20 procent mężczyzn ma zaburzenia erekcji, że do 25. roku życia około 60 procent ma przedwczesny wytrysk, a po 25. roku życia 30 procent, a łącznie 42 procent mężczyzn ma problemy z seksem, to klienci są w kompletnym szoku. Z niedowierzaniem mówią: „Jak to? Jeśli tak by było, to od któregoś z kumpli bym o tym wiedział! Mam ich ze stu, a żaden nic nie powiedział”. No, ale niestety, te statystyki są rzetelne. I bezlitosne.

– Zastanawiam się... kumple geje też raczej między sobą o tym nie rozmawiają. Prędzej może przyjaciółce bym opowiedział o jakichś swoich problemach. Wszystko przez ten obieg informacji w gejowskim środowisku. Zaraz wszyscy by wiedzieli. „Z nim to nawet nie próbuj, bo on ma zaburzenia erekcji”.

– Przypomina mi się historia klienta, u którego właśnie to się pojawiło. Jego partner był porządnie zaskoczony, że coś takiego w ogóle może się zdarzyć! Mężczyzna zgłosił się do mnie na terapię. Mijają trzy miesiące. I ten jego partner nagle przyznaje, że i on miewa taki problem. Mój klient na to: „Stary, no żeż kurde! Mówisz mi, że po raz pierwszy masz z czymś takim do czynienia, ja czuję się jakiś felerny, idę do seksuologa, a teraz okazuje się, że sam to miewasz!?”.

– Informacje o porażkach zachowujemy dla siebie. Zawsze trzeba się pokazać od jak najlepszej strony.

– Nie chcemy żadnych porażek. Jako psychoterapeuta, seksuolog nie mogę wypisywać leków. A kiedyś do mnie przyszedł klient i mówi: „Jestem gejem, jestem w środowisku gejowskim, tu jest bardzo duża konkurencja, więc chciałbym, żeby mi pan taki komplet wypisał – leki na zaburzenia erekcji, leki na przedwczesny wytrysk, leki na podwyższenie libido i coś, żebym się tak nie stresował przed zbliżeniem. Taki pakiet. Bo ja chcę po prostu błysnąć w środowisku superpotencją”.

W środowisku gejowskim jest nastawienie na branding, na wyrobienie sobie dobrej marki. Bo to jest w końcu małe środowisko. I wielu chce mieć opinię megakochanka.

– Coś jest na rzeczy z tym środowiskiem, ale myślę, że marzenie o takiej supermetce akurat łączy gejów i heteryków. Ciągle jednak jesteśmy przy różnicach. Jakie jeszcze dostrzegasz typowe problemy związków gejowskich?

– Kwestią zasadniczą, najbardziej rzucającym się w oczy problemem, który widzę w terapii czy indywidualnej, czy partnerskiej, jest podejście do kwestii ujawnienia się, czyli coming outu. Na kilkanaście par gejowskich, których terapię prowadzę, tylko jedna para jest wyoutowana. To poważna sprawa.

– Sprawa poważna, więc dla rozluźnienia przytoczę najpierw dialog z brytyjskiego serialu Vicious. Jego bohaterami jest para gejów w podeszłym wieku. „– Kto dzwonił? – Moja matka. – Powiedziałeś jej w końcu o nas? – Czekam na właściwy moment... – Ale to już 48 lat! – Proszę, nie wywieraj na mnie presji”[6].

– Ładnie ujęte. Ta scena nie jest wcale daleka od rzeczywistości. Różnica między partnerami, polegająca na tym, który z nich „wyszedł z szafy”, a który jeszcze nie, to częste podłoże konfliktów w związkach. Przychodzi mi na myśl pewna para. Jeden jest wyoutowany w pracy, ale nie w rodzinie, a drugi w rodzinie, ale nie w pracy. Mieszkają razem. Oficjalnie jako współlokatorzy. I ścierają się kilka razy w tygodniu, bo gdy do tego drugiego wpada siostra, pierwszy musi iść na siłownię, do kawiarni albo dokądkolwiek. Nawet jak jest zmęczony.

– Mogliby przecież udawać przed nią tych „współlokatorów”.

– Ten niewyoutowany ma poczucie, że siostra od razu zobaczy ich miłość. Że będą siedzieli zbyt blisko siebie, nieświadomie będą się dotykać lub coś w tym rodzaju.

– On uważa, że jego relacja z siostrą jest normalna, skoro musi przed nią ukrywać coś tak ważnego?

– Potwornie boi się katastrofy, jaka nastąpiłaby, gdyby siostra się dowiedziała. Jego rodzice są po osiemdziesiątce. Uważają, że geje to osoby upośledzone.

– No, ale to ukrywanie się upośledza jego relację.

– Zgadza się. Kiedy są jakieś święta albo uroczystości rodzinne, wyjeżdża do rodziny jako singiel. I to jest dla niego frustrujące, bo wolałby przyjechać w parze. Ale rodzice po otrząśnięciu się z szoku powiedzieliby mu: idź na elektrowstrząsy, to się wyleczysz. On nie chce stracić z nimi kontaktu.

– Znam takie przypadki, że ludzie zaczynali żyć pełnią życia dopiero po śmierci rodziców.

– No i ten mój klient tak naprawdę czeka na to. Po śmierci rodziców zamierza wyoutować się w rodzinie.

– Jak mają dobre geny, trochę jeszcze poczeka. Powiedziałeś, że oni są wyoutowani w różnych miejscach. Jeden w pracy, drugi w rodzinie. I na odwrót. Wymaga to nieustannej kontroli, gdzie i przy kim można otwarcie powiedzieć „o sobie”, „o nas”. To rzeczywistość podzielona na fragmenty. Trochę jak w bajce o Sinobrodym – do tego pokoju wejść nam razem nie wolno.

– To życie w ciągłym napięciu. Nie chodzi tylko o lęk, że się wyda, ale też o nieustanne snucie czarnych scenariuszy – co się stanie, kiedy to nastąpi? Jednym z moich klientów jest wysoko postawiony urzędnik państwowy. Dostał niedawno awans. Jeszcze wyżej, naprawdę wysoko. Paranoicznie boi się, że jak ktoś dowie się, że on jest w związku gejowskim, straci wszystko.

– I jakoś sobie radzi z tym lękiem?

– No właśnie nie bardzo. Około 3 miesięcy temu był ze swoim partnerem nad morzem. I tam, idąc promenadą, spotkał kolegę z pracy. Ten kolega był z dziećmi. Zajęty, kupował im lody, gofry czy coś tam. Nie widział go. A mój klient szedł ze swoim partnerem. Nie za rękę ani nic z tych rzeczy, z zewnątrz wyglądali na dwóch kumpli. Ale ten mój klient bardzo się zestresował. To był w ogóle sam początek ich dwutygodniowego wyjazdu. Miało być romantycznie, mieli mieć czas tylko dla siebie. Jednak z powodu tego przypadkowego spotkania cały wyjazd był zepsuty. Mój klient miał poczucie, że znajomy z pracy mieszka w tym samym hotelu. Nie uprawiał nawet seksu ze swoim partnerem, bo bał się, że ten kolega może mieć pokój za ścianą albo na górze czy na dole. No i że coś usłyszy. „Jak będę dochodził, pozna po głosie, że to ja”. I później będzie: „O, nieźle tam szalałeś, a z kim to?”.

– To już chyba paranoja.

– Jak był z partnerem na mieście, puszczał go 5 metrów przed sobą, a sam zabezpieczał tyły. Dla niepoznaki niósł ze sobą gazetę, żeby się zasłonić. W restauracji chciał siedzieć przy innym stoliku.

– Strasznie to smutne.

– Jego partner był zdruzgotany. Miały być romantyczne dwa tygodnie, a tu ani seksu, ani luzu.

– Myślę, że taki partner może wywołać solidną traumę, no bo co ja jestem, jakiś gorszy, że on mnie tak traktuje?

Słyszałem różne opowieści. O tym, że niektórzy zmieniają końcówki rodzajowe – zamiast mówić, że mają chłopaka, mówią, że mają dziewczynę. Albo używają sformułowania „ta osoba”. Albo w ogóle nic nie mówią, tak jakby byli wiecznymi singlami. Czytałem też wywiad z gejem, który ma dwa mieszkania, połączone sekretnym przejściem przez garderobę. Więc kiedy odwiedza go ktoś, przed kim nie jest wyoutowany, wysyła swojego partnera do szafy[7].

– Poważnym skutkiem ubocznym takiego stanu rzeczy są konflikty między partnerami, którzy różnią się stopniem wyoutowania. Mam klientów, dla których to jest drugi, trzeci, któryś z rzędu związek. Wchodząc w każdy kolejny, muszą się zmierzyć z nowym ustawieniem kwestii coming outu u partnera.

– Ustawienia prywatności.

– Każdy ma inaczej. Jeden mój klient przez sześć lat mógł chodzić do pracy swojego faceta. Natomiast w przypadku nowej relacji już tego robić nie może. Zapomina i czasem ładuje się tam z obiadem. A partner wkurzony, bo on nie chce się outować w robocie, a zaraz będą pytania: „Kto to jest?”. Ten drugi z kolei w ogóle nie rozumie, jak można tak się ukrywać. No i kłótnia gotowa.

– Pocieszające, że w raporcie Kampanii Przeciw Homofobii na temat przemocy wobec osób LGBTI w Polsce tylko 0,8 procent badanych osób wskazuje, że nikt nie wie o ich orientacji. A 73,3 procent – że wiedzą przyjaciele i bliscy znajomi. Przy czym jednak sami autorzy raportu zastrzegają, że badanie nie było do końca miarodajne, bo miało niewielką szansę dotarcia do osób mieszkających w mniejszych miastach i na wsi[8]. Im większa miejscowość, tym większy poziom wyoutowania.

– Czytałem w pewnym tygodniku taką historię. Wyoutowało się we wsi dwóch chłopaków i od kiedy to zrobili, non stop, na każdym kroku mają problemy. Nie spotykają się z przemocą, ale z oporem. Idą do urzędu przerejestrować samochód: „Nie, sorry, teraz nie mamy czasu”. Cały czas jakieś bariery. Bierna agresja, bierny opór.

– Ale z kolei Marcin Nikrant jest sołtysem wsi Leśniewo. Robert Biedroń prezydentem Słupska. Różnie bywa.

– To skoro już powiało optymizmem. Drugi temat, specyficzny dla związków homoseksualnych, to miejsca, gdzie pary się poznają. Na przykład w sieci, na pikiecie, pod prysznicem na basenie. I to jest często temat do przegadania między nimi. Czy na takie pikiety można sobie jeszcze czasem chodzić? Jeden mówi, że chciałby tylko popatrzeć. Albo po prostu popływać, jeśli chodzi akurat o basen. A drugi kategorycznie zabrania: „Nie, bo tam kipi od seksu!”.

– Wydawało mi się, że pikiety przeniosły się do internetu. To naprawdę jeszcze funkcjonuje?

– Na sesjach słyszę, że w świecie gejowskim popularne jest chodzenie do saun, na baseny. Jest jeszcze kilka miejsc w Warszawie.

– Myślałem, że chodzi ci raczej o szalety publiczne, tak jak w Lubiewie.

– Pisuary w metrze też jeszcze są w modzie. Są osoby, które w tym uczestniczą. Na przykład, jeśli chodzi o moich klientów, wysocy urzędnicy państwowi.

– No tak, pisuar daje im anonimowość.

– I jeśli są w relacjach, taki anonimowy seks na pikiecie czy w darkroomie może być symbolicznym nabraniem tlenu w związku. Dlatego, jak słyszę, partnerzy często instalują sobie aplikacje typu „Gdzie jest moje dziecko?”, żeby widzieć, w którym miejscu partner przebywa w danym momencie.

– A co z internetem? „Dziecko” może przecież nie ruszać się z miejsca i uprawiać seks wirtualny. Albo umówić się z kimś na szybki numerek w jego mieszkaniu.

– I to jest właśnie kolejny typowy temat dla relacji homoseksualnych: jakie jest nasze podejście do seksu poza związkiem. Już o tym trochę rozmawialiśmy. U heteroseksualistów monogamia jest bardziej oczywista. Nie dyskutują o niej, a w razie czego zamiatają swoje grzeszki pod dywan.

– Geje może dlatego dyskutują, że związek gejów to związek dwóch facetów? A faceci, że znowu sięgnę po kochane stereotypy, „mają swoje potrzeby”.

– Sprawa jest skomplikowana. Z kilku powodów. Z jednej strony, my, mężczyźni, rzeczywiście mamy ciut łatwiejszy dostęp do seksualności niż kobiety. Seks jest na zawołanie, na wierzchu – i więcej jest facetów niż kobiet, którym nie jest głupio uprawiać go w sposób mechaniczny. To pierwszy powód. Drugi powód jest z kolei taki, że kiedy z powodu homofobii wiele osób musi się kryć ze swoją orientacją, związkiem, to gdzieś w środku pojawia się myśl: skoro mój seks jest represjonowany, muszę sobie to odbić przez więcej bodźców. To znany mechanizm.

– Gdzieś czytałem, że seks pozwala gejom choć przez chwilę poczuć się sobą. W końcu to nie za maślane oczy prześladowano homoseksualistów, tylko za „sodomię”. Dlatego seksualność jest tak ważna, bo to dla niektórych – choć nie dla wszystkich – sposób wyrażania siebie.

– To prawda, niektórzy sobie właśnie w ten sposób kompensują brak poczucia wolności i swobody ekspresji swojej orientacji. Zawsze jednak jest to zawężone do jakichś ukrytych miejsc, czterech ścian.

– À propos czterech ścian. Zupełnie inaczej niż w parach hetero wygląda u gejów kwestia podziału domowych obowiązków. Heteroseksualiści mogą się nie zgadzać na to, że kobieta zawsze pierze, a facet wynosi śmieci, ale przynajmniej wiedzą, od czego się odbić. Geje nie mają nawet czego negować. Znów wracamy do metafory samodzielnego konstruowania łuku.

– Mam takiego klienta, który dużo pracuje. Jego partner też pracuje, tyle że w domu. I temu drugiemu nie podoba się, że oprócz wykonywania pracy musi też robić porządki. Bo tak jakoś naturalnie wyszło, że za nie odpowiada. A nie chce być kurą domową. Od razu staje mu przed oczyma obraz matki, z którą nie ma ochoty się utożsamiać. Mój klient tłumaczy: „Ja pracuję po dziesięć godzin. Siedzisz w domu, to co za problem, żeby wstawić pranie?”.

– Pewnie, przecież to tylko 10 minut. A później jeszcze zakupy, obiad, prasowanie... Co ci szkodzi?

– A właśnie że szkodzi. Inny mój klient – biznesmen, własna firma, po czterdziestce. Przychodzi do mnie z zaburzeniami erekcji. Nie wie dlaczego. No to robimy szczegółowy wywiad seksuologiczny. Dowiaduję się, że od trzech miesięcy jest w związku z młodszym od siebie chłopakiem. Na początku było super, ale jak już zaczął krystalizować się związek, zaczęło mu przeszkadzać, że kiedy wraca do domu, to widzi tego chłopaka na kanapie przed telewizorem. A wokół totalny bałagan. Bo tamten chciał odbębnić, co ma do odbębnienia w pracy. I mieć luz. A mojego biznesmena szlag trafiał, że nieposprzątane. Miał w głowie schemat, że ktoś to za niego robi. I to wszystko zaczęło rzutować na seks.

– Może jestem optymistą, ale według mnie takim kryzysom można jakoś zaradzić. O rozwiązaniach porozmawiamy jednak w dalszej części książki. Teraz zatrzymajmy się jeszcze na problemach, z którymi nie można sobie poradzić samemu albo tylko we dwóch. Mam tu na myśli brak prawnych uregulowań kwestii takich jak pobyt partnera w szpitalu, otrzymanie informacji o stanie jego zdrowia, pogrzeb, podział majątku. To rzutuje na związki. I to jest wspólne dla wszystkich par gejów w Polsce.

– Pary heteroseksualne mają wybór: mogą uregulować swój status lub nie. Homoseksualiści nie mają takiego wyboru. Jeden z partnerów umiera, nagle zjawiają się rodzice, z którymi od dziesięciu lat był w konflikcie – i ogałacają mieszkanie. A ten, który był z nim do końca, w świetle prawa nie ma głosu. W trakcie pogrzebu musi stać gdzieś z boku na cmentarzu. Jakby był obcą osobą, jakby go w ogóle nie było.

– Bo w świetle prawa rzeczywiście był kimś obcym.

– Jeśli chodzi o rozwiązania prawne, rzecz ma się podobnie z dziećmi. Dla heteroseksualistów są one niejako dostępne z automatu. Mogą decydować się na dziecko, mogą się nie decydować, ale nie muszą np. zastanawiać się nad tym, że lepiej nie, bo będzie prześladowane w szkole. A ja nawet w samych gejach obserwuję spore opory przed podejmowaniem tego tematu. Jeden z moich klientów, którym opiekowały się siostry, uważa, że kobieta jest absolutnie potrzebna do wychowywania dziecka. I toczy o to spory z partnerem.

– Ten wątek pojawił się w filmie dokumentalnym Roberta Glińskiego Homo.pl. „Społeczeństwo wykończyłoby takiego dzieciaka” – stwierdza jeden z bohaterów jako rzecz zupełnie oczywistą.

– Niektóre z par, które prowadzę, są zdecydowane na dziecko. Mają przegadany temat, łącznie z tym, czy będzie to adopcja, czy próba zajścia w ciążę z koleżanką albo surogatką. Ale czekają na jakąś zmianę społeczną, odwilż w tym temacie.

– Dobra zmiana może prędko nie nastąpić. Coś jeszcze dorzucamy do różnic, typowych problemów par gejowskich? Mnie na przykład zaciekawiło to, co Agata Engel-Bernatowicz powiedziała kiedyś w wywiadzie dla „Polityki”. Wskazała na pułapkę kryjącą się za zamykaniem się par w czterech ścianach. „Miłość jest doświadczeniem wpisanym w kontekst społeczny. Gdy związek jest ukryty, to nie dostaje żadnego wsparcia z zewnątrz. W przypadku konfliktów jest zdany sam na siebie. [...] Ta negatywna energia działa na partnerów, nawet na poziomie nieświadomym. Do tego dochodzi pułapka bezkonfliktowości. Skoro na zewnątrz mamy ciężko, to w domu musi być spokój absolutny, nie kłócimy się, nie dyskutujemy o różnicach. Zaklepujemy problemy, żeby było idealnie. Do rozmowy dochodzi wtedy, gdy jest już za późno, a obie strony nie mogą na siebie patrzeć”[9]. Bernatowicz mówi tutaj o syndromie oblężonej twierdzy?

– Moim zdaniem to zależy od tego, jaki związek sobie budujemy. Jeśli zafascynowałem się mężczyzną, który ma na przykład jakieś uzależnienie, jest hazardzistą albo mnie wykorzystuje, a ja na początku tego nie widzę... I kiedy na dodatek moja rodzina zbuntuje się przeciw mojej homoseksualności, pojawia się ostracyzm – to rzeczywiście mogę zamknąć się w tym toksycznym związku. Bo będę chciał walczyć, gdyż spotykam się z oporem z zewnątrz. Mimo że jednocześnie będę się dusił, bo to jest zły związek. Z mojej praktyki przychodzi mi do głowy trochę inna sytuacja. Jeden z klientów był w fajnej relacji z mężczyzną, ale wdał się w krótkotrwały romans, na którym został przyłapany. Jego partner i przyjaciele zaczęli stwarzać presję: jaki ty jesteś nieodpowiedzialny, Jarek tak ciebie kocha, zniszczyłeś coś wyjątkowego itp. A on nadal kochał tego Jarka, chciał mieć tylko przygodę na boku. No, ale pod wpływem presji coś, co miało być przygodą i odskocznią, zaczęło się cementować na siłę. On na siłę udawał, że ten nowy związek ma sens, że to jest jego nowy poważny partner, a on jest osobą poważną, która poważnie myśli o życiu. A kiedy presja się obniżyła, konflikt na zewnątrz się wyciszył, ocenił racjonalnie, czy coś go łączy z tym „nowym”. Wyszło, że nic. Chciał napić się piwa, a kupił cały browar. Na dodatek nierentowny. I zakończył tę relację.

– Podsumowując, dobrze, kiedy inni o nas wiedzą. Ale nie powinni mieć zbyt dużego wpływu na nasze życie.

– On chciał koniecznie być postrzegany jako osoba racjonalna, logiczna. Podniósł tego partnera z obiektu przygody seksualnej do rangi partnera pełnowartościowego. To była obrona godności, obrona własnej dumy, a nie rzeczywista fascynacja miłosna. W podobny sposób, czując się na różne sposoby atakowanym, można bronić wielu rzeczy. Jak choćby toksycznej, szkodliwej dla nas relacji. Ale myślę, że ten problem można spotkać też w związkach heteroseksualnych.

– Dlaczego powiedziałem o zamkniętej twierdzy teraz, przy różnicach? Bo spotkałem się gdzieś z określeniem, że homoseksualiści tworzą subkulturę z określonym stylem życia. Nie do końca się z tym zgadzam. Według mnie nie ma typowego geja, tak jak nie ma typowego heteryka. Choć z pewnością jako mniejszość mamy jakieś wspólne cechy. Czy z punktu widzenia prowadzonej przez ciebie terapii istnieje coś takiego jak tożsamość homoseksualna? Teoria queer mówi co innego.

– Jeśli chodzi o teorię queer, to w seksuologii ten obszar rozwija się dość powoli. Niedawno czytałem Społeczne tworzenie seksualności Stevena Seidmana. On pisze, że seksualność jest dosyć płynna. Że kształtuje się pod wpływem rozwoju osobowości i różnych czynników kulturowych. Że właściwie nie można mówić o orientacji seksualnej, tylko o tożsamości seksualnej, a to jest coś więcej. Nie homoseksualizm, tylko homoseksualność.

– Na czym polega ta różnica?

– Homoseksualizm ma pejoratywne znaczenie, jak alkoholizm, seksoholizm i inne -lizmy. Ciekawe jest to, że heteroseksualności nie określa się jako „heteroseksualizm”. To brzmiałoby głupio i podejrzanie, prawda? Tak samo homoseksualność, w odróżnieniu od homoseksualizmu, jest pełniejsza, niestygmatyzowana. Brzmi jak pełnoprawna orientacja, jak heteroseksualność.

Kiedyś, razem z Krystyną Romanowską, profesjonalną dziennikarką sfokusowaną na seksualności, napisałem na ten temat artykuł. Redakcja zatytułowała go Wszyscy jesteśmy queer. Mowa w nim była właśnie o tym, że nasza seksualność ewoluuje często pod wpływem naszych potrzeb psychogennych.

– Że to potencjalne podłoże jest „wieloseksualne”, przynajmniej u niektórych osób?

– Tak. Seksuologia przygląda się temu, ale nadal jest to gdzieś na marginesie. Dominujący nurt głosi wszem wobec, że seksualność ma podłoże wyłącznie biologiczne.

– Przejdźmy teraz do podobieństw między związkami gejów a heteroseksualistów.

– Na pewno należą do nich wzorce, zastane schematy budowania relacji.

– Zaraz, przed chwilą powiedzieliśmy, że problemem homoseksualistów jest to, że nie ma takich wzorców. Że każdy w jakimś sensie musi zaczynać od nowa.

– Ale budując od nowa, sięga po elementy, które już zna. I sprawdza, czy mogą się do czegoś przydać. Kiedy na przykład w rodzinie, w której się wychowałem, ojciec zarabiał, a matka opiekowała się dziećmi, sprzątała i tak dalej, to ja, niezależnie od tego, czy buduję relację z facetem czy kobietą, jeśli czuję się bardziej męski, będę szukał do związku osoby pasywnej, biernej. Nie tylko albo niekoniecznie w łóżku. Czyli od razu sobie zakładam, że to ja będę zarabiał w tym związku, a ty będziesz organizował wyjazdy, ugotujesz, upieczesz, zajmiesz się mieszkaniem. Albo na odwrót. Kiedy identyfikuję się z matką, będę szukał „męskiego” partnera. Bo wyniosłem z domu schemat, który mówi, że w związku jest podział ról, że jedna osoba jest od tego, a druga od tego.

– „Bo męska rzecz być daleko, a kobieca wiernie czekać...”. Ale chyba nie wszyscy wynoszą z domów takie schematy?

– Większość mimo