Wydawca: Zwierciadło Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 265 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jak brat z bratem - Andrzej Grabowski, Mikołaj Grabowski

Jedno pokolenie. Dwóch braci. Jeden czy dwa punkty widzenia?

Jaki wpływ na życie Andrzeja i Mikołaja Grabowskich i ich postrzeganie świata miało miejsce, w którym dorastali? Rodzinne miasto Alwernia ciągle powraca w rozmowie braci. Przewijają się w niej ludzie i wydarzenia, drobiazgi i rzeczy naprawdę ważne. Czasem bracia Grabowscy opowiadają o nich takimi samymi słowami, a czasem mają zupełnie inną pamięć pewnych wydarzeń. Niekiedy przypomina to zabawę: na tym samym obrazku znajdź dziesięć różnic.

Pełen uroku i ciepła dialog toczy się wartko. Zachwycają w nim trafność obserwacji i refleksyjność. Są też momenty wzruszające – kiedy dwaj dojrzali mężczyźni po sześćdziesiątce mówią sobie coś po raz pierwszy w życiu.

Andrzej i Mikołaj Grabowscy dorastali w miejscu szczególnym, w którym każdy człowiek był unikalny i niepowtarzalny. I już rozumiemy, dlaczego Andrzej i Mikołaj Grabowscy właśnie tacy są.

Andrzej Grabowski – aktor filmowy, teatralny i kabaretowy. Przez wiele lat związany z Teatrem im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. W jego dorobku artystycznym znalazły się znakomite role w wielu filmach (m.in. Pod Mocnym Aniołem), serialach (w tym: Boża podszewka, Świat według Kiepskich, Pitbull) oraz przedstawieniach teatralnych (m.in. Chory z urojenia, Scenariusz dla trzech aktorów, Kwartet dla czterech aktorów, Opis obyczajów).
Mikołaj Grabowski – aktor, reżyser, pedagog. Profesor i wieloletni dziekan Wydziału Reżyserii krakowskiej PWST. Dyrektor teatrów w Poznaniu, Łodzi i Krakowie, m.in. Teatru im. J. Słowackiego (1982-1985), Narodowego Starego Teatru (2002-2012) oraz Sceny STU (1997–2002). Pracował w teatrach Hamburga, Grazu, Düsseldorfu i Wiednia. Wyreżyserował wiele znakomitych spektakli, wśród których znalazły się: Kwartet dla czterech aktorów i Scenariusz dla trzech aktorów Bogusława Schaeffera, Trans-Atlantyk Witolda Gombrowicza, Opis obyczajów ks. Jędrzeja Kitowicza, Pana Tadeusza Adama Mickiewicza.
Hanna Halek – dziennikarka. Współpracowała z wieloma czasopismami (w tym: z „Machiną”, „Focusem Historia”). Trzykrotnie nominowana w konkursie im. Barbary N. Łopieńskiej za wywiady (z Janem Nowickim, Michałem Żebrowskim, Maciejem Maleńczukiem). Obecnie związana m.in. z magazynami „Zwierciadło”, „Sens”, „Polityka”, „Wysokie Obcasy”. Współautorka książki Cudowne lata (Wydawnictwo Zwierciadło, 2013). Trenuje stworzone przez Bruce’a Lee Jeet Kune Do.

Opinie o ebooku Jak brat z bratem - Andrzej Grabowski, Mikołaj Grabowski

Fragment ebooka Jak brat z bratem - Andrzej Grabowski, Mikołaj Grabowski

Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o. ul. Karowa 31a, 00-324 Warszawa tel. 22 312 37 12 Dział handlowy:handlowy@zwierciadlo.pl © Copyright by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2014 Text © copyright by Andrzej Grabowski, Mikołaj Grabowski, Hanna Halek 2014 REDAKCJA: Iwona Krakowiak REDAKTOR PROWADZĄCY: Magdalena Chorębała KOREKTA: Melanż PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Natalia Baranowska /manukastudio.pl ILUSTRACJE: Mariusz Martyniak / Matys Studio ISBN: 978-83-63014-89-6 Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

ROZDZIAŁ I

W połowie drogi mego żywota pośród ciemnego znalazłem się lasu. Las ten, co gorsza, był zielony.

Witold Gombrowicz

Są ludzie, którzy chcą zapomnieć swoje dzieciństwo. Dla Panów Alwernia, miejsce, które Panów wychowało, jest ważnym, silnym i bardzo pozytywnym kierunkiem życia, dumą. Dlaczego?

ANDRZEJ: Tak, Alwernia to nasz fundament chociażby dlatego, że wszyscy, którzy tam żyli, występowali w pojedynczym egzemplarzu. Jedynym. Tam każdy był indywidualnością. Miał swoje znaczenie i odgrywał ważną rolę. Nie było lepszych i gorszych. Aptekarz był jeden w jedynej aptece – magister Gęsikowski z Krakowa, który sam robił lekarstwa i sprzedawał kryniczankę, którą piło się dla zdrowia. Pani doktor Nawrocka była jedna.

MIKOŁAJ: Dentystka była jedna.

ANDRZEJ: Nawet mi tego nie przypominaj. Miała maszynę napędzaną nogą, a zwykle przychodziło się do niej z dziurą już tak wielką, że palec mógł się w niej spokojnie zmieścić, w tej dziurze z nerwem na wierzchu… Boże, co to były za bóle! Chcę o tym natychmiast zapomnieć. Był jeden komendant straży i jeden wóz strażacki marki Bedford, jedna naczelnik poczty – pani Maria Pyrda, stara panna, która pewnego dnia poznała faceta z Warszawy, zakochała się w nim, wyjechała, a potem pisała do naszej mamy pełne tęsknoty listy. W Alwerni był też pan Rychłowski, od którego wynajmowało się czasem bryczkę, żeby pojechać po rodzinę na stację kolejową do Regulic.

MIKOŁAJ: Był jeden szewc, jeden malarz pokojowy Piecio – jak mówiło się na niego – Krawczyk. Jedna szkoła i jeden kierownik szkoły. Jeden bank – początkowo kasa spółdzielcza – i jeden kościół. I jedno prawo jazdy, którego posiadaczem był nasz ojciec Bolesław. Każdy był więc w jakiś sposób wyjątkowy.

ANDRZEJ: Wszystko było jasne. Gdy trzeba było zrobić barszcz, mama posyłała mnie do pani Rybarskiej, a ja wiedziałem, w którym miejscu stoi żur, więc brałem go, zostawiałem pięćdziesiąt groszy i szedłem do pani Rychłowskiej po ogórki kiszone. Pamiętam też, że jako dziecko pukałem do domów i, gdy pytano: „Kto tam puka?”, odpowiadałem: „Puka Dej”. Nie Andrzej, tylko Dej, bo tak było mi łatwiej. W dodatku mówiłem o sobie w rodzaju żeńskim i do dziś starzy już teraz ludzie wspominają, jak to przyszedłem do Rychłowskich i powiedziałem: „Ja chciałam ogórka i koniec”.

MIKOŁAJ: W naszym domu była jedyna w Alwerni łazienka. Może przesadzam, bo była też u doktorostwa i aptekarza. Inni musieli przynosić wodę z jedynej studni głębinowej.

Hania (na pierwszym planie) i Małgosia, córki wujka Koli, kuzyn mamy Franciszek Zaremba, cukiernik z Krakowa, ciocia Zosia Przybyłowska (w głębi) – pod naszym domem w Alwerni, w którym po wojnie był sklep GS-u.

ANDRZEJ: A dzień zepsucia się pompy był dniem, kiedy spanikowała cała Alwernia. Trzeba było jak najszybciej usunąć usterkę. Ale kto miał to zrobić? W końcu zebrał się jakiś komitet. Pompę zakupili, ale nadal nie było wiadomo, kto ma zjechać te osiemdziesiąt metrów w dół. Wreszcie zgłosił się pan Władek Bozowski, pracownik rzeźni w Chrzanowie, który miał tyle wspólnego z pompami, że w pracy jakieś kurki odkręcał i zakręcał w kanalizacji. Wobec tego komitet uznał, że Władek się zna. Każdy radził mu, jak tę starą pompę odkręcić, a jak zamontować nową, aż wreszcie nadszedł dzień wymiany. Komitet przygotował specjalną korbę, taką jak w starych wiejskich studniach. Władek siedział na końcu sznura na desce, trzymał się mocno i tak oto spuścili go na sam dół. Z czeluści dochodziły różne dźwięki, a naokoło niej stał tylko wtajemniczony komitet. Nas, dzieci, nie dopuszczono do tego misterium. Cały czas padały hasła: „Człowiek do góry, maszyna w dół. Człowiek w dół, maszyna w górę”, bo Władek wszystko na dole musiał do siebie po kolei precyzyjnie dopasować. W międzyczasie mieszkańcy zaczęli przynosić wino domowe, Jasiek Krawczyk wyciągnął cały galon i zrobił się całkiem wesoły piknik dookoła studni. W końcu po kilku godzinach padło hasło: „Pompa w górę. Człowiek w górę do końca!”. Najpierw wyjechała więc stara pompa, a potem Władek. Nasz bohater! Stanął na krawędzi studni, potem zeskoczył na ziemię, położył się i zaczął dyszeć oraz łapać powietrze, co miało oznaczać, że tam na dole nie oddychał przez ileś tam godzin! Wszyscy trochę z tego drwili, ale prawda była taka, o czym powiedział mi później nasz brat Wiktor, że tam na dole mogły być ślady metanu i Władek ryzykował życie. Powinniśmy się więc teraz wstydzić.

MIKOŁAJ: Ale Władek, który, dodajmy, miał na utrzymaniu trójkę dzieci, dostał za to naprawdę dużo pieniędzy – pięćset złotych, co było wtedy połową pensji. Dzisiaj za pół średniej pensji nikt by tam nie zjechał, nawet w masce. Bo taki zjazd to szaleństwo.

ANDRZEJ: I z tego miejsca chciałbym pozdrowić córkę Władka, Basię Bozowską, obecnie Maślankę. Dzięki jej ojcu, po półtoramiesięcznym chodzeniu z wiadrami po wodę do klasztoru albo do Kiczminy, Alwernia odzyskała swoją wodę. Władek, jedyny taki bohater. A dziady, które przychodziły na święta Bożego Narodzenia lub Wielkanoc, pamiętasz? Dziś nie ma już takiej instytucji jak dziady, ale do naszej Alwerni przychodziły. Prawdziwe dziady – zarośnięci, starzy, biedni ludzie, trzech, czterech. Jeden wyłysiały, jeden z brodą – pamiętam, że trochę się ich bałem, a trochę ich podziwiałem. Nigdy nie chcieli pieniędzy, nie byli ani pijani, ani agresywni, więc dawało się im pół placka na przykład, kilo mąki albo cukru. Chodzili tak od domu do domu, aż w końcu znikali gdzieś na całe pół roku, do kolejnych świąt.

MIKOŁAJ: Tacy sami lub do nich podobni pojawiali się na odpuście, czyli strzelance – wielkim święcie w Alwerni, związanym z Bożym Ciałem. Tyle że bernardyni z Alwerni mieli dyspensę i procesja chodziła w pierwszą niedzielę po Bożym Ciele, wokół kościoła przez leśne dróżki i polanki, co nie było niczym nadzwyczajnym, bo klasztor i kościół stoją w lesie. W czasie odpustu cały rynek i droga z niego do kościoła obstawione były kramami. Odpust miał swoją tradycję świecko-kościelną, stąd chyba w mojej głowie pojawił się później pierwszy „Opis obyczajów”. Bo to święto odbywało się w następujący sposób: przyjeżdżało czterdzieści, pięćdziesiąt furmanek, które wraz z końmi stawały w jednym kącie rynku, i pojawiały się tłumy pieszych. Przybysze całymi rodzinami chodzili między kramami, kupowali a to „bomby amerykańskie”, a to pistolety na kapiszony, a to różańce z ciasta, a to miśki z białą masą, trochę też jeździli na karuzeli lub na konikówkach. Potem tłum szedł na procesję, a po obrzędzie kościelnym znów wracał na rynek postrzelać na strzelnicach, sfotografować się na tle parawanu, na którym namalowany był płynący łabędź albo coś podobnego, sprawdzić siłę atlety, zjeść watę cukrową, jednym słowem, bawić się na całego. Trwał ten obrzęd świecki aż do wieczora i kończył się najczęściej zabawą festynową. Na niej często pokazywała się krew, ponieważ na ogół ktoś się z kimś bił. Nie było chyba takiej zabawy, która nie skończyłaby się bójką. Pamiętam taki przypadek, że uczestnicy bójki wyłamywali sztachety z gwoździami i tymi sztachetami jeden drugiego walił gdzie popadnie: krew, dużo krwi wtedy płynęło. Dlatego w finale „Opisu obyczajów” też pojawia się krew – to ten moment, kiedy uczestnicy zapustów wykopują mnie ze swojej zabawy. Chwilę potem zwołuję wszystkich do kościoła na Popielec, a krew wciąż leje się z mojego nosa. Tak, to wszystko wzięło się w mojej głowie prosto z Alwerni: te dwa porządki, ludzki i boski, cały czas mieszają się z sobą. Te odpustowe dziady, o których wspomniałem, to było od siedmiu do dwunastu osób. Jeden nie miał nogi czy wręcz obu nóg, inny ręki, a jeszcze inny do koślawo zrobionego drewnianego kikuta miał przytwierdzony smyczek. Grał na skrzypcach, niemiłosiernie fałszując. Te sztuczne, drewniane kończyny doczepione do ciała skórzanymi paskami tworzyły prawdziwie przerażający widok. Czarne od brudu, paskudne. Wszyscy mieli jakiś defekt. Byli starzy, pomarszczeni, zarośnięci, czasem bez nosa lub ucha.

Mikołaj w siódmej klasie szkoły podstawowej.

ANDRZEJ: No tak, bo to byli inwalidzi wojenni jeszcze z czasów pierwszej wojny światowej.

MIKOŁAJ: Niektórzy byli w płaszczach wojskowych z Wehrmachtu albo radzieckich, albo swojskich. Bardzo się ich bałem, bo wyglądali jak zombie. Na drżących nogach pokonywałem te trzysta metrów z naszego domu do kościoła. Szedłem, myśląc, że może ich jednak w tym roku nie spotkam, ale oni byli zawsze. Byli co roku, co roku przypominając nam o istnieniu jakiejś niezmierzonej ludzkiej nędzy. Nie wiedziałem, co mi zrobią, może który tym kikutem mnie dotknie, mnie, czystego, wymuskanego chłopczyka. Mimo ogromnego strachu byli dla mnie równocześnie bardzo pociągający. Wpatrywałem się w ich twarze zniszczone życiem, cierpieniem, przeszłością, z fascynacją, której wtedy w ogóle nie rozumiałem.

ANDRZEJ: Później oni szli też w procesji, o kulach albo podpierając jeden drugiego. Jeden z nich miał długie włosy, co w tamtych czasach było dla nas szokiem, bo wszyscyśmy byli krótko przystrzyżeni. Budził powszechny lęk, gdy ze złożonymi i wzniesionymi do nieba rękoma wykrzykiwał modlitwy. Ale pamiętam też i chwile wielkiej frajdy w czasie odpustu, a było to na przykład pchanie karuzeli. Za pięć pchań można się było raz przejechać na koniku. Istniały już wtedy pierwsze adaptery, które grały „Gdy mi ciebie zabraknie”, „Czeko, czeko, czekolada” oraz hit „Nie płacz, kiedy odjadę” źle mówiącego, więc i źle śpiewającego po polsku Marina Mariniego.

Zamyślony trzyletni Andrzej.

MIKOŁAJ: A było też czasem tak, że nagle po Alwerni rozeszła się straszna wieść, że głupi uciekł z domu wariatów. Że goni, błąka się po lasach, że może zaraz przyjdzie do miasteczka, Bóg wie, co zrobi, napadnie, skrzywdzi. To dopiero strach padał na wszystkich, bo dookoła miasteczka prawie same lasy albo wąwozy i wądoły. Gdzie się obrócisz. (W lesie spędzaliśmy dużo naszego życia, zimą była to jazda na nartach, latem robienie szałasów, lepianek i zabawa w podchody i wojnę). A tu nagle głupi krąży.

Jak wtedy zachowywali się dorośli?

MIKOŁAJ: Matki zamykały nas, dzieci, w domu, nawet do ogrodu nie było mowy, żeby wyjść, bo nie wiadomo, gdzie on się kryje. Dokładnie pamiętam scenę, kiedy wreszcie go złapano. Był nagi, ciało poranione, straszne oczy. Na rynku zebrali się miejscowi i nuż radzić. Gdzieś zadzwoniono. Przyjechał jeden na shl-ce (może kuzyn) uciekiniera. Chorego wsadzili na siodełko. Ale żeby znowu nie uciekł, musiano go przywiązać czymś do kierowcy. I przywiązano go drutem, obwiązano go drutem i wyprawiono do szpitala.

ANDRZEJ: Ja pamiętam z kolei taką scenę, że nie wiadomo skąd, nie wiadomo dlaczego i po co przez Alwernię przewozili skrzydło samolotu, pamiętasz to, Mikołaj? Skrzydło dużego samolotu, które nie mieściło się pomiędzy domami i w końcu stanęło, bo nijak nie dało się go odwrócić ani przesunąć. Obok domu Władka Bozowskiego, tego od pompy, odbyła się wielka debata, co z tym teraz zrobić. I do dziś nie wiem, co oni wtedy poczęli.

MIKOŁAJ: Zdaje się, że rozebrali trochę domu Rybarskich, bo tam właśnie to skrzydło najbardziej zawadzało, i jakoś sobie poradzili.

ANDRZEJ: Z samolotem wiąże się też inna wspaniała historia z tamtych czasów. Przed wojną był w Alwerni burmistrz Stanisław Walczyński. Znałem go, ponieważ był długowieczny i zmarł, mając prawie sto lat, a urodził się pewnie około 1870 roku – to, swoją drogą, niebywałe, Mikołaj, że myśmy tam mieli szansę poznać człowieka z xix wieku. Mieszkał w najstarszym domu w miasteczku, miał pokój i kuchnię, w której mieścił się warsztat stolarski. Jego żona gotowała, a wióry pozostałe z prac stolarskich dorzucała do pieca. Uwielbiałem patrzeć, jak on te okna robił albo drzwi heblował. I ciągle coś opowiadał. O Galicji, o Franciszku Józefie, którego podobno na własne oczy widział, a ja, berbeć, na tym jego klepisku siedziałem i słuchałem. Gdy opowiadał o Galicji, ja nie wiedziałem, co to jest, nie wiem, dlaczego kojarzyła mi się ona z klepiskiem do tego stopnia, że myślałem wręcz, że to synonim. Wyobraźni dzieci nie sposób wyjaśnić, ale tak właśnie było: Galicja była dla mnie klepiskiem. Podobno gdy przed wojną po raz pierwszy nad Alwernią przeleciał samolot, wszyscy mieszkańcy, którzy nie wiedzieli nawet, że coś takiego istnieje, pouciekali do domów. Bo co to niby miało być? Ptak lecący, który nie rusza skrzydłami i warczy? To paranormalne. Samolot zatoczył koło nad Alwernią i wracał właśnie do Krakowa, gdy Stanisław Walczyński jako jedyny odważył się, wybiegł na środek rynku i do odlatującego już pojazdu krzyczał, wznosząc ręce: „Duchu Święty, nad Alwernię, nad Alwernię!”. To były wspaniałe opowieści, jedyne takie. Ale… przepraszam, że wrócę do bicia – chciałbym tylko zaznaczyć, że gdy dochodziło do tych bijatyk w czasie odpustu, o których mówił Mikołaj, nigdy nie bili się obywatele Alwerni – to zawsze była napływowa ludność.

MIKOŁAJ: Nie no, nasi też potrafili sobie przyłożyć. Ty tego pewnie nie pamiętasz, ale ja mam w oczach przerażającą scenę, kiedy Adam walczył z Jaśkiem. Z tego pojedynku nikt nie wyszedł zwycięsko, ale nie odzywali się do siebie chyba przez pół roku.

ANDRZEJ: Z Jaśkiem, Boże, spotkałem się po latach w Stanach. Byłem w jego domu. Opowieści Kociby miały mniej więcej taki wymiar: „Jak żem, kurwa, ten samolot wystartował do Ameryki, to aż stewardesa wrzeszczała do mnie, żebym pasy zapiął. Jak żem nad Warszawą wstoł i tak do okna znak krzyża zrobiłem i powiedziałem: »W dupie cię mom, Polsko«”. Był 1988 rok, Nowy Jork, a ja grałem tam „Audiencję v” i wtedy właśnie Jasiek zaprosił mnie do siebie, ponieważ chciał się pochwalić swoim nowym amerykańskim życiem. On leżał, jego kobieta indyka robiła. „A zobacz, jakże tego indyka zrobiła, baba jedna, zrób nam zdjęcie, zrób nam zdjęcie z tym indykiem”. No to ona trzęsącymi się rękami wzięła aparat, a on: „Jak, kurwa, robisz to zdjęcie? Kolega przyjechoł, a ty zdjęcia nie umiesz zrobić? Ja pierdolę, głupia baba”. Na to ja: „Jasiek, a ty byś nie wrócił do Polski?”. „A w dupie mom, co ja tam będę robił? Ja mam tu robotę dobrą, od kwietnia do października jeżdżę na traktorku, trowę strzygę na cmentarzu, później trowa nie rośnie i mam wolne, zobacz, jakie mam whisky, o, tu mam whisky. Polskę w dupie mom. Masz tu dwadzieścia dolarów i, jak wrócisz, zrób jakiś bankiet na mój koszt”. No… wziąłem te dwadzieścia dolarów, po powrocie kupiłem wódkę, dużo wódki, bo butelka kosztowała wtedy siedemdziesiąt centów, jakieś szynki Krakusa, jakieś piwo i poszedłem do Jaśka Krawczyka i Maryśki. Maryśka zrobiła pasztet z królika, bo ubili, przyszli Ola Rybarska z Bolkiem, Olek Krawczyk z psem, Ala Rychowska też przyszła. Taki nam oto bankiet urządził Jasiek za dwadzieścia dolarów.

Nie zazdroszczą mu Panowie lekkiego podejścia do życia? Nie musi zrywać się o piątej rano, połowy życia spędzać w samochodzie, uczyć się ról.

MIKOŁAJ: Nie!

ANDRZEJ: Ty mu, Mikołaj, nie zazdrościsz, bo masz kilka komórek więcej i te komórki mówią ci, że tak żyć nie można. On tych komórek nie miał, dla niego pełnią szczęścia było pokazanie mi nakręcanego misia i kolekcji butelek whisky. Ale przyszedł na tę moją „Audiencję V”, przyszedł, docenił, tyle że nic nie zrozumiał, bo ja grałem po angielsku. (śmiech) Nie, ja bym tak żyć nie mógł. Z kolei nasz kolega, niejaki Andrzej, ma taką filozofię, że skoro wyłączyli mu prąd, bo nie zapłacił, to latarnia obok okna będzie oświetlać mu pokój. Drzewa na zimę to sobie nazbiera, zarobi trochę pieniędzy. Pracował kiedyś w zakładzie pogrzebowym, więc ma umowę z chłopakami, że go zawiozą na cmentarz za darmo. I co? Jest ustawiony, jest zadowolony z życia ten Andrzej. Zawsze gdy zjawiam się w Alwerni, pojawia się szybko, bo wie, że coś mu dam. Najpierw nie chcę mu dać, ale on mówi: „Dobrze, dobrze, pochodzę tak za tobą jeszcze trochę” i wreszcie daję mu parę groszy. Ile razy ja mu już zapłaciłem za to, żeby skosił trawę w ogrodzie? Nigdy tego nie zrobił. „Daj mi pięćdziesiąt złotych, to ci skoszę tę trawę”, a ja: „Dziadu jeden, skosiłeś mi w zeszłym roku?”. „No nie, ale teraz ci skoszę”. „To zapłacę ci, dopiero jak skosisz”. „Nie, bo ja teraz potrzebuję”. „No dobra, ale jak mi nie skosisz…”. Nie kosi. Tak wygląda nasza relacja.

MIKOŁAJ: Wierzę, że są tacy, których potrzeby sprowadzają się do latarni za oknem i trzech złotych na pół chleba czy pasztetówkę. A jak chcą na piwo, to i tak od kogoś wycyganią albo zwędzą. I żyją, nie cierpiąc.

Ale Wy też nie jesteście szczególnie rozrzutni, szanujecie to, co macie. Czy to skutek życia w Alwerni? Czy tam na przykład można było cokolwiek zostawić na talerzu po obiedzie?

Na schodach przed domem z kuzynostwem – od prawej: Andrzej, Małgosia, Wojtek (syn wujka Franka), Mikołaj, Hania.

MIKOŁAJ: Ależ skąd! Wszystko się zjadało i taki problem w naszym domu w ogóle nie istniał. To byłby brak szacunku dla tych, którzy gotują, i do samego jedzenia. Nie, to nawet nikomu z nas do głowy nie przyszło. Z problemem zostawiania na talerzu po raz pierwszy zetknąłem się w Krakowie u pani Stasi Koniecznej w jej jadłodajni, która była oblegana zarówno przez biedaków, studentów, emerytów, jak i profesorów uniwersytetu. Jadłodajnia owa dawała smaczne posiłki, na które czekało się, stojąc w kolejce minimum pół godziny. I broń Boże, żeby ktoś zostawił coś na talerzu – pani Stasia dostawała wtedy piany i natychmiast krzyczała: „Jak to? Nie jest zjedzone, nie smakowało? Co za pańskie maniery!”. Ale byłem tylko obserwatorem tego problemu. Zwyczaje mojego domu pozostały we mnie do dziś.

ANDRZEJ: U pani Stasi fajne było to, że płaciło się przy wyjściu za to, co się zjadło. Czyli istniało zaufanie do klienta, a ono dodawało otuchy i wiary w człowieka. Między innymi dlatego lubiłem tam chodzić, abstrahując od tego, że jedzenie naprawdę było pyszne. Do dzisiaj zresztą tam knajpa jest. A w menu i atmosferze mniej więcej to samo: „Sztuki już nie ma, wyszła sztuka”. Wtedy brało się coś innego, zrazy albo pomidorową, i zjadało się do końca. Uważam, że to głupie wyrzucać jedzenie. Tego u nas w Alwerni nie było. Poza tym nasze dzieciństwo to były czasy przedziwne. Raz na kilka miesięcy albo nawet i tygodni pojawiała się plotka, że będzie wojna. I szło się do Borowskiej do sklepu po worek cukru i trochę mąki. Nikomu do głowy nie przyszło, żeby cokolwiek wyrzucić. To były, jak powiedział Mikołaj, pańskie zwyczaje.

Mikołaj, zdjęcie z podstawówki.

Do Alwerni przyjeżdżały hrabianki. Jakie one miały zwyczaje i po co one do Was w ogóle przyjeżdżały?

MIKOŁAJ: To jest dla mnie doświadczenie niezwykłe, przedziwne. Chyba dzięki temu byłem w stanie zrozumieć teatr absurdu. Tak, to były wczesne lata pięćdziesiąte. Proszę sobie wyobrazić następującą scenę. Na rynek wjeżdża dziwny pojazd. Najpierw widzę kozę, potem jakiś mały wóz drabiniasty przez nią ciągniony, a na nim, ubrane w przedwojenne żorżety, dwie starsze panie, hrabianki z pobliskiego dworu Szembeków. Dwie postaci z innej epoki, z innego świata. Miały kapelusze na głowach, paliły papierosy w lufkach i mówiły po francusku. I do tego ta koza! Przyjeżdżały po lekarstwa do apteki i, mówiono, aptekarz dawał je im za darmo. Żyły chyba tylko z jałmużny, mieszkały w czworakach u swojej dawnej służby, bo dwór spalili wyzwoliciele. Rosjanie. Z biegiem lat koza zamieniła się w kucyka, a wóz drabiniasty w bryczkę, kupione za pieniądze przysłane w latach odwilży przez brata z Londynu.

ANDRZEJ: Pochodziły z przedwojennego wysokiego rodu Szembeków. A gdy pojawiały się w Alwerni, wszystkie dzieci zawsze goniły za tym ich drabiniastym wozem. Hrabianki były dla nas bardzo miłe. Pamiętam, że najpierw rozmawiały same pomiędzy sobą po francusku, a później z nami po polsku i uśmiechały się.

MIKOŁAJ: Najbardziej pamiętam ich kapelusze i niezwykłe bluzki z nieznanych mi materiałów. Jakie to było piękne! Komunistyczna konfekcja kupowana przez mieszkańców naszego miasteczka w gs-ie nijak miała się do takich kostiumów. Obcy, wielki świat, którego nie rozumiałem, przyjeżdżał czasem z wizytą do Alwerni.

W Alwerni była sobie też pewna kobieta, jedna jedyna, do której chodziło się pobierać nauki cielesne.

ANDRZEJ: A, o – nazwijmy ją – Mańce mowa. (uśmiech)

MIKOŁAJ: …czyli co? Jak brzmi pytanie? Czy wszyscyśmy tam chodzili?

Tak.

MIKOŁAJ: Tak, chodziliśmy do niej, przyznaję.

Ale nie wszyscy razem?

MIKOŁAJ: (śmiech) No nie, raczej po kolei.

ANDRZEJ: Po kolei, ale jeśli trzeba było kogoś przygotować, to zawsze stali jacyś koledzy i mówili, co trzeba robić. Ja byłem wtedy za młody na to wszystko, więc podglądałem kolegów w stodole przed ich spotkaniem z Mańką. Ten, który już u niej był, instruował pioniera, co ma mówić i ewentualnie zrobić. U Mańki uczyliśmy się, jak to się robi i w ogóle… Różnie do niej chodziliśmy, dwójkami, czwórkami, to zależy, jak żeśmy się zebrali. Ona była jedyna taka w Alwerni, niewytykana przez nikogo palcami, oczywista. Poza tym to była bardzo miła kobieta, żadna tam kobieta lekkich obyczajów, nie, nie.

Czy to możliwe, że ona jeszcze żyje?

MIKOŁAJ: Niemożliwe.

ANDRZEJ: Skoro my mamy już sześćdziesiąt parę lat, to ona teraz musiałaby mieć koło stówki. Ludzie ze wsi tak długo raczej nie żyją, a ona, jak wszyscy tam, ciężko pracowała. Później, wiem, wyszła za mąż poza Alwernią.

MIKOŁAJ: Jeżeli wszystko w naszej miejscowości było w pojedynczym egzemplarzu, to musiała być również jedna osoba, która uczyła młodych wejścia w życie. Proszę pomyśleć o tym jak o pewnym rytuale. Ten rytuał dotyczył zachowań, których nikt inny poza ową Mańką (nazwijmy ją tak na cześć Gombrowiczowskiej postaci ze „Ślubu”) nas nie uczył. O potępieniu takiej osoby nie ma mowy, ponieważ ona nie robiła tego dla pieniędzy, nie wiem nawet, czy robiła to dla własnej przyjemności. Może po prostu lubiła obcować z mężczyznami? Są kobiety, które boją się mężczyzn, uciekają od nich, są oschłe, suche. A są też takie, jak nasza Mańka, które są ucieleśnieniem biologicznej siły kobiecej. One potrzebują mężczyzny do swojego istnienia. Przykład literacki – proszę bardzo: księżna Irina Wsiewołodowna Ticonderoga z „Nienasycenia” Witkacego. Oczywiście, w naszym wypadku nie chodziło o kobietę z arystokracji. To była po prostu Mańka.

ANDRZEJ: I tego naprawdę nie ma co potępiać. Zawsze i wszędzie jest jakaś kobieta, która pozwala młodzieńcom dotknąć swojego olbrzymiego biustu, przytulić się do siebie, daje się pomacać. I nie ma w tym nic złego.

MIKOŁAJ: Praktycznie zresztą to się na tym kończyło, na jakimś bliższym, gęstszym, może głębszym dotyku. Mańka budziła w nas po prostu mężczyzn, a prawdziwszy seks pojawiał się dopiero później, już z koleżankami, gdy dopadała nas miłość. Ona poczuła wolę bożą i ja poczułem wolę bożą, no to szliśmy do lasu i zaczynali coś razem robić, najczęściej nieudanie, ale z ogromną pasją. Wkradanie się w sferę seksu w owych czasach było tak dyskretne, jakby to powiedzieć, że aż chyba niezbyt mądre. Bo później człowiek przystępując wreszcie do swojej partnerki, nadal nie wiedział do końca, co z nią zrobić, nie miał pewności, co począć, nie wiedział właściwie, po co ma ciało. I jeżeli wykorzystywał i jej, i swoje ciało, to raczej w sposób nachalny, ślepy, przeto, prawdę mówiąc, nie stawał się najlepszym partnerem dla swojej ukochanej czy nawet koleżanki. Te pierwsze nieudane zbliżenia bywały czasem beznadziejne. Ale cóż, one były konsekwencją poprzednich niedociągnięć. Kiedy ktoś na własną rękę i za wszelką cenę pragnie dotrzeć do sfery seksu (nikt nas przecież tego nie uczył), łatwo błądzi. Zaczyna się wtedy nazywać te rzeczy po swojemu, odnajduje w tym przede wszystkim własną przyjemność. Zaspokaja własne widzimisię. Teraz, gdy o tym mówię, nie wiem nawet, czy to było zaspokajanie przyjemności, czy tylko pęd ku jej zaspokajaniu… To było nierozsądne, niedojrzałe, czasami rzeczywiście dość naiwne.

ANDRZEJ: Masz rację, mówiąc to, co mówisz. Ta nauka seksu była trochę ślepa, ponieważ odbywała się u nas tak, jak się odbywała, uczyli nas starsi koledzy, podobnie jak my mało doświadczeni, bo im się tylko wydawało, że wiedzą już wszystko i są specjalistami, a tak naprawdę raz dotknęli kobiecego ciała. Zdarzało się, że chodziliśmy pod okna sąsiadów, żeby podglądać, jak się kąpią, bo w Alwerni wiadomo było nawet, kto bierze kąpiel w środę, a kto w piątek. Zdarzyło się tak, że dostaliśmy szansę pogapienia się na Mańkę, muśnięcia jej, pospiesznego dotyku – to wszystko razem było jednak takie kradzione, chaotyczne i takie w sumie jeszcze złe, z gruntu złe. Bo myśmy robiąc to wszystko i myśląc o tym, byli przekonani, że robimy coś naprawdę niedobrego. Przecież skąd myśmy mieli wiedzieć, że to może być piękne uczucie, że w tej Mańce można się też na przykład zakochać, co było może mało prawdopodobne, jednak możliwe, że miłość do kobiety to może być coś więcej niż fizyczność?

MIKOŁAJ: W dodatku fizyczność zabroniona.

ANDRZEJ: Zabroniona, taka, której właściwie w ogóle nie powinno być.

MIKOŁAJ: Tymczasem ona istniała, ponieważ popęd był szalony.

ANDRZEJ: No tak, szalony. Ja przecież bardzo długo chciałem zostać księdzem, bernardynem. Do momentu, kiedy nie wszedłem w okres dojrzewania, kiedy nie dostrzegłem, że oprócz miłości do Pana Boga może istnieć inny rodzaj miłości, obojętnie, czy będzie ona fizyczna, czy psychiczna. Ale sfera seksu w Alwerni w tamtych czasach to były wieki średnie. Nikt nic nie mówił, żaden dorosły nas nie uświadamiał, nie rozmawiał z nami na te tematy, a jeżeli już, to poza Mańką i podglądaniem sąsiadów mogliśmy sobie popatrzeć na obraz „Taniec śmierci”, na którym „Sprośni Turcy Brzydcy Żydzi Jak się wami Śmierć nie hydzi…”.

MIKOŁAJ: No i nierządnice. Wszyscy nadzy, brzydcy, śmierdzący, cuchnący, a diabeł wpycha ich ciała do piekła. Do dzisiaj zresztą obraz ten wisi w klasztorze w Alwerni.

I jak dziś Panowie na niego patrzą?

ANDRZEJ: Historycznie i oczywiście z podziwem, ale innym niż kiedyś. Wtedy ja się tego obrazu przede wszystkim bałem, bo on był dla mnie takim pogrożeniem palcem: „Ty też pójdziesz do tego piekła!”, wciągnie cię do tego ognia, z którego próbują wydostać się jakieś inne jeszcze głowy i ręce, widzisz? Ale już nie mogą. Nie masz szans, człowieku, grzeszniku jeden.

MIKOŁAJ: Cały ten koszmar piekła był nam gorliwie uświadamiany i myśmy jako dzieci mocno w niego wierzyli. Ciało miało cierpieć – taki w tamtych czasach był obraz seksualności w Alwerni.

Kiedy udało się Wam przełamać tę wizję?

ANDRZEJ: W moim wypadku dopiero gdy opuściłem Alwernię. Prawdopodobnie na studiach, kiedy dostałem się do szkoły teatralnej, czyli artystycznego tygla. Ja, siedemnastoletni chłopak, wcześniej w pełnej dyscyplinie trzymany w domu, porządny, grzeczny, niewystający ponad jakąkolwiek normę, znalazłem się nagle w świecie zupełnej kontry, w świecie „Hulaj dusza, piekła nie ma”. Tak, piekło z Alwerni, z „Tańca śmierci” wyglądające niczym hutniczy piec, przestało dla mnie istnieć, ponieważ otworzyło się dla mnie, jak wówczas myślałem, niebo, i to nie takie, jak pokazywał ksiądz na religii, nie Bóg Ojciec z brodą, nie Duch Święty, nie gołębica, nie Syn Boży i trójkącik z okiem. Moim niebem stały się wtedy szkoła teatralna, alkohol, kobiety, nocne lokale, zmysły, doznania, ciało – żyć, nie umierać.

MIKOŁAJ: Chciałbym jeszcze dodać do tego piekielno-niebiańskiego wątku, że przecież piekło i niebo jest jedynie wizją dogmatyków, nie zaś pomysłem biblistów. Biblia jest o ziemi, o ludziach, o naszym życiu, o tym, co dzieje się między nami. Tej późniejszej, pobiblijnej antynomii piekła i nieba jako czegoś, co w sposób niezwykle obrazowy przedstawia działania Boga i utrzymuje wiernych w posłuszeństwie, w Biblii w ogóle nie ma. Wiktor, Andrzej i ja byliśmy wychowywani w wierze katolickiej z dziewiętnastego wieku, może nawet we wcześniejszym jej kształcie, choć sądzę, że najbardziej na katolicyzmie zaciążył właśnie wiek dziewiętnasty. Wcześniejszy katolicyzm był – myślę – swobodniejszy i nasi rówieśnicy w średniowieczu nie mieli takich problemów z seksem, jakie my mieliśmy. Nam zanadto włożono do głowy tę wyraźną antynomię nieba i piekła w wydaniu „albo–albo”. Mało tego, nie dość, że dopadła nas ta mieszczańska pruderyjność dziewiętnastego wieku, to jeszcze dołączył się do tego ideał wyczyszczonego Polaka, sterylnego młodzieńca służącego dobru, pięknu, ojczyźnie i religii. Poświęcającego się nieustannie dla ideałów najwyższej próby… bo my w niewoli i cierpieniu. Do tego doszedł też ustrój komunistyczny, w którym nie było mowy o seksie. Ideologią i kwintesencją życia była praca, praca, praca dla dobra socjalizmu. To wszystko głęboko w nas tkwiło i w gruncie rzeczy bardzo nas hamowało. Ale wie Pani, każda rzecz ma dwie strony… zboczę nieco z tematu. Wolność jest, jak wiadomo, związana koniecznością; nie ma pełnej wolności, zawsze jesteśmy do czegoś zobowiązani. Żyliśmy w świecie zobowiązań nam narzuconych, nie mogliśmy mówić tego, co myślimy, ale, pytam przekornie… czy to było aż takie złe? Wtedy sposób porozumiewania się między ludźmi nie dotyczył jedynie komunikacji na poziomie prostego języka. Żeby naprawdę przekazać swoją rację czy opinię, porozumieć się w sprawie świata, trzeba było uruchomić całą sferę metafory i nieomal przenośni poetyckich, drgnięć powiek, spojrzeń do głębi. Sztuka teatralna w latach komunistycznych w Polsce miała się wyjątkowo dobrze. Cenzura nie pozwalała na zbyt ostentacyjne wylewanie żali na komunę, a wszyscy chcieli to właśnie robić, znajdowali więc na to jakiś sposób. Teatry kwitły, ponieważ zbudowano intelektualne zaplecze z niezwykle skomplikowanym metajęzykiem. A teraz?

ANDRZEJ: Wystarczy się rozebrać.

MIKOŁAJ: Wystarczy się rozebrać. Jeśli potrzebujemy na scenie gołego, to go natychmiast mamy. Wystarczy aktorowi po prostu zdjąć spodnie i majtki. Czterdzieści, pięćdziesiąt lat temu trzeba było naprawdę nad tym popracować; użyć innego języka, nieomal przez nas wymyślonego, żeby powiedzieć, że człowiek jest nagi. Dzisiaj wszystko mamy dane, tak bardzo dane, że aż oczywiste, pozbawione tajemnicy i intelektualnej pracy, w związku z tym ja za bardzo nie narzekam na świat, który mnie zbudował. Nie żałuję niczego, co w moim życiu miało miejsce. Zresztą myślę, że życie bez zakazów jest równie nudne jak to z zakazami.

A Pan, Panie Andrzeju, ma czego żałować?

ANDRZEJ: Gdy przypomnę sobie, jak działał na mnie ten „Taniec śmierci”, gdy byłem dzieckiem, jak bardzo bolało mnie nawet samo wyobrażenie sobie tego, że wkładam palec do tego piekielnego ognia, jaka silna była to sugestia, że to jest coś najgorszego, co może w życiu spotkać człowieka, to boli mnie do dziś. Ale… poza piekłem było niebo z aniołkami, które unoszą się w powietrzu. I to była dla mnie taka trochę zachęta do latania, uniesienia się, nieważkości, czegoś wspaniałego.

Możliwości oderwania się od ziemi?

ANDRZEJ: