Jajo w głowie - Jacek Waniewski - ebook

Jajo w głowie ebook

Jacek Waniewski

0,0

Opis

Drugi tego autora, po książce Trzy, zbiór krótkich form literackich - myśli, refleksji, a także słownych zabaw.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 160

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



© Copyright by Jacek Waniewski 2009

Korekta: Katarzyna Standerska

Projekt okładki: Karolina Włodarska

ISBN 978-83-7564-207-0

Wydawnictwo My Book

www.mybook.pl

Publikacja chroniona prawem autorskim.

Zabrania się jej kopiowania, publicznego udostępniania w Internecie oraz odsprzedaży bez zgody Wydawcy.

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Motto

Zabawa jako źródło kultury? Szkoda, że nie wszyscy się bawią.

Kółko za kółkiem, czyli Sezon w świecie

Włosy

Od pewnego czasu znajduję w łazience długie, ciemne włosy. Na umywalce, pod prysznicem, na podłodze. Mieszkam sam, włosy mam krótkie, kobiety u mnie nie bywają, mężczyźni zresztą też nie, więc skąd te włosy? Dużo czasu minęło, zanim zrozumiałem. To włosy kobiety moich snów. Śpię co prawda jak kamień i snów nie pamiętam, a jeżeli już zdarzy mi się sen tuż przed przebudzeniem i go zapamiętam, to nie ma on nigdy nic wspólnego z jakąkolwiek długowłosą szatynką. A więc? Jasne. Musi to być kobieta moich głębokich snów. Nie wiem, jak wygląda, nigdy nie słyszałem jej głosu, nigdy z nią nie rozmawiałem, nigdy jej nie dotknąłem. Tyle mogę o niej powiedzieć, że mi nie przeszkadza. To nawet miłe, że czuje się w mojej łazience jak u siebie w domu.

Po co się męczyć

Może żeby potem usiąść w knajpce przy deptaku, z żołądkiem pełnym pizzy capriciosa, i bez żadnej myśli patrzeć na ludzi siedzących przy sąsiednich stolikach i na zdjęcia wiszące na ścianach, i na ludzi przechodzących ulicą, i na ludzi przejeżdżających ulicą na rowerach, i na kelnerkę szybko biegającą między stolikami. A potem, po prawdziwej kawie, kiedy delikatnie zaczyna przypominać o sobie pęcherz wypełniający się moczem, doczekać się pierwszej myśli, że dobrze byłoby zapisać te chwile dla tych, którzy pytają: Po co się tak męczysz?

Drogi (1)

Pilnują krzyże polskich dróg, pilnują ich kapliczki. Jedne drogi na wschód, inne na zachód, a są i na południe, i na północ też. Niejednemu by się taka droga mogła przydać. Więc trzeba pilnować. Bo co by się z Polską stało, gdyby Polak z Polakiem nie mogli podjechać do sklepu po piwo?

Drogi (2)

Im dalej od głównej szosy, tym gorsza nawierzchnia. Mój wuj zrobiłby inaczej. Najlepszą nawierzchnię kładłby na drogi leśne i polne. Im większy las, im bardziej pagórkowaty teren, im krętsza i węższa droga, tym lepsza nawierzchnia. Wspaniale jeździ się po nich na rowerze! Przy dostatecznie gęstej sieci takich dróg szosy stałyby się niepotrzebne. A tiry mój wuj ładowałby na lory. I tak rosłaby potęga i sława naszej ojczyzny.

Ze świata legend

Budowali kościół diabłu. Niezwykły. Tak olbrzymich kamieni nie używano w budownictwie od czasu cyklopów. Tak strasznych maszkar nie wymyślono przez całe średniowiecze. Tak wysokiej wieży nie miała żadna stacja telewizyjna. Na ołtarzu ustawili złotego cielca tak wielkiego, jakiego nigdy nie udało się wykonać największym mistrzom starożytności. Wszystko wymuskane, wychuchane i potwornie brzydkie. Była to jednak największa i najstaranniej wykonana budowla, jaka stała kiedykolwiek pod słońcem. Bo nigdy wcześniej nie zebrał się zespół tak świetnych fachowców.

Przyleciał diabeł obejrzeć swój kościół i aż cmoknął z zachwytu.

– Wspaniale – powiedział. – A teraz jeszcze napiszcie cyrografy na wasze dusze.

Spochmurnieli.

– Nie wydziwiaj, tylko płać zgodnie z umową – odparli.

– No dobrze, dobrze. Wystarczy, jeżeli tylko podpiszecie te papiery – przymilał się, ale był już trochę zaniepokojony.

– Nie dostaniesz naszych dusz. Płać zgodnie z umową.

Co miał zrobić, umowa umową, sypnął złotem.

– Macie, ale nic mi po waszym dziele.

Porozwalał z wściekłością kamienie po całym naszym kraju. Stąd tyle ich leży na polach i w lasach.

Prawo przyciągania dziur

Mój wuj, po wieloletnich badaniach eksperymentalnych, sformułował następujące prawo drogowe: „Dziura w jezdni przyciąga rowerzystę z siłą odwrotnie proporcjonalną do kwadratu jego koncentracji najeździe”.

Prywatnie mój wuj lubi cytować również inne prawo drogowe: „Rowerzystka przyciąga rowerzystę z siłą odwrotnie proporcjonalną do kwadratu długości jej spódniczki”. Nie wspomina przy tym o jakichkolwiek pracach eksperymentalnych. O ile się nie mylę, to powodem braku takich badań nie jest mała liczebność populacji rowerzystek jeżdżących w spódniczkach.

Fraszka na starego turystę

Jak iść, to pod górę.

Jak pedałować, to do upadłego.

Jak jeść, to na stojąco.

Jak moknąć, to w ulewie.

Jak wiatr, to w twarz.

Jak pić, to litrami.

Jak marznąć, to na polu.

Jak pocić się, to na słońcu.

Jak pływać, to w jeziorze.

Jak nocować, to w *** hotelu.

Haiku rodzinne

Tak, tak, dzidziusiu.

Tak, tak, o tak tatusiu.

Tak, tak, dziadziusiu.

Ruiny

Ruiny lubiła specjalnie. Archeologów też. Cieszyła się zawsze,

kiedy powoli, łopata za łopatą, odsłaniali fundamenty czegoś, co tak dobrze znała i co sama obróciła w ruinę. Trzęsienia ziemi, powodzie, huragany, zabagnienie lub pustynnienie okolic, pożary, epidemie. Ale najchętniej napuszczała jednych na drugich. Z wielką zaciekłością rozwalali to, co budowali inni. Aż miło było patrzeć.

Uczyła ich niszczyć coraz skuteczniej. Teraz mogą już w ciągu sekundy zburzyć olbrzymie miasto. Ale jakoś tego nie robią, nie licząc dwu dawnych prób. Szkoda. Co gorsza, wszystkie nowe ruiny natychmiast odbudowują. I po co? Trudno ich zrozumieć. Przecież ruiny są takie malownicze.

Może przestały im się podobać? A może jest ich po prostu za dużo i mają za mało miejsca na ruiny? A w ogóle, czy oni są jej jeszcze do czegoś potrzebni? Musi chyba zdecydować się na jakieś globalne rozwiązanie.

Róża wiejów

Suchowieju, mokrowieju, ciepłowieju, zimnowieju, deszczowieju, śniegowieju, gradowieju, burzowieju, chmurowieju, lekkowieju, mocnowieju, stamtądwieju, dotądwieju! Zawieju, przewieju, dowieju, tuwieju, tamwieju, nawieju, powieju, lasemwieju, drogąwieju, polemwieju, wodąwieju! Przybywajcie, pohulajcie! Wywrócić żaglówkę, zepchnąć rowerzystę do rowu, zatarasować drzewem szosę, połamać gałęzie, zerwać druty i dachy. Co tylko lubicie… Ale niech ja najpierw dojadę do domu.

***

Napis na turystycznej butli z gazem: For outdoor life. Pro život v přírodě.

Życie za drzwiami. Życie w przyrodzie. Dwie różne tradycje językowe? Dwie różne cywilizacje? Dwie różne mentalności?

Może i różne, ale na pewno taki sam mieszczuch spragniony komarów, kataru, bolących kości i słońca zachodzącego w ciszy.

Z Dänikena

Przed pięcioma tysiącami lat przybysze kilkakrotnie próbowali udoskonalić wolno rozwijający się gatunek ludzi. Wprowadzanie ich kilkucentymetrowych plemników do narządów rodnych starannie wyselekcjonowanej Wielkiej Matki odbywało się zawsze z wielką pompą. Jednym z elementów uroczystości była publiczna prezentacja plemnika. Zapłodnienie na ogół udawało się, ale powstałe hybrydy, choć rzeczywiście obdarzone niezwykłymi zdolnościami, były niepłodne. Górowały jednak siłą, sprytem, wiedzą, inteligencją. Zostawały wodzami, naczelnikami, kapłanami. Po śmierci sypano im wielkie kurhany w kształcie plemnika, z którego powstały. Niektóre z tych kurhanów dotrwały do naszych czasów, jak te koło Wietrzychowic na Kujawach.

Skrzypek

Pięknie grali. Ich długie cienie, rzucane na ścianę przez nastrojowe światło świec, powtarzały każdy ruch. Smyczki to galopowały po strunach, to ciągnęły śpiewną melodię. Duet skrzypcowy, zgrane małżeństwo. Długo biliśmy brawo.

Godzinę później przechodziłem koło sali koncertowej. Z wnętrza dobiegł mnie dźwięk skrzypiec. Wszedłem. Znowu paliły się świece, ale w sali nie było nikogo. Tylko na ścianie kołysał się wielki cień i grał jakąś tęskną nutę. Dlaczego tylko jeden? Czy energii zaklętej w piękno nie starczyło na ożywienie dwu cieni?

A może trzeba bardzo tęsknić, żeby zaistnieć, choć na chwilę?

Lok

Rozciągnąć się obok nich i wibrować, wibrować. Już tak bli

sko, jeszcze kawałeczek, ach, drżeć ze szczęścia razem z nimi. Jakie one piękne! Ach, położyć się obok!

Niecierpliwie odgarnęła włosy. Jeszcze ten lok wplącze się między struny – pomyślała. – Będę musiała go obciąć przed następnym koncertem.

Papierowe tablice

Nie będziesz literatem. Nie opisuj. Nie fantazjuj. Nie zadziwiaj. Nie zachwycaj. Nie wzruszaj. Nie rozśmieszaj. Nie konstruuj. Nie sugeruj. Nie kombinuj. Nie dobieraj. Nie udziwniaj. Nie układaj. Nie rymuj. Nie wygładzaj. Nie baw się słowem ani żadną myślą, które i tak nie są twoje.

Syzyf

O rany! Ile ja mam krzepy! Znowu się nabrali. Ci ważniacy. Już raz ich zrobiłem w konia, kiedy zamknąłem śmierć w komórce… Świetnie się bawiliśmy, nikt nie umierał. Ech, gdyby nie Hermes… Myśleli, że mnie za to ukarzą. Mnie, Syzyfa! I co? Mam tyle siły, że wolą mi nie wchodzić w drogę. Ten ich szef, Zeus, też. Gdzieś poznikali.

Ci, co tu przypływają, to straszne zdechlaki, i też stopniowo znikają. A ja ciągle jakiś kamyczek pcham pod górę. To lepsze niż fitness center. Ile już tych kamieni było! Długo nie wytrzymują… A i góra osypuje się szybko. Sporo piachu zebrało się na dole…

Tak sobie myślę, żeby przegrodzić Styks. Po tamie można by chodzić w tę i we w tę, jak kto chce, żaden przewoźnik niepotrzebny. Przejście zrobię darmowe, ważne, żeby ruch był. Zalew będzie palce lizać, z piaszczystą plażą i ładnymi widokami. Zarobię na leżakach i napojach. I jakieś towarzystwo się przyda, tu już nie ma nawet z kim pogadać. Tylko trzeba zorganizować reklamę. Reklama dźwignią… O, znowu poleciał na dół! Ale fajnie się turla!

Wyrocznia

No cóż, sporo już sobie pożyłem. Na szczęście to moje życie płynie całkiem spokojnie. Muszę tylko uważać jesienią, kiedy z drzew spadają kasztany, żołędzie, szyszki, jabłka. Toczą się po ziemi. A wyrocznia orzekła, że zginę pod toczącym się. No, ale przecież każdy musi uważać, to nie jest dla nas bezpieczna pora… Tylu moich znajomych już zniknęło, rzadko udaje się dowiedzieć jak… Zastanawiam się ostatnio, czy ta nasza wiara w wyrocznie ma w ogóle jakiś sens… Na wszelki wypadek przejdę jednak na drugą stronę drogi. Ten wielki dąb nad głową działa mi trochę na nerwy.

Jechałem szybko, droga była równa i twarda, piaszczysty odcinek został daleko z tyłu. Tego żuka zobaczyłem w ostatniej chwili tuż przed przednim kołem. Był wielki, takiego nie widziałem jeszcze w życiu. Zarzuciłem kierownicą i ominąłem go o włos. Moment później usłyszałem jednak głośne chrupnięcie. Nawet się nie obejrzałem. Tylne koło toczy się zwykle inną trajektorią niż przednie… Miał pecha… Szkoda, był naprawdę wspaniały. Gdybym nie spojrzał na ten wielki dąb przy drodze, może zauważyłbym go wcześniej?

Mapa

Byłem przekonany, że to jeziorko znajduje się na prawo od drogi. Przeszedłem już spory kawałek przez las, ale jeziorka nie znalazłem. Pomyślałem, że chyba muszę zawrócić, i w tym momencie zobaczyłem pod krzakiem jakiś papier. Podniosłem go, to była mapa. Musiała tu już długo leżeć. Papier był dziwny, ciężki, jakby nabrzmiały, chociaż suchy. Ależ to mapa tej okolicy! Odnalazłem wioskę, w której się zatrzymałem, i las, przez który szedłem. Tak, tu jest droga, którą szedłem. Przyjrzałem się uważniej. Dobrze, pierwszy i drugi zakręt drogi, skrzyżowanie z drogą do Kręcina. Śledziłem dalej trasę mojego marszu. Wąska ścieżka odgałęziająca się w lewo. Pamiętam ją! Widziałem coraz

więcej szczegółów. Grupa dużych świerków, wspaniały, kwitnący krzak tarniny na małej polance. Tak, to tu skręciłem z drogi. Kto mógł zrobić taką dokładną mapę? Widziałem już wszystko jak na panoramicznym filmie. Młodnik sosnowy, przez który z trudem się przedarłem. Potem bór, suchy i pełen mchów. Teren obniżał się stopniowo, pojawiły się dęby. Zacząłem wpatrywać się w mapę coraz uważniej. Przecież to niemożliwe! Jakbym odtwarzał z pamięci wszystko, co widziałem, idąc na przełaj przez las. Może jednak jest tu gdzieś to jeziorko? Tak! Między drzewami błysnęła woda. Jak mogłem jej nie zauważyć? Przecież zanim podniosłem z ziemi mapę, rozglądałem się uważnie dokoła. No, ale jednak miałem nosa. Jeziorko jest tam, gdzie go szukałem! Ruszyłem w jego kierunku.

To było już trzecie zaginięcie w ciągu ostatnich pięciu lat. Las nie był znowu taki duży. Ale po poprzednich dwu mężczyznach nie znaleziono żadnych śladów. Tyraliera żołnierzy i policjantów mijała właśnie jedyne małe obniżenie terenu w suchym skądinąd lesie. Kiedyś było tu niewielkie jeziorko, ale kilkanaście lat temu zniknęło po zdrenowaniu okolicznych łąk. Jeden z policjantów zobaczył pod krzakiem jakiś papier. Schylił się. To musi być jakiś stary śmieć, wygląda, jakby miał sto lat – pomyślał. Kopnął go z rozmachem, i aż syknął. Noga zabolała, jakby to był duży kamień. Papier poturlał się kilkanaście centymetrów. Policjant wzruszył ramionami i pobiegł za oddalającą się tyralierą.

Z Brela

Przyjdź już. Leżę tu i czekam na ciebie. Wyrzuciło mnie życie. Nie nadążałem. Leżę tu i czekam. Nie wstanę, dopóki nie przyjdziesz. Kiedy się zataczam, śmieją się jeszcze bardziej. Przyjdź, wołam cię. Przynieś swoją gitarę i zaśpiewaj mi hiszpańską piosenkę. Nie musisz kończyć recitalu. Po co ci jeszcze kilka minut oklasków? Tyle ich już miałeś. Zagłuszają moje wołanie. Wyłącz playback. Śpiewaj swoim głosem. Będziesz słyszał, co dzieje się

obok. Może ktoś powie, że leżę na chodniku pod kinem i wszyscy śmieją się ze mnie. Że ta dziwka, życie, wyrzuciła mnie na ulicę. Przyjdź i zabierz mnie. Pójdziemy w góry. Ich tam nie ma, tych śmiejących się. Ułożymy sobie jeszcze jedną piosenkę. Rozbawi cię. Będziesz się z niej śmiał. Z piosenki, a nie ze mnie… Oni już też nie śmieją się ze mnie. Nie widzą mnie. Przyjdź, zanim mnie rozdepczą. Przynieś swoją gitarę. Postaw mnie na nogi. Może ci się uda, chociaż ja nie mam po co żyć. Ta dziwka, życie, wyrzuciła mnie od siebie. Ale ty przyjdź i powiedz: „Wstań, Jaf, wstań, chodź”. To jeszcze chcę usłyszeć, zanim mnie rozdepczą.

Przewodnik

To była już ostatnia grupa tego dnia. Powinien właściwie pójść do domu, pracował od samego rana, ale musiał zastąpić chorą koleżankę. Odkryty niedawno labirynt sprzed czterech tysięcy lat cieszył się olbrzymią popularnością wśród turystów. To była wielka szansa dla całej okolicy, niezbyt bogatej, prawdę mówiąc, w atrakcje. Stanowisko było rzeczywiście niezwykłe, obsunięte zbocze niewielkiego wzgórza odsłoniło kamienny mur. Archeolodzy, którzy ostrożnie zrobili w nim wyłom, znaleźli kilkanaście szkieletów i korytarz prowadzący do wielkiego podziemnego labiryntu. Szkielety z uszkodzonymi kośćmi i połamanymi czaszkami świadczyły o okrutnej masakrze. W labiryncie, wykutym w miękkiej skale, rzeczywiście niełatwo było odnaleźć drogę. W końcu jednak dotarto do znajdującej się w samym środku wzgórza komory z zamurowanym wejściem. W komorze znajdowała się świetnie zachowana mumia kobiety. I nic więcej. Natomiast przed komorą znaleziono jeszcze jeden szkielet z rozłupaną czaszką. A przy szkielecie, to była największa zagadka, leżał plastikowy gwizdek. Skąd się tam wziął? Tego nikt nie potrafił wytłumaczyć. Archeolodzy stwierdzili, że ktoś musiał ich ubiec, ale przecież mur, przez który dostali się do środka, był nienaruszony od czasu ułożenia olbrzymich głazów. Żadnego innego wejścia

do podziemnych korytarzy nie znaleziono. Podejrzewali się więc nawzajem o głupi żart.

Wprowadzając turystów do labiryntu, szedłem pierwszy. Droga do komory była oświetlona i klimatyzowana. W niskich korytarzach nie było ruchu powietrza, co przy tak dużym obłożeniu obiektu szybko doprowadziłoby do silnego dyskomfortu odwiedzających. Na wszelki wypadek miałem przy sobie gwizdek, trochę po to, żeby wskazywać drogę na wypadek awarii oświetlenia lub by pomóc tym, którzy skręcili w bok i zgubili się w labiryncie. Zdarzali się czasem tacy poszukiwacze emocji. Ale używałem go przede wszystkim do zwiększenia efektu, kiedy opowiadałem o znalezionych w labiryncie szkieletach.

Tak było i tym razem. Gwizdnąłem sobie i dreszcz emocji przebiegł przez grupę. Krótka wizyta w komorze – bo nic tu już nie było, mumię zabrano do muzeum w stolicy – i można wracać. W drodze powrotnej szedłem zawsze na końcu, pilnując, żeby wszyscy dotarli do wyjścia. I tak ich liczyliśmy, ale zawsze lepiej dopilnować, bo poszukiwania mogły być długie. Zatrzymałem się na chwilę na zewnątrz komory, czekając, aż ostatni turyści wejdą w korytarz labiryntu. Czułem się naprawdę zmęczony. Oparłem na chwilę głowę o skalną ścianę. Zrobiło mi się duszno. Otworzyłem oczy, wokół było ciemno. Awaria? W korytarzu zobaczyłem oddalające się światełka. A więc zapalili awaryjne latarki. Zawsze dostawali je przy wejściu. W tym momencie zorientowałem się, że zapomniałem swojej. Znałem tu co prawda każdy załom, ale lepiej nie ryzykować. Ruszyłem za oddalającą się grupą.

Szli szybko. Jakby znali tu każdy załom. Potykając się, bez światła, nie mógł ich dogonić. Daleko z przodu migotały na ścianach cienie oddalających się ludzi. To nie było światło latarek, przypominało raczej światło pochodni. Zaczął się bać, starał się iść jak najszybciej. Już blisko, zaraz zobaczy otwór wejściowy. Straszny wrzask i jęki rozdarły nagle ciszę. Wychodząc zza zakrętu, zobaczył ciemne sylwetki żołnierzy z mieczami. Odwrócił się i zaczął uciekać z powrotem. Za późno! Zauważyli go. Słyszał z tyłu tupot ich nóg. Pomimo ciemności miał jednak przewagę. Oni nie mogli biec zbyt szybko, niosąc pochodnie. Poza tym nie znali drogi. Może uda mu się ukryć w małej nyży nad tylną ścianą komory grobowej. Nie widać jej z dołu, trzeba się do niej wspiąć kilka metrów po skale. W labiryncie i tak w końcu by go znaleźli. Wyprzedził ich o dobre kilkadziesiąt metrów. To już… Wejście do komory było zamurowane. W korytarzu pojawiły się pochodnie nadbiegających żołnierzy. Zrozumiał: nikt z budowniczych labiryntu nie miał pozostać przy życiu. Kiedy chwycił za wiszący na szyi gwizdek, dosięgnął go pierwszy cios.

Stos

Na stos rzuciłem swego życia los, na stos. Na stosie palono czarownice, heretyków i, rzadko, świętych. Jeżeli podpalą stos za mojego życia, to za kogo będę uważany? Jeżeli podpalą stos po mojej śmierci, to znaczy, że jesteśmy w Indiach. Ale jeżeli podpalą stos, nie interesując się w ogóle moim losem, siądą dookoła i będą śpiewać? Lubię śpiewy przy ognisku, chociaż sam nie mam ani głosu, ani słuchu. Może to właśnie będzie ten wygrany los mojego życia?

Znowu

Mordują ludzi za ścianą. Nie, to nie ściana, to granica. Mordują ludzi za granicą. Tak, to granica, ale to nie nasza granica. Dlaczego mordują za nie naszą granicą? Ktoś im powiedział, że trzeba mordować. Jest ich dużo i mają broń. Powiedziano im, że teraz jest czas mordowania. Że teraz się morduje. Ten ktoś powiedział to autonomicznie i praworządnie. Albo i nie. Trudno się w tym połapać. Ale dziennikarze zajmą się tym.

Czym różnią się ci, którzy mordują, od tych, których mordują za nie naszą granicą? Może jedni są wysocy i smukli, a inni niscy i krępi? A może jedni kłaniają się, a inni klękają? Albo jedni mówią tak, a inni taktak? Jedni mają pieniądze, a inni nie? Ci, których mordują, kiedyś mordowali tych, którzy teraz mordują? Trudno się w tym połapać. Ale dziennikarze zajmą się tym. Opiszą wszystko, co dzieje się za nie naszą granicą. Tam, gdzie nie mamy pól ani kopalń, ani fabryk. Tam, gdzie nasze dzieci nie chodzą do szkoły. Tam, gdzie nigdy nie byliśmy. Tam, gdzie trudno się połapać.

Budzę się w nocy. Znowu mordują ludzi za ścianą.

Wyprawa

Za chwilę zabrzmią fanfary. Za chwilę wyruszy kolejny śmiałek. Pożegnam go w imieniu naszej wspólnoty. Nie jest nam łatwo. Zalewa nas woda, zalewa nas śmierdząca biała ciecz, zalewa nas czerwona lepka ciecz. Potwory orzą naszą glebę żywicielkę, bezlitośnie porywają i mordują wszystkich, których złapią. Ale trwamy.

Ja też kiedyś poszedłem. Wielu wyrusza, ale tylko nieliczni wracają. Wiem, jak niebezpieczna jest ta wyprawa. Rozległe puste połacie, bez żadnej możliwości schronienia. A nawet myśleć nie mam odwagi o tym, co dzieje się z tymi, którzy zostaną tam pochwyceni. Po długim marszu szczęśliwcy natrafiają na zaciszny zagajnik z wielką ilością pokarmu. Ci mają szansę dotrzeć do celu. Ale biada im, jeżeli zatrzymają się tam na dłużej! Droga jeszcze daleka… Trzeba ją pokonywać w ciemnościach… Ja doszedłem na sam szczyt. Trudno opisać rozkosze, jakich tam doznałem. Ukryty w gęstwinie, nasycony, zanurzyłem się cały w tym polu niezwykłych drgań, z których chłonąłem wszystkie tajemnice naszego świata. Nie wiem, na czym to polega, ale rozkosz tego stanu jest niezwykła. Tu dopiero można zrozumieć, dlaczego nasz założyciel polecił nam tę wędrówkę. Trudno oderwać się od tego źródła wszelkiej wiedzy i głębokich przeżyć duchowych. Trudno zostawić je i wrócić, wiedząc, że ono bije dalej bez przerwy. Ale trzeba zanieść braciom i siostrom potwierdzenie naszej nadziei, wierząc, że za pewien czas komuś znowu uda się tu dotrzeć. Powrót jest szybszy, bo z góry na dół, ale równie niebezpieczny. Tyle że po przeżyciach na szczycie nie żal już ginąć.

Ten, komu uda się wrócić, zostaje przywódcą naszej wspólnoty. Wszyscy wiedzą, że nikt lepszy od niego się nie trafi. Obejmuje więc swoje obowiązki, marząc o tym, że za jego kadencji ktoś wyruszy na wyprawę i powróci. Za chwilę pożegnam kolejnego śmiałka. To już czwarty. Żaden z jego poprzedników nie wrócił. Ale może temu się uda. Mam nadzieję, że tak. Jeżeli jednak okaże się, że nie, to mam nadzieję, że znajdzie się wśród nas jeszcze jeden odważny. Ciągle powtarzam sobie słowa ojca założyciela, że nasza wspólnota będzie trwała tak długo, dopóki nie zabraknie wszy łonowej wyruszającej po rozum do głowy.

Z cyrku

Jestem hecarz, piesek cyrkowy. Przepraszam, że taki rozkojarzony, ale muszę uważać na konia woltyżerki. Ta bestia ma wielką ochotę mnie rozdeptać. Każdy z klownów też lubi mnie kopnąć. To nie jest przyjemne, nawet jeżeli na niby, ale ludzie się śmieją. Umiem poza tym chodzić na dwóch łapach, i jeszcze, słuchajcie, słuchajcie, mogę przynieść wam filiżankę herbaty na trzymanej w pysku tacy. Niewiele rozleję. A ta, co fruwa pod kopułą na trapezach, to czasem mnie pogłaszcze. Ot, tak sobie. Mówi, że jestem hecarz, piesek cyrkowy.

Konfabulacje

Chcesz, zaśpiewam ci piosenkę o miłości. Pomarzysz sobie, pomarzysz i zaśniesz. Jeżeli zechcesz się opierać, to i tak długo nie wytrzymasz. W końcu będziesz mój, a wtedy zaśpiewam ci na dobranoc piosenkę o miłości. Ale nie martw się, skończę się koszmarem, jak zawsze.

Wiem, wiem, że kiedyś odejdziesz