Jagodowa miłość. Tom 1. Cała przyjemność po mojej stronie - Natalia Sońska - ebook
Opis

W cukierni „Słodka” już od progu pachnie wanilią i sernikiem. Jagoda piecze i ozdabia słodkości, wkładając w to całe serce. Regularnie do „Słodkiej” zagląda Tomasz – czy to zasługa pysznego sernika, czy zamkniętemu w sobie wdowcowi wpadła w oko autorka jego wyjątkowej receptury? Jagoda zaczyna dostrzegać, że łączy ją z sympatycznym Tomkiem podobne poczucie humoru, a tematów do rozmów nigdy nie brakuje. Czy dzięki pogawędkom przy ciastku kobieta przestanie myśleć o czekającym ją rozwodzie i otworzy się na nowe uczucie? Jak zaufać kolejnemu mężczyźnie, gdy jeszcze nie ostygły wspomnienia zdrad męża?

W nowej serii Natalia Sońska kusi dobrze wypieczonymi historiami i słodko-gorzkimi, ale z odrobiną lukru, wyznaniami bohaterów. Spróbuj, a nie pożałujesz!

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 394

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright ‌© Natalia ‌Sońska, 2018

Copyright © Wydawnictwo ‌Poznańskie ‌sp.z o.o., 2018

Redaktor prowadząca: ‌Sylwia ‌Smoluch

Redakcja: Marta Buczek

Korekta: ‌Anna Stawińska

Projekt ‌typograficzny, składi łamanie: TYPO2 Jolanta ‌Ugorowska

Projekt ‌okładki: ‌Anna Damasiewicz

Fotografie ‌na ‌okładce: © László Lőrik ‌| Depositphotos.com

© ‌arinahabich ‌| Adobe ‌Stock

© Iveta ‌Aleksandrova Angelova | Depositphotos.com

Konwersja ‌publikacji do wersji elektronicznej: ‌Dariusz Nowacki

Zezwalamy ‌na udostępnianie okładki ‌książki w ‌internecie.

Wydanie elektroniczne 2018

ISBN 978-83-7976-935-3

CZWARTA ‌STRONA

Grupa ‌Wydawnictwa Poznańskiego sp.z o.o.

ul. Fredry ‌8, 61-701 Poznań

tel.: 61 ‌853-99-10

fax: 61 ‌853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

1.

Ta kamienica przy Zielnej ‌nieustannie tętniła ‌życiem– co ‌chwilę ‌ktoś wchodził lub wychodził. ‌Przyjemny gwar i unoszący ‌się nad ‌nią oszałamiający, ‌słodki zapach ‌znał chyba każdy ‌mieszkaniec miasta. ‌Od lat to ‌właśnie tam mieściła się ‌najlepsza w okolicy cukiernia. Codziennie ‌wczesnym rankiem, kiedy pierwsze ‌świergoty ptaków zwiastowały nowy ‌dzień, ‌cukiernicy ze „Słodkiej” ‌z radością rozpoczynali przygotowywanie ‌przepysznych ciast, deserów i innych ‌smakowitości, aby nie tylko ‌zadowolić ‌stałych klientów, ale ‌również przyciągnąć ‌nowych, którzy ‌zresztą, raz skuszeni, najczęściej ‌zostawali na dłużej.

Wnętrze urządzone ‌było ze smakiem, w rustykalnym ‌stylu. ‌Czuło ‌się tu ‌kobiecą ‌rękę: ‌białe ‌stoliki ‌przykryto kwiecistymi obrusami, ‌drewniane krzesła lśniły ‌w porannym słońcu, a liczne ‌bibeloty i codziennie świeże ‌kwiaty w wazonach ‌dopełniały całości. Najlepiej zaś ‌prezentował się ‌bar. Witryny pyszniły się ‌mnogością przysmaków– wypiekane na ‌miejscu ciasta, ciasteczka, ‌babeczki, ‌chleby, chałki i inne ‌przysmaki wyglądały jak dekoracja ‌z wyszukanego czasopisma ‌kulinarnego. Zajmowały każdą półkę w okazałych lodówkach i po brzegi wypełniały ustawione rzędem na ladzie słoje. Desery, obracające się w specjalnych chłodniach, przyprawiały o zawrót głowy i…pobudzały kulinarną wyobraźnię.

Najwięcej klientów cukiernia miała w niedziele i w czasie wakacji, gdy w mieście pojawiali się turyści. Jej właściciel, Karol Szczęsny, ponadpięćdziesięcioletni kawaler, w takie dni zajęty był wyłącznie liczeniem zysków; w inne zresztą podobnie, ponieważ na wypiekach nie znał się w ogóle. Otworzył cukiernię, bo kochał zajadać słodycze i potrafił prowadzić biznes, sztuka cukiernicza natomiast to była zupełnie obca mu dziedzina, więc siłą rzeczy nie on, a zatrudnione przez niego osoby pracowały na renomę „Słodkiej”. Wcale mu to zresztą nie przeszkadzało, cenił swój personel i tylko zacierał ręce, obserwując, jak cukiernia przyciąga coraz więcej klientów.

– Laurko, Jagódko, jak wam dzisiaj idzie? – zapytał jak każdego popołudnia, gdy salę wypełniali goście.

Uśmiech na jego twarzy był na tyle wymowny, że kelnerki od razu wiedziały, o co chodzi. Wymieniły porozumiewawcze spojrzenia, po czym Laura podeszła do kasy, żeby wydrukować aktualny stan utargu. Podała mu rachunek, a kiedy cmoknął zadowolony, pokiwał z aprobatą głową i odszedł w stronę zaplecza, uśmiechnęła się do Jagody.

– On się chyba nigdy nie zmieni – westchnęła.

– Dziwisz się? – odparła wesoło Jagoda. – Ta cukiernia to jego oczko w głowie.

– Jego oczkiem w głowie jest codziennie większy zysk! Nie dziwię się, że żadna kobieta nie chciała się z nim związać, skoro widzi tylko cyferki.

– A może to jego sposób na wypełnienie tego braku?

– Kochana, wczoraj się nie urodziłaś, też nie pracujesz tu od wczoraj, chyba zdążyłaś zauważyć, jaki jest nasz szef.

– Jest pocieszny i bezproblemowy, to najważniejsze. A jeśli jego główną przyjemnością jest powiększanie kapitału, to pomóżmy mu w tym. Niech będzie jeszcze szczęśliwszy! – stwierdziła Jagoda i poprawiwszy ułożenie babeczek owocowych w witrynie, uśmiechnęła się do nich promiennie.

Jagoda uwielbiała swoją pracę. Skończyła ekonomię, ale nigdy nie myślała o sobie jako o bizneswoman w idealnie skrojonym kompleciku, z teczką w ręce, sprawnie poruszającej się w korporacyjnych układach. Studiowała z rozpędu, po to, aby mieć wyższe wykształcenie, losowo wybrała ten kierunek tylko dlatego, że lepiej radziła sobie z matematyką niż przedmiotami humanistycznymi. Jeszcze na studiach zapisała się do studium cukierniczego przy renomowanej szkole gastronomicznej. Od razu wiedziała, że jest w swoim żywiole – bardzo lubiła piec, dekorować, tworzyć nowe smaki, sprawiać innym przyjemność, pieszcząc podniebienia. Jej marzeniem była własna cukiernia, w której cała oferta opierałaby się na autorskich recepturach. I po części to marzenie spełniła – pracowała w takim miejscu, sama wymyśliła przepisy na kilka deserów i ciast, wtrąciła swoje trzy grosze do wystroju. Spełniała się w tej pracy, do pełni szczęścia brakowało jej tylko świadomości, że to od a do zet jej zasługa. Mimo że była właścicielką kamienicy, w której znajdowała się cukiernia.

– A jak z czynszem, nie zalega ci? – zapytała Laura.

– Co miesiąc, równo w terminie płatności, mam na koncie przelew.

– Wciąż nie rozumiem, dlaczego nie zdecydowałaś się otworzyć tu własnej cukierni. Nawet nie spróbowałaś… – Laura podała Jagodzie filiżankę świeżo zaparzonej kawy. Ruch na chwilę ustał, mogły więc zrobić sobie krótką przerwę.

– Wiesz, jak jest… – westchnęła Jagoda, a następnie spojrzała smutno na Laurę, postanowiwszy w końcu opowiedzieć jej swoją historię. Dotąd Laura wiedziała jedynie, że Jagoda dostała budynek w spadku po ciotce. – Kiedy odziedziczyłam tę kamienicę, była potwornie zadłużona. Wydaliśmy z Łukaszem wszystkie oszczędności, żeby ją utrzymać. Nie mieliśmy już pieniędzy, by zaczynać coś swojego, ba! Musieliśmy podjąć decyzję o wynajmie lokalu, by jakoś wiązać koniec z końcem.

– Nie mogliście wziąć kredytu, pożyczki na początek?

Jagoda rzuciła okiem na Laurę, po czym szybko spuściła wzrok.

– Łukasz nie chciał. Stwierdził, że będziemy musieli oddać dwa razy więcej, zawsze był sceptycznie nastawiony do kredytów. A ja, na zabój zakochana, chłonęłam każde jego słowo. Wierzyłam w to, że się odkujemy, że za kilka lat wypowiemy najem i otworzymy własną restaurację.

– Więc poszłaś do korpo, a on topił wasze oszczędności w tak zwanych wyjazdach służbowych z asystentkami… – Laura ze zrozumieniem pokiwała głową. Tę część opowieści akurat znała.

– Byłam w niego ślepo zapatrzona przez dobrych dziesięć lat – Jagoda zaśmiała się gorzko.

– Co się z nim teraz dzieje? – zapytała Laura niepewnie.

– Nie mam pojęcia. Chyba znów jest w jakiejś delegacji, bo się nie odzywa.

– W sumie jasno dałaś mu do zrozumienia, że nie chcesz go znać, nie ma powodów, by się odzywać…

– Ma powód. Złożyłam pozew o rozwód… z orzeczeniem o winie. – Jagoda zastygła na chwilę, w napięciu czekając na reakcję koleżanki.

– Moja dziewczyna! – Laura odstawiła filiżankę i serdecznie uściskała Jagodę.

– Gdybym tego nie zrobiła, mogłabym stracić kamienicę. Albo musiałabym go spłacić, a na to nie mam pieniędzy. Choć niewykluczone, że nawet w przypadku orzeczenia jego winy, będę musiała się z nim podzielić…

– Ale czemu mówisz to tak smutno?! Powinnaś się cieszyć, że w końcu się od niego uwolnisz! To drań, zdradzał cię bez skrupułów, a ty masz jeszcze jakieś wątpliwości?! I niczym nie będziesz się z nim dzielić, pozwij go dodatkowo o alimenty!

– No nie wiem, nie mam dowodów na jego zdrady. Może się wyprzeć… Słowo przeciwko słowu.

– Zakręć się w takim razie w jego firmie. Znajdź kogoś, kto za nim nie przepada. Nie wierzę, że w całej tej korporacji wszyscy go kochają.

– To rozwiązanie idealne… w filmie, nie w prawdziwym życiu, kochana… – Jagoda popatrzyła pobłażliwie na Laurę.

–  A bilingi? Esemesy? Mejle?

– Nie mam dostępu do takich rzeczy, poza tym sam musiałby mi je udostępnić, żeby było zgodnie z prawem...

Laura zamyśliła się na chwilę.

– No dobrze, a jak dowiedziałaś się, że cię zdradza?

– Zastałam ich u siebie. O tam, na górze. – Jagoda wskazała palcem sufit. Jej mieszkanie znajdowało się bowiem dwa piętra wyżej.

Pamiętała to, jakby wydarzyło się wczoraj. Po świętach wróciła wcześniej od rodziców i pod choinką znalazła bieliznę. Niestety nie była zapakowana, wręcz przeciwnie – wyglądała tak, jakby ktoś ją przed chwilą z siebie zrzucił. Odgłosy dochodzące z sypialni były na tyle jednoznaczne, że nawet nie miała ochoty oglądać tego świątecznego hitu. Zabrała spod choinki biustonosz i kilka godzin później, kiedy zapłakana wróciła do mieszkania, rzuciła go mężowi w twarz. Nie bronił się, nie tłumaczył. Na pytanie, jak długo to trwało, zapytał tylko: „Z którą?”. Kazała mu się spakować i wynieść następnego dnia. O dziwo, kiedy dzień później wróciła z pracy, szafy były opróżnione, zniknęły niemal wszystkie jego osobiste drobiazgi poza kilkoma wspólnymi fotografiami, które najwyraźniej nie przedstawiały dla niego większej wartości. Po Łukaszu nie było śladu.

Pozornie pozbierała się dość szybko. Doszła do wniosku, że już i tak wystarczająco dużo czasu zmarnowała na tego człowieka, nie był wart żadnego kolejnego dnia. Nie odbierała telefonów, sama też nie dzwoniła. Nie miała z nim kontaktu, odkąd się wyprowadził. Teraz, gdy wiedziała, że kiedy tylko Łukasz otrzyma pozew, z pewnością się do niej odezwie, złe emocje, które wtedy stłumiła, powoli zaczynały do niej wracać.

– Nie nagrałaś tego przypadkiem? – zapytała Laura, ale gdy tylko zobaczyła minę Jagody, zreflektowała się i przeprosiła. – To rzeczywiście nieciekawa sprawa, ale nie należy martwić się na zapas. Po prostu poczekaj z martwieniem się, aż dojdzie do rozprawy i będziesz znała jego stanowisko.

– W takich sprawach lepiej być przygotowanym wcześniej, tu nie ma miejsca na improwizację.

– A ja słyszałam, że w sądach bardzo często się improwizuje. Na kiedy masz wyznaczoną rozprawę?

– Jeszcze nie dostałam odpowiedzi na pozew. Podobno to może potrwać…

– Tym lepiej dla ciebie, będziesz miała czas na zebranie dowodów. A nie myślałaś o adwokacie?

– Nie mam na to pieniędzy. Poza tym muszę oszczędzać, jeśli rzeczywiście będę musiała go spłacić.

– Czyli wychodzi na to, że w naszym kraju jeśli chcesz się rozwieść, to musisz być bogaty?

Jagoda tylko wzruszyła ramionami. Zamyśliła się, lecz nie na długo, bo chwilę później do cukierni wparowała kilkunastoosobowa grupa turystów, których trzeba było jak najszybciej obsłużyć. Jagoda uśmiechnęła się z ulgą. Przez najbliższych kilkadziesiąt minut nie będzie miała czasu myśleć o nieprzyjemnych sprawach, a później… po prostu o tym zapomni. Podeszła do pierwszego klienta, zapytała, co może podać.

Kiedy ostatni goście wyszli z cukierni, Jagoda zamknęła drzwi na zasuwkę i odwróciła zawieszoną na drzwiach tabliczkę z napisem „otwarte”. Poprawiła delikatną firankę, zgasiła górne światło, zostawiając jedynie kinkiety, i uśmiechnąwszy się do siebie, zabrała się za sprzątanie. Laura skończyła wcześniej, dlatego zamknięcie cukierni, doprowadzenie jej do porządku oraz podliczenie utargu należały tego dnia do niej. Gdy uporała się już ze wszystkimi obowiązkami, zgasiła pozostałe światła, pozostawiając jedynie podświetlenie witryny, i wyszła tylnymi drzwiami na podwórko, po czym szybko dotarła do wejścia do klatki schodowej i niemal wbiegła po schodach na drugie piętro. Gdy tylko zamknęła za sobą drzwi mieszkania, zmęczona padła na kanapę. Perspektywa wolnego dnia, który miała przed sobą, napawała ją optymizmem. Mogła się wyspać, posprzątać mieszkanie, które od kilku dni tonęło w bałaganie, uporządkować parę spraw i po prostu chwilę odpocząć.

Od kilku tygodni brała wszystkie możliwe zmiany, zastępstwa, dodatkową pracę w kuchni i oferowała pomoc za każdym razem, kiedy pan Karol o coś prosił. Potrzebowała nadmiaru obowiązków, aby nie myśleć o tym, jak posypało jej się życie. Choć zbytnio nie przeżywała zdrady i rozstania (postawa Łukasza zresztą bardzo w tym pomogła, bo uświadomiła jej, że rzeczywiście miał za nic ich małżeństwo), było coś, co spędzało jej sen z powiek. Rozmowa z matką i ojcem. Konserwatywni rodzice, zakochani w zięciu i lukrowej otoczce małżeństwa, którą sobie ulepili na podstawie jakiegoś tradycyjnego, serialowego wzorca, nie przewidywali rozwodów w rodzinie. Bała się, że będą nią rozczarowani. Na samą myśl o tym zaczynał boleć ją brzuch, a oburzoną minę matki miała przed oczami za każdym razem, gdy zamykała powieki. Dlatego potrzebowała wsparcia podczas tej rozmowy. Na starszą siostrę nie mogła liczyć – Ewa miała takie same poglądy jak rodzice. Jedyną nadzieją było jej młodsze rodzeństwo. Agata – najmłodsza z ich czwórki – była z natury buntowniczką, od dziecka sprzeciwiała się rodzicom i ich nieustającym próbom okiełznania jej temperamentu, dlatego Jagoda wiedziała, że gdy tylko siostra usłyszy, co się stało, to od razu stanie za nią murem. Hubert natomiast był bratem bliźniakiem Jagody, to się rozumiało samo przez się, zawsze trzymał jej stronę. Postanowiła więc, że zanim rozmówi się z rodzicami, wtajemniczy w sprawę Agatę i Huberta, aby wspólnie opracowali taką linię obrony, której nawet ciskający gromy rodzice nie będą w stanie przebić. Wzięła telefon do ręki i już chciała wybrać numer Agaty, kiedy dotarło do niej, która jest godzina. Było tuż przed północą i choć wiedziała, że może liczyć na rodzeństwo o każdej porze dnia i nocy, postanowiła zadzwonić dopiero nazajutrz.

Obudziła się wypoczęta i pełna sił. Przeciągnęła się, po czym z uśmiechem spojrzała w okno – poranne, wczesnowiosenne słońce zamrugało do niej raźno. Wstała, podeszła do parapetu i spojrzała na budzące się do życia miasto. Zerknęła przez okno, żeby zobaczyć, czy ktoś wchodzi do cukierni. W tym samym momencie usłyszała dobiegający z dołu dźwięk dzwoneczka zawieszonego nad drzwiami „Słodkiej”. Ruch od samego rana – pomyślała z satysfakcją. Rozszerzenie oferty o pszenne bułki i bagietki było strzałem w dziesiątkę. Ich zapach rozchodził się po całej dzielnicy, kiedy kolejni klienci nieśli torebki z pieczywem do swoich domów lub do pracy.

Na samą myśl o świeżym pieczywie poczuła się głodna. Zarzuciła więc szlafrok i pomaszerowała do kuchni, aby przygotować sobie coś pysznego na śniadanie. Włączyła radio, podniosła kuchenną roletę i otworzyła lodówkę. Tost z jajkiem w koszulce wydał jej się odpowiednim wyborem na ten poranek. Nalała wody do garnka, postawiła go na kuchence, nastawiła głośniej radio i kołysząc w rytm piosenki biodrami, wzięła się za parzenie kawy.

Jej poranne harce w kuchni przerwał donośny dzwonek do drzwi. Wytarła ręce i pobiegła, by otworzyć.

– Dzień dobry! Czy pani Jagoda Mazurek? – zapytał uprzejmie listonosz.

– Tak, to ja.

– Mam dla pani list polecony. Proszę tu podpisać. – Listonosz podał jej kartkę i długopis, a gdy tylko złożyła podpis, wręczył kopertę, skinieniem głowy pożegnał się i ruszył w stronę schodów.

Jagoda spojrzała na kopertę. Gdy tylko odczytała pieczęć nadawcy, domyśliła się, co może być w środku. Sąd najprawdopodobniej wyznaczył termin rozprawy. To musiało oznaczać, że Łukasz odebrał pozew, jego milczenie było więc coraz bardziej zastanawiające. Znała go wystarczająco dobrze, aby wiedzieć, że bardzo mu się nie spodoba jej decyzja o orzekaniu o winie. Wpatrywała się w kopertę przez dłużą chwilę, dopiero gotująca się w czajniku woda wyrwała ją z zamyślenia. Położyła więc wciąż zamknięty list na stole obok talerza, zostawiając tę interesującą lekturę na śniadanie.

Dopiero gdy postawiła tosty i kawę, usiadła przy stole i otworzyła kopertę zdecydowanym ruchem. Rozłożyła kartkę i zaczęła ją uważnie studiować. Nie myliła się, sąd wyznaczył datę pierwszej rozprawy rozwodowej. Podparła dłonią czoło i odłożyła widelec na talerz.

– Trzy miesiące? – szepnęła do siebie z niedowierzaniem.

Jagoda zdawała sobie sprawę z tego, że polski wymiar sprawiedliwości pozostawia wiele do życzenia, jeśli chodzi o terminy procesów, nigdy jednak nie zastanawiała się nad tym głębiej, bo do tej pory jej to nie dotyczyło. Zastanawiali się ci, którzy rzeczywiście się po sądach ciągali. Dotarło do niej, że teraz to ona znalazła się w takiej sytuacji. Martwiła się już nie tyle odległym terminem i tym, że będzie musiała być żoną Łukasza jeszcze przez co najmniej trzy miesiące, obawiała się nieuczciwych zagrań z jego strony – miał na ich zaplanowanie wystarczająco dużo czasu.

Podskoczyła jak oparzona, gdy zadzwonił telefon. Od razu pomyślała, że to właśnie urażony Łukasz dzwoni, by nabluzgać na jej pozew. Odetchnęła z ulgą, kiedy na wyświetlaczu zobaczyła numer Agaty, zaraz jednak zdała sobie sprawę, że będzie musiała w końcu z nią poruszyć ten nieszczęsny temat. Tylko jak jej siostra zareaguje, kiedy dowie się, że Jagoda ukrywała prawdę od ponad trzech miesięcy?

– Cześć, boróweczko – zaczęła wesoło Agata, gdy Jagoda odebrała. – Jesteś dziś w pracy? Mam taką ochotę na twoją kremówkę…

– Nie, mam wolne, ale tak się składa, że chciałam cię do siebie zaprosić. Upiekę kremówki i otworzę wino na wieczór, co ty na to?

– Jesteś najlepsza!

– A ty nie idziesz jutro do pracy?

– Nie, też mam wolne – szybko rzuciła Agata.

– No dobrze, w takim razie zapraszam. Posprzątam mieszkanie, przygotuję pyszności, a wieczorem… poplotkujemy. „To brzmi jakoś przyjemniej niż porozmawiamy”, pomyślała Jagoda, czując, jak zaciska jej się gardło.

– Świetnie, już nie mogę się doczekać! Stęskniłam się za tobą! Od kilku tygodni tylko pracujesz. Łukasz ci za to nie suszy głowy? I nie będzie miał nic przeciwko mojej dzisiejszej wizycie? Bo wiesz, będziesz musiała mnie przenocować, jeśli mamy pić wino.

– O nic się nie martw – odparła Jagoda i ucieszyła się w duchu, że na przygotowanie się do tej rozmowy będzie miała jeszcze dobrych kilka godzin.

– Pojawię się w takim razie o dziewiętnastej.

– Cudownie, będę czekać – odparła już z mniejszym entuzjazmem Jagoda.

Na szczęście Agata szybko się rozłączyła. Jagoda patrzyła w bezruchu na telefon. Straciła zupełnie ochotę na śniadanie, które nadal leżało nietknięte na talerzu. Ugryzła kawałek, zmuszając się do przełknięcia, po czym odstawiła tosty na blat i poszła do łazienki, żeby wziąć prysznic. Jeśli miała dziś posprzątać, to musiała zacząć jak najszybciej, bo wyglądało na to, że będą to generalne porządki.

Do południa wszystkie przedmioty związane z jej małżeństwem spoczęły w niewielkim pudełku na stoliku w salonie. Było tego niewiele, Łukasz dość dokładnie po sobie posprzątał. Znalazły się tam tylko ich wspólne pamiątki, drobiazgi, na które nigdy nie zwracał uwagi, a z których ona cieszyła się jak dziecko. Beznamiętnie wpatrywała się w karton, zastanawiając się, gdzie mogłaby go upchnąć. W końcu zamknęła pudełko i wystawiła na korytarz, żeby przy okazji wynieść je na śmietnik.

Kiedy uporała się z kwestią pamiątek po mężu, zabrała się za właściwe sprzątanie mieszkania, łącznie z trzepaniem dywanów. Uwijała się w pocie czoła, żeby przed wieczorem zdążyć przygotować kolację i oczywiście ulubione kremówki Agaty. Nagle wpadła na pomysł, żeby zadzwonić do Huberta i jego też zaprosić do siebie, ale po chwili zrezygnowała. Choć perspektywa powtarzania całej historii kilka razy nie cieszyła jej zbytnio, postanowiła, że najpierw wprowadzi w temat Agatę. Choć Hubert był jej bliźniakiem i rozumieli się bez słów, Agata… była kobietą. Poza tym Hubert mieszkał w Warszawie i mógłby nie mieć czasu na taki nieplanowany wypad na wschód.

Kiedy na stoliku przy sofie stały już przygotowane przekąski, a w całym mieszkaniu pachniało świeżymi kremówkami, Jagoda rozejrzała się po raz ostatni po salonie. Brakowało tylko wina, wyciągnęła więc swoje ulubione, słodkie różowe wino i postawiła obok przygotowanych już wcześniej kieliszków. Kaliber sprawy, którą miały omówić, mógł okazać się zbyt duży, by poradziły sobie za pomocą tylko jednej butelki, ale na szczęście Jagoda posiadała porządny zapas trunków, który został jej jeszcze po ślubie, kiedy to od gości otrzymywali zamiast kwiatów właśnie alkohole. Tych akurat pamiątek nie miała zamiaru dziś się pozbywać.

Gdy usłyszała dzwonek do drzwi, przygryzła dolną wargę, rzuciła ostatni raz okiem na stolik, po czym poszła otworzyć. Uściskała siostrę, gdy tylko ta przekroczyła próg, wymachującą butelką różowego wina. Czyli zapas pozostanie nienaruszony. Zbyt nerwowo zaprosiła ją do środka i miała nadzieję, że Agata nie zauważyła jej napięcia. Sama zresztą też wyglądała na nieco rozkojarzoną.

– Stęskniłam się za tobą, maluchu. – Jagoda przytuliła Agatę raz jeszcze, kiedy już siedziały na sofie i wpatrywały się w siebie czule.

– Ja za tobą też… Nie mieszkamy daleko od siebie, a widujemy się tak rzadko, jakbyśmy żyły na co najmniej dwóch różnych kontynentach – westchnęła Agata.

– Musimy to nadrobić! – Jagoda zabrała się za otwieranie butelki.

Jej siostra spuściła w milczeniu głowę, więc Jagoda rzuciła jej badawcze spojrzenie i zmarszczyła brwi.

– O co chodzi? – zapytała wprost.

Agata nie patrzyła już na nią, tylko nerwowo splatała i rozplatała palce.

– Hej, dzieciaku, mów mi tu zaraz! Przecież widzę, że coś jest na rzeczy. – Jagoda nalała wina do kieliszków i odstawiła butelkę. Agata od razu sięgnęła po jeden z nich, po czym upiła spory łyk, krzywiąc się nieco.

– Zwolnili mnie z pracy – rzuciła po chwili ciszy i znów zatopiła usta w kieliszku.

– Co takiego?! Dlaczego?

– Źle wydałam z kasy…

– I to jest powód?! Nie mogłaś oddać ze swoich? Porozmawiać z dyrektorem?

– Wydałam za dużo o dwadzieścia tysięcy… Że muszę zwrócić, to jest oczywiste, ale zostałam zwolniona dyscyplinarnie…

Jagoda bez słowa gapiła się na Agatę. Nie wiedziała, co powiedzieć.

– Ale jakim cudem… – szepnęła w końcu – przecież nigdy nie zdarzały ci się takie błędy, nie w pracy! Jesteś roztrzepana, ale zawsze sobie dobrze radziłaś...

– Miałam fatalny dzień. Od rana młyn, zamykanie miesiąca, kilometrowe kolejki, wkurzona kierowniczka… Klient dzień wcześniej zgłosił koleżance, że chce wybrać w gotówce pięćdziesiąt tysięcy, ale ona wzięła urlop na żądanie, bo coś się stało u niej w domu i musiałam ją zastąpić. Miałam w głowię tę liczbę, a nie wiem czemu wydałam siedemdziesiąt… Nawet nie przeliczyłam przy kasie… Po prostu wydałam gotówkę.

– Nie próbowałaś się skontaktować z tym klientem? Może udałoby się odzyskać te pieniądze?

Agata popatrzyła na Jagodę i westchnęła ciężko.

– Nie wiesz, jacy są ludzie? Nikt się nie przyzna, jeśli na potwierdzeniu jest pięćdziesiąt, to tyle wziął i koniec. Poza tym on nie był z Kazimierza, po prostu klient banku. Jakiś turysta pewnie…

Jagoda patrzyła ze współczuciem na siostrę. Nie wiedziała, jak jej pomóc, jak pocieszyć.

– Ze zwolnieniem dyscyplinarnym w żadnym banku nie znajdę pracy. W ogóle trudno mi będzie znaleźć cokolwiek… Jaki pracodawca mi zaufa?

– Może udałoby się jakoś dogadać z twoim dyrektorem? Mogłabyś oddać te pieniądze i poprosić, żeby rozwiązał z tobą umowę za porozumieniem stron… Kiedy to się stało?

– Trzy dni temu. Od razu dostałam wypowiedzenie. Nic się nie da zrobić.

Jagoda zauważyła, że w oczach Agaty pojawiły się łzy. Przytuliła ją więc z całej siły i nie wypuszczała z objęć przez kilka dobrych minut. Czuła, jak drżą jej ramiona. Agata zaczęła płakać, więc Jagoda jeszcze mocniej ją objęła, gładząc po głowie.

– Wyobraź sobie, jaka burza rozpęta się w Kazimierzu, kiedy to się rozejdzie… To małe miasteczko…

Jagoda od razu domyśliła się, o co chodzi siostrze.

–  Nie powiedziałaś rodzicom?

– Jeszcze nie… Ale z pewnością niedługo się dowiedzą, uprzejme sąsiadki doniosą… –Pociągnęła nosem.

– Wiesz, że będzie lepiej, jeśli sama im o tym powiesz? Jeżeli dowiedzą się od znajomych albo, co gorsza, od jakichś wścibskich sąsiadów, za którymi nie przepadają, dopiero będzie wojna…

– Dlatego zdecydowałam, że wyjadę.

– Dokąd? Do Lublina?

– Lublin jest zbyt blisko. Rodzice i tak nie dadzą mi spokoju.

– Warszawa?

– Londyn.

– Co takiego?! – Jagoda z wrażenia omal nie rozlała wina.

– Mam koleżankę, która pracuje tam w hotelu. Załatwi mi pracę w recepcji. Całkiem nieźle radzę sobie z językiem, powinnam dać radę. Tutaj nikt mnie nie zatrudni z dyscyplinarką w CV, poza tym będę musiała odciąć się od rodziców, bo nie zniosę ich biadolenia.

– Wiesz, jak będą biadolić, jeśli uciekniesz do Wielkiej Brytanii?! Zresztą co to jest za pomysł? Teraz? Kiedy wszyscy wracają przez ten cały brexit?! Tam wcale nie jest lepiej, może dziesięć lat temu było, ale nie teraz, nie nowym imigrantom!

– Nie mam innego pomysłu.

– Spróbuj się dogadać z dyrektorem banku!

– Wstyd mi! Poza tym nie widziałaś jego reakcji, kiedy się dowiedział… Najchętniej chwyciłby mnie za poły marynarki, wytargał na zewnątrz i kopnął w tyłek na pożegnanie. Przecież to hańba dla jego banku. Taki nieodpowiedzialny pracownik!

– Jesteś tylko człowiekiem, masz prawo popełniać błędy!

– Ale nie takie… Za takie rzeczy zwalnia się z pracy, jestem tego świadoma. I już się z tym pogodziłam.

– Jakoś tego nie widzę…

– Czego? Tego, że się pogodziłam?

– Tego wyjazdu! To bardzo głupi pomysł. Na pewno znajdziesz inną pracę.

– Zejdź na ziemię, siostrzyczko. W bankach nie mam szans, w korporacjach tym bardziej… Pracodawcy mają teraz naprawdę wysokie wymagania, szczególnie że mogą przebierać… Ta oferta pracy w Anglii spadła mi jak z nieba. Akurat zwolniło się miejsce w recepcji w jednym z eleganckich hoteli.

– Ale to jest ucieczka! Nawet nie chcesz spróbować poszukać czegoś tutaj!– niemal krzyknęła Jagoda.

– No dobrze, nie chcę! Chcę za to się też wyrwać z tego małomiasteczkowego życia! Uciec od staroświeckich rodziców i zacząć po swojemu, bez codziennych upomnień czy telefonów.

– Chcesz im zrobić na złość?

– Tak! Chcę im pokazać, że potrafię żyć po swojemu!

– Nie wydaje mi się, żeby to był najlepszy moment na to… Tylko dolejesz oliwy do ognia…

– Łatwo ci mówić! – Agata też podnosiła głos. – Masz wymarzoną pracę, kamienicę po ciotce, ułożone, cukierkowe życie i cudownego męża! A ja nie mam już tak naprawdę nic poza pokojem w domu rodziców, w którym duszę się bardziej niż więzień w izolatce!

– Nie mam już męża – wypaliła Jagoda i wbiła wzrok w Agatę. Ta aż zamilkła z wrażenia, po czym kilka razy otwierała i zamykała usta, nie mogąc wydobyć z siebie głosu.

– Łukasz mnie zdradzał. Przyłapałam go w naszym mieszkaniu z jedną z jego kochanek.

– To ile ich było?! – wypaliła w końcu Agata.

– Naprawdę? – Jagoda popatrzyła na siostrę wrogo.

– Przepraszam, palnęłam bez zastanowienia… Ale jak to u was? Kiedy?!

– Po świętach. On wrócił wcześniej pod pretekstem załatwienia czegoś w firmie, pamiętasz? Ja przyjechałam następnego dnia, choć miałam zostać u rodziców dwa dni dłużej… Nie spodziewał się tego, więc…

– Ale w waszym łóżku?!

– Tak! Proszę cię, to i tak nie jest łatwe!

– Przepraszam, ja po prostu… Ale święta były trzy miesiące temu, dlaczego nic nie mówiłaś?!

– Bo mi było wstyd…

– Tobie?!

– Tak! Mnie! I nadal mi jest wstyd, że byłam w niego tak ślepo zapatrzona! Poza tym… też poniekąd z tego samego powodu, dla którego ty chcesz wyjechać…

– Rodzice?

– Tak.

– To jestem w stanie zrozumieć, ale dlaczego mnie nic nie powiedziałaś?! Jestem twoją siostrą, jakoś bym ci pomogła! Jak dałaś radę się pozbierać?

– O dziwo dość szybko. Przyjęłam, że skoro tak postąpił, to nie jest wart ani jednej mojej łzy. Zajęłam się pracą i jakoś wróciłam do normalności… Niedawno złożyłam pozew o rozwód, wcześniej nie miałam do tego głowy.

– Boże, Jagoda… – Tym razem to Agata przytuliła siostrę.

Trzymała ją w objęciach bardzo długo.

2.

– Siostrzyczko, nie wiem, jak ci dziękować – zaczęła Agata, kiedy pewnego ranka siedziały przy stole w kuchni, jedząc pyszne śniadanie.

– Za co? – Jagoda podała jej herbatę malinową.

– Za to, że mogłam przeczekać u ciebie tych kilka dni.

– Daj spokój, nie masz mi za co dziękować. Bardziej martwi mnie teraz twój powrót, bo jeśli rodzice już się od kogoś dowiedzieli…

– Dlatego chciałam cię prosić o coś jeszcze…

Jagoda już miała powiedzieć, że na pewno nie będzie jej tarczą ochronną przed rodzicami, kiedy zdała sobie sprawę, że jeszcze niedawno sama chciała w ten sposób ją wykorzystać.

– W takim razie obie powinnyśmy im powiedzieć o naszych życiowych porażkach – westchnęła.

– Wyrzekną się nas. Ja bez pracy, ze zwolnieniem dyscyplinarnym, zawiodłam ich zaufanie, a ty, przyszła rozwódka, która nie potrafiła utrzymać przy sobie męża…

– To zabrzmiało okrutnie.

– To zabrzmiało jak nasza mama.

– Przydałby się nam jeszcze Hubert, bo na Ewę nie mamy co liczyć. Ma dokładnie takie same, konserwatywne poglądy jak rodzice.

– Chciałaś powiedzieć zaściankowe. Staroświeckie!

– Może i tak. To co, myślisz, że powinnam zadzwonić do Huberta?

– Ciebie z pewnością poprze. To twój brat bliźniak.

– Więc jest tak samo rozsądny jak ja. Możemy na niego liczyć. – Jagoda poklepała siostrę po dłoni, po czym podsunęła jej miseczkę z owsianką i zachęciła do jedzenia.

Sama zaś zamyśliła się na dłuższą chwilę, obserwując widok za oknem. Wiele razy zastanawiała się, dlaczego Łukasz zrobił to, co zrobił. Rozważała wszelkie przyczyny, brała pod uwagę nawet własną winę. Może rzeczywiście go zaniedbała? Czy była dostatecznie dobrą żoną? Czy czuł się przez nią kochany, czy okazywała mu odpowiednio zainteresowanie? Może nie i dlatego poszukał go u innej kobiety? Ilekroć przypominała sobie ich krótkie małżeństwo (pobrali się dopiero w zeszłym roku, mimo że byli ze sobą od niemal dziesięciu lat), dochodziła do wniosku, że poza kilkoma większymi kłótniami nie zaliczyli żadnych kryzysów. Nie dawała mu powodów do zazdrości, nie była zaborcza czy humorzasta. Może jedynie zbyt dużo czasu poświęcała pracy, ale przecież pracowała tylko dwa piętra niżej, więc wydawało jej się, że była blisko domu. Starała się, by obiad zawsze na niego czekał, jeśli sama nie mogła go przygotować, to zamawiała coś na wynos. Robiła mu śniadania do pracy, całowała na do widzenia. Ich życie intymne też uważała za udane, nigdy „nie bolała jej głowa”, wręcz przeciwnie, bywały dni, że miała większą ochotę na seks niż Łukasz. Może to były pierwsze zapowiedzi katastrofy? Im dłużej o tym myślała, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że jeśli czymś zawiniła, to tylko tym, że dopuściła do głosu rutynę – być może po prostu znudziła swojego męża.

– O czym tak myślisz? – usłyszała głos Agaty.

– Słucham?

– Wyłączyłaś się na kilka minut.

– Przepraszam. Zastanawiam się, jak przekazać rodzicom nasze rewelacje… Ty przynajmniej jesteś na świeżo, ja zwlekałam kilka miesięcy.

– Poradzimy sobie. Ostatecznie ja wyjadę, a ty wrócisz tutaj i po prostu nie będziemy wysłuchiwać ich lamentów.

– Kiedy chciałabyś pojechać? Bo wiesz, muszę sobie wziąć co najmniej jeden dzień wolnego.

– Jutro?

– Zapytam Laurę albo którąś z pozostałych dziewczyn, czy mogą mnie zastąpić. A tymczasem uciekam, bo jeśli za dwie minuty nie pojawię się w cukierni, to Karol dostanie ataku paniki.

– Jesteś filarem tego miejsca. Nie myślałaś o tym, by wypowiedzieć mu umowę i samodzielnie rozkręcić tam biznes?

– Nie stać mnie na to w tym momencie. Nawet nie wiem, czy kamienica pozostanie moja… Czeka mnie rozwód, zapomniałaś? – Jagoda uśmiechnęła się bezradnie do Agaty i wstała od stołu, żeby wstawić do zlewu kubek. – Agatko?

– Tak?

– Ale ty nie masz mi za złe, że ciotka przepisała tę kamienicę tylko na mnie?

– Jagoda, nikt nie ma do ciebie o to pretensji. To ty zajmowałaś się ciotką, kiedy była chora, znajdując czas pomiędzy studiowaniem i dorabianiem do stypendium. Nikt inny jakoś nie miał na to ochoty… Wszyscy to rozumieją, naprawdę.

Jagoda uśmiechnęła się na wspomnienie kuzynki swojej mamy, ciotki Teresy, u której pomieszkiwała podczas studiów i której pomagała w czasie choroby. Zarzuciwszy na siebie płaszczyk, chwyciła torebkę i ruszyła w stronę drzwi.

– Boróweczko! – krzyknęła za nią Agata, gdy Jagoda stała już w progu. – Przyniesiesz mi coś dobrego?

– A nie możesz mnie odwiedzić? To dość blisko, wiesz? – Jagoda uśmiechnęła się szeroko.

– Nie mam ochoty pokazywać się światu – odparła Agata.

Od kilku dni, w rozciągniętym dresie, wegetowała na kanapie w salonie.

– Dobrze, ale jeśli mimo wszystko zdecydujesz się wychylić nos za drzwi, zapraszam! – odparła Jagoda i wyszła.

W cukierni pojawiła się dokładnie dwie minuty później. Laura, z którą najczęściej pracowała na jednej zmianie, już uwijała się za ladą. W pomieszczeniu jak zwykle pachniało pieczywem i słodkimi wypiekami. Inna kelnerka, Klaudia, obsługiwała właśnie jeden ze stolików. Jagoda uśmiechnęła się pod nosem i przywitawszy się z koleżankami, poszła na zaplecze, by przebrać się w jasnofioletowy fartuszek.

– Widzę, że gwarno tu od rana – powiedziała do Laury po powrocie.

– Chyba już cię to nie dziwi. – Kobieta uśmiechnęła się i również rozejrzała po cukierni.

– Nie dziwi, a za każdym razem cieszy coraz bardziej.

– Myślę, że pana Karola cieszy najbardziej. Gdybyś widziała rano jego minę, kiedy dowiedział się, jaki mieliśmy wczoraj utarg.

– Postarajmy się więc, żeby dziś zrobił jeszcze większe oczy.

– No to za chwilę będziesz miała okazję, by znacznie poprawić jego dochody.– Laura z szelmowskim uśmiechem kiwnęła głową w stronę wejścia.

Jagoda spojrzała przez witrynę w tym samym kierunku. Gdy zobaczyła, kto zbliża się do drzwi, spurpurowiała jak wiśniowy sernik na zimno stojący na najwyższej półce w lodówce.

– Pójdę do kuchni, zobaczę, czy nie potrzeba im pomocy – rzuciła szybko i już miała czmychnąć na zaplecze, lecz Laura przytrzymała ją za falbankę służbowego fartuszka.

– Ani mi się waż! Jeśli zobaczy, że cię nie ma, to pokręci się po cukierni i pójdzie!

– Ale Laura!

– Nie ma żadnego ale, to nasz stały klient, w dodatku kasiasty. Regularnie u nas zamawia, co niedziela kupuje najdroższy sernik!

– Bo pomyślę, że jesteś taka jak Karol! – syknęła Jagoda.

– Karol powinien ci za to premię wypłacać, jesteś żywą reklamą tej cukierni, przynajmniej w tym przypadku – dodała Laura ciszej, co jeszcze bardziej speszyło Jagodę.

Kiedy dzwoneczek nad drzwiami wdzięcznie zabrzęczał, obie stanęły prawie na baczność. Laura wciąż ściskała w dłoni rąbek fartucha Jagody, by ta przypadkiem nie wycofała się w ostatnim momencie na zaplecze.

Mężczyzna, który właśnie wszedł do środka, od wielu miesięcy regularnie odwiedzał cukiernię. Gdy pojawił się pierwszy raz, wywołał niemałe zamieszanie wśród damskiej części personelu. Był wysoki, postawny i bardzo elegancki: zawsze ubrany w idealnie dopasowany garnitur, szykowny czarny płaszcz i granatowy szalik. Za każdym razem kupował jedno duże ciasto, w niedziele zazwyczaj sernik, czasem dobierał do niego jakieś drobne ciastka. Był bardzo uprzejmy, ale jakby trochę nieobecny. I właśnie to najbardziej zwróciło uwagę Jagody. Choć się grzecznie uśmiechał, jego oczy były bardzo smutne, tak jakby chciały zdradzić to, co przeżywało serce.

Laura często upominała Jagodę, by nie analizowała każdego klienta i nie bawiła się w psychologa, ta jednak wiedziała, że to, co na zewnątrz, nie zawsze odzwierciedla to, co siedzi w środku. A może była po prostu przewrażliwiona? W końcu sama ostatnio tak właśnie się zachowywała – udawała, że wszystko jest w porządku. Obserwowała więc tego mężczyznę za każdym razem, gdy pojawiał się w cukierni, nawet jeśli była zajęta obsługiwaniem innych klientów. Nie chciała słuchać Laury, ale musiała przyznać, że – choć dyskretnie – ten klient największe zainteresowanie okazywał właśnie jej. Zwykle zastanawiał się nad wyborem ciasta tak długo, aż Jagoda mogła się nim zająć, przez co zaczęła się przy nim peszyć. Tym bardziej, że przypadł jej do gustu. Z wyglądu w ogóle nie przypominał Łukasza, co dodatkowo ją pociągało. W pewien sposób ją onieśmielał. Kiedy więc zobaczyła go w drzwiach, jej pierwszą reakcją była chęć ucieczki, Laura jednak na to nie pozwoliła.

Chcąc ukryć zmieszanie, Jagoda zaczęła udawać, że jest bardzo zapracowana, poprawiając desery stojące na ladzie. Kątem oka obserwowała, jak mężczyzna podchodzi do największej lodówki i zastanawia się nad wyborem. Laura szturchnęła ją nagle w bok.

– Podejdziesz czy nie? – syknęła upominawczo.

Jagoda popatrzyła na nią z przestrachem w oczach. Na ten widok jej koleżanka omal nie roześmiała się na głos. Wyjęła Jagodzie z ręki szpatułkę do nakładania ciasta, którą ta trzymała nad wyraz mocno, jak ostatnią deskę ratunku, i pchnęła ją w stronę witryny z sernikami.

Tomasz nie był zbytnio przekonany do pomysłu, który podsunęła Paulina. Nie miał wcale ochoty spotykać się ze znajomymi, a tym bardziej organizować takich spotkań u siebie w domu. Musiałby wszystko sam przygotować, posprzątać, poukładać, zabawiać, uśmiechać się, znów sprzątać. Nie miał na to sił ani nie odczuwał takiej potrzeby. Mógł raz na kilka miesięcy wyjść z nimi na piwo, ale spotykać się na domówce – to było dla niego zbyt wiele. Jeszcze nie był na to gotowy. Nie potrafił jednak odmawiać, więc zacisnął zęby i po prostu się zgodził, kiedy pełna entuzjazmu koleżanka z pracy zaproponowała spotkanie u niego, a reszta znajomych z zachwytem przystała na tę propozycję.

– No i jak tam, gotowy na dzisiejszy wieczór? – usłyszał nad głową.

Powoli spojrzał na Paulinę znad zestawienia, które właśnie analizował. Stała oparta o jego biurko ze skrzyżowanymi na piersi rękami. Nie mógł nie zwrócić uwagi na jej idealnie skrojoną spódniczkę, podkreślającą wspaniałe kształty, i dość duży dekolt. Jego zdaniem – za duży jak do biura.

– Prawie – odparł lakonicznie i wrócił do pracy.

– Słuchaj, nie musisz się martwić o jedzenie, każdy z nas coś przygotuje i przyniesiemy wyżerkę do ciebie – powiedziała przymilnie.

– Dziękuję. To dobry pomysł, mógłbym nie zdążyć ze wszystkim – rzucił takim tonem, jakby miał jeszcze dużo rzeczy do zrobienia.

W domu było czysto, a jedzenie i tak zamierzał zamówić gotowe, wystarczyło wyłożyć je na półmiski. Chciał przeżyć ten wieczór, pouśmiechać się trochę, pożegnać ze wszystkimi i zostać sam. To tylko kilka godzin, powtarzał sobie, posiedzą, pogadają o głupotach, o pracy, pójdą i wreszcie będzie mógł odpocząć.

– Bardzo się cieszę na to spotkanie – ciągnęła łagodnie Paulina. – Zobaczysz, będzie miło. – Położyła mu dłoń na ramieniu.

Tomasz podniósł głowę, lecz nie spojrzał na nią. Zdawał sobie sprawę z tego, że Paulina od pewnego czasu nadmiernie interesowała się jego osobą i uparcie dawała mu to do zrozumienia, mimo że on wcale nie odwzajemniał tego zainteresowania. Był tym wręcz momentami zmęczony. Chyba zauważyła, że posunęła się za daleko, bo zabrała rękę, nie wyszła jednak z jego gabinetu.

– To o której możemy wpaść? Przekażę reszcie.

– O której wam pasuje? – zapytał bez większego entuzjazmu.

– Może dwudziesta? Tak optymalnie.

Świetnie, pomyślał, im później przyjdą, tym krócej będą siedzieć. Po chwili jednak zganił się za tę myśl. To przecież byli jego przyjaciele, ludzie, których znał od lat, z którymi pracował, ekipa, która zawsze go wspierała, nawet w najgorszym momencie.

– Dobrze, będę na was czekał. – Spojrzał w końcu na nią i wysilił się na lekki uśmiech.

Paulina zaś wyraźnie się rozpromieniła i w jeszcze lepszym humorze wróciła do reszty, żeby poinformować o godzinie spotkania.

Tomasz przez moment bezmyślnie wpatrywał się w ekran komputera. Dziwny ucisk w klatce piersiowej nie dawał mu spokoju. Wiedział, że od śmierci Ewy minęło już dużo czasu, wciąż jednak nie potrafił się z nią pogodzić, a przedłużająca się żałoba odbijała się negatywnie nie tylko na jego samopoczuciu, lecz także na jego uczuciach wobec innych – teściów, przyjaciół, dalszych znajomych – tych, którzy tak bardzo chcieli mu pomóc, mimo że on ciągle odmawiał przyjęcia tego wsparcia. Spojrzał na zegar w laptopie, przejrzał dokumenty i stwierdził, że jeśli urwie się pół godziny wcześniej, to nic się nie stanie, szczególnie że dzienny plan miał już zrealizowany. Zabrał swoją aktówkę, wrzucił do niej komputer, teczki i ruszył w stronę wyjścia.

– Halo, co to za opuszczanie stanowiska pracy przed czasem? – usłyszał głos Adama, kiedy mijał jego biurko.

– Dyrektor czasem może. Szczególnie jeśli za kilka godzin ma nakarmić hałastrę tak zwanych przyjaciół – odpowiedział, siląc się na uśmiech.

– A, chyba że tak. Tomek?

– No co tam? – Zatrzymał się w pół kroku.

– Słuchaj, Paula zmobilizowała wszystkich do przygotowania jakichś przekąsek. Wiesz, ja jako kawaler nie bardzo mam na kim polegać, bo reszcie z pewnością żonki coś upichcą, a dziewczyny to same… Po prostu przyniosę coś do picia, może być?

– Jasne, Adam. Doskonale cię rozumiem – odparł swobodnie Tomasz, chociaż poczuł, że zaczyna zaciskać mu się gardło. – Coś do picia zdecydowanie się przyda – dodał z uśmiechem, by nie wywoływać w koledze wyrzutów sumienia. Do niedawna wszyscy obchodzili się z nim jak z jajkiem i to było o wiele gorsze niż obecny powrót do dawnego, rozrywkowego życia.

– Świetnie, to do zobaczenia! O ósmej, tak?

– Punkt dwudziesta, spóźnialskim nie otwieram – rzucił w odpowiedzi i wyszedł z biura.

Kiedy tylko dotarł na parking i wsiadł do swojego samochodu, wziął głęboki wdech. Ostatnio głównie improwizował, tym razem jednak nie miał pomysłu, co kupić, by rzeczywiście nie przyjąć gości pustym stołem lub samym alkoholem. Najpierw przyszło mu do głowy kupienie półproduktów i przygotowanie czegoś samodzielnie, nieraz robili tak z Ewą, wspólnie wygłupiając się w kuchni. Zdarzało się, że te wygłupy kończyły się w sypialni. Przymknął oczy na wspomnienie wspólnych, radosnych chwil. Przypomniał sobie jej cudowny śmiech, kiedy ją łaskotał, zmysłowe pomruki, jakie wydawała, gdy obejmując ją od tyłu, całował czule jej kark. Pamiętał zapach jej ulubionych perfum, pamiętał, jak cudownie miękkie były jej kasztanowe, długie włosy. Była idealna, piękna i kochana. Najukochańsza. Jak miał teraz poradzić sobie bez niej?