Jagiellonowie. Złoty wiek - Sławomir Koper - ebook

Jagiellonowie. Złoty wiek ebook

Sławomir Koper

4,2

Opis

Wędrówka w czasie i przestrzeni po najciekawszych zabytkach czasów ostatnich Jagiellonów, nie bez powodu nazywanych złotym wiekiem dziejów Polski. Autor wraz z synem przemierza nie tylko ziemie będące dzisiaj w granicach naszego kraju, ale odwiedza również inne terytoria znajdujące się pod władzą tej dynastii a obecnie leżące na terytorium: Litwy, Łotwy, Białorusi, Ukrainy, Czech, Słowacji i Węgier. To książka o czasach i ludziach, polityce i kulturze, wojnach i obyczajach. Wybitne postacie mieszają się ze zwykłymi ludźmi, Polacy z innymi narodowościami, tworząc razem niezwykłą opowieść o tamtej epoce.

Czy Zygmunt August kochał Barbarę Radziwiłłównę?

Czy Bona była jedzą, czy też wielkim politykiem?

Czy klątwa pięknej szlachcianki spowodowała wygaśnięcie dynastii Gryfitów?

Jak wyglądał renesans w Polsce?

Czy szlachecki parlamentaryzm i przywileje szlacheckie przynosiły więcej szkody, czy pożytku?

Dlaczego wygasła dynastia Jagiellonów?

Na te, i nie tylko te pytania odpowiedź znajdziemy w najnowszej książce Sławomira Kopra.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 277

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (13 ocen)
7
4
1
0
1
Sortuj według:
AmeliaKotkowa

Nie oderwiesz się od lektury

W przystępny sposób opisana historia Polski. Polecam.
00

Popularność




I. Od Bał­tyku do Adria­tyku

I

Od Bał­tyku do Adria­tyku

Grodno, czer­wiec 1492/Kra­ków, wrze­sień 1492

7 czerwca 1492 roku w Grod­nie zmarł Kazi­mierz Jagiel­loń­czyk. Wybitny monar­cha zasia­dał na kra­kow­skim tro­nie przez 45 lat, a jego pano­wa­nie było nie­mal nie­prze­rwa­nym pasmem suk­ce­sów. Odszedł tak, jak żył, w spo­sób godny i po męsku. Gdy zapadł na zdro­wiu i dowie­dział się od leka­rzy, że nie dają mu szans na wyzdro­wie­nie, to stwier­dził: „więc tedy umrzeć”. I wię­cej już nie pytał o swoje zdro­wie.

Cho­ciaż zano­to­wał także pewne nie­po­wo­dze­nia, mógł być dumny z bilansu swo­jego pano­wa­nia. On i jego naj­bliż­sza rodzina pano­wali od Oki do Odry i od Gdań­ska do Zagrze­bia. Blok państw jagiel­loń­skich się­gał od Bał­tyku do Morza Czar­nego i Adria­tyku, a w ciągu kil­ku­dzie­się­ciu lat potom­ko­wie Jagiełły stali się naj­po­tęż­niej­szą dyna­stią euro­pej­ską.

Śmierć króla po dłu­gim pano­wa­niu zawsze sta­nowi gra­nicę w dzie­jach pań­stwa, ale w przy­padku Kazi­mie­rza było to szcze­gól­nie odczu­walne. W swo­jej ostat­niej woli władca zale­cił wybra­nie na tron pol­ski Jana Olbrachta, nato­miast na Litwę skie­ro­wał kolej­nego syna, Alek­san­dra. Został on tam ogło­szony wiel­kim księ­ciem, co ozna­czało zerwa­nie unii per­so­nal­nej mię­dzy oby­dwoma kra­jami.

Nie wia­domo, jakie były powody decy­zji Kazi­mie­rza. Może chciał unik­nąć rywa­li­za­cji pomię­dzy braćmi lub doszedł do wnio­sku, że żaden z jego synów nie będzie potra­fił sku­tecz­nie rzą­dzić jed­no­cze­śnie Pol­ską i Litwą, tym bar­dziej że od wschodu nara­stało zagro­że­nie moskiew­skie, a w ruskich pro­win­cjach Wiel­kiego Księ­stwa bun­to­wali się boja­rzy. Wpraw­dzie Kazi­mierz na kilka lat przed śmier­cią krwawo zła­mał opo­zy­cję, ale moż­no­władcy nie zamie­rzali zaprze­stać oporu, nato­miast jego syno­wie nie dys­po­no­wali odpo­wied­nim doświad­cze­niem i auto­ry­te­tem.

Zmarły król nosił pol­ską koronę i wiel­kok­sią­żęcy koł­pak litew­ski. W Wil­nie był władcą dzie­dzicz­nym, nato­miast w Koro­nie elek­cyj­nym. Dla­tego dowol­nie dys­po­no­wał tro­nem litew­skim, nato­miast w Pol­sce mógł tylko zale­cić wybór nowego władcy. Tak zresztą się też stało i na zakoń­cze­nie sejmu w Piotr­ko­wie, pod koniec sierp­nia 1492 roku, obrano Jana Olbrachta na króla Pol­ski. Mie­siąc póź­niej odbyła się koro­na­cja w kate­drze wawel­skiej i dla naszego kraju roz­po­częła się nowa epoka.

Lewo­cza

Jecha­li­śmy przez sło­wac­kie Tatry, droga była bar­dzo kręta i nie dusi­łem spe­cjal­nie samo­chodu. Zresztą Grześ, gdy zoba­czył, jak wygląda trasa, to wręcz demon­stra­cyj­nie prze­siadł się na tylne sie­dze­nie naszego opla. Naj­wy­raź­niej uznał, że tam będzie bez­piecz­niej­szy, co nie zmie­niało faktu, że usta mu się nie zamy­kały.

– Po co wła­ści­wie jedziemy do Lewo­czy?

– Ładne mia­sto – odpar­łem. – Poza tym tam działy się cie­kawe wyda­rze­nia w epoce Jagiel­lo­nów.

– Na Sło­wa­cji? – powąt­pie­wał syn.

Wzru­szy­łem ramio­nami, cza­sami Mło­demu wszystko nale­żało tłu­ma­czyć łopa­to­lo­gicz­nie.

– To nie była jesz­cze Sło­wa­cja – zaczą­łem.

– Tak, wiem – prze­rwał mi. – Wysoki kraj, czyli część Węgier. A dwie węgier­skie sto­lice leżały na Sło­wa­cji.

Wes­tchną­łem. Gryś miał świetną pamięć i dosko­nale pamię­tał naszą wizytę w Koszy­cach. Wtedy długo mu tłu­ma­czy­łem skom­pli­ko­wane dzieje naszego połu­dnio­wego sąsiada.

– Sło­wa­cja ni­gdy nie była nie­pod­le­głym kra­jem – zaczą­łem. – Przez pra­wie tysiąc lat była czę­ścią Węgier. I wła­śnie w Lewo­czy odbyło się wio­sną 1494 roku ważne spo­tka­nie wład­ców jagiel­loń­skich. Oma­wiali sprawy wspól­nej poli­tyki.

– Nie­dawno ze sobą wal­czyli, a teraz wzięli się za dys­ku­sję – zauwa­żył syn. – Czyli wszystko pozo­stało w rodzi­nie.

– Poli­tyka zawsze jest poli­tyką – odpar­łem. – Toczyli wojny, ale teraz przy­szedł czas na narady w spra­wach, które inte­re­so­wały wszyst­kich. Nato­miast mia­sto jest bar­dzo ładne, zoba­czysz, że spodoba ci się.

Dzi­siej­sza Lewo­cza liczy nie­spełna 15 tysięcy miesz­kań­ców, ale raz do roku prze­żywa praw­dziwe oblę­że­nie. W pierw­szą nie­dzielę lipca na leżącą w pobliżu Mariań­ską (Maryjną) Górę przy­by­wają piel­grzymki z całej Sło­wa­cji i oko­licz­nych kra­jów. To jedno z naj­waż­niej­szych sank­tu­ariów maryj­nych w Euro­pie Środ­ko­wej, a cho­ciaż piel­grzymi poja­wiają się rów­nież w innych mie­sią­cach, to jed­nak na co dzień w mia­steczku domi­nuje senna, pro­win­cjo­nalna atmos­fera.

Widok na Lewo­czę (fot. Semu)

Lewo­cza spra­wia wra­że­nie, jakby czas zatrzy­mał się przed wie­kami. Cen­trum oto­czone murami, sześć baszt obron­nych, dwie bramy i uro­kliwy rynek z kil­ku­dzie­się­cioma kamie­ni­cami z epoki śre­dnio­wie­cza i rene­sansu. To pamiątki daw­nej świet­no­ści mia­sta leżą­cego na tra­sie kara­wan kupiec­kich podró­żu­ją­cych od Bał­tyku po Morze Czarne i Adria­tyk. Dogodna loka­li­za­cja wraz z przy­wi­le­jami spo­wo­do­wały, że pręż­nie roz­wi­jało się tutaj rze­mio­sło, a Lewo­cza stała się jed­nym z naj­waż­niej­szych miast pół­noc­nych Węgier. U schyłku śre­dnio­wie­cza stało tutaj ponad 500 domów, a mury obronne miały około 3 kilo­me­trów dłu­go­ści.

W kwiet­niu 1494 roku do Lewo­czy przy­byli: Wła­dy­sław, król Czech i Węgier, Jan Olbracht, król Pol­ski, oraz ich dwaj bra­cia: Zyg­munt (zwany póź­niej Sta­rym) i Fry­de­ryk, arcy­bi­skup gnieź­nień­ski. Poja­wił się rów­nież szwa­gier Jagiel­lo­nów, mar­gra­bia bran­den­bur­ski Fry­de­ryk Hohen­zol­lern.

– Nie było Alek­san­dra? – zdzi­wił się Grześ, gdy zapar­ko­wa­łem samo­chód pod jed­nym z hoteli, gdzie wcze­śniej zare­zer­wo­wa­łem pokój.

– Nie – odpar­łem. – Ale wcze­śniej uzgod­nił wszystko z Janem Olbrach­tem.

– Powiedz mi w takim razie, o co wła­ści­wie cho­dziło z tym podzia­łem wła­dzy pomię­dzy Olbrachta i Alek­san­dra. Ich ojciec był jed­no­cze­śnie kró­lem i wiel­kim księ­ciem. A teraz zerwano unię Pol­ski z Litwą?

– Dobrze, ale tro­chę póź­niej. – Szar­pa­łem się z walizką w bagaż­niku. – Na razie bierz swoje rze­czy i idziemy do hotelu.

W recep­cji roze­grała się scena, do któ­rej przy­zwy­cza­iłem się już pod­czas kolej­nych poby­tów na Sło­wa­cji. Ja pró­bo­wa­łem mówić w miej­sco­wym języku, obsługa po pol­sku i kom­plet­nie się nie rozu­mie­li­śmy. Wresz­cie prze­szli­śmy na wła­sne języki i pro­blemy znik­nęły.

Roz­pa­ko­wy­wa­li­śmy się w pokoju, a Gryś, cie­kaw­ski jak zwy­kle, poszedł, by obej­rzeć łazienkę. Po chwili wypadł z niej pod­eks­cy­to­wany.

– Tato, musisz to zoba­czyć – stwier­dził kate­go­rycz­nie. – Cze­goś takiego jesz­cze nie widzia­łeś.

Wzru­szy­łem ramio­nami, gdyż nie wie­dzia­łem, co mogłoby mnie zdzi­wić w hote­lo­wej łazience. Ale Młody fak­tycz­nie miał rację, wanna z natry­skiem była ogromna. Miała kształt muszli i spra­wiała wra­że­nie, jakby można było w niej pły­wać.

– Pra­wie jak basen – zauwa­ży­łem.

– No wła­śnie. To idziemy na kola­cję?

– Pora już – potwier­dzi­łem. – Jak pod­jeż­dża­li­śmy pod hotel, widzia­łem lokal z kuch­nią sło­wacką. Mam ochotę na tutej­sze pie­rogi.

– Świetny pomysł – zgo­dził się syn. – To ruszamy.

Gdy cho­dziło o jedze­nie, był natych­miast gotowy do wyj­ścia. Cza­sami zasta­na­wia­łem się, gdzie on to wszystko w sobie mie­ści. Też chciał­bym mieć taki ape­tyt i żad­nych śla­dów po sutej kola­cji…

Mistrz Paweł z Lewo­czy

Nie­wiele zoba­czy­li­śmy tego wie­czoru w mie­ście, po kola­cji pobłą­ka­li­śmy się tro­chę po ład­nie pod­świe­tlo­nym rynku, ale wkrótce powró­ci­li­śmy do hotelu. Jed­nak następny dzień poświę­ci­li­śmy na to, co obaj lubi­li­śmy naj­bar­dziej, czyli na wędrówkę bez jasno okre­ślo­nego celu po nie­zna­nym mie­ście. Dobrze zro­bi­li­śmy, gdyż spa­cer po Lewo­czy jest zachwy­ca­ją­cym prze­ży­ciem. Senne, rzadko odwie­dzane przez tury­stów mia­steczko i fan­ta­styczne zabytki. Prze­piękny, rene­san­sowy ratusz, kamie­nice i naj­cen­niej­sza budowla mia­sta, kościół św. Jakuba.

Kościół św. Jakuba (fot. Hen­ryk Bie­la­mo­wicz)

Na pamiątkę spo­tka­nia Jagiel­lo­nów w kościele wznie­siono ołtarz Matki Boskiej Śnież­nej, gdzie wśród innych zdo­bień umiesz­czono herb Lewo­czy i pol­skiego jagiel­loń­skiego orła. To jed­nak atrak­cja raczej wyłącz­nie dla przy­by­szów z naszego kraju, gdyż waż­niej­szy jest inny ele­ment wypo­sa­że­nia świą­tyni. Fan­ta­styczny ołtarz główny słusz­nie uwa­żany jest za jeden z naj­cen­niej­szych zabyt­ków sztuki gotyc­kiej w tej czę­ści Europy. Jego auto­rem był przy­ja­ciel i uczeń Wita Stwo­sza Paweł z Lewo­czy, a zaby­tek jest nawet nieco więk­szy od swo­jego odpo­wied­nika w kościele Mariac­kim w Kra­ko­wie. To naj­wyż­szy ołtarz gotycki na świe­cie, gdyż liczy ponad 18 metrów wyso­ko­ści.

– Wow – szep­nął Grześ. – Wyda­wało mi się, że po tym, co widzia­łem w Kra­ko­wie, nic już nie zrobi na mnie wra­że­nia.

Miał rację, dzieło mistrza Pawła jest jed­nym z naj­pięk­niej­szych wytwo­rów sztuki schyłku śre­dnio­wie­cza. W cen­tral­nej czę­ści tryp­tyku znaj­dują się ponadna­tu­ral­nej wiel­ko­ści posągi Matki Boskiej, św. Jakuba Apo­stoła i św. Jana Ewan­ge­li­sty, wyko­nane z lipo­wego zło­co­nego drewna. Na skrzy­dłach obrazy z życia obu świę­tych, a na dole scena z Ostat­niej Wie­cze­rzy. Mistrz Paweł, podob­nie jak Wit Stwosz, spor­tre­to­wał współ­cze­snych sobie miesz­czan, jed­nak część swo­ich boha­te­rów usa­do­wił tyłem do widza, co dodaje ołta­rzowi auten­tycz­no­ści. To zapo­wiedź nad­cho­dzą­cego już rene­sansu.

Zabyt­kowe wypo­sa­że­nie kościoła nie koń­czy się jed­nak na dziele mistrza Pawła. Wewnątrz świą­tyni znaj­duje się jesz­cze 18 kolej­nych gotyc­kich i rene­san­so­wych ołta­rzy, wielka kazal­nica i pięk­nie rzeź­bione drew­niane ławy z prze­łomu XV i XVI wieku. Zwra­cają uwagę także nieco póź­niej­sze organy, które przez wiele lat były naj­więk­szym tego rodzaju instru­men­tem na zie­miach wcho­dzą­cych w skład Kró­le­stwa Węgier. Cało­ści dopeł­niają piękne gotyc­kie skle­pie­nia pokryte malo­wi­dłami.

Ołtarz mistrza Pawła w kościele św. Jakuba (fot. Lure)

Nie­wiele nato­miast zacho­wało się infor­ma­cji o życiu mistrza Pawła. Nie znamy miej­sca ani daty jego uro­dzin, a nawet naro­do­wo­ści. Wła­ści­wie wia­domo tylko to, że zawodu uczył się w Norym­ber­dze i Kra­ko­wie, a około 1500 roku osiadł w Lewo­czy. Tutaj oże­nił się, otwo­rzył warsz­tat rzeź­biar­ski i docho­wał się kilku synów. Spod jego dłuta wyszły wów­czas także inne znane dzieła: ołtarz św. Bar­bary w Bań­skiej Bystrzycy, ołtarz św. Jerzego w Spi­skiej Sobo­cie oraz ele­menty wypo­sa­że­nia kościo­łów w Bar­dio­wie, Pre­szo­wie, Nowej Wsi Spi­skiej i Saso­wej. Na miej­sco­wej sta­rówce zacho­wał się dom, w któ­rym miesz­kał, ale nie znamy daty jego śmierci. Wia­domo tylko, że zmarł pomię­dzy 1537 a 1542 rokiem.

Król Wła­dy­sław Jagiel­loń­czyk

Sie­dzie­li­śmy na tara­sie jed­nego z lokali przy rynku. Ja piłem caffè latte, a Grześ swoją ulu­bioną mro­żoną her­batę. Po chwili zresztą popro­si­łem o piwo, a Młody od razu się skrzy­wił:

– Pijesz piwo – zauwa­żył – i co dalej?

– Maru­dzisz – odpar­łem. – Dzi­siaj i tak już nie sia­dam za kie­row­nicą. Poza tym trzeba oszczę­dzać.

– Hm, to zna­czy? – zdzi­wił się.

– Sam widzia­łeś, że tutaj woda mine­ralna czy cola jest droż­sza od piwa. Zresztą sło­wac­kie piwo jest świetne.

– Aku­rat – roze­śmiał się. – Ale niech ci będzie. Po co zatem Jagiel­lo­no­wie tutaj zje­chali?

– Na pewno nie z miło­ści bra­ter­skiej – wzru­szy­łem ramio­nami. – Cho­ciaż podobno fak­tycz­nie wszy­scy bar­dzo się wzru­szyli pod­czas powi­ta­nia i nawet popła­ki­wali wspól­nie. Ale liczyła się twarda poli­tyka.

Wła­dy­sław nosił koronę cze­ską i węgier­ską, Jan Olbracht objął tron pol­ski, nato­miast Alek­san­der rzą­dził na Litwie. Cztery naj­waż­niej­sze pań­stwa tej czę­ści Europy pozo­sta­wały pod rzą­dami rodzo­nych braci. Jagiel­lo­no­wie stali się pierw­szą dyna­stią na kon­ty­nen­cie.

– Tro­chę ponad sto lat wcze­śniej – powie­dział Grze­gorz w zamy­śle­niu – Jagiełło był jesz­cze poga­ni­nem. A teraz jego wnu­ko­wie decy­do­wali o losach Europy. Przy ich pań­stwach posia­dło­ści Habs­bur­gów wyglą­dały bar­dzo mizer­nie.

– Masz rację – pochwa­li­łem. – I dobrze, że nie usi­łu­jesz uznać, iż pań­stwa Jagiel­lo­nów sta­no­wiły jedną całość. Nawet Pol­ska i Litwa rzą­dziły się innymi pra­wami, a co dopiero mówić o Cze­chach czy Węgrzech. Inna sprawa, że fak­tycz­nie był to zwarty i potężny obszar od Bał­tyku do Adria­tyku i Morza Czar­nego.

Wła­dy­sław, będący kró­lem Czech i Węgier, nosił także koronę chor­wacką, a żadne z tych państw nie sta­no­wiło mono­litu. W skład Czech wcho­dziły rów­nież Łużyce i księ­stwa ślą­skie, z któ­rych część była rzą­dzona z Pragi, a część znaj­do­wała się w rękach miej­sco­wych Pia­stów uzna­ją­cych zwierzch­nic­two króla. Zbli­żona sytu­acja była na Węgrzech i w Chor­wa­cji, gdzie poszcze­gólne zie­mie rzą­dziły się wła­snymi pra­wami. Żaden z ówcze­snych wład­ców jed­nak nie myślał o scen­tra­li­zo­wa­niu swo­ich posia­dło­ści, tak by sta­no­wiły jed­no­lity obszar rzą­dzony według takich samych prze­pi­sów praw­nych. Czas państw naro­do­wych miał dopiero nadejść w odle­głej przy­szło­ści.

– Wiesz, jakie tytuły nosił Wła­dy­sław Jagiel­loń­czyk? – zapy­ta­łem.

– Pew­nie dużo, i do tego bar­dzo skom­pli­ko­wa­nych…

– Z łaski Bożej – zaczą­łem recy­to­wać – król Węgier, Czech, Dal­ma­cji, Chor­wa­cji, Ramy, Ser­bii, Gali­cji, Lodo­me­rii, Kuma­nii i Buł­ga­rii, a także książę Ślą­ska i Luk­sem­burga oraz mar­gra­bia Moraw i Łużyc etc. I tak można cią­gnąć jesz­cze długo.

– Część tych tytu­łów – prych­nął Młody – była tylko pre­ten­sjami sprzed wie­ków, a takie pań­stwa już nie ist­niały. Co to takiego Kuma­nia?

– Tery­to­ria zamiesz­ki­wane dawno temu przez ple­miona koczow­ni­czych Kuma­nów, które osie­dliły się na Nizi­nie Węgier­skiej po najaz­dach mon­gol­skich. Była nawet Wielka Kuma­nia i Mała.

– No i co z tego? – zde­ner­wo­wał się chło­pak. – Kuma­no­wie osie­dlili się prze­cież w gra­ni­cach Węgier.

– Tak – bro­ni­łem się – ale za Jagiel­lo­nów były to tereny auto­no­miczne, zatem miały wła­sne prze­pisy prawne.

– No dobrze, a ta Rama? Brzmi jak nazwa mar­ga­ryny.

– Rama to pozo­sta­łość po pod­boju Bośni, która pozo­sta­wała oddziel­nym pań­stwem pod rzą­dami węgier­skich dyna­stii.

– W porządku – zape­rzył się chło­pak. – A w Luk­sem­burgu Jagiel­loń­czyk też pano­wał?

– Oczy­wi­ście, że nie, ale był to spa­dek po dyna­stii rzą­dzą­cej wcze­śniej w Cze­chach.

Wła­dy­sław Jagiel­loń­czyk

– Ser­bia, Buł­ga­ria – wyli­czał syn. – Prze­cież tam od dawna byli już Turcy. A Gali­cja, czyli Halicz, była pol­ska.

– Zga­dza się, ale wiesz, jak to jest z tytu­ło­ma­nią u wład­ców. Jak można było coś sobie dorzu­cić, by wszystko brzmiało długo i wspa­niale, to tak robiono.

– Tak jak z ruskimi gene­ra­łami – roze­śmiał się syn. – Im wię­cej medali i orde­rów na piersi, tym lepiej.

Nie zmie­nia to jed­nak faktu, że pano­wa­nie nad taką mozaiką kró­lestw i księstw było dużym wyzwa­niem. Zdolny poli­tyk mógł dać sobie radę, ale pro­blem pole­gał na tym, że Wła­dy­sław kom­plet­nie nie nada­wał się do rzą­dze­nia pań­stwem, a tym bar­dziej wie­loma pań­stwami. Poza tym nie potra­fił sobie dobrać odpo­wied­nich dorad­ców, a to był już ogromny kło­pot. Histo­ria notuje wielu nie­spe­cjal­nie uzdol­nio­nych wład­ców, któ­rzy dawali sobie radę w zawi­ło­ściach poli­tyki, gdy pozo­sta­wiali trud­niej­sze sprawy lojal­nym współ­pra­cow­ni­kom.

Wła­dy­sław był jed­nak typem sła­bego monar­chy ule­ga­ją­cego swo­jemu oto­cze­niu, które bez­względ­nie to wyko­rzy­sty­wało. Z tego powodu nazy­wano go nawet rex bene, czyli król – dobrze. Pod wie­loma wzglę­dami zacho­wy­wał się jak jego młod­szy brat, póź­niej­szy Zyg­munt Stary.

– No tak – zauwa­żył syn. – Tylko że on nie miał przy sobie Bony.

– No wła­śnie – potwier­dzi­łem.

– Ale cały czas uni­kasz odpo­wie­dzi – zauwa­żył Grze­gorz. – Po co oni tutaj wła­ści­wie przy­je­chali? Ow­szem, wal­czyli ze sobą, teraz chcieli się pokle­pać po bar­kach, ale chyba nie o to cho­dziło?

– Oczy­wi­ście – odpar­łem. – Wpraw­dzie fak­tycz­nie gło­śno szlo­chali ze wzru­sze­nia, ale w tle były waż­niej­sze sprawy. Każdy z Jagiel­lo­nów miał wła­sne pro­blemy. Nie­obecny Alek­san­der był zagro­żony przez Moskwę, któ­rej władcy uwa­żali, że to oni powinni pano­wać nad Rusią. Wpraw­dzie wielki książę nie doje­chał do Lewo­czy, ale wcze­śniej spo­tkał się z Olbrach­tem i brat dobrze wie­dział o jego kło­po­tach. Z kolei król Pol­ski miał pro­blemy z Tur­kami i Tata­rami, któ­rzy jesz­cze za życia jego ojca zajęli dwa ważne porty czar­no­mor­skie: Kilię i Bia­ło­gród. Dotych­czas nale­żały do zależ­nej od Pol­ski Moł­da­wii i odgry­wały ważną rolę w gospo­darce naszego kraju. Zresztą hospo­dar Moł­da­wii już wcze­śniej nie potra­fił sku­tecz­nie odpie­rać Tur­ków i musiał pła­cić im try­but. Poza tym wia­domo było, że suł­tan nie zado­woli się tylko Moł­da­wią. Ozna­czało to, że zagro­żone były połu­dniowe zie­mie Pol­ski.

Jed­nak naj­więk­sze pro­blemy miał Wła­dy­sław Jagiel­loń­czyk. Powszech­nie uwa­żano, że był „dosko­na­łym czło­wie­kiem, ale żad­nym kró­lem”. Wszy­scy podzi­wiali jego życz­li­wość, dobry cha­rak­ter, nie­chęć do pro­wa­dze­nia wojen, a nie­któ­rzy nawet twier­dzili, że zacho­wy­wał się tak, jakby był „zesłany z nieba”.

– Tak – zauwa­żył zgryź­li­wie Grze­gorz. – Tylko że czasy były nie bar­dzo odpo­wied­nie dla anio­łów.

– No wła­śnie – potwier­dzi­łem. – Sytu­acja poli­tyczna była trudna i na tro­nie powi­nien zasia­dać ktoś o znacz­nie tward­szym cha­rak­te­rze.

Tym­cza­sem Wła­dy­sław „zawsze chciał być zwany dobrym i łaska­wym” i z tego powodu popa­dał w tara­paty, tym bar­dziej że nawet wybitny poli­tyk na jego miej­scu miałby pro­blemy z opa­no­wa­niem sytu­acji. W Cze­chach od lat trwały kon­flikty reli­gijne pomię­dzy kato­li­kami i spad­ko­bier­cami husy­tów, zwa­nymi utra­kwi­stami. Pre­ten­sje do tronu w Pra­dze zgła­szali Habs­bur­go­wie i z tego powodu kró­lowi Czech odma­wiano uzna­nia jego prawa do obioru cesa­rza. Na domiar złego Jagiel­loń­czyk nie potra­fił zadbać o dochody skarbu i pod wpły­wem oto­cze­nia rezy­gno­wał z kolej­nych podat­ków. Zrzekł się nawet tra­dy­cyj­nego prawa kaduka.

– O! – zain­te­re­so­wał się chło­pak. – Zawsze zasta­na­wia­łem się, co to zna­czy, że coś należy do kogoś pra­wem kaduka.

– Stary oby­czaj śre­dnio­wieczny – odpar­łem. – Jeśli wła­ści­ciel ziem­ski nie miał syna i nie pozo­sta­wił testa­mentu, to jego mają­tek prze­cho­dził na rzecz władcy z pomi­nię­ciem innych krew­nych.

– Myśla­łem, że to okre­śle­nie na bez­pra­wie, a ty twier­dzisz, że było to jed­nak nor­malne postę­po­wa­nie?

– Jak naj­bar­dziej – potwier­dzi­łem – gdyż ozna­czało, że mają­tek uzna­wano za bez­pań­ski. Nie zmie­nia to jed­nak sytu­acji, że bra­ciom czy cór­kom zmar­łego wcale się to nie podo­bało. Szcze­gól­nie gdy rycerz czy szlach­cic poległ na woj­nie wywo­ła­nej przez jego władcę. Dla­tego w Pol­sce znie­siono takie prawo jesz­cze pod­czas roz­bi­cia dziel­ni­co­wego.

– Czyli – zamy­ślił się Grze­gorz – wyko­rzy­stano czas, kiedy wła­dza Pia­stów była słaba. Jeżeli nato­miast w Cze­chach prawo to znik­nęło dopiero za cza­sów Wła­dy­sława, to ozna­cza, że fak­tycz­nie był sła­bym kró­lem.

Inne pro­blemy miał nato­miast Jagiel­loń­czyk na Węgrzech. Pań­stwu temu zagra­żali Turcy, któ­rzy w 1492 roku naje­chali na połu­dniowo-wschod­nie tereny kró­le­stwa. Udało się ich ode­przeć, ale dal­sza wojna była tylko kwe­stią czasu. Na domiar złego nara­stały pro­blemy wewnętrzne, gdyż Wła­dy­sław, ule­ga­jąc magna­tom, przy­zna­wał im coraz wię­cej przy­wi­le­jów, a to nie podo­bało się rycer­stwu. Poja­wiły się żąda­nia, by ode­brać koronę nie­udol­nemu kró­lowi i powo­łać na tron kogoś bar­dziej odpo­wied­niego.

Trudno się z tym nie zgo­dzić, gdyż Wła­dy­sław fak­tycz­nie nie był monar­chą odpo­wied­nim na trudne czasy. Zapewne lepiej zapi­sałby się w dzie­jach, gdyby rzą­dził w latach pokoju, potra­fił prze­cież pięk­nie roz­bu­do­wać zamek na pra­skich Hrad­cza­nach. Prze­szedłby wów­czas do histo­rii jako Wła­dy­sław Budow­ni­czy, Dobro­tliwy albo Łaskawy, a tak stał się syno­ni­mem króla nie­do­łęgi.

Spa­ce­rem po skan­se­nie daw­nych epok

Cho­ciaż zawsze byłem wiel­bi­cie­lem Českiego Krum­lova, to muszę przy­znać, że Lewo­cza nie­wiele mu ustę­puje. W zabyt­ko­wym cen­trum, oto­czo­nym murami obron­nymi, można chwi­lami odnieść wra­że­nie, że czas zatrzy­mał się tu przed wie­kami. Mie­li­śmy przed sobą kolejny dzień spo­koj­nego zwie­dza­nia, tym bar­dziej że syn nie zdra­dzał chęci wędrówki na Mariań­ską Górę. Wcale się nie dzi­wi­łem, był gorący koniec czerwca i ja także nie mia­łem ochoty masze­ro­wać w skwa­rze pod górę. W zamian poszli­śmy wzdłuż mie­rzą­cych 2,5 kilo­me­tra dłu­go­ści murów obron­nych. To znacz­nie wię­cej niż słynne obwa­ro­wa­nia chor­wac­kiego Dubrow­nika, a w całej Euro­pie nie­wiele zna­la­złoby się miast o dłuż­szym obwo­dzie for­ty­fi­ka­cji. Tak naprawdę to Lewo­czę prze­wyż­szają tylko fran­cu­skie Car­cas­sonne i toskań­ska Lukka. Oczy­wi­ście tamte obwa­ro­wa­nia są bar­dziej malow­ni­cze i o wiele sław­niej­sze, ale sło­wac­kie mia­sto też nie ma powo­dów do kom­plek­sów.

Mury obronne Lewo­czy (fot. S. Koper)

Część obwa­ro­wań (około 500 metrów) roze­brano w XIX stu­le­ciu, nato­miast nie­które frag­menty nie­dawno zre­kon­stru­owano. Dawną fosę zastą­piły traw­niki, ale i tak byli­śmy zachwy­ceni. Na dłu­żej zatrzy­ma­li­śmy się przy Basz­cie Kupiec­kiej, gdzie znaj­do­wała się uro­kliwa, nie­wielka restau­ra­cja. Grześ szybko pochło­nął por­cję klu­sek ziem­nia­cza­nych w sosie bryn­dzowo-śmie­ta­no­wym ze skwar­kami (halušky), a ja, by daleko od niego nie odbie­gać, zamó­wi­łem demi­kat, czyli zupę bryn­dzową z ziem­nia­kami i beko­nem. Przy oka­zji usły­sza­łem pyta­nie, czy znów zamie­rzam oszczę­dzać, ale uda­łem, że nie zro­zu­mia­łem. Z cie­ka­wo­ścią roz­glą­da­łem się po lokalu, gdyż zawsze uwiel­bia­łem dawne wnę­trza przy­sto­so­wane do dzi­siej­szych potrzeb. Baszta Kupiecka powstała w poło­wie XVII wieku i była wów­czas naj­młod­szym ele­men­tem sys­temu obron­nego Lewo­czy. Obo­wią­zek jej utrzy­my­wa­nia spo­czy­wał na miej­sco­wych han­dlow­cach, co zade­cy­do­wało o jej nazwie. Z upły­wem lat popa­dła jed­nak w ruinę i zamie­rzano ją prze­bu­do­wać na wię­zie­nie, ale osta­tecz­nie prze­kształ­cono w budy­nek miesz­kalny. Teraz wieża ofe­ruje chwilę odpo­czynku stru­dzo­nym tury­stom.

Brama Koszycka (fot. Hen­ryk Bie­la­mo­wicz)

Warto nato­miast poświę­cić dłuż­szą chwilę na oglę­dziny naj­bar­dziej efek­tow­nej bramy miej­skiej Lewo­czy, zwa­nej Koszycką. Była to główna brama grodu, a nazwę zawdzię­cza trak­towi wio­dą­cemu do sto­licy wschod­niej Sło­wa­cji. Powstała praw­do­po­dob­nie na początku XIV wieku i kie­dyś strze­gła mostu zwo­dzo­nego nad fosą, być może dodat­kowo umoc­niona bar­ba­ka­nem. Nad samym prze­jaz­dem wznosi się wieża, gdyż bramy do miast czy zam­ków zawsze były naj­słab­szymi punk­tami obrony. Dla­tego nie­mal zawsze wzmac­niano ich walory defen­sywne.

– Stąd w Kra­ko­wie Brama Flo­riań­ska – wykrzyk­nął trium­fal­nie syn – i tam­tej­szy Ron­del.

– Zga­dza się – potwier­dzi­łem. – Zresztą bar­ba­kany były sta­łym punk­tem obron­nym miast w daw­nych wie­kach. A przy oka­zji, czy widzia­łeś kie­dyś zamek lub jego ruiny, gdzie nad bramą nie wzno­si­łaby się wieża lub jej pozo­sta­ło­ści?

Pewien zawód spra­wiła nato­miast Mło­demu Brama Pol­ska. Wyda­wało mu się, że powinna być znacz­nie bar­dziej wspa­niała niż Koszycka, jed­nak zde­cy­do­wa­nie jej ustę­po­wała. Fak­tycz­nie w tym miej­scu zaczy­nał się trakt pro­wa­dzący do naszego kraju, ale wjazd ni­gdy nie był prze­zna­czony do nor­mal­nego ruchu kupiec­kiego. Dawni han­dlowcy, kie­ru­jąc się do Pol­ski lub z niej przy­jeż­dża­jąc, prze­kra­czali Bramę Koszycką, gdzie mogli zała­twić wszel­kie for­mal­no­ści, nato­miast druga wieża bramna sta­no­wiła rodzaj wyj­ścia awa­ryj­nego i wzmoc­nie­nie sys­temu obron­nego Lewo­czy.

Wolno powra­ca­li­śmy w stronę rynku, gdyż wcze­śniej wła­ści­wie obej­rze­li­śmy tylko wnę­trze kościoła św. Jakuba. Wpraw­dzie rano Młody długo zachwy­cał się pano­ramą placu z okna hote­lo­wego, ale teraz przy­szedł czas na bez­po­średni kon­takt z miej­sco­wymi kamie­ni­cami.

Zwie­dza­nie warto roz­po­cząć od wol­nego okrą­że­nia rynku, gdyż plac Mistrza Pawła ota­cza ponad 60 zabyt­ko­wych kamie­ni­czek. Budynki powstały głów­nie w XIV i XV wieku, a z cza­sem je roz­bu­do­wy­wano, doda­jąc jedną lub dwie kon­dy­gna­cje. Więk­szość z nich jest pięk­nie odre­stau­ro­wana, a w jed­nej zlo­ka­li­zo­wano nasz hotel.

Brama Pol­ska (fot. Pude­lek)

Cho­ciaż Lewo­cza jest wyjąt­kowo uro­kli­wym miej­scem, jed­nak widać było, że poza pierw­szą dekadą lipca nie­wielu tutaj tra­fiało przy­jezd­nych. Wpraw­dzie mogłaby swo­bod­nie rywa­li­zo­wać z Českim Krum­lo­vem, ale nie jest nasta­wiona na duży ruch tury­styczny. Miało to jed­nak duże zalety, gdyż nie prze­śla­do­wały nas karne wycieczki chiń­skie i japoń­skie, które potra­fiły zablo­ko­wać każdy cie­kaw­szy frag­ment w cze­skich mia­stach. Ow­szem, widy­wa­li­śmy poje­dyn­czych przy­by­szy z Azji, ale ich liczba była wręcz śla­dowa. Dzięki temu w miej­sco­wych loka­lach nie widzie­li­śmy sko­śno­okich tury­stów spo­ży­wa­ją­cych z prze­ję­ciem potężne golonki (vepřové koleno) pie­czone w piwie. Naj­wy­raź­niej to popu­larne za naszą połu­dniową gra­nicą danie uznano za naj­bar­dziej typowe dla Cze­chów i Sło­wa­ków. Z dru­giej jed­nak strony, dla przy­by­szów z Azji zapewne ja rów­nież wyglą­dał­bym dość egzo­tycz­nie, jedząc sushi widel­cem lub pal­cami. Ni­gdy nie nauczy­łem się uży­wać pałe­czek, a Mło­demu cho­ciaż był w tym znacz­nie lep­szy ode mnie, też daleko pozo­sta­wało do mistrzo­stwa. Czy­nił jed­nak stałe postępy, pod­czas gdy ja dałem sobie już spo­kój.

Kamie­nica Turzo­nów (fot. Hen­ryk Bie­la­mo­wicz)

Nie­stety, umiar­ko­wany ruch tury­styczny powo­duje, że Lewo­cza ma dużą wadę w porów­na­niu z Krum­lo­vem, Dubrow­ni­kiem czy Kra­ko­wem. W ści­słym, zabyt­ko­wym cen­trum dopusz­czony jest nor­malny ruch kołowy i samo­chody psują wize­ru­nek rynku oraz jego oko­lic. Główny plac mia­sta i ota­cza­jące go uliczki zde­cy­do­wa­nie lepiej by wyglą­dały bez aut par­ku­ją­cych nie­mal w każ­dym miej­scu i psu­ją­cych per­spek­tywę zdjęć. Nie mówiąc już o hała­sie i spa­li­nach.

Nie zmie­nia to faktu, że rynek jest nie­zwy­kle uro­kli­wym miej­scem, a kilka kamie­ni­czek pre­zen­tuje się naprawdę zna­ko­mi­cie. Na czoło wysuwa się otyn­ko­wana na ciem­no­żółty kolor kamie­nica Turzo­nów we wschod­niej pie­rzei placu. Od razu przy­cią­gają wzrok wspa­niale zdo­bione murki dachowe zwane atty­kami. Przy oka­zji można dostrzec nie­co­dzienną kon­struk­cję budynku, składa się on bowiem z dwóch nie­rów­nych czę­ści, z któ­rych pierw­sza ma dwa pię­tra, a druga tylko jedno. W zamian attyka tej dru­giej jest bar­dziej roz­bu­do­wana.

Ratusz w Lewo­czy (fot. Sła­wo­mir Koper)

Wyja­śnie­nie tego stanu rze­czy jest sto­sun­kowo pro­ste. Kie­dyś stały w tym miej­scu dwie kamie­niczki, a gdy w XV wieku nabyli je nowi wła­ści­ciele, wybu­do­wali jeden budy­nek. Tak przy­naj­mniej twier­dzą prze­wod­niki, ale doszli­śmy z Grze­siem do wnio­sku, że raczej nie burzono pier­wot­nych, gotyc­kich domów. W zamian prze­bu­do­wy­wano je w stylu rene­san­so­wym i stąd wziął się zauwa­żalny brak syme­trii. Nie zmie­nia to jed­nak faktu, że jest to naj­pięk­niej­szy dom na Rynku, obec­nie mie­ści się w nim archi­wum.

Plac ota­cza jesz­cze wiele uro­kli­wych kamie­ni­czek, ale naj­bar­dziej wzrok przy­ciąga budy­nek ratu­sza. Ten pięk­nie zdo­biony gmach powstał na miej­scu daw­nej gotyc­kiej sie­dziby władz miej­skich, znisz­czo­nej przez pożar w 1550 roku. Po odbu­do­wie pre­zen­to­wał styl rene­san­sowy, ale nie prze­trwał do naszych cza­sów w ówcze­snym kształ­cie. Wojny i klę­ski żywio­łowe spo­wo­do­wały liczne remonty i prze­bu­dowy, a naj­wię­cej zmian wpro­wa­dzono w XIX wieku. Zgod­nie z ówcze­sną modą budyn­kowi nadano cha­rak­ter neo­re­ne­sansu, a do tego zwień­czono go jesz­cze dość dziw­nie pre­zen­tu­ją­cym się dachem.

– Pod­róbka to jed­nak nie ory­gi­nał – zauwa­żył Młody. – Szkoda, że nie przy­wró­cono mu daw­nego wyglądu.

– Zga­dzam się. A ten dziwny dach miał podobno nadać budyn­kowi roman­tyczny cha­rak­ter.

Chło­pak wzru­szył ramio­nami, ale po chwili bar­dziej zain­te­re­so­wała go meta­lowa klatka sto­jąca w pobliżu budynku. Zdzi­wiony pod­niósł na mnie wzrok.

– To dawny prę­gierz – wyja­śni­łem. – Tutaj nazy­wał się klatką hańby.

– Nie widzia­łem ni­gdy takiego – nie dowie­rzał. – Nor­mal­nie to rodzaj słupka albo murku czy rzeźby, do któ­rej przy­ku­wano ska­zań­ców.

– Szcze­rze mówiąc, ja też widzę coś takiego pierw­szy raz – potwier­dzi­łem. – A pew­ność mam z tego powodu, że czy­ta­łem wcze­śniej na ten temat. Może dla­tego prę­gierz ma taki kształt, gdyż podobno był prze­zna­czony wyłącz­nie dla kobiet.

– To faceci tutaj nie popeł­niali prze­stępstw?

– Oczy­wi­ście, że popeł­niali – uśmiech­ną­łem się. – Ale nawet w daw­nych cza­sach lepiej było odsu­nąć uka­raną kobietę od tłumu, tym bar­dziej że umiesz­czano tutaj ska­zań­ców w dni tar­gowe, by odczu­wali więk­szą hańbę.

– Cza­row­nicę palono na sto­sie – gło­śno myślał Grze­gorz – zło­dziejce uci­nano rękę albo wie­szano. Jakie zatem kobiety tra­fiały do tej klatki?

Kamie­niczki w pobliżu cen­trum Lewo­czy (fot. Sła­wo­mir Koper)

Wes­tchną­łem. Młody cza­sami zada­wał trudne pyta­nia.

– Takie – zaczą­łem ostroż­nie – które naru­szyły oby­czaje.

– To zna­czy? – nie ustę­po­wał.

– Na przy­kład takie – zna­la­złem wresz­cie odpo­wiedź – które wyszły wie­czo­rem na mia­sto bez zgody męża.

Pokrę­cił głową, spoj­rzał na mnie nieco dziw­nie, ale na szczę­ście nie kon­ty­nu­ował tematu. Ode­tchną­łem.

Złota epoka Lewo­czy trwała aż do począt­ków XVIII wieku. Potem nad­szedł okres wojen i epi­de­mii, które przy­pie­czę­to­wały los mia­sta. Osta­teczny cios zadało upo­wszech­nie­nie trans­portu kole­jo­wego, gdy pociągi prze­jęły rolę daw­nych kara­wan kupiec­kich. Lewo­cza nie zna­la­zła się na tra­sie uru­cho­mio­nej w 1871 roku linii łączą­cej Koszyce z Cze­chami. Nie budo­wano tutaj zakła­dów prze­my­sło­wych, han­dlowcy omi­jali mia­sto, które zaczęło się wylud­niać. Nie­ba­wem miało stać się skan­se­nem daw­nych epok bez zna­cze­nia gospo­dar­czego i poli­tycz­nego.

Spi­ski Hrad

Sło­wa­cja potrafi zaska­ki­wać, gdyż ni­gdy nie podej­rze­wa­łem, że w pobliżu Lewo­czy tra­fimy na ruiny naj­więk­szej budowli obron­nej w tej czę­ści Europy. Na nagim wzgó­rzu wzno­szą się pozo­sta­ło­ści daw­nej sto­licy admi­ni­stra­cyj­nej Spi­sza, for­tecy, któ­rej powierzch­nia zaj­mo­wała ponad 4 ha. Wła­śnie z tego miej­sca zarzą­dzały tą kra­iną rodziny: Turzo­nów, Zápolyów i Csàkych.

Budowla powstała na prze­ło­mie XI i XII stu­le­cia, a sto lat póź­niej, pod­czas najaz­dów mon­gol­skich, miała już muro­wane wały, dzięki czemu w jej wnę­trzu mogła prze­trwać oko­liczna lud­ność. Z upły­wem poko­leń zamek był wie­lo­krot­nie prze­bu­do­wy­wany, doda­wano nowe bastiony obronne. Wędru­jąc dzi­siaj po jego ruinach, można bez pro­blemu odna­leźć obok sie­bie ele­menty gotyc­kie, rene­san­sowe czy baro­kowe.

Mie­li­śmy szczę­ście, gdyż na tere­nie przy­le­ga­ją­cym do ruin dzia­łała wła­śnie wio­ska rycer­ska. Mło­demu zaświe­ciły się oczy, a ja rów­nież chęt­nie bym sobie postrze­lał z łuku czy kuszy.

– Będzie na to czas – stwier­dzi­łem kate­go­rycz­nie. – Teraz zwie­dzimy pozo­sta­ło­ści zamku, a na pod­zam­cze pój­dziemy póź­niej.

– W porządku. A dla­czego mówisz o pod­zam­czu? To nie była część zamku?

Sta­li­śmy w oknie nie­wiel­kiego pomiesz­cze­nia na dru­giej kon­dy­gna­cji ruin. Pod nami roz­cią­gały się namioty, dymiły kowal­skie mie­chy i piec chle­bowy, grupki ludzi krę­ciły się wokół bud sty­li­zo­wa­nych na dawne warsz­taty. Pasło się kilka koni, a do tego mocno hała­so­wało stadko owiec.

– I tak, i nie – odpar­łem z namy­słem. – Tak nazy­wano osadę, gdzie pra­co­wali ludzie na potrzeby zamku. Róż­nego rodzaju kowale, ryma­rze czy pie­ka­rze. Wpraw­dzie była ona oto­czona murem obron­nym, ale od wła­ści­wej twier­dzy oddzie­lały ją kolejne for­ty­fi­ka­cje.

– Ale cza­sami takie pod­zam­cze nazy­wano też niskim zam­kiem – upie­rał się Młody. – Było więc jego czę­ścią czy też nie?

– To zale­żało od woli wła­ści­ciela – wzru­szy­łem ramio­nami. – Fak­tycz­nie cza­sami przy­łą­czano pod­zam­cze do zamku wła­ści­wego i dodat­kowo je for­ty­fi­ko­wano. Ale wtedy obok powsta­wała nowa osada rze­mieśl­ni­cza, która przej­mo­wała więk­szość obo­wiąz­ków gospo­dar­czych, bo wszyst­kiego nie można było zro­bić w warowni. Cho­dziło o bez­pie­czeń­stwo budowli.

Spi­ski Hrad (fot. Sła­wo­mir Koper)

Naj­star­szym zacho­wa­nym frag­men­tem Spi­skiego Hradu (Zamek Spi­ski, Spišský Hrad) jest wieża z XIII stu­le­cia, sta­no­wiąca frag­ment tzw. Gór­nego Zamku. Obok znaj­dują się ruiny romań­skiego pala­tium, które słu­żyło wła­ści­cie­lom gma­chu aż do dru­giej połowy XV wieku. Wtedy to Ste­fan Zápolya roz­po­czął prze­bu­dowę, two­rząc repre­zen­ta­cyjną magnacką sie­dzibę. Na jego pole­ce­nie wybu­do­wano nowy pałac, w nim salę rycer­ską oraz kaplicę św. Elż­biety. W tym miej­scu uro­dziła się też jego córka Bar­bara, która po latach miała wyjść za Zyg­munta Sta­rego i zostać kró­lową Pol­ski. Uwa­żano ją za naj­więk­szą miłość Jagiel­lona, który długo nie potra­fił otrzą­snąć się po jej przed­wcze­snej śmierci. Cie­szyła się też dużą popu­lar­no­ścią na tere­nach Rzecz­po­spo­li­tej, a jej legenda wzma­gała się wraz z rosnącą nie­chę­cią do kolej­nej żony Zyg­munta, Bony Sfo­rzy.

Kres świet­no­ści Zamku Spi­skiego przy­nio­sły wojny u schyłku XVII stu­le­cia, warow­nia prze­stała speł­niać funk­cje obronne i opu­sto­szała. Jej los przy­pie­czę­to­wał wielki pożar w 1780 roku, po któ­rym for­tecy już nie odbu­do­wano. Obec­nie ma sta­tus zabez­pie­czo­nej ruiny.

W ruinach Spi­skiego Hradu (fot. Sła­wo­mir Koper)

Zwie­dza­nie Spi­skiego Hradu ozna­cza wędrówkę labi­ryn­tem kamien­nych kory­ta­rzy, ale na szczę­ście trasa jest dobrze ozna­ko­wana. W czę­ściowo zre­kon­stru­owa­nych wnę­trzach odtwo­rzono dawną kaplicę, kuch­nię zam­kową, sypial­nię, a także izbę tor­tur. Warto też zwró­cić uwagę na nie­wielką eks­po­zy­cję histo­ryczną, jed­nak naj­więk­sze wra­że­nie spra­wia makieta zamku z cza­sów jego świet­no­ści. To była jed­nak nie­zwy­kła budowla.

– Do sprawy Zyg­munta Sta­rego, Bony i Bar­bary Zápolyi jesz­cze powró­cimy – powie­dzia­łem, gdy sta­nę­li­śmy na tara­sie wido­ko­wym. – Pod­czas zjazdu w Lewo­czy przy­szły król miał 27 lat i był ostatni w kolejce do splen­do­rów. Wpraw­dzie pro­sił braci o wydzie­le­nie mu jakie­goś księ­stwa, ale oni mieli waż­niej­sze sprawy na gło­wie.

Pod­czas roz­mów Wła­dy­sław i Jan Olbracht wyra­żali sprzeczne opi­nie. Wpraw­dzie usta­lono, że należy prze­ciw­sta­wić się Tur­cji, ale pro­ble­mem była sprawa Moł­da­wii. Była ona len­nem Pol­ski, ale pre­ten­sje do zwierzch­nic­twa zgła­szali także Węgrzy. W efek­cie ni­gdy wła­ści­wie nie miało dojść do współ­dzia­ła­nia braci, co w przy­szło­ści przy­nio­sło fatalne skutki dla Jagiel­lo­nów.

– A nie mogli zro­bić księ­ciem Moł­da­wii Zyg­munta? – zapy­tał Grześ. – Miałby to swoje księ­stwo, a oni prze­sta­liby się kłó­cić.

– Też na to wpa­dli – uśmiech­ną­łem się. – Ale po raz kolejny przy­nio­sło to bar­dzo złe efekty.

Usta­lono jed­nak, że w razie zagro­że­nia wła­dzy Wła­dy­sława na Węgrzech pozo­stali bra­cia wspo­mogą go zbroj­nie. W zamian naj­star­szy z Jagiel­lo­nów miał nie pro­te­sto­wać prze­ciwko wypra­wie Jana Olbrachta na Moł­da­wię. I cho­ciaż efekty poli­tyczne zjazdu były nie­wiel­kie, miał on jed­nak ogromne zna­cze­nie pro­pa­gan­dowe. Na kil­ka­na­ście dni sło­wac­kie mia­sto stało się sto­licą Europy, a Jagiel­lo­no­wie zade­mon­stro­wali jed­ność, cho­ciaż tak naprawdę nie potra­fili ze sobą współ­pra­co­wać.

Zjazd wywarł też wiel­kie wra­że­nie na Wła­dy­sła­wie Jagiel­loń­czyku. Na pewien czas prze­stał być gnu­śnym i powol­nym monar­chą, zadzi­wiał oto­cze­nie swoją aktyw­no­ścią. Odrzu­cił nawet pro­po­zy­cję dłuż­szego rozejmu ze strony Tur­cji, zga­dza­jąc się tylko na trzy­let­nie zawie­sze­nie broni. Wzbu­dziło to zanie­po­ko­je­nie w Stam­bule (Kon­stan­ty­no­polu), gdzie zaczęto się oba­wiać współ­dzia­ła­nia Pol­ski i Węgier. Nie­długo jed­nak Wła­dy­sław na nowo popadł w apa­tię i zaczęto mówić, że odzywa się tylko trzy razy dzien­nie. Była to alu­zja do faktu, że władca miał zwy­czaj codzien­nie uczest­ni­czyć w trzech mszach, a tam fak­tycz­nie musiał się cza­sami odzy­wać. Zapewne gdyby był bar­dziej podobny do swo­jego ojca Kazi­mie­rza Jagiel­loń­czyka albo brata Jana Olbrachta, to pano­wa­nie Jagiel­lo­nów w Cze­chach i na Węgrzech prze­trwa­łoby dłu­żej.

– I bar­dzo dobrze – pod­su­mo­wał Grześ – że cho­ciaż był naj­star­szym z braci, to ni­gdy nie zasiadł na pol­skim tro­nie. A teraz idziemy tro­chę postrze­lać? Z łuku pew­nie będziesz lep­szy, ale kusza to coś dla mnie!

Przed nami roz­ta­czał się jeden z naj­pięk­niej­szych kra­jo­bra­zów, jakie w życiu widzia­łem. W oddali mury warow­nego mia­steczka (Kapi­tuły Spi­skiej), od połu­dnia białe skały rezer­watu przy­rody. Wzgó­rza i doliny, z rzadka prze­ry­wane dom­kami wio­sek leżą­cych w cie­niu drzew. Sło­wa­cja to jed­nak piękny kraj, cho­ciaż Grze­gorz zda­wał się tego nie dostrze­gać. Od kiedy zoba­czył wio­skę rycer­ską, w gło­wie mu były tylko kusze, łuki, strzały i włócz­nie. Dobrze, że przy­naj­mniej nie miał ochoty na walkę na mie­cze, naj­wy­raź­niej uwa­ża­jąc, że byłoby to zbyt męczące. Dla­tego też ski­ną­łem głową i zeszli­śmy na pod­zam­cze. Nad­szedł czas na lek­cję histo­rii w prak­tyce.

Uroki miej­sco­wej kuchni

Wizyta na Sło­wa­cji jest zna­ko­mitą oka­zją do pozna­nia tam­tej­szej kuchni. Zresztą obaj zawsze uwa­ża­li­śmy, że pod­czas podróży po Euro­pie należy pozna­wać miej­scowe oby­czaje. Prze­cież to praw­dziwy absurd podró­żo­wać w odle­głe miej­sca, by pić i jeść to samo co w domu.

Sło­wa­cja pod wzglę­dem kuli­nar­nym jest kra­jem bar­dzo przy­ja­znym Pola­kom. Miej­scowa kuch­nia naj­czę­ściej przy­po­mina nasze potrawy z Pod­hala, posiłki są smaczne, bar­dzo sycące i lepiej nie liczyć kalo­rii. Ozdobą miej­sco­wego jadło­spisu są potrawy mączne, obo­wiąz­kowo z dodat­kiem zawie­si­stego sosu lub prze­to­pio­nego boczku i sło­niny. Do tego wędzone sery, cza­sami na gorąco, w wer­sji panie­ro­wa­nej z żura­winą. Im dalej na połu­dnie i wschód, tym wię­cej wpły­wów węgier­skich. Dzięki temu do popu­lar­nych na Sło­wa­cji zup dodaje się czer­woną paprykę, co zna­ko­mi­cie uroz­ma­ica smak. Być może skrzy­żo­wa­nie tych tra­dy­cji spo­wo­do­wało, że wspo­mi­nam do dzi­siaj sło­wacką zupę gula­szową zje­dzoną kie­dyś w przy­droż­nej knajpce w dro­dze do Koszyc. To zresztą praw­dziwa bajka – połą­cze­nie w ramach jed­nego obiadu kuli­nar­nych oby­cza­jów sło­wac­kich i węgier­skich.

Inna sprawa, że wiele dań tak naprawdę można zjeść tylko na Sło­wa­cji. Miej­scowi kuch­mi­strze uży­wają w znacz­nie szer­szym zakre­sie serów typu bryn­dza niż ich pod­ha­lań­scy odpo­wied­nicy. Dzięki temu, poza wspo­mnia­nymi już halusz­kami, można raczyć się pie­ro­gami i nale­śni­kami z tym serem. Szcze­gól­nie ta druga potrawa jest wyjąt­kowo intry­gu­jąca, gdyż nale­śniki powstają z cia­sta ziem­nia­cza­nego. Podaje się do nich bar­dzo popu­larną kapu­stę z kmin­kiem na słodko, co sta­nowi cie­kawe połą­cze­nie sma­kowe.

Pro­blemy mogą mieć tylko wege­ta­ria­nie. Wpraw­dzie minęły już czasy, kiedy pyta­nie o dania bez­mię­sne wzbu­dzało popłoch u kel­ne­rów, ale ich zwo­len­nicy na­dal mają nie­wielki wybór. Pozo­stają im fak­tycz­nie panie­ro­wane sery lub pie­rożki, ewen­tu­al­nie nale­śniki z bez­mię­snym nadzie­niem. Pro­ble­mem może być jed­nak namó­wie­nie obsługi, by nie doda­wała skwa­rek lub nie oble­wała tłusz­czem dania jesz­cze w kuchni. Dobrą alter­na­tywą bywa panie­ro­wany kala­fior (zna­ko­mity), cho­ciaż i tak w lep­szej sytu­acji pozo­stają zwo­len­nicy kuchni tra­dy­cyj­nej. W Lewo­czy zamó­wi­łem kie­dyś kala­fiora fasze­ro­wa­nego mię­sem na ostro i dosze­dłem do wnio­sku, że żadna wege­ta­riań­ska potrawa nie może dorów­nać temu daniu. Grze­gorz to potwier­dził, zresztą zawsze był uro­dzo­nym mię­so­żercą…

II. Za króla Olbrachta

II

Za króla Olbrachta

Naj­zdol­niej­szy z braci

Dziw­nie los obszedł się z synami Kazi­mie­rza Jagiel­loń­czyka. Naj­zdol­niejsi umie­rali sto­sun­kowo młodo, a ci mniej uta­len­to­wani cie­szyli się znacz­nie dłuż­szym życiem. Przez wiele lat za poten­cjal­nego następcę króla ucho­dził jego imien­nik, drugi według star­szeń­stwa kró­le­wicz. Młody Kazi­mierz fak­tycz­nie zapo­wia­dał się zna­ko­mi­cie, a ojciec musiał mieć do niego dużo zaufa­nia, gdyż pod­czas swo­jego dłu­giego pobytu na Litwie wła­śnie jemu powie­rzył funk­cję namiest­nika w Koro­nie. Nie­stety młody Jagiel­lon cho­ro­wał na gruź­licę i zmarł w marcu 1484 roku w wieku zale­d­wie 26 lat.

Kolej­nego z braci, Jana Olbrachta, rów­nież uwa­żano za bar­dzo zdol­nego. Dostrze­gał to ojciec i być może żało­wał, że tak późno zaczął wta­jem­ni­czać syna w arkana wła­dzy. Wie­dział też, że Olbracht w odróż­nie­niu od reszty braci miał zadatki na nie­złego wodza, co wpraw­dzie nie jest konieczne przy spra­wo­wa­niu wła­dzy, ale nie może też zaszko­dzić.

– Co to za dziwne imię? – zapy­tał Grze­gorz. – Olbracht?

– Oba imiona nie były dotych­czas spo­ty­kane w dzie­jach dyna­stii – wyja­śni­łem. – Pierw­sze z nich nadano na cześć świę­tego Jana Ewan­ge­li­sty, gdyż przy­szły król uro­dził się w dniu jemu poświę­co­nym. Nato­miast Olbracht jest spo­lsz­czoną wer­sją imie­nia Albert, a tak nazy­wał się jego rodzony dzia­dek, król Nie­miec, Czech i Węgier.

Inna sprawa, że w kwe­stii imion dla kró­le­wi­czów nie było spe­cjal­nego wyboru. Kazi­mierz miał sze­ściu synów, dyna­stia dopiero nie­dawno przy­jęła chrze­ści­jań­stwo i nie wypra­co­wano jesz­cze wła­snych tra­dy­cji. Przed Janem Olbrach­tem na tro­nie zasia­dało dwóch Wła­dy­sła­wów i jeden Kazi­mierz, a w grę nie wcho­dziły imiona pogań­skich przod­ków. Dla­tego czer­pano z tra­dy­cji Habs­bur­gów i kolejni syno­wie nosili imiona popu­larne w tym rodzie.

Jan Olbracht nie wyglą­dał jak typowy Jagiel­lon. Był potęż­nie zbu­do­wany i nie miał cha­rak­te­ry­stycz­nej dla tej rodziny wąskiej głowy i twa­rzy. Bar­dziej przy­po­mi­nał Habs­bur­gów, cho­ciaż, jeżeli wie­rzyć kro­ni­ka­rzom, miał ciemną kar­na­cję. Wcze­śnie też zaczął łysieć, co upodob­niało go do rodzo­nego dziadka, Jagiełły.

– Zacho­wały się jakieś por­trety z cza­sów jego życia? – zapy­tał Grześ.

– Nie, ale rzeźba na nagrobku w kate­drze wawel­skiej powstała nie­ba­wem po śmierci króla, można zatem uznać ją za wia­ry­godną.

Jan Olbracht na obra­zie Bac­cia­rel­lego

Olbracht nie był spe­cjal­nie przy­stoj­nym męż­czy­zną, ale odzna­czał się bez wąt­pie­nia silną oso­bo­wo­ścią. Odróż­niał się rów­nież od reszty braci bra­kiem typowo jagiel­loń­skiej dobro­dusz­no­ści i opa­no­wa­nia. Nowy król Pol­ski był czło­wie­kiem gwał­tow­nym i nie­cier­pli­wym, co raczej nie mogło poma­gać w pro­wa­dze­niu poli­tyki. W zamian jed­nak cecho­wała go ogromna ener­gia, a do tego opo­wia­dano, że był głodny sławy.

Podob­nie jak pozo­stali bra­cia otrzy­mał sta­ranne wykształ­ce­nie. Nauczy­cie­lem mło­dych Jagiel­lo­nów został Jan Dłu­gosz – zwo­len­nik twar­dych metod wycho­waw­czych. Zda­rzało się, że mło­dzi kró­le­wi­cze wraz ze swoim peda­go­giem wyjeż­dżali na wiele dni w oko­lice Nowego Sącza, gdzie w bar­dzo skrom­nych warun­kach pobie­rali edu­ka­cję.

Nasz zna­ko­mity dzie­jo­pis był jed­nak czło­wie­kiem śre­dnio­wie­cza i być może dla­tego naucza­niem mło­dych Jagiel­lo­nów zaj­mo­wał się także wło­ski huma­ni­sta Kal­li­mach. Przy­bysz z Ita­lii zain­te­re­so­wał swo­ich pod­opiecz­nych nowymi prą­dami umy­sło­wymi pro­mie­niu­ją­cymi zza Alp. Cho­ciaż w Pol­sce trwało jesz­cze w naj­lep­sze śre­dnio­wie­cze, to jed­nak na połu­dniu Europy rene­sans był już w roz­kwi­cie.

Połą­cze­nie wysił­ków obu peda­go­gów przy­nio­sło zna­ko­mite rezul­taty i mło­dzi Jagiel­lo­no­wie zadzi­wiali obcych posłów swoją kul­turą. Poza tym Olbracht był chyba naj­bar­dziej głodny wie­dzy ze wszyst­kich braci, a w przy­szło­ści miał się także oka­zać cał­kiem dobrym mówcą.

Był też naj­bar­dziej ambitny ze wszyst­kich synów Kazi­mie­rza Jagiel­loń­czyka. Miał zale­d­wie 18 lat, gdy pro­sił ojca o powie­rze­nie mu rzą­dów na Litwie, a po odmo­wie nie mógł powstrzy­mać łez. Chyba też jako jedyny ze wszyst­kich kró­le­wi­czów fak­tycz­nie lubił wojnę i miał oka­zję się wyka­zać, bro­niąc połu­dnio­wych Kre­sów przed najaz­dami Tata­rów.

– Korony węgier­skiej jed­nak nie zdo­był – zauwa­żył zgryź­li­wie syn.

– Tak to bywa – odpar­łem. – Nawet naj­lep­szy wódz, gdy ma zbyt słabą armię, raczej nie odnie­sie zwy­cię­stwa.

Jan Olbracht nie oszczę­dzał się w boju. Pod tym wzglę­dem bar­dziej przy­po­mi­nał Pia­stów niż Jagiel­lo­nów, gdyż uwa­żał, że miej­sce wodza jest w pierw­szej linii. Był ostat­nim pol­skim władcą, który tak postę­po­wał, a kolej­nym kró­lom, jeżeli zda­rzyło się wziąć bez­po­średni udział w walce, to raczej z koniecz­no­ści niż z oso­bi­stego wyboru.

Pierw­sza wolna elek­cja?

Tron pol­ski od cza­sów Wła­dy­sława Jagiełły nie był dzie­dziczny, ale to Jan Olbracht został pierw­szym kró­lem wybra­nym w dro­dze wol­nej elek­cji. Wpraw­dzie powszech­nie się uważa, że tego rodzaju prak­tyka nastała dopiero po wyga­śnię­ciu Jagiel­lo­nów, ale nie jest to prawdą.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki