Jagiellonowie. Miłosne sekrety wielkiej dynastii - Iwona Kienzler - ebook + audiobook
Opis

Zapraszamy do fascynującej lektury o życiu uczuciowym Jagiellonów: przeczytaj o wielkich namiętnościach i sekretach dnia codziennego z historią Polski w tle! Poznaj historię miłości Zygmunta Augusta i Barbary Radziwiłłówny, odkryj, jakie intymne sekrety skrywał Władysław Warneńczyk i dowiedz się, kto w rodzie uchodził za rozpustnika. Sięgnij po najnowszą pozycję Iwony Kienzler – autorki bestsellerowych biografii historycznych, a przekonasz się, że życie miłosne Jagiellonów kryje wiele niespodzianek i tajemnic.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 343

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 41 min

Lektor: Joanna Gajór

Popularność


Konsultacja: Sylwia Łapka-Gołębiowska

Redakcja: Ewa Popielarz

Korekta: Marek Kowalik

Skład: Igor Nowaczyk

Projekt okładki: Magdalena Wójcik

Zdjęcie na okładce: © Andrey Kiselev / 123rf.com

Zdjęcie autorki: © Maciej Zienkiewicz Photography

Źródła ilustracji: zbiory Biblioteki Narodowej w Warszawie, www.polona.pl, domena publiczna

Producenci wydawniczy: Marek Jannasz, Anna Laskowska

© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2017

Wydanie pierwsze

Warszawa 2017

ISBN wydania elektronicznego EPUB: 978-83-65838-19-3

ISBN wydania elektronicznego MOBI: 978-83-65838-20-9

www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Wstęp

Wizerunek dynastii Jagiellonów funkcjonujący do dziś w świadomości większości współczesnych Polaków zawdzięczamy głównie szlachcie, która, w miarę jak słabła pozycja Rzeczpospolitej na arenie międzynarodowej, coraz bardziej gloryfikowała epokę jagiellońską. Ów okres jawił się im jako czas największej potęgi Polski, państwa sięgającego od Bałtyku aż po Morze Czarne, w którym w zgodzie żyli obok siebie nie tylko Polacy i Litwini, ale także Rusini, Żydzi i Ormianie, katolicy, prawosławni, protestanci oraz inni innowiercy, na czele z tatarskimi muzułmanami, których do Polski sprowadził założyciel dynastii Władysław Jagiełło. Rządzący owym państwem jawili się jako jeden z najpotężniejszych, o ile nie najpotężniejszy, monarszych rodów Europy – byli postrzegani jako rozdający karty w całej Europie Środkowej. Z czasem więc pamięć o „złotym wieku Jagiellonów”, za jaki uznano okres panowania potomków Jagiełły, stała się wręcz częścią naszej narodowej świadomości.

Kiedy jednak za ocenę tego okresu w naszych dziejach zabrali się trzeźwo myślący historycy, okazało się, że nasi antenaci patrzyli na jagiellońską potęgę przez różowe okulary. Państwo, którym władali przedstawiciele czterech pokoleń tej dynastii, było rzeczywiście rozległe i potężne, a z Jagiellonami musieli się liczyć niemal wszyscy władcy ówczesnej Europy, marzący o skoligaceniu się z potężnym domem jagiellońskim, ale stanowczo zbyt wiele szans, jakie stanęły wówczas przed władcami Polski, zostało zaprzepaszczonych, głównie za sprawą nadmiernie pasywnej polityki i unikania konfliktów zbrojnych. Wielu historyków zwraca uwagę na zupełnie niepotrzebne uwikłanie Polski w walkę o panowanie w Czechach i na Węgrzech, które ostatecznie i tak przypadło Habsburgom. Poza tym, ze względu na fakt, iż Jagiellonowie – w przeciwieństwie do Piastów – byli władcami elekcyjnymi, prawo do tronu „kupowali” coraz większymi przywilejami dla szlachty, która stała się warstwą dominującą, z wielką szkodą dla mieszczaństwa, o chłopach nie wspominając. Z czasem zakres swobód szlacheckich był tak wielki, że ostatecznie doprowadziło to do upadku państwa.

Jednak cokolwiek złego powiedzieć o Jagiellonach, trzeba przyznać, iż jako królowie byli władcami kompromisu i tolerancji, pozytywnie wyróżniając się na tle ówczesnej Europy. Udało im się też dokonać rzeczy pozornie niemożliwej – połączyć w jeden zwarty organizm państwowy dwa tak bardzo różniące się od siebie, i to niemal pod każdym względem, kraje: Wielkie Księstwo Litewskie, będące ich dziedziczną domeną, oraz Królestwo Polskie, w którym przyszło im panować z woli obywateli. A nie doszłoby do tego, gdyby władcy z tej dynastii (z małymi wyjątkami) nie byli zwolennikami, często krytykowanej przez współczesnych historyków, idei dobrowolnych i pokojowych związków między państwami.

Tematem niniejszej publikacji nie jest jednak polityka Jagiellonów ani ich sukcesy czy porażki na arenie międzynarodowej, ale ich życie uczuciowe. Dlatego zamiast skomplikowanych tajników sprawowania rządów poznamy kobiety, które były ich żonami lub nałożnicami, ujawnimy perypetie małżeńskie władców, począwszy od skomplikowanych spraw dotyczących zawarcia związku małżeńskiego, a skończywszy na intymnych sekretach jagiellońskiej alkowy. Wbrew pozorom bowiem kwestia pożycia królewskiej pary była sprawą wagi państwowej, która interesowała nawet samego papieża. Zgodne małżeńskie relacje dwojga członków różnych dynastii – w związkach z reguły pieczętowanych umowami między państwami – były wszak gwarantem pokoju w Europie. O tym, jak istotna była to kwestia, przekonuje chociażby przykład Jadwigi, a dokładniej jej małżeństwa z Wilhelmem Habsburgiem. Przecież o to, czy ten związek został skonsumowany, czy nie, spierano się przez wiele stuleci w całej Europie. A i Kościół poświęcił tej sprawie sporo uwagi.

Opierając się na podręcznikach historii, można wysnuć wniosek, że Jagiellonowie, poza Zygmuntem Augustem, byli dość nudnymi władcami, a w ich życiu trudno byłoby szukać jakichś obyczajowych sensacji, wszak byli wiernymi mężami i, w przeciwieństwie chociażby do Augusta II Mocnego, nie utrzymywali tabunu nałożnic i kochanek. Ale to tylko pozory. Okazuje się, że życie miłosne władców z tej dynastii kryje wiele niespodzianek, zagadek i tajemnic – i właśnie o nich opowiada niniejsza publikacja.

Pokłon Trzech Króli z tryptyku Matki Boskiej Bolesnej z kaplicy Świętokrzyskiej na Wawelu. Król po lewej stronie to prawdopodobnie Władysław Jagiełło

ROZDZIAŁ 1Perypetie miłosne króla Władysława Jagiełły

Jadwiga Andegaweńska – kobieta-król

Narzeczona Wilhelma

Niewesołe było życie kobiety-króla, Jadwigi Andegaweńskiej, która od 15 października 1384 roku łaskawie panowała w Polsce, posługując się od dnia koronacji tytułem „Jadwiga, z Bożej łaski król Polski, pani i dziedziczka ziemi krakowskiej, sandomierskiej, sieradzkiej, łęczyckiej, Kujaw i Pomorza”. Z braku należnych insygniów — wywiezionych do Budy za sprawą ojca dziewczynki, Ludwika Węgierskiego, poprzedniego władcy Polski — zwieńczono jej głowę tak zwaną koroną królowych. W chwili koronacji miała około dziesięciu lat. Nie oznacza to oczywiście, że ster rządów w państwie spoczął w rękach dziecka. Andegawenka, podobnie jak jej starsza siostra Maria, łaskawie panująca na Węgrzech, nie sprawowała rzeczywistej władzy. Wszystkie ważniejsze decyzje podejmowali za nią urzędnicy, natomiast władzę dzierżyli małopolscy możnowładcy, pochodzący ze szkoły politycznej Kazimierza Wielkiego. Andegawenkę przygotowywano do przejęcia władzy, zapoznając ją stopniowo z zasadami dyplomacji, polityki i trudnej sztuki sprawowania rządów. Pilnie uczyła się też polskiego i wkrótce opanowała go na tyle dobrze, że zażyczyła sobie, by tłumaczyć dla niej na ten język zagraniczne księgi i aby sporządzano w nim wszelkiego rodzaju rękopisy. Niewykluczone, że przybywając na Wawel, młodziutka władczyni miała już opanowane przynajmniej podstawy mowy swoich nowych poddanych. Nie zapominajmy, że zarówno jej babka po kądzieli, jak i po mieczu były piastowskimi księżniczkami. Co prawda wątpliwe jest, aby Jadwiga, podobnie jak jej dwie starsze siostry — zmarła w wieku lat ośmiu Katarzyna oraz starsza od bohaterki naszej opowieści o dwa lata Maria — miały kontakt z babcią ze strony matki, Elżbietą kujawską, ale z całą pewnością wpływ na ich wychowanie miała ich babka ze strony ojca — Elżbieta Łokietkówna.

Trudno zresztą, żeby było inaczej. Elżbieta, córka polskiego króla, Władysława Łokietka, i siostra Kazimierza Wielkiego, ostatniego Piasta na tronie Polski, była jedną z najbardziej wpływowych kobiet ówczesnej Europy. Jako żona króla Węgier, Karola Roberta, cieszyła się władzą równą mężowi, a kiedy ten poważnie zachorował, skutecznie go zastąpiła, praktycznie przejmując ster rządów w państwie. Nie zrezygnowała z tego nawet po jego śmierci, kiedy na tron wstąpił jej syn, zaledwie szesnastoletni Ludwik. Młody monarcha teoretycznie był już zdolny do sprawowania rządów, ale nie czuł się jeszcze pewnie na tronie potężnego państwa i nie miał nic przeciwko temu, by korzystać z pomocy swojej matki. Elżbieta, podobnie jak to było za panowania jej męża, została więc oficjalnym doradcą swego królewskiego syna i nie wyszła z tej roli do końca życia Ludwika. Z czasem stworzyła z nim zgrany duet, a historycy spierają się po dziś dzień, które z nich grało w tym władczym zespole pierwsze skrzypce. Wydaje się, że w początkowym okresie panowania Ludwika władzę dzierżyła Łokietkówna, by z czasem stopniowo przekazywać ją monarsze. Jednak król, nawet mając pełnię władzy, nigdy nie podejmował żadnych działań bez porozumienia ze swoją matką.

To głównie jej zawdzięczał też koronę Polski, która przypadła mu po śmierci jego wuja, Kazimierza Wielkiego, w 1370 roku. Jednak na tym nie skończyła się rola Elżbiety. Władca, który nie znosił ani naszego kraju, ani ponurej, jego zdaniem, rezydencji wawelskiej, ale nie miał zamiaru oddawać władzy, powierzył jej arcytrudne zadanie zapewnienia sukcesji w Polsce jednej z jego córek. Pozornie było to niemożliwe do realizacji, gdyż ówczesne prawo nie przewidywało dziedziczenia tronu państwa polskiego przez kobiety, ale Elżbieta nie zawiodła syna — ostatecznie panowie polscy uznali w jego córce następczynię tronu. Zgodnie z wolą monarchy początkowo władzę miała objąć jego najstarsza córka, Katarzyna, ale kiedy ta zmarła w dzieciństwie, rola ta przypadła drugiej pod względem starszeństwa — Marii, natomiast najmłodsza Jadwiga miała panować na Węgrzech.

Sprawę ewentualnego dziedzictwa komplikował fakt, że Kazimierz bynajmniej nie zmarł bezpotomnie. Pozostawił po sobie dwie córki z ostatniego małżeństwa z Jadwigą żagańską — Annę i Jadwigę, aczkolwiek nikt, nawet sam Kazimierz jeszcze za życia, nie planował, żeby osadzić na tronie którąkolwiek z nich. I to nie tylko ze względu na obowiązujące prawo, zgodnie z którym władzę dziedziczono po mieczu, ale też na skomplikowaną sytuację matrymonialną ostatniego Piasta. Tak się bowiem złożyło, iż z punktu widzenia prawa kanonicznego jego córki były dziećmi z nieprawego łoża. Król Kazimierz poślubił ich matkę, kiedy jeszcze żyła jego poprzednia małżonka — Adelajda. W rezultacie korona piastowska trafiła na skronie Ludwika, ojca Jadwigi, który w naszej rodzimej historiografii znany jest jako Ludwik Węgierski. Zanim jednak do tego doszło, na wszelki wypadek monarcha pozbył się potencjalnych konkurentek do tronu, córek Kazimierza Wielkiego, które, już po pogrzebie ich ojca, a swego poprzednika na wawelskim stolcu, zabrał do Budy i oddał pod opiekę swojej małżonki. Gdy tylko dorosły na tyle, by mogły stanąć na ślubnym kobiercu, wydano je za mąż. Złośliwy los spłatał jednak figla Ludwikowi — w przyszłości córka jednej z nich, Anny, zostanie królową Polski, ale o tym opowiemy w dalszej części niniejszej publikacji. Ludwik wywiózł z Polski nie tylko obie królewny: nad Dunaj trafiły też polskie insygnia koronacyjne, ze słynnym Szczerbcem na czele. Z kolei matka monarchy, Elżbieta, pracowała nad tym, by zapewnić następstwo tronu jednej ze swoich wnuczek.

Chociaż, jak już wcześniej wspomniano, na władcę Polski Ludwik za życia wyznaczył najpierw swoją najstarszą córkę, a po jej przedwczesnej śmierci średnią — Marię — tej ostatniej także nie było dane zasiąść na stolcu w Krakowie. Węgrzy po śmierci swego króla zignorowali jego ostatnią wolę, obwołując królową właśnie Marię, a nie Jadwigę. A ponieważ jednym z warunków panowania córki zmarłego Ludwika w Polsce było jej stałe zamieszkanie w naszym kraju, co nie byłoby możliwe, gdyby jednocześnie sprawowała władzę w Polsce i na Węgrzech, polscy możnowładcy nie mieli innego wyjścia, jak tylko powołać na tron młodszą siostrę Marii, Jadwigę. I tak młodziutka Jadwiga została królem Polski. Nie obyło się przy tym bez perturbacji, ponieważ jej matka, owdowiała Elżbieta Bośniaczka, nie miała najmniejszej ochoty wysyłać swojej najmłodszej latorośli nad Wisłę, o co bezustannie dopominali się polscy panowie. A upominali się dość długo, gdyż negocjacje w sprawie przyjazdu Andegawenki trwały, bagatela, dwa lata. Być może przyczyną obiekcji był młody wiek dziewczynki. Która matka odważyłaby się wysłać w nieznane swoje ośmioletnie dziecko? Wszak Elżbieta, pomimo że była półkrwi Polką, nigdy naszego kraju nawet nie odwiedziła, znała go jedynie z opowieści matki i teściowej oraz z relacji męża, który nie wyrażał się o nim najlepiej, podobnie zresztą jak o swoich polskich poddanych. Ostatecznie jednak Bośniaczka skapitulowała i wyprawiła Jadwigę w drogę do Polski, gdzie czekał na nią tron i nowe obowiązki władczyni, do których młodziutka Andegawenka od dawna była przygotowywana, zarówno przez ojca, jak i babkę. Z nieznanych powodów węgierska królowa razem z córką nie odesłała polskich insygniów koronacyjnych, ale polscy panowie, szczęśliwi, że obrana przez nich władczyni wreszcie przybędzie na Wawel, machnęli na to ręką.

Niewiele brakowało, a sprawy skomplikowałyby się jeszcze bardziej, chrapkę na koronę Polski miał bowiem książę mazowiecki, Piast z krwi i kości, Siemowit IV, wspierany zresztą przez niechętną Andegawenom opozycję wielkopolską. Kiedy sprawy zaszły już za daleko i perspektywa objęcia przez niego władzy w Polsce stawała się coraz bardziej mglista, książę postanowił uciec się do podstępu, który znacznie ułatwiłby mu zwieńczenie skroni koroną. Sprytny i zdesperowany Siemowit miał zamiar najzwyczajniej w świecie porwać Jadwigę. Zasadził się na nią na trakcie węgierskim, nieopodal Niedzicy, na drodze przejazdu jej orszaku. Wbrew pozorom ten projekt miał niemałe szanse powodzenia — porywanie młodych panien było dość powszechne w średniowieczu i określane łacińskim mianem raptus puellae. Chociaż powszechnie potępiane, a nawet karane gardłem, stanowiło pewną formę zawarcia małżeństwa. Niestety książę miał błędne informacje co do przyjazdu Jadwigi i przez kilka dni na próżno czekał na nią w zasadzce…

Trudno powiedzieć, czy przyzwyczajona do gwarnego i pełnego życia dworu w Budzie dziewczynka dobrze czuła się na Wawelu, pozbawiona towarzystwa matki i starszej siostry. Musiała przedwcześnie dorosnąć i borykać się z trudami władzy, a właściwie przygotowaniami do przyszłych rządów, a to mogło załamać niejednego, nawet starszego od niej młodzieńca. W tej sytuacji prawdziwym pocieszeniem stała się dla niej wiara. Od dziecka wychowywano ją w bojaźni bożej i kulcie świętych, szczególnie św. Ludwika, patrona Andegawenów. Była pod wpływem dzieła czeskiego dominikanina i teologa Henryka Bitterfelda z Brzegu, zatytułowanego De contemplatione et vita activa, opisującego życie dwóch sióstr Łazarza — świętych Marty i Marii. Jej ideałem stało się tym samym połączenie życia kontemplacyjnego, którego przykładem była biografia Marii, i czynnego, jakie wiodła Marta. Dlatego ściany wawelskiej Kurzej Stopki, gdzie, jak przypuszczają historycy, mieściła się kaplica władczyni, po dziś dzień zdobią monogramy utworzone ze splecionych dwóch liter M, które tłumaczy się właśnie jako skrót imion „Marta” i „Maria”. Wiadomo też, że Jadwiga żywiła szczególną cześć dla Najświętszego Sakramentu i wyjątkowo często modliła się w wawelskiej katedrze przed ołtarzem św. Erazma, gdzie przechowywano Eucharystię. Wzorem patrona swojej rodziny, św. Ludwika, przez całe życie otaczała opieką ubogich, nie szczędząc środków na jałmużnę.

Nie była jednak, jak przekazała potomnym tradycja, ascetką, której obce były przyjemności świata doczesnego. Wręcz przeciwnie, umiała je docenić. Jak już wspomniano, była zapaloną amazonką i w siodle potrafiła spędzać całe godziny, kochała też muzykę, dlatego za jej czasów na Wawelu nigdy nie brakowało muzykantów. Bardzo lubiła stroje. Co prawda nie zachowały się żadne wizerunki ani opisy ubiorów przez nią noszonych, ale można przypuszczać, że nosiła suknie szyte według mody francuskiej, która panowała na dworze w Budzie. Suknie tego typu były z reguły obcisłe, z pasem na biodrach, obowiązkowo ozdabianym klejnotami, który oddzielał luźną spódnicę od dopasowanej góry. Wiemy, że na potrzeby władczyni oraz jej fraucymeru zatrudnieni byli krawiec oraz cały sztab hafciarzy. Modne były także lekkie chusty upinane na głowie, często zaprasowywane w drobne fałdy, które w następnym stuleciu przybrały formę czepców. Być może nosiła też korzno, jak nazywano w tych czasach polską odmianę płaszcza, wzorowanego na modzie bizantyjskiej, obszytego na brzegach złotymi elementami, a na zimę podszywanego futrem.

Przyszła święta nie była też, jak się często sądzi, uosobieniem łagodności — wręcz przeciwnie, łatwo wpadała w gniew i, kiedy zachodziła taka potrzeba, potrafiła pokazać pazurki. Dowiodła tego zwłaszcza, kiedy ważyły się losy jej zamęścia. Jak się okazało, polscy panowie postanowili wydać swoją nową władczynię za mąż, wybierając jej małżonka zgodnie z polską racją stanu. Problem polegał jednak na tym, że Jadwiga, przynajmniej teoretycznie, była już mężatką, i to od dobrych kilku lat!

Gdybyśmy jakimś cudem mogli się przenieść w czasie do epoki średniowiecza, a konkretnie do dnia 15 czerwca 1378 roku, do ulokowanego między wysokimi wzgórzami zamku Hainburg nad Dunajem, położonego zaledwie dwanaście kilometrów od Bratysławy, bylibyśmy świadkami niezwykłej, przynajmniej jak na współczesne standardy, ceremonii zaślubin. Wówczas bowiem arcybiskup ostrzyhomski Dymitr pobłogosławił sakrament małżeństwa… dwójki dzieci, z których jedno, panna młoda, węgierska królewna Jadwiga, miała zaledwie cztery bądź — jak chcą niektórzy historycy — pięć lat, natomiast pan młody, Wilhelm Habsburg — osiem. Dla nas, żyjących w XXI wieku, fakt łączenia węzłem małżeńskim dzieci może być czymś szokującym i nagannym, ale w średniowieczu nikt nie widział w tym nic złego. Wręcz przeciwnie, taka ceremonia, określana terminem sponsalia pro futuro lubsponsalia de futuro, czyli „zaręczyny na przyszłość”, była powszechnie praktykowana przez dynastie europejskie, i to nie tylko w średniowieczu. Jej cel był jeden: przypieczętowanie małżeństwem zawartych wcześniej sojuszy. Chociaż jak sama nazwa wskazuje, były to zaręczyny, ceremonia miała formę i charakter ślubu, a po osiągnięciu wieku dojrzałego przez zaręczonych nie odprawiono ponownie ceremonii małżeństwa. Formalnie jednak związek uznawano za zawarty dopiero po nocy poślubnej, a więc po jego skonsumowaniu, do którego mogło dojść, gdy oboje narzeczeni osiągnęli tak zwany wiek sprawny, przy czym w wypadku dziewcząt było to dwanaście lat, a w przypadku chłopców — czternaście. Konieczne było, aby oboje wyrazili zgodę na pożycie, w przeciwnym wypadku małżeństwo zostawało unieważnione. Co ciekawe, zdaniem Tomasza z Akwinu można było dopuścić do konsumpcji małżeństwa nawet pół roku przed osiągnięciem przez jednego z małżonków wieku sprawnego.

Pół biedy, jeżeli w łożu spotykała się para nastolatków, ale sprawy przybierały dramatyczny obrót, kiedy do alkowy młodziutkiej, zaledwie dwunastoletniej, niedoświadczonej dziewczyny trafiał mężczyzna będący w wieku jej ojca lub, co gorsza, dziadka. Wówczas noc poślubna mogła zmienić się w prawdziwy koszmar. Poza tym organizm tak młodej kobiety nie jest przystosowany ani do ciąży, ani do rodzenia dzieci, dlatego nader często dochodziło do poronień lub śmierci w czasie porodu czy połogu. A jeżeli nawet dziewczyna przeżyła, to traumatyczne doświadczenie mogło jej na zawsze zohydzić zarówno pożycie seksualne, jak i macierzyństwo.

Kwestia pożycia na razie nie zaprzątała jednak głowy Andegawenki, aczkolwiek ona sama uważała się, jeżeli nie za żonę, to przynajmniej za oficjalną narzeczoną Wilhelma. Oczywiście nie miała nic do powiedzenia w kwestii wyboru kandydata na męża, decyzję za nią podjął jej ojciec, postanawiając wydać swoją najmłodszą córkę za syna członka tak zwanej linii leopoldyjskiej Habsburgów, arcyksięcia Leopolda III, władającego leżącą w środkowej Europie Styrią (obecnie część tej historycznej krainy należy do Austrii, a część do Słowenii). Z propozycją matrymonialną dla córki Ludwika, zaangażowanego w tym czasie w wojnę z Wenecją, wystąpił ojciec narzeczonego, arcyksiążę Leopold III, człowiek cieszący się opinią osoby niezbyt zrównoważonej i słynący z wyjątkowo wybuchowego charakteru.

Po opisanej wyżej ceremonii zaślubin (lub — jak kto woli — uroczystych zaręczyn) nastąpiły symboliczne pokładziny, a po nich bale i zabawy, które ciągnęły się przez dwa tygodnie. Najmniej zadowoleni byli chyba sami państwo młodzi, zbyt mali, aby bawić się ze wszystkimi, i chyba w ogóle niezdający sobie sprawy, w czym tak naprawdę biorą udział. Parę narzeczonych położono razem na łożu, oczywiście zapiętych po szyję, a mały Wilhelm tak się przejął całą tą uroczystością, że z wrażenia… puściły mu zwieracze, skutkiem czego trzeba było czym prędzej wymyć mu pupę i zmienić książęce pludry.

Trzeba przyznać, że Jadwiga miała początkowo sporo szczęścia, los sprzyjał jej bardziej niż innym dziewczętom z europejskich rodów panujących: dostał się jej za narzeczonego chłopiec niewiele od niej starszy, ładny i, w przeciwieństwie do wybuchowego Leopolda, ułożony i dbający o maniery. Nie na darmo współcześni nadali mu przydomek Uprzejmy. Młoda Andegawenka mogła z optymizmem patrzeć w przyszłość, licząc, że z obiecanym małżonkiem połączy ją głębokie uczucie. Co prawda miłość w królewskich stadłach była w owych czasach zjawiskiem nader rzadkim, ale zarówno rodzice władczyni, jak i jej dziadkowie ze strony ojca tworzyli zgodne, kochające się związki. Ludwika i Elżbietę Bośniaczkę połączyło wielkie uczucie, które zaprowadziło ich na ślubny kobierzec, natomiast miłość w małżeństwie Elżbiety Łokietkówny i Karola Roberta przyszła z czasem. Dlaczego więc Jadwiga, mając w perspektywie związek z młodym Habsburgiem, miałaby sądzić, że w jej przypadku będzie inaczej? Tymczasem przewrotny los, wyręczając się w tym przypadku polskimi panami, szykował jej bardzo przykrą niespodziankę.

Okazało się bowiem, że małżeństwo z Habsburgiem zupełnie nie odpowiada interesom Polski, która w obliczu niebezpieczeństwa ze strony państwa zakonnego widziała swoją przyszłość w sojuszu z Wielkim Księstwem Litewskim, państwem co prawda pogańskim, ale nadzwyczaj skutecznie opierającym się atakom Krzyżaków. Żądni władzy rycerze w białych płaszczach ozdobionych czarnym krzyżem, którym udało się stworzyć potężne państwo ze stolicą w Malborku, zagrażali suwerenności naszego kraju. Zresztą podobny problem doskwierał już pradziadkowi Jadwigi, Władysławowi Łokietkowi, który ożenił swego syna z litewską księżniczką Aldoną. Teraz jednak sprawy musiały iść dalej i sojusz z Polską, przypieczętowany oczywiście małżeństwem władców obu krajów, musiał się wiązać z chrystianizacją Księstwa Litewskiego.

Dziś, po wielu wiekach, nie zdołamy powiedzieć, kto pierwszy wystąpił z propozycją przymierza. Co więcej, historycy obu państw przypisują tę inicjatywę drugiemu z partnerów. Tymczasem plany matrymonialne dotyczące Jadwigi niezbyt przypadły do gustu samej zainteresowanej ani jej potencjalnemu teściowi Leopoldowi II. Ojciec Wilhelma, dowiedziawszy się o zamiarach panów polskich i ich poparciu przez Bośniaczkę, czym prędzej wyjechał na Węgry, by wybić jej z głowy pomysł zerwania zaręczyn. A że był człowiekiem stanowczym i porywczym, zapewne urządził władczyni karczemną awanturę. Ta zaś, przyparta do muru, ostatecznie zgodziła się dotrzymać wcześniejszych zobowiązań i wysłała do Krakowa Władysława Opolczyka z zadaniem dopilnowania pomyślnego obrotu spraw. O decyzji matki Jadwigi wiemy z tak zwanego aktu budzyńskiego, znanego niestety jedynie z kilku późniejszych wydań, dlatego jak dotąd nie udało się ustalić dokładnej daty jego sporządzenia. Wynika z niego, że Elżbieta Bośniaczka zleciła księciu Władysławowi Opolczykowi wyjazd do Krakowa, oczywiście w towarzystwie Wilhelma, oraz dopilnowanie skonsumowania małżeństwa.

Narzeczonego Jadwigi przezornie nie wpuszczono na zamek i młody Habsburg zmuszony był do skorzystania z gościnności jednego z nielicznych zwolenników jego mariażu z Andegawenką. Zamieszkał w domu niejakiego Gniewosza z Dalewic, usytuowanym nieopodal wawelskiego wzgórza. Mimo owych perturbacji młodzi spotykali się bez przeszkód. Jadwiga, oczywiście w towarzystwie dwórek, opuszczała od czasu do czasu swoją siedzibę, by zobaczyć się z Wilhelmem w klasztorze franciszkanów, gdzie specjalnie dla władczyni i jej narzeczonego urządzano huczne zabawy, na co panowie polscy pracujący nad sojuszem z Litwą patrzyli z niekłamanym niepokojem. Tymczasem negocjacje z księstwem dobrnęły do szczęśliwego finału i 14 sierpnia w Krewie wielki książę litewski potwierdził ustalenia dotyczące małżeństwa, zobowiązując się jednocześnie do wypłacenia Habsburgom dwustu tysięcy florenów odszkodowania za zerwanie zaręczyn.

Kiedy wieści o sfinalizowaniu porozumienia dotarły do zwolenników Habsburga, ci postanowili czym prędzej doprowadzić do konsumpcji jego małżeństwa z Jadwigą. Jak twierdzi Długosz, a w tej kwestii raczej możemy mu zawierzyć, władczyni, „chcąc wypełnić polecenie ojca, ujęta nadto zaletami zacnego młodzieńca, gorąco pragnęła poślubić raczej tego, którego dobrze znała, niż nieznanego i nigdy niewidzianego barbarzyńcę”1. Dnia 24 sierpnia doszło do incydentu, który mógł zrujnować tak starannie wypracowany przez panów polskich sojusz polsko-litewski: młody Habsburg, wspierany przez Opolczyka, opanował zamek wawelski, oficjalnie ogłaszając zawarcie małżeństwa z Jadwigą. Z okazji ślubu, a faktycznie konsumpcji małżeństwa, uwolniono, jak nakazywał uświęcony tradycją zwyczaj, kilku więźniów. Młoda władczyni była zapewne uszczęśliwiona takim obrotem sprawy, czego nie można było powiedzieć o możnowładcach małopolskich.

To właśnie oni postanowili stanąć na drodze do szczęścia młodziutkiej Jadwigi. Pod wodzą kasztelana krakowskiego, Dobiesława z Kurozwęk, zdobyli zamek i najzwyczajniej w świecie wygnali nieszczęsnego Wilhelma. Tak przynajmniej twierdzi historiografia polska. Tymczasem kronikarze austriaccy upierają się, jakoby młody Habsburg cudem uszedł z życiem, gdyż rycerze polscy planowali jego zabójstwo. Na młodzieńca miał zasadzić się skrytobójca, któremu zlecono zasztyletowanie księcia udającego się do alkowy Jadwigi. Uratowała go ponoć sama władczyni, która ponagliła ukochanego do ucieczki. Inna wersja głosi, jakoby słudzy Andegawenki spuścili Wilhelma w koszu z okien komnaty swej pani. W każdym razie, uszedłszy cało z opresji, książę bynajmniej nie zamierzał rezygnować z przyrzeczonej mu przez zmarłego króla Ludwika żony, dlatego zamiast brać nogi za pas i salwować się ucieczką do ojczystego kraju, ukrył się w domu Morsztynów, przychylnej mu rodziny krakowskich mieszczan. Taką wersję wydarzeń podaje nasz dziejopis, Długosz, twierdząc jednocześnie, że wcześniej doszło do fizycznego zbliżenia między Jadwigą a młodym Habsburgiem. W swojej kronice otwarcie pisze, że polska władczyni długo opierała się przed małżeństwem z władcą Litwy, ponieważ „po złożeniu przysięgi małżeńskiej przez piętnaście dni ze wspomnianym księciem Austrii Wilhelmem bywała w łożnicy i że doszło nawet do fizycznego spełnienia małżeństwa”2. Panów polskich obwinia kronikarz o to, że „nie wzdragając się przed występkiem cudzołóstwa, doprowadzili do związania opierającej się kobiety z poganinem”3. Przy tym, że małżeństwo zostało skonsumowane, do końca życia upierał się także sam Wilhelm, podobnie zresztą jak jego krewni. Ba, na jednym z arrasów znajdujących się w muzeum historycznym w Wiedniu widnieje wizerunek Wilhelma wraz z jego dwiema żonami — Jadwigą i późniejszą Joanną, którą poślubił dopiero po śmierci Andegawenki.

Historycy po dziś dzień zachodzą w głowę, ile prawdy jest w twierdzeniu, że małżeństwo Jadwigi i Wilhelma zostało rzeczywiście skonsumowane. Co prawda Długosz był przekonany, że tak właśnie było, ale pamiętajmy, że kronikarz urodził się dwadzieścia lat po opisywanych wydarzeniach. Siłą rzeczy swoją relację opierał na krążących po Krakowie niesprawdzonych plotkach i pomówieniach, zapewne podsycanych przez jego przełożonego, Zbigniewa Oleśnickiego, który jako jeden z nielicznych nie darzył Andegawenki zbytnią sympatią, chociaż nigdy nie miał okazji poznać jej osobiście. Nie można ufać też relacjom innych europejskich kronikarzy, którzy w większości w ten czy inny sposób byli związani z rosnącym w potęgę rodem Habsburgów. Dlatego z dużą rezerwą należy odnosić się do rewelacji Leopolda Stainreutera, który w swojej Kronice 95 panowań twierdzi wręcz, iż Wilhelm nie tylko w Krakowie obcował cieleśnie z Andegawenką, ale też został obwołany królem. Podobnie ostrożnie trzeba potraktować relację austriackiego dyplomaty i filozofa Tomasza Ebendorfera, piszącego, iż Elżbieta Bośniaczka „oddała córkę Jagielle na sprostytuowanie”4. Poza Długoszem istnieje jeszcze jedno rodzime źródło, na podstawie którego można byłoby domniemywać, że między młodymi doszło jednak do zbliżenia — Dopełnienie szamotulskie, w którym znajdujemy informacje o powalaniu pościeli przez Habsburga. Niektórzy historycy uważają, że nieszczęsnemu młodzieńcowi, podobnie jak w dzieciństwie w czasie pokładzin w zamku Hainburg, po prostu puściły nerwy i doszło do defekacji. Część jednak twierdzi, że na prześcieradle znaleziono ślady spermy.

Współcześni historycy wątpią, że między młodym Habsburgiem a Andegawenką doszło do jakiegokolwiek zbliżenia, skłaniając się raczej ku temu, iż w komnacie wawelskiej miały miejsce symboliczne pokładziny. Zresztą nawet odrzuciwszy wszelkie polityczne dywagacje i przypatrzywszy się sprawie z praktycznego punktu widzenia, też należałoby w to powątpiewać. Para niedoświadczonych nastolatków, dosłownie „zapędzona” do alkowy przez Opolczyka, zapewne nie wiedziała, co ma ze sobą począć. Jadwiga była wciąż dziewicą i chyba nikt jej nie uświadomił, czego można oczekiwać od mężczyzny w łożu. A Wilhelm? Miał dopiero piętnaście lat i wątpliwe, by miał już za sobą inicjację seksualną, dlatego zapewne dość nieporadnie zabierał się do wyegzekwowania swoich małżeńskich praw, a jego młodziutka żona nie bardzo mogła mu w tym dopomóc. Być może przebiegły Opolczyk zadbał o to, by książę przeżył swój pierwszy raz, zanim trafi do alkowy władczyni — z jakąś rozwiązłą mieszczką bądź nierządnicą z domu publicznego, których w żadnym europejskim mieście, na czele ze stolicą państwa zakonnego, Malborkiem, nie brakowało (w ówczesnym Krakowie działały aż trzy przybytki tego typu, ulokowane obok obecnego Gródka, w miejscu zwanym Bełza). To jednak raczej nie zdołało go uczynić od razu mistrzem ars amandi. W sypialni Jadwigi mogło więc dojść co najwyżej do jakichś nieporadnych pieszczot, i być może to właśnie było przyczyną, dla której niedoświadczony i podniecony młodzieniec pobrudził pościel spermą. Nie świadczy to jednak bynajmniej, że zdołał zdeflorować władczynię. Zresztą zapewnienie o nieuprawomocnieniu się związku Andegawenki i Habsburga składają niezależnie od siebie dwa źródła z epoki: Kalendarz kapituły krakowskiej orazKatalog opatów żagańskich.

Panowie małopolscy skutecznie przegnali Wilhelma, ale nasza władczyni nie zamierzała się poddawać i postanowiła walczyć o swoją młodzieńczą miłość. Jadwiga zdecydowała się opuścić zamek i wyjechać z narzeczonym, a właściwie mężem, na Śląsk. Na przeszkodzie stanęła jej jednak zamknięta na cztery spusty brama. I wówczas do głosu doszedł wybuchowy charakter młodziutkiej dziewczyny, która bez najmniejszego wahania chwyciła leżący nieopodal topór i usiłowała nim porąbać furtę wawelską. Na szczęście w porę pojawił się podskarbi koronny Dymitr z Goraja, który padł przed władczynią na kolana i począł ją błagać, by zaniechała swego zamiaru i wróciła do komnat. Musiał być bardzo przekonujący, ponieważ Jadwiga odłożyła topór i zrezygnowana dała się odprowadzić do komnaty.

Taką wersję wydarzeń podaje Długosz, ale historycy wątpią w jej prawdziwość. Patrząc na ówczesne topory, należałoby się z nimi zgodzić. Trudno bowiem sobie nawet wyobrazić jedenastolatkę podnoszącą do góry taki ciężar, a co dopiero próbującą rąbać nim drewnianą bramę! Jednak owa historia nie jest tak nieprawdopodobna, jakby się z pozoru mogło wydawać. Zarówno z zachowanych przekazów z epoki, jak i z badania zwłok władczyni, które miało miejsce w XX stuleciu, wiemy, że Jadwigę trudno byłoby zaliczyć do kobiet drobnych i delikatnych. Wręcz przeciwnie, była przynajmniej o głowę wyższa od większości mężczyzn z jej otoczenia, co oczywiście nie znaczy, że była olbrzymką. W czasach, w których przyszło jej żyć, przeciętny wzrost ludzi wynosił niewiele ponad 163 centymetry, a Jadwiga już jako dorosła kobieta mierzyła prawdopodobnie około 170–172 centymetrów wzrostu, była więc, jak na ówczesne standardy, wysoka jak wieża. Nawiasem mówiąc, taki wzrost był uważany za wyjątkowy dowód łaski bożej. Wiemy też, że Andegawenka należała do osób o mocnej budowie ciała, być może była także silniejsza niż jej rówieśniczki. Średniowieczne przekazy wspominają o damach dysponujących siłą i tężyzną godną współczesnych strongmanów. Nie brak wśród nich nawet osób z rodziny władczyni. Taką kobietą, obdarzoną niemal nadludzką siłą, była chociażby Elżbieta pomorska, wnuczka Kazimierza Wielkiego, którą królewski dziadek wydał za cesarza Karola IV Luksemburskiego. Siedemnastoletnia dziewczyna w dniu ślubu znacznie górowała wzrostem nad swoim małżonkiem, zresztą mężczyzną wyjątkowo mizernego wzrostu, w dodatku była wyjątkowo silna. Jak relacjonuje kronikarz, „gdy jej w Krakowie na weselu przyniesiono nową, grubą podkowę, tak ją rozłomiła, jakby była z jakiego drzewa słabego uczyniona. Potem kuchenne tasaki i inne dość mocne zwijała, jakby z lipowego drzewa robione były, a pancerz wziąwszy, jako koszulę wiotką od wierzchu do końca rozdarła”5. Inna Piastówna, Cymbarka, córka wspomnianego wyżej księcia Siemowita IV, budziła powszechny zachwyt nie tylko oryginalną urodą, ale też niezwykłą tężyzną. Jeżeli wierzyć świadectwom z epoki, do popisowych numerów mazowieckiej księżniczki, którymi zabawiała gości swego ojca, należało wbijanie dłonią gwoździ w ścianę, łamanie podków i rozbijanie orzechów, w czym przypominała nieco Jagienkę z Krzyżaków, z tym że Cymbarka łupała orzechy dłonią, podczas gdy bohaterka z powieści Sienkiewicza używała do tego zupełnie innej części ciała…

Być może także Jadwiga dysponowała takimi niezwykłymi umiejętnościami. Poza tym, chcąc podążyć za ukochanym, działała w wielkim stresie, a to, jak wiadomo, niejednokrotnie wydobywa z człowieka zaskakujące pokłady siły i energii. Po incydencie z toporem załamana władczyni udała się do swoich komnat, ale nie zabawiła tam długo. Zdesperowana postanowiła swoim zwyczajem poszukać ukojenia w modlitwie, dlatego poszła prosto do katedry i upadła na kolana, by prosić o radę Jezusa, którego wizerunek widniał na czarnym krucyfiksie. I wówczas rozmodlona Jadwiga miała usłyszeć głos mówiący: „Ratuj Litwę!”. Tak przynajmniej twierdzi tradycja chrześcijańska. Prawdopodobnie pobożna Jadwiga uznała to za ofiarę, którą musi złożyć na rzecz szerzenia wiary chrześcijańskiej. Pomimo że darzyła zakon niekłamaną sympatią, którą wcześniej zdążył zaszczepić w niej ojciec, i wciąż wierzyła w szczerość intencji krzyżackich, to przebywając na Wawelu, musiała dowiedzieć się o dwulicowości rycerzy w białych płaszczach ozdobionych czarnym krzyżem. Wiemy z całą pewnością, że w jej bogatym księgozbiorze znajdowało się łacińskie i polskie tłumaczenie Objawień świętej Brygidy, zwanej „wielką mistyczką Północy”, żyjącej w latach 1303–1373. Święta za życia słynęła z zupełnie niezwykłej jak na kobietę odwagi, ważyła się bowiem napominać władców tego świata, duchownych, a nawet hierarchów Kościoła, z samym papieżem na czele. Pisała listy do kolejnych następców św. Piotra rezydujących w Awinionie, w ostrych słowach wzywając ich do powrotu do Rzymu. Szczególnie ostro krytykowała zakon krzyżacki, jako jedna z nielicznych przejrzawszy rzeczywiste zamiary rycerzy w białych płaszczach. Według świętej objawiający się jej Chrystus miał osobiście potępić Krzyżaków: „Mówię ci więc, że pszczołami powinni być owi Krzyżacy, których postawiłem na skraju ziem chrześcijańskich. Lecz oto walczą przeciwko mnie, nie dbają bowiem o dusze i nie litują się nad ciałami tego ludu, który z błędów nawrócił się na wiarę katolicką. Gnębią go pracami, pozbawiają wolności, nie pouczają w wierze, pozbawiają sakramentów i na większą boleść wtrącają do piekła, niż gdyby był pozostał w pogaństwie! A jeśli toczą bój, to jedynie dla rozszerzenia swej pychy i chciwości! Dlatego przyjdzie czas, kiedy wyłamane będą zęby ich, prawa ręka będzie im ucięta i chromieje prawa noga, aby żyli i poznali siebie!”6. O ile młodziutka Jadwiga, wielce poważająca zakon, mogła nie wierzyć panom polskim, o tyle świętej, do której przemawiał Chrystus, musiała zaufać. Dlatego uznała, że lepiej będzie, jeżeli za jej sprawą Litwa zostanie przyjęta na łono Kościoła.

Ten „pogański pies Jagal”

Litwa jawiła się współczesnym Andegawenki jako kraj dziki, porośnięty lasami, a przede wszystkim pogański, w którym lud oddawał cześć nie tylko kamiennym bożkom, ale także drzewom i wężom. Jak pisze Długosz, najważniejsze w ich religii były „ogień, który uważali za wieczny, a który kapłani podsycali we dnie i w nocy, dorzucając drwa, gaje, które uważali za święte, oraz żmije i węże, w których według nich mieszkają i ukrywają się bóstwa”7. Poza tym Litwini byli bardzo kłopotliwymi sąsiadami, ponieważ jak zauważył Paweł Jasienica, z czasem „rozwinęła się tam skłonność do łupieżczej ekspansji, będącej właściwie czymś w rodzaju działalności gospodarczej, a nie politycznej”8. Było to o tyle uzasadnione, że litewskie i żmudzkie ziemie były dość ubogie i nie mogły wyżywić całej ludności, dlatego najprostszym sposobem na zdobycie środków do życia okazały się wyprawy na kraje ościenne. Zgodnie z naszym stanem wiedzy w XIII stuleciu Litwini najechali ziemie polskie sześć razy, natomiast ruskie — aż osiemnaście. Nic dziwnego, że u swoich sąsiadów Litwini mieli opinię prymitywnych barbarzyńców, co jednak nie do końca było zgodne z prawdą.

Zalążki państwa litewskiego uformowały się już na przełomie XI i XII wieku, a w ciągu dwóch następnych stuleci Litwinom udało się stworzyć naprawdę ogromne, bo sięgające od Bałtyku po czarnomorskie stepy i dochodzące niemalże do bram Księstwa Moskiewskiego, państwo. Owo państwo, pomimo że zewsząd otaczały je kraje chrześcijańskie, uparcie trwało w pogaństwie, zresztą ku niepomiernej radości państwa krzyżackiego, gdyż zakon właśnie dzięki istnieniu pogan-Litwinów zyskiwał rację bytu. Pod płaszczykiem szerzenia chrześcijaństwa rabował, mordował, palił i rósł w siłę. A propaganda zakonna uparcie przedstawiała władców Litwy, w tym także księcia Jagiełłę, jako bluźnierców, z lubością tytułując litewskiego władykę „pogańskim psem Jagalem”.

Zatrzymajmy tu się na chwilę i poświęćmy nieco uwagi imieniu przyszłego króla Polski. Jak się okazuje, jego pisownia różni się w zależności od dokumentów. I tak — Krzyżacy używali form: „Jagal”, „Jagel” lub „Jagello”, natomiast w litewskich źródłach pisanych w języku ruskim imię to występuje jako „Jagajło”, natomiast ówcześni Polacy, a więc także i ci z otoczenia Andegawenki, używali zlatynizowanych form: „Jagalo”, „Jagello”. Sam książę w dokumentach sporządzonych przed rokiem 1386 podawał swoje imię w zapisie: „Jagal” bądź „Jagalo”. Według współczesnych językoznawców i historyków wszystkie wyżej wymienione odmiany pisowni można sprowadzić do podstawowej formy w języku litewskim: „Jogaila”. Jej oboczność to „Jogéla”, od której najprawdopodobniej wywodzi się polska wymowa „Jagiełło”. Owo imię, nadane księciu zapewne przez jego ojca, Olgierda, według Pawła Jasienicy w języku litewskim oznacza doskonałego jeźdźca, natomiast językoznawca Jan Otrębski wykłada znaczenie imienia Jagiełło jako: „mężniejszy, bardziej od innych sposobny”.

Co ciekawe, Władysław Jagiełło jest bodaj jedynym władcą Polski, który doczekał się swoistego „odmłodzenia” w naszej historiografii. Tak się bowiem składa, że nie dysponujemy żadnymi źródłami historycznymi dotyczącymi daty urodzin monarchy, wiemy jedynie, że schedę po swoim ojcu, Olgierdzie, objął w 1377 roku, ale nie wiadomo, ile miał wówczas lat. Większość starszych opracowań historycznych i biografii Władysława Jagiełły datuje jego narodziny na okres pomiędzy rokiem 1331 a 1351, natomiast nowsze opracowania biograficzne przesuwają datę urodzin Jagiełły na rok 1362, dzięki czemu nasz władca został odmłodzony przynajmniej o dziesięć lat. Właśnie taka data widnieje w internetowej Wikipedii, a także we wszystkich biogramach władcy zamieszczanych w sieci. Aczkolwiek i dziś zdarzają się historycy mający zupełnie inne zdanie w tej kwestii. Ci, powołując się na dość niejasną informację zawartą w memoriale Witolda z 1390 roku, iż „książę Jagiełło po ojca zgonie był nader młody”, odmładzają go o kolejne dziesięć lat… Zawierając ślub z Jadwigą Andegaweńską, miałby według tej rachuby zaledwie dwadzieścia cztery lata, co zadałoby kłam wielowiekowej tradycji przypisującej Jadwidze wielkie poświęcenie, polegające na rezygnacji z małżeństwa z młodym Wilhelmem na rzecz starszego Jagiełły. Większość znawców tematu uważa jednak to za zbyt daleko posunięte „odmłodzenie”, jeżeli bowiem przyjąć jeszcze późniejszą datę urodzin naszego władcy, oznaczałoby to, że w chwili przejęcia władzy po Olgierdzie Jagiełło miałby zaledwie piętnaście lat. Tymczasem na ówczesnej Litwie mężczyznę uznawano za pełnoletniego po ukończeniu przez niego osiemnastu lat i wydaje się to mało prawdopodobne, aby odpowiedzialny władca przekazał tron takiemu „gołowąsowi”, zwłaszcza że chłopiec nie był jedynakiem. Ponadto, według niepotwierdzonej tradycji, młody Jagiełło brał udział w bitwie pod Rudawą w 1370 roku, co raczej nie byłoby możliwe, gdyby urodził się w roku 1362 — miałby wówczas zaledwie osiem lat. Najbardziej prawdopodobna data narodzin pierwszego na tronie polskim Jagiellona to okres pomiędzy 1351 a 1352 rokiem. Zgodnie z tą teorią Jagiełło, obejmując władzę na Litwie, miałby już dwadzieścia sześć lat, a poślubiając Andegawenkę — trzydzieści pięć, byłby więc mężczyzną nie pierwszej młodości, ale ciągle młodym, aczkolwiek przez nastoletnią wówczas władczynię mógł być postrzegany jako zgrzybiały starzec.

Jednak to nie koniec niespodzianek w biografii tego władcy. Istnieje bowiem spore prawdopodobieństwo, że Jagiełło wcale nie był poganinem, tylko chrześcijaninem obrządku wschodniego. Jego matką była księżna twerska Julianna, córka wielkiego księcia Aleksandra, która z całą pewnością wyznawała prawosławie. Co prawda wszystko wskazuje na to, że dzieci księżnej, pomimo że ich matka była chrześcijanką, trwały w pogaństwie, a jej synowie władali ziemiami rdzennie litewskimi, ale istnieje pogląd, jakoby Julianna ochrzciła Jagiełłę w obrządku wschodnim krótko po jego narodzinach. Jeżeli tak było w istocie, litewski książę przed ślubem z Jadwigą nie był poganinem, ale mimo to, jako schizmatyk, musiał ponownie przyjąć chrzest, tym razem w obrządku łacińskim. Jednak pewne późniejsze czyny Jagiełły, już jako króla polskiego, uwiecznione ku pamięci potomnych przez Długosza, mogą świadczyć o jego pogańskich korzeniach. Poza tym jego ojciec, Olgierd, pragnął, aby pogańskimi terenami władał książę wierny wierze przodków, dlatego zapewne nie mógł zgodzić się na chrzest syna w obrządku wschodnim, który wyznawała jego żona. Bezspornym faktem jednak jest, że na dworze Giedyminowiczów, rodu, z którego wywodzili się władcy Litwy, z Jagiełłą na czele, krzyżowały się wpływy kultury pogańskiej, bizantyjskiej i łacińskiej. Przyszły mąż Jadwigi nie mógł być więc, jak pokazywała go krzyżacka propaganda, prymitywnym barbarzyńcą. Wiadomo z całą pewnością, iż był wielbicielem wschodniego malarstwa, bardzo lubił też muzykę i właśnie tę pasję dzieliła z nim Jadwiga.

Jednak plotki rozsiewane przez zakon krzyżacki i szerzone przez przeciwników małżeństwa władczyni z litewskim księciem zrobiły swoje. Nieszczęsna dziewczyna z niekłamanym niepokojem oczekiwała na przyjazd swojego przyszłego małżonka. Co gorsza pewien „życzliwy” dworzanin doniósł jej, iż oblubieniec jest kosmaty jak dziki niedźwiedź. Tego było stanowczo za wiele dla młodej Jadwigi: co innego poślubić poganina, by nawrócić go na chrześcijaństwo, a co innego dzielić łoże z jakimś włochatym stworem — na takie poświęcenie zapewne nie byłoby jej stać. Być może resztki zdrowego rozsądku podpowiadały jej, że w tych opowieściach, jadowicie sączonych jej do ucha, jest sporo przesady, ale wyobraźni okiełznać nie mogła. W końcu zdesperowana nastolatka postanowiła sama przekonać się, jak wygląda mężczyzna, którego panowie polscy przewidzieli na jej męża. Pod błahym pretekstem wysłała jednego ze swoich najbardziej zaufanych dworzan — Zawiszę Czerwonego z Oleśnicy — z delikatnym zadaniem dokonania oglądu jej przyszłego małżonka. Nie wiadomo, czy Jagiełło domyślił się, w jakim celu poseł przybył na jego dwór, czy też miał skądś informacje na ten temat, a może Zawisza wywiązał się z zadania nader nieudolnie, zbyt badawczo przyglądając się władcy, ale książę zaprosił go do… łaźni. Tam wysłannik Andegawenki mógł dokonać dokładnych oględzin księcia i, zapewne ku niekłamanej uldze władczyni, w swojej relacji napisał: „książę Jagiełło jest wzrostu średniego, szczupłej postawy, budowę ciała ma składną i przystojną, wejrzenie wesołe, twarz ściągłą, bynajmniej nieszpetną, obyczaje poważne i książęcej godności odpowiednie”9.

Nadszedł w końcu dzień, w którym monarchini mogła osobiście przekonać się, jak wygląda jej przyszły małżonek. 12 lutego 1386 roku książę przyjechał wreszcie na Wawel. Andegawenka przyjęła go w jednej ze swoich komnat, a towarzyszyło jej wówczas dwóch dostojników, których obecność mogła nieco dziwić, zważywszy na poprzedni stosunek obu panów do projektu mariażu i planów unii z Litwą — a byli to Władysław Opolczyk oraz książę mazowiecki Siemowit IV. Długosz twierdzi, iż władca Litwy, ujrzawszy Jadwigę, dosłownie oniemiał z zachwytu: „Na widok jej niezwykłej urody — jeśli bowiem chodzi o urodę, to uważano, że na całym świecie nie miała sobie wówczas równej — przejęty podziwem następnego dnia posyła jej […] wielkiej wartości dary”10. W tym przypadku uroda przyszłej panny młodej miała oczywiście drugorzędne znaczenie i do ślubu doszłoby, nawet jeżeli Jadwiga byłaby najbrzydszą panną w okolicy, wszak w posagu wnosiła koronę Polski.

Zatrzymajmy się na chwilę przy powabach naszej władczyni. Długosz nie mógł jej dokładnie opisać, gdyż nie miał okazji jej oglądać osobiście, nie zachowały się też żadne relacje osób, które ją znały, nie istnieją nawet wiersze sławiące jej urodę. Musiała być bardzo ładna, skoro o jej piękności mówiono na dworach w całej Europie. Monarchini urodę zapewne odziedziczyła po swojej matce, Elżbiecie Bośniaczce, aczkolwiek istnieją świadectwa, że nie była aż tak ładna jak żona Ludwika. Więcej informacji mogłaby dać cyfrowa rekonstrukcja jej twarzy na podstawie jej czaszki bądź rysunku czaszki monarchini sporządzonego w 1887 roku przez mistrza Jana Matejkę, obecnego przy otwarciu trumny Andegawenki. W 1942 roku, kiedy ponownie otwarto jej grobowiec, dokonano bardziej szczegółowych oględzin jej szczątków, a właściwie jej szkieletu. Na podstawie pomiarów kości oszacowano wówczas wzrost królowej na 172–182 centymetry, ustalono, iż miała proporcjonalną budowę ciała oraz bardzo wąską i wysoką miednicę, co mogło wywołać spore komplikacje przy porodzie. Na czaszce znaleziono resztki włosów koloru blond, o lekko rudawym odcieniu.

Jeżeli jednak Jadwiga za życia uchodziła za piękność, to musiała odpowiadać kanonom epoki. A w czasach, w jakich przyszło jej żyć i panować, powszechna była krępa budowa ciała, więc za osoby wyjątkowo piękne uważano ludzi smukłych i wysokich, co odnosiło się zarówno do kobiet, jak i do mężczyzn. Przez cały okres średniowiecza w Europie, w tym także w Polsce, za prawdziwe piękności uchodziły blondynki lub panie o rudawym, a nawet rudym kolorze włosów. W wiekach średnich obfity biust uważany był za poważny mankament kobiecej urody, dlatego posiadaczkom takowych zalecano bandażowanie piersi, co musiało się odbić negatywnie na zdrowiu ówczesnych kobiet. W związku z powyższym można postawić tezę, że średniowieczne piękności przypominać musiały współczesne wychudzone, czasem wręcz anorektyczne, modelki. Niezmiernie istotna była jasna, nieskalana bliznami czy opalenizną cera oraz prosty nos, niewielkie usteczka i wypukłe, wręcz wysokie czoło, uważane za oznakę inteligencji. Posiadanie wysokiego czoła było tak istotnym elementem damskiej urody, że ówczesne elegantki pracowicie wyskubywały sobie włosy, by osiągnąć właśnie taki efekt. Ale ta moda na dobre rozpanoszyła się dopiero w połowie następnego stulecia, dlatego Jadwiga nie mogła jej hołdować.

Znacznie więcej informacji mamy na temat wyglądu Jagiełły. Wiemy, że nie prezentował on typu męskiej urody, który przyprawia młode panny o drżenie serca. Był niewysokim, łysiejącym brunetem, z wystającą górną wargą, o pogodnej twarzy i zaskakująco niskim, wręcz tubalnym głosie. Uwagę zwracały jego oczy: „czarne i małe, które nigdy nie pozostawały bez ruchu, ale były ciągle jakoś rozbiegane i kręciły się w swych oczodołach”11. Spośród innych mężczyzn z otoczenia Andegawenki wyróżniało go gładkie oblicze — litewski władca codziennie starannie się golił. Jeszcze jako władca Litwy każdego dnia brał kąpiel i nie zaniechał tego zwyczaju jako król Polski. Według świadectw z epoki był człowiekiem o pogodnym usposobieniu, stroniącym od alkoholu. Śmiało można postawić tezę, że był abstynentem, gdyż nie pijał innych napojów prócz wody, co mogło być spowodowane strachem przed otruciem — w wodzie znacznie trudniej rozpuścić truciznę niż w alkoholu, który zabija jej smak. Obawy władcy nie były bezzasadne. W średniowieczu, zwłaszcza na Litwie i Rusi, z lubością sięgano po truciznę, traktując ją jako narzędzie walki politycznej.

Zanim Jagiełło zjawił się w Krakowie, dowiódł swoich dyplomatycznych zdolności, wysyłając do stolicy państwa zakonnego w Malborku posła z informacją o planach przyjęcia chrztu w obrządku łacińskim, jednocześnie prosząc… wielkiego mistrza na ojca chrzestnego. W ten sposób dał zwierzchnikowi Krzyżaków wyraźnie do zrozumienia, że dalsze zabiegi zakonu w celu nawrócenia pogańskiej Litwy są już zbędne.

Niedobrana para?

15 lutego 1386 roku odbył się uroczysty chrzest Jagiełły udzielony mu przez arcybiskupa Bodzantę, któremu asystował biskup krakowski Jan Radlica. Ponieważ wielki mistrz zamiast przybyć z Malborka, by zostać ojcem chrzestnym nawróconego księcia, wolał przygotowywać się do kolejnego najazdu na Litwę, ten zaszczytny obowiązek spadł na barki Władysława Opolczyka. Matką chrzestną, zresztą współcześnie nazywaną „matką chrzestną unii polsko-litewskiej”, została siostra Spytka z Melsztyna, Jadwiga z Pilczy, której towarzyszyła piękna córka, Elżbieta.

Przyszły małżonek Andegawenki na chrzcie przyjął imię Władysław, prawdopodobnie na cześć pradziadka Jadwigi, Władysława Łokietka. Razem z nim ochrzczono także trzech innych Giedyminowiczów, w tym Witolda, brata stryjecznego władcy, który na chrzcie otrzymał imię Aleksander, ale, w przeciwieństwie do Jagiełły, nadal używał swojego pogańskiego imienia. Przy okazji raz na zawsze ukrócono aspiracje księcia Siemowita do korony Polski. Mazowiecki władca złożył Jagielle hołd lenny, a w zamian otrzymał posiadłość lenną na Rusi Halickiej oraz rękę ukochanej siostry księcia — Aleksandry. Nawiasem mówiąc, Siemowit wyszedł całkiem nieźle na tej zamianie, zyskał bowiem nie tylko nowe ziemie, ale także wspaniałą żonę, z którą zgodnie przeżył wiele lat i doczekał się sporej gromadki potomstwa.

Decyzją Jagiełły po chrzcie zmieniono herb dynastyczny Giedyminowiczów: Kolumnę, czyli trzy białe słupy w czerwonym polu, zastąpił podwójny Krzyż lub, jak go nazywają niektórzy heraldycy, podwójnie przekreślony Krzyż. Był to nie tylko ukłon w stronę Kościoła, ale też wyraz niezwykłego kultu, jaki nawrócony władca żywił dla relikwii Krzyża Pańskiego. Tradycja głosi, że kiedy jeszcze jako poganin podróżował do Krakowa, postanowił odwiedzić sanktuarium na Świętym Krzyżu w Górach Świętokrzyskich, gdzie nieopatrznie dotknął swoją pogańską dłonią relikwii, za co spotkała go kara w postaci uschnięcia ręki. Władzę w dłoni odzyskał, kiedy jako zadośćuczynienie podarował sanktuarium bryłę złota. Nie wiadomo, co dokładnie stało się na Świętym Krzyżu, ale musiało tam dojść do jakiegoś wstrząsającego dla Jagiełły wydarzenia, które było przyczyną wyjątkowego nabożeństwa tego władcy dla relikwii Krzyża.

Po