Jaga Czekolada i Baszta Czarownic. Tom 1 - Agnieszka Mielech - ebook
Opis

Pierwsza część nowej sagi fantasy dla dzieci.

Witajcie w Pierwszym Świecie, gdzie rządzą nowe technologie, a mieszkańcy tak bardzo upodobnili się do siebie, że trudno o dwie różne osoby.

Tutaj mieszka Jagoda Nugat, przez kolegów nazywana Jagą Czekoladą.

Pewnego dnia do opuszczonego domu tuż obok Jagi i jej rodziców wprowadzają się nowe lokatorki – Mirella i Lukrecja. Wkrótce otwierają kawiarnię z najpyszniejszymi łakociami, jakie Jaga kiedykolwiek jadła… Dziewczynka nawet nie podejrzewa, że urocze sąsiadki to czarodziejki z odległej krainy kwitnących migdałowców, Królestwa Almendurii, które wyruszyły z misją ochrony Pierwszego Świata. Mirella i Lukrecja opuściły bezpieczną basztę czarownic, by odnaleźć osobę, która pokona zbuntowanego czarnoksiężnika Hedima. Mag zagraża bezpieczeństwu wszystkich światów.

Jaga zostaje wciągnięta w walkę potężnych sił!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 167

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


A.U. Mielech

JAGA CZEKOLADA

i Baszta Czarownic

Ilustracje Magdalena Babińska

Moim Najbliższym

W Almendurii

Królestwo Almendurii to niewielkie państwo. Leży przy granicy z Pierwszym Światem, najważniejszym mocarstwem na Kontynencie. Mało kto zagranicą wie o istnieniu Almendurii. Kraj nie wyróżnia się niczym specjalnym, a jego mieszkańcy starają się nie rzucać w oczy. Całe terytorium można przejechać wzdłuż i wszerz w ciągu jednej doby.

Jednak rola tego państwa na Kontynencie jest istotna. To właśnie Almenduria stoi na straży bezpieczeństwa i spokoju w regionie. To tutaj przechowywany jest Pierwszy Kryształ, bezcenny amulet, którego moc gwarantuje bezpieczeństwo i spokój sąsiednim krajom.

Na północy Almendurii rozciągają się masywy górskie, a na południu dominują niziny z obszarami uprawnymi. Rozległe egzotyczne ogrody, duma całego kraju, rozpościerają się aż do jego granic, wciśnięte malowniczo pomiędzy łąki i pola.

Zima w Almendurii jest łagodna. Śnieg można zobaczyć tylko wysoko w górach. W lutym, kiedy na szczytach leży jeszcze biały puch, na południu kraju już kwitną drzewa. To migdałowce. Białe i bladoróżowe płatki gęsto obsypują gałęzie. Stopniowo, coraz dalej i dalej na północ, zakwitają kolejne drzewa. Kwiaty pojawiają się nagle, kiedy wszystko wokół jest jeszcze szare i przygaszone. Ożywiają sine niebo i krajobraz wokół.

Mieszkańcy Almendurii sadzą drzewa migdałowe wokół swoich baszt umieszczonych w przestronnych ogrodach. Uprawa migdałowców to narodowa tradycja, pieczołowicie pielęgnowana od stuleci. To także jedno z najważniejszych zajęć Almendurczyków i źródło ich utrzymania. Receptury na migdałowe przetwory i dania są pilnie strzeżonymi rodzinnymi tajemnicami, przekazywanymi z pokolenia na pokolenie.

Aż do późnej jesieni Almendurczycy cieszą się soczystą zielenią i egzotycznymi wielokolorowymi kwiatami w swoich ogrodach. Migdałowce przekwitają już w marcu, a wtedy drzewa zazieleniają się pierwszymi liśćmi.

Białe płatki, które spadają potem z drzew na ziemię, przypominają śnieg, pokrywający szczyty gór. Pejzaż gór, pól i łąk Almendurii zmienia się na kilka dni w baśniową krainę otuloną białym puchem.

Lukrecja uwielbia ten moment, kiedy zauważa pierwsze kwitnące migdałowce. Wokół baszty, którą zamieszkuje z mamą, rośnie ich kilka. Baszta stoi tutaj od ponad trzystu lat. Tak samo długo uprawiany jest ogród. Znajdują się w nim rozmaite gatunki drzew i krzewów. Jest też mała zarybiona sadzawka porośnięta najpiękniejszymi wodnymi roślinami.

Dziewczynka wie, że zakwitające migdałowce zwiastują jej ulubione pory roku – wiosnę i nadchodzące po niej lato. Kiedy pojawiają się pierwsze kwiaty, Lu wybiega z baszty, aby przyjrzeć się z bliska gałęziom obsypanym płatkami. Podziwia misterną konstrukcję roślin – kruchość kielicha, fakturę korony, delikatność pręcików wyraźnie wyróżniających się na tle nieskazitelnej bieli. Po przekwitnięciu migdałowców zbiera płatki do koszy i urządza sobie zabawę w padający śnieg.

* * *

Ten rok w Almendurii będzie inny niż wszystkie. Nie zakwitły migdałowce. Na próżno Lukrecja wypatruje białych kwiatów. Nie nastąpią po sobie pory roku. Wszystko zastygło w ponurej szarości. Nad Almendurią zawisło widmo głodu. Sąsiednim krajom, w tym Pierwszemu Światu, grozi chaos, anomalie pogodowe i niepokoje społeczne. Tak poważny kryzys na Kontynencie może mieć wpływ na równowagę świata. Almendurczycy już wiedzą, kto za tym stoi. Zbuntowany czarnoksiężnik Hedim, który po ucieczce z ich królestwa znalazł schronienie w sąsiedniej Echadorze, przechwycił Pierwszy Kryształ. Konwent Czarodziejów, który zarządza Królestwem, szykuje się do odzyskania amuletu.

Rozdział 1w którym Mirella i Lukrecja opuszczają basztę

Lukrecja szarpnęła za klamkę. Zniecierpliwiona popchnęła drzwi, aż te z jękiem wbiły się w mur. Pokruszony tynk spadł na deski podłogi i pokrył ją białym pyłem. Dzisiaj Lu nie przejęła się tym wcale. W innym wypadku natychmiast chwyciłaby za zmiotkę i zrobiła porządek. Nie znosiła bałaganu.

Mieszkanie było już dość zniszczone. Odkąd Lu sięga pamięcią, nie odnawiano go, więc na nadchodzące lato zaplanowały z mamą wielki remont. Na ten czas zamieszkałyby w tipi, który planowały rozstawić w ogrodzie. Prace remontowe – burzenie ścian, stawianie nowych, malowanie i tapetowanie – potrwałyby pewnie co najmniej miesiąc. Dziewczynka marzyła o własnej sali do oglądania filmów i dwupoziomowym pokoju. Niestety, po tym wszystkim, co się wydarzyło, trzeba będzie odłożyć w czasie realizację tych planów.

„Dobrze, że jakieś dwadzieścia lat temu przeniosłyśmy wejście do baszty o poziom niżej”, przemknęło dziewczynce przez myśl. Teraz można do środka wchodzić prosto z podwórka. Ale kiedyś jedyna droga do mieszkania wiodła po krętych, ażurowych schodach zbudowanych na zewnątrz baszty. Wykuto je w stali. Były pięknie zdobione, ale Lu ich nie znosiła. Dawniej, kiedy wcale nie miała mocy, bała się, że wpadnie w szczeliny pomiędzy stopniami. Do tego na szczycie schodów zdrowo wiało i Lu miała wrażenie, że wiatr ją poniesie hen, daleko, aż pod następną basztę. Najgorsze jednak było to, że każdą wchodzącą do środka osobę widać było z kilkudziesięciu metrów. Niczego nie dało się ukryć przed wścibskimi sąsiadami.

Teraz Lu sprawnie przeskakiwała stopnie bez żadnego strachu i po chwili była już na wąskim korytarzu, który zaprowadził ją do celu. Znalazła się w swoim pokoju. Rozejrzała się czujnie dookoła. Sama nie miałaby szans w starciu z jakimikolwiek obcymi siłami, które mogły znaleźć tu schronienie. Na wszelki wypadek jednak wyciągnęła pogrzebacz, który ukrywała pod łóżkiem. Wprawdzie mama mówiła, że w dzisiejszych czasach siłą czarownic nie są pogrzebacze i miotły. Dzisiaj liczą się nowe technologie i kompetencje! Dziewczynka nie wiedziała jeszcze dokładnie, co to znaczy, bo jedyną nową technologią, jaką miały w baszcie, był elektroniczny system zamykania drzwi. Ale przecież Lukrecja doskonale pamiętała, że we wszystkich podręcznikach czarodziejstwa nadal występują i pogrzebacz, i miotła! Tak uzbrojona zajrzała pod łóżko, za zasłony i do kufra, gdzie trzymała swoje drobiazgi. Nie zauważyła nic nadzwyczajnego. Zabawki siedziały smętnie w koszu przy łóżku i dyskretnie obserwowały jej poczynania. Przyklękła tuż obok i objęła ramionami królika, potem malutką sowę z postrzępionymi skrzydłami i kudłatego wilka. Następnie wyjęła pluszowego szczura z przybrudzonym futerkiem, który towarzyszył jej od zawsze, i przytuliła najmocniej jak mogła.

– Zabiorę cię ze sobą. Przynosisz mi szczęście – szepnęła. – A wy – zwróciła się do reszty zabawek – nie martwcie się. Niedługo znowu się zobaczymy.

Czy w to wierzyła? Trudno powiedzieć.

Podróż do Pierwszego Świata była dla Lu wielkim wydarzeniem. Czekała na tę chwilę z niecierpliwością. Chciała w końcu zobaczyć jacy ONI są – ludzie, mieszkańcy Pierwszego Świata. Jak wyglądają? Co robią? Jak się bawią? Gdzie mieszkają? Ale wiedziała też, że jeśli plan się nie powiedzie, może już nigdy nie zobaczyć swojego domu. Zostanie gdzieś daleko wśród obcych. Jej mama utraci magiczne moce, Almenduria stanie się podległym królestwem, a cały Pierwszy Świat pogrąży się w chaosie. A jednak Lukrecja była podekscytowana i ciągle trajkotała o tym, jak będzie wspaniale w podróży. Na starym rzutniku oglądała slajdy, które mama zrobiła w czasie swojej zagranicznej wycieczki przed laty. Chociaż mama zwracała uwagę, że dzisiaj w Pierwszym Świecie jest zupełnie inaczej, bo czas płynie tam szybciej i wszystko zmienia się w okamgnieniu, Lu nic sobie z tego nie robiła. Wyobrażała sobie, że ulicami jeżdżą zaprzężone w konie pojazdy, zwane karetami, a dziewczynki w jej wieku noszą wielkie kapelusze ozdobione kokardami i spotykają się na herbatce.

Pakowała się już od kilku tygodni i co chwilę przypominała sobie o czymś niezwykle ważnym i niezbędnym w podróży. Właśnie wracała do baszty, bo przyszło jej do głowy, że zostawiła coś szalenie istotnego, bez czego wyprawa się nie powiedzie. Mama była na tyle wyrozumiała, że zgodziła się poczekać jeszcze chwilę.

– Zaraz, zaraz… – zamruczała Lukrecja, rozglądając się po pokoju. – Czego to ja właściwie szukam? A, Indi!

Rzuciła się w kierunku szafy. Tylko tam mógł być. To kryjówka, którą ustalili na wypadek jakiegokolwiek niebezpieczeństwa. Uchyliła drzwi szafy i ostrożnie wsunęła dłoń za skrzydło. Zagwizdała cichutko. Po chwili poczuła chłodny dotyk, a wokół jej przedramienia owinęło się coś szorstkiego i dobrze jej znanego.

– Jesteś, Indi – szepnęła czule. – Jesteś. Już dobrze.

Legwan wypełzł z mrocznego wnętrza i ulokował się w swoim ulubionym miejscu, w pobliżu kosza z zabawkami.

Jego ciało, gdzieniegdzie pokryte twardymi łuskami, połyskiwało w promieniach zachodzącego słońca. Na co dzień szaroniebieskie, teraz wydawało się bardziej ogniste, wręcz karmazynowe. Zgrubiałe fałdy na głowie przybierały na przemian barwę to morskozieloną, to karminową. Lukrecja uwielbiała tę zabawę w zmianę kolorów, był to rodzaj kalejdoskopowej ruletki. Co wieczór legwan mógł przybierać przeróżne barwy. Delikatnie dotknęła jego kolców, ulokowanych na tułowiu w kierunku ogona, jakby chciała zbadać, czy na pewno są na miejscu.

Wtedy usłyszała wołanie:

– Lu! Lu! Pospiesz się. Nie mamy już czasu!

To mama! Jej głos wyrwał dziewczynkę z igraszek z legwanem.

Lukrecja miała wrażenie, że głos mamy odbija się echem od murów, wraca do niej i świdruje w uszach. Mama słusznie się niecierpliwiła. Lu nie powinna była marnować czasu na zabawę! Zaraz jednak znalazła sobie proste wyjaśnienie – przecież nie ma jeszcze na tyle magicznych mocy, aby poddać się surowej dyscyplinie świata czarodziejek. Ciągle ma czas na zabawę! Z drugiej strony już dawno miały opuścić okolice baszty. Przestało tu być bezpiecznie jakieś czterdzieści cztery godziny temu.

Z niepokojem spojrzała w okno. Słońce schodziło coraz niżej za horyzont. Kiedy zajdzie, powinny na dobre opuścić Almendurię.

– Musimy się pospieszyć. Rozumiesz? – rzuciła do Indi.

Iguana wcale nie czuła się winna. W końcu to Lu zapomniała ją zabrać z pokoju. Siedziała tu całkiem sama, w ciemnej szafie, bez gwarancji, że ktokolwiek po nią wróci. Wlepiła w dziewczynkę swoje złocistopomarańczowe oczy, jakby oczekiwała przeprosin. Ale Lu wcale nie była do tego skora. Dziewczynka w pośpiechu przerzucała rzeczy w pokoju. Na pewno jest tu jeszcze coś, co będzie niezbędne w podróży! O niczym nie może zapomnieć. Z kufra pod stołem wyjęła związaną kitkę końskiego włosia, ząb niedźwiedzia i słoik z suszoną białą szałwią. Lu słyszała, że dym z białej szałwii pobudza mądrość (a tego bardzo potrzebowała, by nabrać prawdziwej mocy czarodziejki) i oddala rzucone czary i uroki. Przyjrzała się swoim zbiorom z wyraźnym zadowoleniem.

– Brygado do zadań specjalnych – jedziecie z nami!

Potem zwróciła się do legwana:

– Indi, w drogę!

Iguana oplotła się zwinnie wokół ramienia Lukrecji.

– Ech, jesteś coraz cięższa. Niedługo nie będę mogła cię nosić. Ten twój ogon jest taki długi – westchnęła dziewczynka, gładząc szorstką skórę gada.

W drodze powrotnej Lu pokonywała po dwa stopnie schodów naraz, mocno przyciskając do siebie legwana.

– Tylko nie mów nic mamie! Nie wolno mi skakać po schodach. Złamałam kiedyś nogę, co w naszym rodzie zdarza się raz na jakieś dwieście lat – przyznała się dziewczynka.

Iguana parsknęła.

– Ej! To wcale nie jest śmieszne! – obruszyła się Lu. – Czy wiesz, co to znaczy być małą czarodziejką ze złamaną nogą? Wszyscy się nad tobą litują i nie możesz nawet swobodnie wskoczyć na miotłę!

Legwan prychnął drugi raz, a potem trzeci.

– No dobra. Masz rację. Aż tak często nie latamy na miotłach – przyznała dziewczynka. – Ostatni raz leciałam pewnie dziesięć lat temu. Ale liczę, że już niedługo będę mogła to powtórzyć!

Indi znowu parsknęła, ale Lukrecja puściła to mimo uszu. Niech sobie nie myśli, że zrezygnuje ze swoich planów z powodu kapryśnej iguany! To prawda, że jest rzadkim okazem. Jedną z ostatnich z gatunku, który przed laty przywieziono do Almendurii. Jej przodkowie najpewniej pochodzili z obszarów Pierwszego Świata. Jedna z zasłużonych czarodziejek, którą wysłano na wycieczkę poznawczą do Ameryki Południowej, przywiozła ze sobą parę legwanów błękitnych. Natychmiast stały się pupilami całej Almendurii. W końca jedna z nowonarodzonych iguan, Indi, trafiła do Mirelli.

Lu przebiegła jeszcze kilkadziesiąt schodów. Wpadła na chwilę do kuchni. Objęła wzrokiem starannie uporządkowane wnętrze. Przypomniała sobie chwile, kiedy wraz z mamą przygotowywały babeczki czekoladowe. Pycha! Dodawały werbenę i kozieradkę. W sąsiedztwie słynęły z najlepszych ciast i ciasteczek. Na święto narodowe Almendurii wypiekały słodkie ciastka z migdałowym nadzieniem i czekoladowe tory obsypane płatkami migdałowca. Będzie jej tego brakowało!

Wreszcie dotarła na dół. Uff! Pomyślała, że czas wprowadzić w baszcie nowe rozwiązanie w miejsce staromodnych i męczących schodów. Może jakaś wyrzutnia, która powoduje, że w ciągu kilku sekund jest się na dole? Albo lina, po której błyskawicznie można zjechać z najwyższego piętra na dół? Widziała taką w domu Xary, jednej ze szkolnych koleżanek, kiedy została zaproszona na przyjęcie urodzinowe. Tymczasem ciężkie drzwi zamknęły się za Lu bezgłośnie i szczelnie. Odkąd w baszcie został wprowadzony nowy elektroniczny system zamków, problemy ze znikającymi kluczami czy trzaskającymi drzwiami odeszły na zawsze. Lukrecja manipulowała jeszcze chwilę przy panelu sterowania. Położyła dłoń na polu przeznaczonym do skanowania linii papilarnych i wpisała kody zabezpieczające: „A kysz!” i „Nie wpuszczaj obcych”. Po chwili namysłu dodała jeszcze jeden, mocniejszy: „Spraw obcym taką niespodziankę, aby czym prędzej chcieli stąd wyjść”. Jeśli Hedim i jego banda odwiedzą basztę, mogą liczyć na prysznic z wrzątku, olbrzymie pająki i zapadnię w kuchni.

Wreszcie Lu stanęła obok mamy.

– W końcu. – Mirella uniosła brwi na jej widok. – Okropnie marudziłaś na górze.

W odpowiedzi Lu wskazała na Indi i znacząco przewróciła oczami.

– Mam niedobre wieści – ciągnęła Mirella. – Hedim zbliża się do Almendurii. Musimy się spieszyć. Żarty się skończyły!

Lu posmutniała. Wiedziała, że ten moment nadejdzie, a jednak wcale nie czuła się przygotowana na przeprowadzkę do miejsca, które jest jej zupełnie obce.

Oczy zaszły jej łzami. Spojrzała jeszcze raz na basztę, potem na mamę i zapytała cicho:

– Na pewno wybrałaś dla nas najlepsze miejsce? Jak naprawdę jest w Pierwszym Świecie? Czy Indi będzie tam szczęśliwa?

Mirella zamyśliła się. Długo patrzyła na Lu, wreszcie odpowiedziała:

– Jestem pewna, że najlepsze miejsce dla nas wszystkich jest tutaj, w Almendurii. W naszej baszcie. Tu jest i zawsze będzie nasz dom. Musimy go chronić, podobnie jak mieszkańców Pierwszego Świata. Nasza misja się rozpoczyna. Konwent Czarodziejów wybrał właśnie nas. Nie martw się. Tam, dokąd zmierzamy, czekają nas magiczne przeżycia. Ludzie są bardzo zabawni.

Lu ożywiła się na wieść o czarach.

– Będziesz używać swoich mocy? Jak teraz? – zapytała, wskazując na kilka lśniących walizek ustawionych równiutko na chodniku. Prezentowały się okazale. Wszystkie jednakowe, w gołębioszarym odcieniu, z podróżnymi zawieszkami przy uchwytach.

Spojrzała z uznaniem na mamę. Umiała wyczarowywać niezwykłe rzeczy.

Lu przejechała dłonią po walizce. Pod palcami poczuła chłód metalowych zamków i przyjemną chropowatą fakturę. Przypominała jej stare mury baszty, z surowym tynkiem, który lubił odpadać przy byle okazji.

– Więc to są nasze stare kufry? – zwróciła się do mamy. – Zamieniłaś je tak po prostu w te śliczne walizki?! To nie jest fair! Sama mówiłaś, że czary nie służą do tego, aby zmieniać rzeczywistość.

– To nasz kamuflaż, Lu. Tam, dokąd jedziemy, kufry byłyby osobliwością – odpowiedziała Mirella. – Podróżni nie używają ich od lat.

– Skąd wiesz? Przecież ostatni raz byłaś w Pierwszym Świecie bardzo dawno temu – oburzyła się Lukrecja.

– To prawda – przyznała jej rację mama. – Moja wizyta odbyła się jakieś sto lat temu. Dzisiaj wszystko wygląda inaczej. Świat przeobraża się tam szybciej niż u nas. Ludzie uwielbiają zmiany. Nazywają to rewolucją technologiczną.

Dziewczynka zamilkła. Czy oznacza to, że nie założy ani jednego z pięciu kapeluszy, które w tajemnicy przed mamą wcisnęła do walizek? I nie pojedzie bryczką zaprzężoną w cztery kare konie?

Jakby na potwierdzenie jej przypuszczeń, mama kontynuowała:

– Nie przydadzą się nam ani falbaniaste suknie, ani wiązane trzewiki czy kapelusze. Postarałam się o nowe rzeczy. Według poradnika dla podróżujących do Pierwszego Świata1 teraz obowiązuje styl swobodny.

Lukrecja spojrzała na nią pytająco.

– No wiesz. Luźne spodnie, bluzy, w których twoje kształty trudne są do odgadnięcia, trampki na gumowej podeszwie i czapki, jakie u nas noszą skrzaty – powiedziała mama i wskazała na wyciągniętą czapką z końcem, który spadał jej na kark.

Lu zauważyła, że spod nakrycia głowy wystaje kilka blond kosmyków.

– Ufarbowałaś włosy?! – zagrzmiała. – Tego nie robił jeszcze nikt w naszym rodzie!

Szybkim ruchem ściągnęła mamie czapkę. Na ramiona wysypały się falujące pasma.

Lu dotknęła ich. Były przyjemnie miękkie i miłe. Mirella ujęła jej dłoń i wyjaśniała:

– Siwe włosy do pasa, nawet splecione w warkocz, byłyby czymś bardzo dziwnym dla mieszkańców Pierwszego Świata. Ludzie chcą być zawsze młodzi, Lu. A zasada numer jeden, jaką musimy się kierować, to „Nie zwracaj na siebie uwagi”. Nie wolno nam wzbudzać podejrzeń. W przeciwnym razie ryzykujemy przyszłość Almendurii, bezpieczeństwo Pierwszego Świata i swoje.

I dodała: – Powinnyśmy wtopić się w otoczenie. Być takie jak wszyscy…

– Zawsze już tak będzie? – zapytała dziewczynka.

– Mam nadzieję, że nie. Kiedy przepowiednia się wypełni, wrócimy do Almendurii i znowu będziemy sobą – odpowiedziała mama. – A teraz zbierajmy się. Naprawdę już czas.

Potem Mirella sprawnie przeliczyła bagaże i oznaczyła je numerami na zawieszkach.

– Dziewięć! – podsumowała. – To dobry znak, tyle Czarodziejek zasiada w Konwencie. Choć wolałabym, abyśmy wyruszały z kilkoma podręcznymi walizkami.

Lukrecja przeczytała napis na zawieszce: „Lukrecja z Almendurii. Uczciwego znalazcę prosi się o przekazanie bagażu do firmy Przeprowadzki z Tysiąca i jednej nocy”.

– Jak to? Więc możemy stracić nasze walizki? I wszystko, co mamy w środku? – zapytała zdziwiona. – Moje skarby i pamiątki też?

– To daleka wyprawa. Musimy być przygotowane na każdą ewentualność – wyjaśniła Mirella.

Lukrecja nie dawała za wygraną:

– Przecież wystarczy tylko jedno zaklęcie i kilka ruchów różdżką. Za chwilę tam będziemy!

Tymczasem Mirella zakończyła pakowanie.

Indi została umieszczona w eleganckim ratanowym koszu na kółkach. Wydawała się być bardzo zadowolona z sąsiedztwa kanapek, puszek z landrynami i innych słodyczy, które pachniały zupełnie jak owoc mango, jej przysmak. Mirella przygotowała sporo prowiantu na drogę. Poradnik nie mówił wiele o tym, co dzisiaj jedzą ludzie. Ona sama od lat wybierała tylko naturalną i nieprzetworzoną żywność. Podczas podróży do Pierwszego Świata chciała zabezpieczyć się na wypadek braku odpowiednich produktów, więc przygotowała porządne zapasy. Czego tam nie było! Torby pełne kaszy jaglanej, gryczanej, jęczmiennej czy amarantusa. Spakowała też kilka składników do pieczenia ciast: wykwintne mąki, sodę, oleje. Liczyła, że obie z Lukrecją wrócą do rodzinnej tradycji.

Kiedy bagaże były zliczone, a Indi siedziała w koszu, przyszedł wreszcie ten moment. Matka i córka stanęły twarzą do baszty i wyciągnęły przed siebie ręce.

Lu poczuła, jak przez jej ciało przechodzi dreszcz emocji. Czy była to niepewność? Czy raczej oczekiwanie na coś niezwykłego? Nie umiała sobie tego wytłumaczyć.

Spojrzały na siebie, a Mirella wyrecytowała uroczystym głosem:

Żywioły! Nadszedł czas,

kiedy oddajemy się w wasze ręce.

Przyjmijcie naszą prośbę,

gwiazdy, słońce, wodo, ziemio, wietrze.

Dźwignijcie nas daleko za horyzont,

unieście nas ponad czas.

Powędrujemy bezdrożami,

oparcie zawsze mając w was.

Pokonamy klify oraz oceany,

przejdzie dzień i noc.

Miną prędko trzy życia,

odnajdziemy tę, która da nam moc.

Mirella wypowiedziała ostatnie słowa, a wtedy obie chwyciły się za ręce. Wokół pociemniało, jakby nadchodziła potężna burza.

Powietrze zmieszane z kroplami deszczu zawirowało, a wiatr zawył złowrogo. Ziemia zadrżała. Gwałtowne podmuchy szarpały okiennicami baszty, a te uderzały o mury. Z pokrycia dachu spadały ceramiczne dachówki i roztrzaskiwały się z hukiem o ziemię. Lukrecja chwyciła jeszcze mocniej dłoń matki, a drugą kurczowo zaciskała na uchwycie kosza z Indi. Teraz zrozumiała, że wyprawa poza Almendurię nie będzie tak prosta, jak się jej wydawało. Żadne czarodziejskie różdżki czy loty na miotłach w tych okolicznościach się nie sprawdzą. Ziemia trzęsła się coraz bardziej, aż Lu wydawało się, że usuwa się spod jej stóp. W głowie czuła nieprzyjemne zawroty, które przyprawiały ją prawie o mdłości. Ścisnęła rękę matki raz jeszcze, dając jej błagalny sygnał, aby użyła swych mocy i wybawiła je z opresji.

– Zafir! – zawołała Mirella. – Zafir! Już czas!

Jej głos była donośny jak nigdy. Lukrecja usłyszała gdzieś wysoko ponad sobą szum czy raczej pomruk. Dźwięk z każdą chwilą stawał się bardziej donośny. Spojrzała w niebo. To stada ptaków! Nadlatywały zewsząd. Były wśród nich kruki, sowy, mewy, jaskółki, rybitwy, myszołowy, jastrzębie, a nawet kilka sępów. Dziewczynka patrzyła z podziwem na ten niecodzienny zlot. Niektóre z tych ptaków to naturalni wrogowie, a teraz zgodnie zebrały się w jednym miejscu. Mniejsze walczyły z nagłymi porywami wiatru, bezwładnie unoszone przez podmuchy dryfowały w powietrzu. Jednak wspierane przez siostry i braci zdołały utrzymywać się w locie. Mewy wydawały jęki pełne skargi, a kruki pokrzykiwały donośnie. W kilka chwil ptaki ciasno pokryły przestrzeń nad basztą. Zrobiło się jeszcze ciemniej. Lu wydawało się, że nad ich głowami unosi się ruchomy ciemnoszary dywan, który faluje i kołysze się we wszystkich kierunkach.

Wiatr z wolna się uspokajał, a ziemia stopniowo przestawała wirować. Lu odetchnęła z ulgą. Zauważyła, że jeden z kruków odłączył się od swoich i leciał w ich kierunku. W miarę jak się do nich zbliżał, dziewczynka spostrzegła, że jest duży i masywny, a smukła sylwetka nadaje mu majestatyczną postać. Krążył nad ich głowami. Jego czarne pióra o metalicznym połysku przybierały chwilami purpurowe refleksy. Spokojnie przysiadł na nadgarstku Mirelli. Mocny dziób uniósł w kierunku gromady ptaków, a te uciszyły się jak na komendę.

Lukrecja spojrzała w jego oczy, czarne jak węgiel, i dostrzegła w nich mądrość i empatię.

Zrozumiała, że wśród swoich musi być kimś znaczącym, bo ptaki nie wydały najmniejszego pisku, odkąd zbliżył się do niej i do mamy. Skupione oczekiwały dalszego rozwoju wypadków. Mirella dotknęła błyszczących piór ptaka.

– Zafir – powiedziała łagodnie. – Zawsze mogę na ciebie liczyć.

Kruk uniósł głowę, rozłożył skrzydła i wzbił się ku górze. Silne uderzenia jego długich skrzydeł wydawały świszczące dźwięki, które w zupełnej ciszy brzmiały niezwykle donośnie. Ptak okrążył dwukrotnie basztę, wykonując akrobatyczne przeloty wokół wieży i majestatycznie podążył w kierunku swoich braci. Kilka mniejszych ptaków oderwało się od stada i wyleciało, by go powitać.

Mirella uśmiechnęła się na pożegnanie i szepnęła:

– Do zobaczenia, Zafirze, nasz strażniku.

Lu nie miała pojęcia, że mama ma przyjaciół także wśród ptaków. Basztę odwiedzały różne zwierzęta. Czasem były to przepiękne jelenie, lisy czy wilki, niekiedy mniejsze stworzenia, jak zające lub kuny. Raz nawet przyszedł niedźwiedź, ale z powodu swojej postury utknął w drzwiach i więcej było zachodu z jego uwolnieniem, niż była warta wizyta. Mirella spotykała się z nimi w największym pokoju i długo stamtąd nie wychodziła. Wszystkie stworzenia były zwykle nastawione pokojowo i znosiły mnóstwo podarunków. Czasem kosz jagód, które Lu wraz z mamą zamieniała w trzy tuziny jagodowych babeczek. Innym razem zwoje brzozowej kory albo pęki leśnych ziół. Mama troskliwie zajmowała się naręczami zielska i suszyła je na strychu. Potem umieszczała w szczelnie zakręconych słojach, wypełniających półki w spiżarni.

Teraz Lu była jednak zbyt zmęczona i nie miała już ochoty rozwikływać kolejnej zagadki. W ciągu ponad dwustu lat, które Mirella spędziła w Królestwie Almendurii, spotkała pewnie znacznie więcej postaci, o których nigdy nie mówiła córce.

Nad głowami znowu zaroiło się od ptaków. Podleciały jeszcze bliżej, zupełnie blokując dostęp ostatnim promieniom słońca.

– Zamknij oczy, Lu – nakazała matka, choć było prawie ciemno. – Mamy najpiękniejszy ruchomy dywan na świecie. Zafir i jego przyjaciele zabiorą nas teraz na drugą stronę Almendurii, do Pierwszego Świata.

Dziewczynka