Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 446

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Jądro Ziemi - Maxime Chattam

Trzeci tom cyklu "Inny Świat". Po zniknięciu Tobiasa Matt i Amber wracają do Edenu, by ostrzec Radę przed inwazją Cyników podżeganych przez królową Malroncję. Jako że napaść wrogów zbliża się wielkimi krokami, zaczynają się przygotowania do wojny. Za chwilę mogą się okazać przydatne wszystkie niezwykłe umiejętności nabyte w czasie Burzy. Spektakularna i rozstrzygająca batalia obydwu stron mocy już wkrótce rozproszy mrok tajemnic…

Opinie o ebooku Jądro Ziemi - Maxime Chattam

Fragment ebooka Jądro Ziemi - Maxime Chattam

Tytuł oryginału:

AUTRE MONDE, LE COEUR DE LA TERRE

Copyright © Éditions Albin Michel – Paris 2009

Copyright © 2012 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga, Młody Book

Copyright © 2011 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga, Młody Book

Projekt okładki: Studio LGF

Wykonanie okładki: Marcin Słociński

Zdjęcia na okładce: © Shutterstock

Redakcja: Bożena Sęk

Korekta: Joanna Rodkiewicz, Magdalena Bargłowska, Ewa Ossowska

ISBN 978-83-8110-252-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

www.mlodybook.com.pl

www.facebook.com/BookMlody

www.instagram.com/mlodybook

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

CZĘŚĆ PIERWSZARaj utracony

1Rada

Promienie słońca padały ukośnie na pola pszenicy otaczające miasto.

Matt Carter i Amber Caldero wierzyli w istnienie Edenu, obawiając się jednocześnie, że jest on w najlepszym razie osadą w ruinie albo gorzej: zaledwie echem legendy krążącej wśród ludu.

I oto nagle Eden rozpościerał się u ich stóp, dostojny i okazały.

Granicę Raju Utraconego wyznaczało wzgórze, które okalała palisada z szerokich, zakończonych szpiczasto bali.

Matt delektował się szmerem wiatru w łanach pszenicy, wypatrując łakomie licznych pióropuszy dymu oznaczających gorące bułeczki.

Południowych bram Edenu strzegło dwóch atletycznie zbudowanych nastolatków, którzy skrzyżowali ramiona na skórzanych plastronach. Na widok ciemnoczerwonego, niemal brązowego płaszcza Długodystansowca, który towarzyszył przybyszom, odsunęli się. Za Mattem i Amber podążali niepewnym krokiem Nournia i Jon przygnieceni zmęczeniem. Mnogość opuchniętych ran i pozszywane naprędce łachmany przywodziły na myśl twarde lądowanie sterowca, które przeżyli zaledwie trzy dni wcześniej.

– Długodystansowcu! – odezwała się jakaś dziewczyna z warkoczem. – Chcesz ugasić pragnienie? Czy ktoś ma cię zaprowadzić do Sali Głosicieli Nowin?

Floyd podziękował jej gestem ręki i rzekł, wskazując podążającego za nimi olbrzymiego psa, na którego grzbiecie leżała bezwładnie jakaś postać:

– Jedna z naszych jest ciężko ranna i potrzebuje opieki. Ma na imię Mia.

– Zajmiemy się nią!

Dziewczyna czym prędzej gwizdnęła, po czym nadbiegło dwóch chłopców, którzy pomogli jej zdjąć Mię z grzbietu Kudłatej. Podnieśli ją ostrożnie, cały czas rzucając niespokojne spojrzenia na psa, z pewnością największego, jakiego kiedykolwiek widzieli.

Floyd rozpiął płaszcz Długodystansowca i przewiesił sobie przez ramię.

– Zaprowadzę was do Sali Głosicieli Nowin – zwrócił się do czwórki nastolatków, którym przewodził – gdzie będziecie mogli odpocząć, a tymczasem ja przekażę Radzie prośbę o audiencję.

– Nie ma ani chwili do stracenia – odparł z naciskiem Matt, odrzucając do tyłu zbyt długie kosmyki ciemnych włosów.

Amber położyła mu dłoń na ramieniu, chcąc uśmierzyć jego wzburzenie.

– Uspokój się, Matt, przyjmą nas. Martwię się o ciebie: jesteś tak zdenerwowany, że aż się cały trzęsiesz!

– Wojna już się zaczęła! – powiedział ściszonym głosem, tak żeby tylko ona mogła go usłyszeć. – Ale nasz lud o tym nie wie! Jak mógłbym zachować spokój w takiej sytuacji?

Amber przestała się upierać, ruszyli więc za Floydem przez pierwsze miasto Piotrusiów.

Drewniane budowle, gdzieniegdzie kamienne fundamenty, chodniki z desek, żeby nie przemoczyć nóg w deszczowe dni – choć Eden wyrósł z ziemi zaledwie w ciągu kilku miesięcy, sprawiał wrażenie świetnie zaprojektowanego. Większość domów była połączona wielkimi namiotami tworzącymi osłonięte pasaże.

Dotarli do centrum miasta, olbrzymiego placu pod wysoką na ponad pięćdziesiąt metrów jabłonią, której gałęzie uginały się od żółto-czerwonych owoców. Floyd wskazał budynek, który przypominał trochę kościół. Następnie weszli do Sali Głosicieli Nowin. Floyd powiesił płaszcz na jednym z wielu wieszaków znajdujących się w przedsionku i ruszył w głąb sali. Amber, która marzyła, że sama także zostanie Długodystansowcem, nie kryła entuzjazmu. Podeszła do otworu wiodącego do przyległej budowli, skąd dolatywał silny zapach koni. Na hakach wisiał tam cały sprzęt jeździecki: lonże, kantary, siodła. Naprzeciwko ciągnął się długi rząd kilkudziesięciu boksów, w których uwijali się Długodystansowcy i stajenni.

Kiedy Floyd wkroczył do wielkiej sali, Amber dołączyła do swojej grupy.

Wokół drewnianych stołów siedziało, rozmawiając, z pół tuzina Długodystansowców, którzy dzielili się notatkami ponad talerzami pełnymi okruchów. Odwrócili głowy ku Floydowi i jego towarzyszom, po czym wstał czarnowłosy chłopiec o zielonych oczach i kwadratowej szczęce.

– Ben! – wykrzyknęła Amber.

Długodystansowiec podszedł z uśmiechem się przywitać. Matt przypomniał go sobie: spotkali się na Wyspie Carmichaela, on zaś podejrzewał, że Amber dała się oczarować jego gwiazdorskiemu wyglądowi.

– Cieszę się, że was widzę! – zawołał Ben z zapałem.

„Na dodatek jest miły!”, burknął w duchu Matt.

Mimo wszystko nie był aż tak bardzo zazdrosny, jak się spodziewał. Nie poczuł ani ukłucia w sercu, ani kuli w żołądku, które tak dobrze znał. Jedynie lekkie rozdrażnienie.

„Niby dlaczego miałbym być zazdrosny? Wtedy musiałbym coś czuć do Amber! W gruncie rzeczy to tylko przyjaciółka. Nie mam do niej żadnych praw i nic mi do tego, co ją łączy z innymi...”

Tak czy inaczej Matt musiał skupić całą uwagę na tym, jak przetrwać. Na nieuchronnym konflikcie z Cynikami.

Gdyby zaś w całym tym chaosie miał poświęcić jedną myśl osobistym sprawom, byłaby ona przeznaczona dla Tobiasa.

Dla przyjaciela z dzieciństwa uprowadzonego przez Rauperodena.

Dla przyjaciela, który zniknął. Połknięty.

W ciemnościach.

Co tydzień do Edenu napływali kolejni przybysze. Niekiedy grupki trzech, czterech Piotrusiów, a niekiedy całe klany złożone z kilkudziesięciorga dzieci i nastolatków. Miasto bezustannie się rozrastało, przeobrażało na przyjęcie wszystkich, w cieniu jabłoni skupiała się zaś wiedza, aby stali się mądrzejsi, aby różnorodność dała im siłę.

Każdą, nawet najmniejszą falę przybyszów proszono o wybranie przedstawiciela, który wstępował do Rady Miasta.

Rada podejmowała istotne decyzje, rozstrzygała spory i kierowała ogólną polityką Edenu.

Gdy drzwi sali Rady się otworzyły, Floyd i Ben weszli pierwsi jako Długodystansowcy, aby eskortować Matta i Amber w łagodnym świetle lamp oliwnych.

Miejsce to przypominało cyrk za sprawą ławek biegnących wokół areny z desek, braku okien i pomalowanych na czerwono masztów, które podtrzymywały spadzisty sufit. Składająca się z jakichś trzydziestu nastolatków Rada szeptała, mierząc przybyszów wzrokiem.

Matt także ich otaksował: musieli mieć średnio po piętnaście, szesnaście lat, poza tym chłopców było tyle samo co dziewcząt.

Członkowie Rady czym prędzej zamilkli; wszyscy czekali, co też takiego ważnego mają im do powiedzenia Amber i Matt.

Matt, nieco wzruszony, odchrząknął i postąpił krok naprzód, aby zabrać głos:

– Wracamy z kraju Cyników, z królestwa Malroncji. Przynosimy złe wieści.

– Naprawdę byliście u Cyników! – wykrzyknął jeden z najmłodszych członków Rady zarazem z niedowierzaniem i podziwem.

– Pozwól mu mówić! – rozkazał inny.

– Właśnie przegrupowują wojska – ciągnął Matt – żeby ruszyć na wojnę.

– Na wojnę? – powtórzył jakiś głos dochodzący z najwyższych ławek. – Przeciw komu? Czy są jeszcze jacyś inni dorośli?

– Nic nam o tym nie wiadomo. Oni zamierzają wypowiedzieć wojnę nam! W ciągu miesiąca napadną na nas liczne armie, żeby pojmać albo zabić Piotrusiów.

W sali Rady rozległ się pełen paniki wrzask; żeby znów powróciła cisza, dwóch chłopców musiało wstać, machając rękami. Jeden z nich zwrócił się do Matta:

– Jesteś pewien tych informacji? Skąd je masz?

– Byłem więźniem wojsk Malroncji i udało mi się przechwycić list królowej do generałów. Dobra wiadomość, o ile w tej sytuacji można w ogóle mówić o dobrych wiadomościach, jest taka, że znam ich plany, całą strategię. Jeśli będziemy działać szybko, jeszcze zdążymy się zorganizować.

– Zorganizować po co? – sprzeciwiła się jakaś dziewczyna. – Przy całej armii Cyników nie mamy żadnych szans!

– Nie przy jednej, ale przy wszystkich pięciu armiach Malroncji – sprostował Matt.

Przez zgromadzenie przebiegł dreszcz.

– Ale mamy nad nimi znaczną przewagę – dodał Matt, zanim Radę zdążyła ogarnąć panika. – Wiemy, którędy będą szli, znamy ich manewry na zmylenie przeciwnika, a to wszystko zmienia!

– Nie masz o niczym pojęcia! – upierała się dziewczyna. – Nawet jeśli każdy mieszkaniec Edenu chwyci za broń, nie będzie nas więcej niż cztery tysiące! Przeciwko pięciu armiom dorosłych w zbrojach!

Wtem głos zabrała Amber:

– Trzeba wysłać wszystkich Długodystansowców do pozostałych osad Piotrusiów, żeby ich tu ściągnąć, a wtedy my też zdołamy zebrać wojska.

– W najlepszym razie zyskamy dodatkowe trzy, cztery tysiące ludzi, a i tak to jest optymistyczny wariant! – wtrącił jakiś chłopak.

– Ale efekt zaskoczenia może mieć znaczenie – odparowała Amber.

– A gdyby tak zaproponować królowej Malroncji traktat pokojowy? – rzucił jakiś głos. – Poddamy się bez walki, żeby uniknąć przemocy. Świat jest dostatecznie duży, żebyśmy wszyscy mogli w nim żyć, nie przeszkadzając sobie nawzajem!

Matt odrzekł łagodnie głosem nabrzmiałym od emocji, z ponurą miną:

– Widziałem, co Cynicy robią ze schwytanymi Piotrusiami. Wierzcie mi, nie chcielibyście, żeby spotkał was taki los! Wbijają im w pępki takie dziwne pierścienie. Stop metalu, z którego są zrobione, wystarczy, żeby zabić wolną wolę. Ujarzmieni w ten sposób Piotrusie stają się niewolnikami i reagują jak zombie. Nie tracą świadomości, tylko po prostu są niezdolni do energicznego działania, do nieposłuszeństwa, do myślenia... Prawdziwy koszmar!

– To ohydne! – wrzasnął ktoś. – Więc porywają Piotrusiów, żeby zbudować sieć niewolników!

– Nie, niezupełnie – powiedziała Amber. – Chodzi im o Poszukiwanie Skór, to obsesja samej Malroncji. Cynicy wierzą w pewną przepowiednię narzuconą przez królową. Myślą, że jakieś dziecko nosi na sobie mapę utworzoną przez pieprzyki i że jeśli przyłożą tę mapę do rysunków na kamiennym stole, pokaże im ona drogę do Odkupienia.

– Co to jest Odkupienie? – zapytał nastolatek w pierwszym rzędzie.

– Cynicy są przekonani, że Burzę spowodowały ich grzechy, że to dzieło Boga. Malroncja obudziła się na tym stole z rysunkiem, który oni nazywają Skalnym Testamentem. Ich zdaniem dzieci i dorośli tak bardzo się od siebie różnią i są sobie tak dalecy dlatego, że my stanowimy dowód ich grzechów. Nadeszła nowa era, era poświęcenia ich potomstwa, aby dowieść Bogu, że są gotowi oddać Mu wszystko, że zasługują na przebaczenie. Właśnie dlatego na nas polują: żeby nas ujarzmić. To sposób, by się nas wyprzeć, a także by znaleźć dziecko, które nosi na sobie mapę nazywaną przez nich Wielkim Planem.

Nagle wszyscy zaczęli mówić jednocześnie, każdy chciał wtrącić swoje trzy grosze:

– To fanatyzm! Oni powariowali!

– To nic nowego!

– A jeśli oni mają rację?

– Nie gadaj głupstw! Bóg nigdy by nie zażądał ofiary z dzieci!

– A właśnie że tak, już kiedyś to zrobił. Żeby wypróbować wiarę Abrahama, Bóg kazał mu złożyć ofiarę z syna!

– Ale nie pozwolił mu go zabić!

– Biblia to tylko księga, przestańcie pleść byle co! To wszystko nieprawda!

– Ale ja wierzę w Boga!

– Ja też!

– W takim razie jesteście Cynikami!

– Na pewno nie!

Kilku Piotrusiów próbowało uciszyć pobratymców, podnosząc ręce, zapanowało jednak zbyt duże napięcie, każdy zaś starał się je rozładować własnymi słowami:

– Wcale mnie to nie dziwi. Kiedy człowiek staje przed czymś, co go przerasta, szuka ukojenia w religii!

– Chyba raczej wymyśla jakieś wytłumaczenie!

– Właśnie to...

– CISZA! – ryknął Matt.

Tłum natychmiast umilkł. Matt wpatrywał się w nich, omiatając członków Rady ponurym przenikliwym spojrzeniem, które budziło respekt. W ciągu roku życie Matta przybrało nieoczekiwany obrót, chłopak musiał stawić czoło wielu niebezpieczeństwom i parę razy był pewien, że zginie. Teraz w jego oczach czaiła się wszakże jakaś potężna siła, jakaś pewność, której nie miał przed Burzą. Coś, co Tobias określał mianem „zdolności przywódczych”.

Trzydzieści obecnych tu osób wpatrywało się weń w oczekiwaniu na jego słowa.

– Nie zdołamy pokonać pięciu armii Malroncji w regularnej bitwie, wszyscy jesteśmy zgodni co do tego – powiedział. – Ale jeżeli się zorganizujemy, żeby dać im odpór, żeby zyskać na czasie, może wtedy będziemy mogli powstrzymać tę wojnę!

– Nie mamy jej nic do zaproponowania – zaprotestował jeden z najstarszych Piotrusiów w Radzie. – Cynicy nie z tych, co to opuszczą ręce przy pierwszej potyczce!

Matt skinął głową i wyjaśnił:

– Nie mamy pojęcia, czym tak naprawdę są Wielki Plan i Skalny Testament, za to wiemy, gdzie się znajdują. Kamienny stół jest na zamku Malroncji, w samym sercu królestwa: w Wyrd’Lon-Deis.

– A Wielki Plan? – zapytała jakaś dziewczyna. – Wiecie, o kogo chodzi?

– O mnie – przyznała Amber, występując krok do przodu.

Długodystansowiec Ben, który nagle utracił całą pewność siebie, wpatrywał się w nią zgarbiony.

– Ty? – powtórzył.

– Amber nie może wpaść w ręce Cyników – oświadczył Matt. – Ale jeżeli zdołamy porównać pieprzyki z mapą Skalnego Testamentu, wtedy będziemy w stanie zaproponować Malroncji układ.

– Myślicie, że możemy...  o d z y s k a ć  Odkupienie przed Cynikami?

– Bez względu na to, jaka się za tym kryje tajemnica, musimy ją poznać przed Cynikami!

Wtem podniósł się kolejny chłopiec z Rady, wysoki i szczupły, o kanciastej twarzy, niemal bez włosów. Gdy tylko zmierzył wzrokiem swych towarzyszy, Matt od razu się zorientował, że darzą go ogromnym szacunkiem i że to bardzo wpływowy członek Rady.

– Mam dla was inną propozycję – oznajmił spokojnym czarującym głosem. – Moglibyśmy kupić własny spokój w zamian za Amber. Jestem pewien, że Malroncja byłaby gotowa darować sobie wojnę, gdyby dostała to, czego tak usilnie szuka!

Matt zesztywniał. „Jak on śmie?”

Cała Rada zadrżała, szepty się wzmogły.

Los Amber właśnie został przypieczętowany.

2Głosowanie i strategia

Amber cofała się powoli owładnięta niespodziewanym strachem. Zdradzili ją swoi!

Matt skoczył na skraj areny i stanął przed ławkami.

– Czyście poszaleli! – wykrzyknął pełen gniewu. – Czyście postradali rozum tak samo jak Cynicy? Jak w ogóle możecie brać pod uwagę sprzedanie jednej z nas za cenę pokoju?

– Powiedz mu, Neil! – odezwał się cienki głosik, zwracając się do wysokiego charyzmatycznego nastolatka stojącego naprzeciw Matta.

– Właśnie rozum podpowiada mi propozycję takiej wymiany! – zaoponował Neil. – Zrobiłem prosty rachunek: z jednej strony wszyscy stajemy do walki bez obietnicy wygranej i w rezultacie śmierć ponoszą tysiące Piotrusiów, z drugiej tracimy jedną z nas i zyskujemy potencjalnego sojusznika w osobie tej całej Malroncji. To przecież takie proste!

– Zaprzedać duszę wrogowi? Właśnie to proponujesz? Nie wiedząc nawet, co przedstawia Wielki Plan? A jeżeli to tajna broń? Jak myślisz, ile czasu upłynie, zanim Malroncja powróci, żeby nas rozgnieść jak muchy? Ja w każdym razie nigdy nie wydam Amber! Nigdy!

– Nie jesteś obiektywny! – nie dawał za wygraną Neil. – Przecież to twoja przyjaciółka! Proponuję wykluczyć cię z głosowania, bo jest oczywiste, że nie potrafisz podjąć mądrej decyzji dotyczącej naszej społeczności.

Chłopak zdołał zauważyć, że na ławach Rady rysują się już dwa obozy. Amber, pozostającą w cieniu obu Długodystansowców i Matta, aż zatkało.

– Jeżeli liczycie na to, że oddacie Amber w ręce Cyników, najpierw będziecie musieli pokonać mnie! – rzucił Matt z taką złością, że większość szeptów ucichła.

– Rada musi zagłosować! Tu chodzi o nasze przetrwanie! – wrzasnął czym prędzej Neil, nie chcąc utracić przewagi. – Kto chce uniknąć wojny? Podnieście ręce!

Matt przyglądał się podejmowaniu decyzji, które okazało się zwykłą farsą. Był oburzony. To Neil dyrygował debatą, to on kierował głosowaniem poprzez swój sposób przedstawienia spraw. Stał z ręką w górze i obracał się, sprawdzając, jaki kierunek przybiera głosowanie. Większość Piotrusiów się wahała.

– No i co? – zagrzewał ich Neil. – Wolicie sami ruszyć na wojnę, ryzykować życie, niż poświęcić jedną dziewczynę?

Wtem podniosły się dwie kolejne członkinie Rady, brunetki odznaczające się jednakową elegancją i urodą, siostry.

– Matt Carter ma rację, a ty się mylisz, Neilu MacKenzie! – rzekła starsza. – Jakim bylibyśmy narodem, gdybyśmy potrafili rzucić na pożarcie kogoś z nas, byleby tylko zyskać parę miesięcy spokoju?

– A skoro Amber jest czymś w rodzaju mapy, powinniśmy wykorzystać tę szansę! – ciągnęła młodsza, nie dając Neilowi czasu na odpowiedź. – Nie wydawajmy jej wrogowi!

Neil machnął ręką wściekłym gestem, widząc zaś, że tylko nieliczni Piotrusie głosują tak jak on, wskoczył na schody i przemierzył arenę, wpatrzony w Matta złym wzrokiem.

– Ta Rada jest zdecydowanie za miękka! – oświadczył po drodze. – Przy takich dekownikach nasz lud nigdy nie przetrwa! Skoro nie zamierzacie mnie posłuchać, nie będę się narzucał!

Gdy Neil odszedł, dziewczyny, które mu się sprzeciwiły, przedstawiły się.

– Jestem Zelia – oznajmiła starsza.

– A ja Maylis, witajcie w Edenie.

Ben pochylił się ku Amber.

– One i Neil to najbardziej dynamiczni członkowie Rady – szepnął. – I najmądrzejsi.

– Wygląda na to, że sporo wiecie o Cynikach – mówiła dalej Zelia. – Musicie nas jeszcze wiele nauczyć.

– Prawie wszyscy z nich stracili pamięć – wyjawił Matt. – W ogóle nie mają pojęcia, kim są, skąd pochodzą, właśnie dlatego podążają za Malroncją; ona dodaje im odwagi, wydaje się, że wszystko wie.

– Skąd czerpie wiedzę? – zapytała Maylis.

– Wiem tylko tyle, że po Burzy obudziła się na rzeźbionym stole, na Skalnym Testamencie. Rozpaliła olbrzymie ogniska, żeby przyciągnąć do siebie tych, co przeżyli, i nabiła im głowy swoją religijną gadką.

– Skoro obudziła się na tym stole, to znaczy, że Bóg ją wybrał – odezwał się jakiś chłopiec pozostający nieco na uboczu. – Może ona ma rację?

Tym razem to Amber weszła na obrzeże areny i rzekła:

– Nie wydaje mi się. Moim zdaniem to dwie różne rzeczy. Kiedy dorośli są zagubieni, potrzebują pociechy, ponieważ niczego tak się nie boją jak nieznanego. Uważam, że strach wywołany przez Burzę popchnął ich ku jedynej rzeczy, która jest w stanie ich pocieszyć: ku religii.

– Jak wyjaśnisz fakt, że królowa wie, co należy robić ze Skalnym Testamentem i mapą, którą tworzą pieprzyki? Chyba sobie tego nie wymyśliła?

– To sprawka Burzy. Kiedy spadła na nasz kraj, zmieniła kod genetyczny roślin, niektórych zwierząt, nasz też. Była czymś w rodzaju ogromnego skoku w przód dla łańcucha ewolucji. Podczas uderzenia nasze umysły nie przestały jednak funkcjonować. Zupełnie jak wtedy gdy śnimy, nasza podświadomość działała na pełnych obrotach. Przypuszczam, że niektórym osobom udało się przechwycić sygnały, właśnie tak się z stało z tą kobietą, z Malroncją. Ponieważ obudziła się na stole, jej podświadomość przechwyciła sygnały wysłane przez Burzę, bo jestem pewna, że właśnie Burza nadała kształt temu stołowi! Za pomocą wiatru, błyskawic, deszczu, nieważne jak, ale to było dzieło natury. Tak samo rozmieszczenie moich pieprzyków jest częścią kodu genetycznego, rodzajem języka, o którym dotąd nie mieliśmy pojęcia. Pieprzyki stanowią język między nami a naturą.

– Jeśli się więc porówna ten rzeźbiony stół z twoimi pieprzykami, odkryje się coś, co ma związek z Burzą? – domyśliła się Zelia.

– Tak sądzę. Coś istotnego. Coś, czego nie możemy pozostawić w rękach Cyników. Oni są zbyt radykalni, a nikt nie może uczynić nic dobrego, jeśli kieruje się strachem!

Nastolatki z Rady dyskutowały w kilku grupach. Zelia i Maylis kazały im zamilknąć, po czym ta pierwsza rzekła do Amber i Matta:

– Chwila jest poważna, a my musimy wspólnie podjąć decyzję. Chodźcie tutaj, bo wasze głosy też trzeba policzyć. Ważą się losy naszego ludu.

Matt i Amber kierowali się właśnie w stronę ławek, gdy zza aksamitnej tkaniny wyłoniła się znajoma postać. Matt padł w ramiona przyjaciela, jak tylko go rozpoznał.

– Doug! Co ty tu robisz? Wszyscy mieszkańcy wyspy są z tobą?

– Nie, przyszedłem zobaczyć Eden i zapewnić bardziej regularną wymianę z naszą wyspą. Pozwolono mi wziąć udział w posiedzeniu Rady, pod warunkiem że nie będę się wtrącał, ale trudno mi było wytrzymać na wasz widok.

– A twój brat Regie jest tu z tobą? – zapytała Amber.

– Nie, zostawiłem go na Wyspie Carmichaela, żeby pilnował porządku.

– W takim razie po powrocie zastaniesz potworny bałagan!

Nagle Doug zauważył brak ich trzeciego towarzysza:

– A Tobias? Gdzie on jest?

Radość Amber i Matta natychmiast zgasła. Dziewczyna odparła za Matta, który nie był w stanie wykrztusić słowa:

– Zniknął.

– Zniknął? O nie, tylko nie mówcie, że...

– Został uwięziony – powiedział Matt, z trudem powstrzymując łkanie.

– Przez kogo? – chciał wiedzieć Doug. – Przez tę królową, przez Malroncję?

– Nie, to... skomplikowane.

– No to trzeba go poszukać. Jestem gotów iść z wami, razem możemy...

– Nie, Doug, w tej chwili nic się nie da zrobić.

Matt zakończył dyskusję, ruszając w stronę ławek.

Rada rozpatrywała właśnie stan liczebny sił Edenu:

– W niecały miesiąc możemy wyprodukować dostatecznie dużo włóczni i strzał, żeby uzbroić wszystkich mieszkańców.

– I wyćwiczyć ich! – wtrącił chłopiec z tłumu. – Znam Miltona Sanovitcha, który przez lata trenował w klubie strzelanie z łuku, on mógłby się tym zająć.

– No i Tania! Bez wątpienia jest najcelniejszą łuczniczką – zauważyła jakaś dziewczyna.

– Nie znamy się na kowalstwie, musimy się tego nauczyć, żeby robić miecze – dodał ktoś.

– Za mało czasu, a zresztą i tak nie mamy surowca.

– To by i tak nie wystarczyło, potrzebujemy więcej wojsk. Sam Eden nie zdoła powstrzymać pięciu armii Cyników!

Kiedy Zelia wstała, żeby zabrać głos, wszyscy zamilkli z szacunkiem.

– Wyślijmy ambasadorów do każdego znanego nam klanu – rzekła. – Jeśli jutro Eden padnie, samotni i źle zorganizowani Piotrusie też padną. Ale jak się wszyscy zjednoczymy, to co innego.

– Długodystansowcy mogliby wykonać to zadanie – podsunęła Maylis.

– Nie mamy wystarczająco dużo Długodystansowców – zauważyła jedna z dziewczyn.

– W takim razie wyruszą także ochotnicy.

– Zgłaszam się! – odezwał się z końca sali Doug. – Przepraszam, że się wtrącam, obiecałem siedzieć cicho, ale sytuacja jest trochę wyjątkowa, prawda? No więc zgłaszam się, że pójdę zjednoczyć wszystkie osady na zachodzie. Znam kilka z nich. Między innymi wyspę, którą reprezentuję.

Maylis zgodziła się na to z ochotą.

– Każda pomoc się przyda.

– Matt – powiedziała Zelia – czy możesz nam szczegółowo objaśnić, co wiesz na temat planu ataku Malroncji?

Chłopak wstał, aby wszyscy mogli go usłyszeć, i przemówił:

– Czy masz pewność, że wszyscy członkowie Rady są godni zaufania? Bo doświadczenie każe nam się wystrzegać zdrajców, a tacy się niestety zdarzają wśród najstarszych Piotrusiów.

– Wiele życiowych decyzji zapadło właśnie tutaj i nigdy nic nie świadczyło o zdradzie. Możesz mówić.

Matt długo mierzył wzrokiem każdego Piotrusia, jakby chciał sprawdzić ich lojalność. Następnie rzekł:

– Najważniejszym punktem strategii Malroncji jest Wilcza Przełęcz, jedyne znane przejście przez Ślepy Las między południowymi ziemiami Cyników a naszym krajem.

– Czy to, co mówią o tym lesie, jest prawdą? Czy on rzeczywiście jest nie do przebycia?

– O tak! – przytaknęła Amber. – Wytrzymaliśmy w środku zaledwie kilka dni. Nawet cała armia by tam poległa.

Rozbrzmiały szepty pełne podziwu:

– Byli w Ślepym Lesie!

– Nie do wiary! Zeszli na południe!

– Zatem Wilcza Przełęcz to jedyny prześwit przez Ślepy Las – ciągnął Matt. – Cynicy mają nad nią kontrolę, zbudowali fortecę, żeby strzec do niej dostępu. Żeby nie budzić w nas podejrzeń, zaczną od przeprawiania tamtędy małych oddziałów, aż cała Pierwsza Armia znajdzie się na naszej ziemi. Będą się posuwać w ten sposób na północ, żeby otoczyć Eden, a następnie połączyć siły. W tym czasie na nasze terytorium wkroczy Trzecia Armia, która popędzi na zachód, niszcząc wszystko na swojej drodze. To najmniejsza armia Malroncji, a jej zadanie jest proste: wyrządzić jak najwięcej szkód wśród naszych odizolowanych osad i pól, tak żebyśmy się zdecydowali stawić jej czoło na zachodzie. Jednocześnie przez Wilczą Przełęcz przedrze się Druga Armia i napadnie na odsłonięte miasto. W tym samym momencie od północy natrze na nas Pierwsza Armia, gdy tymczasem nasze wojska będą zajęte walką z Trzecią Armią na zachodzie.

– A co z Czwartą i Piątą Armią? – zapytała Maylis.

– Nadejdą na końcu, żeby udzielić zbrojnego wsparcia pozostałym przy oblężeniu Edenu.

– Nie mamy żadnych szans – westchnął jakiś chłopiec. – Nawet jeśli uda nam się zjednoczyć wszystkie klany, będzie nas najwyżej siedem, no może osiem tysięcy! W starciu z dobrze wyćwiczonymi wojskami dorosłych nie utrzymamy Edenu dłużej niż parę dni.

– Chyba że szybko je pokonamy – zauważyła Zelia.

– A jak zamierzasz się do tego zabrać?

– Skoro Pierwsza Armia musi się przedzierać małymi oddziałami, moglibyśmy je przechwycić po kolei, następnie zakraść się przez Wilczą Przełęcz do ich fortecy. Jestem pewna, że przy odrobinie sprytu da się to zrobić! Jeśli zdołamy przejąć kontrolę nad fortecą, uniemożliwimy im marsz na północ.

– Zamierzasz wywołać bitwę? Niezły tupet!

Maylis odrzekła z pewnością siebie:

– Skoro wróg jest tak potężny, wykorzystajmy to, że jesteśmy mali, żeby się wśliznąć tam, gdzie nie da rady nas zobaczyć!

– Ha! – przytaknął chłopiec. – Widzę w tym przebiegłość sióstr Dorlando!

– To dobry plan – zgodziła się inna dziewczyna, którą natychmiast poparła większość Rady. – Poza tym mamy Matta i Amber, którzy sporo wiedzą o Cynikach i o Wielkiej Przełęczy. Poprowadzicie nas.

– Nie przechodziliśmy tamtędy – pokręcił głową Matt. – Na pewno wiem na ten temat mniej niż Długodystansowcy.

Wówczas zabrał głos Ben, spoglądając na Matta:

– Znam tego chłopaka i mogę wam powiedzieć, że to nadzwyczajny wojownik. Walczyliśmy razem z Cynikami na Wyspie Zamków. Z pewnością potrafi być przykładem dobrego żołnierza.

– Zdaje się, że właśnie zostałeś mianowany generałem – zwróciła się do Matta Zelia.

– Ja? Ale... Nie, nie mam pojęcia o strategii i...

– Brakuje nam kompetentnego i godnego zaufania kandydata – ucięła. – Eden liczy na ciebie.

Podczas gdy członkowie Rady gratulowali sobie generała, który będzie dowodził wojskiem, Amber przysunęła się do Matta, mówiąc:

– Nie rób takiej miny, jesteś do tego stworzony.

– Moim zdaniem wszystko dzieje się trochę za szybko – odparł.

– Nie mamy wyboru, wkrótce wojna zatrzęsie tymi murami.

Matt wpatrywał się w Amber bez słowa przez jakieś dziesięć sekund, miał zamęt w głowie. W głębi duszy wiedział, że nie powinien się angażować tutaj, wraz z mieszkańcami Edenu, że nie powinni na niego liczyć.

Albowiem od zniknięcia Tobiasa z każdym dniem Matt czuł wyraźniej, że nie może zostać w Edenie zbyt długo.

Takie miał przeczucie.

3Decyzja pod gwiazdami

Na tle błękitnego nieba, pod łagodną pieszczotą promieni słońca, które czyniły popołudnie takim przyjemnym, Eden zdawał się niewzruszony. Bezpieczna przystań.

Trudno było uwierzyć w nieuchronność wojny.

Matt i Amber udali się do miejskiej infirmerii, aby zapytać o zdrowie Mii. Dziewczyna miała wysoką gorączkę, zaś opiekujący się nią Piotrusie nie byli zbytnimi optymistami. Amber oglądała proces przeobrażenia, które ją oszołomiło.

Jakaś dziewczynka skoncentrowała się, przykładając dłonie do opuchniętej rany na udzie. Wkrótce jęła płynąć żółta ropa, nad którą unosił się dymek. Wysoki chłopak zawiadujący infirmerią tak skomentował jej dzieło:

– Flora potrafi leczyć rany. Od małego znosi do domu ranne zwierzęta i opiekuje się nimi. Rozwinęła w sobie wyjątkowe zdolności lecznicze, moc uzdrawiania albo, jak wolicie, medyczne przeobrażenie.

– Wy też używacie słowa „przeobrażenie”? – zdziwiła się Amber.

– Tak, to budzi mniejszy lęk niż „moc” czy „specjalne zdolności”. Wydaje mi się, że ten termin pochodzi ze wschodu. Istnieje wyspa, na której Piotrusie są bardzo zaawansowani w kontrolowaniu własnych umiejętności.

Amber uśmiechnęła się promiennie. Matt uświadomił sobie, że to ona za tym stoi. To ona potrafiła zorganizować naukę przeobrażenia na Wyspie Carmichaela, Wyspie Zamków, to ona wymyśliła określenie „przeobrażenie”. Mogła być z siebie dumna.

– Organizm Mii walczy z infekcją – ciągnął wysoki chłopak. – Jeśli jest silna, wyjdzie z tego. Jeśli nie...

Amber pogładziła chorą po czole. Bardziej już nie można było jej pomóc.

Nieco później, wczesnym wieczorem, Amber i Matt wracali główną ulicą ku jabłoni, przyglądając się z podziwem pochodowi urządzonemu przez Piotrusiów z Edenu, transportowi żywności, dystrybucji wody przez nosicieli wiader albo woziwodów korzystających z osłów, roznoszeniu gorących bułeczek, milicji strzegącej ulic, tym, którzy wracali z pól albo z polowania, pralniom na brzegu rzeki. Oboje weszli nawet do długiego wąskiego budynku, gdzie z roślinnych włókien produkowano bele płótna.

Piotrusie odtworzyli model społeczeństwa bez pieniądza, opartego wyłącznie na podziale obowiązków, i nikt nie protestował, ponieważ od tego zależało przetrwanie wszystkich. Co pewien czas docierało do nich wprawdzie zrzędzenie Piotrusiów, którzy utyskiwali na przydzielone zadania, większość prac była jednak tymczasowa, toteż wystarczyło zacisnąć zęby na kilka tygodni, by znów otrzymać bardziej przyjemne stanowisko.

Matt i Amber ruszyli pod siecią wzniesionych między domami namiotów; część ulic chroniono w ten sposób przed kaprysami pogody. Panował w nich upał. Spiekocie towarzyszył zapach licznych koszy żarowych służących do oświetlania i pieczenia kukurydzy bądź plastrów mięsa, którymi oboje delektowali się podczas rozmowy. W pewnej chwili Matt położył palec na szyi Amber, obok strupka zaschniętej krwi, który pozostawił nóż duchowego doradcy Malroncji, kiedy tamten wziął Amber jako zakładniczkę.

– Doszłaś do siebie?

Amber wzruszyła ramionami i wyrzuciła kolbę kukurydzy, którą właśnie skończyła ogryzać.

– Czasem jeszcze śnią mi się koszmary.

– Ten wstrętny typ zapłacił za to. Już nigdy więcej cię nie skrzywdzi.

– Znajdą się inni. Wśród Cyników zawsze znajdą się inni. To kwestia fanatyzmu, który karmi całe rzesze. Pojawia się tam, gdzie jest ignorancja. Dopóki nie zdołamy jej wyplenić, Cynicy pozostaną sobą.

– Wyedukujemy ich. Jeśli będzie trzeba, nauczymy każdego Cynika, żeby przestał nas nienawidzić.

– Prowadząc z nimi wojnę?

Matt pokręcił głową zakłopotany.

– To oni nas atakują.

– A my odpowiemy tym samym, żeby się bronić – stwierdziła z goryczą Amber.

Matt chciał odrzec coś optymistycznego, nie znalazł jednak niczego, co wydawałoby mu się sensowne i szczere, zamilkli więc oboje, spacerując dalej w ciszy.

Matt zastał Kudłatą przy stajniach – była dokładnie wyszczotkowana, miała błyszczącą puszystą sierść. Pies polizał go na powitanie i przez resztę wieczoru nie odstępował ani na krok.

Kolację zjedli w wielkiej Sali Głosicieli Nowin w towarzystwie Długodystansowców Floyda i Bena, a także Jona i Nournii, ostatnich ocalałych z cynickiego miasta Henok. Ci ostatni, po udręce wywołanej pierścieniem pępkowym, powoli znów zaczynali cieszyć się życiem, lecz nadal przez długie minuty zdarzało im się patrzeć niewidzącym wzrokiem, jakby powracali myślami do okresu niewoli.

Nikt nie poruszył tematu wojny – Rada wciąż trzymała to w tajemnicy, nie podjęto jeszcze żadnej decyzji, kolejne posiedzenie wyznaczono zaś na następny dzień. Po posiłku Matt wyszedł się przewietrzyć wraz z Kudłatą.

Dołączywszy do nich, Amber usiadła na drewnianym chodniku obok Matta.

– Niebo jest pełne gwiazd – powiedziała cicho.

– Właśnie sobie pomyślałem, że to by się spodobało Tobiasowi.

Amber położyła głowę na ramieniu przyjaciela.

– Nie mogliśmy nic zrobić, przecież wiesz, wszystko potoczyło się tak szybko. Nie powinniśmy mieć do siebie żalu.

Matt powoli pokiwał głową.

– On nie umarł – wyszeptał, tak jakby się bał wypowiedzieć to zdanie na głos.

Amber się wyprostowała.

– Matt, sam siebie krzywdzisz. Toby odszedł, to okrutne, nie do zniesienia, ale taka jest prawda.

Kudłata westchnęła z łbem między łapami, tak jakby dzieliła z nimi ból.

– Wiem, że on nie umarł – upierał się Matt. – Długo się zastanawiałem nad tym, co się stało. Rauperoden go połknął, on go... wessał.

– Pożarł.

– Niezupełnie. Przypomnij sobie, co wam mówiłem o moich snach: kiedy Rauperodenowi udaje się przeniknąć w moją podświadomość, czuję jego obecność, a raz nie zamknął drzwi do swojego jestestwa i wtedy ja też w niego wszedłem. Widziałem, z czego się składa. Jego umysł to więzienie, w którym zamyka żywe istoty. Torturuje je i powoli się nimi żywi, ale one nie są martwe.

– To niemożliwe, widziałeś go tak samo jak ja! Przecież ten potwór ma konsystencję niewiele trwalszą od chmury!

– Jego ciało to tylko drzwi! Przejście do odległego terytorium, gdzie indziej! On zaś więzi swoje zdobycze na tych ziemiach, żeby je powoli zjadać. Sporo o tym myślałem i jestem przekonany, że Tobias się tam znajduje. Jeszcze można go uratować. Nie mam pojęcia jak, ale dla niego jeszcze nie wszystko stracone.

Amber wpatrywała się w Matta z niepokojem.

– Już się z nim zmierzyliśmy, przecież wiesz, że jest niepokonany. Chroni go armia zwiadowców, jest niedostępny.

– Nie, jeśli do niego pójdę.

– Matt! To samobójstwo!

Chłopak skrzywił się z rezygnacją.

– Wiem...

Amber otoczyła go ramionami.

– Wierz mi, to dla mnie tak samo smutne jak dla ciebie, ale rzucenie się w paszczę lwa nie wróci nam Toby’ego.

Wtem za ich plecami pojawiła się jakaś postać.

– Spokojna noc, prawda? – zagadnął Ben, zrównawszy się z nimi.

– Eden to prawdziwy powód do dumy – przyznała Amber. – Byłaby to niezła nauczka dla Cyników.

– A co by powiedzieli nasi rodzice? – rzucił Ben, po czym się opamiętał. – Przepraszam, mówię głupstwa...

W tej samej chwili rozległa się radosna muzyka dochodząca z odległego budynku, melodia grana na instrumentach szarpanych i perkusyjnych. Dźwięki nie brzmiały zbyt czysto, ale przynajmniej bardzo rytmicznie i z wielką dynamiką.

– To edeńska orkiestra – wyjaśnił Ben. – Co wieczór przygrywa w Salonie Wspomnień.

– Co to za miejsce? – zapytała Amber.

– Pomieszczenie, gdzie się gra w karty, gdzie opowiada się różne historie, jednocześnie popijając napój na bazie miodu. Przyjemny kącik.

– To słychać.

Melodii towarzyszyły śmiechy wylewające się na ulice.

– Jak sądzisz, co postanowi Rada? – ciągnęła Amber.

– Moim zdaniem wszystko już zostało powiedziane. Nie mamy wyboru. Jeżeli chcemy przeżyć, musimy pierwsi przystąpić do wojny. Zebrać jak najwięcej wojska i zmierzyć się z armiami Malroncji tam, gdzie się nas nie spodziewają: na ich własnej ziemi. Możemy z łatwością pokonać Pierwszą Armię, jeśli przechwycimy każdy mały oddział żołnierzy u wylotu Wielkiej Przełęczy. Co do reszty...

– Pójdziesz do innych klanów, żeby ogłosić mobilizację?

– Chyba tak... A wy?

– Nie wiem, na co mogłabym się przydać. Zawsze marzyłam, żeby samej zostać Długodystansowcem, ale nie ukończyłam jeszcze szesnastu lat. Pomyślałam sobie, że w tych okolicznościach moglibyście zrobić wyjątek i wziąć mnie do pomocy.

– Rada nie powinna odmówić.

Wówczas do rozmowy wtrącił się Matt:

– Amber bardziej się przyda tutaj, żeby pomóc każdemu w jak najlepszym wykorzystaniu przeobrażenia.

– No nie, znowu! Rzygać mi się chce od...

– Ale masz zdolności w tym kierunku! Kto jak nie ty umiał nami pokierować, żeby wyciągnąć to co najlepsze? Przeobrażenia to twoja działka!

– Mam tego dość. Chcę ruszyć w teren, badać nowe obszary, dzielić się z innymi, przynależeć do grupy.

– Już przynależysz do grupy. Przymierze Trojga jest...

Matt zamilkł, uświadomiwszy sobie, że Przymierze Trojga już nie istnieje. Bez Tobiasa ich drużyna straciła rację bytu.

Zerwał się na równe nogi.

– Dokąd idziesz? – zapytała Amber.

– Odpocząć, muszę odzyskać siły. Właśnie podjąłem decyzję. Nie zostawię Toby’ego. Jak tylko dojdę do siebie, wyruszę na południe. Chcę się zmierzyć z Rauperodenem.

4Dylemat

Przez cały ranek Matt szukał Amber po mieście, lecz bez skutku. Nikt jej nie widział, w południe zaś jego ciekawość ustąpiła miejsca niepokojowi.

Właśnie ledwie skubnął coś z talerza, gdy weszła wreszcie do Sali Głosicieli Nowin.

– Gdzie się podziewałaś? – burknął. – Wszędzie cię szukałem!

Amber zastygła na moment zaskoczona niemal agresywną postawą przyjaciela.

– Na polach wokół Edenu. Musiałam się zastanowić. Dzisiaj zaczynam szkolenie.

– Jakie szkolenie?

– Na Długodystansowca. W Edenie zgromadzono całą wiedzę, a dla Długodystansowców prowadzi się kursy botaniki, zoologii, przetrwania, a także szkolenie na wojownika.

– A więc już postanowiłaś?

– Tak. Przecież ty i tak odchodzisz, prawda?

Matt wbił wzrok w talerz i nie odezwał się ani słowem aż do końca obiadu.

Po południu Amber udała się na szkolenie, tymczasem Matt poszedł się położyć w pokoju, który zajmował na pierwszym piętrze budynku. Ciągle jeszcze był obolały po półtoramiesięcznym marszu przez Ślepy Las, a potem przez terytorium cynickie. Chciał jednak zgromadzić pełen zapas energii. Wyprawić się naładowany po brzegi, gotów ruszyć świat z posad, aby przepłoszyć wroga.

Tymczasem jego umysł nie skupiał się całkowicie na Rauperodenie. Mattowi ciążyła świadomość, że ma się rozstać z Amber. Nie tylko z nią u boku czuł się silniejszy, ale na myśl, że nie zobaczy jej już nigdy albo przez długi czas, ściskało go w żołądku.

Poza tym była jeszcze Malroncja.

Po wszystkim przez co przeszedł, nadal nie wiedział, dlaczego królowa go szuka. Po co oblepiła każde miasto listami gończymi z jego portretem? Skąd zna jego twarz? Czyżby to z powodu jej dziwacznych snów zyskał aż taką sławę wśród Cyników? Czyżby istniał jakiś związek między nim a Wielkim Planem? Jeżeli rzeczywiście tak było, w takim razie on i Amber nie powinni się rozdzielać.

„Nie mogę zostawić Toby’ego! Jestem pewien, że on nie umarł. Został uwięziony przez... przez  n i e g o!  Tylko ja mogę go ocalić, tylko ja mogę się zbliżyć do... Rauperodena, nie dając się rozszarpać zwiadowcom”.

Nie lubił wymawiać imienia tego stwora ani nawet o nim myśleć. Oznaczało to bowiem przyznanie mu trwalszej konsystencji, niż posiadał ten widmowy kształt.

Matt czuł się rozdarty między dwiema możliwościami: spróbować wszystkiego, by uratować przyjaciela, o ile to było jeszcze w ogóle realne, czy wyruszyć w drogę, by wyjaśnić tajemnicę Malroncji?

Splótł dłonie pod głową i wpatrzył się w drewniany sufit.

Pod koniec dnia Rada zebrała się ponownie. Amber i Matta zaproszono na posiedzenie.

Pierwsze zabrały głos Maylis i Zelia pod przepełnionym nienawiścią spojrzeniem Neila.

– Wczoraj rozpatrywaliśmy opcję militarną – zaczęła starsza z sióstr. – Sądzę, że dobrze by było rozważyć wszystkie pozostałe warianty, którymi dysponujemy.

– Przemoc nie powinna być naszym pierwszym odruchem – dodała Maylis.

– Pozostaje ucieczka – podsunął chłopiec o imieniu Melchiot. – Zabrać co cenniejsze i ruszyć na północ!

– Na północy panuje bardziej surowy klimat – przypomniała Maylis – i Długodystansowcy przestali się tam zapuszczać. Niebo stale zasnuwają wielkie czarne chmury i nie ma tam już żadnej osady Piotrusiów. Wyruszyć na północ to umrzeć powolną śmiercią.

– Co do mnie, chciałabym zadać wędrowcom jedno pytanie – poprosiła dziewczyna o skórze w kolorze kawy z mlekiem. – Czy widzieli kobiety w ciąży albo dzieci wśród Cyników?

– Nie – odparła Amber. – Nie widzieliśmy żadnej kobiety w ciąży, a jedyne dzieci to byli Piotrusie. Schwytani i wzięci do niewoli.

– A więc z tej strony nie ma nawet iskierki nadziei...

Wówczas podniósł się Neil i rzekł:

– Ja natomiast chętnie bym poznał trochę lepiej tę dziewczynę, dla której wszyscyśmy gotowi się poświęcić. Kim ty jesteś, Amber? I dlaczego Wielki Plan znajduje się akurat na tobie, a nie na jakiejś innej dziewczynie?

– Ja... nie mam pojęcia – wyjąkała Amber. – Ja tego... nie wybierałam.

– Jakie to ma znaczenie? – wtrącił się Matt. – Ona jest Wielkim Planem, nieważne z jakiego powodu. A ty możesz powiedzieć, dlaczego masz piwne oczy?

– Ponieważ mój ojciec i matka mieli piwne oczy. Właśnie tego chciałbym się dowiedzieć: skąd pochodzi Amber?

– Ona jest Wielkim Planem, ponieważ natura postanowiła się przy niej zatrzymać w chwili jej poczęcia albo być może to kombinacja cech jej rodziców, a natura od dawna czekała, aż dwie istoty tego typu się połączą. Tak czy inaczej gwiżdżemy na to. Amber jest mapą prowadzącą do czegoś, jak się domyślamy, istotnego. Teraz do niej należy, by z tym żyć, a do nas, by jej w tym pomóc.

Neil zamierzał dalej drążyć temat, Zelia jednak nie dała mu na to czasu.

– Członkowie Rady! – zagrzmiała, narzucając idealną ciszę. – Musimy podjąć decyzję. Nie możemy ogłosić mieszkańcom Edenu zbliżającej się inwazji, nie mając planu, który pozwoliłby zdusić w zarodku wszelką panikę. Trzeba więc głosować, aby przypieczętować nasz przyszły los.

Matt był pełen podziwu dla swobody, z jaką występowała publicznie. Po Burzy Piotrusie przystosowali się do nowego życia, zauważył również, że wszyscy wodzowie plemion dbają o staranną wymowę. Zelia nie stanowiła tutaj wyjątku. Zdaniem Matta wyrażała się tak samo dobrze jak osoba dorosła.

– Bądźmy realistami – dodała Maylis z elokwencją dorównującą elokwencji starszej siostry. – Skoro Cynicy postanowili na nas napaść, nie zdołamy uciekać przed nimi zbyt długo.

– W takim razie po co głosować? – odezwał się jakiś głos wśród zgromadzonych. – Nie mamy innego wyjścia, musimy pierwsi zaatakować!

– Albo oddać im Amber! – zawołał Neil.

– To wykluczone! – pokręciła głową Maylis. – To by było barbarzyństwo!

– Od kiedy podejmujesz decyzje zamiast Rady? – zakpił Neil. – Proponuję głosowanie...

– Przeprowadziliśmy je wczoraj – ucięła Zelia. – A teraz niech ci, którzy zgadzają się na użycie siły, podniosą ręce.

Jakieś dziesięć rąk wystrzeliło w górę, po nich zaś kolejne dziesięć z większym ociąganiem.

Maylis rzekła, zwracając się do Neila:

– Większość jest za.

– Musimy się zorganizować, nie mamy czasu do stracenia – przynagliła Zelia. – Długodystansowcy, którzy już zdążyli wrócić, przydzielą sobie sektory, żeby wędrować od osady do osady i głosić wieść, że zbliża się wojna i że musimy się zjednoczyć. Będą im towarzyszyli ochotnicy. Tymczasem Eden zajmie się produkcją broni, my zaś opracujemy strategię ataku i stopniowe rozgromienie Pierwszej Armii, a następnie przejęcie fortecy przy Wilczej Przełęczy, skąd będziemy mogli się zmierzyć z wojskiem Malroncji.

– To nie wystarczy – skwitował Matt. – Potrzebny jest większy efekt zaskoczenia. Jeżeli stawimy czoło wszystkim czterem armiom, w końcu rozniosą nas w pył.

– Co proponujesz?

– Obróćmy plan Malroncji przeciwko niej! Po rozgromieniu Pierwszej Armii i przejęciu fortecy pozwólmy przejść Trzeciej Armii przez Wilczą Przełęcz i zamknijmy ją w pułapce, żeby ruszyć na nią z dwóch stron: od północy i od południa.

– Dobry pomysł. Poprowadzisz operację, jeśli Rada zaaprobuje mianowanie cię naczelnym dowódcą.

Większość członków przystała na tę decyzję, Matt jednak podniósł przed siebie dłonie, mówiąc:

– Nie, nie mogę się na to zgodzić. Ja tu nie zostanę.

– Jesteś nam potrzebny! Nie możesz odejść, nie teraz!

– Wiedziałem, że to tchórz! – triumfował Neil.

– Wkrótce muszę wyruszyć na południe, mam... osobistą sprawę do załatwienia. Przykro mi.

Na twarzach siedzących na ławkach Piotrusiów odmalowało się rozczarowanie. Szepty i gesty pełne rozdrażnienia mieszały się ze wściekłymi spojrzeniami.

– Będę przechodził przez Wilczą Przełęcz – dodał Matt – i okrążę fortecę. To okazja, żeby utworzyć oddział zwiadowczy do zbadania okolicy i opracować plan przejęcia tego słynnego punktu strategicznego. Oddział mógłby mi towarzyszyć aż do tego miejsca, zanim nasze drogi się rozejdą.

Zelia skrzyżowała ręce na piersi i zapytała:

– Sprawiasz wrażenie zdolnego do objęcia dowodzenia. Co masz ważniejszego do zrobienia, niż pomóc nam przetrwać?

Matt spuścił głowę, szukając właściwych słów. Nie czuł się na siłach opowiadać o zniknięciu Tobiasa ani o istnieniu Rauperodena.

– On idzie ze mną – oświadczyła Amber. – Wyruszamy na południe, do zamku Malroncji. Skoro jestem mapą, dobrze by było się dowiedzieć, jaką noszę w sobie tajemnicę, może to jedyny sposób, żeby pokonać Cyników.

Matt wpatrywał się w nią z rozdziawionymi ustami.

– Aha! – wykrzyknął Neil. – Coraz lepiej! Teraz na dodatek pozwolimy, żeby nasza jedyna moneta przetargowa rzuciła się w ramiona wroga?

– To nie jest moneta przetargowa, tylko istota ludzka! – sprostował Melchiot.

– Naiwniak! Idiota! Ta dziewczyna wszystkich nas zgubi!

– A co ty proponujesz? Może żebyśmy ją zamknęli?

– Dlaczego nie? Przynajmniej jeśli sprawy przybiorą zły obrót, zawsze jeszcze zdążymy ją wymienić!

Zelia wspięła się po stopniach do Neila i wyciągnęła ku niemu palec w oskarżycielskim geście.

– Dość tego! – powiedziała. – Mamy powyżej uszu twoich agresywnych metod i wiecznego czarnowidztwa! Skoro Malroncja pragnie aż tak bardzo dorwać Amber, to znaczy, że ma ku temu powód. Jestem skłonna przychylić się do pomysłu, aby uprzedzić królową. Jeżeli Amber jest gotowa pójść do Wyrd’Lon-Deis, ma moje błogosławieństwo.

– Powołamy oddział zwiadowczy, który będzie wam towarzyszył – dodała Maylis. – Po rozejrzeniu się w Wilczej Przełęczy i fortecy część zwiadowców wróci do Edenu.

Neil usiadł w cieniu muru z nachmurzoną miną.

Matt skorzystał z wymiany zdań, która właśnie nastąpiła, i rzekł nieco ciszej do Amber:

– Myślałem, że chciałaś zostać Długodystansowcem.

– Powiedziałam, że rozpoczynam szkolenie., które ma nam pomóc przetrwać poza Edenem. Poznam rośliny jadalne, trujące grzyby, wszystkie tego typu rzeczy. Musisz pójść ze mną, Matt, bez ciebie to już nie będzie to samo.

– A Tobias?

Amber z trudem przełknęła ślinę i pokręciła głową zrezygnowana.

– Nie wiem, co mam ci powiedzieć...

– Nie wierzysz, że on żyje, prawda?

Amber przygryzła wargę zakłopotana.

Matt zaczerpnął głęboko powietrza i przyglądał się zgromadzeniu, które przystąpiło do głosowania nad podsuniętymi dopiero co propozycjami.

– Muszę się nad tym zastanowić – wyznał. – Daj mi trochę czasu.

Błąkał się bez celu ponad godzinę, nim wpadł na dwóch chłopców, którzy próbowali rozłupać siekierą polana. Spoceni, zdyszani, sprawiali wrażenie zrozpaczonych na widok góry drewna, które pozostało im do porąbania.

Podszedł bliżej i zaproponował im pomoc.

Musiał się wyładować.

Ustawiwszy polano pionowo na grubym pniaku, wziął zamach siekierą. Kiedy ze świstem ją opuszczał, napięły mu się wszystkie mięśnie.

Drewniany bal pofrunął w powietrzu przecięty idealnie na dwie części, po czym siekiera wbiła się w pniak aż po stylisko.

Obaj chłopcy przyglądali mu się w osłupieniu.

– Łał! – zawołał pierwszy. – W życiu nie widziałem nic równie odjazdowego!

Matt wyciągnął siekierę i postawił kolejny klocek drewna.

Tym razem lepiej obliczył siłę, żeby nie przebić pniaka. W krótkim czasie odwalił większość roboty.

Kiedy oddał siekierę pełnym podziwu obserwatorom, gorące ostrze jeszcze drżało.

Matt był wyczerpany, mimo to w głowie wcale mu się nie rozjaśniło. Potrzebował kąpieli.

„Przede wszystkim muszę się zdecydować. Wybrać między Amber a Tobiasem”.

Już sama ta myśl przyprawiała go o mdłości. Chciał, żeby to wszystko się skończyło. Pragnął znów się znaleźć w swoim pokoju w Nowym Jorku, przed własnym komputerem, rozmawiać z kumplami na czacie; pragnął, żeby jego jedynym zmartwieniem były lekcje do odrobienia na następny dzień.

„To nieprawda, było coś jeszcze... Tata i mama też...”

Powrócił myślami do ich rozwodu. Do sporu mającego rozstrzygnąć, które z nich będzie sprawowało nad nim opiekę i jak to drugie zorganizuje sobie weekendy, do wściekłych spojrzeń, na których Matt ich przyłapywał, a które czyniły więcej szkód niż wszystkie słowa świata. Rodzice się pokochali, spłodzili go, by następnie się nawzajem znienawidzić.

Bez względu na to, jak potoczyło się życie, jaka zaistniała sytuacja, Matt zastanawiał się, czy nie mogło być inaczej: żyć, to znaczy stawiać czoło problemom, rozwiązywać dylematy, żyć, to znaczy prowadzić swego rodzaju walkę.

Poszybował więc myślami ku zebraniom w starej bibliotece na zamku Kraken dwa miesiące wcześniej, ku owym chwilom poufałości dzielonym z Amber i Tobiasem. Przypomniał sobie ich wspólną kąpiel pod wodospadem, w jeziorze, w towarzystwie Bezlitosnej Drużyny, zanim zanurzyli się w Ślepy Las, śmiechy, beztroskę. Istniało mnóstwo dobrych stron, nie powinien o tym zapominać.

– Wszystko w porządku? – zapytał Ben, podchodząc bliżej. – Wyglądasz na zmartwionego.

Matt machnął uspokajająco ręką.

– Nie, jestem tylko trochę zmęczony.

– Chciałem ci powiedzieć, że otrzymałem zgodę Rady, by wam towarzyszyć, Amber i tobie. Zapuścimy się do Wyrd’Lon-Deis tylko we trójkę.

O dziwo informacja ta wcale nie dodała Mattowi otuchy. Powinien czuć się pewniej, że taki silny chłopak towarzyszy Amber, powinien być wręcz zadowolony do tego stopnia, żeby pozwolić im pójść tam we dwoje, a samemu poświęcić się Tobiasowi, tymczasem jednak odczuwał zakłopotanie.

– To dobra wiadomość – zdołał mimo wszystko odpowiedzieć.

– Floyd obejmie dowództwo oddziału zwiadowczego, który pójdzie z nami aż do fortecy przy Wilczej Przełęczy. Będzie musiał się rozejrzeć po okolicy, żeby opracować strategię ataku dla naszego wojska, a potem wrócić do Edenu, podczas gdy my okrążymy fortyfikacje i udamy się na południe.

– Świetnie. Na kiedy zaplanowano wymarsz?

– Chociaż czas nagli, nie powinniśmy się rzucać w paszczę lwa bez przygotowania. Zaczekamy, aż Długodystansowcy powrócą z północy i przedstawią szczegółowo sytuację i topografię. Jednocześnie zgromadzimy zapasy żywności, przygotujemy się do podróży i za jakiś tydzień już będziemy w drodze. Twoi przyjaciele, Nournia i Jon, zaofiarowali się iść z nami. Dobrze ich znasz?

– Nie bardzo. Musieli nosić pierścienie pępkowe, a od tamtego czasu ich życie już nie jest takie samo, tak jakby utracili część siebie. Przypuszczam, że ta wyprawa to dla nich sposób, by się zemścić albo poczuć, że znów żyją. W każdym razie walczyłem z Cynikami u ich boku i nigdy nie robili uników.

– Dobrze. Twój pies pójdzie z nami?

– Nigdy się nie rozstaję z Kudłatą.

– Mam wrażenie, że teraz jest jeszcze większa niż na Wyspie Zamków.

– Nie przestała rosnąć od Burzy. To mój anioł stróż.

Kiedy Ben się pożegnał i ruszył w stronę Sali Głosicieli Nowin, Matt odetchnął z pewną ulgą. Ben był potężnie zbudowany, emanował pewnością siebie i należał do najzdolniejszych Długodystansowców. Mimo to Matt nie czuł się całkowicie swobodnie w jego towarzystwie.

Oczyma duszy ujrzał łagodne rysy Amber. Piegi, lśniące oczy, burzę rudoblond włosów. Uwielbiał sposób, w jaki się uśmiechała, unosząc lewy kącik ust, przechylając lekko na bok głowę.

Nagle ogarnęła go chęć, by poczuć ją obok siebie.

To, co przeszkadzało mu w Benie, wiązało się z Amber.

Nie może ich zostawiać samych.

Nie z powodu zazdrości, tylko dlatego, że czuł do tej dziewczyny coś więcej niż pociąg.

Tęsknił za nią. Jej obecność dodawała mu sił.

Amber ma rację, razem wszystko wydaje się łatwiejsze.

Musi jej towarzyszyć w drodze do Malroncji.

Wpatrywał się w ciemniejące powoli niebo. Gwiazdy zaczynały świecić, księżyc stał już wysoko nad miejskimi kominami.

– Wybacz mi, Toby – szepnął ze łzami w oczach.

5Wygłodniałe ciemności

Do jaskini wdzierał się z posępnym jękiem wiatr.

Mrok rozświetlały zaledwie słabe błyski fosforyzującego gipsu, którym usiane były czarne ściany.

Tobias stał z tyłu, wcisnąwszy plecy w szczelinę. Drżał na całym ciele.

Wcale nie z zimna, chociaż przemarzł do kości, tylko ze strachu.

Bał się powrotu Pasibrzucha.

Podobnie jak wszyscy tutaj. Jakieś dziesięć skulonych postaci, tak jak on znajdujących się na dnie jaskini.

Niezdolnych uciec. Więźniów własnego braku sił.

Od kiedy zostali wessani przez Rauperodena, brakowało im energii życiowej. Tobias nie czuł się zdolny ustać na nogach. Siły opuściły jego ramiona. Nie potrafił nawet porządnie zebrać myśli.

W tamtym momencie wszystko potoczyło się błyskawicznie.

Dał się połknąć przez czarne prześcieradło Rauperodena, wśliznął się w jego wilgotne zimne ciało, w niekończącą się kiszkę z mokrej tkaniny, aż stoczył się po kamieniach ciemnej groty. Tam zaś dotknęło go coś ohydnego. Nie zobaczył tego, tylko usłyszał stukot kończyn o posadzkę i przełykanie nad sobą, tak jakby jakiś olbrzymi język mlaskał o zaślinione podniebienie. Następnie coś przeturlało go aż tutaj i zniknęło.

Od tamtej pory już dwukrotnie wróciło.

Za każdym razem świecący gips przygasał, tak jakby same ściany jaskini bały się tego czegoś. Kiedy drzwi się otwierały, coś wchodziło, stukając, liczne kończyny miażdżyły kości, którymi usiana była posadzka.

Coś przemieszczało swą masę (Tobias domyślał się, że jest imponująca), by pomacać więźniów, którzy aż się dławili od płaczu, tak bardzo byli przerażeni. Kiedy zaś wreszcie trafiło na kogoś, kto mu przypadł do gustu, zaciągało go na środek jaskini i urządzało sobie ucztę trwającą ponad godzinę.

Tobias nazwał to coś Pasibrzuchem.

Po odejściu Pasibrzucha z więźnia pozostawał jedynie ciepły szkielet, który dołączał do wielu pozostałych.

Już za pierwszym razem, gdy Tobias zobaczył to ohydne widowisko, próbował uciec. Wyjścia strzegły wszakże lepkie drzwi i krata ze szczeblami pokrytymi mazistą kleistą substancją, której Tobias nie mógł się pozbyć z dłoni za żadne skarby świata.

Od tamtej pory tkwił wciśnięty we wnękę, którą sam sobie znalazł, podrywając się na każdy hałas, lękając się powrotu Pasibrzucha.

Nic nie wiedział o tym miejscu. Czyżby to był świat, z którego pochodził Rauperoden? Czy to daleko od Ziemi?

Tobias zdawał sobie sprawę, że nie umarł, jeszcze nie, ponieważ oddychał, odczuwał zimno i przerażenie, nie potrafił jednak pojąć, co się z nim stało.

Może jego towarzysze niedoli wiedzą więcej niż on?

Chwilowo był pewien tylko jednego: czas działał na jego niekorzyść.

Prędzej czy później Pasibrzuch wejdzie do jaskini i w końcu wybór padnie na niego.

Tobias zaczął pokładać nadzieję w przyjaciołach.

W Amber i Matcie.

Zawołał ich z całych sił z głębi milczenia w tej lodowatej ciemnej jaskini.

Byli jego jedyną nadzieją.

6Cierpienie, nadzieja i nienawiść

Matt zastał Amber jedzącą gorącą bułeczkę, którą smarowała konfiturą z pomrowików. Była w sali sama wśród stołów i ławek.

Słońce dopiero co wstało, jego długie złote promienie zaglądały przez okna.

– Podjąłem decyzję, pójdę z tobą aż do Skalnego Testamentu – powiedział.

Amber odłożyła bułkę i powoli pokiwała głową.

– Dziękuję – odrzekła cichutko. – Wiem, jakie to dla ciebie trudne, że musisz wybierać.

– Idę z tobą, bo razem dysponujemy większą siłą, a jeśli się rozdzielimy, jestem przekonany, że oboje poniesiemy klęskę. Mimo to wcale nie rezygnuję z ocalenia Tobiasa. Jak tylko opuścimy Wyrd’Lon-Deis, ruszam go szukać.

Amber przytaknęła bez słowa. Szanowała tlącą się w nim nadal nadzieję, nawet jeśli jej nie podzielała; pogodzenie się ze zniknięciem Tobiasa było i tak wystarczająco trudne dla Matta. Co do niej, nie chciała żywić złudnej nadziei, która uniemożliwiłaby żałobę i pozostawiła otwartą ranę.

Matt usiadł obok niej do wspólnego obiadu.

– Jak ty możesz to jeść? – zapytał, krzywiąc się, kiedy znów smarowała bułkę konfiturą z pomrowików.

– Jest bardzo dobra, przypomina mi marmoladę z gorzkich pomarańczy, którą karmiła mnie babcia. Kudłatej nie ma z tobą?

– Nie – odparł Matt z niezadowoloną miną. – Spędziła noc na dworze. Od wczorajszego wieczoru wpatruje się w las na południowy zachód od Edenu. Nie chce się ruszać.

– Myślisz, że wyczuwa zagrożenie?

– Nie mam pojęcia. Nie warczy, ale ciągle siedzi wpatrzona w horyzont.

Do sali wszedł Ben, nalał sobie soku pomarańczowego, który Amber dopiero co wycisnęła, i usiadł przy ich stole.

– Wiesz, który las leży na południowy zachód od miasta? – zapytała go dziewczyna.

– Las Obfitości. Jest w nim mnóstwo drzew owocowych, jadalnych jagód i dziczyzny. Większość naszych zasobów pochodzi stamtąd. Właśnie dlatego Eden zbudowano tutaj, tuż obok równin, na których powstały nasze pola, blisko bogactwa owoców i mięsa oraz rzeki, w której łowimy ryby.

– Czy w tym lesie nie ma niebezpieczeństw? – upewnił się Matt.

– Nie więcej niż gdzie indziej. W każdym razie nie ma Żarłoków, a to już coś. Ale to bardzo, bardzo wielki las.

Amber i Matt spojrzeli po sobie. Czego mogła tam wypatrywać Kudłata?

– A... czy w okolicy jest dużo Żarłoków? – zapytała Amber.

– Coraz mniej. Jakiś czas temu Długodystansowcy często ich spotykali, to było nasze główne zagrożenie, ale potem zdarzało się to coraz rzadziej. Zwłaszcza od miesiąca czy dwóch.

– Nie przetrwali w nowym świecie – domyślił się Matt. – Nie byli dostatecznie zorganizowani, dostatecznie inteligentni. Nie mogli się przystosować. Przypuszczam, że to tylko kwestia czasu, zanim znikną na dobre.

Amber spuściła głowę. Wiedzieli, że zagłada Żarłoków oznacza śmierć ich rodziców. Dawniej wszyscy Żarłocy byli mężczyznami i kobietami.

– Zastanawiam się, co sprawiło, że jedni dorośli stali się Cynikami, a inni Żarłokami – pomyślała głośno Amber.

– I dlaczego jeszcze inni wyparowali! – dorzucił Matt.

– Słyszałem, że Cynicy mają pewną teorię dotyczącą Żarłoków: podobno są potomkami istot ludzkich najbardziej skorych do łowienia, najbardziej skąpych, najbardziej łakomych, najbardziej leniwych...

– A niby ci, co wyparowali, to ci, co nie wierzyli w Boga, zgadza się? – zdenerwowała się Amber oburzona tym niepokojącym fanatyzmem.

– Właśnie!

– Bzdury! – stwierdził Matt. – Amber, zawsze potrafisz znaleźć na wszystko wytłumaczenie, więc pewnie na ten temat też masz swoje zdanie?

Dziewczyna sprawiała wrażenie zakłopotanej.

– Nie, zastanawiam się, czy to jest po prostu zwykły przypadek...

– Nie lubię przypadków!

– Dlaczego? Bo nie dają żadnych szans?