Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
21 osób interesuje się tą książką
Trzydziesty – jubileuszowy! – tom najpopularniejszej na świecie serii sensacyjnej.
Jack Reacher zatrzyma się dziś w trzech miejscach. Nie wszystkie przystanki będą zaplanowane.
Miejsce pierwsze – kawiarnia w Baltimore. Stolik w rogu, naprzeciwko drzwi. Czarna kawa, dwie dolewki, bez zbędnych ceregieli. Drobna niedogodność ze strony dwóch klientów, ale nic, z czym Reacher nie mógłby sobie szybko poradzić. Kiedy wychodzi, młody mężczyzna ociera się o niego w drzwiach. Instynktownie Reacher sprawdza kieszeń, w której trzyma gotówkę i paszport. Wszystko jest w porządku. Nic nie zginęło.
Miejsce drugie – sklep, gdzie kupuje płaszcz. Nic wyszukanego. Coś, co będzie mógł wyrzucić, gdy wyruszy w cieplejsze rejony. Wystarczająco duży, aby zmieścić mężczyznę w rozmiarze skarbca bankowego. Wyciągając gotówkę, znajduje w kieszeni coś nowego. Ręcznie napisaną notatkę. Desperacką prośbę o pomoc.
Miejsce trzecie – gdziekolwiek zaprowadzi go ten zakręt. Będąc pod wrażeniem zręczności faceta i zaintrygowany wiadomością, Reacher postanawia dowiedzieć się więcej...
Dla Jacka Reachera liczy się tylko sprawiedliwość!
Czwarty sezon bijącego rekordy popularności serialu „Reacher” już w 2026 roku na platformie Prime!
Jeden z najoryginalniejszych i najbardziej ekscytujących bohaterów popkultury. „The Washington Post”
Znacie już Jacka Reachera, ale takiego czarnego charakteru jeszcze nie widzieliście! „USA Today”
Seria sensacyjna, która nie ma sobie równych. NPR
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 358
Tytuł oryginału:
EXIT STRATEGY
Copyright © Lee Child and Andrew Child 2025
All rights reserved
Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2026
Polish translation copyright © Andrzej Szulc 2026
Redakcja: Marzena Wasilewska
Korekta: Dorota Jakubowska, Sabina Raczyńska
Projekt graficzny okładki oryginalnej: Richard Ogle/TW
Przygotowanie do druku okładki polskiej: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk
Ilustracja na okładce: © JS Collaboration; Thatree Thitivongvaroon/Moment/ Getty Imges; Yurdakul/iStock; Kovtoun Photography /iStock
ISBN 978-83-8439-119-8
Wydawca
Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.
Hlonda 2A/25, 02-972 Warszawa
e-mail: [email protected]
wydawnictwoalbatros.com
Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Weronika Panecka
TEGO DNIA REACHER ZATRZYMA SIĘ W TRZECH MIEJSCACH. NIE WSZYSTKIE PRZYSTANKI BĘDĄ ZAPLANOWANE.
Miejsce pierwsze: kawiarnia w Baltimore. Czarna kawa, dwie dolewki. Małe spięcie z ludźmi próbującymi oszukać parę emerytów. I mężczyzna, na którego Reacher wpada przy wyjściu.
Miejsce drugie: sklep, gdzie kupuje kurtkę, taką, którą będzie mógł wyrzucić, gdy wyruszy w cieplejsze rejony. Sięgając po gotówkę, Reacher znajduje w kieszeni kartkę z desperacką prośbą o pomoc.
Miejsce trzecie: zależy od tego, jaką podejmie decyzję. Zamiast, jak planował, opuścić miasto pierwszym autobusem, postanawia pomóc nieznajomemu, który wplątał się w jakąś aferę w porcie. Instynkt podpowiada Reacherowi, że nie chodzi o zwykły przemyt. Kryje się za tym coś znacznie poważniejszego. Tajne agencje rządowe albo prawdziwi złoczyńcy… Tak jakby jedno wykluczało drugie!
LEE CHILD
Brytyjski pisarz, od 1998 r. mieszkający w Nowym Jorku. W 2009 r. wybrany na prezesa stowarzyszenia Mystery Writers of America, a w 2020 r. zasiadał w kapitule Nagrody Bookera. W Wielkiej Brytanii studiował prawo, potem pracował w teatrze i telewizji Granada. Zwolniony po 18 latach w wyniku restrukturyzacji, zainwestował w karierę literacką. W 1997 r. ukazała się jego pierwsza powieść – Poziom śmierci. Zdobyła Anthony Award za najlepszy debiut kryminalny i zapoczątkowała serię thrillerów ze wspólnym bohaterem, byłym żandarmem wojskowym Jackiem Reacherem, która stała się najpopularniejszą serią sensacyjną na świecie. Dwie jego książki zostały sfilmowane, a na podstawie Poziomu śmierci, Elity zabójców i Siły perswazji nakręcono trzy sezony serialu Reacher, dostępnego na platformie Amazon Prime Video.
ANDREW CHILD
Brytyjski pisarz, brat Lee Childa, również mieszkający w USA, w rezerwacie dzikiej przyrody w Wyoming. Ma za sobą karierę aktorską, którą porzucił dla pisania. Sławę przyniosły mu powieści sensacyjne, przede wszystkim seria o działającym pod przykrywką agencie Paulu McGracie. Andrew Child naprawdę nazywa się Andrew Grant.
jackreacher.com
Tego autora
Jack Reacher
POZIOM ŚMIERCI
UPROWADZONY
WRÓG BEZ TWARZY
PODEJRZANY
ECHO W PŁOMIENIACH
W TAJNEJ SŁUŻBIE
SIŁA PERSWAZJI
NIEPRZYJACIEL
JEDNYM STRZAŁEM
BEZ LITOŚCI
ELITA ZABÓJCÓW
NIC DO STRACENIA
JUTRO MOŻESZ ZNIKNĄĆ
61 GODZIN
CZASAMI WARTO UMRZEĆ
OSTATNIA SPRAWA
POSZUKIWANY
NIGDY NIE WRACAJ
SPRAWA OSOBISTA
ZMUŚ MNIE
STO MILIONÓW DOLARÓW
ADRES NIEZNANY
NOCNA RUNDA
CZAS PRZESZŁY
ZGODNIE Z PLANEM
STRAŻNIK
LEPIEJ JUŻ UMRZEĆ
BEZ PLANU B
SEKRET
TAJNY RAPORT
STRATEGIA WYJŚCIA
BEZ RYZYKA
JACK REACHER
Imię i nazwisko: Jack Reacher
Narodowość: amerykańska
Urodzony: 29 października 1960 roku w Berlinie
Charakterystyczne dane: 195 cm, 99–110 kg, 127 cm w klatce piersiowej
Kolor włosów: ciemny blond
Kolor oczu: niebieski
Ubranie: kurtka 3XLT, długość nogawki mierzona od kroku 95 cm
Wykształcenie: szkoły na terenie amerykańskich baz wojskowych w Europie i na Dalekim Wschodzie, Akademia Wojskowa West Point
Przebieg służby: 13 lat w Żandarmerii Armii USA, w 1990 roku zdegradowany ze stopnia majora do kapitana, zwolniony do cywila w randze majora w roku 1997
Odznaczenia służbowe: Srebrna Gwiazda, Medal za Wzorową Służbę, Medal Żołnierza, Legia Zasługi, Brązowa Gwiazda, Purpurowe Serce
Ostatni adres: nieznany
Czego nie ma: prawa jazdy, dokumentu ze zdjęciem, osób na utrzymaniu
Wszystkim, którzy towarzyszyli Reacherowi w jego pierwszych trzydziestu przygodach…
Nathan Gilmour wiedział o rzeczach, o których nie wiedzieli inni.
W tym jego współpracownicy w zarządzie portu w Baltimore.
Wiedział na przykład, że wbrew temu, co znalazło się w policyjnym raporcie, niedawna śmierć jednego z tych współpracowników nie była przypadkowa. To nie był wypadek, a mężczyzna, który zginął, nie był tym, który miał zginąć. Tym, który miał zginąć, był sam Gilmour.
Gilmour wiedział – bez cienia wątpliwości – że to on miał stracić życie. Wiedział też, że jeśli zostanie na swoim stanowisku i będzie dalej wypełniał polecenia, zabójcy zdadzą sobie sprawę, że sknocili robotę. I naprawią błąd. Co do tego też nie było wątpliwości. Gilmour nie miał więc wyboru. Musiał się wycofać.
Siedział sam w swoim zagraconym kantorku. Drugie biurko uginało się pod ciężarem wiązanek kwiatów. Większość już zwiędła. W powietrzu unosił się ich ciężki zapach. Ich odór to odór śmierci, pomyślał. Zaczął oddychać przez usta i obrócił krzesło tak, by nie patrzeć przez okno. Nie chciał patrzeć na uginający się dach białego namiotu, postawionego w miejscu, na które spadł morski kontener, kiedy urwała się lina dźwigu. Albo kiedy specjalnie go upuszczono. Śledczy dawno już odjechali, ale plama na betonie będzie tam straszyła przez długie miesiące. W zarządzie opowiadano, że zmiażdżony przez kontener facet był płaski jak kartka papieru. Gilmour znał go od pięciu miesięcy. Nawet go polubił. I ostatecznie doprowadził do jego śmierci. Wzdrygnął się i wyciągnął z kieszeni telefon. Bardzo prymitywny, posiadający wyłącznie podstawowe funkcje. Otworzył klapkę i zaczął pisać esemesa.
Sytuacja kryzysowa. Musimy się spotkać.
Następnie wpisał numer i wcisnął WYŚLIJ. Sprawdził, która jest godzina – minuta po jedenastej rano – i czekał na odpowiedź. Nie było mowy, żeby tego dnia zajął się czymś produktywnym. Żeby kiedykolwiek zajął się czymś produktywnym w tym miejscu. I w każdym innym, jeśli przegra.
• • •
W tym samym momencie, kiedy Nathan Gilmour pisał esemesa, Jack Reacher wchodził do kawiarni w porcie. To był duży lokal, jasny i zatłoczony, rzut kamieniem od kantorku Nathana Gilmoura. Wewnątrz były ściany z gołych cegieł, dębowe podłogi i trzy równoległe rzędy wspierających strop ozdobnych żelaznych kolumn. Kiedyś musiał się tu mieścić skład portowy, domyślał się Reacher. Solidny. Zbudowany tak, by przetrwać wieki. Budynek z rodzaju tych, które przetrwały erę industrialną i teraz przeżywają drugą młodość. Reacher domyślał się, że jeśli okolica zostanie zrewitalizowana – o ile już to się nie stało – na górnych piętrach oddadzą do użytku modne apartamenty.
Stanął w kolejce, zamówił kawę – czarną, bez cukru – zapłacił i ruszył z kubkiem do małego, okrągłego stolika w samym rogu. Ktoś zostawił na nim gazetę, ale Reacher nie dlatego go wybrał. Zrobił to, bo miał stamtąd widok na całą salę. Wcisnął się jakoś za stolik i usiadł na drewnianym krześle. Nie było wygodne; nie zaprojektowano go dla kogoś o jego rozmiarach – metr dziewięćdziesiąt pięć wzrostu, sto trzynaście kilogramów wagi – lecz jemu to nie przeszkadzało. Nie miał zamiaru tu długo siedzieć. Przyjechał do Baltimore rano autobusem Greyhounda i zamierzał wyjechać stąd tym samym środkiem lokomocji wieczorem lub wczesnym rankiem. Chciał obejrzeć koncert na rzecz weteranów zespołu, który lubił. Koncert miał się odbyć wieczorem, na świeżym powietrzu. Był koniec października, a Reacher nie miał kurtki. Jej kupno znajdowało się zatem na pierwszym miejscu listy spraw do załatwienia. Wyobrażał sobie, że weźmie dwie – a może trzy – dolewki kawy i ruszy dalej, kiedy poziom kofeiny w jego organizmie będzie satysfakcjonujący.
Kawiarnia była w trzech czwartych pełna. Nie był jedynym klientem, który siedział sam. Dwaj czytali książki. Inni stukali w klawisze laptopów. Sześć osób tłoczyło się przy stoliku dla czworga pośrodku sali. Inne stoliki zajmowały pary. Większość skupiała się na sobie albo na smartfonach, lecz w dwóch przypadkach Reacher dostrzegł inną dynamikę. Jedna z par nie spuszczała wzroku z wejścia. Mężczyzna miał modnie przystrzyżoną bródkę. Kobieta czarne włosy zaplecione we francuski warkocz. Oboje elegancko ubrani, wyglądali tak, jakby zjawili się tu z jakiegoś specjalnego powodu. Na ich twarzach malowały się niepokój i podniecenie. Obserwowała ich druga para. Ci byli sporo starsi – mogli zbliżać się do osiemdziesiątki – bladzi, poszarzali i przygarbieni, w sfatygowanych ubraniach. Na blacie ich stolika stał tylko jeden kubek.
Reacher dopił kawę, wstał i ruszył w stronę lady. Dolał sobie kawy i kiedy obracał się z powrotem w stronę sali, do lokalu weszła kolejna osoba – czterdziestokilkuletni facet w garniturze, trzymający w ręce teczkę. Mężczyzna i kobieta, którzy obserwowali wejście, unieśli się lekko z krzeseł i na ich twarzach pojawiły się uśmiechy. A potem coś musiało ich uderzyć w jego postawie i uśmiechy zgasły. Mężczyźnie z bródką opadły ramiona. Przybysz dosiadł się do ich stolika i przez chwilę nikt się nie odzywał. Ten z bródką w końcu się wyprostował i wysunął podbródek.
– Jeśli ma pan dla nas złe wieści, niech pan mówi. Nie trzyma nas w niepewności.
Reacher stał dalej przy ladzie z termosami, udając, że zastanawia się, czy nie dodać śmietanki do kawy. Ciekawiło go, jak potoczy się ta rozmowa.
– Musicie pamiętać, co wam powiedziałem – odezwał się ten nowy. – Rynek futures jest jak gwałtowny sztorm na oceanie. Każda inwestycja to zmagający się z tym sztormem statek. Musicie brać pod uwagę huraganowe wiatry. Zdradzieckie prądy. Wysokie fale. Możecie osiąść na mieliźnie. Wpaść na skały. Zaliczyć spore opóźnienie, a nawet zatonąć.
Reacher zobaczył, jak zgarbiony starszy mężczyzna kręci głową i odsuwa do tyłu krzesło, jakby chciał wstać. Siedząca z nim kobieta położyła mu dłoń na ramieniu, żeby go powstrzymać.
– Mówił nam pan, że wie, jak przepłynąć przez ten sztorm – powiedział mężczyzna z bródką. – Mówił pan, że jest najlepszy. Że osiągnie pan znaczący zysk w ciągu dwudziestu czterech godzin. Być może nawet podwoi nasze pieniądze.
– To prawda. Tak mówiłem – przyznał ten nowy.
– Więc co pan nam teraz powie? Stracił pan nasze pieniądze?
– Nie straciłem ich.
– Tylko co?
– I ich nie podwoiłem.
– Więc trochę jednak zostało?
– Trochę? – Facet wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Można tak powiedzieć. Bo nie podwoiłem waszych pieniędzy. Ja je potroiłem.
Mężczyzna z bródką przez długą chwilę milczał.
– Potroił pan? – spytał w końcu. – To znaczy, że…
Specjalista od rynku futures podniósł z podłogi teczkę, położył ją sobie na kolanach, pomajstrował przy zamkach cyfrowych, po czym otworzył ją i wyrzucił zawartość na stolik. Na blat poleciały rulony banknotów. Razem było ich piętnaście. Dwa spadły na podłogę. Jeden przewrócił kubek.
– Piętnaście tysięcy dolarów w niecały dzień – powiedział facet. – I to po odliczeniu mojej prowizji. Mówiłem wam, że jestem najlepszy.
Reacher zobaczył, że staruszkowie w sfatygowanych ubraniach wymieniają między sobą porozumiewawcze spojrzenia i ledwo dostrzegalnie kiwają głowami. Oboje nieco się wyprostowali i nachylili do przodu.
Mężczyźnie z bródką opadła szczęka i bez słowa wpatrywał się w pieniądze. Towarzysząca mu kobieta wydała okrzyk triumfu i objęła go tak mocno, że o mało nie spadli oboje z krzeseł. Zaczęli pokrzykiwać, pohukiwać i przybijać sobie piątki. Gapili się na nich wszyscy obecni w lokalu, lecz para w ogóle się tym nie przejmowała. Specjalista od rynku futures uśmiechnął się, zamknął teczkę i wstał od stolika. Był w połowie drogi do drzwi, kiedy mężczyzna z bródką wreszcie to zauważył.
– Niech pan zaczeka! – zawołał. – Już pan wychodzi?
– Dlaczego nie? Moja praca została wykonana. Cieszcie się zyskami.
– Nie. Pańska praca nie została wykonana. – Mężczyzna z bródką zaczął zbierać rulony banknotów. – Niech pan bierze te pieniądze z powrotem i znów je zainwestuje. Wszystko. Tak jak wczoraj.
– Jest pan pewien?
– Jestem.
– Nie mogę obiecać, że je ponownie potroję.
– Ale uda się panu je podwoić?
Specjalista podszedł z powrotem do eleganckiej pary.
– To możliwe – mruknął.
Reacher wrócił do swojego stolika i patrzył, jak mężczyzna z bródką zbiera dalej rulony banknotów. Podniósł z podłogi dwa, które spadły, postawił przewrócony kubek, uścisnął dłoń specjaliście, po czym objął ramieniem towarzyszkę i ruszył z nią w stronę drzwi. Idąc, niemal podskakiwali z radości. Specjalista otworzył teczkę, załadował do niej z powrotem pieniądze, zamknął ją i obrócił się, by odejść.
W tym momencie staruszek w znoszonym ubraniu wstał i dał mu znak, żeby się do nich dosiadł. Specjalista rozejrzał się dookoła, jakby sądził, że staruszek daje znak komuś innemu, lecz potem wzruszył ramionami i podszedł do ich stolika. Mężczyźni przez chwilę rozmawiali, a potem obaj usiedli. Reacher nie słyszał ich rozmowy. Nie musiał. Rozumiał, co jest grane. I wiedział, co się za chwilę stanie. Dwie minuty później staruszek w znoszonym ubraniu wsunął kościstą dłoń do kieszeni marynarki i wyciągnął z niej własne pieniądze. Dwa rulony banknotów. O wiele grubsze niż te, które wypadły z teczki kilka minut wcześniej. W każdym mogło być nawet po pięć tysięcy dolarów. Razem dziesięć tysięcy. Prawdopodobnie całe oszczędności, jakie zebrała w życiu ta para.
• • •
Dziesięć minut po wysłaniu esemesa Nathan Gilmour siedział nadal z telefonem zaciśniętym w dłoni. Komórka ani nie zadzwoniła, ani nie zawibrowała. Gilmour rzucił ją na biurko. Przesunęła się po lśniącym blacie i zatrzymała obok klawiatury komputera. Wyglądała jak młodsza siostra komputerowej myszki. Gilmour wbijał w nią wzrok. Jej widok był lepszy od widoku za oknem i od kwiatów więdnących na sąsiednim biurku, ale go nie satysfakcjonował. Telefon nadal nie dzwonił ani nie wibrował. Po dwudziestu minutach Gilmour wziął go z powrotem do ręki. Otworzył klapkę i zerknął na ekran, jakby odpowiedź mogła nadejść niepostrzeżenie. Nie było żadnej. Poczuł, jak ogarnia go wściekłość. Wydawało mu się, że telefon spiskuje przeciwko niemu. Że celowo blokuje przychodzące wiadomości. Miał ochotę cisnąć nim o ścianę i rozdeptać jego szczątki. Nadal próbował powściągnąć gniew, gdy komórka nagle ożyła. Nadeszła wiadomość, na którą czekał. Dziś w południe, brzmiała. Dalej był adres. Gilmour wiedział, że jest niedaleko. Domyślił się, że to adres kawiarni albo restauracji, bo wiadomość kończyła się zdaniem: Poszukaj siedzącego samotnie mężczyzny. To będzie największy facet w tym miejscu.
Specjalista od rynku futures w kawiarni wyjął dużą brązową kopertę, włożył do niej dwa kolejne rulony banknotów, schował ją do teczki, uścisnął ręce staruszkowi i jego żonie i ruszył do drzwi. Reacher dopił kawę i poszedł za nim. Specjalista przeszedł na drugą stronę ulicy, minął kolejny zrewitalizowany portowy skład – w tym mieściło się teraz kilka sklepów odzieżowych – i dał nura w boczną alejkę.
Reacher zatrzymał się i nasłuchiwał. Usłyszał zatrzaskujące się drzwi i odgłos uruchamianego silnika. Skręcił w alejkę i zobaczył srebrną Toyotę Camry. Chyba nienajnowszy model, ale nie był tego pewien. Nie znał się zbyt dobrze na samochodach.
• • •
Nathan Gilmour zatrzasnął klapkę telefonu, wsunął go do kieszeni i przez chwilę zastanawiał się nad logistyką. Dotarcie do miejsca spotkania mogło mu zająć około piętnastu minut. Kiedy tam dojdzie, będzie potrzebował czasu, żeby znaleźć dobry punkt obserwacyjny i zastanowić się, jak i gdzie przekazać wiadomość. To nie będzie łatwe, ale powinien dać sobie radę. Wyjął z biurka blok do pisania i sięgnął po długopis.
• • •
Reacher ruszył w stronę stojącej w alejce Toyoty. Facet potrajający zyski siedział za jej kierownicą. Elegancko ubrana para, która zrobiła interes życia na rynku futures – z tyłu. Mężczyzna nadal miał bródkę, ale włosy kobiety nie były już czarne i zaplecione w warkocz. Były jasne i krótko przystrzyżone. Samochód zaczął się toczyć, ale Reacher zablokował mu drogę. Kierowca wcisnął hamulec i zatrąbił.
Reacher podszedł jeszcze bliżej. Toyota potoczyła się jeszcze kawałek. Stopa kierowcy zawisła nad pedałem gazu. Zastanawiał się, czy go nie wdepnąć, ale rozjechanie wścibskiego gościa nie było częścią planu. Przyciągnęłoby niepotrzebną uwagę. Chyba że nieznajomy miał zamiar ich zaatakować – wtedy można by to jakoś usprawiedliwić. Choć bez gwarancji sukcesu. Gość był ogromny – wyglądał jak bankomat. Dłonie miał jak dwie szynki. Ręce dłuższe niż nogi u większości ludzi. Kierowca nie był pewien, czy po zderzeniu z kimś takim samochód będzie w dalszym ciągu sprawny. Mogłoby dojść do poważnych uszkodzeń i otwarcia poduszek powietrznych. Postanowił więc rozegrać to bezpiecznie i jeszcze raz wcisnął klakson.
Reacher kombinował w podobny sposób, starając się nie zrobić niczego, co naraziłoby go na niebezpieczeństwo. Dlatego dał kolejny krok do przodu i kopnął piętą prawej stopy w kratkę chłodnicy Toyoty. Nie był pewien, czy mechanizm zadziała – nie znał się zbyt dobrze na samochodach – ale wiedział, że poduszki powietrzne otwierają się w trakcie wypadku i że zderzenie czołowe jest jednym z najczęstszych. Musiał więc być jakiś sensor, który je wykrywa. Nie wiedział, gdzie się dokładnie znajduje, dlatego doszedł do wniosku, że siła jest ważniejsza od precyzji.
Udało się. Wnętrze samochodu natychmiast wypełniły białe balony. Reacher odskoczył w bok. Toyota zwolniła i się zatrzymała. Poduszki powietrzne opadły prawie tak samo szybko, jak się napełniły. Reacher złapał za klamkę, otworzył drzwi od strony kierowcy, pochylił się i wyciągnął kluczyk ze stacyjki. Poczuł zapach kojarzący się z materiałami wybuchowymi, prawdopodobnie wyzwolony przez otwarcie poduszek. Woń była bardzo wyraźna, ale ją zignorował. Złapał kierowcę za koszulę, pokrytą jak reszta jego ubrania srebrzystym drobnym, śliskim pyłem, i wyciągnął go z Toyoty. Mężczyzna wydawał się lekko oszołomiony. Reacher zatrzasnął kopniakiem przednie drzwi i go obrócił. Kazał mu cofnąć się o krok i oprzeć ręce o dach. Facet na chwilę zastygł w bezruchu, a potem wykonał polecenie.
Reacher otworzył tylne drzwi i wyciągnął na zewnątrz mężczyznę z bródką. Ten wydawał się z początku półprzytomny, lecz kiedy Reacher go puścił, nie padł na ziemię. Obrócił się, wyciągnął ze skarpetki nóż i stanął na szeroko rozstawionych nogach.
– Rzuć to – nakazał mu Reacher.
Ten z bródką machnął nożem najpierw w lewo, potem w prawo. Trzymał go w pionie, próbując oślepić przeciwnika odbitym światłem.
– Mam zasadę – rzucił Reacher. – Jeśli ktoś atakuje mnie nożem, łamię mu rękę. Jeśli rzucisz go teraz na ziemię, zrobię wyjątek.
Mężczyzna skoczył do przodu, jakby miał zamiar ciachnąć Reachera po twarzy, ale w ostatniej chwili zatrzymał się i cofnął.
– To było ostrzeżenie – zaznaczył. – Odwróć się i uciekaj, bo wytnę ci serce.
Kierowca wyprostował się i zaczął się odsuwać od samochodu. Reacher wyciągnął lewą rękę, przycisnął dłoń do jego głowy i pchnął ją do przodu tak, jakby wykonywał podanie piłką do koszykówki. Facet uderzył grzbietem nosa w ramę drzwi Toyoty, odbił się od niej i padł na asfalt z oczami w słup i krwią płynącą z obu nozdrzy.
Reacher odwrócił się z powrotem do mężczyzny z bródką.
– Zakładasz, że mam serce – powiedział.
Mężczyzna z bródką znów na niego skoczył. Tym razem celował nożem w tułów. Reacher skrzyżował ręce tuż nad nadgarstkami, dał krok do przodu, złapał przedramię mężczyzny w imadło dłoni i odsunął od siebie nóż oraz związane z nim zagrożenie. Tamten próbował się cofnąć, ale zrobił to zbyt powoli. Reacher przesunął lewą dłoń w dół, złapał go za nadgarstek i wykręcił mu rękę w łokciu. A potem wykręcił ją o wiele mocniej.
Mężczyzna zawył z bólu i wypuścił nóż.
– Przestań! – krzyknął. – Rzuciłem nóż! Rzuciłem go!
– Za późno – stwierdził Reacher.
Nadal wykręcając rękę mężczyzny, uderzył go prawą pięścią tuż pod łokciem. Obie kości, łokciowa i promieniowa, pękły i mężczyzna zemdlał z bólu, zanim zdążył krzyknąć. Reacher rzucił jego nieprzytomne ciało na kierowcę i przykucnął, by zajrzeć do środka samochodu. Kobieta wciąż w nim była, ale nie siedziała. Stojąc na podłodze przy tylnym siedzeniu, nachylała się nad przednim fotelem pasażera, usiłując złapać za uchwyt teczkę.
– Zostaw to – powiedział Reacher. – Wysiadaj. Z tej strony.
Kobieta zaczepiła palcem za uchwyt, podniosła teczkę, zasłoniła się nią niczym tarczą i opadła na siedzenie.
– Wysiadaj – powtórzył.
Kobieta nie ruszyła się z miejsca.
– Jeśli nie będziesz próbowała żadnych numerów, nic ci nie zrobię. Ale jeżeli będę musiał cię stąd wyciągać, wszystko może się zdarzyć.
Złapała za klamkę drzwi z drugiej strony.
– Jeśli będę musiał cię gonić, gorzko tego pożałujesz.
Nie puściła klamki.
– Myślisz, że jesteś ode mnie szybsza? Może i tak. Ale czy jesteś szybsza od samochodu? – Reacher pokazał jej kluczyk, który wyjął minutę wcześniej ze stacyjki.
Kobieta puściła klamkę i przesunęła się powoli w jego stronę. Teczkę nadal trzymała przed sobą.
– Czego chcesz? – rzuciła.
– Ta starsza para, od której wzięliście pieniądze w kawiarni… Co to za jedni? – zapytał Reacher.
Wzruszyła ramionami.
– Nie wiem. Jacyś durni frajerzy.
– Ile wam dali?
– Dziesięć kafli.
– Kiedy obiecaliście im przekazać zyski?
– Jutro. O tej samej porze. W tym samym miejscu.
– Tyle tylko że was tam nie będzie. I nie będzie zysków. A starsi państwo stracą oszczędności całego życia.
– Co ty powiesz, Sherlocku!
– Daj mi tę teczkę.
– Nie. – Kobieta przycisnęła ją mocno do piersi.
Reacher wskazał jej dwóch leżących nieruchomo na asfalcie mężczyzn.
– Chcesz do nich dołączyć? – zapytał.
Nie odpowiedziała.
– Masz wykupiony rozszerzony pakiet usług medycznych? Słyszałem, że długi pobyt w szpitalu dużo kosztuje.
– Dobrze. – Rzuciła teczkę na ziemię. – Ale jeśli kogoś czeka długi pobyt w szpitalu, to ciebie. Nie możesz tak po prostu oskubać faceta, dla którego pracujemy. Będą konsekwencje.
– Facet, dla którego pracujecie? Co to za jeden?
– Nie podam ci nazwiska – odparła po chwili kobieta.
– Nieważne. Bo ja go nie okradam. Te pieniądze nie należą do niego. Należą do tych starszych państwa. Mam zamiar im je zwrócić.
– Nie mówisz serio.
– Jak najbardziej.
– Po co miałbyś je zwracać, skoro możesz je zatrzymać?
– Jeśli trzeba ci to wyjaśniać, i tak nie zrozumiesz. A teraz stąd odejdź. Powiedz swojemu szefowi, co się wydarzyło. I zadbaj o to, żebym was już nigdy więcej nie zobaczył.
• • •
W tym samym momencie, kiedy Reacher opuszczał alejkę, Harvey Jones wysiadał akurat z taksówki. Poruszał się powoli, nie tylko z powodu swoich rozmiarów. Jones miał dwa metry wzrostu i ważył sto trzydzieści pięć kilogramów. Był przygnębiony z powodu rozmowy telefonicznej, którą odbył pół godziny wcześniej. Zaoferowano mu w jej trakcie chałturę, którą miał właśnie wykonać. Jones był aktorem. W każdym razie chciał być aktorem. Ale czy to ze względu na swój wzrost i tuszę – z jakiegoś niezrozumiałego dla niego powodu aktorzy byli na ogół drobni – czy z braku dobrych scenariuszy, dotąd nie dostał porządnej roli. Jedyną, na jaką mógł liczyć, było odgrywanie zakapiora i wzbudzanie bojaźni bożej w różnych mętach na zlecenie lokalnego „biznesmena”. Faceta, na którego dał mu namiar inny bezrobotny aktor po tym, jak agent nie chciał już dłużej reprezentować Jonesa. Ten pocieszał się, że robi coś dobrego. Z moralnego punktu widzenia grożenie pobiciem jest lepsze od samego pobicia. Uwiarygodnienie groźby wymagało talentu aktorskiego. I dostawał za to niezłe pieniądze. Musiał przecież z czegoś żyć.
• • •
Kiedy Reacher wszedł ponownie do kawiarni, para seniorów zajmowała ten sam stolik. Nie byli już tacy poszarzali. Siedzieli wyprostowani, chichocząc i trzymając się za ręce. Przed nimi stały dwie rozszerzające się ku górze, wysokie szklanki, w których warstwy spienionego mleka były poprzecinane warstwami espresso.
Reacher podszedł do nich, usiadł na jednym z wolnych krzeseł i oparł teczkę na kolanach. Przez chwilę nikt się nie odzywał.
– Ten stolik jest zajęty – przerwał w końcu milczenie starszy pan. – Niech pan sobie znajdzie inny.
– Przyszedłem przekazać wiadomość – oznajmił Reacher. – Nie zabawię tu długo.
– Jaką wiadomość? Kim pan jest?
Starsza pani trąciła łokciem męża i pokazała mu teczkę. Zamiast radości na jej twarzy widać było teraz wyłącznie dezorientację.
– Udało wam się uniknąć poważnych kłopotów – powiedział Reacher, po czym wyłamał oba zamki teczki, wyjął z niej brązową kopertę i położył na stoliku.
– Czy to…? – Na czole starszego pana pojawiły się głębokie zmarszczki.
– To są wasze pieniądze. Weźcie je.
– Nie rozumiem. Dlaczego tak szybko? – Starszy pan złapał kopertę, zajrzał do środka i zaczęły mu drżeć ręce. – Chwileczkę. A gdzie jest nasz zysk? Obiecano nam.
– Oszukano was. Nie ma żadnego zysku.
– Ależ jest. Zysk będzie. Tamci ludzie… oni potroili swoje pieniądze. Musimy… Co pan narobił? Jak pan śmiał?! Kim pan jest? Wszystko pan zepsuł!
Reacher sięgnął do teczki, wyciągnął z niej pierwszy lepszy rulon banknotów i położył go na stoliku.
– Co to jest? – zapytał, marszcząc czoło, starszy pan.
– To zyski tej drugiej pary. Jest jeszcze czternaście takich samych rulonów. Proszę bardzo. Przeliczcie je.
Starszy pan przyglądał się przez dłuższą chwilę rulonowi, jakby oczekiwał, że urosną mu nogi i na nich odmaszeruje, a potem wziął go ostrożnie do ręki. Opasywały go trzy gumki, jedna pośrodku i dwie po bokach. Starszy pan zsunął paznokciem jedną i „banknoty” się rozsypały. Na samej górze i na samym dole były dwudziestodolarówki. Między nimi wyłącznie pocięty papier gazetowy.
• • •
Harvey Jones uspokoił oddech, wyciągnął telefon i zaczął pokonywać przecznicę, która dzieliła go od umówionego miejsca. Wolał, żeby nikt nie widział, jak wysiada z taksówki – czarna limuzyna z szoferem wyglądałaby o wiele lepiej – a poza tym to była ostatnia okazja, żeby zapoznać się z instrukcjami, jakich udzielił mu zleceniodawca. Miał odnaleźć faceta o nazwisku Gilmour, który poprosił o pilne spotkanie – nie wiadomo dlaczego. Były dwie możliwości. Albo Gilmour się wystraszył i chciał wycofać się z tego, co zobowiązał się zrobić. Albo oszalał i chciał renegocjować warunki umowy. W każdym wypadku odpowiedź była taka sama. Nie ma, kurwa, takiej możliwości. Gilmourowi nie wolno było zejść z kursu. Jeśli z niego zejdzie, przydarzą mu się złe rzeczy. Jakie konkretnie, pozostawiono inwencji Jonesa. Będzie musiał improwizować. Wykazać się talentem, niestety wyłącznie przed jednoosobową publicznością.
Schował telefon do kieszeni i pozwolił sobie na chwilę marzeń. Wyobraził sobie, że nie zmierza do jakiejś japiszońskiej kawiarni w porcie Baltimore, lecz do Lyric Theatre na Manhattanie, gdzie zastępując samego Iana McKellena, uratuje przedstawienie i zaskoczy publiczność najbardziej inspirującym występem tej dekady… Choć chwilę… Coś złego działo się z jego lewą ręką. Od barku aż po nadgarstek przeszywał ją silny ból. W palcach czuł nieprzyjemne mrowienie. Nagle odniósł wrażenie, że na klatkę piersiową założono mu stalowy pas i ktoś go nieubłaganie zaciska. Ugięły się pod nim nogi i padł twarzą na chodnik. Udało mu się obrócić na plecy, lecz zaraz tego pożałował, bo na pierś spadł mu stukilowy sejf. A potem dziesięciotonowa ciężarówka. I to była ostatnia rzecz, którą poczuł.
Starsza para wytoczyła się z kawiarni głęboko wstrząśnięta i przygnębiona, lecz z oszczędnościami schowanymi bezpiecznie w wewnętrznej kieszeni marynarki męża. Reacher został przy ich stoliku z prawie nietkniętymi spienionymi macchiato. Odsunął od siebie dwie szklanki, postawił teczkę na podłodze, odczekał minutę, by starsi państwo mogli się spokojnie oddalić, po czym wstał. Zamiast wyjść, stanął jednak ponownie w kolejce przy ladzie. Wcześniej wypił tu tylko dwa kubki kawy. Nie dolał sobie po raz drugi, bo ruszył w ślad za mężczyzną z teczką. Nie minęło jeszcze południe. Miał mnóstwo czasu. Zamówił więc kolejną kawę i zaniósł ją do stolika, przy którym siedział na początku: nadal był wolny i nadal leżała na nim porzucona przez kogoś gazeta.
Kiedy pił kawę, lokal opuścili dwaj goście, którzy przyszli tu sami, i sześcioosobowa grupa. Nie pojawił się nikt nowy. Nikt nie zwracał zbyt wiele uwagi na osoby siedzące przy innych stolikach. Z tego, co Reacher widział, nikt już nikogo nie kantował. Jedyną dziwną rzeczą było to, że jakiś facet zajrzał kilka razy przez jedno z okien, ale nie wszedł do środka.
Reacher dopił kawę, po czym wziął do ręki gazetę i zaczął ją przeglądać. W utrzymanym w alarmistycznym tonie artykule na pierwszej stronie była mowa o kryzysie, do którego doszło na turecko-armeńskim pograniczu. Separatystyczna grupa z małego regionu w Armenii nawiązała współpracę z władzami Iranu. W zamian za wsparcie ich roszczeń terytorialnych pomagali Iranowi wzbogacać uran. Pewien sygnalista, który odszedł z tej grupy, sfilmował działające potajemnie wirówki i zamieścił wideo w sieci. Głos zabrali eksperci. Na Zachodzie rosło oburzenie. Dyplomaci naciskali na separatystów, żeby wycofali się ze współpracy z Iranem. Ci twierdzili, że nie są w nic zaangażowani. Negocjacje utkwiły w martwym punkcie i zaczęto mówić o ewentualnej amerykańskiej interwencji. Nie wysłano tam jeszcze żadnych oddziałów, ale chodziły słuchy, że pewna prywatna firma wojskowa ulokowała w Turcji przy granicy z Armenią swoich ludzi, którzy mieli wkroczyć do akcji, gdyby interwencja stała się konieczna.
Reacher obrócił stronę gazety. Nie lubił prywatnych firm wojskowych. Nie bardzo podobał mu się pomysł prowadzenia wojny dla zysku. Następny artykuł, który zauważył, dotyczył zagrożeń związanych z mediami społecznościowymi. Reacher miał znikome doświadczenie w tej dziedzinie i raczej go nie interesowała, odłożył więc gazetę i po raz kolejny dolał sobie kawy.
Później wziął jeszcze jedną dolewkę i w końcu ruszył do drzwi. Gdy wychodził, facet, który zerkał wcześniej do środka, wreszcie zdecydował się wejść. Zrobił to dokładnie w momencie, kiedy Reacher przekraczał próg. Widząc go, nieznajomy odchylił się i podniósł otwarte dłonie, jakby próbował zejść mu z drogi. Gdy otarli się torsami, jedną z nich dotknął ramienia Reachera. Klasyczny manewr kieszonkowca. Niewinny kontakt, który miał zamaskować kradzież.
Zerkając, czy facet nie ma zamiaru prysnąć tylnym wejściem, Reacher szybko sprawdził kieszenie. Szczoteczka do zębów, nieważny paszport, karta do bankomatu oraz niewielka ilość gotówki. Wszystko było na miejscu. Fałszywy alarm. Ruszył swoją drogą.
• • •
Miał do załatwienia tylko jedną sprawę – kupno kurtki – i całe popołudnie, w związku z czym się nie spieszył. Zauważył, że na chodniku w połowie drogi do następnej przecznicy zebrała się grupka przechodniów. Kiedy wychodził niedawno z bocznej alejki, nikogo tam nie było, skręcił więc, żeby zobaczyć, co przyciągnęło ich uwagę. Pośrodku ulicy stała karetka, a za nią radiowóz, który zatrzymał się w poprzek pasa i blokował ruch. Dwóch ratowników medycznych mocowało się z noszami, próbując je podnieść. Robili to bez pośpiechu. Na noszach leżał mężczyzna przypięty pasami i przykryty kocem. W większości przykryty. Spod koca wystawały z jednej strony olbrzymie buty, z drugiej grzywa elegancko wystylizowanych brązowych włosów. Z boku zwisała ręka w czarnym rękawie. Opuszki jej palców niemal muskały chodnik.
Reacher zaczekał, aż nosze zostaną zabezpieczone, a tylne drzwi karetki zamknięte. Ratownicy wsiedli do szoferki i odjechali. Powoli. Bez syreny i migających świateł. To oznaczało, że dla faceta na noszach nie było już ratunku. Zastanawiał się, co się stało. Siedząc w kawiarni, nie słyszał żadnych strzałów. Ani pisku opon, który mógł oznaczać, że facet został potrącony przez samochód. Nic, co wskazywałoby, że doszło do wypadku. Obecni na miejscu gliniarze byli dość zrelaksowani, doszedł więc do wniosku, że przyczyna śmierci była naturalna. Niewidzialna ręka losu uderzyła w momencie, kiedy nikt się tego nie spodziewał.
Odszedł stamtąd i zaczął się włóczyć po ulicach. Kierował się w stronę centrum, ale tu i tam skręcał, żeby przyjrzeć się jakiemuś interesującemu budynkowi albo nie czekać na światłach na skrzyżowaniu. Nie chciał tracić dużo czasu na kupno kurtki, ponieważ nie interesował się modą i nigdy nie zachowywał ubrań na długo. Koszule, spodnie i bieliznę, które kupował, nosił przez dwa albo trzy dni, po czym wyrzucał i zastępował nowymi. Kurtka powinna mu teoretycznie służyć dłużej, ale nie wiedział, jak długo będzie jej potrzebował. Jutro mógł być gdzieś na plaży. Albo na pustyni. Dlatego unikał ulic z eleganckimi butikami i w końcu trafił do rodzinnego sklepu z artykułami budowlanymi. Wewnątrz zobaczył najróżniejsze kurtki robocze. Beżowe i brązowe. Z podszewką ze sztucznego futra albo w kratę. Wybrał taką, która miała w miarę pasujące na niego rękawy, i ruszył z nią do kasy. Czekając, obliczył VAT i wyciągnął odpowiednią sumę pieniędzy, a potem nagle wyszedł z kolejki. Okazało się, że sprawdzając kieszenie po wyjściu z kawiarni, miał rację co do jednego: nic z nich nie zginęło. Teraz jednak wyszła na jaw inna okoliczność. W jednej z nich miał coś, co do niego nie należało. Coś, czego nie powinno tam być. I czego nie było, kiedy płacił za drugą kawę. Oddartą nierówno z dwóch boków i złożoną w kwadracik ćwiartkę arkusza papieru. Rozłożył ją. Pośrodku była nabazgrana dużymi, grubymi literami wiadomość:
MUSZĘ ZNIKNĄĆ.
GROZI MI ŚMIERĆ.
POTRZEBUJĘ POMOCY!
OPUSZCZONY SKŁAD ARGYLE & HORSEFERRY.
DZIŚ O PÓŁNOCY.
PRZYJDŹ SAM.
PRZYNIEŚ TO, CO JESTEŚCIE MI WINNI.
Na samym dole bardziej drżącym charakterem pisma autor dopisał, jakby po namyśle, jedno słowo:
PROSZĘ
Po wyjściu Reachera Nathan Gilmour spędził w kawiarni pół godziny. Oglądając się co chwila przez ramię, stanął w kolejce, kupił cappuccino i zajął miejsce przy stoliku, przy którym wcześniej siedział Reacher. Nie dlatego, że chciał go naśladować – wciąż nie wiedział, co to za facet – ale ponieważ miał stąd najlepszy widok na wejście. Gilmour był niemal pewny, że nikt go nie śledził, ale dmuchał na zimne. Musiał mieć stuprocentową pewność. Popijając cappuccino, nie spuszczał wzroku z drzwi. Nie spieszył się. Wypił jedną czwartą filiżanki. Potem połowę. Kiedy był przekonany, że nikt nie zwraca na niego uwagi, wyjął telefon – ten, którego używał do esemesów – i go wyłączył. Trzymając go pod stołem, nie na widoku, zsunął tylną pokrywę i wyjął baterię. Skontaktował się już z osobą, którą kazano mu znaleźć. Największy facet w tym miejscu. Nie miał co do tego wątpliwości. Nie musiał więc wysyłać kolejnych wiadomości. Ani ich otrzymywać. I choć nie sądził, by człowiek, z którym się kontaktował, miał możliwość namierzenia jego telefonu, nie widział powodu, żeby ryzykować.
• • •
Wiadomość, którą Reacher znalazł w swojej kieszeni, nie była przeznaczona dla niego. To było jasne. Facet w kawiarni wziął go za kogoś innego. Słowa Przynieś to, co jesteście mi winni sugerowały, że domniemany odbiorca zna sytuację autora wiadomości. Reacher jej nie znał. Nie miał pojęcia, dlaczego ten człowiek wziął go za kogoś, kim nie był, ale nie dawało mu spokoju inne – ważniejsze – pytanie: co zrobić z listem? Nie znał faceta, który włożył mu go do kieszeni. Nie był mu nic winien. Nie musiał się angażować. Nic nie stało na przeszkodzie, żeby wyrzucić kartkę do kosza i zająć się własnymi sprawami.
Tyle że…
Z wiadomości wynikało, że facet jest w poważnych opałach. Jeśli wołał o pomoc, a kartka miała mu ją zapewnić, Reacher czuł, że powinien go powiadomić, że trafiła pod niewłaściwy adres. Gdyby sam znalazł się w podobnej sytuacji, chciałby, żeby ktoś zrobił dla niego przynajmniej tyle. Poza tym zwrot kartki nie powinien być trudny. Nie zajmie dużo czasu. Nie przeszkodzi mu w pójściu na koncert, dla którego przyjechał do tego miasta. A co ważniejsze, nie przeszkodzi mu w tym, co planował zrobić później: bez zbędnej zwłoki stąd wyjechać.
Tyle że…
Opuszczony magazyn w nocy mógł być świetnym miejscem spotkania dla kogoś, komu groziło niebezpieczeństwo. Kto chciał pozostawać poza zasięgiem radaru. Ale mógł być również świetnym miejscem na zasadzkę. A Reacher zwykle unikał takich miejsc, nawet jeśli to nie on miał wpaść w zasadzkę.
Przyjrzał się przedartym brzegom kartki. Z obu stron. Szukał śladów nagłówka, logo albo adresu, które powiedziałyby mu, skąd pochodzi papier, a tym samym autor listu. Nie znalazł niczego. Uniósł kartkę w stronę jednej z podsufitowych lamp, by sprawdzić, czy nie ma znaku wodnego. Nie było. Położył ją płasko na dłoni i przyjrzał się jej na całej powierzchni, mając nadzieję, że zobaczy odciśnięty ślad liter zapisanych na poprzednim arkuszu. Ale papier był gładki. Nie dawał żadnych wskazówek. Niczego, co pozwoliłoby Reacherowi domyślić się, gdzie może znaleźć autora wiadomości przed wyznaczonym spotkaniem w magazynie. Nadal więc miał te same dwie opcje co na początku. Wyrzucić list albo spróbować go zwrócić i ryzykować, że wpadnie w zasadzkę.
Najrozsądniej byłoby sobie odpuścić. Reacher dobrze o tym wiedział. W tej grze nie miał nic do wygrania. Żadnych zobowiązań wobec nieznajomego. Ale był ciekawy z natury. Zastanawiał się, co takiego zrobił ten człowiek, że teraz boi się o życie. Gdzie doskonalił zręczność palców, bez której nie udałoby mu się wsunąć niepostrzeżenie kartki do jego kieszeni. Poza tym ciągle wracał wzrokiem do ostatniego słowa: PROSZĘ. Coś w tym, jak było napisane, poruszało w nim czułą strunę. Wskazywało, że chyba nie chodzi o zasadzkę, że to jest autentyczne wołanie o pomoc. Coś, czego Reacher na ogół nie ignorował.
Złożył kartkę i wcisnął ją z powrotem do kieszeni. Uznał, że w opuszczonym magazynie będzie prawdopodobnie ciemno, przeszedł więc do działu latarek. Wybrał taką, która mieściła się w kieszeni, wrócił do kasy, zapłacił za kupione rzeczy i zapytał sprzedawcę, jak dojść do dawnego składu Argyle & Horseferry. Po wyjściu ze sklepu szedł bardziej zdecydowanym krokiem niż wcześniej. Do koncertu zostało mu jeszcze trochę czasu, uznał więc, że nie zaszkodzi sprawdzić adres, w którym miało dojść do spotkania. Dobrze mu się przyjrzeć. Ocenić stopień ryzyka i dopiero wtedy podjąć ostateczną decyzję.
• • •
Następnym celem Nathana Gilmoura było niewielkie mieszkanie na drugim piętrze zaniedbanego budynku bez windy. Budynek stał pół kilometra od kawiarni, ale dotarcie tam zajęło Gilmourowi dwie godziny. Na początku szedł pieszo. Pokonał co najmniej sześć przecznic, przechodząc co jakiś czas na drugą stronę ulicy i wypatrując w witrynach sklepowych odbicia osób, które mogłyby go śledzić. Nikogo takiego nie zobaczył. W pewnym momencie dał nura w boczną alejkę i przyciskając plecy do ściany, czekał, by sprawdzić, czy ktoś za nim skręci. Nikt nie skręcił. Nikt nawet nie spojrzał w jego stronę.
Gilmour wrócił na ulicę, zatrzymał przejeżdżającą taksówkę i kazał się zawieźć do pewnego baru. Jazda trwała dziesięć minut. Zapłacił gotówką, wszedł do baru i ruszył od razu w stronę tylnych drzwi, które – wiedział to – wychodziły na kolejną boczną alejkę. Pokonał pieszo dziesięć przecznic, zatrzymał następną taksówkę i tym razem poprosił kierowcę, żeby zawiózł go do wypożyczalni samochodów.
Tam, legitymując się wydanym w Delaware prawem jazdy na fałszywe nazwisko i płacąc gotówką, wynajął na tydzień Chevroleta Malibu. Auto było średniej wielkości, nijakie, w mdłym srebrzystym kolorze. W oczach Gilmoura totalna nuda. I o to właśnie chodziło. Żeby nie rzucać się w oczy.
Zaparkował przecznicę od budynku, w którym mieszkał, i przez dziesięć minut siedział za kierownicą, udając, że ogląda coś na telefonie. Kiedy upewnił się, że nie ma ogona, wysiadł, wszedł do domu i wspiął się schodami na drugie piętro. Na drzwiach dwóch znajdujących się tam mieszkań nie było numerów ani nazwisk lokatorów. Gilmourowi to nie przeszkadzało. Nie wiedział, co o tym sądzi jego sąsiad. Nigdy go nie spotkał. To też mu nie przeszkadzało.
Mocował się przez chwilę z dawno nieużywanym zamkiem, po czym wszedł do wąskiego przedpokoju. W środku było ciemno i zalatywało stęchlizną. Gilmour pokiwał głową. To oznaczało, że nikt tu raczej ostatnio nie węszył. Plecak ewakuacyjny leżał tam, gdzie go zostawił.
Gilmour przeszedł do salonu. Z jego okna widać było tylko popękane cegły bocznej ściany sąsiedniego budynku, ale dla niego nie miało to znaczenia, bo zasłony były zawsze zasunięte. Zapalił światło. W rogu mieścił się aneks kuchenny wystarczający dla kogoś, kto chciałby zrobić sobie kawę albo podgrzać gotowe danie w starej mikrofalówce.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa: Lee Child, Strategia wyjścia
Karta redakcyjna
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
34
35
36
37
38
39
40
41
42
43
