Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 444 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 43 min Lektor: Tomasz Sobczak

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 43 min Lektor: Tomasz Sobczak

Opis ebooka Jack Reacher. Nocna runda - Lee Child

JEDNA Z NAJPOPULARNIEJSZYCH SERII SENSACYJNYCH NA ŚWIECIE:
PONAD 100 MILIONÓW SPRZEDANYCH EGZEMPLARZY KSIĄŻEK, DOSTĘPNYCH W 97 KRAJACH I PRZETŁUMACZONYCH NA 42 JĘZYKI.
To już reguła: Reacher wysiada z autobusu – Lee Child ląduje na liście bestsellerów.
Wysiadł na postoju, żeby rozprostować kości, i na wystawie lombardu zobaczył znajomo wyglądający sygnet. Takie nosili kadeci West Point, kiedy tam studiował. Ten, sądząc po wielkości, należał do kadetki. Jak to się stało, że trafił do lombardu w jakiejś dziurze? Chęć odkrycia tej historii to wystarczający powód, by nie wsiadać z powrotem do autobusu. A jest jeszcze inny: informacje o sygnecie Reacher musi wyciągać tak, że pytane osoby pożałują, że kiedykolwiek go spotkały. Co tym bardziej podsyca jego determinację.
Pozna historię właścicielki sygnetu, nawet jeśli będzie musiał stanąć sam przeciwko bandzie harleyowców, spacyfikować miejscowego mafiosa, sprzymierzyć się z dziwnym człowieczkiem w garniturze i przemierzać dzikie pustkowia Wyoming.
Kawał mięsistej, mocnej, energetycznej prozy, która łapie czytelnika za kołnierz i nie puszcza, dopóki nie
dotrzemy do ostatniej strony. Lee Child jest jak Jack Reacher. Nie do podrobienia i nie do pokonania.
Wojciech Chmielarz,
autor kryminałów

Opinie o ebooku Jack Reacher. Nocna runda - Lee Child

Fragment ebooka Jack Reacher. Nocna runda - Lee Child

Okładka

O książce

Strona ‌tytułowa

O autorze

Tego autora

Strona ‌redakcyjna

Motto

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

O książce

To ‌już reguła: Reacher ‌wysiada z autobusu – Lee ‌Child ‌ląduje na liście bestsellerów.

Wysiadł ‌na postoju, żeby ‌rozprostować ‌kości, ‌i na ‌wystawie lombardu ‌zobaczył ‌znajomo wyglądający sygnet.

Takie ‌nosili ‌kadeci West ‌Point, kiedy tam ‌studiował. Ten, ‌sądząc ‌po ‌wielkości, należał ‌do kadetki. ‌Jak to ‌się stało, że trafił ‌do ‌lombardu w jakiejś dziurze? ‌Chęć odkrycia ‌tej historii to ‌wystarczający powód, ‌by nie wsiadać ‌z powrotem do autobusu. ‌A jest ‌jeszcze inny: informacje o sygnecie ‌Reacher ‌musi wyciągać ‌tak, że pytane osoby ‌pożałują, ‌że ‌kiedykolwiek go ‌spotkały. Co tym ‌bardziej podsyca ‌jego determinację.

Pozna historię ‌właścicielki sygnetu, ‌nawet jeśli będzie ‌musiał stanąć sam przeciwko ‌bandzie harleyowców, spacyfikować miejscowego ‌mafiosa, sprzymierzyć się ‌z dziwnym człowieczkiem w garniturze ‌i przemierzać dzikie pustkowia ‌Wyoming.

LEE CHILD

Brytyjski ‌pisarz, od 1998 ‌r. mieszkający w Nowym ‌Jorku. W 2009 r. wybrany ‌na prezesa ‌stowarzyszenia Mystery Writers ‌of America. ‌Studiował prawo, potem pracował ‌w teatrze ‌i telewizji Granada. Zwolniony po ‌18 latach w wyniku ‌restrukturyzacji, zainwestował w karierę ‌literacką. W 1997 r. ‌ukazała się jego pierwsza ‌powieść ‌– Poziom śmierci. Książka ‌zdobyła ‌Anthony Award za ‌najlepszy debiut kryminalny ‌i zapoczątkowała serię thrillerów ‌ze wspólnym bohaterem, ‌byłym ‌żandarmem wojskowym Jackiem ‌Reacherem, do której ‌należą m.in.: Echo ‌w płomieniach, Siła perswazji, ‌Jednym strzałem(powieść zekranizowana jako ‌Jack ‌Reacher z Tomem Cruise’em w roli tytułowej), Elita zabójców, Jutro możesz zniknąć, 61 godzin, Czasami warto umrzeć, Ostatnia sprawa, Poszukiwany, Nigdy nie wracaj, Sprawa osobista. Książki Lee Childa publikowane są w 43 krajach. Tom Cruise ponownie wcielił się w Reachera w adaptacji Nigdy nie wracaj.

Tego autora

Jack Reacher

POZIOM ŚMIERCI

UPROWADZONY

WRÓG BEZ TWARZY

PODEJRZANY

ECHO W PŁOMIENIACH

W TAJNEJ SŁUŻBIE

SIŁA PERSWAZJI

NIEPRZYJACIEL

JEDNYM STRZAŁEMwydanie specjalne z opowiadaniem „Nowa tożsamość Jamesa Penneya”

BEZ LITOŚCI

ELITA ZABÓJCÓW

NIC DO STRACENIA

JUTRO MOŻESZ ZNIKNĄĆ

61 GODZIN

CZASAMI WARTO UMRZEĆ

OSTATNIA SPRAWAwydanie specjalne z opowiadaniem „Drugi syn”

POSZUKIWANY

NIGDY NIE WRACAJ

SPRAWA OSOBISTA

ZMUŚ MNIE

STO MILIONÓW DOLARÓW

ADRES NIEZNANY

NOCNA RUNDA

oraz

NAJLEPSZE AMERYKAŃSKIE OPOWIADANIA KRYMINALNE 2010(współautor)

Tytuł oryginału:

THE MIDNIGHT LINE

Copyright © Lee Child 2017

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2018

Polish translation copyright © Jan Kraśko 2018

Redakcja: Marta Gral

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

ISBN 978-83-8125-251-5

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Jack Reacher: CV

Imię i nazwisko: Jack Reacher

Narodowość: amerykańska

Urodzony: 29 października 1960 roku w Berlinie

Charakterystyczne dane: 195 cm; 99-110 kg; 127 cm w klatce piersiowej

Kolor włosów: ciemny blond

Kolor oczu: niebieski

Ubranie: kurtka 3XLT, długość nogawki mierzona od kroku 95 cm

Wykształcenie: szkoły na terenie amerykańskich baz wojskowych w Europie i na Dalekim Wschodzie; Akademia Wojskowa West Point

Przebieg służby: 13 lat w żandarmerii armii Stanów Zjednoczonych; w 1990 zdegradowany z majora do kapitana, zwolniony do cywila w randze majora w 1997 roku

Odznaczenia służbowe: Srebrna Gwiazda, Medal za wzorową służbę, Medal Żołnierza, Legia Zasługi, Brązowa Gwiazda, Purpurowe Serce

Ostatni adres: nieznany

Czego nie ma: prawa jazdy; dokumentu ze zdjęciem; osób na utrzymaniu

W historii Stanów Zjednoczonych Ameryki przyznano jak dotąd prawie dwa miliony Purpurowych Serc. Książkę tę z szacunkiem dedykuję odznaczonym, wszystkim i każdemu z osobna.

1

Jack Reacher i Michelle Chang spędzili w Milwaukee trzy dni. Czwartego dnia rano już jej nie było. Reacher wrócił do pokoju z kawą i znalazł na poduszce list. Widywał już takie. Wszystkie mówiły to samo. Dyplomatycznie albo niedyplomatycznie. List Chang był dyplomatyczny. I bardziej elegancki niż większość pozostałych. Ale nie pod względem estetyki, bo nabazgrała go długopisem na zwichrowanej od wilgoci kartce z hotelowej papeterii. Eleganckim językiem. Żeby wszystko wyjaśnić, połechtać i jednocześnie przeprosić, użyła porównania. Napisała: Jesteś jak Nowy Jork. Uwielbiam tam jeździć, ale nie mogłabym tam mieszkać.

Zrobił więc to co zwykle. Pozwolił jej odejść. Dobrze ją rozumiał. Nie musiała go przepraszać. Nie mógł zamieszkać nigdzie na stałe. Jego życie było ciągłą wędrówką. Kto by się na to godził? Wypił kawę, najpierw swoją, potem jej, z kubka w łazience wyjął szczoteczkę do zębów, wyszedł i skręcając to w lewo, to w prawo, plątaniną ulic ruszył na dworzec autobusowy. Chang jechała już pewnie taksówką. Na lotnisko. Miała złotą kartę i komórkę.

Na dworcu zrobił to co zawsze. Kupił bilet na pierwszy autobus, nie patrząc, w jakim jedzie kierunku. Okazało się, że jest to kurs na północny zachód, do jakiegoś miasta nad brzegiem Jeziora Górnego. Czyli zasadniczo nie tam, dokąd by chciał. Wolałby miejsce cieplejsze, nie zimniejsze. Ale zasada to zasada, więc wsiadł. Autobus ruszył i za oknem przemknęło Wisconsin, szczeciniaste rżyska upstrzone belami siana, zmęczone pastwiska, czarne, brzemienne drzewa. Był koniec lata.

I kilku innych rzeczy. Chang zadała mu szereg pytań, które były tak naprawdę zakamuflowanymi stwierdzeniami. Mogłaby zrozumieć, że rok. Owszem, rok byłby do zaakceptowania. Chłopak, który dorastał w zagranicznych bazach wojskowych i którego potem do tych baz wysyłano, ktoś, kto jedyną przerwę w tej nieustannej wędrówce – cztery lata – spędził w West Point, uczelni niezbyt przeładowanej zajęciami rekreacyjnymi, tak, oczywiście, ktoś taki ma pełne prawo wziąć sobie rok wolnego, trochę popodróżować i pooglądać. Rok, a nawet dwa. Ale nie więcej. I nie ciągle. Nazwijmy rzecz po imieniu. Strzałka wskaźnika patologii już drga.

Powiedziała to wszystko z troską, bez osądzania. Bez wielkiego halo. Podczas parominutowej rozmowy. Ale przekaz był oczywisty. Bardziej oczywisty być nie mógł. Uważała, że jest wyobcowany. Spytał: Z czego? W głębi ducha zawsze uważał, że żyje mu się całkiem dobrze.

No właśnie, odparła, oto najlepszy dowód.

Więc wsiadł do autobusu, a ponieważ zasada to zasada, dojechałby aż nad Jezioro Górne, tylko że na drugim przystanku wysiadł, żeby rozprostować nogi, i w oknie wystawowym lombardu zobaczył sygnet.

• • •

Zatrzymali się pod wieczór w podupadłej dzielnicy jakiegoś miasteczka. Możliwe, że w stolicy hrabstwa. Albo jego części. Może mieściła się tam główna siedziba miejscowej policji. Areszt na pewno tak, bo wysiadłszy z autobusu, Reacher zobaczył kilka biur poręczeniowych i lombard. Pełny serwis, wszystko na miejscu, jeden przybytek obok drugiego, na zapuszczonej ulicy na tyłach toalet.

Zesztywniały od siedzenia, popatrzył na ulicę. I poszedł w tamtą stronę. Bez żadnego powodu. Ot, na spacer. Żeby się wyluzować. Zbliżając się do lombardu, policzył gitary w oknie wystawowym. Siedem. Siedem historii, smutnych jak płynące z radia piosenki o niespełnionych marzeniach. Na dole stały szklane półki zawalone drobniejszym towarem. Wszelkiego rodzaju biżuterią. W tym pierścionkami. W tym sygnetami uczelnianymi. Ze wszystkich rodzajów uczelni. Ale jeden rzucił mu się w oczy. Złoty sygnet z West Point. West Point rocznik 2005.

Był bardzo elegancki. Tradycyjny kształt, tradycyjny styl – kunsztownie zdobiony, z czarnym kamieniem, może półszlachetnym, może ze szkłem, miał owalną obwódkę z napisem West Point na górze i 2005 na dole. Oldskulowe liternictwo, tak jak trzeba. Klasyczne podejście. Z szacunku dla minionych czasów albo z braku wyobraźni. Absolwenci West Point sami projektowali sygnety. Dowolnie, tak jak chcieli. Stara tradycja. Która być może dawała im do tego prawo, bo to właśnie tam zapoczątkowano zwyczaj noszenia uczelnianych sygnetów.

Ten był bardzo mały.

Reacher nie włożyłby go na żaden palec. Nawet na mały palec lewej ręki, nawet na paznokieć. A już na pewno nie przecisnąłby go przez kłykieć. Tak, sygnet był malutki. Kobiecy. Replika dla dziewczyny albo narzeczonej? To się zdarzało. Coś w rodzaju hołdu czy pamiątki.

Ale niekoniecznie.

Otworzył drzwi. Wszedł do środka. Siedzący przy kasie mężczyzna podniósł wzrok. Niedomyty i rozmemłany, był wielki jak spasiony niedźwiedź. Miał trzydzieści kilka lat, ciemne włosy i coś przebiegłego w oczach. Przebiegłego na tyle, żeby perfekcyjnie zareagować na niespodziewaną wizytę kogoś mierzącego prawie dwa metry i ważącego sto trzynaście kilo. Zrobił to instynktownie. Bo się nie bał. Pod ladą miał nabitą spluwę. Chyba że był idiotą. Choć nie wyglądał na idiotę. Wszystko jedno, w każdym razie nie chciał ryzykować zbytnią agresywnością. Ale nie chciał też być zbyt służalczy. Kwestia dumy.

Dlatego spytał:

– Co słychać?

Tak szczerze to nic dobrego, pomyślał Reacher. Chang jest już pewnie w Seattle. Wróciła do swojego dawnego życia.

Mimo to odparł:

– Wszystko dobrze, nie narzekam.

– W czym mogę pomóc?

– Chciałbym rzucić okiem na te sygnety.

Niedźwiedź zdjął z półki tacę i postawił ją na ladzie. Sygnet z West Point potoczył się jak malutka piłka golfowa. Reacher podniósł go i obejrzał. Na wewnętrznej stronie obrączki był wyryty napis. A więc nie replika. Nie dla dziewczyny czy narzeczonej. Replik się nie grawerowało. Stara tradycja. Nikt nie wiedział dlaczego.

Ani wyraz hołdu, ani pamiątka. To był autentyk. Prawdziwy sygnet, który kosztował kogoś cztery lata ciężkiej pracy. I który ten ktoś nosił z dumą. Co było oczywiste, bo jeśli komuś się tam nie podobało, to nie kupował sygnetu. Nie musiał, nie miał takiego obowiązku.

S.R.S. 2005. Tak brzmiał napis.

Zatrąbił klakson, trzy razy. Autobus był gotowy do drogi, ale brakowało jednego pasażera. Reacher odłożył sygnet, podziękował sprzedawcy i wyszedł na ulicę. Szybko minął toalety i przez otwarte drzwi zajrzał do autobusu.

– Zostaję – powiedział.

– Nie zwracamy za bilety – uprzedził go kierowca.

– Nie potrzeba.

– Ma pan coś w bagażniku?

– Nie.

– W takim razie miłego dnia.

Kierowca pociągnął za dźwignię i drzwi zamknęły się z głośnym cmoknięciem. Ryknął silnik, buchnął kłąb spalin i autobus odjechał. Reacher odwrócił się i ruszył z powrotem do lombardu.

2

Spasiony niedźwiedź był trochę niezadowolony, że znów musi zdejmować tacę z półki, w dodatku zaraz po tym, jak ją tam wcisnął. Ale zdjął ją i postawił na ladzie dokładnie w tym samym miejscu co poprzednio. Sygnet z West Point znów potoczył się jak piłeczka. Reacher wziął go do ręki.

– Pamięta pan kobietę, która to zastawiła?

– Jakim cudem? – odparł Niedźwiedź. – Mam tu milion rzeczy.

– Prowadzi pan księgę?

– Pan z policji?

– Nie – odparł Reacher.

– To legalny towar.

– Nieważne. Chcę się tylko dowiedzieć, kto zastawił ten sygnet.

– Po co to panu? – spytał Niedźwiedź.

– Chodziliśmy do tej samej szkoły.

– Gdzie? W północnej części stanu?

– Nie, na wschodzie – rzucił Reacher.

– Nie mogliście chodzić razem do szkoły. Nie w dwa tysiące piątym. Bez urazy.

– Nie uraził mnie pan. Jestem z innego pokolenia. Wcześniejszego. Ale ta szkoła się nie zmienia. Dlatego wiem, ile trudu kosztowało ją zdobycie tego sygnetu. I zastanawiam się, jaki splot nieszczęśliwych okoliczności zmusił ją do tego kroku.

– Co to za szkoła? – spytał Niedźwiedź.

– Uczą tam wielu praktycznych rzeczy.

– Taka zawodówka?

– Mniej więcej.

– Może ta kobieta zginęła w wypadku?

– Możliwe. – Albo i nie w wypadku, pomyślał Reacher. Iran. Afganistan. Dla absolwentów z dwa tysiące piątego to był ciężki rok. – Ale chciałbym mieć pewność.

– Dlaczego?

– Sam nie wiem.

– To sprawa honorowa?

– Chyba tak.

– Zawodówki też tak mają?

– Niektóre.

– Tego sygnetu nikt nie zastawił – powiedział Niedźwiedź. – Kupiłem go. Z mnóstwem innej drobnicy.

– Kiedy?

– Jakiś miesiąc temu.

– Od kogo? – spytał Reacher.

– Nie będę się panu spowiadał. Bo niby czemu? Towar jest legalny. Interes też. Nie łamię prawa. Mam licencję i regularnie mnie kontrolują.

– Więc dlaczego nie chce pan powiedzieć?

– To poufna informacja.

– A gdybym go kupił? – nie ustępował Reacher.

– Kosztuje pięć dych.

– Trzy.

– Cztery.

– Stoi. Więc teraz mam prawo znać jego pochodzenie.

– To nie Sotheby’s.

– Wszystko jedno.

Niedźwiedź się zawahał.

– Kupiłem go od gościa, który pomaga jakiejś instytucji charytatywnej. Ludzie darowują rzeczy, żeby dostać ulgę podatkową. Głównie stare samochody i łodzie. Ale inne rzeczy też. Gość wystawia im zawyżone pokwitowania, opycha towar za ile się da i odpala działkę tej instytucji. Ale ja kupuję od niego tylko drobnicę. No i sprzedaję, żeby choć trochę zarobić.

– Więc myśli pan, że ktoś podarował ten sygnet organizacji charytatywnej, żeby odpisać jakąś sumę od podatku dochodowego? – spytał Reacher.

– Jeśli jego właściciel nie żyje, wszystko by pasowało – odparł Niedźwiedź. – Dwa tysiące piąty. Część spadku.

– Chyba nie. Myślę, że krewni by go zatrzymali.

– Zależy, czy mieli co jeść.

– Ciężko się tu żyje?

– Nie narzekam, ale ja mam lombard.

– Mimo to ludzie wciąż dają datki na dobroczynność.

– Żeby dostać lewy kwit. A na koniec rząd i tak zeżre całą ulgę. Socjal na odwyrtkę.

– Jak się ten gość nazywa? – spytał Reacher.

– Nie powiem – odparł Niedźwiedź.

– Dlaczego?

– Bo to nie pana interes. Kim pan właściwie jest?

– Zwykłym facetem, który ma bardzo zły dzień. Nie z pana winy oczywiście, ale ponieważ dzień jeszcze się nie skończył, to gdyby spytał mnie pan, czy warto go dodatkowo pogarszać, musiałbym odpowiedzieć, że to głupi pomysł. Mógłby pan być kroplą, która przelała kielich.

– Grozi mi pan? – spytał Niedźwiedź.

– Nie, raczej ostrzegam, jak w prognozie pogody. Taki serwis publiczny, ostrzeżenie przed tornadem. Wie pan: kryć się!

– Wynocha z mojego sklepu!

– Na szczęście głowa mnie już nie boli. Trochę oberwałem, ale już mi lepiej. Przynajmniej lekarz tak mówi. Przyjaciółka kazała mi do niego pójść. Dwa razy. Martwiła się o mnie.

Niedźwiedź znów się zawahał.

– Konkretnie z jakiej szkoły jest ten sygnet?

– Z akademii wojskowej.

– Bez urazy, ale tam chodzą dzieciaki z problemami. Albo niezrównoważone.

– Niech pan nie zrzuca winy na dzieciaki – powiedział Reacher. – Niech pan spojrzy na ich rodziców. Szczerze mówiąc, było tam wielu takich, którzy mieli na koncie kilka trupów.

– Serio?

– Powyżej średniej.

– I potem już zawsze trzymacie się razem? – spytał Niedźwiedź.

– Nigdy nikogo nie zostawiamy.

– Ten facet nie będzie gadał z obcym.

– A ma licencję i zalicza kontrole?

– To, co robię, jest legalne – powtórzył Niedźwiedź. – Mój prawnik tak mówi. Legalne, dopóki tak myślę. A myślę. Towar pochodzi z akcji charytatywnych. Widziałem papiery. Różni ludzie się tym zajmują. Zamawiają nawet reklamy w telewizji. Głównie samochodów. Czasem łodzi.

– Ale akurat ten nie zechce ze mną rozmawiać, tak?

– Nie byłbym zdziwiony.

– Nie zna dobrych manier?

– Nie zaprosiłbym go na piknik.

– Jak się nazywa?

– Jimmy Rat.

– Poważnie? – upewnił się Reacher. – Rat jak szczur?

– Tak na niego wołają.

– Więc gdzie znajdę tego pana Szczura?

– Niech pan szuka minimum sześciu harleyów przed barem. Jimmy na pewno tam będzie.

3

Miasteczko było niewielkie. Za podupadłą dzielnicą znajdowała się dzielnica, którą od upadłości dzieliło najwyżej pięć lat. Może trochę więcej. Powiedzmy dziesięć. Nie trzeba tracić nadziei. Było tam kilka zabitych deskami witryn, ale niewiele. Większość sklepów wciąż działała, choć leniwie, w wiejskim tempie. Ulicą przetaczały się powoli duże furgonetki. Była tam nawet sala bilardowa. I niewiele latarni. Robiło się ciemno. Coś w architekturze mówiło, że to kraina farm mlecznych. Sklepy przypominały kształtem dawne obory. To samo DNA.

W samotnie stojącym drewnianym budynku był bar z porośniętym trawą żwirowym parkingiem, na którym równiutkim rzędem stało siedem harleyów. Choć niekoniecznie należących do Hell’s Angels. Mogły należeć do którejś z ich wielu odmian. Motocykliści są podzieleni jak baptyści. Niby ci sami, a inni. Tym najwyraźniej podobały się czarne skórzane frędzle i chrom. Lubili jeździć na leżąco, z wysuniętymi do przodu rozkraczonymi nogami. Może dla ochłody. A może z konieczności. Nosili zwykle grube skórzane kamizelki. Spodnie i ciężkie buty. Wszystko czarne. Latem musiało im być gorąco.

Motocykle były ciemne i błyszczące. Cztery miały pomarańczowe płomienie na baku, trzy runiczne symbole w srebrzystych obwódkach. Bar był stary i sfatygowany, bez kilku gontów na dachu. Klimatyzator w oknie z trudem nadążał za temperaturą, sikając wodą do kałuży pod ścianą. Ulicą przejechał radiowóz. Powoli, sycząc oponami po asfalcie. Policyjny. Miejscowy. Pierwszą połowę wachty patrol spędził pewnie z „suszarką” na poboczu drogi, pomnażając dochody komunalne, a teraz patrolował ulice należących do hrabstwa miasteczek. Żeby pokazać, że jest. Że uważa na miejsca, gdzie lęgną się kłopoty. Siedzący za kierownicą policjant odwrócił głowę i spojrzał na Reachera. Bardzo schludny, ostrzyżony na zapałkę i zupełnie niepodobny do zapasionego niedźwiedzia z lombardu, miał szczupłą twarz i mądre oczy. Siedział sztywno jakby kij połknął. Niedawno był u fryzjera. Wczoraj. Najdalej przedwczoraj.

Reacher stał nieruchomo, odprowadzając go wzrokiem. W oddali głucho zadudnił motocykl. Dudnienie narastało, było coraz głośniejsze, ciężkie jak młot. Parskając i prychając, zza rogu wyjechał ósmy harley, bardzo powoli, ledwie opierając się grawitacji, wielka, zwalista maszyna. Prowadzący go mężczyzna półleżał na siodełku ze stopami na daleko wysuniętych podnóżkach. Pochylił się w lekkim skręcie i zwolnił. Był w czarnej skórzanej kamizelce i czarnym podkoszulku. Zaparkował jako ostatni w rzędzie. Motor dudnił przez chwilę na wolnych obrotach, jak kowal walący młotem w kowadło. Motocyklista zgasił silnik i postawił maszynę na nóżki. Ponownie zapadła cisza.

– Szukam Jimmy’ego Szczura – zagadnął go Reacher.

Motocyklista zerknął na jeden ze stojących obok motorów. Nie mógł się powstrzymać.

– Nie znam – mruknął i na krzywych nogach ruszył do baru. Wyglądał jak zwalista gruszka. Miał około czterdziestu lat, metr siedemdziesiąt pięć wzrostu i ziemistą cerę, jakby natarł sobie twarz olejem silnikowym. Otworzył drzwi i wszedł do środka.

Reacher został. Harley, na którego tamten zerknął, był jednym z trzech ze srebrzystymi runami na baku. Choć wielki jak pozostałe, kierownicę miał bliżej siodełka niż motocykl tego nowego. Jakieś pięć centymetrów. Co znaczyło, że Jimmy Szczur ma około metra siedemdziesięciu wzrostu. I jest chudy, co pasowałoby do nazwiska. Być może uzbrojony, w nóż albo pistolet. Agresywny.

Ruszył do drzwi. Otworzył je i wszedł do baru. W środku było ciemno i gorąco, zalatywało rozlanym piwem. Prostokątna sala, po lewej stronie długa miedziana lada, po prawej stoliki. Z tyłu łukowate przejście i wąski korytarz. Toalety, telefon i drzwi pożarowe. Cztery okna. W sumie sześć potencjalnych wyjść. Pierwsza rzecz, jaką sprawdza każdy były żandarm wojskowy.

Ośmiu motocyklistów siedziało przy dwóch złączonych stolikach pod oknem. Pili piwo z ciężkich oszronionych kufli. Ten nowy, gruszkowaty, siedział ściśnięty jak sardynka przed najpełniejszym. Pod względem rozmiarów, kształtów, aparycji i wdzięku osobistego sześciu było podobnych do niego. Siódmy się wyróżniał. Wyglądał jeszcze gorzej. Chudy i żylasty, miał metr siedemdziesiąt wzrostu, wąską twarz i niespokojne oczy.

Reacher stanął przy ladzie i poprosił o kawę.

– Nie mamy – odparł barman. – Przykro mi.

– Czy ten mały to Jimmy Szczur?

– Masz coś do niego, załatwcie to na zewnątrz, dobra?

Barman odszedł. Reacher czekał. Jeden z motocyklistów dopił piwo, wstał i zniknął w korytarzu z toaletami. Reacher podszedł do ich stolika i usiadł na wolnym krześle. Było gorące. Ten gruszkowaty coś sobie skojarzył. Spojrzał na niego, potem na Jimmy’ego Szczura.

– To prywatne spotkanie, staruszku – powiedział Szczur. – Nikt cię tu nie zapraszał.

– Potrzebuję informacji – oświadczył Reacher.

– Jakiej?

– O datkach na dobroczynność.

Szczurowi nic to chyba nie mówiło. Ale po chwili coś sobie przypomniał. Zerknął na drzwi, za którymi był lombard, gdzie prowadził interesy.

– Spadaj – rzucił.

Reacher położył na stole lewą pięść. Wielkości kurczaka z supermarketu. Z długimi, grubymi palcami i kłykciami jak orzechy włoskie. Z białymi bliznami na opalonej skórze po starych ranach i zadrapaniach.

– Nie obchodzą mnie twoje szwindle. Ani to, kogo okradasz. Czy kryjesz. Zupełnie mnie to nie interesuje. Chcę tylko wiedzieć, skąd to wziąłeś.

Otworzył pięść. Na dłoni leżał sygnet. Malutki. West Point 2005. Złota grawerka, czarny kamień. Jimmy Szczur milczał, ale coś w jego oczach mówiło, że go poznaje.

– West Point to inaczej Akademia Wojskowa Stanów Zjednoczonych w West Point – ciągnął Reacher. – W dwóch pierwszych słowach pełnej nazwy jest pewien klucz. To sprawa federalna.

– Jesteś gliniarzem? – spytał Szczur.

– Nie, ale mam ćwierć dolara na telefon.

Wrócił ten, który wyszedł do toalety. Stanął za krzesłem Reachera i z teatralnym zdumieniem szeroko rozłożył ręce. Kurde, no co jest? Co to za facet? Reacher patrzył jednym okiem na Jimmy’ego, drugim w okno, gdzie widział słabe odbicie tego, co się za nim dzieje.

– Tu ktoś siedzi – przypomniał mu Szczur.

– Wiem. Ja.

– Masz pięć sekund.

– Mam tyle, ile zechcę. Będę tu siedział, dopóki nie odpowiesz na pytanie.

– Myślisz, że sprzyja ci dzisiaj szczęście?

– Szczęście mi niepotrzebne.

Reacher położył na stole prawą rękę. Nieco większą od lewej. U praworęcznych to normalne. Miała trochę więcej szram i zadrapań, w tym skazę w kształcie litery V, która wyglądała jak blizna po ukąszeniu węża, choć zrobił ją gwóźdź.

Jimmy Szczur wzruszył ramionami, jakby było mu wszystko jedno.

– Należę do łańcucha dostawczego – powiedział. – Biorę towar od ludzi, którzy dostają go od innych. Ktoś ten sygnet podarował, sprzedał albo zastawił i go nie wykupił. Nic więcej nie wiem.

– Kto ci go dał?

Szczur nie odpowiedział. Reacher czekał, lewym okiem obserwując okno. Prawym zobaczył, że Jimmy lekko kiwa głową i że odbijająca się w szybie postać bierze potężny zamach. Stojący za Reacherem gość najwyraźniej zamierzał przyłożyć mu sierpowym w prawe ucho. Zwalić go z krzesła. A przynajmniej trochę zmiękczyć.

Nie wyszło.

Reacher wybrał drogę najmniejszego oporu. Spuścił głowę i gdy cios przeciął powietrze, odchylił się mocno do tyłu, zerwał z krzesła i wykorzystując siłę impetu, z lekkiego półobrotu wbił tamtemu łokieć w nerkę, która właśnie wróciła na miejsce. Trafił dobrze, porządnie. Facet runął jak kłoda. Reacher usiadł, jakby nic się nie stało.

Jimmy Szczur nie odrywał od niego wzroku.

– Na ulicę, kolego! – zawołał barman. – Przecież mówiłem.

Chyba nie żartował.

– No to masz kłopoty – powiedział Szczur.

On też nie żartował.

Chang robiła pewnie zakupy na kolację. W jakimś małym sklepie spożywczym koło domu. Coś zdrowego. Ale prostego. Była zmęczona.

Ciężki dzień.

– Mam tu sześciu tłuściochów i karzełka – podsumował Reacher. – Bułka z masłem.

Wstał. Przestąpił nad nieprzytomnym motocyklistą i skręcił do drzwi. Wyszedł na parking, gdzie stał rząd błyszczących harleyów. Odwrócił się i zobaczył, że tamci wyszli za nim. Sztywni, koślawi, na krzywych nogach i z rozdętymi piwskiem brzuchami, nie wyglądali jak siedmiu wspaniałych. Ale swoją wagę mieli. Wszyscy razem. Wagę, czternaście pięści i czternaście buciorów.

Możliwe, że ze stalowymi czubkami.

Bardzo zły dzień.

Ale czy to nie wszystko jedno?

Rozstawili się w półokręgu, trzech po lewej stronie Jimmy’ego Szczura, trzech po prawej. Reacher przesuwał się powoli plecami do ulicy, a oni wraz z nim. Nie chciał utknąć pod czyimś płotem. Albo dać się zapędzić do narożnika. Nie zamierzał uciekać, ale miło było wiedzieć, że ucieczka jest możliwa.

Tamci zacieśnili półokrąg, lecz z miernym skutkiem. Wciąż stali ponad metr od siebie, trzy metry od niego. Co podsuwało oczywisty wariant potyczki. Kiedy na niego ruszą – powoli, powłócząc nogami, burcząc, chrząkając i łypiąc na niego spode łba – przebije się przez nich, odwróci i w nowym półokręgu będzie już tylko sześciu. A potem mała powtórka i po chwili zostanie pięciu. Na trzecią powtórkę się nie nabiorą i rzucą się na niego całym stadem, wszyscy oprócz Jimmy’ego Szczura, który bić się nie będzie. Jest na to za sprytny. Tak więc, koniec końców, dojdzie do bijatyki czterech na jednego.

Fatalny dzień.

Niekoniecznie dla Reachera.

– Ostatnia szansa – ostrzegł. – Każcie karzełkowi odpowiedzieć na pytanie i puszczę was na piwo.

Nikt się nie odezwał. Motocykliści jeszcze bardziej zwarli szyk, ugięli nogi w kolanach i z gotowymi do walki rękami, lekko pochyleni ruszyli w jego stronę. Reacher wybrał pierwszy cel. Czekał. Chciał, żeby facet znalazł się półtora metra od niego. Nie dwa kroki, tylko krok dalej. Musiał oszczędzać siły.

Nagle znów zasyczały opony – z tyłu, za nim – i siedmiu wspaniałych wyprostowało się, robiąc wielkie oczy i niewinne miny. Reacher odwrócił się i zobaczył radiowóz. Ten sam. Z tym samym gliniarzem. Radiowóz zatrzymał się i gliniarz zmierzył ich wzrokiem. Otworzył okno od strony pasażera, nachylił się i patrząc na Reachera, zawołał:

– Proszę podejść do radiowozu!

Reacher podszedł, ale nie od strony pasażera. Nie chciał odwracać się plecami do tamtych. Dlatego obszedł samochód i stanął przy oknie kierowcy. Które się otworzyło, podczas gdy to drugie się zamknęło. Policjant miał w ręce pistolet. Ale trzymał go luźno, na kolanach.

– Powie mi pan, co tu się dzieje?

– Służył pan w wojskach lądowych czy w piechocie morskiej? – spytał Reacher.

– Skąd pomysł, że w ogóle służyłem?

– Bo większość policjantów z takich miasteczek służyła. A już na pewno ci, którzy potrafią przejechać kilkadziesiąt kilometrów do najbliższego fryzjera wojskowego.

– Tak, służyłem w lądowych – przyznał policjant.

– Ja też. A tutaj? Nie, nic się tu nie dzieje.

– Musi pan to rozwinąć. Wielu służyło w wojsku. Nie znam pana.

– Major Jack Reacher, Sto Dziesiąta Specjalna Jednostka Dochodzeniowa Żandarmerii Wojskowej Stanów Zjednoczonych. Miło mi pana poznać.

– Słyszałem o Stodziesiątce – powiedział policjant.

– Mam nadzieję, że nic złego.

– Wasze dowództwo mieściło się w Pentagonie, prawda?

– Nie, w Rock Creek w Wirginii. Trochę bardziej na północ i na zachód od Pentagonu. Parę lat miałem tam bardzo wygodne biuro. Czy to było podchwytliwe pytanie?

– Tak, zgadza się, w Rock Creek. Zdał pan test. A teraz proszę powiedzieć, co tu się dzieje. Chce się pan z nimi bić?

– Jak na razie tylko rozmawiamy – odparł Reacher. – Spytałem ich o coś. Powiedzieli, że wolą pogadać na świeżym powietrzu. Nie wiem dlaczego. Może bali się, że ktoś nas podsłucha.

– O co ich pan pytał?

– O ten sygnet. – Reacher oparł rękę o okno i otworzył dłoń.

– West Point.

– Jeden z nich sprzedał go w lombardzie. Chcę się dowiedzieć, skąd go miał.

– Dlaczego? – spytał policjant.

– Sam nie wiem. Pewnie dlatego, że ciekawi mnie jego historia.

– Oni panu nie powiedzą.

– Zna ich pan?

– Nie mamy dowodów, ale…

– Ale?

– Sprowadzają towar z Dakoty Południowej, przez Minnesotę. Dwa stany stąd. Ale to za mało, żeby zainteresować tym federalnych czy ściągnąć tu detektywa z Dakoty Południowej. Jak widać, prawie niczym nie ryzykują.

– Z Dakoty Południowej? A konkretnie skąd?

– Nie wiemy.

Reacher milczał.

– Niech pan wsiądzie – poradził mu policjant. – Ich jest siedmiu.

– Nic mi nie zrobią.

– Jeśli pan chce, mogę pana aresztować. Żeby lepiej to wyglądało. Ale musi pan odejść. Ze względu na mnie. Nie mogę tu siedzieć do końca służby.

– Proszę się o mnie nie martwić.

– Chyba jednak pana aresztuję, tak czy inaczej.

– Za co? – spytał Reacher. – Za coś, co się jeszcze nie wydarzyło?

– Dla pańskiego bezpieczeństwa.

– Niech pan mnie nie obraża. O ich bezpieczeństwo pan się nie martwi. Mówi pan tak, jakby sprawa była przesądzona.

– Niech pan wsiądzie – nalegał policjant. – Uznamy to za manewr taktyczny. A o sygnet spyta pan kogoś innego.

– Na przykład kogo?

– Więc niech pan da sobie spokój. Dziesięć dolarów do jednego, że nie kryje się za tym żadna historia. Facet wrócił z wojny smutny i rozgoryczony i czym prędzej go sprzedał. Żeby mieć na czynsz i jedzenie.

– To się tu zdarza?

– Dość często.

– Ale pan jakoś sobie radzi.

– Mamy tu całe spektrum.

– To nie facet. Sygnet jest za mały. To kobieta.

– Niektóre kobiety też mieszkają w przyczepach kempingowych.

Reacher kiwnął głową.

– Fakt. Dziesięć do jednego, że nic się za tym nie kryje. Ale chcę się upewnić. Na wszelki wypadek.

Zapadła cisza. Słychać było tylko szept silnika i wiatr w przewodach telefonicznych.

– Ostatnia szansa – powiedział policjant. – Niech pan będzie mądry. I wsiądzie.

– Nic mi nie zrobią – powtórzył Reacher. Cofnął się i wyprostował.

Zirytowany policjant pokręcił głową, odczekał chwilę i wreszcie odjechał, powoli, z cichym sykiem opon, ciągnąc za sobą smugę spalin. Reacher odprowadził go wzrokiem do rogu ulicy i wrócił na parking, gdzie otoczył go czarny półokrąg.

4

Siedmiu motocyklistów zajęło poprzednie pozycje. Z gotowymi do walki rękami i lekko rozstawionymi nogami, pochylili się i przyjęli postawę bojową, lecz nie zaatakowali. Przynajmniej nie od razu. Nie chcieli. Z ich punktu widzenia do gry wszedł nowy czynnik. Przeciwnik był zdrowo walnięty. Przed chwilą to udowodnił. Miejscowy gliniarz zaproponował mu honorowe wyjście z sytuacji, a on go olał. Został, żeby się z nimi bić.

Dlaczego?

Tego nie wiedzieli.

Reacher czekał. Chang wracała już pewnie do domu z zakupami. Albo właśnie kładła torby na kuchennym blacie. Dobierała składniki. Brała nóż z szuflady. Może włączyła piekarnik. Kolacja na jedną osobę. Spokojny wieczór. Możliwe, że pełen ulgi.

Motocykliści nie drgnęli z miejsca.

– No i co? – spytał. – Nagle macie wątpliwości?

Cisza.

– Odpowiedzcie na pytanie i pozwolę wam odejść.

Wciąż cisza i bezruch.

Reacher odczekał kilka sekund i dodał:

– Ktoś mniej cierpliwy ode mnie pomyślałby, że pora zrobić kupę albo wstać z nocnika.

Żadnej reakcji.

Uśmiechnął się.

– W takim razie urodziłem się chyba pod szczęśliwą gwiazdą. Jakbym wygrał na automacie w Las Vegas. Ding-dong-ding! I wyrasta przede mną siedem dużych dziewczynek.

To poskutkowało, tak jak chciał. I jak tego potrzebował. Ruch był jego przyjacielem. Ruch, masa i impet. Musieli wpaść we wściekłość i popełnić kilka błędów. Tak też się stało. Ostro wkurzeni, spojrzeli po sobie, bo żaden nie chciał zaatakować pierwszy ani ostatni, lecz już po chwili, jak na niewidoczny znak, ruszyli wszyscy naraz, wściekli, nabuzowani i narażeni na skuteczny kontratak. Reacher uruchomił pierwotny plan. Bo ten wciąż był dobry. I oczywisty. Zaczekał, aż tamci podejdą na półtora metra, po czym jak burza runął do przodu: sterczącym w bok łokciem huknął w twarz upatrzoną ofiarę, przebił się na drugą stronę półokręgu, gwałtownie wyhamował, odwrócił się i z nowym impetem natychmiast zaatakował ponownie, bez czekania, celując w twarz motocyklisty na skraju świeżej wyrwy, który właśnie się odwracał, by zderzyć się z nadlatującym łokciem jak samochód pędzący na czołówkę z ciężarówką.

Dwóch mniej.

Reacher znów się odwrócił i znieruchomiał. Pięciu ocalałych utworzyło nowy półokrąg. Więc? Długi krok do tyłu. Żeby sprawdzić, co zamierzają. Zareagowali dokładnie tak, jak przewidywał. Jimmy Szczur cofnął się, a pozostali zwarli szyk.

Reacher ukończył wszystkie możliwe kursy walki wręcz, jakie miało do zaoferowania wojsko, głównie w bazach dawnej Konfederacji, gdzie szkolili go posiwiali starzy weterani, którzy potrafili robić rzeczy niewyobrażalne dla normalnego człowieka. Pokłosiem takich kursów były adnotacje w tajnych aktach i mnóstwo sińców, a nawet połamanych kości. Praktyczna zasada obowiązująca na tych kursach głosiła – z grubsza rzecz biorąc – że jeśli ma się do czynienia z czterema przeciwnikami, trzeba jak najszybciej zrobić tak, żeby zostało ich trzech. A potem, równie szybko, dwóch, co gwarantowało zwycięstwo, wygraną całego turnieju, ponieważ było oczywiste, że absolwent takiego kursu nie może mieć najmniejszych problemów w walce dwóch na jednego, bo gdyby je miał, znaczyłoby to, że instruktor spaprał robotę, co z logicznego punktu widzenia jest w wojsku niemożliwe.

Reacher nazywał to przyspieszonym odwetem. Czwórka motocyklistów znów się pochyliła i z szeroko rozłożonymi rękami rozkraczyła się na krzywych nogach. Być może myśleli, że w takiej postawie wyglądają groźnie, lecz dla niego byli tylko środowiskiem obfitującym w różnorakie cele. Runął na nich, kopnął w jaja tego na skraju po lewej, odskoczył w prawo i stanął w jednej linii z pozostałymi, tak że aby go dopaść, musieliby ominąć zgiętego wpół kumpla z nadwątlonym kroczem, który sapał już, charczał i rzygał.

Reacher znów się cofnął. Motocykliści obeszli wyeliminowanego kolegę i ruszyli za nim, dwóch z prawej, jeden z lewej – co dało mu czas, żeby wślizgnąć się za rząd motocykli. Teraz było oczywiste, że dwóch musi pójść za nim z jednej strony, a jeden z drugiej, pytanie tylko, który z której? Na największe ryzyko narażał się ten samotny. Był najsłabszym ogniwem łańcucha i oberwałby jako pierwszy, prawdopodobnie najmocniej. Kto chciałby się na to narażać?

Jimmy Szczur obserwował ich z chodnika.

Trójka motocyklistów rozdzieliła się i dwóch ruszyło do ataku z prawej strony, jeden z lewej. Reacher wyszedł mu na spotkanie i przeanalizowawszy niewidzialną geometrię czekającej go rozgrywki, ustalił, że będzie miał niecałe trzy sekundy, żeby go wyeliminować, bo potem dotrą do niego ci z prawej.

Trzy sekundy to mnóstwo czasu, zwłaszcza podczas walki jeden na jednego. Ten samotny myślał, że jest gotowy, rzecz w tym, że nie był. Wszystko mu się poplątało. Podświadomość mówiła mu, że najlepiej będzie trochę zaczekać. Natura ludzka. Miliony lat ewolucji. Ale do głosu podświadomości dołączył natychmiast głos przedniej części mózgu, który powiedział: nie, w przypadku nieuniknionej konfrontacji najlepszym i najbardziej logicznym rozwiązaniem będzie próba jak najszybszego dotarcia do nadciągających posiłków. Dlatego zamiast zwlekać, powinien natychmiast ruszyć w stronę kolegów. A nie w przeciwną.

Naprzemienne sygnały czekaj-działaj zaowocowały tym, że motocyklista ruszył do przodu za wcześnie i za wcześnie znalazł się w zasięgu przeciwnika. Cały jego potencjał myślowy zajęły problemy natury lokomocyjnej. Czas i przestrzeń. Kwestia obrony zeszła na drugi plan. Kiedy wróciła na plan pierwszy, było już za późno. Ale nawet wtedy nie zabłysnął wyobraźnią. Ujrzawszy łokcie i nogi, przybrał postawę wielofunkcyjną, próbując dać odpór jednym i drugim, tymczasem Reacher zrezygnował z ataku kończynami, nieoczekiwanie przyspieszył i szybkim, płynnym ruchem zaprawił go z byka w nasadę nosa. Masa i impet. Dupa blada. Koniec gry. Półtorej sekundy.

Jego kumple byli już za motocyklami, niecałe cztery metry dalej. Zbliżali się z umiarkowaną prędkością, trochę z ochotą, trochę z przymusu. Reacher przestąpił nad ofiarą zderzenia z bykiem, obszedł motocykle i przystanął za nimi od strony ulicy. Tamci wciąż szli za nim. I nagle coś do nich dotarło. Byli na owalnym torze wyścigowym. Mogli biegać w kółko całą noc.

Więc się rozdzielili. Zerknęli na siebie i przystanęli, żeby skoordynować swoje poczynania. Stali i czekali, dwaj za ostatnim harleyem – jeden po jego lewej stronie, drugi po prawej. Prawdziwi wojownicy. Najlepsi z najlepszych. Na pewno najbystrzejsi. Zawsze lepiej jest iść na piątego i szóstego, niż na pierwszego czy drugiego.

A potem odliczyli po cichu do trzech i ruszyli. Nieźle, Reacher widywał już gorszych. Zaatakowali z dobrą prędkością i pod dobrym kątem. Według każdego podręcznika walki wręcz istniało duże prawdopodobieństwo, że za chwilę oberwie. Z jednej strony lub drugiej. Było to prawie nieuniknione. Bo nadbiegną jednocześnie. A on będzie jak plasterek szynki między dwiema kromkami chleba w kanapce.

Chang siedziała już pewnie i jadła. To, co ugotowała. Przy kuchennym stole. Z kieliszkiem wina. Mała feta. Z okazji bezpiecznego powrotu do domu.

Reacher obrywał bardzo rzadko. I nie zamierzał psuć statystyki. Nie tylko z próżności. Lanie źle wpływa na organizm. Obniża przyszłą wydajność.

Dlatego w chwili, kiedy tamci okrążali końce rzędu motocykli, zrobił krok do przodu. Kąt się automatycznie spłaszczył i zamiast w trójkącie, Reacher stał teraz z nimi niemal w linii prostej. Nabrał powietrza. Tamci byli coraz bliżej. Jeden z lewej, drugi z prawej. Przebierali nogami, mierząc swoją prędkość, długość kroku i odległość od celu. Chcieli dotrzeć na miejsce jednocześnie.

Natura ludzka. Miliony lat ewolucji.

Skoczył w lewo i wtedy wydarzyły się dwie rzeczy naraz. Skonfundowany motocyklista po jego lewej ręce gwałtownie zahamował, natomiast ten po prawej gwałtownie przyspieszył, żeby jak najszybciej skrócić dystans, bo ofiara się oddalała, a on włączył już tryb polowania.

Reacher błyskawicznie się odwrócił, a gdy ten po prawej z pełną prędkością wpadł na jego łokieć, odwrócił się ponownie i stwierdził, że ma jeszcze pół sekundy, ponieważ temu po lewej wyhamowanie odebrało impet powtórnego ataku. Dlatego Reacher zdążył wybrać miejsce. Kopnął go w kolano i – bach! – napastnik runął jak kłoda na żwir, a wtedy on dołożył mu w głowę, też nogą, tyle że lewą, a więc słabszą. Normalne u praworęcznych. I właściwe. Nie ma potrzeby posuwać się za daleko. Głupota to nie przestępstwo zagrożone karą śmierci. Właściwie to w ogóle nie przestępstwo. Co najwyżej upośledzenie.

Wypuścił powietrze.

Niepokonany.

– I co, lepiej się czujesz? – spytał z chodnika Jimmy Szczur.

– Trochę – odparł Reacher.

– Mógłbyś dla mnie pracować.

– Ale nie chcę.

– Chodzi o kobietę?

Reacher nie odpowiedział. Wcisnął się między pałąki kierownicy, przerzucił nogę, usiadł na jego motorze, przesunął się na siodełku i oparł stopę o wysunięty podnóżek.

– Hej! – zawołał Szczur. – Tak nie można! Nie siada się bez pozwolenia na czyimś motorze. To poruta, brak szacunku.

– Duża poruta?

– Największa!

– Więc co mi teraz zrobisz?

Szczur nie odezwał się.

– Odpowiedz na pytanie, i już mnie nie ma.

– Ale na jakie pytanie?

– Nazwisko i miejsce zamieszkania faceta z Dakoty Południowej, od którego dostałeś ten sygnet. Chcę je znać.

Cisza.

– Mogę tu siedzieć całą noc – uprzedził Reacher. – Na razie nie ma świadków, ale prędzej czy później ktoś będzie tędy przechodził albo przejeżdżał. I zobaczy mnie na twoim motorze. Ciebie też, jak stoisz obok i nic nie robisz. Szczur? Raczej rozmiękła cipa. Będziesz skończony.

Jimmy rozejrzał się nerwowo.

– To nie jest ktoś, z kim chciałbyś się spotkać.

– Z tobą też nie chciałem, no i zobacz.

Ulicę dalej zawarczał silnik. Cicho, jak silnik jadącego wolno pick-upa. Jimmy spojrzał na róg. Skręci? Warkot ucichł w oddali i znów zapadła cisza.

Reacher czekał.

Zawarczał inny samochód, też ulicę dalej, ale ten jechał w przeciwnym kierunku.

– Prowadzi pralnię samoobsługową w Rapid City. Nazywa się Arthur Scorpio.

Samochód zwalniał. Przygotowywał się do skrętu w ich stronę. Miał trzydzieści sekund do rogu. Reacher zsiadł, przecisnął się przez pałąki kierownicy i stanął na chodniku. Szczur obszedł rząd motocykli i zniknął w cieniu za barem. Może wszedł do środka tylnymi drzwiami.

W samą porę, bo w tym momencie samochód wyłonił się zza rogu. Ten sam radiowóz. Ten sam policjant.

5

Zatrzymał się na chwilę z nogą na hamulcu, po czym zakręcił kierownicą i zaparkował przy tym samym krawężniku co poprzednio. Otworzył okno i powiódł wokoło wzrokiem. Sześciu mężczyzn, wszyscy w pozycji horyzontalnej, w tym kilku dających oznaki życia. No i wyprostowany jak struna Reacher na chodniku.

– Proszę podejść do radiowozu.

Reacher podszedł.

– Winszuję – pogratulował mu policjant.

– Czego?

– Tego, co pan zrobił.

– Nie, nie, to rezultat poczynań własnych. Ja byłem tylko widzem. Wybuchła awantura. Któryś usiadł na nie swoim motorze.

– Coś takiego – mruknął z powątpiewaniem gliniarz.

– Nie wierzy mi pan?

– Tak czysto teoretycznie: dlaczego miałbym wierzyć?

– Prawnik właściciela lombardu twierdzi, że tak byłoby lepiej dla nas wszystkich.

– Niech pan stąd wyjedzie. Z hrabstwa.

– Nie ma sprawy – zapewnił go Reacher. – Wyjadę pierwszym autobusem.

– Nie będę tak długo czekał.

– To co, mam ukraść motocykl?

– Podrzucę pana.

– Aż tak chce się pan mnie pozbyć?

– Zaoszczędzilibyśmy sobie mnóstwa papierkowej roboty. Obaj.

– Dokąd mnie pan podrzuci?

– Domyślam się, że ci tam odpowiedzieli na pańskie pytanie, więc teraz pojedzie pan na zachód. Granica hrabstwa jest tuż za wjazdem na I-dziewięćdziesiąt. Mieszka tu mnóstwo przyjaznych ludzi. Złapie pan okazję.

Więc Reacher wsiadł i po czterdziestu bezbarwnych minutach wysiadł na zupełnym pustkowiu, na ciemnej dwupasmówce, obok tablicy, która informowała, że właśnie opuszcza jedno hrabstwo i wkracza do drugiego. Pomachał na do widzenia policjantowi, przeszedł sto, dwieście metrów, przystanął i obejrzał się. Policjant mignął światłami, zawrócił i odjechał. Reacher odprowadził wzrokiem gasnące w oddali czerwone światełka i poszedł dalej, w stronę miejsca, gdzie pobocze trochę się rozszerzało. Tam zaczekał. Miał przed sobą prawie sto kilometrów dwupasmówki. A potem autostradę międzystanową I-90, która prowadziła na zachód przez Minnesotę do Dakoty Południowej, przez Sioux Falls do Rapid City.

I jeszcze dalej. Aż do Seattle, gdyby chciał.

• • •

W tej samej chwili, dwa tysiące czterysta kilometrów dalej, Michelle Chang jadła w kuchni pizzę na telefon. Nie z winem, tylko z wodą. Niczego nie fetowała. Po prostu uzupełniała kalorie. Bo całe popołudnie biegała, nadrabiając tygodniowe zaległości. Była zmęczona i po części zadowolona, że znów jest zdana tylko na siebie, a po części nie. Reacher pojechał pewnie do Chicago. Miał tam mnóstwo możliwości. Tęskniła za nim. Ale nic by z tego nie wyszło. Była tego pewna. Nigdy dotąd nie była tak pewna niczego, jak tego.

• • •

Również w tej samej chwili, tysiąc sto trzydzieści kilometrów dalej, na biurku w Wydziale Przestępstw Przeciwko Mieniu policji w Rapid City zadzwonił telefon. Słuchawkę podniosła detektyw Gloria Nakamura. Drobna i ciemnowłosa, pracowała w policji od trzech lat. Już nie nowicjuszka, ale jeszcze nie weteranka. Za godzinę kończyła służbę.

– Przestępstwa przeciwko mieniu – powiedziała. – Nakamura.

Dzwonił technik z przestępstw komputerowych; wisiał jej przysługę.

– Dostałem cynk od mojej wtyczki w telefonach. Niejaki Jimmy z Wisconsin zostawił właśnie wiadomość głosową dla Arthura Scorpio. Na jego komórce. Coś w rodzaju ostrzeżenia.

– Ostrzeżenia? Jakiego?

– Prześlę ci mailem.

– Masz u mnie kielicha.

Nakamura rozłączyła się i w tym samym momencie cichutko brzdęknął komputer. Kliknęła na wiadomość, potem na załącznik i podkręciła głośność. Najpierw usłyszała odgłosy tła, chyba jakiegoś baru, a potem nerwowy głos:

„Arthur? Mówi Jimmy. Był tu jakiś facet, wypytywał o towar, o jedną z rzeczy, które od ciebie wziąłem. Nie wiem, ale chce chyba dojść po nitce do kłębka. Nic mu nie powiedziałem, ale jakoś mnie namierzył, więc może namierzyć i ciebie. Jeśli tak, potraktuj go poważnie. Dobrze radzę. On jest jak Wielka Stopa, która wylazła z lasu. Dlatego uważaj, dobra?”

Potem głośno zagrzechotał plastik, jakby ktoś niezdarnie odłożył na widełki dużą, starą słuchawkę. W barze w Wisconsin. Akta Arthura Scorpio miały już siedem i pół centymetra grubości. Sęk w tym, że nic nie można mu było udowodnić. Ale dochodzeniówka w Rapid City się nie poddawała. Miarka do miarki: starannie katalogowano każdy skrawek informacji, żeby prędzej czy później zebrała się czarka. Nakamura sporządziła meldunek. Na końcu dodała własną uwagę. Dowód to nie jest, ale wskazuje na istnienie łańcucha dostawczego. Potem otworzyła wyszukiwarkę, napisała Wielka Stopa i już po chwili z grubsza wiedziała, o co chodzi. Mityczne zwierzę z północno-zachodnich lasów, owłosiony małpolud, ponad dwa metry wzrostu. Ponownie otworzyła plik z meldunkiem, dodała: Może Wielka Stopa coś z niego wytrząśnie!, po czym wysłała go szefowi.

I od razu tego pożałowała. Przez ten wykrzyknik. To takie dziewczyńskie. Ale musiała go postawić. Bo tak naprawdę chciała, żeby porucznik przeczytał jej uwagę i rozkazał wznowić obserwację. Na wypadek gdyby Wielka Stopa okazała się znaczącym tropem. Poza tym rzecz była oczywista: Jimmy skłamał, mówiąc, że nic mu nie powiedział. Skłamał, bo nie pomyślał, a przecież to logiczne, bo skoro przestraszył się na tyle, by nagrać wiadomość z ostrzeżeniem, Wielka Stopa musiała być kimś tak przerażającym, że mogłaby bez trudu wycisnąć z niego odpowiedź na każde pytanie. Było więc jasne, że już tu jedzie. Ten dwumetrowy małpolud. Dlatego liczył się czas. Sęk w tym, że porucznik lubił skupiać w swoich rękach całą władzę wykonawczą. Popędzanie przynosiło efekt przeciwny do zamierzonego. Stąd ten dziewczyński wykrzyknik: żeby go nie zapiekło. Żeby uznał to za własny pomysł.

A potem przyszła nocna zmiana i Gloria pojechała do domu. Postanowiła, że rano zahaczy o pralnię. W drodze do pracy. I posiedzi w samochodzie pół godzinki albo godzinę. Ot tak, tylko żeby zerknąć. Kto wie, może Wielka Stopa już tam będzie.

• • •

Reacher nie miał powodu nie wierzyć policjantowi i wątpić, że w zachodnim Wisconsin mieszkają przyjaźni ludzie. Problemem nie była jakość, tylko ilość. Znalazł się na kompletnym pustkowiu, na samotnej wiejskiej drodze, w dodatku o późnej porze. Nie było żadnego ruchu. Dokładniej mówiąc, prawie żadnego, bo w pewnej chwili dmuchnął ciepły wiatr i minął go z rykiem jakiś pick-up. Pięć minut później zwolnił przed nim ford F-150, ale tylko zwolnił – pewnie po to, żeby mu się przyjrzeć – po czym gwałtownie przyspieszył i pojechał dalej. A teraz wschodni horyzont był cichy i ciemny. Mimo to Reacher nie tracił optymizmu. Wiedział, że wystarczy tylko jeden. Poza tym miał mnóstwo czasu. Nie spieszyło mu się, a już na pewno nie w kontekście strategicznym. Sygnet przeleżał w lombardzie miesiąc. Ślady i tak się zatarły.

Dziesięć dolarów do jednego, że nie kryje się za tym żadna historia.

Reacher czekał i w końcu dostrzegł w oddali światła reflektorów, dwie malutkie gwiazdki mrugające na wschodnim horyzoncie. Były dokładnie na wprost niego, więc przez pełną minutę wydawało się, że stoją w miejscu, ale potem obraz się wyostrzył. Pick-up albo SUV. Sądząc po wysokości i odstępie między reflektorami. Reacher wszedł metr na jezdnię i podniósł kciuk. Bokiem do nadjeżdżającego samochodu, w hollywoodzkiej pozie, żeby kierowca zobaczył go pod kątem, z profilu, i wziął za kogoś o mniejszej masie ciała. Na wzrost nic nie mógł poradzić, lecz im mniej groźnie wyglądał, tym lepiej. Był doświadczonym autostopowiczem. Wiedział, że w jego przypadku kierowcy podejmują decyzję w ostatniej chwili.

To był pick-up. Duży. Z podwójną kabiną. Japoński. Z mnóstwem chromu i błyszczących części. Zwolnił. Podjechał bliżej. Twarz kierowcy zabarwiła się na czerwono od wskaźników na desce rozdzielczej. Nic z tego, pomyślał Reacher. To kobieta. Musiałaby być stuknięta.

Pick-up stanął.

Honda. Ciemnoczerwony metalik. Opuściła się szyba. Na tylnym siedzeniu leżał pies. Podobny do owczarka niemieckiego, tylko dużo większy. Wielkości kucyka. Pewnie jakaś dziwaczna mutacja. Miał zęby wielkości nabojów karabinowych. Kobieta nachyliła się w stronę okna. Miała czterdzieści, czterdzieści pięć lat i upięte w kok ciemne włosy. Była w ciemnoczerwonej koszuli.

– Dokąd pan jedzie? – spytała.

– Chcę się dostać do autostrady.

– Niech pan wskakuje. To niedaleko miejsca, gdzie jadę.

– Na pewno?

– Czy na pewno niedaleko?

– Nie, czy na pewno mam wskoczyć. Chodzi o pani bezpieczeństwo. Nie zna mnie pani. Nie jestem groźny, ale na pani miejscu pomyślałbym, że jestem.

– Mam tu złego psa.

– Mogę być uzbrojony. Zacząłbym od niego, to najbardziej oczywiste rozwiązanie. Zastrzeliłbym go albo poderżnąłbym mu gardło. A potem załatwiłbym panią. Właśnie o to bym się martwił. Jako zawodowiec.

– Pan z policji?

– Służyłem kiedyś w żandarmerii wojskowej.

– Jest pan uzbrojony?

– Nie.

– To niech pan wskakuje.

• • •

Okazało się, że jest farmerką, ma dużo krów mlecznych i od groma hektarów. Sądząc po samochodzie, dobrze sobie radziła. Wóz był szeroki jak humvee, cichy jak limuzyna i miał pikowaną skórzaną tapicerkę. Rozmawiali. Spytał, czy zawsze była farmerką, a ona powiedziała, że tak, od czterech pokoleń. Ona też spytała go o pracę, więc odparł, że w tej chwili nie pracuje i właśnie czegoś szuka. Pies olbrzym śledził ich rozmowę z tylnego siedzenia, odwracając groźny łeb to w jedną, to w drugą stronę.

Godzinę później wyrzuciła go na „koniczynce” pod wiaduktem I-90. Podziękował jej i pomachał na do widzenia. Miła kobieta. Jedno z tych zupełnie przypadkowych spotkań, dzięki którym jego życie wyglądało tak, jak wyglądało.

Wszedł na zachodni pas i zaczął od nowa, stając bokiem z jedną nogą na poboczu, drugą na jezdni i z uniesionym kciukiem.

• • •

Ponad tysiąc sto dwadzieścia kilometrów dalej Arthur Scorpio sprawdzał ostatnie wiadomości głosowe, maile i SMS-y w biurze na zapleczu pralni w Rapid City. W końcu odsłuchał wiadomość od Jimmy’ego Szczura. „Nic mu nie powiedziałem, ale jakoś mnie namierzył, więc może namierzyć i ciebie”. Co przetłumaczone na normalną angielszczyznę znaczyło: „Zakapowałem na ciebie i facet już jedzie”. A to z kolei znaczyło, że w dalszej perspektywie Jimmy Szczur straci robotę, a w bliższej, że trzeba zastanowić się nad działaniami zapobiegawczymi.

Zadzwonił do sekretarki. Była już w domu, kładła się spać.

– Co to jest Wielka Stopa? – spytał.

– Olbrzymi małpolud. Mieszka w lasach na zboczach gór na północnym zachodzie. Ma ponad dwa metry wzrostu i jest owłosiony. Żywi się mięsem niedźwiedzi i wołowiną. Pewnemu farmerowi pożarł tysiąc sztuk bydła.

– Gdzie to było?

– Nigdzie – odparła sekretarka. – Wielkiej Stopy nie ma. To tylko bajka.

– Hm – mruknął Scorpio.

Rozłączył się i wykonał jeszcze dwa telefony, obydwa do ludzi, na których mógł polegać, potem zamknął pralnię i pojechał do domu.

6

Tuż przed północą Reacher złapał podwózkę błyszczącą ciężarówką ze stali nierdzewnej, która wiozła dwadzieścia pięć tysięcy litrów mleka organicznego w zbiorniku w kształcie pocisku ze ściętym czubkiem. Jechała do Sioux Falls na zachodniej granicy rejonu obsługiwanego przez te konkretne zakłady mleczarskie. Czyli i tak ponad pięćset sześćdziesiąt kilometrów bliżej, niżby wolał. Spokojnie, powiedział kierowca. Bez trudu złapie pan okazję. Jest tam postój, gdzie dzień i noc zawsze się ktoś kręci. Olbrzymi zajazd, rozdroże świata.

Reacher podtrzymywał rozmowę przez całą Minnesotę, bo uznał, że to jego zadanie. Być kimś w rodzaju chodzącej amfetaminy, zrobić wszystko, żeby facet nie zasnął i żeby nie było jak w tym starym dowcipie: „Chcę umrzeć spokojnie, we śnie, jak dziadek. A nie wrzeszcząc z przerażenia jak jego pasażer”. Rozmowa, która w następstwie tego wyniknęła, szybko wymknęła się spod kontroli, zbaczając w wiele różnych kierunków. Ujawniono szereg niesprawiedliwości instytucjonalnych w przemyśle mleczarskim. Dano wyraz żalom i pretensjom. Potem kierowca chciał posłuchać opowieści wojennych, więc Reacher kilka wymyślił. Zajazd pojawił się dość szybko. Facet nie przesadzał. Było tam ogromne jak kawał pola stanowisko z dystrybutorami paliwa, stumetrowej długości piętrowy motel, wielka jak magazyn restauracja serwująca proste, tanie posiłki dla dorosłych i dzieci, rozświetlona w środku jarzeniówkami i z oślepiającym jaskrawym neonem na dachu. Zajeżdżały tam i wyjeżdżały zarówno olbrzymie osiemnastokołowce, jak i inne wszelkiego rodzaju pojazdy: osobowe, ciężarówki i furgonetki.

Reacher wysiadł i poszedł prosto do recepcji motelowej, gdzie wynajął pokój, chociaż już prawie świtało. Zaczynał odczuwać skutki zmęczenia, a w tym stanie nie było sensu jechać do Rapid City. Ani przyjeżdżać tam akurat wtedy, kiedy go oczekiwano. Bo nie ulegało wątpliwości, że Jimmy Szczur zadzwonił do Arthura Scorpio. Zadzwonił, żeby uprzedzić cios i zadbać o własny tyłek, z gadką w rodzaju: „To nie ja, słowo, ale ktoś cię chyba wsypał”. W którą Scorpio niekoniecznie uwierzył, ale którą na pewno potraktował jako rodzaj wczesnego ostrzeżenia. „Coś tam się czai”. Najstarszy lęk w historii ludzkości. I pewnie od razu wystawił straże. W rewanżu za co Reacher zmusi ich do tego, żeby pierwszego dnia pogapili się w pustkę. To ich otępi, wyssie z nich entuzjazm, sprawi, że będą ziewać i nieprzytomnie mrugać. Zawsze lepiej jest wejść do walki w wybranej przez siebie chwili. Dlatego zjadł śniadanie w ruchliwej restauracji, poszedł do pokoju, wziął prysznic i położył się o wschodzie słońca z małym sygnetem z West Point na stoliku nocnym.

• • •

W Rapid City, ponad pięćset sześćdziesiąt kilometrów na zachód od parkingu, Gloria Nakamura była już na nogach. Obudziła się przed świtem, wzięła prysznic i zjadła śniadanie. Właśnie wychodziła, całą godzinę za wcześnie. Niby do pracy, ale nie do pracy.

Dojeżdżała własnym samochodem, średniej wielkości chevroletem, bladoniebieskim i anonimowym jak wóz z wypożyczalni. Przejechała przez centrum i z głównej ulicy skręciła w stronę terytorium Arthura Scorpio. Scorpio władał całą przecznicą. Pralnia mieściła się w centralnie położonym budynku, jak na sztandarowe przedsięwzięcie przystało. Budynek stał frontem do zmurszałej betonowej ulicy z wąskim chodnikiem, który wyróżniał się martwym drzewem w suchym jak pieprz obmurowanym zagłębieniu. Za budynkiem biegła droga serwisowa dla samochodów dostawczych i śmieciarek.

Gloria zaczęła od drogi, też wąskiej i dziurawej. Z przekrzywionych słupów po lewej i prawej stronie zwisał pętlami gąszcz kabli elektrycznych i telefonicznych. Przed tylnymi drzwiami pralni stał zwalisty mężczyzna, na oko dwa razy większy od niej. Miał ponad metr osiemdziesiąt wzrostu. Ze skrzyżowanymi na piersi ramionami opierał się o ścianę. Zaciągało porannym chłodem, więc był w krótkiej, czarnej kurtce, czarnym swetrze, czarnych spodniach i czarnych butach. Nie spał. Rozglądał się czujnie na wszystkie strony.

Gloria chciała mu pstryknąć zdjęcie. Do niekończących się akt. Ale musiała zrobić to dyskretnie. Porucznik się nie odezwał. Obserwacja nie została oficjalnie zatwierdzona. Dlatego przeciągnęła palcem po ekranie, kliknęła na ikonkę aparatu, z komórką przy uchu od strony okna, jakby z kimś rozmawiała, powoli przejechała przed tylnymi drzwiami pralni i patrząc przed siebie, pstryk-pstryk-pstryk, na ślepo zrobiła kilka zdjęć. Minąwszy wartownika, skręciła w lewo, potem znów w lewo i przejechała przed wejściem od frontu.

Tam też stał wartownik. Tak jak na zapleczu. Opierając się o ścianę, czujny, ze skrzyżowanymi na piersi rękami. Ubrany na czarno. Jak wykidajło przed nocnym klubem. Bez aksamitnego sznura. Gloria przytknęła komórkę do ucha. Pstryk-pstryk-pstryk! Na skrzyżowaniu skręciła w prawo i zaparkowała na końcu ulicy, gdzie wykidajło nie mógł jej zobaczyć.

Przejrzała zdjęcia. Wszystkie były przekrzywione i zamazane, na wszystkich wartownicy stali na brzegu kadru, zamiast na środku. Ale sam budynek był rozpoznawalny. A kontekst oczywisty. Opowieść układała się w całość. Scorpio dostał wiadomość z Wisconsin i natychmiast wynajął obstawę. Miejscowych goryli. Dwóch. Jeden od frontu, drugi od zaplecza.

Dlaczego? Dlatego że co najmniej trochę bał się Wielkiej Stopy, która była…

No właśnie, gdzie była Wielka Stopa?

Już tu jedzie, pomyślała. Na pewno. „Nie wiem, ale chce chyba dojść po nitce do kłębka”. Wysiadła. Wróciła tą samą drogą i skręciła w ulicę Scorpia. Szła chodnikiem po drugiej stronie pralni. Ten pod drzwiami ją zobaczył. I ani drgnął. Tylko ją obserwował. Gloria szła dalej. Niemal dokładnie naprzeciwko pralni był bar śniadaniowy. Nie Scorpia. Jego sąsiada. Miał małe okno, ale jeśli usiadło się przy pierwszym stoliku i wyciągnęło szyję, widać było całkiem dobrze. Spędziła tam wiele godzin.

Pchnęła drzwi.

Stolik był zajęty. Przez mężczyznę z resztkami jajek na bekonie na odsuniętym talerzu i do połowy opróżnioną filiżanką kawy, którą tulił w dłoniach. Drobny, schludny i starannie uczesany, był pod krawatem, w praktycznym garniturze z mocnego, wytrzymałego materiału. Na pewno przekroczył pięćdziesiątkę, ale nie umiała powiedzieć kiedy. Włosy wciąż miał brązowe. Jego szczupła twarz też nie zdradzała wieku. Mógł dobijać sześćdziesiątki. Lub siedemdziesiątki.

Obserwował pralnię.

Na sto procent. Dobrze znała te objawy. Nie wyciągał szyi, bo choć niewysoki, był wyższy od niej. Ale siedział nienaturalnie sztywno. Musiał, inaczej nie sięgnąłby wzrokiem ponad parapet. A wzrok miał niezachwiany. Nie patrzył w dół. Filiżankę znajdował na wyczucie, podnosił ją na oślep do ust i patrzył w okno znad jej brzegu.

Wielka Stopa?