Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 553 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jack Reacher. Nic do stracenia - Lee Child

Nadzieja i Rozpacz. Dwa miasteczka połączone dwudziestoma kilometrami nieuczęszczanej szosy gdzieś pośród pustynnych bezkresów Kolorado. I przemierzający je samotnie Jack Reacher, który chce tylko napić się kawy.

Rozpacz okazuje się mało gościnnym miejscem. Bez żadnego powodu czterech osiłków próbuje wyrzucić Jacka z miasta. Policja odstawia go do granicy grożąc, że jeśli wróci, trafi do aresztu.

Czy mieszkańcy czegoś się boją? Mają coś do ukrycia? Jeśli tak, to się przeliczyli.

Bo Reacher nie ma nic do stracenia. Ani żadnych zahamowań. Dziwne zachowanie przedstawicieli lokalnej władzy wzmaga tylko jego determinację, by wyjaśnić ponure tajemnice, skrywane przez miasto i położony w pobliżu potężny zakład recyklingu złomu. Tajemnice, które mogą mieć związek z odległą wojną, w której giną tysiące ludzi. Jedynym sojusznikiem Jacka będzie młoda policjantka z Nadziei...


Jack Reacher nie ma sobie równych wśród bohaterów współczesnego thrillera.
STEPHEN KING

Opinie o ebooku Jack Reacher. Nic do stracenia - Lee Child

Fragment ebooka Jack Reacher. Nic do stracenia - Lee Child

Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorze

Tego autora

Strona redakcyjna

O autorze

Dedykacja

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

12

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

57

58

59

60

61

62

63

64

65

67

68

69

70

71

72

73

Wywiad z Jackiem Reacherem

O książce

Rozpacz i Nadzieja – dwa miasteczka połączone szosą wiodącą przez bezludne, pustynne tereny Kolorado.

I przemierzający ją samotnie Jack Reacher, który chce tylko napić się kawy.

Rozpacz okazuje się mało gościnnym miejscem; bez żadnego powodu czterech osiłków próbuje wyrzucić go z miasta, a policjanci odstawiają go do granicy stanu i grożą, że jeśli wróci, trafi do aresztu.

Nie wiedzą, że Reacherowi lepiej nie grozić.

Tak samo, jak lepiej nie powstrzymywać go przed odkryciem czegoś, co ktoś wyraźnie chce ukryć. Zwłaszcza jeśli tym kimś są władze.

Bo Reacher nie przepada za władzą.

I nie ma nic do stracenia.

LEE CHILD

Brytyjski pisarz, od 1998 r. mieszkający w Nowym Jorku. W 2009 r. wybrany na prezesa stowarzyszenia Mystery Writers of America. Studiował prawo, potem pracował w teatrze i telewizji Granada. Zwolniony po 18 latach w wyniku restrukturyzacji, zainwestował w karierę literacką. W 1997 r. ukazała się jego pierwsza powieść – Poziom śmierci. Książka zdobyła Anthony Award za najlepszy debiut kryminalny i zapoczątkowała serię thrillerów ze wspólnym bohaterem, byłym żandarmem wojskowym Jackiem Reacherem, do której należąm.in.: Echo w płomieniach, Siła perswazji, Jednym strzałem (powieść zekranizowana jako Jack Reacher z Tomem Cruise’em w roli tytułowej), Elita zabójców, Jutro możesz zniknąć, 61 godzin, Czasami warto umrzeć, Ostatnia sprawa, Poszukiwany, Nigdy nie wracaj, Sprawa osobista. Książki Lee Childa publikowane są w 43 krajach. Tom Cruise ponownie wcielił się w Reachera w adaptacji Nigdy nie wracaj.

www.leechild.com

Tego autora

Jack ReacherPOZIOM ŚMIERCIUPROWADZONYWRÓG BEZ TWARZYPODEJRZANYECHO W PŁOMIENIACHW TAJNEJ SŁUŻBIESIŁA PERSWAZJINIEPRZYJACIELJEDNYM STRZAŁEMwydanie specjalne z opowiadaniem „Nowa tożsamość Jamesa Penneya”BEZ LITOŚCIELITA ZABÓJCÓWNIC DO STRACENIAJUTRO MOŻESZ ZNIKNĄĆ61 GODZINCZASAMI WARTO UMRZEĆOSTATNIA SPRAWAwydanie specjalne z opowiadaniem „Drugi syn”POSZUKIWANYNIGDY NIE WRACAJSPRAWA OSOBISTAZMUŚ MNIESTO MILIONÓW DOLARÓWorazNAJLEPSZE AMERYKAŃSKIE OPOWIADANIA KRYMINALNE 2010(współautor)

Tytuł oryginału: NOTHING TO LOSE

Copyright © Lee Child 2008All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Bogusław Stawski 2009

Redakcja: Władysław Ordęga

Zdjęcie na okładce: Juanan Barros Moreno/Shutterstock

Projekt graficzny okładki i serii: Mariusz Banachowicz

ISBN 978-83-7985-385-4

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

Jack Reacher: CV

Imię i nazwisko: Jack Reacher

Narodowość: amerykańska

Urodzony: 29 października 1960 roku w Berlinie

Charakterystyczne dane: 195 cm; 99–110 kg; 127 cm w klatce piersiowej

Kolor włosów: ciemny blond

Kolor oczu: niebieski

Ubranie: kurtka 3XLT, długość nogawki mierzona od kroku 95 cm

Wykształcenie: szkoły na terenie amerykańskich baz wojskowych w Europie i na Dalekim Wschodzie; Akademia Wojskowa West Point

Przebieg służby: 13 lat w żandarmerii armii Stanów Zjednoczonych; w 1990 zdegradowany z majora do kapitana, zwolniony do cywila w randze majora w 1997 roku

Odznaczenia służbowe: Srebrna Gwiazda, Medal za wzorową służbę, Medal Żołnierza, Legia Zasługi, Brązowa Gwiazda, Purpurowe Serce

Ostatni adres: nieznany

Czego nie ma: prawa jazdy; dokumentu ze zdjęciem; osób na utrzymaniu

Dla Rae Helmsworth i Janine Wilson.Wiedzą dlaczego…

Wydarzenia opisane w niniejszej książce są fikcyjne i poza faktami historycznymi wszelkie podobieństwo postaci książkowych do osób żyjących i zmarłych jest całkowicie przypadkowe.

1

Czuł, że słońce grzeje połową swojej mocy, bo wiedział, co to jest prawdziwy skwar. Było jednak wystarczająco gorąco, by odczuwał niepokój i mdłości. Czuł się bardzo osłabiony. Nie jadł od siedemdziesięciu dwóch godzin i nie pił od czterdziestu ośmiu.

To nie było zwykłe wyczerpanie. Umierał i zdawał sobie z tego sprawę.

Obrazy w mózgu zaczęły się rozmazywać. Widział łódź przywiązaną do przystani przegniłą liną; walczyła z silnym prądem rzeki, który w końcu ją pokonał, uwolnił, odciągnął od brzegu. Widział siebie jako małego chłopca skulonego w łodzi, spoglądającego bezsilnie na brzeg rzeki i oddalający się pomost.

A może był to szybowiec unoszony bryzą, zwolniony z uwięzi, powoli szybujący w górę i w dół, z chłopcem w kabinie, obserwującym coraz mniejsze postacie na ziemi, machające, wpatrujące się w niego z zaniepokojonymi twarzami.

W końcu te wyobrażenia zupełnie się rozmyły, bo słowa stały się ważniejsze od obrazów, co było przecież absurdem, skoro nigdy wcześniej nie przejmował się słowami. Lecz zanim umrze, chciał wiedzieć, które należały tylko do niego. Które z nich opisywały go najlepiej? Czy był już dorosly, czy wciąż pozostawał dzieckiem? „Bądź mężczyzną”, ktoś mu powiedział. A inni nalegali: „To nie wstyd zostać chłopcem”. Był wystarczająco dojrzały, by głosować, zabijać i umierać, co czyniło go mężczyzną. Ale jednocześnie za młody, by pić alkohol, nawet piwo, co sprawiało, że czuł się jak chłopiec. Czy był odważny, czy może tchórzliwy? Chwalono go za odwagę i wyzywano od tchórzy. Mówiono o nim: niedostosowany, rozkojarzony, obłąkany, niezrównoważony, paranoiczny, zagubiony. Rozumiał to i akceptował, oprócz tego jednego słowa — „niedostosowany”. A niby jak miał być „dostosowany” albo „dopasowany”? Jak drzwi do futryny? Może więc wszyscy ludzie byli drzwiami? Może wszystko tylko przez nich przechodziło? Może poruszał nimi wiatr? Przez dłuższą chwilę zastanawiał się nad tą kwestią, wreszcie sfrustrowany odbił wszystkie myśli wyimaginowanym kijem baseballowym. Paplał jak nastolatek zakochany w trawce.

Jeszcze półtora roku wcześniej rzeczywiście nim był.

Osunął się na kolana. Wiedział, że piasek jest zaledwie ciepły, bo przecież nie prażył w nogi. Był jednak wystarczająco gorący, by go ogrzać. Upadł na twarz wyczerpany i wycieńczony do granic. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli zamknie oczy, już nigdy ich nie otworzy.

Ale był bardzo zmęczony.

Tak bardzo, bardzo zmęczony.

Bardziej niż jakikolwiek mężczyzna czy zwykły chłopiec mógłby być zmęczony.

Zamknął oczy.

2

Granicą pomiędzy Nadzieją a Rozpaczą była przerwa w nawierzchni drogi, w miejscu gdzie kończyła się droga jednego, a zaczynała droga drugiego miasteczka. Wydział drogownictwa zarządu miasta Nadzieja pokrył drogę grubą, gładką warstwą asfaltowej nawierzchni. Rozpacz miała najwidoczniej mniejszy budżet miejski. To było widać gołym okiem. Na szutrowe i kamieniste podłoże swojej drogi wylali zwykłą smołę. W miejscu połączenia tych dwóch nawierzchni powstał uskok o szerokości kilku centymetrów wypełniony czystym lepikiem. Taka jakby przerwa dylatacyjna. Granica. Linia. Jack Reacher przekroczył ją jednym krokiem i szedł dalej. Nawet nie zwrócił na nią większej uwagi.

Dopiero później sobie ją przypomniał. Dopiero później odtworzył ją w pamięci z najdrobniejszymi szczegółami.

Miasteczka Nadzieja i Rozpacz leżały w stanie Kolorado. Reacher znalazł się w Kolorado, bo dwa dni wcześniej był w stanie Kansas, a przecież Kolorado graniczy z Kansas. Kierował się na południowy zachód. Przebywał wtedy w Calais, w stanie Maine, gdy przyszła mu do głowy myśl, by przejechać całe Stany na ukos, z Maine aż do San Diego w Kalifornii. Calais było najważniejszym miasteczkiem na północnym wschodzie kraju, a San Diego najważniejszym i największym miastem na południowym zachodzie. Z jednego najbardziej wysuniętego miejsca do drugiego. Znad Atlantyku nad Pacyfik. Z zimna i wilgoci w ciepło i suche powietrze. Jechał autobusem, jeśli miał połączenie, i łapał okazję, kiedy go nie miał. Gdy nie mógł złapać okazji, szedł pieszo. Do Nadziei podwiózł go emerytowany sprzedawca guzików swoim mercurym grand marquis w kolorze butelkowej zieleni. Stamtąd wyruszył pieszo, bo tego ranka w kierunku Rozpaczy nie jechał żaden samochód.

Ten fakt też sobie później przypomniał. I zastanawiał się, dlaczego nie było żadnego ruchu w kierunku Rozpaczy?

Jeśli już chodzi o ten jego wielki plan przemierzenia kraju po przekątnej, to trochę zboczył z kursu. Właściwie powinien był kierować się na południowy zachód i przekroczyć granicę stanu Nowy Meksyk, ale nie podchodził zbyt skrupulatnie do swoich planów podróży. Model Grand Marquis był bardzo komfortową limuzyną, a staruszek sklepikarz jechał prosto do Nadziei odwiedzić trójkę wnucząt. Później miał zamiar udać się do Denver, by odwiedzić kolejną czwórkę. Reacher cierpliwie wysłuchiwał rodzinnych historii i całkowicie pogodził się z tym, że zrobi taki mały objazd i pojedzie najpierw na zachód, a dopiero później skieruje się na południe. Może te boki trójkąta, które miał do pokonania, okażą się ciekawsze od zaledwie jednego boku? Znalazłszy się w Nadziei, spojrzał na mapę i widząc, że do Rozpaczy jest zaledwie dwadzieścia kilka kilometrów, nie mógł oprzeć się chęci dodatkowego objazdu. W wyobraźni chyba już nawet dwukrotnie pokonywał tę właśnie trasę. Teraz doszedł do wniosku, że plany należy dostosować do rzeczywistości, szczególnie że los dał mu taką możliwość.

To też sobie później przypomniał.

Droga pomiędzy dwoma miasteczkami była prostą jak drut dwupasmową szosą. Delikatnie się wznosiła i kierowała na zachód. Nic specjalnego. Ten skrawek zachodniego Kolorado był zdecydowanie płaski. Zupełnie jak Kansas. Choć Jack dostrzegał wypiętrzone Góry Skaliste — niebieskawe, potężne i rozmyte daleko na linii horyzontu. Choć wydawało się, że są bardzo blisko, rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Reacher wspiął się na wzniesienie i stanął jak wryty. Teraz zrozumiał, dlaczego jedno miasteczko nazywało się Nadzieja, a drugie Rozpacz. Osadnicy przemierzający kraj ze wschodu na zachód sto pięćdziesiąt lat temu zatrzymywali się w miejscu, które zaczęto nazywać Nadzieją, widząc niemal na wyciągnięcie ręki ostatnią wielką przeszkodę do pokonania. Potem po dniu, tygodniu lub miesiącu przerwy ruszali w drogę, dochodząc do tego samego wzniesienia, i dostrzegali, że ów pozornie bliski widok Gór Skalistych był okrutnym psikusem wyrządzonym przez topografię terenu, złudzeniem optycznym, załamaniem światła. Ze szczytu wzniesienia ostatnia przeszkoda do pokonania okazywała się znowu tak samo odległa, a nawet jeszcze bardziej nieosiągalna, rozpościerając się setki kilometrów dalej za niekończącymi się równinami. Może zaczynała się za tysiącami kilometrów, choć to też mogło być złudzeniem. Reacher obliczył, że tak naprawdę pierwsze spore szczyty znajdowały się w odległości około trzystu kilometrów. Długi miesiąc marszu i wleczenia się wozów zaprzężonych w muły przez pozbawioną charakterystycznych cech dziką roślinność, po pojawiających się od czasu do czasu przetartych koleinach wytłoczonych dziesiątki lat wcześniej przez innych podróżników. Albo półtora miesiąca marszu w niesprzyjającej porze roku. W kontekście całej wędrówki może nie była to jakaś wielka tragedia, ale z pewnością gorzkie rozczarowanie, wstrząs wystarczająco silny, by pełnych nadziei, niespokojnych i niecierpliwych podróżników pogrążyć w rozpaczy w czasie wystarczającym na przeniesienie wzroku z jednej krawędzi horyzontu na drugą.

Reacher zszedł z chropowatej nawierzchni drogi należącej do okręgu miasta Rozpacz i przeszedł przez pas suchej i spękanej ziemi do wystającej skały wielkości samochodu, płaskiej jak ława. Rozciągnął się na niej na wznak, splótł ręce pod głową i wpatrywał się w niebo. Było bladobłękitne, poprzecinane długimi pierzastymi chmurami, które mogły powstać jakiś czas temu jako ślady odrzutu z silników przelatującego samolotu transkontynentalnego. Dawniej pewnie zapaliłby papierosa, by zabić czas. Ale rzucił palenie. Ten nałóg wymagałby noszenia ze sobą przynajmniej jednej paczki papierosów i zapałek, a przecież Reacher już dawno temu przestał targać ze sobą rzeczy, których nie potrzebował. W kieszeniach nie miał nic poza gotówką, nieważnym paszportem, kartą bankomatową i składaną szczoteczką do zębów. Nigdzie też nic na niego nie czekało. Nie wynajmował żadnej przechowalni na swoje rzeczy, nie trzymał niczego u kolegów. Wszystko, co miał, to zawartość kieszeni, rzeczy, w które był ubrany, i buty na nogach. Właśnie tyle mu wystarczało. Wszystko, czego potrzebował, i nic, czego nie potrzebował.

Podniósł się i stanął na palcach. Za nim, na wschodzie, rozciągała się niecka o rozpiętości mniej więcej dwudziestu kilometrów. Prawie w jej centrum leżało miasteczko Nadzieja. Obszar może dziesięciu na sześć kwartałów zabudowanych murowanymi domami otaczały farmy, stodoły i zabudowania gospodarcze z drewna i blachy falistej. Razem tworzyły ciepłą rozmazaną plamę przebijającą się przez mgiełkę z nagrzanego powietrza. Przed nim, na zachodzie, gdzie rozciągały się dziesiątki tysięcy kilometrów kwadratowych płaskiego terenu, zupełnie pustego, poprzecinanego wstążkami odległych dróg, leżało miasteczko Rozpacz oddalone od niego mniej więcej o piętnaście kilometrów. Rozpacz było trudniej dostrzec niż Nadzieję. Mgiełka na zachodzie wyglądała na gęstszą. Choć szczegóły pozostawały niewidoczne, to miasteczko wydawało się większe od Nadziei. Miało kształt kropli z obowiązkowym placem targowym w centrum, lekko na południe od głównej drogi. Za centrum musiała leżeć dzielnica przemysłowa, bo spowijał ją smog. Rozpacz wyglądała mniej przyjemnie od Nadziei. Z oddali wydawała się zimna w odróżnieniu od swojej ciepłej sąsiadki; szara tam, gdzie Nadzieja była kolorowa. Rozpacz nie zachęcała do odwiedzin. Przez krótką chwilę Reacher zastanawiał się nad powrotem do Nadziei i wyruszeniem stamtąd bezpośrednio na południe, ale odrzucił tę myśl, zanim zdążyła się w pełni ukształtować w jego umyśle. Reacher nie cierpiał zawracać. Lubił przeć do przodu, nie oglądać się za siebie. Życie każdego człowieka wymagało jakiejś głównej zasady postępowania, a właśnie nieustanny ruch przed siebie stał się zasadą Reachera.

Później Jack był zły sam na siebie za swój brak elastyczności.

Zszedł ze skały i poszedł na ukos po piasku, dochodząc do asfaltowej drogi jakieś dwadzieścia metrów od miejsca, w którym z niej zboczył. Trzymając się lewej strony, szedł spokojnie wydłużonym krokiem, trochę szybciej niż pięć kilometrów na godzinę. Wybrał lewą stronę szosy dla większego bezpieczeństwa. Nie było jednak żadnego ruchu. W żadną stronę. Droga była zupełnie pusta. Żadnych pojazdów. Żadnych samochodów, żadnych ciężarówek. Nic. Ani jednej szansy na złapanie okazji. Reacher był tym trochę zaskoczony, ale w sumie wcale się nie przejmował. Wiele razy w swoim życiu pokonywał ponaddwudziestokilometrowe dystanse. Zaczesał palcami do tyłu włosy opadające mu na czoło. Zdjął koszulę i zarzucił ją sobie na plecy. Szedł dalej w kierunku bliżej nieokreślonej przyszłości.

3

Przedmieście zaczynało się pustym placem, na którym pewnie planowano coś wybudować ze dwadzieścia lat temu, ale nic z tego nie wyszło. Dalej był motel — zamknięty, podniszczony, może zupełnie opuszczony. Po drugiej stronie ulicy, pięćdziesiąt metrów na zachód, stała stacja benzynowa. Dwa stare dystrybutory paliwa. Nie takie antyczne, typowo wiejskie, jak na obrazach Edwarda Hoppera, ale i tak kilka generacji wcześniejsze od współczesnych. Z tyłu znajdował się mały pawilon z oknem z brudną, zatłuszczoną szybą. Na parapecie ustawiono kanistry z olejem, ustawione jeden na drugim w kształt piramidy. Reacher podszedł do pawilonu i wcisnął głowę w otwarte drzwi. W środku było ciemno, a powietrze intensywnie pachniało kreozotem i ciepłym surowym drewnem. Za ladą stał facet w wytartym i brudnym kombinezonie. Mniej więcej trzydziestoletni, szczupły.

— Macie kawę? — spytał go Reacher.

— To stacja benzynowa — odpowiedział typek.

— Stacje benzynowe sprzedają kawę, wodę i napoje — odparł Jack.

— Ale ta nie — oznajmił sprzedawca. — Ta sprzedaje benzynę.

— I olej.

— Jeśli jest komuś potrzebny.

— A czy macie jakąś kawiarnię w miasteczku?

— Jest restauracja.

— Tylko jedna?

— Jedna nam zupełnie wystarcza.

Reacher wycofał się na światło dzienne i odszedł. Jakieś sto metrów dalej obok jezdni pojawiły się chodniki, a droga zmieniła się w ulicę Main Street, jak głosiła nazwa na słupie. Trzydzieści metrów dalej po lewej stronie pojawił się normalny zabudowany kwartał miejski. Jego głównym elementem składowym był odpychający, murowany, dwupiętrowy budynek. Dawniej mógł to być skład suszonej żywności. Teraz też chyba pełnił jakąś handlową funkcję. Przez zakurzone szyby Reacher dostrzegł trzech klientów, rulony tkanin i plastikowe naczynia domowe. Obok był następny, identyczny dwupiętrowy budynek z cegły, i następny, i jeszcze następny. Centrum miasteczka stanowiło jakieś dwanaście na dwanaście zabudowanych kwartałów, głównie na południe od Main Street. Jack Reacher nie był znawcą architektury, a zdając sobie sprawę z tego, że jest daleko na zachód od Missisipi, pomyślał, że to miejsce przypomina mu miasteczko przemysłowe w stanie Connecticut albo zabudowania portowe Cincinnati. Było zwykłe, surowe, szare i przestarzałe. Oglądał filmy o małych miasteczkach Ameryki, gdzie fronty budynków i ulice przyozdabiano kunsztownie do filmowania, by wyglądały bardziej kolorowo i żywiołowo oraz by zakryć szarą rzeczywistość. To miejsce było ich dokładnym przeciwieństwem, jakby jakiś scenarzysta i cała grupa asystentów planu strasznie się postarali, by miasteczko wyglądało jeszcze bardziej ponuro i niechlujnie niż zwykle. Na ulicach był niewielki ruch. Samochody osobowe i pick-upy wlokły się bez pośpiechu. Żaden z nich nie miał mniej niż trzy lata. Kilku przechodniów snuło się na chodnikach.

Reacher skręcił bez namysłu w lewo i postanowił znaleźć obiecaną restaurację. Zanim do niej dotarł, przeszedł ze dwanaście przecznic, minął sklep spożywczy, zakład fryzjerski, bar, kamienicę z pokojami do wynajęcia i wyblakły stary hotel. Restauracja zajmowała cały parter jednej z tych nudnych ceglanych kostek wypełniających kwartały ulic. Wnętrze miało wysoki sufit, a większość ścian była przeszklona od ziemi do sufitu. Całkiem możliwe, że mieścił się tu kiedyś salon samochodowy. Podłoga została wyłożona płytkami, stoły i krzesła były proste, brązowe i drewniane i pachniały gotowanymi warzywami. Tuż za drzwiami stała mała lada recepcyjna z mosiężną tabliczką umocowaną na nóżce przyczepionej do ciężkiej podstawy. Tabliczka głosiła: „Proszę czekać na wskazanie stolika”. Takie same tabliczki widział we wszystkich restauracjach, od oceanu po ocean. Ta sama treść, ten sam odcień mosiądzu, ten sam kształt. Domyślił się, że pewnie jakaś firma handlująca wyposażeniem restauracji musiała sprzedać ich miliony. Identyczne stały w restauracjach w Calais, w Maine. Spodziewał się, że zobaczy je jeszcze w San Diego w Kalifornii. Stał przy ladzie i czekał.

I czekał.

W środku było jedenastu klientów. Wszyscy jedli. Trzy pary, trójka znajomych i dwa single. Jedna kelnerka. Nikt przy barze. Nikt przy ladzie recepcyjnej. W sumie nic niezwykłego. Reacher jadał w tysiącach podobnych miejsc i znał ich rytm pracy. Jedyna kelnerka wkrótce odwróci się do niego i skinie głową na przywitanie, jakby mówiła: „Zaraz do pana podejdę”. Przyjmie zamówienie, przyniesie danie na talerzu i zniknie, poprawiając opadający na policzki kosmyk włosów w geście będącym zarówno przeproszeniem, jak i prośbą o zrozumienie. Weźmie kartę dań i zaprowadzi go do stolika, po czym ucieknie, by przybyć ponownie i powtórzyć typowy rytuał z zamawianiem.

Ale tutaj kelnerka nie zachowała się w taki sposób.

Owszem, spojrzała w stronę Jacka, ale nie skinęła głową. Popatrzyła na niego przez długą sekundę i odwróciła wzrok. Zajęła się tym, co robiła wcześniej. A wcześniej w zasadzie niewiele robiła. Cała jedenastka była już spacyfikowana, a ona po prostu wymyślała sobie pracę. Zatrzymywała się przy stolikach i pytała klientów, czy wszystko jest w porządku, dolewała im kawy, jeśli było jej mniej niż na dwa centymetry od krawędzi filiżanki. Reacher odwrócił się, by sprawdzić, czy może nie pomyliły mu się godziny otwarcia restauracji. Może właśnie mieli zamykać? Nie. Dodatkowo sprawdził swoje odbicie w lustrze, czy nie popełnia strasznego społecznego wykroczenia swoim ubiorem. Ale nie. Miał na sobie ciemnoszare spodnie i pasującą do nich ciemnoszarą koszulę, odzież kupioną dwa dni wcześniej w sklepie z ubraniami roboczymi w Kansas. Sklepy z ubraniami roboczymi były jego najnowszym odkryciem. Zwykłe, mocne, dobrze uszyte ciuchy za rozsądną cenę. Wyglądał doskonale. Włosy krótkie i zaczesane. Golił się poprzedniego ranka. Rozporek miał zasunięty.

Odwrócił się i czekał.

Goście restauracji zaczęli mu się przyglądać. Jeden po drugim. Całkiem otwarcie lustrowali go wzrokiem i wracali do jedzenia. Kelnerka powoli zrobiła swoją rundę po całej sali, patrząc wszędzie, byle nie na niego. Stał nieruchomo, analizując sytuację w swojej mózgowej bazie danych, starając się ją zrozumieć. Wreszcie stracił cierpliwość, minął tabliczkę, wszedł na salę i usiadł przy stoliku dla czterech osób. Kelnerka obserwowała jego zachowanie i po chwili wyszła do kuchni.

Już nie wróciła.

Reacher siedział i czekał. Na sali panowała cisza. Żadnych rozmów. Żadnych dźwięków, poza cichym metalicznym szuraniem sztućców po talerzach, mlaskaniem, ceramicznym stukiem filiżanek powoli opuszczanych na talerzyki i drewnianym trzeszczeniem nóg krzeseł pod ciężarem ludzi zmieniających pozycję. Można było odnieść wrażenie, że te drobne hałasy potęgowały się i poprzez olbrzymią powierzchnię płytek podłogowych, aż do momentu gdy wydawały się wręcz przerażająco głośne.

Nic się nie wydarzyło przez prawie dziesięć minut.

Wtedy pod restaurację podjechał stary pick-up z podwójną kabiną pasażerską i zatrzymał się przed samymi drzwiami. Po sekundzie z samochodu wysiadło czterech facetów. Przez chwilę tworzyli zbitą formację na chodniku, po czym weszli do restauracji. Zatrzymali się na moment i rozglądali po sali, dopóki nie odnaleźli swojego celu. Podeszli od razu do stolika, przy którym siedział Reacher. Trzech z nich usiadło na wolnych krzesłach, czwarty stał u szczytu stołu, blokując Reacherowi drogę ucieczki.

4

Ci czterej faceci byli słusznego wzrostu, najniższy z nich miał ze sto osiemdziesiąt centymetrów, a najlżejszy ważył pewnie około dziewięćdziesięciu kilogramów. Silne dłonie, grube nadgarstki i umięśnione ramiona. Dwóch z nich miało złamane nosy; żaden nie mógł się pochwalić pełnym uzębieniem. Byli bladzi i ogólnie wyglądali niezbyt zdrowo. Brudne ubrania uzupełniał brud przylepiony do zagłębień skóry, który połyskiwał i odbijał światło jak metal. Mieli na sobie płócienne koszule robocze z rękawami podwiniętymi powyżej łokci. Ich wiek można by zamknąć w granicach od trzydziestu do czterdziestu lat. Wyglądali, jakby lubili sprawiać ludziom kłopoty.

— Nie potrzebuję towarzystwa. Wolę jeść w samotności — oświadczył Reacher.

Ten stojący u szczytu stołu był największy z całej czwórki, może o parę centymetrów i jakieś pięć kilogramów.

— Nie dostaniesz tu nic do jedzenia.

— Nie? — zdziwił się Reacher.

— Nie, nie tutaj.

— Ale to jest jedyna knajpa w tym mieście.

— To prawda.

— No więc jak to?

— Zabieraj się stąd.

— Zabieraj się?

— Spadaj!

— Skąd?

— Z tej restauracji!

— A niby dlaczego?

— My nie lubimy obcych.

— Ja też nie, ale muszę gdzieś zjeść, bo zasuszę się i będę wyglądał tak chuderlawo jak wasza cała czwórka — stwierdził Reacher.

— Dowcipniś z ciebie.

— Mówię, jak jest — odparł Reacher.

Położył dłonie na blacie stołu. Ważył o piętnaście kilo więcej od największego z nich i przewyższał go wzrostem o co najmniej pięć centymetrów. Nad pozostałymi miał oczywiście większą przewagę. Chętnie założyłby się też o to, że ma trochę więcej doświadczenia w takich sprawach i znacznie mniej oporów wobec działania niż każdy z nich. Albo nawet niż wszyscy razem wzięci. Jednak podsumowując, może się okazać, że postawi swoje sto piętnaście kilogramów przeciwko ich czterystu. Niezbyt dobre równanie. Ale Reacher nie lubił się wycofywać.

— Nie chcemy cię tutaj — odezwał się facet stojący przy stole.

— Myślę, że mylicie mnie z kimś, kto nie ma w dupie waszych zachcianek — odparł Reacher.

— Nikt tu cię nie obsłuży.

— Czyżby?

— Nie licz na to.

— To ty zamów za mnie.

— I co wtedy?

— Wtedy zjem twój lunch.

— Dowcipny jesteś. Ale musisz już stąd wyjść — powtórzył swoją kwestię stojący mężczyzna.

— Dlaczego?

— Wynocha stąd!

— A wy macie jakieś nazwiska? — zapytał Reacher.

— Nie dla ciebie. Wynocha!

— Jeśli mam stąd wyjść, to muszę to usłyszeć od właściciela. Nie od was.

— Możemy to załatwić.

Facet stojący przy stole skinął głową do jednego z siedzących, a ten odsunął krzesło, wstał i skierował się do kuchni. Jakąś minutę później wrócił z mężczyzną przepasanym poplamionym fartuchem. Gość w fartuchu wycierał ręce w ścierkę do naczyń i nie wyglądał na szczególnie przejętego ani zastraszonego. Podszedł prosto do stolika Reachera i powiedział:

— Proszę, by opuścił pan moją restaurację.

— Ale dlaczego? — domagał się wyjaśnienia Jack.

— Nie muszę się panu tłumaczyć.

— Pan jest właścicielem?

— Tak.

— Dobra. Wyjdę, jak dostanę filiżankę kawy — zaproponował Reacher.

— Nie, wyjdzie pan teraz.

— Czarną, bez cukru.

— Nie chcę tu kłopotów.

— Wy już macie kłopoty. Jeśli dostanę filiżankę kawy, to wyjdę. Jeśli zostanę obsłużony, a ci goście będą próbowali wyrzucić mnie stąd siłą, to ty spędzisz resztę dnia, ścierając krew z podłogi, i całe jutro na kupowaniu nowych krzeseł i stołów.

Facet w fartuchu nic nie odpowiedział.

— Czarną, bez cukru — powtórzył Reacher.

Stał osłupiały i dopiero po dłuższej chwili ruszył w stronę kuchni. Po minucie pojawiła się kelnerka z filiżanką balansującą na spodeczku. Przeszła przez całą salę i postawiła ją przed Reacherem tak ostentacyjnie, że trochę kawy wylało się na talerzyk.

— Smacznego — powiedziała.

Reacher uniósł filiżankę i wytarł jej spód o mankiet koszuli. Potem położył ją na stole i przelał do niej rozlaną kawę z talerzyka. Odłożył filiżankę na talerzyk i równo ustawił zestaw przed sobą na stole. Powtórnie uniósł filiżankę, tym razem do ust, i upił trochę kawy.

Wcale nie taka zła, pomyślał. Trochę za słaba, trochę za długo parzona, ale jak na komercyjną kawę to nawet niezły aromat. I tak była lepsza niż w większości jadłodajni, ale gorsza niż w dobrych kafeteriach. Plasował ją w samym środku skali. Filiżanka była wykonana z porcelany koszmarnej jakości, z krawędzią grubą niemalże na centymetr. Przez to kawa szybko traciła temperaturę. Reacher nie uważał się za znawcę porcelany, ale uważał, że filiżanka czy kubek powinny być dopasowane do ich zawartości.

Czterej mężczyźni nadal go otaczali. Dwóch z nich siedziało, a dwóch stało. Reacher ignorował ich całkowicie i spokojnie pił kawę, początkowo powoli, a potem trochę szybciej, bo błyskawicznie stygła. Wypił do końca i odłożył filiżankę na spodeczek. Odsunął ją od siebie powoli i ostrożnie, aż talerzyk z filiżanką znalazł się na środku stołu. Szybkim ruchem cofnął lewą rękę i sięgnął do kieszeni. Faceci aż podskoczyli. Reacher wyjął jednodolarowy banknot, rozprostował go i wsunął pod talerzyk.

— No to chodźmy — mruknął.

Mężczyzna stojący u szczytu stołu usunął się z drogi. Reacher wstał z krzesła. Jedenastu gości restauracji przyglądało mu się w milczeniu. Eleganckim ruchem wsunął krzesło pod stół, ominął czterech mężczyzn i skierował się do drzwi. Czuł, że zbierają się za nim. Usłyszał stukanie butów o posadzkę. Posuwali się gęsiego między stolikami, minęli ladę recepcyjną. Na sali było zupełnie cicho.

Pchnął drzwi i wyszedł na ulicę. Zrobiło się chłodno, mimo że słońce jeszcze nie zaszło. Chodnik był ułożony z betonowych płytek o wymiarze dwadzieścia na dwadzieścia centymetrów połączonych czarnym cementowym spoiwem o szerokości dwóch centymetrów.

Reacher skierował się w lewo i zrobił cztery kroki, by nie stać za blisko zaparkowanej półciężarówki, zatrzymał się i odwrócił, mając za plecami popołudniowe słońce. Mężczyźni stanęli przed nim w szeregu w blasku promieni słonecznych świecących im prosto w oczy. Facet, który wcześniej stał u szczytu stołu, znowu odezwał się pierwszy:

— Wynocha stąd!

— Przecież wyszedłem z restauracji — odparł Jack.

— Wynoś się z miasta!

Reacher milczał.

— Skręć w lewo, czwarta przecznica to Main Street. Jak tam już dojdziesz, to skręć w lewo lub w prawo, na zachód lub na wschód. Gdzie chcesz. Tylko idź dalej.

— Wy ciągle to robicie na tych terenach? — zapytał Reacher.

— Co robimy?

— Wyrzucacie ludzi z miasta?

— Jasne.

— A może powiecie mi dlaczego?

— Nie musimy ci się z niczego tłumaczyć.

— Dopiero tu przyjechałem — wyjaśnił Reacher.

— Więc?

— Więc zostaję.

Facet z końca szeregu podwinął rękawy koszuli nad łokcie i zrobił krok do przodu. Miał złamany nos, braki w uzębieniu. Reacher spojrzał na jego nadgarstki. Ich szerokość zdawała się jedynym miarodajnym wskaźnikiem wrodzonej siły człowieka. Te były szerokie i grube jak pień młodego dębczaka.

— Zaczepiacie niewłaściwego faceta — rzucił Reacher.

— Taki jesteś mądry? — odparł ten, który mówił za całą czwórkę.

Jack skinął głową.

— Muszę was ostrzec. Dawno temu złożyłem mojej matce pewną obietnicę. Prosiła, żebym dawał zaczepialskim szansę, by mogli odejść w pokoju.

— Jesteś aż takim maminsynkiem?

— Ona lubiła fair play.

— Nas jest czterech. Ty sam jeden.

Reacher miał opuszczone ręce, rozluźnione, z nieznacznie zaciśniętymi pięściami. Stopy w lekkim rozkroku, dającym bezpieczne oparcie. Przez podeszwy czuł twardy beton chodnika. Płyty były chropowate. Tuż przed wyschnięciem w betoniarni, pewnie jakieś dziesięć lat temu, podrapano je szczotką dla uzyskania takiej faktury. Reacher zwinął palce lewej dłoni w pięść, trzymając końce palców płasko, jakby coś w niej chował. Podniósł ją bardzo powoli i trzymał wyprostowaną na wysokości barków wewnętrzną stroną w ich kierunku. Faceci patrzyli na dłoń jak zahipnotyzowani. Sposób, w jaki ułożył zwinięte palce, sugerował, że coś w niej trzyma. Ale co? Rozchylił szybko palce. Nic tam nie miał. W tym samym ułamku sekundy ustawił ciało bokiem i wyprowadził uderzenie prawą ręką, trafiając faceta, który wyszedł do przodu, potężnym hakiem w szczękę. Ze względu na złamany nos mężczyzna oddychał przez usta, a potwornie silny cios od dołu zatrzasnął mu szczękę i wyrzucił go w powietrze. Facet wylądował płasko na chodniku jak pacynka teatralna, której nagle ktoś uciął sznurki. Stracił przytomność, zanim zdążył zwalić się na beton chodnika.

— Teraz jest was już tylko trzech — oznajmił Reacher. — A ja nadal sam.

Nie byli wcale amatorami. Szybko i prawidłowo zareagowali, rozsuwając się na boki i formując półokrąg. Pochylili się na lekko ugiętych nogach i zacisnęli pięści.

— Nadal możecie odejść — zaproponował Reacher.

Facet, który przemawiał, odparł:

— Nie mamy zamiaru.

— Jesteście za słabi.

— Miałeś szczęście.

— Tylko cieniasy dają się złapać na taki cios.

— Więcej go nie powtórzysz.

Reacher milczał.

— Wynocha z miasta. Nie poradzisz sobie z nami trzema — straszył napastnik.

— Spróbuję.

— Nie dasz rady.

Jack skinął głową.

— Może masz rację. Może jeden z was zostanie na nogach, by mnie dopaść.

— Masz to jak w banku.

— Tylko musisz sobie zadać pytanie, który z was będzie tym ostatnim? Teraz trudno jest cokolwiek wydedukować. Jeden z was będzie musiał odwieźć pozostałych do szpitala na półroczną rekonwalescencję. Tak bardzo chcecie, bym się wynosił, że jesteście gotowi zaryzykować?

Milczeli. Pat. Reacher planował w myśli następne ruchy. Kopnięcie prawą nogą w krocze faceta z lewej, półobrót i uderzenie środkowego gościa łokciem w głowę, przykucnięcie, by uniknąć nadciągającego ciosu od faceta z prawej, i przywalenie mu łokciem w nerki. Raz, dwa, trzy i po sprawie. Mógłby zakończyć akcję kilkoma kopnięciami i ciosami łokciem. Największą trudność może mu sprawić ograniczenie uszkodzeń ich ciał. Z tym trzeba być ostrożnym. Zawsze to jednak lepiej pozostać po tej właściwej stronie cienkiej granicy prawa; lepiej być oskarżonym o bójkę i pobicie niż o zabójstwo.

Pojedynek jakby zamarł. Reacher stał wyprostowany i odprężony, trzej mężczyźni lekko pochyleni, czwarty leżał nieruchomo na chodniku, krwawił, ale oddychał. Reacher dostrzegł w oddali zwykłych ludzi idących w różnych kierunkach, by załatwić swoje sprawy.

Sedany i pick-upy wlokły się ulicami, zatrzymując się na skrzyżowaniach dróg równorzędnych przed znakiem stopu.

Nagle Jack zobaczył jeden szczególny samochód, który przeleciał przez takie właśnie skrzyżowanie bez zatrzymywania się i jechał prosto w ich kierunku. To był biało-złoty ford crown victoria. Z przodu miał czarny taran, na dachu koguty, a na bagażniku anteny. Na drzwiach namalowano tarczę i litery DPR. Departament Policji w Rozpaczy. Przez szybę można było dostrzec solidnie zbudowanego gliniarza w beżowej kurtce.

— Za wami — odezwał się Reacher. — Nadciąga kawaleria.

Sam nie zrobił ani kroku. Cały czas patrzył na trzech mężczyzn. Przyjazd gliniarza nie gwarantował absolutnie niczego. Jeszcze nie w tej chwili. Ci trzej nadal mogli nagle ruszyć do ataku. Pewnie mieli już tyle bójek na koncie, że nie miało to dla nich większego znaczenia. Ach, te małe miasteczka. Reacher wiedział z własnego doświadczenia, że w każdym z nich mieszkały jakieś powariowane dupki.

Radiowóz zahamował ostro przy krawężniku. Otwarły się drzwi. Policjant wyciągnął z kabury między siedzeniami strzelbę do rozpędzania demonstrantów, przeładował ją charakterystycznym pompującym ruchem i przytrzymał na wysokości klatki piersiowej. Był potężnie zbudowany. Biały, mógł mieć ze czterdzieści lat. Czarne włosy. Byczy kark. Beżowa kurtka, brązowe spodnie i odcisk na czole od kapelusza, który pewnie teraz spoczywał na siedzeniu pasażera. Stanął za trzema napastnikami i rozejrzał się dookoła, oceniając sytuację. Było oczywiste, że nie wyglądało to na spotkanie przyjaciół, pomyślał Reacher. Trzech facetów okrążających czwartego? Przecież nie zebrało im się na rozmowę o pogodzie.

— Odsunąć się! — rozkazał gliniarz głębokim, pełnym autorytetu głosem.

Mężczyźni się rozstąpili. Funkcjonariusz wyszedł przed nich, a oni z powrotem zajęli poprzednie pozycje, stojąc za jego plecami. Policjant wycelował broń prosto w klatkę piersiową Reachera.

— Jesteś aresztowany — powiedział.

5

Reacher stał bez ruchu.

— Za co? — zapytał.

— Jestem pewien, że coś wymyślę. — Gliniarz przerzucił broń do jednej ręki, a drugą sięgnął po kajdanki schowane w skórzanej pochewce przypiętej do paska. Trzymał je płasko na dłoni. Jeden z mężczyzn wyszedł zza niego, wziął kajdanki i stanął za plecami Reachera. — Ręce do tyłu — rozkazał policjant.

— Czy ci faceci zostali zaprzysiężeni na zastępców? — domagał się odpowiedzi Reacher.

— A tobie co do tego?

— Mnie nic, ale to ważne dla nich. Bo jeśli bez powodu położą swoje łapy na mnie, to je połamię.

— Są zaprzysiężeni — odpowiedział gliniarz. — A szczególnie ten jeden, którego rozłożyłeś. — Z powrotem ujął karabin w dłonie.

— To była samoobrona — sprostował Jack.

— Wyjaśnienia zostaw dla sędziego — odparł policjant.

Mężczyźni wykręcili ramiona Reachera do tyłu i założyli mu kajdanki na nadgarstki. Facet, który mówił za pozostałych, otworzył drzwi radiowozu i stał przy nich jak odźwierny przytrzymujący drzwi taksówki.

— Wsiadaj do wozu — rzucił gliniarz.

Reacher stał bez ruchu, zastanawiając się nad dalszymi możliwościami. Nie trwało to długo. Nie miał żadnych możliwości. Był skuty kajdankami. Jakiś metr za nim stał jeden z jego napastników, a przed nim policjant o wzroście chyba dobrze ponad dwa metry. Dwóch pozostałych facetów stało za funkcjonariuszem. Ten karabin to chyba jakaś odmiana mossberga i choć nie rozpoznał modelu, odniósł się do tej broni z niemałym respektem.

— Wsiadaj! — powtórzył gliniarz.

Reacher zrobił krok do przodu, okręcił się, wcisnął na siedzenie tyłem i dopiero później wsunął nogi. Tapicerka tylnej kanapy była zrobiona z winylu, więc z łatwością przesunął się głębiej. Na podłodze leżały gumowe dywaniki w wypustkami. Pomiędzy tyłem a przodem zamocowano kuloodporny ekran z przezroczystego pleksi. Siedzenie kanapy było zbyt krótkie i niewygodne dla Reachera, szczególnie że miał ręce skute z tyłu. Rozsunął nogi i lewą stopę postawił na lewym dywaniku, a prawą na prawym. Pomyślał, że dzięki temu może nie poobija się o drzwi w czasie jazdy.

Gliniarz usiadł za kierownicą. Zawieszenie samochodu aż ugięło się pod jego ciężarem. Wsunął karabin do kabury między siedzeniami. Zatrzasnął drzwi, przesunął dźwignię zmiany biegów w pozycję „Drive” i nacisnął na pedał gazu tak mocno, że Reachera aż odrzuciło do tyłu. Po chwili ostro zahamował przed znakiem stopu, co z kolei sprawiło, że Jack poleciał do przodu. Zdążył się jednak przekręcić i jedynie uderzył barkiem o pleksi. Gliniarz powtórzył ten numer na następnym skrzyżowaniu dróg równorzędnych. I na kolejnym. Ale Reacher się tego spodziewał. Sam tak robił, gdy był kierowcą, a z tyłu przewoził aresztanta. Miasto na szczęście nie wyglądało na zbyt duże, więc posterunek policji też nie mógł być daleko.

• • •

Znajdował się cztery przecznice na zachód i dwie na południe od restauracji. Mieścił się w jednym z tych niewyróżniających się niczym ceglanych budynków przy ulicy tak szerokiej, że gliniarz zaparkował ukośnie przodem do krawężnika jezdni. Obok stał jeszcze jeden radiowóz. I to wszystko. Małe miasto, mały posterunek w jednopiętrowym budynku. Policjanci zajmowali parter. Na piętrze była sala sądowa. Reacher domyślał się, że w piwnicy są cele dla zatrzymanych. Proces rejestracji aresztanta minął bez przygód. Reacher się nie stawiał. Nie było sensu. Po co mu status uciekiniera na piechotę w miasteczku, którego granice jurysdykcji przebiegały jakieś dwadzieścia kilometrów w jedną stronę i może trochę więcej w drugą. Posterunkowy za biurkiem wyglądał na brata policjanta, który go aresztował. Był identycznej postury, miał podobną twarz, te same włosy; sprawiał jednak wrażenie trochę młodszego. Reacherowi zdjęto kajdanki, odebrano przedmioty osobiste i sznurowadła. Nie miał paska do spodni. Zaprowadzono go po kręconych schodach na dół i wsadzono do celi o powierzchni dwa na trzy metry zabezpieczonej starymi kratami, pewnie z pięćdziesiąt razy malowanymi.

— Czy dostanę adwokata? — zapytał.

— A znasz tu jakiegoś? — odparł posterunkowy.

— Wystarczy mi obrońca z urzędu.

Policjant kiwnął głową, zamknął kratę i wyszedł, zostawiając Reachera samego. Sąsiednie cele były puste. Pomieszczenia aresztu składały się z trzech jednakowych cel bez okien, usytuowanych w jednym rzędzie wzdłuż wąskiego korytarza. W każdej celi stały łóżko, przymocowana do ściany stalowa półka oraz sedes ze stali nierdzewnej z umywalką zintegrowaną ze zbiornikiem spłukowym. Zapalona lampa sufitowa osłonięta była stalową siatką. Reacher obmył prawą dłoń zimną wodą i rozmasował nadgarstki. Były posiniaczone, ale nie uszkodzone. Położył się na sienniku i zamknął oczy.

Witamy w Rozpaczy, pomyślał.

6

Obrońca z urzędu nie pojawił się w sądzie. Reacher zdążył się przespać dwie godziny, zanim znów przyszedł policjant, który go aresztował. Obudził go głośnym stukaniem butów. Otworzył celę i wskazał gestem dłoni, że ma wyjść.

— Sędzia czeka — wyjaśnił.

Reacher ziewnął.

— Jeszcze nie postawiono mi żadnych zarzutów. I nie spotkałem się z adwokatem.

— Pretensje zgłosisz sędziemu — powiedział gliniarz. — Nie mnie.

— Co to za dupiasty system tu macie?

— Taki sam jak zawsze.

— To ja wolę zostać w piwnicy.

— Mogę ci przysłać tych trzech pozostałych typków ze specjalną wizytą.

— Oszczędź sobie benzyny i wyślij ich od razu do szpitala.

— Mogę ci założyć kajdanki i przywiązać do łóżka.

— Sam?

— Mogę przynieść paralizator.

— Mieszkasz w tym miasteczku?

— A dlaczego?

— Może cię kiedyś odwiedzę.

— Nie sądzę.

Gliniarz czekał. Reacher wzruszył ramionami i postawił stopy na podłodze. Wstał i wyszedł z celi. Dziwnie się czuł, chodząc bez sznurowadeł; na schodach musiał podginać palce stóp, by nie spadły mu buty. Poszurał nimi obok biurka recepcyjnego i podreptał za policjantem na pierwsze piętro po trochę większych schodach niż te do piwnicy. Na piętrze były zamknięte podwójne drzwi. Obok stała tabliczka na długiej nodze, podobna do tej w restauracji, tylko że napis głosił: „Sąd Miejski”. Policjant otworzył lewe skrzydło drzwi i stanął z boku. Reacher wszedł na salę sądową. Cztery rzędy ławek dla obserwatorów stały po obu stronach głównej alejki. Salę dzieliła barierka z poręczy na drewnianych kolumienkach, za którą znajdowały się stół oskarżyciela i stół obrońcy. Przy każdym stały po trzy krzesła. Dalej stanowisko dla zeznającego świadka, boks dla sędziów przysięgłych i stół sędziowski na podwyższeniu. Meble i pozostałe wyposażenie sali były wykonane z drewna sosnowego, pomalowane na ciemno i polakierowane. Wiek i politura przyciemniły drewno jeszcze bardziej. Ściany były obłożone do trzech czwartych wysokości drewnianymi panelami w tym samym kolorze. Sufit i resztę ścian pomalowano na kremowo. Za stołem sędziowskim stały flagi — narodowa w pasy i gwiazdy oraz druga, najprawdopodobniej flaga Kolorado.

W sali nie było jeszcze nikogo. Od ścian odbijało się echo, a powietrze śmierdziało kurzem. Gliniarz poszedł przodem i otworzył furtkę w barierce. Wskazał Reacherowi, że ma usiąść za stołem obrony, sam zaś zajął miejsce za stołem oskarżyciela. Czekali. Wtem otwarły się ledwie widoczne drzwi w tylnej ścianie i pojawił się w nich mężczyzna w garniturze. Policjant poderwał się i krzyknął:

— Wstać. Sąd idzie.

Reacher pozostał w krześle.

Mężczyzna w garniturze wszedł po trzech stopniach na podwyższenie i usiadł za stołem sędziowskim. Był gruby, po sześćdziesiątce, a głowę okrywały mu siwe włosy. Miał na sobie tani i źle skrojony garnitur. Podniósł długopis i wygładził kartki notatnika sędziowskiego. Spojrzał na Reachera i zapytał:

— Nazwisko?

— Nie zostałem pouczony o przysługujących mi prawach — oświadczył Reacher.

— Nie postawiono panu żadnych zarzutów — odpowiedział starszy facet. — To nie jest rozprawa.

— Więc co to jest?

— Przesłuchanie.

— Czego dotyczy?

— To kwestia administracyjna, i tyle. A może nawet czysto techniczna. Muszę jednak zadać panu kilka pytań.

Reacher nic nie odpowiedział.

— Nazwisko?

— Policja pewnie skopiowała mój paszport i pokazała już panu.

— Proszę podać nazwisko do protokołu.

Ton głosu sędziego był neutralny i nawet dość uprzejmy, więc Reacher tylko wzruszył ramionami i odpowiedział:

— Jack Reacher. Nie mam drugiego imienia.

Starszy mężczyzna zapisał nazwisko i imię w notesie, a potem także datę urodzenia, numer ubezpieczenia społecznego i narodowość.

— Adres?

— Nie mam stałego adresu — odparł Jack.

I to zostało zanotowane.

— Zawód?

— Nie mam.

— Cel wizyty w Rozpaczy?

— Turystyczny.

— W jaki sposób opłaci pan koszty pobytu podczas wizyty?

— Nie myślałem nawet o tym. Nie spodziewam się wielu wydatków. To nie jest przecież Londyn, Paryż ani Nowy Jork.

— Proszę odpowiedzieć na pytanie.

— Mam konto oszczędnościowe w banku.

Mężczyzna wszystko zanotował. Pociągnął nosem i przesunął długopisem po linijkach, które już zapisał informacjami.

— A jaki był pana ostatni adres?

— SPA.

— SPA?

— Skrytka Pocztowa Armii Stanów Zjednoczonych.

— Jest pan weteranem?

— Tak.

— Ile lat pan służył?

— Trzynaście.

— Do kiedy?

— Do wystąpienia z armii i przejścia na emeryturę dziesięć lat temu.

— W jakiej jednostce?

— Żandarmeria wojskowa.

— Ostatni stopień.

— Major.

— I nie ma pan stałego adresu, odkąd opuścił pan armię?

— Nie, nie mam.

Mężczyzna zrobił ruch długopisem wskazujący na wyraźne zaznaczenie tej odpowiedzi. Reacher spostrzegł, że wykonał dwa ruchy długopisem w jedną stronę od tego miejsca, potem w drugą stronę i przystąpił do dalszych pytań.

— Jak długo pozostaje pan bez pracy?

— Dziesięć lat — odpowiedział Reacher.

— Czyli w ogóle nie pracował pan po odejściu ze służby?

— W ogóle.

— Emerytowany major nie mógł znaleźć zatrudnienia?

— Ten emerytowany major wcale nie szukał zatrudnienia.

— Ale ma pan pieniądze na koncie?

— To oszczędności i wpływy z okazyjnie podejmowanej pracy. — odparł Reacher.

Facet znowu zrobił wyraźny znak w swoich notatkach. Dwie pionowe kreski i dwie poziome.

— Gdzie się pan zatrzymał zeszłej nocy?

— W motelu w Nadziei.

— Pana bagaż tam został?

— Nie mam żadnego bagażu.

Mężczyzna zanotował to i zrobił kolejny znaczek.

— Więc przyszedł pan tu pieszo? — ciągnął przesłuchanie.

— Tak.

— Dlaczego?

— Bo nie było żadnego autobusu ani żadnej okazji do złapania.

— No ale po co pan tu przyszedł?

— W celach turystycznych — powtórzył Reacher.

— A co pan słyszał o naszym małym miasteczku?

— Absolutnie nic.

— Ale zdecydował się pan je odwiedzić?

— Właśnie.

— Dlaczego?

— Bo ma intrygującą nazwę.

— To nie jest zbyt przekonujący powód.

— Gdzieś w końcu muszę przenocować. I dziękuję za wspaniałe powitanie.

Sędzia zrobił czwarty wyraźny znak. Dwie linie pionowe i dwie poziome. Potem powoli i metodycznie przesunął długopis w dół zapisanej strony, czternaście odpowiedzi plus znaczki na marginesie. W końcu powiedział:

— Przykro mi, ale pana postępowanie stoi w sprzeczności z rozporządzeniem Rady Miasta Rozpaczy. Obawiam się, że musi pan opuścić miasto.

— Mam stąd wyjechać?

— Tak.

— A czego dotyczy to rozporządzenie?

— Włóczęgostwa — odparł mężczyzna.

7

— To u was jeszcze obowiązuje coś takiego jak rozporządzenie o karaniu za włóczęgostwo? — zdziwił się Reacher.

Sędzia skinął głową i wyjaśnił:

— Jak w większości miast Zachodu.

— Jeszcze nigdy nie przytrafiło mi się coś takiego.

— Widocznie miał pan dużo szczęścia.

— Nie jestem włóczęgą.

— Jest pan bezdomny od dziesięciu lat, bezrobotny od dziesięciu lat, jeździ pan autobusami, prosi o podwiezienie, czy też idzie pieszo z miejsca do miejsca, od czasu do czasu imając się jakiegoś okazyjnego zajęcia. To jak inaczej pana można nazwać?

— Wolnym człowiekiem — odpowiedział Reacher. — I szczęśliwym.

Sędzia powtórnie skinął głową.

— Cieszę się, że jest pan pełen optymizmu.

— A co z Pierwszą Poprawką do Konstytucji mówiącą o wolności gromadzenia się?

— Sąd Najwyższy już dawno wydał na ten temat sentencję. Sądy lokalne mają prawo do usuwania osób niepożądanych.

— To turyści są niepożądani? A co o tym myśli miejska komisja gospodarcza?

— To spokojne miasteczko, jak z dawnych czasów. Ludzie nie zamykają drzwi na zamki. Nie czujemy takiej potrzeby. Większość kluczy już dawno zgubiono w czasach naszych dziadków.

— Nie jestem złodziejem.

— Wolimy, by pomyłka była efektem ubocznym naszej ostrożności. Doświadczenia z innych miejsc ukazują, że bezrobotni od wielu lat zawsze stanowią pewien problem.

— A jeśli nie wyjadę? Jaka kara mi za to grozi?

— Trzydzieści dni aresztu.

Reacher nic nie odpowiedział. Sędzia kontynuował:

— Szeryf odwiezie pana do granic administracyjnych. Niech pan znajdzie stałą pracę i stworzy dom, to powitamy pana z otwartymi rękoma. Ale proszę nie wracać, zanim pan tego nie osiągnie.

• • •

Gliniarz sprowadził go na dół i oddał mu pieniądze, paszport, kartę do bankomatu i składaną szczoteczkę do zębów. Niczego nie brakowało. Potem podał sznurowadła i poczekał przy biurku, aż Reacher przełoży je przez dziurki i zawiąże buty. Następnie oparł dłoń na rękojeści rewolweru i powiedział:

— Do radiowozu.

Reacher szedł przed nim przez hol, potem wyszedł przez frontowe drzwi. Słońce już zaszło. Dzień się kończył i, jak to zwykle o tej porze roku, mrok zapadał wcześniej. Gliniarz musiał gdzieś w tym czasie pojechać, bo radiowóz był teraz zaparkowany tyłem do krawężnika.

— Siadaj z tyłu — zarządził.

Reacher usłyszał samolot nad głową, gdzieś daleko na zachodzie. Jednosilnikowiec w trakcie wznoszenia się, wydedukował. Może cessna albo beech, a może piper, mały i samotny w przestworzach. Pociągnął za klamkę drzwi i wsunął się do środka. Bez kajdanek z tyłu było o wiele wygodniej. Usiadł bokiem, jak to zwykle robił w taksówce albo w autobusach miejskich. Gliniarz pochylił się nad nim, opierając się jedną ręką o dach, a drugą o drzwi.

— Mówimy poważnie. Jeśli wrócisz, zostaniesz aresztowany i spędzisz trzydzieści dni w tej samej celi, zakładając, że nie spojrzysz na mnie zezem i nie zastrzelę cię za stawianie oporu podczas aresztowania.

— Jesteś żonaty? — zapytał Reacher.

— A dlaczego?

— Raczej nie. Widać, że wolisz trzepać gruchę.

Gliniarz przez moment stał bez ruchu, by po chwili trzasnąć drzwiami i usiąść za kierownicą. Ruszył, skręcił w prawo i skierował się na północ. Sześć przecznic do Main Street, kalkulował Reacher. Jeśli skręci w lewo, to podwiezie mnie dalej na zachód i dam sobie z nimi spokój. Ale jeśli skręci w prawo, to wywiezie mnie w kierunku Nadziei, a wtedy może nie dam sobie z nimi spokoju.

Nie cierpiał wycofywania się z raz podjętych działań.

Posuwanie się do przodu był jego elementarną zasadą postępowania.

Sześć przecznic, sześć znaków „stop”. Przed każdym znakiem gliniarz delikatnie hamował, tocząc się, spoglądał w lewo i prawo, po czym ruszał do przodu. Dopiero przy Main Street zahamował całkowicie. Po chwili nacisnął mocno gaz, ruszył do przodu i skręcił.

W prawo.

Na wschód.

Z powrotem do Nadziei.

8

Wyjeżdżając z miasta, Reacher jeszcze raz zobaczył skład suchej żywności, stację benzynową, opuszczony motel i niezabudowany kwartał. Minąwszy ostatnie domy, gliniarz nacisnął pedał gazu i przyspieszył do dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Opony chrzęściły po kiepskiej chropowatej nawierzchni, natrafiając na wystające kamyki, które podrywane przez bieżnik opon uderzały o nadkola i wystrzeliwały na pobocze. Dwanaście minut później policjant zahamował, wyszedł z radiowozu, położył dłoń na rękojeści rewolweru i otworzył tylne drzwi.

— Wysiadaj.

Reacher wysunął nogi na zewnątrz i przez podeszwy butów poczuł ostry żwir drogi należącej do Rozpaczy.

Gliniarz wskazał kciukiem na ginący w ciemności wschód.

— Idź w tamtą stronę — powiedział.

Jack stał bez ruchu.

Policjant wyciągnął broń z kabury. Był to kanciasty glock kaliber dziewięć milimetrów bez blokady bezpieczeństwa. Miał tylko zasuwkę przy spuście, już wciśniętą przez tłusty paluch wskazujący.

— Daj mi tylko jakiś powód — rzucił funkcjonariusz.

Reacher zrobił trzy kroki do przodu. Zobaczył koniec chropowatej nawierzchni Rozpaczy i początek gładkiego asfaltu należącego do okręgu administracyjnego Nadziei. Zauważył szeroki na kilka centymetrów uskok dzielący oba rodzaje nawierzchni, wypełniony lepikiem. Radiowóz policyjny zatrzymał się dokładnie na granicy, tak że jego taran pokrywał się z linią uskoku. Taką jakby przerwą dylatacyjną. Granicą. Linią. Reacher wzruszył ramionami, przekroczył ją i zrobił krok w stronę Nadziei.

— I nie wracaj już do nas — zawołał za nim gliniarz.

Nic nie odpowiedział. Nawet się nie odwrócił. Stał i patrzył na wschód, słuchając, jak radiowóz zawraca i odjeżdża, szurając po nawierzchni. Hałas przycichał wraz z oddalającym się samochodem. Reacher jeszcze raz wzruszył ramionami i zaczął iść.

• • •

Uszedł zaledwie około dwudziestu metrów, gdy zobaczył zbliżające się od strony Nadziei światła samochodu. Reflektory były szeroko osadzone i bujały się raz w górę, raz w dół. To musiał być jakiś duży, szybko jadący wóz. Pędził wprost na niego i gdy zbliżył się na jakieś sto metrów, Reacher spostrzegł, że to kolejny radiowóz policyjny. Biało-czarny ford crown victoria z policyjnymi napisami, taranem, kogutami na dachu i antenami. Zahamował przed nim; zamontowany na słupku przedniej szyby szperacz rozbłysł, przekręcił się i omiótł okolicę dwa razy, zanim zatrzymał się dokładnie na twarzy Jacka. Oślepił go. Zgasł. Samochód potoczył się jeszcze kilka metrów z syczącym dźwiękiem opon szurających po gładkim asfalcie i stanął tak, że drzwi kierowcy znalazły się tuż przy Reacherze. Na drzwiach była namalowana złota tarcza z literami DPN pośrodku. Departament Policji w Nadziei. Szyba opuściła się elektrycznie, ręka skierowała się do włącznika i zapaliła światło w kabinie. Reacher zobaczył policjantkę za kierownicą. Jej jasne krótkie włosy zalśniły przy słabym żółtawym świetle.

— Podwieźć cię? — zapytała.

— Przejdę się — odpowiedział Reacher.

— Do miasta jest jeszcze osiem kilometrów.

— Szedłem stamtąd pieszo, to mogę też wrócić pieszo.

— Samochodem będzie szybciej.

— Dzięki. Wszystko jest okay.

Policjantka milczała przez chwilę. Reacher wsłuchiwał się w dźwięk silnika forda. Cierpliwie mruczał na luzie. Jack słyszał kręcące się paski klinowe. Tłumik wydawał stukające odgłosy wraz ze zmniejszaniem się temperatury. Reacher ruszył do przodu. Zrobił trzy kroki i usłyszał odgłos załączanego biegu wstecznego. Samochód cofnął się z prędkością marszu Reachera. Szyba była nadal opuszczona. Kobieta rzuciła:

— Daj sobie spokój, Zenonie.

Reacher stanął.

— A ty wiesz, kim był Zenon? — spytał.

Samochód się zatrzymał.

— Zenon z Kition — zaczęła wyjaśniać policjantka. — Założyciel szkoły stoików. I mówię ci, żebyś przestał być takim cierpiętnikiem.

— Stoicy byli cierpiętnikami. Stoicyzm polega na akceptowaniu przeznaczenia. Tak powiedział Zenon.

— Twoim przeznaczeniem jest wrócić do Nadziei. Zenonowi będzie wszystko jedno, czy dostaniesz się tam na piechotę, czy samochodem.

— To kim ty w końcu jesteś? Filozofem, gliną czy kierowcą taksówki?

— Policja z Rozpaczy dzwoni do nas, gdy wyrzucają kogoś z miasta i dowożą do granicy. To taka koleżeńska uprzejmość.

— Często się to zdarza?

— Częściej niż mogłoby ci się wydawać.

— A ty zawsze się pojawiasz i odbierasz nieszczęśliwców?

— Jesteśmy po to, by służyć. Tak napisano na herbie policyjnym.

Reacher spojrzał na tarczę herbową na drzwiach wozu. Tuż nad skrótem „DPN” na szarfie biegnącej pośrodku tarczy widniało słowo „Chronić”, poniżej zaś umieszczono wyraz „Służyć”.

— Aha — odpowiedział.

— Więc wsiadaj.

— A dlaczego oni to robią?

— Wsiadaj, to ci opowiem.

— Więc zabronisz mi iść dalej pieszo?

— Masz osiem kilometrów. Już jesteś nabuzowany, a gdy dojdziesz do miasteczka, to możesz być zupełnie rozeźlony. Uwierz mi, widziałam to wiele razy. Lepiej będzie dla nas wszystkich, jeśli przejedziesz się ze mną.

— Ja jestem inny. Marsz mnie uspokaja.

— Nie mam zamiaru cię błagać, Reacher.

— Znasz moje nazwisko?

— Policja z Rozpaczy nam je podała. Koleżeńska uprzejmość.

— A może ostrzeżenie?

— Może. A teraz muszę podjąć decyzję, czy potraktować je poważnie.

Wzruszył ramionami i położył rękę na klamce tylnych drzwi.

— Siadaj z przodu, głupolu — skarciła go policjantka. — Chcę ci pomóc, a nie aresztować.

Reacher przeszedł dookoła samochodu i otworzył przednie drzwi pasażera. Miejsce było zawalone konsolami krótkofalówek i terminalem komputerowym, ale siedzenie pozostało puste. Żadnego kapelusza. Jakoś się na nie wcisnął, choć nie było zbyt dużo miejsca na nogi ze względu na pleksi za fotelem. Radiowóz pachniał olejem samochodowym, kawą, perfumami i rozgrzanymi układami elektronicznymi. Na ekranie laptopa dostrzegł mapę GPS. Mała strzałka była skierowana na zachód i mrugała na dalekim krańcu różowego terenu określonego jako okręg miasta Nadzieja. Okręg miał regularnie prostokątny kształt, prawie kwadratowy. Szybki i arbitralny podział terenu, jak w całym stanie Kolorado. Sąsiedni okręg miasta Rozpacz miał kolor jasnobordowy, nie był jednak kwadratowy. Miał kształt zbliżony do tępego klina. Wschodnia granica pokrywała się dokładnie z zachodnią granicą Nadziei. Dalej okręg się rozszerzał, przyjmując kształt trójkąta z obciętym wierzchołkiem. Jego zachodnia granica miała dwa razy większą długość od wschodniej i dotykała szarej nicości. Teren nieprzypisany do żadnego miasta, domyślił się Reacher. Drogi dojazdowe do autostrad międzystanowych I-70 oraz I-25 przecinały to terytorium i krzyżowały się w północno-zachodnim rogu okręgu Rozpaczy.

Policjantka podniosła szybę, skręciła głowę do tyłu i zawróciła samochód kilkoma manewrami kierownicy. Beżowa wyprasowana koszula skrywała szczupłą sylwetkę. Kobieta miała pewnie mniej niż metr siedemdziesiąt wzrostu, mniej niż pięćdziesiąt cztery kilogramy wagi i mniej niż trzydzieści pięć lat. Żadnej biżuterii, żadnej obrączki. Jack dostrzegł radio marki Motorola, przypięte przy kołnierzu oraz oznakę policyjną nad lewą piersią. Według napisu na identyfikatorze policjantka nazywała się Vaughan. Musiała być całkiem dobra w tym, co robi. Miała szereg oznaczeń i wyróżnień. Była ładna, ale jej aparycja odbiegała od urody zwykłych kobiet. Miała coś, czego brakowało innym. To było widać na pierwszy rzut oka. Reacher wiedział, w czym tkwił jej sekret. W żandarmerii wojskowej razem z nim służyło wiele kobiet.

— Dlaczego wyrzucili mnie z Rozpaczy? — zapytał.

Vaughan wyłączyła światło w kabinie. Sylwetka policjantki była teraz oświetlona od przodu czerwonym blaskiem pochodzącym od deski rozdzielczej i różowobordowym odbiciem plam okręgów mapy GPS, a także białego światła reflektorów tańczącego na drodze.

— Spójrz na siebie — odrzekła.

— No i co?

— Co widzisz?

— Zwykłego faceta.

— A ja robola w niebieskim ubraniu roboczym, sprawnego, silnego, zdrowego i głodnego.

— I co z tego?

— Jak daleko zaszedłeś?

— Zahaczyłem o stację benzynową i restaurację. No i o salę sądową.

— Więc nie masz pełnego obrazu — wywnioskowała Vaughan.

Jechała powoli, jakieś pięćdziesiąt kilometrów na godzinę, jakby chciała jeszcze długo pogadać. Lewą rękę, opartą łokciem o drzwi, trzymała na kierownicy. Druga spoczywała na udach. Osiem kilometrów przy prędkości pięćdziesiąt na godzinę to około dziesięciu minut. Reacher zastanawiał się, co takiego chciała mu powiedzieć, że nie zmieściłoby się w czasie krótszym niż dziesięć minut.

— Jestem raczej z zielonej bajki niż z niebieskiej, jeśli chodzi o ciuchy — wyznał.

— Jak to z zielonej?

— Byłem w armii. W żandarmerii.

— Kiedy?

— Dziesięć lat temu.

— Masz teraz jakąś pracę?

— Nie.

— No widzisz.

— Co widzę?

— Byłeś zagrożeniem.

— Jak to?

— Na zachód od Rozpaczy znajduje się największy zakład recyklingu złomu w Kolorado.

— Widziałem smog.

— Rozpacz nie ma żadnego innego przemysłu. Ten kombinat jest dla nich wszystkim.

— Czyli to miasto korporacyjne — wywnioskował Reacher.

Vaughan kiwnęła głową.

— Właściciel zakładu jest jednocześnie właścicielem każdej cegły każdego budynku w mieście. Połowa mieszkańców pracuje w jego kombinacie. Druga połowa pracuje na zlecenia. Ci, którzy mają stałe zatrudnienie, są całkiem zadowoleni. Ci, którzy dostają robotę od czasu do czasu, nie bardzo. Nie lubią konkurencji ze strony przybyszów. Nie chcą u siebie ludzi, którym zależy na tymczasowej pracy i są gotowi przyjąć mniejsze dniówki.

— Wcale nie szukałem pracy.

— A powiedziałeś im to?

— Nie pytali.

— I tak by ci nie uwierzyli. Miasta korporacyjne to dziwne miejsca. Czekanie przed bramą na pracę i skinienie ręką brygadzisty zmienia ludzi. To jakby feudalizm. Całe to miasto jest w sumie feudalne. Pieniądze z wypłat trafiają z powrotem do wielkiego właściciela jako opłaty czynszowe, a nawet spłaty kredytów hipotecznych. Facet jest właścicielem banku. Również w niedzielę nie mogą się od niego uwolnić. Mają tylko jeden kościół, a on jest w nim świeckim kaznodzieją. Ten, kto chce utrzymać pracę, musi od czasu do czasu pojawić się w ławce kościelnej.

— Czy to uczciwe?

— On lubi dominować. Wykorzysta każdą okoliczność.

— To dlaczego ludzie stamtąd nie wyjeżdżają?

— Niektórym się udało. Pozostali już nigdy nie opuszczą tego miejsca.

— To on nie lubi ludzi, którzy pojawiają się z zewnątrz i chcą pracować za mniejsze pieniądze?

— On woli stabilność. Lubi ludzi, których jest właścicielem, a nie obcych. I zupełnie nie ma znaczenia, za co kto płaci. Wszystkie pieniądze i tak wracają do niego w czynszach i zyskach ze sklepów, których jest właścicielem.

— Więc dlaczego ci goście w ogóle czegoś się obawiali?

— Ludzie zawsze będą się czegoś bać. Miasta w rękach jednego biznesu są dziwne.

— I nawet sędzia tańczy, jak mu zagrają?

— Musi. On jest wybieralny. A rozporządzenie o włóczęgostwie to prawo miasta. Większość miast ma takie zapisy w prawie lokalnym. My też takie mamy w Nadziei. Można sobie ponarzekać, ale prawo to prawo.

— Nikt mi tym nie zawracał głowy w Nadziei. Nocowałem tam wczoraj.

— My nie jesteśmy miastem korporacyjnym.

Vaughan zwolniła. W oddali pojawiły się pierwsze zabudowania. Reacher rozpoznał to miejsce. Sklep z artykułami gospodarstwa domowego i narzędziami. Rano sprzedawca wystawił na ulicę drabiny i taczki dla reklamy. Teraz sklep był ciemny i zamknięty.

— Ilu policjantów pracuje w Nadziei? — zapytał.

— Ja plus dwoje innych i szef policji.

— Macie zaprzysiężonych zastępców?

— Czterech. Nieczęsto z nich korzystamy. Czasem do kierowania ruchem, jeśli jest akurat jakaś przebudowa drogi. A dlaczego?

— Czy są uzbrojeni?

— Nie. W Kolorado policyjna służba pomocnicza składa się z nieuzbrojonych cywili. Czemu pytasz?

— Ilu zastępców jest w Rozpaczy?

— Chyba też czterech.

— Spotkałem ich.

— I co?

— Teoretyzując, jak zareagowałaby policja w Nadziei, gdyby pojawił się jakiś facet, wdał się w awanturę z jednym z zastępców i rozkwasił mu szczękę?

— W kilka chwil wrzucilibyśmy dupsko takiego żałosnego gościa prosto do aresztu.

— Dlaczego?

— Wiesz dlaczego. Zero tolerancji dla napastników na członków służby pomocniczej plus obowiązek dbania o własne tyłki, plus duma, plus szacunek dla własnej pracy.

— A jeśli w grę wchodziłaby kwestia samoobrony?

— Cywil przeciwko policjantowi? Musielibyśmy mieć uzasadnione wątpliwości, żeby w to uwierzyć.

— Rozumiem.

— Przecież tak samo było w żandarmerii wojskowej.

— No pewnie.

— Więc po co pytasz?

Reacher nie udzielił bezpośredniej odpowiedzi.

— Nie jestem wcale stoikiem. Zenon głosił bierną akceptację przeznaczenia. Ja absolutnie nie jestem bierny. Wszelkie wyzwania biorę sobie prosto do serca.

— I co z tego?

— Nie lubię, jak mi ktoś mówi, dokąd mogę iść, a dokąd nie.

— Uparciuch z ciebie.

— Po prostu to mnie wkurza.

Vaughan zwolniła jeszcze bardziej i zatrzymała radiowóz przy krawężniku. Dźwignię zmiany biegów przełożyła w pozycję „Park” i przekręciła się w stronę Reachera.

— Chcesz mojej rady? — zapytała. — Daj sobie z tym spokój i ruszaj dalej w swoją drogę. Rozpacz nie jest tego warta. — Nie odpowiedział. — Zjedz solidny posiłek i wynajmij pokój — poradziła Vaughan. — Coś czuję, że jesteś głodny.

Reacher skinął głową.

— Dziękuję za podwiezienie. Miło było cię poznać.

Otworzył drzwi i zsunął się z fotela. W Nadziei główna ulica nazywała się First Street. Gdzieś za następną przecznicą było bistro przy Second Street. Jadł tam rano śniadanie. Ruszył w stronę knajpki i usłyszał za plecami dostojny, oddalający się dźwięk silnika i szum opon o asfalt forda crown victoria policjantki Vaughan. Gdy skręcił za róg, szum ucichł.

• • •

Godzinę później nadal siedział w restauracji. Zjadł zupę, stek, frytki, fasolkę, placek jabłkowy i lody. Teraz pił kawę. Była o wiele lepsza od tej w Rozpaczy. I podano ją w zwykłym kubku o cylindrycznym kształcie. Może też był odrobinę za gruby, ale o wiele bliższy ideałowi.

Myślał o Rozpaczy i zastanawiał się, dlaczego wyrzucenie go z miasta było dla nich znacznie ważniejsze niż zatrzymanie i uwięzienie za pobicie zaprzysiężonego zastępcy.

9

Bistro w Nadziei stosowało wobec klienta politykę kubka kawy bez dna i Reacher bezlitośnie wykorzystał to prawo do opicia się czarnym napojem za wszystkie czasy. Opróżnił chyba cały dzbanek. Kelnerka była zafascynowana jego pragnieniem. Nawet nie musiał jej prosić o dolewkę. Pojawiała się natychmiast, gdy kończył poprzedni kubek, a czasem nawet wcześniej, jakby chciała zdopingować go do bicia rekordu świata w piciu kawy. Zostawił jej podwójny napiwek, tak na wypadek gdyby właściciel chciał ją obciążyć za nadmierną gościnność.

Gdy wyszedł na ulicę, było już zupełnie ciemno. Dziewiąta wieczorem. Mrok nie minie jeszcze przez dziesięć godzin. Na tej szerokości geograficznej i o tej porze roku wschód zacznie się około siódmej rano. Przeszedł trzy przecznice do małego sklepu spożywczego. W dużym mieście nazywano by go pewnie mydłem i powidłem, na bogatych przedmieściach należałby do sieci sklepów spożywczych, ale w Nadziei pozostawał tym, czym był zawsze — zagraconym, zakurzonym biznesem rodzinnym sprzedającym wszystko, czego potrzebowali ludzie do codziennego życia.

Reacher potrzebował wody, protein i energii. Kupił trzy litrowe butelki wody mineralnej, sześć batonów proteinowo-energetycznych i paczkę pięćdziesięciolitrowych worków na śmieci. Sprzedawca włożył wszystko do papierowej torby i wydał resztę. Reacher przeszedł cztery przecznice do tego samego motelu, w którym spał poprzedniej nocy. Dostał ten sam pokój na końcu szeregu. Wszedł do środka, odłożył torbę z zakupami na nocny stolik i położył się na łóżku. Postanowił trochę odpocząć. Do północy. Nie miał zamiaru przejść pieszo kolejnych dwudziestu pięciu kilometrów tego samego dnia.