Ja także żyłam! Korespondencja - Astrid Lindgren, Louise Hartung - ebook

Ja także żyłam! Korespondencja ebook

Astrid Lindgren, Louise Hartung

4,3

Opis

„Ta książka opowiada o dwóch kobietach, które spotkały się w powojennej Europie, zaprzyjaźniły i przez jedenaście lat prowadziły rozmowę w ponad sześciuset listach. Rzadko mówiły tylko o sobie, zawsze były ciekawe aktualnej sytuacji i życia intelektualnego tej drugiej”.

z „Przedmowy” Jensa Andersena i Jette Glargaard

W korespondencji Astrid Lindgren i Louise Hartung toczy się nieustająca rozmowa o życiu codziennym, pracy, marzeniach, literaturze, polityce, sztuce przyjaźni, a także o granicach miłości. Listy te są cennym dokumentem i portretem dwóch mądrych, samodzielnych i odważnych kobiet.

Książka została wzbogacona o blisko 30 unikatowych zdjęć.

Astrid Lindgren (1907–2002) – najbardziej znana na świecie autorka książek dla dzieci.

Wymyślanie historii dla najmłodszych zaczęła w wieku 34 lat, kiedy jej chora córeczka poprosiła o opowiedzenie jej czegoś. Tak powstała postać Pippi Pończoszanki, dziewczynki przełamującej konwencje świata dorosłych. Maszynopis nie został jednak zaakceptowany przez wydawnictwo. Pierwszą książką Astrid Lindgren przyjętą do publikacji została powieść dla dziewcząt „Zwierzenia Britt-Mari”. I tak w 1944 roku rozpoczęła się seria sukcesów szwedzkiej pisarki.

Napisała kilkadziesiąt książek, stała się jedną z najbardziej wpływowych osób w Szwecji. Książki słynnej Szwedki sprzedano do tej pory w ponad 100 milionach egzemplarzy i przetłumaczono na blisko 100 języków, często były także ekranizowane. Została uhonorowana dziesiątkami nagród szwedzkich i międzynarodowych, m.in. medalem Hansa Christiana Andersena (1958), International Book Award UNESCO (1993), Orderem Uśmiechu, a także nagrodą Right Livelihood Award w 1994 roku. 2 maja 1989 roku Uniwersytet Warszawski przyznał jej tytuł doktora honoris causa.

Louise Hartung (1905–1965) przyszła na świat w Münster jako najmłodsze z ośmiorga dzieci.

Będąc śpiewaczką, od połowy lat dwudziestych XX w. mieszkała w Berlinie, gdzie spotykała się z takimi artystami jak Kandinsky, Chagall i Paul Klee. Poznała też Bertolda Brechta i współpracowała z nim w 1928 r. przy prapremierze „Opery za trzy grosze”. Po zakończeniu II wojny światowej była zatrudniona w Hauptjugendamt (Głównym Urzędzie do Spraw Młodzieży) w Berlinie, gdzie zajmowała się między innymi propagowaniem czytelnictwa. Szczególnie zależało jej na wprowadzeniu książek Astrid Lindgren na rynek niemiecki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 617

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (3 oceny)
1
2
0
0
0

Popularność




Zajrzyj na strony:

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebookuwww.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

PRZEDMOWA

Ta książka opowiada o dwóch kobietach, które spotkały się w powojennej Europie, zaprzyjaźniły i przez jedenaście lat prowadziły rozmowę w ponad sześciuset listach. Naprawdę ROZMAWIAŁY ze sobą na papierze, co miesiąc, czasami co tydzień, a także podczas wspólnych podróży, w końcu również przez telefon.

Czytając ich listy – Louise Hartung po niemiecku, Astrid Lindgren po szwedzku – człowiek ma uczucie, jakby siedział przy kawie gdzieś w Europie Środkowej w latach 50. XX wieku i słyszał ożywioną rozmowę dwóch żądnych wiedzy kobiet, ich dochodzące z sąsiedniego stolika to podniesione, to ściszone głosy. W listach obie rzadko mówiły tylko o sobie, zawsze były ciekawe aktualnej sytuacji i życia intelektualnego tej drugiej. Pytania i odpowiedzi dotyczyły dnia codziennego, pracy, marzeń, korzyści z literatury, przyjaźni, a przede wszystkim miłości. Tak jak w styczniu 1957 roku Louise napisała do Astrid:

Ty się dziwisz i jest dla Ciebie zagadką, dlaczego ludzie Cię kochają. A ja się dziwię i jest dla mnie zagadką, jak Ty możesz nie kochać tak cudownego człowieka jak ja! Zgadzamy się tylko w zdziwieniu…

Astrid Lindgren była nie tylko niezmordowana w pracy pisarskiej, lecz także jako autorka listów, która przez całe życie odczuwała potrzebę pisemnego kontaktu z rodziną, przyjaciółmi, kolegami. Dla ceniącego samotność człowieka, jakim była, korespondencja stanowiła możliwość bliższego związku z innymi ludźmi. Prawdę mówiąc, utrzymywanego chętniej na odległość. W wydawnictwie Rabén & Sjögren, gdzie Astrid Lindgren jako redaktorka książek dla dzieci odgrywała znaczącą rolę, przede wszystkim właśnie listy były środkiem komunikowania się z innymi. W latach 1946–1970 wysłała mnóstwo listów do autorów w Szwecji i wydawców na całym świecie.

W latach 50., wraz z rosnącym międzynarodowym zainteresowaniem jej osobowością pisarską, Astrid Lindgren zaczyna mieć jednak coraz bardziej ambiwalentny stosunek do korespondencji, która często jest dla niej po prostu męcząca. Te siedemdziesiąt pięć tysięcy listów od wielbicieli w ogromnym archiwum autorki w Bibliotece Królewskiej w Sztokholmie mówi samo za siebie, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę, że Lindgren przez całe życie uważała, że zarówno dzieciom, jak i dorosłym, którzy do niej pisali, należy się odpowiedź.

Przez osiemdziesiąt lat prowadziła ożywioną korespondencję. Formy tej używała również jako chwytu kompozycyjnego w swoich książkach lub jako materiału dokumentującego. Trzonem powieści „Zwierzenia Britt-Mari”, która była jej debiutem w 1944 roku, jest korespondencja między dwiema nastolatkami. W biograficznym opowiadaniu z 1975 roku, „Samuel August z Sevedstorp i Hanna z Hult”, sięga Lindgren do listów miłosnych swoich rodziców sprzed osiemdziesięciu laty, które odgrywają rolę dokumentu oraz stanowią ramę i tło smalandzkich korzeni jej rodziny.

Dla Astrid Lindgren listy i zapiski innych ludzi były też zajmującą lekturą, której chętnie się oddawała w czasie wolnym od pracy. Można się o tym przekonać, korzystając z portalu Biblioteki Królewskiej1 i przeglądając półki z książkami w jej mieszkaniu przy Dalagatan i w domu letniskowym na Furusund. Jest tam długi rząd tytułów z korespondencją i dziennikami wielkich artystów. Od Goethego, Flauberta, George Sand, Dostojewskiego, Hamsuna, Strindberga i Harriet Löwenhjelm po Helene Schjerfbeck, Katherine Mansfield, Pera Wästberga i Liv Ullmann. I innych.

Zainteresowanie tą częścią historii życia ludzkiego, która skrywa się w korespondencji i dziennikach, szczególnie rozbudziło się po tym, jak Astrid Lindgren w 1953 roku poznała Louise Hartung. Obie kobiety często dyskutowały w listach na temat dawnej i współczesnej literatury, wzajemnie rekomendowały sobie lektury czy utwory muzyczne. Pod wpływem oczytanej Louise, która w jednym z listów do Astrid nazywa siebie „siostrą Goethego”, jedenastoletnia przyjaźń stała się także kształcącą podróżą przez klasyczną niemiecką literaturę, muzykę i historię idei. Jak to przytłoczona pracą Astrid wyraziła w liście do Louise w 1964 roku: „Kiedy człowiek zdecyduje, żeby przestawać tylko z bratem Goethem i bratem Beethovenem, w duszy robi się tak nieziemsko, że nie da się tego opisać”.

Powracające w listach obu ich autorek zainteresowania literackie dotyczą słynnych korespondencji, na przykład między Goethem i Charlotte von Stein, Gustawem Flaubertem i George Sand. Ale także książkowe wydania nieznanych prywatnych notatek budziły w obu kobietach żywe zainteresowanie. W lutym 1963 roku Louise w Berlinie spytała Astrid w Sztokholmie, co też ona obecnie czyta. Odpowiedź brzmiała:

Czytam takie dziwne rzeczy; „Dziennik gospodyni z Årsta”, co oczywiście nic Ci nie mówi. Była to żona właściciela posiadłości Årsta, gdzieś na przełomie XVIII i XIX wieku. […] Przez całe życie pisała dziennik, właściwie tylko kilka linijek dziennie. Pewnie była z niej niezła jędza, ale za to jaka dzielna. Z jej krótkich, suchych zapisków wyłania się całe życie.

Louise odpowiada, że dobre dzienniki i korespondencje czasami mogą w istocie być historią rozwoju psychicznego i często odzwierciedlają życie autentyczniej niż powieść, „dlatego że prawdziwe życie nie musi dbać o to, czy wygląda na prawdę”.

W roku 1964 zainteresowanie Astrid Lindgren dawną korespondencją wydaną drukiem przybiera na sile. Autorka książek dla dzieci pisząca z myślą „o tym dziecku, które w niej zostało”, tworzy nagle długi esej o pozycji dla dorosłych, którą rok wcześniej przysłała jej Louise Hartung. Jej tytuł niejako dotyczył ich obu i zarówno Louise, jak i Astrid musiały to dostrzec – Ich war wohl klug, dass ich dich fand2.

Książka zawierała prowadzoną dwieście lat wcześniej korespondencję Luise Justine Mejer z Heinrichem Christianem Boie'em, których romans skończył się równie szybko i smutno jak potem przyjaźń Astrid Lindgren z Louise Hartung w 1965 roku. O tym jednak obie kobiety nic nie wiedziały, kiedy wiosną 1964 roku Astrid dzieliła się swoimi przemyśleniami w eseju o korespondencji z czasów romantyzmu niemieckiego:

Czasami naprawdę mi smutno, że tak wielu ludzi, tak nieskończenie wielu, żyło na ziemi i umarło, nie zostawiwszy po sobie żadnego śladu, niczego, co mogłoby obwieścić nam, którzy żyjemy teraz: Ja także żyłam!.

Taką osobą, która także żyła, ale z wyjątkiem listów do Astrid Lindgren nie pozostawiła żadnych śladów, nigdy nie założyła rodziny, żywiła głęboką niechęć do fotografowania się i stale przypominała swoim przyjaciołom, aby zwrócili jej zdjęcia i spalili listy, była Louise Franziska Hartung.

Przyszła na świat 6 stycznia 1905 roku w Münster w dramatycznych okolicznościach – jej matka zmarła przy porodzie. Louise była najmłodszą z gromadki ośmiorga dzieci i w miarę możliwości zajmowali się nią ojciec i starsze rodzeństwo. W dzieciństwie Louise dużo czasu spędzała samotnie, to wtedy ujawnił się jej talent muzyczny i zdolności intelektualne. W jednym z pierwszych listów do Astrid opowiada o tym, że zanim nauczyła się mówić, potrafiła zagwizdać wszystkie kawałki, które ojciec zwykle grywał dla niej na waltorni lub skrzypcach. Na długo przed pierwszym dniem w szkole im. Barona von Steina w Münster dziewczynka nauczyła się czytać na rodzinnej grubej Biblii, którą stale ze sobą taszczyła. Louise marzyła, żeby zostać ogrodniczką, ale była drobna i chuda (w jednym z listów do Astrid nazywa siebie „prawie pigmejem”), w młodości zdecydowała się więc skupić na swoim talencie muzycznym. W latach 20. doskonaliła piękny głos śpiewaczki, najpierw w klasycznym repertuarze opery włoskiej, potem we współczesnym kabarecie i pieśniach romantyzmu niemieckiego podczas pobytów studyjnych w Paryżu, Mediolanie, Berlinie, między innymi jako uczennica wielkiej ówczesnej diwy madame Charles Cahier.

Na przełomie roku 1925 i 1926 Louise Hartung przeprowadza się po raz pierwszy do Berlina i w tym artystycznym tyglu Europy końca lat 20. poznaje wielu wiodących artystów i intelektualistów. Staje się częstym gościem Nell Walden, szwedzkiej malarki, kolekcjonerki sztuki, kuratorki wystaw i dziennikarki, w jej małym szwedzkim domu letniskowym z idyllicznym ogrodem nad jeziorem Glienicker, który później przejmuje, oraz zaznajamia się z awangardową myślą grupy artystycznej skupionej wokół czasopisma „Der Sturm”. Nell Walden i jej ówczesny mąż Herwarth Walden zainicjowali powstanie tej grupy, w której skład wchodzili malarze awangardowi: Kandinsky, Kokoschka, Chagall, Franz Marc czy Paul Klee.

W tym samym okresie Louise przestaje z takimi autorami, muzykami i scenografami jak Bertolt Brecht, Kurt Weill i Lotte Lenya. Współpracuje także przy kilku pierwszych inscenizacjach „Opery za trzy grosze” Brechta i Weilla w 1928 roku, gdzie Lotte Lenya jest wielką gwiazdą – występuje w roli kobiety pirata, Jenny. Wtedy też Louise Hartung nagrywa mnóstwo płyt oraz otrzymuje angaż zagraniczny, między innymi w Savoy Theatre w Londynie w 1933 roku.

Kiedy wraca do Niemiec, okazuje się, że nastąpiły w nich wielkie zmiany – nie ma już wolności twórczej, a życiu awangardowych artystów zagraża niebezpieczeństwo. Jak wielu jej kolegów i przyjaciół, Louise styka się z brutalną polityką kulturalną, zostaje wykluczona z zespołu teatru i ma wieloletni zakaz występowania w Berlinie. Mimo to nie wyjeżdża i utrzymuje się z różnych prac jako wolny strzelec, przez dłuższy czas jest asystentką reżysera i fotografką u wielkiej gwiazdy filmu niemego, ówczesnej dyrektorki Państwowej Szkoły Aktorskiej Lucie Höflich.

Podczas wojny Louise wraz z innymi przyjaciółmi, wśród których jest Maria Schreker, zostaje zmuszona do uczestniczenia w organizowanych przez Wehrmacht koncertach na froncie, w Związku Radzieckim i we Francji, gdzie śpiewają dla rannych żołnierzy. W 1944 roku znów jest w Berlinie i próbuje utrzymać resztki dawnej sławy, między innymi śpiewając w Berliner Rundfunk i na tzw. wieczorach muzycznych razem z pianistką Herthą Klust. Jednocześnie Louise, jak wielu innych Niemców, działa aktywnie przeciwko nazizmowi; w swoim niewielkim domu w Poczdamie ukrywa żydowskich przyjaciół. Latem 1945 roku jest jedną z niezliczonych kobiet w zwyciężonej i zbombardowanej stolicy narażonych na brutalną wielokrotną przemoc seksualną, kiedy Armia Czerwona wkracza do Berlina i wielu rosyjskich żołnierzy uznaje, że może mścić się na ludności cywilnej. Akurat ten rozdział swego życia Louise zbyt trudno było opisać w listach do Astrid, wolała opowiedzieć o nim w bezpośredniej rozmowie, kiedy obie kobiety spotykały się Sztokholmie, Berlinie czy w czasie wspólnych podróży.

Po wojnie przez pewien czas Louise Hartung jest bezrobotna. W 1947 roku zostaje zatrudniona w magistracie „Wielkiego Berlina”. Jednocześnie zaczyna zajmować się polityką. Kandydując z ramienia SPD3, wygrywa wybory na radną w okręgu wyborczym Wilmersdorf, gdzie ma mieszkanie. Będzie to jej adres do końca życia. Przez następne pięć lat stopniowo bierze coraz większą odpowiedzialność za odbudowę artystycznego życia wśród ocalałej w zrujnowanym mieście ludności. Na początku koncentruje się na kulturze muzycznej Berlina, za szczególnie ważną uznaje muzykę klasyczną. Jako doświadczona prelegentka i ekspert współdziała w organizowaniu orkiestry kameralnej, nowego chóru i ustanowieniu nagrody muzycznej miasta Berlina. Jednocześnie aranżuje festiwal muzyczny, dni muzyki i serię koncertów z myślą o młodych muzycznych talentach.

Wszystkim tym wyzwaniom Louise Hartung sprostała tak znakomicie, że w 1949 roku awansuje w hierarchii administracji miejskiej. Z jej akt w Landesarchiv Berlin wynika, że w tym samym roku została kierowniczką Amt für Musik (Urzędu ds. Muzyki), co w praktyce oznaczało, że teraz na jej barkach spoczywały zarówno finanse, jak i program wszystkich wielkich orkiestr przy berlińskim konserwatorium i – jak zapisano – była „odpowiedzialna za odbudowę i promocję życia muzycznego w Berlinie”. Nic mniej. W tych latach Louise Hartung, z typowym dla niej autoironicznym błyskiem w oku, okazuje się tak kompetentna, efektywna i wizjonerska, jak obwieszcza tabliczka na ścianie w jej biurze: NIEMOŻLIWE ZAŁATWIAMY OD RĘKI! CUDA WYMAGAJĄ TROCHĘ WIĘCEJ CZASU.

W 1951 roku cała lokalna administracja ulega przekształceniu na skutek socjaldemokratycznego „oczyszczania” kadr z wielu komunistów, którymi alianci obsadzili stanowiska w Berlinie. Wszyscy zatrudnieni mają teraz od nowa ubiegać się o dawną pracę w magistracie. W następstwie tych roszad Louise Hartung kandyduje na wysoki urząd Senator für Volksbildung (senator ds. edukacji narodowej), w zakres jej obowiązków wchodzi zarządzanie wszystkimi placówkami kulturalnymi i sportowymi na terenie miasta.

Louise nie dostaje jednak posady dyrektora urzędu, ale przez następne lata coraz bardziej wiąże się z Hauptjugendamt (Głównym Urzędem ds. Młodzieży), którego szefową jest energiczna i wpływowa Ella Kay – polityk SPD. „Znak nowych czasów” to propagandowe hasło Kay dotyczące polityki społecznej, nadrzędnym celem polityki Urzędu jest wytyczenie kierunku zgodnego z nowym tolerancyjnym i pełnym szacunku podejściem do dzieci, młodzieży i ich wychowania: „Urząd, który respektuje prawa dzieci”.

Powojenne lata 1945–1960 są na niemieckiej ziemi czasem odbudowy, ale także okresem przejściowym, pełnym nieuchronnych eksperymentów nastawionych na przyszłość, a jednocześnie pełnym rozrachunków z przeszłością. Również w Hauptjugendamt, który realizował zarówno wiele nowych inicjatyw dotyczących wychowania dzieci i młodzieży, jak też stawiał sobie wyraźne cele w sferze moralności. W pierwszych dziesięciu latach po wojnie jednym z ważniejszych wyzwań w pracy z powojenną młodzieżą w Berlinie Zachodnim była, tak jak w całych Niemczech, denazyfikacja. Ale jak denazyfikować pokolenie, które wzrastało z Adolfem Hitlerem jako ojcem narodu i które w domu i w szkole było wychowywane w duchu nazistowskiego spojrzenia na człowieka?

W jednym z listów do Astrid w 1954 roku Louise opisuje główne założenia pracy z dziećmi i młodzieżą powojenną. Przede wszystkim chodziło o to, by stworzyć warunki do demokratycznego rozwoju Niemiec, co oznaczało między innymi, że trzeba twardo i zdecydowanie przeciwstawiać się zalewowi kolorowych komiksów sławiących wojnę, takich jak „Der Landser”, który wraz z rzeką komiksów amerykańskich stawał się coraz bardziej znaczącą częścią niemieckiego rynku wydawniczego w latach 50.

Uznając wagę kultury w wychowaniu młodzieży, cały czas musimy myśleć o tym, że mamy do czynienia z dziećmi wychowanymi za Hitlera. Dlatego nieustannie trzeba pracować nad tym, aby w pierwszym rzędzie przezwyciężać nacjonalizm i dyskryminację rasową. Wszystko to dotychczas wpajano dzieciom i wcześniej czy później ten zasiew wyda owoce, jeśli nie będziemy niezmordowanie zasadzać czegoś innego.

Przede wszystkim dlatego Louise w styczniu 1954 roku została zatrudniona na stałe w Hauptjugendamt: aby krzewić wśród dzieci i młodzieży dobrą, zdrową literaturę. W tym samym roku główne zadanie określiła słowami: „Przez popularyzowanie dobrych książek pomóżmy dzieciom czas wolny wypełnić treścią i nadać mu sens”.

Jeszcze przed otrzymaniem tej posady Louise rozpoczęła eksperyment, który nazwała Poniedziałkowe Kółka Czytelnicze. W ten dzień tygodnia wszystkie dzieci z Berlina Zachodniego mogły spotkać się w wybranym domu młodzieży albo w bibliotece i siedząc kręgiem wokół osoby dorosłej, słuchać czytanej głośno książki dla dzieci rekomendowanej przez Louise. Bardzo często były to książki Astrid Lindgren, bo od kiedy w latach 1952–1953 Louise natrafiła na fenomen – „Pippi Pończoszankę” – była przekonana, że to „najlepsza książka świata”. Głośnemu czytaniu towarzyszyły rozmowy z dziećmi, a ich relacje i komentarze przesyłano Louise Hartung. Stanowiły one ważny materiał empiryczny w pracy z całą generacją okaleczoną przez wojnę. Tego rodzaju działalność mającą na celu odbudowę człowieczeństwa prowadzono w całych Niemczech Zachodnich. Na łamach miesięcznika „Rundbriefe” omawiano eksperymenty i dzielono się doświadczeniami.

Z inicjatywy Louise w roku 1953 powstało dwanaście Poniedziałkowych Kółek Czytelniczych, ale cztery lata później w samym Berlinie Zachodnim było ich już dwadzieścia siedem i ta działalność stała się inspiracją dla podobnych projektów czytelniczych w całych Niemczech.

W 1955 roku Hauptjugendamt rozszerzył zakres swoich zainteresowań i objął zarządzanie sportem w Berlinie, zmieniając nazwę na Senat für Jugend und Sport, jednak w listach do Astrid Louise używa nazwy Jugendamt lub das Amt. Przez jedenaście lat, podczas których korespondowała z Astrid, Louise Hartung pracowała właśnie tu. Była niezwykle ceniona i pełniła funkcję zastępcy Elli Kay w czasie rządów różnych burmistrzów Berlina, od Ernsta Reutera po Willy’ego Brandta.

Współpraca Louise z szefową nie obywała się bez tarć i „die Kay” była powracającym obiektem żartobliwych i cierpkich komentarzy w korespondencji, ponieważ Astrid podczas swej pierwszej wizyty w Berlinie, w październiku 1953 roku, spotkała dominującą szefową Louise. To Louise Hartung była często tą osobą, która podsuwała twórcze pomysły stanowiące inspirację dla innych ośrodków młodzieżowych w całych Niemczech, a senator Kay sprytnie zbierała owoce pracy swojej zastępczyni, jeśli wierzyć Louise.

Mimo to Louise Hartung cieszyła się w tych latach takim prestiżem i autorytetem, że powierzano jej inne ważne stanowiska związane z krzewieniem kultury wśród dzieci i młodzieży. W latach 50. obok pełnego etatu w Jugendamt była recenzentem filmowym w FSK (Freiwillige Selbstkontrolle der Filmwirtschaft – Dobrowolna Samokontrola Produkcji Filmowej) i decydowała, które filmy mają być dopuszczone, a które zakazane dla niemieckich dzieci i młodzieży. Louise Hartung wchodziła również w skład jury rządu federalnego przyznającego nagrody za filmy dla dzieci i młodzieży. Posiedzenia obu tych instytucji odbywały się w pałacu Biebrich w Wiesbaden, 600 kilometrów od Berlina Zachodniego, dlatego w wielu listach do Astrid Louise pisze o uciążliwych i czasami niebezpiecznych podróżach w bardzo różną pogodę, po złych i nieoświetlonych drogach jasnoniebieskim volkswagenem karmann ghia, pieszczotliwie nazwanym Poganinkiem. Był to wóz sportowy, z którego Astrid i Louise korzystały również podczas kilku wspólnych wyjazdów na urlopy w południowych Niemczech i w Jugosławii pod koniec lat 50. – z opuszczonym dachem i wiatrem we włosach…

Stale ciężko pracująca Louise przez lata zmagała się ze słabym zdrowiem i tak jak jej nie mniej ciężko pracująca przyjaciółka w Szwecji, cierpiała na skutek tego, co dziś nazywamy stresem. Odpowiadała więc odmownie na wiele propozycji dotyczących międzynarodowych inicjatyw, między innymi przy ONZ, które wysunęło jej kandydaturę do prowadzenia większych przedsięwzięć związanych z dziećmi i młodzieżą. Zamiast tego zdecydowała się skoncentrować na głównych zadaniach w ramach pracy w Jugendamt i – w nie mniejszym stopniu – na propagowaniu książek Astrid Lindgren w Niemczech.

Ze swą wiedzą, wykształceniem, zdolnościami oratorskimi, pomysłowością i politycznym instynktem Louise Hartung stała się wielką podporą dla władz miejskich Berlina w ich próbach rozwiązania problemu, jakim były osierocone, po traumatycznych przejściach czy z kryminalną przeszłością dzieci i młodzież, a także niekompetentni i staroświeccy rodzice, którzy sami byli ofiarami czarnej pedagogiki.

Jednym z powtarzających się projektów Louise Hartung, który Astrid określiła jako „genialny”, było organizowanie różnych wystaw zabawek. Polegały one na prezentowaniu dobrych zabawek i zabaw, co miało inspirować i uczyć rodziców, jak powinni bawić się ze swoimi dziećmi. „A w niedzielę bawi się cała rodzina” – brzmiało jedno z haseł Louise na wystawie zabawek. Było to ważne zadanie w kraju, gdzie także instytucja rodziny legła po wojnie w gruzach i zarówno emocjonalnie, jak i społecznie musiała zostać odbudowana od podstaw. Louise Hartung uważała, że spotkanie dzieci i dorosłych z zabawą i sztuką jako głównym punktem programu to klucz do przyszłych pokojowych Niemiec.

W październiku roku 1953, rok po nagłej śmierci Sturego, Astrid spotkała Louise po raz pierwszy. W drodze powrotnej z międzynarodowego kongresu na temat literatury dziecięcej w Zurychu, gdzie zebrali się pisarze, wydawcy i bibliotekarze z dwudziestu siedmiu krajów i utworzyli IBBY (International Board of Books for Young People), organizację zajmującą się promowaniem literatury dziecięcej i młodzieżowej, Astrid została zaproszona do Berlina, aby opowiedzieć o sobie i swojej twórczości na spotkaniu z bibliotekarzami i księgarzami. Zaproszenie przyszło w sierpniu i 3 września Astrid odpowiada w niemal doskonałym niemieckim:

Droga Pani Hartung,

bardzo dziękuję za Pani miły list i za zaproszenie. Chętnie przyjadę do Berlina (na Berlin?). Bardzo się z tego powodu ucieszyłam, tylko trochę się obawiam, że oczekuje Pani ode mnie długich przemówień po niemiecku. A tego przecież nie potrafię.

9 października, wracając z Zurychu do Berlina, Astrid zatrzymała się w Hamburgu i Bremie. Chciała wziąć udział w dwóch spotkaniach z dziećmi, na których czytano książki na głos, a także spotkać się ze swoim niemieckim wydawcą, Friedrichem Oetingerem, który w 1949 roku kupił prawa do niemieckiego wydania książek o Pippi, po tym jak kilka dużych wydawnictw w Niemczech uprzejmie, ale stanowczo odmówiło. Następnego dnia miała się udać do Berlina, gdzie została oficjalnie zaproszona przez Hauptjugendamt, aby opowiedzieć o swoich książkach i swoim pisarstwie w Domu Młodzieży w Dahlem:

Siedzieliśmy na trawniku w blasku słońca i było bardzo miło. Czytałam krótkie opowiadanie z jednej z moich książek, a Ursula Herking, jedna z najznakomitszych artystek kabaretowych Niemiec, czytała fragmenty „Pippi Pończoszanki”, „Dzielnej Kajsy” i „Kati we Włoszech”. Wszyscy księgarze byli słodziutcy i życzliwi jak nie wiem co. Ale przecież księgarze zawsze tacy są, czyż nie? A potem energiczne panie z Hauptjugendamt zaapelowały do księgarzy, aby pomogli popularyzować książki wśród dzieci.4

Wcześniej Louise przywitała Astrid na lotnisku Tempelhof i zaproponowała jej nocleg w swoim niedużym mieszkaniu przy Rudolstädterstrasse w dzielnicy Wilmersdorf. Następnego dnia szwedzka autorka wraz z senator Ellą Kay, która okazała się niezmordowanym gidem, odwiedzała berlińskie szkoły, domy młodzieży i domy opieki dla niepełnosprawnych dzieci. Louise Hartung towarzyszyła im przez cały dzień. W późniejszych czasach obie, Astrid i Louise, wspominały, jak to spotykały się ich spojrzenia, kiedy szefowa Hauptjugendamt budziła ich irytację. W styczniu 1964 roku Astrid pisze w jednym z listów: „Nigdy nie zapomnę Twojej miny – nie znałyśmy się przecież, ale pamiętam, że to przebiegało jak prąd, te niewypowiedziane komentarze między nami”.

Wieczorem Louise Hartung spełniła prośbę swego nordyckiego gościa, by zobaczyć Berlin Wschodni. Było to niezapomniane i wstrząsające przeżycie, ów przejazd samochodem przez opustoszałe miasto. Obydwie zachowały je głęboko w pamięci i wielokrotnie powracały do niego w swej jedenastoletniej korespondencji. Przy zachodzącym słońcu odbijającym się w lusterku wstecznym przejechały przez jeszcze niezbyt silnie strzeżoną granicę między Berlinem Wschodnim a Zachodnim i wielokrotnie zatrzymywały się w zbombardowanych dzielnicach wschodniego sektora, gdzie coraz bardziej zrozpaczona Louise Hartung pokazywała wszystkie miejsca, w których jako młoda utalentowana śpiewaczka dawała koncerty i nagrywała płyty, uczyła się fotografować i rozkoszowała wolnością Berlina lat 20. Po powrocie do Sztokholmu Astrid w liście do swoich rodziców próbowała oddać wrażenia, jakie wywarła na niej cała podróż, przede wszystkim jazda samochodem Louise przez żałosne resztki Berlina.

Nigdy nie widziałam czegoś bardziej ponurego. Oglądałam miejsce, gdzie był bunkier Hitlera, została z niego kupa gruzów, gruzy wzdłuż ulic, gruzy, gruzy, wszędzie gruzy. To było jakby znaleźć się na innej planecie. Na tych nielicznych budynkach, które pozostały, Rosjanie wywiesili ogromne czerwone flagi i namazali głupkowate malunki. Biedna Louise Hartung chodziła, płacząc, to była kiedyś najelegantsza część Berlina; szła tamtędy i zupełnie nie mogła się odnaleźć, musiała czytać nazwy ulic, żeby zorientować się, gdzie jesteśmy.

Ta jazda samochodem przez miejsca i ulice, gdzie Louise kiedyś żyła jako młoda kobieta i gdzie radzieckie czołgi i radzieccy żołnierze kilka miesięcy przed przyjazdem Astrid stłumili pierwsze powstanie w NRD, stała się początkiem długiej zażyłej przyjaźni. Karin Nyman, córka Astrid Lindgren, miała wtedy dziewiętnaście lat i do dziś pamięta, jakie wrażenie wywarło na jej matce spotkanie z Louise Hartung.

Pamiętam, że Astrid wróciła w 1953 i była zafascynowana tą Niemką, która przeżyła wojnę z tak bliska i która w tajemnicy wzięła ją na wycieczkę do Berlina Wschodniego, opowiedziała o sytuacji dzieci w powojennych Niemczech, o grupach przestępczych składających się z nastolatków, którzy według Louise widzieli, jak gwałcono ich matki.

Poza portretami dwóch ciężko pracujących, stale w coś zaangażowanych współczesnych intelektualistek i ich życiem, przemyśleniami, marzeniami i uczuciami w latach 1953–1965 korespondencja ta daje także wgląd w burzliwy powojenny czas, kiedy to życie w neutralnej Szwecji jaskrawo kontrastuje z życiem w podzielonym Berlinie, który stanowił centrum konfliktów wielkiej polityki w zimnej wojnie między Wschodem a Zachodem.

Niemcy po wojnie podzielone zostały na cztery strefy, a Berlin na cztery sektory. Egzystencja w strefach naznaczona była piętnem poszczególnych mocarstw okupacyjnych. W latach 50. stawało się coraz bardziej widoczne, że warunki życia na Wschodzie radykalnie różnią się od tych na Zachodzie, zarówno pod względem politycznym, ekonomicznym, jak i społecznym. A stale wzbierający strumień uciekinierów ze strefy wschodniej do zachodniej sprawiał, że stosunki między Związkiem Radzieckim a władzami alianckimi stawały się coraz bardziej napięte.

Także ze starych protokołów Hauptjugendamt wynikało, że w Berlinie Zachodnim, poza „zwykłymi” problemami z dziećmi z rozbitych rodzin, poważną kwestią było rozlokowanie młodzieży, która uciekała ze Wschodu na Zachód w nadziei na lepsze życie. Domów dziecka i rodzin zastępczych brakowało, dyskutowano więc o różnych możliwościach, aby przynajmniej młodsze dzieci odsyłać na Wschód.

Premier Związku Radzieckiego Chruszczow w końcu lat 50. uważał, że cały Berlin – ze względu na położenie geograficzne we wschodniej strefie – powinien należeć do Związku Radzieckiego i przy każdej okazji żądał, aby zachodnie mocarstwa wycofały swoje wojska z Berlina Zachodniego. Było to ultimatum, z powodu którego wiele razy mało brakowało, aby zimna wojna przerodziła się w coś znacznie groźniejszego. Zmartwiona Astrid uważnie śledziła te zmiany w szwedzkich mediach i komentowała je w listach do Louise z tym samym humanistycznym zaangażowaniem i obawą o ludzki los, jakiemu dawała wyraz w czasie drugiej wojny światowej w swoich dziennikach, w których opis sytuacji w Berlinie również zajmował wiele miejsca. Dlatego na wieść o budowie Muru Berlińskiego w sierpniu 1961 roku chwyta za pióro, by wyrazić swój pesymizm na temat dróg, jakimi podąża ludzkość.

O, moja przyjaciółeczko, w głębi serca tak bardzo, bardzo mam nadzieję, że żadna eiserner Vorhang5 nie opadnie na Berlin, ale człowiek staje się pesymistą i cieszę się, że masz Ibizę6. Słusznie twierdzisz, że w tym życiu trzeba umieć pomóc samemu sobie – jest wielu ludzi, którzy tego nie rozumieją, wierzą, że życie jest tak urządzone, że ktoś przecież musi się włączyć i pomóc, gdy bliźni jest w najwyższej potrzebie – ale życie nie jest tak urządzone. Ostatecznie każdy człowiek jest małym samotnym stworzeniem, które nie ma na kim się oprzeć.7

13 sierpnia 1961 roku przywództwo partii Niemiec Wschodnich i radzieckie wojsko rozpoczęło oddzielanie Berlina Zachodniego zasiekami z drutu kolczastego i murem, co miało zatrzymać stale wzbierający strumień uciekinierów, który powoli pozbawiał NRD wysoko wykształconej siły roboczej. Mur i wzmocniona granica naraziły tysiące ludzi na poważny stres i z listów Louise na początku lat 60. wynika wyraźnie, że ona, podobnie jak Astrid, nie żywi nadziei na demokratyczny i wolny Berlin Zachodni w najbliższej przyszłości.

Niemniej przez wszystkie te lata, kiedy Astrid i Louise pisywały do siebie, Niemcy Zachodnie pod względem ekonomicznym rozkwitały. Tam, gdzie po wojnie wszystko było w punkcie zerowym (Stunde Null), zbombardowane miasta, rozbite rodziny, których ojcowie polegli lub znaleźli się w obozach jenieckich, miliony wypędzonych z poprzednio wschodnich terenów Niemiec, wszechobecna nędza i głód, w latach 50. pod względem ekonomicznym i społecznym nastąpiła poprawa granicząca z cudem. Na sukces ten, często nazywany Wirtschaftswunder8, złożyły się, poza niezaprzeczalnym wkładem wszystkich grup społecznych w Niemczech, również ekonomiczna pomoc Stanów Zjednoczonych dla zniszczonej wojną Europy, tak zwany plan Marshalla.

Ponadto zachodni alianci w 1948 roku przeprowadzili w Niemczech Zachodnich reformę walutową, co pozwoliło na poprawę standardu życia, a ponieważ zachodnioniemieckie środki produkcji nie były całkowicie zdewastowane, relatywnie szybko odbudowano przemysł. I chociaż w pierwszych latach po wojnie w zbombardowanych Niemczech Zachodnich było 13 milionów uciekinierów i przesiedleńców, przezwyciężono zarówno klęskę głodu, jak i katastrofalny brak mieszkań. W latach 1950–1963 produkcja przemysłowa zwiększyła się o całe 185 procent i z kraju o bezrobociu sięgającym dwóch milionów ludzi w 1950 roku dziesięć lat później Niemcy Zachodnie stały się krajem o „pełnym zatrudnieniu”. Tym samym program ministra gospodarki Ludwiga Erharda Wohlstand für alle9 został zrealizowany.

Przed śmiercią w lutym 1965 roku Louise Hartung pozostawiła małe pudło wypełnione listami. Na wierzchniej stronie kartonu, który zachował się do dziś, napisała: Nach meinen Tode ungeöffnet senden an: Frau Astrid Lindgren, Dalagatan 46, Stockholm, Schweden10. Życzenie to spełniła jej wierna przyjaciółka przez wszystkie te lata, Gertraud Lemke.

Na Dalagatan listy leżały wiele lat na pawlaczu, tuż obok listów Louise. Wszystkie 236 listów Astrid pozostało w rodzinie, a 315 listów Louise złożono w Bibliotece Królewskiej w Sztokholmie, gdzie znajduje się archiwum Astrid Lindgren. Jesienią 2015 roku w szafce na Dalagatan znaleziono jeszcze 49 listów Louise, co oznacza, że listów, pocztówek i telegramów łącznie jest 620.

Jedenastoletnia wymiana korespondencji odbywała się bez większych przerw, rzadko mijały ponad dwa, trzy tygodnie, kiedy to autorki listów nie miały ze sobą kontaktu. Gdzie akurat Astrid lub Louise się znajdowały, czy to na urlopie, czy w podróży służbowej, zawsze pilnowały, aby odpowiednio wcześniej podać sobie adresy w odwiedzanych miejscowościach, żeby nie przerywać rozmowy i żeby można było na odległość towarzyszyć sobie w myślach.

Częściej pisywała Louise i zwykle były to dłuższe listy, ale Astrid nie pozostawała za nią daleko w tyle, jeśli weźmie się pod uwagę niesłychaną liczbę listów, które pisała jako osoba prywatna, autorka i redaktor wydawnictwa. Pierwsze listy do „Louisechen Berlinchen” były po niemiecku, potem kilka po angielsku, a od kwietnia 1954 roku, kiedy odkryła, że Louise (która zawsze pisała po niemiecku) potrafiła czytać Strindberga w oryginale, Astrid pisała wyłącznie po szwedzku.

Louise Hartung nie zawsze była dokładna w datowaniu swoich listów, a poszczególne stronice nie są numerowane. Skutkiem tego listy nie były ułożone chronologicznie, co stanowiło dla nas wyzwanie, by je uporządkować. Brakujące daty, co dotyczy zarówno listów Astrid, jak i Louise, oznaczono powtarzającym się „bez daty”. Próbowaliśmy je ustalić, pisząc datę przybliżoną, jak na przykład „koniec stycznia 1956” lub „początek czerwca 1960”.

Aby przygotować pod każdym względem obszerną i wielostronicową korespondencję dostępną w formie książki, niezbędne było pominięcie niektórych listów lub ich skrócenie. Dłuższe ustępy, które pominięto, zaznaczono znakiem: […].

Praca nad korespondencją była długim i mozolnym procesem. Musieliśmy na bieżąco oceniać wagę materiału i zajmować stanowisko, czy poszczególne listy w naszym wyborze najtrafniej oddają charakter tej korespondencji.

Staraliśmy się też jak najwierniej przekazać ducha, temperament, ton listów i wszystkie te tematy, o których dyskutowały autorki tej korespondencji w trwającej jedenaście lat rozmowie na papierze. List po liście, które – słowami Astrid Lindgren z 1964 roku – mówią do nas dzisiaj: „Ja także żyłam!”.

Jens Andersen i Jette Glargaard

Kopenhaga, kwiecień 2016

SŁOWO OD TŁUMACZEK

Po zakończeniu pracy nad przekładem listów obu Autorek uznałyśmy, że Czytelnikowi należy się kilka słów wyjaśnienia.

Korespondencja prowadzona była w dwóch językach. Louise Hartung pisała po niemiecku, Astrid Lindgren – po szwedzku (z wyjątkiem kilku listów po angielsku na początku).

Astrid Lindgren, znana ze słowotwórczej inwencji, której niezliczone przykłady znaleźć można w jej książkach dla dzieci, również w korespondencji stosuje swoiste wyrażenia, które stanowią wyzwanie dla tłumacza. Czasem są to słowa wymyślone, czasem żarty słowne, a czasem zbitki słowa szwedzkiego i niemieckiego. W takich przypadkach starałyśmy się wyjaśnić je w przypisach. Pozostała jednak bardzo specyficzna forma zwracania się do Louise Hartung. Astrid Lindgren do imienia Louise dodaje zakończenie -chen, która w języku niemieckim oznacza zdrobnienie. Końcówkę tę dodaje też do innych słów. Czytelnik znajdzie więc tu nie tylko Louisechen, lecz także Hartungchen, Berlinchen, meinchen itp. Zdarza się też, że i Louise Hartung używa słów wymyślonych, i te także wyjaśniamy w przypisach. Chcąc zachować swoisty charakter tych zwrotów, postanowiłyśmy zostawić w takiej formie jak w oryginale.

Tłumaczenie wszystkich pozostałych wtrętów w języku niemieckim podajemy w przypisach, podobnie jak słów i zwrotów szwedzkich w listach Louise Hartung. Wtrąconych w listy słów w języku angielskim nie tłumaczymy, wychodząc z założenia, że dla dzisiejszego czytelnika nie jest to konieczne.

Osobny problem stanowił w przekładzie wyraz gullpudra. Astrid Lindgren czasami określa tak Louise Hartung. Gullpudra to po szwedzku ziele o żółtych kwiatach (Chrysosplenium alternifolium), które po niemiecku nazywa się: Goldpuder. W obu językach nazwy w dosłownym tłumaczeniu oznaczają „złoty puder”; użycie tych słów wobec kogoś wnosi miły i pieszczotliwy odcień. W języku polskim jednak nazwa tego kwiatu to… śledziennica skrętolistna.

Istnieje jednak jeszcze inna, ludowa nazwa tej rośliny: wiosenne złoto, przywołująca nacechowanie i skojarzenia zbliżone do tych, o jakie chodzi Autorkom korespondencji, przede wszystkim Astrid Lindgren, dla której jest to jeden z ulubionych kwiatów polnych. Używamy zatem nazwy ludowej.

Ze względu na to, że wymieniony kwiat ma tu szczególne znaczenie i przez Autorki listów zostaje przywołany między innymi w związku z konkretną bajką Augusta Strindberga, w której pełni ważną rolę, wyjaśniamy to w przypisie na str. 62.

Elżbieta Kaźmierczak

Anna Węgleńska

1953

10–12 października 1953 roku Astrid Lindgren była z oficjalną wizytą w Berlinie, zaproszona przez Louise Hartung i Hauptjugendamt. Czterdziestopięcioletnia autorka książek dla dzieci czuła niepokój na myśl o spotkaniu. Jak to będzie: mówić, a – szczególnie – czytać na głos po niemiecku? Ale Louise Hartung zorganizowała to w ten sposób, że fragmenty książek „Pippi Pończoszanki”, „Dzielnej Kajsy” i „Kati we Włoszech” czytała znana niemiecka aktorka i pieśniarka Ursula Herking. Na czas trwającej dwie doby wizyty Astrid zatrzymała się u trzy lata starszej od siebie organizatorki spotkań w jej mieszkaniu przy Rudolstädterstrasse w Wilmersdorf i entuzjastycznie uczestniczyła we wszystkich zaaranżowanych przez nią spotkaniach i wydarzeniach zarówno w ciągu dnia, jak i wieczorami. Dwa tygodnie po wizycie, już z domu w Sztokholmie Astrid wysłała podziękowanie – po niemiecku.

Sztokholm, 28.10.1953

Kochana, droga, przemiła Pani Hartung!

Naprawdę jest Pani przeżyciem dla otoczenia! Nie wiem, od czego zacząć, ale ruszam. A więc – wielkie, wielkie dzięki! Za WSZYSTKO! Gdyby tylko Pani wiedziała, jaką przyjemność sprawiła mi ta wizyta, nie, nie może Pani tego pojąć, mimo że jest Pani bardzo mądrym i inteligentnym człowiekiem. Ale powiem Pani, że jestem tak niesamowicie wdzięczna, że w ogóle nie umiem tego wyrazić i wcale tego nie próbuję.

Zmęczyłam Panią, nie miała Pani chwili spokoju, nie mogła Pani spać – ale nie przejmuję się tym. JA bawiłam się po królewsku. Ale mam nadzieję, że teraz może się Pani porządnie wyspać i nie pracuje zbyt wiele, i jest Pani bardzo szczęśliwa, i często spotyka się Pani ze swoimi dobrymi przyjaciółkami. Polubiłam je bardzo, panią doktor Lemke (jakże jest mądra!) i panią Herking, i panią Obrig11. Błędnie napisałam jej nazwisko w jednej z książek o Kati12 (Obrich). Mam nadzieję, że dostały Panie wszystkie książki, które wysłałam. Przepraszam, że zaadresowałam je do Pani, ale nie znam przecież innych adresów. Poniewczasie przyszło mi na myśl, że dzieci pani Herking nie nazywają się pewnie Herking, ale było już za późno.

Poprosiłam pana Oetingera, by wysłał Pani tłumaczenie sztuki „Pippi Pończoszanka” i prawdopodobnie za kilka dni Pani ją dostanie. Później wyślę także sztukę „Detektyw Blomkvist”.

Kiedy folder o literaturze Schund- und Schmutz13 będzie gotowy, niech Pani będzie tak miła i przyśle mi egzemplarz. Chciałabym napisać wiele więcej, ale Pani wie, jak to jest z moją znajomością niemieckiego. Można oszaleć. Człowiek staje się kimś innym, kiedy nie może używać swojego własnego języka. I uważam, że ten ktoś inny jest nieciekawy ze swoim ubogim słownictwem.

I na koniec jeszcze raz –

Pani była przeżyciem.

Z najserdeczniejszymi pozdrowieniami

Astrid Lindgren

1954

Sztokholm, 3.2.1954

Liebste Frau Hartung!

Czy miałaby Pani coś przeciwko temu, abym pisała do Pani po angielsku? Tak byłoby mi nieco łatwiej niż po niemiecku, który to język kocham, lecz mówię w nim i piszę tak słabo.

Otrzymałam od Pani dwa niezwykle urocze listy, które sprawiły mi wielką radość. Wiele o Pani myślałam od naszego spotkania w Berlinie. Tych kilka krótkich dni z Panią w Berlinie tak wiele dla mnie znaczyło, że mogłabym od ręki napisać esej do „Reader’s Digest”: „Najbardziej niezwykła osoba, jaką spotkałam w życiu”, czy jak oni tam to zwykli ujmować. Proszę nie wspominać nic o Versäumnisse14 – była Pani dla mnie po prostu cudowna, wiem, że było Pani żal swojego przyjaciela Reutera15, ale nikt tego nie dostrzegł, była Pani taka spokojna, była Pani wspaniałą panią domu, i nie mam słów, by wyrazić, jak znakomicie się czułam, goszcząc u Pani. I uważam, że to niezwykle miłe z Pani strony, że zaproponowała mi Pani wspólny wyjazd na wakacje. Bardzo bym tego chciała. Ale nie mogę! Obiecałam moim dzieciom (córce, synowi i synowej), że latem pojadę z nimi do Anglii. W chwili obecnej w ogóle nie mam ochoty na podróże. NIGDY nie miałam problemów ze zdrowiem, ale teraz nie czuję się najlepiej. Już blisko miesiąc jestem chora i piszę ten list, siedząc w łóżku z wielką wełnianą chustą na głowie. Dokuczają mi dotkliwe bóle reumatyczne w karku i wygląda na to, że złapałam jakąś infekcję. Naprawdę dał mi się we znaki ten stan i szczerze ufam, że niebawem wreszcie wydobrzeję.

O mnóstwie spraw chciałabym Pani napisać, ale jestem teraz na to zbyt zmęczona. Napiszę zatem jedynie, że mam nadzieję – i wiem to – że jeszcze się ponownie spotkamy. Doprawdy, nie ma na świecie zbyt wielu ludzi, z którymi chciałoby się przyjaźnić, i jestem szczęśliwa, że z Pani słów mogę wnioskować, że czujemy to samo, myśląc o przyjaźni między nami. To wszystko wyraziłabym daleko lepiej, gdybym mogła napisać do Pani po szwedzku… Cóż, to znowu cała ja…

Dziękuję Pani bardzo za Ferdynanda! Widziałam tę książkę kilka lat temu, gdy po raz pierwszy wydano ją w Szwecji, ale teraz odkryłam ją na nowo, i jestem nią zachwycona. Dziękuję! Jak tylko podniosę się wreszcie z łóżka, wyślę Pani egzemplarz Pippi z najlepszego szwedzkiego wydania.

Proszę nie zapominać o mnie. Ja nigdy Pani nie zapomnę.

Astrid Lindgren

(chora i zmęczona)

Berlin, bez daty, początek lutego 1954

Droga, bardzo droga Pani

Trzy uczucia naraz: radość z listu, ulga, ponieważ był po angielsku, i smutek, że jest Pani chora – zawsze potrafi Pani poruszyć równocześnie wiele strun… […]

Muszę nawiązać do Pani ostatniego listu, na który tak długo nie odpowiadałam, ponieważ sprawił, że poczułam się naprawdę bardzo nieszczęśliwa. Uświadomił mi granicę. Granicę przez barierę językową, co dla kogoś żyjącego z języka i w języku, tak jak Pani, musi być męczące; bo człowiek, zamiast być bogatym, rozrzutnym i szczodrym, staje się kimś ubogim, oszczędnym i skąpym. Wiele lat temu nagle i bez namysłu wyjechałam z Paryża, ponieważ nie radziłam sobie w trudnych rozmowach o sztukach plastycznych, malarstwie i muzyce, nie potrafiłam bowiem wypowiedzieć się dokładnie w obcym języku, miłość i przyjaźń nie zdołały mi wynagrodzić tego, że ubożałam duchowo. […]

Niech się Pani, proszę, nie stara wyrażać myśli w tym uciążliwym języku niemieckim, bo przecież wolę, jak pisze Pani po angielsku, jeśli w ogóle Pani pisze. Ale jeszcze lepiej by było, gdyby pozostała Pani przy szwedzkim. Bo chociaż mówię w tym języku bardzo niedoskonale, to jednak dość dobrze go rozumiem i jestem gotowa poświęcić mu więcej uwagi, niż było to dotychczas konieczne. Wszyscy nasi szwedzcy przyjaciele, którzy tutaj mieszkali, mówili znakomicie po berlińsku! W 1929 roku uczyłam się u sławnej amerykańskiej śpiewaczki, madame Charles Cahier, które to nazwisko miała po swoim szwedzkim mężu. Kupiła mu w Szwecji zamek (Helgerum Slott), a potem go tam samiuteńkiego zostawiła i uciekła do Berlina. Śpiewu uczyła, używając mieszaniny amerykańskiego angielskiego i szwedzkiego. […]

Bardzo się cieszę, że myśli Pani o naszym ponownym spotkaniu. Wszystko jedno, kiedy i gdzie by to miało być. Gdy przyjechałam po Panią na lotnisko, wiedziałam już, że to spotkanie będzie czymś o wiele ważniejszym niż oficjalną wizytą szwedzkiej autorki książek dla dzieci w Hauptjugendamt. […]

Pytałam Panią, czy miałaby Pani jeszcze jakieś życzenie, które mogłabym spełnić, a Pani chciała jedynie, żebym przez całą noc opowiadała Pani o sobie. Wiedziałam, że niczego, ale to niczego nie będę przed Panią ukrywać, jako że zaufanie jest albo tylko bezgraniczne, albo nie ma go wcale. Niczego bardziej bym sobie nie życzyła, jak wykonywania zajęcia Szeherezady. Lecz wtedy musiałabym mieć przed sobą właśnie 1001 nocy, a nie tylko jedną. Obawiałam się śluz, które łatwo otworzyć, ale trudno zamknąć. A strach jest przecież uczuciem, które w ogóle do mnie nie pasuje, i można go wyjaśnić jedynie tym, co przeżyłam w minionym roku. Potrzebujemy na świecie o wiele więcej „ryzykantów przygody”, w przeciwnym razie zaduszą nas interesy i biurokracja.

Dopuszczałam też do siebie myśl, że zaplanowała już sobie Pani lato, nikt przecież nie żyje w próżni. Potem jednak będzie Pani musiała przyjechać i tak do Berlina, gdzie ma Pani jeszcze tyle do zrobienia… Nigdy nie zapomnę wieczoru w pobliżu Potsdamer Platz… i myślę, że sama Pani wie, że nie można pobyć w Berlinie dwa dni i wyjechać, by nigdy więcej tu nie powrócić.

Mieszka Pani w najpiękniejszym mieście świata, otoczona spokojnymi, przypuszczalnie życzliwymi osobami; a to rozdarte, rozbite, samo w sobie brzydkie miasto pełne sprzeczności, z ludźmi jak oswojone drapieżniki, musi przecież mieć dla Pani większą siłę przyciągania niż dla zwykłego podróżnika. Widzi Pani, czym Panią wabię, tym, co w żadnym bedekerze nie otrzymałoby trzech gwiazdek, a mimo to odważam się polecać to miejsce. Nie byłaby Pani pisarką, jeśli zostawiałaby za sobą Berlin jak znoszony but. Niech to długo nie potrwa. Ale niezależnie od tego, czy potrwa długo, czy też nie, możliwość zobaczenia się z Panią jest najważniejszym moim pragnieniem spośród tych wszystkich, których spełnienia sobie życzę lub które planuję urzeczywistnić.

Pani

Louise Hartung

Sztokholm, 22.2.1954

Liebe süsse16, dziś po raz pierwszy od wielu dni wstałam i rozglądam się po świecie jak noworodek. Świeci słońce i nie jest już tak dojmująco zimno. Wszystko byłoby dobrze – z wyjątkiem tego, że wstyd mi, że tak długo do Pani nie pisałam. Ale widzi Pani – PANI pisze takie długie, miłe i uduchowione listy, i mam szaloną ambicję, by nie odpowiadać na nie zbyt nudno i każdego dnia mówiłam sobie: „Dzisiaj odpiszę – długi list do tej dynamicznej, pełnej entuzjazmu i energii süsser Mensch z Berlina”, i zaczynałam pisać, siedząc w łóżku z maszyną do pisania na kolanach, ale i moje ciało, i duch mówiły: „Nie, jestem zbyt zmęczona”, i rezultaty wysiłków okazywały się zbyt nudne, aby wysłać je do tak inteligentnej kobiety jak Pani. Ale teraz odsuwam swoje ambicje na bok i piszę do Pani nudny list, który musi Pani z cierpliwością przeczytać.

Przyjazd do Berlina – to brzmi cudownie. Chciałabym przyjechać i przyjadę, ale obawiam się, że nie będzie to możliwe tej wiosny. To przeklęte Nieren-inflammation17 i tak już zabrało mi zbyt wiele czasu, powinnam zająć się teraz moją nową książką, a nawet jeszcze jej nie zaczęłam. Mam masę innych spraw na głowie, a mój lekarz powiedział dziś, że nie powinnam wracać do pracy przed połową marca. To oznacza, że będę w najbliższych miesiącach zajęta bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Znajomi zaprosili mnie na wspólny wyjazd do Włoch w maju, i oczywiście musiałam odmówić. O wiele bardziej wolałabym pojechać do Berlina zamiast do Włoch, ale z żalem muszę… odrzucić obie te propozycje, obie jakże atrakcyjne. […]

Es freut mich zu hören dass Sie waren draussen an der Havel. Nigdy nie zapomnę tego wieczoru und auch nicht das Abendrot und diese specielle Stimmung da. Ich verstand mit einem Mal was fűr ein ungewohnlicher Mensch Sie waren. Kein anderer hätte daran gedacht mir so einen ersten Eindruck zu geben18.

I nawet jeśli jest Pani szalonym kierowcą (ha, ha), zawsze będę podziwiać Panią za to, co Pani zrobiła – za obwiezienie mnie po tym dawnym Berlinie, jakiego nigdy wcześniej nie widziałam. Pamiętam, jak wieczorem w maju 1948 roku przyjechałam do Nowego Jorku, myślałam, że to metropolia, i zrobił na mnie wielkie wrażenie, ale Berlin stał się dla mnie daleko głębszym przeżyciem, nieporównywalnym z niczym innym. A Pani była tą osobą, która rozumiała, że właśnie tego chciałam. Ten wieczór w sektorze wschodnim – jego także nie zapomnę, tak trudno mi wyrazić, jak się czułam, patrząc na to zrujnowane miasto i na Pani łzy. Ostatnio, gdy odbywała się ta nieszczęsna konferencja Big Four, dużo myślałam o Pani i o Berlinie. Czyż to nie beznadziejne, gdy tyle się mówi, a nie ma żadnych rezultatów, beznadzieja, beznadzieja. […]

Jest tyle tematów, które chciałabym z Panią poruszyć, ale obawiam się, że muszę z nimi poczekać, teraz już bolą mnie plecy – dłuższe siedzenie jeszcze mnie męczy.

Dziękuję Pani, Liebe süsse Frau Hartung, za te wszystkie ciekawe materiały, które mi Pani przysłała, i za Pani życzliwe działanie na rzecz moich książek. A najbardziej dziękuję Pani za to, że jest Pani dla mnie taka kochana, i za te cudowne listy, które Pani do mnie pisze.

Astrid Lindgren

Berlin, bez daty, koniec lutego 1954

Najdroższa Pani Lindgren, udało mi się wreszcie pogodzić z przekonaniem, że lepiej nie pisać do Pani, gdy nabrawszy sił, rzuca się Pani w wir pracy, aby pozbyć się presji listów, które trzeba przeczytać, i przytłaczającego poczucia braku czasu na pisanie odpowiedzi. Ale coś w Pani ostatnim liście mówi mi, że POWINNAM pisać, jeśli chcę, by sprawy, które tu w tempie kroniki filmowej przesuwają się przed Pani oczami, potrafiła Pani odpowiednio uporządkować przynajmniej pod względem emocjonalnym. Przypomina Pani o wieczorze w sektorze wschodnim, który w widoczny sposób był dla mnie trudny do zniesienia. Nie były to ruiny i opustoszały księżycowy krajobraz wieczoru w sektorze wschodnim – zniszczone domy, do których z czasem przywykłam, nie są już w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Lecz dwudziestoletnie powiązanie indywidualnego losu z władzą, wydarzeniami, właśnie z tamtymi miejscami, i świadomość absolutnego i nieuniknionego zagrożenia mnie samej, na które lekkomyślnie się naraziłam, wszystko to doprowadziło mnie do kresu wytrzymałości nerwowej.

Tego wieczoru poprosiłam dr Lemke, żeby przyszła i opowiedziała Pani o historii Berlina. No tak, nie mówiła o tym, co Pani chciała usłyszeć, lecz wirtuozersko prześlizgiwała się nad wszystkimi najważniejszymi punktami, w których losy stawały się osobiste. Tę wirtuozerię wypracowali sobie wszyscy berlińczycy, dlatego każdemu obcemu z trudem przychodzi – sądzę, że to prawie niemożliwe – choćby w przybliżeniu wyobrazić sobie, co przeżywają ludzie w chwili, gdy to przeżywają. I to wypieranie stwarza ową niespokojną, nieco niezdrową atmosferę tego miasta.

Powracając do wieczoru z 10 października (nigdy nie zapomnę tej daty!) – oczekiwałam na Panią z niewytłumaczalnym nerwowym napięciem, które szybko ustąpiło, gdy zapytałam Panią, na co miałaby Pani największą ochotę. Pojawił się głęboki wewnętrzny spokój. Jugendhauptamt, księgarze, zebranie, wszystko mi nagle zobojętniało, najchętniej pojechałabym z Panią daleko w głąb pięknej Marchii Brandenburskiej z jej urzekającymi cichymi jeziorami, gdybym nie wiedziała, że wszędzie po 20 km nieubłaganie pojawi się rosyjski szlaban. Nigdy jeszcze nie spotkałam człowieka tak bezpośredniego i o tak gorącym sercu, gotowego do współuczestnictwa, który by te właściwości łączył z chłodno rejestrującym darem obserwacji i refleksyjnym podejściem. Nawet będąc przedmiotem tej oczywistej obserwacji, można się dobrze czuć i cieszyć, co też było i moim udziałem.

Z wszystkimi najlepszymi myślami i pozdrowieniami

Pani

Louise Hartung

Berlin, bez daty, połowa marca 1954

Najmilsza Pani Lindgren, jedno jedyne Pani zdanie („Tu mieszkam”19) może wywoływać nieprzewidziane skutki.

Zaraz się Pani przekona, do czego Pani doprowadziła. Nagle stało się dla mnie jasne, jak mało o Pani wiem: gdzie Pani mieszka, jak Pani żyje, w jakiej części Szwecji przyszła Pani na świat, gdzie się Pani wychowywała, czy na wsi, czy w mieście, czy też w Sztokholmie, jak wygląda ten krajobraz, w którym Pani żyje, ludzie, z którymi Pani się spotyka etc. – krótko mówiąc, co mi właściwie zostaje, co wydaje mi się znajome? Pani sposób myślenia, Pani zdolność odczuwania i doświadczenia życiowe, które można wyczytać z Pani twarzy. (Niestety znalazłam tam też ślady gorzkich rozczarowań).

Tak więc, gdy z takim wysiłkiem musiałam rozmyślać nad jednym jedynym zdaniem, postanowiłam zamiast do Hiszpanii jechać raczej do Szwecji i Finlandii. Tyle że to trochę bez sensu, że akurat w roku, w którym jest Pani w Anglii, staram się o wizę do Szwecji. Lecz gdy ten nieznany kraj na północy nagle jawi mi się w sposób tak pociągający, nie chcę przesuwać tego planu o kolejny rok. Kto wie, co może się zdarzyć do tego czasu. Długie lata życia ze świadomością, że codziennie można je stracić, dokładnie rzecz biorąc, przyzwyczajanie się do śmierci jako wydarzenia, do którego może dojść każdego dnia, nauczyło mnie nie odkładać ani nie zaniedbywać niczego, z czego z jakiegokolwiek powodu nie chciałabym w życiu rezygnować. A przecież i u nas nie wiadomo, kiedy granice państwowe ponownie zostaną zamknięte na dłuższy czas…

Niesłychanie mnie ciekawi, jak się będzie Pani podobało w Anglii – a może Pani już ją dobrze zna? Czy jedzie Pani też do Irlandii? W najbliższych dniach poślę Pani małą książeczkę – „Listy z Anglii” Čapka, obecnie nie do dostania, ale zapewne nie ma szwedzkiego przekładu, tak że musi się Pani zadowolić niemieckim. Dwadzieścia lat temu byłam w Londynie zaangażowana przez jeden season w Savoy Theatre – kraj prezentuje się zupełnie inaczej komuś, kto mieszka w nim od urodzenia, a inaczej jak przebywa się tam tylko przez jakiś czas. […]

W Anglii pracowałam w okresie nazizmu, współpracowałam między innymi przy kilku przedsięwzięciach mojego przyjaciela Kurta Weilla (kompozytora „Opery za trzy grosze”), ale ten angaż pociągnął za sobą zakaz wykonywania zawodu w Niemczech. Ponieważ długoletnie obcowanie z emigrantami z Rosji przekonało mnie, że nigdy, przenigdy jako emigrantka nie chciałabym wyłącznie z zewnątrz uczestniczyć w losach mojego kraju, odrzuciłam obiecującą ofertę z Ameryki i zajmowałam się, czym tylko można, nawet nielegalnie, w Niemczech – aż w wyniku splotu szczęśliwych okoliczności, do których między innymi należała angielska bomba rzucona na archiwum Izby Teatralnej Rzeszy, pojawiła się możliwość wykonywania zawodu, bo spaliły się tam wszystkie papiery. Lecz w tym czasie na koncertach i w teatrach mogli występować wyłącznie zadeklarowani naziści, inni artyści musieli się zobowiązać do śpiewania dla wojska przynajmniej raz w roku przez trzy miesiące. Tak więc zgłosiłam się do szpitali polowych na najdalej wysuniętym froncie w Rosji. […] Te lazarety znajdowały się w Polsce, Estonii, na Łotwie – najbardziej na północ 2 kilometry od Leningradu – a potem na Ukrainie, nad Morzem Czarnym, Morzem Azowskim – na zmianę było 41 stopni mrozu i pięćdziesięciostopniowy upał. To nieludzkie życie na rosyjskich bagnach i w lasach podczas zimowych mrozów i owe niemal tak samo trudne do zniesienia temperatury na rozległych rosyjskich stepach, rosyjskie niebo i „rosyjska dusza”, całonocne rozmowy, mimo zakazu, z rosyjską ludnością w zapchlonych lepiankach i serdeczna dobroć, z jaką my – i oni z nami – dzieliliśmy się ostatnią kromką chleba, ludzie, którzy nas wysadzali w powietrze jako partyzanci, a jako przyjaciele ostrzegali przed przerwaniem frontu – nigdy nie zrezygnowałabym z doświadczeń owego czasu.

Minęło już prawie pół roku, odkąd Pani tu była, nigdy nie przypuszczałam, że w ogóle tak długo można wytrzymać tę nieznośną tęsknotę, ale człowiek jest widocznie tak skonstruowany, że zdoła wytrzymać wszystko. Nawet wieczne spory rozsądku z sercem, te nieustanne dyskusje między nimi. Rozsądek mówi: Ty głupie serce, co ty sobie właściwie myślisz, kto oddaje serce człowiekowi, który mieszka w Sztokholmie i tam też zostanie na zawsze, co to za brewerie… a głupie serce tylko chichocze przy tym po cichutku… a tymczasem jest Pani w Dalarnie! I spaceruje nad jeziorem Siljan. Ach, szwedzkie pisarki dbają o to, by przy każdej nazwie budziły się dziecinne tęsknoty – i wszystkie życzenia, by z dzikimi gęśmi lecieć do Laponii20.

„Od wczoraj – powiedział premier Finlandii – nie jesteśmy już w stanie wojny z Niemcami”. Do wczoraj w ogóle nie wiedziałam, że prowadziliśmy wojnę z Finlandią! Tak więc mogę spokojnie wybrać się do Laponii. Tym samym pozdrawiam Panią z całego serca.

Pani Li. Hg.

Sztokholm, 26.3.1954

Liebste süsseste Frau Hartung! Jak mogę wyrazić swoją wdzięczność za wszystko, co od Pani dostałam, kwiaty, cudowną książkę o Ernście Reuterze (jest naprawdę cudowna) i Seltsames England, której jeszcze nie byłam w stanie przeczytać poza kilkoma bardzo poruszającymi fragmentami. DZIĘKUJĘ i przede wszystkim – dziękuję za Pani długie, interesujące i bardzo, bardzo serdeczne listy. Powiedziała mi Pani tak wiele o sobie i swoich przemyśleniach i widzę, jak bardzo niezwykłe jest Pani życie. Nie zdawałam sobie za bardzo sprawy, czym była nasza wyprawa do Ostsektor21 tamtego wieczoru, ale już potem, zwłaszcza kiedy opowiedziała mi Pani to wszystko, rozumiem to o wiele lepiej. Niech Bóg ma Panią w swojej opiece, jest Pani więcej niż odważna – jest Pani nieustraszona.

Twierdzi Pani, że nic Pani o mnie nie wie, cóż, nie ma zbyt wiele tego, co warto o mnie wiedzieć. Sądzę, że większość moich przeżyć to doznania wewnętrzne. Gdyby chciała się Pani dowiedzieć czegoś o moim dzieciństwie w Bauernhof22 w Smalandii, mogę wysłać Pani kilka moich książeczek Die Kinder in Bullerby. Nie były jeszcze tłumaczone na niemiecki, jest ich trzy, i Oetinger dostarczy Pani pierwszą z nich tej jesieni. Ale są napisane bardzo prostym językiem i łatwe do czytania i gdyby chciała Pani poczytać szwedzkie książki, to myślę, że mogłaby Pani zacząć właśnie od nich. (Ale och, kiedy znajdzie Pani czas na lekturę, biedna przepracowana dziewczyno). W każdym razie te właśnie moje książki lubię am besten, bardziej niż Pippi i Blomkvista, i Kati. Nie jestem pewna, czy podzieli Pani moją opinię. Ale są one odpowiednie dla każdego małego dziecka, które właśnie zaczyna czytać. Proszę, niech Pani spróbuje być takim dzieckiem!

Mieszkałam w Smalandii do osiemnastego roku życia, uczęszczałam do szkoły w pobliskim małym miasteczku (to właśnie miasteczko z książek o Blomkviście). Potem przeniosłam się do Sztokholmu, nauczyłam się pisania na maszynie oraz stenografii i zostałam kontoristin23 (byłam szczególnie dobra w stenografii, co okazało się później niezwykle przydatne – bo wszystko piszę, stenografując, nawet moje książki). Wcześnie wyszłam za mąż, mój mąż z czasem został dyrektorem w Szwedzkim Związku Motorowym, urodziłam dwoje dzieci, chłopca i dziewczynkę, w czasie wojny przez pięć lat pracowałam w cenzurze korespondencji, do roku 1944. Zaczęłam pisać. W 1952 mój mąż zmarł nagle i choć przez wiele lat miał problemy ze zdrowiem, jego śmierć nadeszła niespodziewanie i była dotkliwym ciosem. Mój syn ożenił się i mam małego wnuczka, teraz ma trzy lata. Moja córka, obecnie 20-latka, mieszka ze mną i studiuje romanistykę w Högskola w Sztokholmie. Mam mieszkanie w centrum Sztokholmu i mały letni dom nad morzem. Kilka godzin dziennie pracuję jako redaktorka w dziale dziecięcym w wydawnictwie, które wydaje moje książki. Mam mnóstwo znajomych – tak jak i Pani – i strasznie dużo na głowie – tak jak i Pani. Jak Pani widzi, moje życie nie kręci się wokół jakichś wielkich spraw, jest tak zwyczajne, że aż trudno w to uwierzyć. Nic zatem dziwnego, że Panią tak nagabywałam, by opowiedziała mi Pani o sobie, kiedy się poznałyśmy. Pani życie to gotowy materiał na powieść. DLACZEGO nie zaśpiewała mi Pani choćby jednej pieśni???? Gdy spotkamy się następnym razem, musi mi Pani coś zaśpiewać. Naprawdę wybiera się Pani do Szwecji? Jeśli to prawda, mam nadzieję, że będziemy miały okazję się spotkać. Bardzo bym była rozczarowana, gdybym była w Anglii podczas Pani pobytu tutaj, nie sądzi Pani?

Wysyłam Pani wycinek z największej szwedzkiej gazety, żeby mogła Pani zobaczyć, co my tutaj także wiemy o Herking24. Ach, chciałabym być w Berlinie, żebyśmy mogły razem obejrzeć ten kabaret!

Mam nadzieję, że wie Pani, jak głęboko jestem wdzięczna za Pani serdeczność oraz za wszystkie upominki!

Tillgivna25 Astrid Lindgren

Berlin, 29.3.1954

Kochana, niech będzie Pani tak miła i przyśle mi the Bullerbüs! Myślę, że bez trudu da się je zrozumieć – dwadzieścia lat temu zaczęłam czytać „Syna służącej”26. (Bo go kochałam, tego wielkiego skandalistę).

A więc wyobrażam sobie, że jestem małym, małym dzieckiem, zaczynającym czytać… i widzę przed sobą czterolatkę, o wiele za małą istotkę, która wszędzie, gdzie tylko się da, taszczy ze sobą grubą, grubą księgę. „To jest MOJA książka” – mówi z dumą, gdy się ją pyta: „Co ty się tak stale plączesz pod nogami z tą książką?”. Ta strasznie ciężka i nieporęczna wielka księga to Biblia przetłumaczona przez Lutra, bardzo stare wydanie. I nikt nie wiedział, że ta czterolatka przez cały dzień czytała (CZYTAŁA) Biblię i swoje ukochane opowieści od dawna znała na pamięć. Bo nie było tam mamy, która zatroszczyłaby się o to małe stworzenie, a liczni starsi bracia, którzy powinni byli bawić się z tym maleństwem, ułatwiali sobie życie – nauczyli żądnego wiedzy malucha czytać i od tej pory mieli spokój. To stworzenie czytało i robi to do tej pory. Nie ma dnia, który by nie miał swojej książki, a Pani zapewne się dziwi, jak bardzo tkwię w przeszłości. Nawet u Pani, jak widać, jej szukam!

„Kati w Paryżu” z wielu różnych powodów sprawiła mi radość. Tysiąckrotne dzięki. Ale najbardziej poruszające dla mnie było coś zupełnie nienależącego do rzeczy. Jak, na miłość boską, wymyśliła Pani Chevreuse? Ljuvliga Chevreusedalen!27 Chevreuse to światopogląd…

Paryż pod Chevreuse, tak nazywaliśmy małe miasteczko nad Sekwaną, gdy o szóstej rano szliśmy przez wilgotne łany zbóż do wczesnego pociągu do Paryża. […] Może Pani oczywiście zapytać, skąd się wzięłam w Chevreuse, Seine-et-Oise, i co w tym szczególnego. Ale to historia wymagająca więcej czasu, Chevreuse bowiem pojawia się dokładnie między Münster w Westfalii a Berlinem, dokładnie rzecz biorąc, na końcu rozmarzonej młodości i na początku powagi życia! Czy nie ma już Pani dość moich stories? Nigdy się nie skończą, przecież żyję już o wiele za długo i do końca życia mogłabym opowiadać, co było dawniej.

Münster, przecież Pani się tego uczyła w szkole, miało zaszczyt zakończyć wojnę trzydziestoletnią, a ponadto wątpliwą przyjemność wydania mnie na świat. Poza tym jest to najpiękniejsze średniowieczne miasteczko w Niemczech, mimo Würzburga i Rothenburga, i Lubeki itd. I pewnego dnia zostawiłam w nim moje dzieciństwo, nie przypuszczając, że nigdy więcej nie zobaczę tego miasta. Gdy ponownie tam przyjechałam, w 1951 roku, dokładnie dwadzieścia pięć lat później, odnalazłam tylko pusty teren, chaotyczne pole nie do poznania, z górami kamieni, zarośnięte brzozami i pokrzywami. […]

Ale w roku 1926, gdy to wszystko w Münster jeszcze stało, byłam głęboko nieszczęśliwa, tak bardzo, jak się jest tylko raz w życiu, gdy po raz pierwszy cierpi się z miłości, i postanowiłam wyjechać z tego miasta, które oglądało moje nieszczęście. Tyle że jeszcze nie wiedziałam dokąd. No i spotykam na ulicy przyjaciela, takiego kochanego, starszego przyjaciela, wypłakuję przed nim moje cierpienie, a on mówi: „Jesteś przecież pacyfistką, jedź ze mną do Paryża”, to znaczy najpierw na wędrówkę przez północną Francję (oczywiście przez pola bitew, tak się wtedy jeździło z pacyfistami z Francji). „Spotkamy się w przyszłym tygodniu na granicy”. To dobra propozycja dla mojego zranionego serca. Wprawdzie nie byłam pacyfistką, ale na pewno chciałam pokoju, z moich starszych braci czterech poległo na wojnie, nie mogłam w ogóle myśleć inaczej niż tylko „pokój”.

I wkrótce potem wędrowałam wzdłuż Mozy, a Francuzi bardzo mi się spodobali. Przede wszystkim jeden, z Normandii, mądry i piękny, i w ogóle nie francuski, potem, tak mi się wydaje, został przywódcą wszystkich francuskich pacyfistów albo kimś w tym rodzaju […] on też uważał mnie za mądrą i piękną, i w ogóle nie niemiecką i jako najwyższą pochwałę wygłaszał zawsze: O, jak moja żona się ucieszy, gdy cię przyprowadzę do Chevreuse! […] Potem spędziłam tam całe lato, studiowałam w Paryżu, jeździłam w to miejsce trzy razy w tygodniu i pilnie pracowałam lub wręcz mieszkałam w Luwrze. Ale Francuzi jeszcze częściej „zabierali mnie z sobą”. Słyszałam to zdanie zawsze, gdy tylko kogoś poznawałam, po krótkim czasie padały słowa: O, muszę cię zabrać do Maillola28. Lub: O, il faut te voir Romain Rolland29. I tak też to było. Trudno sobie wyobrazić, jakimi ludożercami są ci Francuzi, zwłaszcza jeśli chodzi o dziewczynę, która ma 20 lat i wszystkim się zachwyca.

Lecz na dłużą metę wszelkie znajomości wiązały ze sobą tylko nas, więc postanowiłam wyruszyć w świat, w którym panuje chłodna, trzeźwa atmosfera. W ten sposób znalazłam się w Berlinie. Lecz Joy i Jacques pozostali moimi najmilszymi przyjaciółmi i gdy w 1933 ten straszny Hitler zapanował nad nami i byłam całkiem zrozpaczona wszystkim, co się może wydarzyć, powinnam była ponownie pojechać do Chevreuse. Jednak wybrałam Londyn. A w 1942 r. udało mi się mimo koszmarnych trudności przenieść do Paryża, ponieważ wiedziałam, że wojna przeszła też przez Chevreuse, dom został sprzedany, mieszkanie w Paryżu opuszczone – tak ta przeklęta wojna mści się na pacyfistach: człowiek nie wie, czy przyjaciele żyją, nie wie gdzie i jak, i nagle ktoś w Sztokholmie pisze o Chevreuse, niedużo, ale wystarczająco, by ożywić przeszłość.

Jasne, że jadę do Szwecji i do Finlandii. Zwróciłam się do automobilklubu o przysłanie mi biletów i tras. Tylko 5000 kilometrów. Niestety tutaj odradzono mi skorzystanie z promu z Travemünde do Trelleborga, co byłoby bardzo wygodne. Podobno pływa nieregularnie i jest byle jaki itp. A więc przypuszczalnie przez całą Danię i z Frederikshavn do Göteborga. Strasznie się cieszę na komary w Laponii i jeszcze bardziej na ruch lewostronny30. To główna przyczyna, dla której ludzie nie chcą jeździć do Szwecji, gdy prowadzą samochód, jeszcze do tego tak jak ja, prawie przez sen. […]

A jak się zastanowić, to powinna Pani znaleźć więcej czasu i przyjechać do Berlina. Kiedy tylko Pani zechce i na jak długo, bardzo Panią proszę, by jako mój drogi i kochany gość pobyła Pani przez jakiś czas z berlińczykami. Może Pani poznać, kogo tylko Pani zechce, kogokolwiek bądź, ale przede wszystkim tutaj mogłaby Pani pracować w całkowitym spokoju, przynajmniej osiem godzin dziennie, przez następne osiem jestem gotowa wszędzie Panią obwozić, pod koniec tego wypadu będzie Pani doskonale mówiła po niemiecku. A jeśli nie potrafi Pani pracować w mieszkaniu, w którym przebywa ktoś inny, jestem gotowa na ten czas wyprowadzić się do mojego malutkiego domku w jeszcze mniejszym ogrodzie, oddalonego stąd o pięć minut drogi, pomieszkuję tam czasami, gdy nie chcę, żeby ktoś mnie złapał telefonicznie albo w jakiś inny sposób. I tak mogłaby Pani rozmyślać do woli. Wprawdzie nie mogę przyrzec, że będę Panią nosiła na rękach, ale mogę złożyć inne obietnice, które mogłyby tę ofertę uczynić kuszącą. Na przykład mogę się zobowiązać, że nigdy, PRZENIGDY nie zobaczy Pani niemiłego wyrazu twarzy, a tym bardziej nigdy nie usłyszy żadnego niemiłego słowa. O ile będzie to tylko w mojej mocy – przynajmniej raz dziennie pójdę z Panią do sektora wschodniego. […]

Teraz powinna Pani jedynie zapowiedzieć swój przyjazd i wszystko zostanie załatwione. Oczywiście jestem też gotowa przyjechać po Panią małym volkswagenem, tyle że to by trwało o wiele dłużej, ale odbiorę Panią tak samo chętnie z Dalagatan jak z lotniska w Berlinie. […]

Proszę przyjąć serdeczne podziękowania za artykuł z „Dagens Nyheter” i nadal być tak kochaną.

Pani

Louise Hartung

Berlin, 2.4.1954

Najdroższa Pani Lindgren, czy potrafi Pani sobie wyobrazić z tak daleka, ile radości mogą sprawić trzy małe książki dla dzieci? […] Wczoraj wieczorem czytałam „Dzieci z Bullerbyn”31, a dzisiaj, jako że umyślnie nie poszłam do Amt, ponieważ na jutro mam przygotować artykuł do „Soziale Arbeit” na temat ustawy o tandecie i brudach, nie napisałam ani słowa, bo wolałam czytać „Wesoło”32. Trzecia książka jeszcze czeka. Całe szczęście, że nie napisała Pani setek książek, bo bardzo czarno widziałabym swoją pracę! […]

Gdybym tylko umiała znaleźć słowa, które potrafiłyby przekazać Pani moją niewypowiedzianą radość. Z Pani książek, z Pani, ze wszystkiego. Nie potrafię robić nic innego, jak tylko czekać, żeby Oetinger wydał je w naszym skomplikowanym języku i zadbał o to, by każde dziecko w Berlinie czytało Pani książki. Po głębokim zastanowieniu z użyciem upartej westfalskiej głowy wystartowałam w tym celu z szeroko zakrojonymi przedsięwzięciami, które za parę lat przyniosą efekty, jednak nie będę Pani o tym opowiadała. Nie lubię, gdy Pani dziękuje za coś, co jest dla mnie zrozumiałe samo przez się i gdy może Pani poczuć się choćby w najmniejszym stopniu zobowiązana, podczas gdy ja nie robię nic innego, jak tylko wypełniam swoje obowiązki. […]

Zaczęło się od tego, że ku własnemu zdumieniu sprowokowałam awanturę z panią Kay, gdy ta po przeczytaniu Pippi nagle przestała mieć ochotę na zaproszenie Pani do nas i żebyśmy jako Hauptjugendamt zalecili tę książkę jako lekturę dla dzieci. Byłam bardzo zdecydowana poprosić Reutera, który wówczas był jeszcze szefem Hauptjugendamt, o przeniesienie ze względu na moje przekonania.

W obliczu tak zdecydowanej postawy pani Kay oczywiście ustąpiła i potem tego nie żałowała. Przeciwnie. Sama Pani tego doświadczyła. Później tak się to potoczyło, jakby wszystko, co choćby w najmniejszym stopniu ma związek z Panią, wymagało mojej decyzji. Ilse Obrig, czytając w radiu „Pelle przeprowadza się do Wygódki”33, zmieniła w tekście parę miejsc. Nie były to żadne istotne zmiany, ale ponieważ mam wprost niezawodną pamięć, natychmiast zauważyłam, że Pelle nie powiedział jednego ze swoich czarująco pięknych zdań. Kazałam jej się tłumaczyć, dlaczego uzurpuje sobie prawo do zmieniania doskonałych opowieści na własną rękę, bez zgody autora czy też wydawcy. […]

Później doszło do kilku gwałtownych napaści ze strony katolickiej na ochronę młodzieży i kabaret młodzieżowy, „Petrusblatt”34 (!) uznał, że spożytkowałam pieniądze publiczne na „bluźnienie przeciwko Bogu”, no a gdy skończyła się ta bitwa, ponownie umieściłam w programie film „Detektyw Blomkvist”, nie przypuszczając, że wyniknie z tego dyskusja. Nie uważałam, by ten film miał wielkie znaczenie, ale był czymś radosnym, co bez zastrzeżeń i z całkowitym poparciem wszędzie moglibyśmy polecać. Tyle że owi „eksperci od spraw dzieci” uznali ponownie scenę z przestraszonymi dziećmi w lochu za coś zbyt przerażającego dla serduszek małych czytelników i dodatkowo, że dzieci wspólnie z policją ścigają przestępców, co się wiąże ze strzelaniem. Zapytałam, jakie niebezpieczeństwo z tego wynika, czy mamy się obawiać, że dzieci będą zatrzymywały każdy wóz policyjny i prosiły: „Wujku, zabierz mnie ze sobą na pościg za przestępcą”, i czy z życia najmłodszych chcą wygnać słowo „strach” i uczucie strachu. Następnie znów nawiązali do ustawy o ochronie młodzieży i że wiek, w którym młodociani mogą oglądać wszystkie filmy, powinien być podwyższony do lat 18. […] W końcu poszłam do domu i myślę, że wtedy oni doszli do porozumienia. Ale zadumałam się i rozmyślając o tym wszystkim, uznałam, że ta znienawidzona przeze mnie ustawa, której wprowadzenie zlecił mi Reuter, zdążyła już naruszyć moje własne jestestwo […] Wyciągnęłam z tego wnioski i poprosiłam senatora do spraw personalnych, by uwzględnił mnie przy okazji najbliższego czekającego na obsadzenie stanowiska u senatora do spraw kultury i pozwolił mi odejść z Jugendamt. W odpowiedzi usłyszałam, żebym przez cztery tygodnie przemyślała, co zamierzam robić, ale sądzę, że nie wytrzymam po wieczne czasy presji zlecanej mi pracy, nikt nie jest wiekuiście silniejszy niż jego otoczenie.

Ten i wiele innych wewnętrznych sporów wywołany został po części przez opis w „Kati w Ameryce”35 (kwestia Murzynów)36, który przypomniał mi moje własne stanowisko wobec tego problemu, a później i kwestię Żydów. Z tym że wszystkie te sprawy można omówić tylko ustnie, wspominam o nich, by Pani na małym przykładzie zademonstrować potęgę ducha, skutki, jakie mogą wywierać Pani książki. Powracając do tego, dlaczego spotkanie z Panią, z Pani twórczością, uważam za tak wielkie szczęście: ponieważ to wszystko przywiodło mnie z powrotem do mnie samej i zmusiło do rozprawy z samą sobą.

Proszę powiedzieć, jeśli wyznania tego rodzaju to za dużo dla Pani, potrafię sobie wyobrazić, że mogą one stanowić ciężar, a tego bym sobie nie życzyła, byłaby to niewdzięczność wobec Pani. Być może brzmi to tak, jak jest napisane, trochę przesadnie, ponieważ jedno nakłada się na drugie. Lecz wokół tego toczy się również całe życie z wieloma dziwnymi i radosnymi wydarzeniami. Sama Pani wie, że jestem człowiekiem o bardzo pogodnym usposobieniu, który nie denerwuje otoczenia swoimi „wewnętrznymi kłopotami”. I dlatego tu zakończę i zabiorę się do czytania „Więcej o dzieciach z Bullerbyn”37.

Najserdeczniej

Louise Hartung

Sztokholm, bez daty, Wielki Czwartek 1954

Kochana, droga, miła, teraz zamierzam pisać po szwedzku. Dlaczego mam pisać po angielsku do kogoś, kto potrafi czytać „Syna służącej” w oryginale? Ale w jakimkolwiek języku bym pisała, nie potrafię w wystarczającym stopniu wyrazić mojej wdzięczności za wszystkie dary, którymi mnie Pani obsypuje. Listy dostałam, długie, bogate w treści i zachwycające, kwiaty dostałam, cudowne białe goździki i jeszcze cudowniejsze herbaciane róże, i śliczne wiosenne kwiatki z Pani ogrodu, i perfumy dostałam, takie wspaniałe, droga, kochana, to absolutnie za wiele. Pani jest rzeczywiście aktywna we wszystkim, co Pani robi, nadzwyczajna pod każdym względem. Chciałabym znać Panią, kiedy miała Pani cztery lata i wszędzie taszczyła ze sobą tę Biblię. Tysiączne dzięki za cudowny opis Chevreuse i dzięki za liścik, który leżał w środku, a który, podejrzewam, jest do zwrotu.

Jak to się stało, że napisałam o dolinie Chevreuse? Kiedy byłam we Francji w 1950 roku, jak żenił się mój syn, weselny obiad jedliśmy dokładnie tak, jak jest w Kati, w małej restauracji w dolinie Chevreuse, i zanim przygotowano obiad, spacerowaliśmy po niezwykle pięknej kwitnącej łące, której nigdy nie zapomnę. Ciekawa jestem, czy to jest dokładnie to samo miejsce, gdzie Pani była w Chevreuse. I czy kiedyś dowie się Pani, gdzie są teraz Joy i Jacques? Pani stanowczo powinna pisać pamiętniki, pisze Pani tak dobrze, tak żywo i ma Pani tyle do opowiedzenia. Pani oceny są tak trafne i potrafi Pani wyrazić dokładnie to, co Pani ma na myśli. Rozumiem, że Pani jest „solą ziemi” w Hauptjugendamt i gdyby Pani odeszła stamtąd na inną posadę, to moim zdaniem trzeba by litować się nad berlińską młodzieżą – bo znalazłaby się pod opieką jedynie pani Kay, a więc nie byłoby biedakom pewnie zbyt wesoło. […]

Jak się cieszę, że podobają się Pani „Dzieci z Bullerbyn”. Bardzo lubię, gdy dzieli się Pani ze mną swoimi spostrzeżeniami, bo Pani zawsze mówi wprost, co uważa za dobre i za mniej dobre. Dlatego odważam się wierzyć w to, co Pani mówi – szczególnie dlatego, że w tak rozumny sposób potrafi Pani wszystko wyłożyć. Boże, jakież zdania ja piszę, jak źle sformułowane!

Czy jest Pani nadal zdrowa i czynna? Ja czuję się wyjątkowo zmęczona tej tzw. wiosny, nie kończę zaczętych prac, nie próbuję niczego planować, nie odpowiadam na listy, nie mam siły kupować żadnych ubrań. Nie jestem chora i nie jestem zdrowa.

Proszę mi opowiedzieć więcej stories z Pani życia! Dla mnie są fascynujące, moim zdaniem przeżyła Pani tak dużo w tak wielu różnych środowiskach, a ja żyłam tu, w Szwecji, tak potulnie i przeżyłam tak mało. Ten wycinek znalazłam przed kilkoma dniami w „Dagens Nyheter” i posyłam go z nadzieją, że usłyszę jakąś nową historię.

Jutro Wielkanoc, a pogoda tu okropna, ani śladu wiosny. Mimo to biorę dzieci i wnuki i jadę z nimi na Furusund na trochę…

Zapomniałam podziękować za elegancki plan Berlina, mam nadzieję, że nadarzy mi się okazja, bym mogła z niego czasem skorzystać, a może kiedyś dostanę nowy – bez granic stref.

No tak, znów wracam do punktu wyjścia – jak mogłabym Pani podziękować? Róże od Pani stoją tu i są zachwycające. Za godzinę wychodzę na kolację – owiana lekkim obłokiem Arpège38. Tak, Pani naprawdę jest rozrzutna, zarówno jeśli chodzi o siebie samą, jak i o dary. Powinna Pani być trochę bardziej oszczędna, ja nie jestem warta tego wszystkiego.

Mam głęboką nadzieję, że jeśli przyjedzie Pani latem do Szwecji, będziemy mogły się spotkać, przynajmniej na trochę. Z różnych przyczyn moje plany na lato jeszcze nie są dokładnie ustalone, mam na myśli daty i tym podobne. W pewnym stopniu zależą od mojej pracy w wydawnictwie. Zwykle jestem wolna całe lato, ale w tym roku trochę spraw koliduje ze sobą. Życzę Pani wszystkiego dobrego! Na początek wesołych Świąt Wielkanocnych i PIĘKNEJ POGODY!

Jeszcze raz dziękuję!

Oddana

Astrid Lindgren

Berlin, bez daty, kwiecień 1954

Od lodu już wolne rzeki, strumienie,

Wiosny obudził ożywczy je wzrok

W dolinach się szczęścia nadzieja zieleni,

A stara zima, już czując zmęczenie,

Na górski, nagi schroniła się stok.39

Te wersy jako data, z czego od razu widać, że jest Wielkanoc i że ja niczym dobra Niemka wyciągam z tornistra „mojego Fausta”, gdyż nadeszła na niego pora! Ale proszę się nie obawiać, że stale będę cytowała Goethego, od dawna mam go we krwi, niemiecki bez jego języka jest dla mnie w ogóle nie do pomyślenia. Dawniej mawiałam, że gdybym nie potrafiła czytać po niemiecku, tobym się tego nauczyła, choćby tylko po to, by móc poczuć jego język, bo cała moja miłość to „Tasso”, „Zmyślenie i prawda”, „Podróż włoska” i jego wiersze.