Wydawca: Filip Dąb-Mirowski Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 52 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ja, powstaniec. - Filip Dab-Mirowski

Warszawa, koniec lata 1944 roku. Upadające powstanie. Na powierzchni, szaleją płomienie i spadają bomby, dlatego tylko zimny chłód kanałów daje jakiekolwiek szanse na przetrwanie. Władek, dowódca bezimiennego oddziału, za wszelką cenę stara się przeprowadzić swoich ludzi w bezpieczne okolice wolnego Śródmieścia. Jednak wróg, to nie tylko karabiny w górze, to też demony wewnątrz. Miasto ich osądzi.

 

Co jest gorsze, tragedia umierającego miasta i jego mieszkańców, czy świadomość, że przyłożyło się do tego rękę? Gorycz porażki, czy atawistyczna chęć przetrwania za wszelką cenę? Jedynym wyjściem z ognistej pułapki są miejskie kanały, w których mroku łatwo odejść od zmysłów...

"Ja, powstaniec" - jest krótką i osobistą wyprawą do Warszawy roku 1944, dogorywającej w ostatnich tygodniach powstania. Opowiada historię Władka, dowódcy bezimiennego oddziału, który wbrew wszystkiemu próbuje przeprowadzić swoich ludzi przez nieskończony labirynt warszawskich kanałów. Walczy nie tylko z wrogiem i przeciwnościami losu, ale być może przede wszystkim, z samym sobą.

Opowiadanie nie jest aktem oskarżenia wobec niewątpliwie jednego z najbardziej bohaterskich, ale też najbardziej tragicznych zrywów narodowych w dziejach Polski. Nie jest też jednak pochwalnym pamfletem. Być może mógłby się zdarzyć cud, który zmienił by losy tamtej bitwy. A może tylko jednego istnienia? Cokolwiek mogło się wtedy zdarzyć, miało swoją cenę.

Nie wszystko jest do końca takie jak się zdaje i czasem trudno odróżnić fantasmagorię od rzeczywistości. Niezależnie jednak od uczynków ludzi, Polaków czy Niemców, miasto to było świadkiem wielu bitew i wielu tragedii, a kryjąca się w nim pradawna siła nie ma litości dla sprawców cierpienia...

Opinie o ebooku Ja, powstaniec. - Filip Dab-Mirowski

Fragment ebooka Ja, powstaniec. - Filip Dab-Mirowski

„Ja, powstaniec.”

Autor: Filip Dąb-Mirowski

Wydanie II poprawione

Copyright © 2014, 2015 by Filip Dąb-Mirowski

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części niniejszej publikacji jest zabronione bez pisemnej zgody autora.

opracowanie graficzne Filip Dąb-Mirowski

korekta Marta Staniszewska

This ebook is licensed for your personal enjoyment only. This ebook may not be re-sold or given away to other people. If you would like to share this book with another person, please purchase an additional copy for each recipient. If you’re reading this book and did not purchase it, or it was not purchased for your use only, then please return to Smashwords.com and purchase your own copy. Thank you for respecting the hard work of this author.

ISBN 978-83-934256-2-4

Ocknął się, gwałtownie i niespodziewanie. Jak gdyby wynurzył się z morskich głębin, nawet podobnie zachłysnął się powietrzem. Serce waliło mu jak oszalałe i przez chwilę zbierał myśli, próbując odegnać sen. Rozejrzał się nieprzytomnie po stojących wkoło, zajętych sobą ludziach, a potem popatrzył w niebieskie niebo i przymknął oczy pozwalając kojącym, ciepłym promieniom uspokoić skołatane nerwy. Musiał na chwilę odpłynąć, ot tak po prostu ze zmęczenia. Na stojąco. Nie on pierwszy.

Nie pamiętał co mu się śniło, chociaż na pewno nic przyjemnego. Ale im dłużej wyciągał twarz ku niebu, tym czuł się lepiej, a duszne wspomnienie koszmaru, bezpowrotnie uleciało z jego pamięci. Spojrzał dookoła, tym razem już zupełnie trzeźwo. Wąska brukowana ulica, usłana kawałkami szkła i gruzu, a w jednym miejscu na wpół przegrodzona rumowiskiem po zwalonym froncie kamienicy. Zresztą pozostałe budynki nie wyglądały lepiej. Jak martwe, wypalone czaszki, bezszybe ślepia okien i zdarte skóry tynków, okaleczone jak ciała ich mieszkańców, których już tyle widział. Zbyt wiele. Popatrzył na odległy o kilka metrów właz kanalizacyjny.

Nie podobał mu się ten pomysł. Wiedział to od momentu, w którym spojrzał w ziejącą czernią czeluść. Bał się jak cholera. Tutaj stali w pięknym letnim słońcu, ale tam czekał tylko tchnący chłodem mrok. Starł kroplę potu z czoła. Zdjął szwabski hełm i przeczesał ręką tłuste włosy. Kiedy ostatnio mył głowę? Chyba w drugim tygodniu, jak ich odesłali na dwa dni na tyły. Teraz szkoda było wody na takie rzeczy. Byle starczyło jej do picia. Splunął pod nogi i wtarł plwocinę podeszwą w pokrywający ulicę pył.

Nie on jeden miał pietra. Gdzie się obrócił, widział wystraszone twarze. Niekończąca się kolejka obdartych powstańców i stojący obok mieszkańcy. Ich pełen pretensji wzrok. Nieznośne milczenie. Porządkowi wpuszczali tylko grupy z przepustkami albo przewodnikiem. Co na jedno wychodziło. Cywile mieli małe szanse. Niewielka grupa poszła w pierwszym rzucie. Nikt ich nie pytał o zdanie, kiedy to się zaczęło i tym bardziej teraz, gdy teraz upadała ich kochana Starówka.

Jedni bali się ciemności tam na dole, drudzy nadchodzącej nocy, gdy nikt ich już nie obroni.

Gdzieś w oddali gruchnęła eksplozja. Ziemia zadrżała pod stopami i wszyscy odruchowo się skulili. Spojrzał w niebo, ale poza dymem z pożarów nie widział niczego niepokojącego. Nigdzie samolotów. O tyle dobrze. Wolał nie myśleć, co zrobią z tymi biedakami Niemcy po zajęciu dzielnicy. Zagłuszał poczucie winy, jak mógł. Wmawiał sobie, że jakoś sobie poradzą.

- Przecież te bydlaki nie zrobią tu drugiej Woli. A może? Niech spróbują, to nie będę brał żadnych jeńców, chłopakom też zabronię. Jeszcze im dokopiemy. A rozkaz, to rozkaz. - myśli goniły jedna drugą.

Słyszał za sobą zmęczone głosy swoich ludzi. Głupie żarty. Przekomarzanie się chłopaków. Niewinny flirt z łączniczkami. Wiedział, że co i rusz zerkali na niego nerwowo. Patrzyli na swojego dowódcę w poszukiwaniu... - czego właściwie? Może zapewnienia, że wszystko będzie dobrze.

- Bzdura.

Gdzieś, sto czy dwieście metrów dalej, doszło do krótkiej strzelaniny.

- Znowu podchodzą pod barykady? Żebyśmy chociaż dali radę wejść.

Na razie przechodzili ranni. Później miały iść uzbrojone oddziały. Stojący przy włazie kapitan był w tej materii bezwzględny, więc cierpliwie czekali na swoją kolej. Może zdążą, zanim na głowę posypią się bomby. Przynajmniej nie byli w tylnej straży. Odrzucił ponure rozważania i zmusił się do uśmiechu. Położył hełm na ziemi i oparł na nim stopę.

Demonstracyjnie, niby od niechcenia wyciągnął z kieszeni na piersi zielono-czerwoną paczkę Lucky Strike. Puknął nią o dłoń, wysuwając pojedynczego papierosa. Wyciągnął go ustami.

- Zostało w was jeszcze trochę ognia, chłopaki? – zażartował, odwracając się do nich. Niemrawy pomruk aprobaty. Ktoś rzucił „jasne”, inny jeszcze bąknął „pewno”, a reszta tylko pokiwała w zmęczeniu głowami. Stojący obok Edzio podał dowódcy ogień, z wprawą jednym ruchem odpalając metalową zapalniczkę.

- Dzięki, Szpaczku. - wziął głęboki wdech, po czym klepnął chłopaka w ramię.

– Piękna amerykańska zabawka. Chociaż chyba za młody jesteś na palenie, co? Może mi ją oddasz?

- dodał nieco głośniej i puścił oko do reszty. Roześmiali się. Szpak nie dał się zbić z pantałyku.

- Za młody to byłem przed powstaniem, panie poruczniku. - odparł twardo, ale bez śladu wrogości.

- To prawda. Zuch jesteś. Jeszcze im pokażemy.- wolno wypuścił dym z płuc. Pokiwał głową, wypluwając drobinki tytoniu. Chłopak odwrócił się do kolegów, którzy poklepali go po plecach i poczochrali kasztanową czuprynę loków.

Wszyscy byli z niego dumni. Raptem szesnaście lat, najmłodszy w oddziale, a dwa dni temu sam spalił niemiecki czołg, a drugi uszkodził. Wystąpił dla niego o odznaczenie, ale zarządzona ewakuacja wstrzymała obieg dokumentów. Patrzył tak, ćmiąc papierosa, na stojących w kolejce i rozmyślał. Trochę zeszło z nich napięcie. To dobrze.

Ktoś popukał go w ramię. Chciał się odwrócić ale nagle cały świat rozpłynął się przed nim, jak gdyby cały był teatrem, a ktoś ukryty za kulisami rozsunął skrywającą mrok kurtynę. Zrobił krok i nagle zapadł się w nim cały.

***

Obudził się z głośnym westchnieniem. Powoli wracał do rzeczywistości. Coś mu się chyba śniło, nie pamiętał dokładnie ale chyba coś przyjemnego. Odwrotnie niż w rzeczywistości. Było chłodno i wilgotno. Lepka kropla spadła mu na policzek. Starł ją z obrzydzeniem. Ciemność i przeraźliwy odór. Ten pieprzony kanał.

- Władek... ja... dłużej nie wytrzymam – wysapał mu do ucha Staszek.

Słaniał się na nogach, a teraz kurczowo zaciskał palce na ramieniu idącego przodem brata. Zignorował go. Młody jęczał tak już dłuższy czas. Dopóki mruczał pod nosem, nie trzeba było mu przeszkadzać. Każdy radzi sobie na swój sposób. Jedni się modlą, inni złorzeczą. Byle się nie załamać. Nie oszaleć. To było najważniejsze. Ze wszystkim innym mogli sobie poradzić. Przystanął na chwilę by złapać oddech.

Gdzieś dalej i wyżej nastąpiła eksplozja. Głuchy, dudniący odgłos spadających bomb. Podziemia zamruczały od przetaczających się nad nimi wstrząsów. Woda zafalowała, a Staszek zaskomlał cicho.

- No już, już. Będzie dobrze. Przeprowadziłem nas już dwa razy, przeprowadzę i trzeci. - powiedział to nie tylko po to, by go pocieszyć. Chciał też dodać otuchy samemu sobie. Poprawił kaburę z pistoletem, która uparcie przekręcała się do przodu. Rozmasował biodro i ruszył przed siebie.

Znowu zadudniły bomby. Zaprawa sypała im się na głowy, oprószyła włosy. Czuł jej smak na języku. Drobne kawałki ugrzęzły w skołtunionych włosach. Hełm zostawił przed zejściem. Tak robili wszyscy. Tylko zawadzał. Gdyby wyrżnął nim w mur, echo poniosłoby się hen daleko korytarzami. Teraz trochę za nim tęsknił. Tak jakby kawałek blachy na głowie mógł powstrzymać tony ziemi i gruzu jeśli to wszystko się zawali.

- Daj już spokój. - skarcił się.

Kanonada cichła. Bomby, a może pociski artyleryjskie spadały już znacznie dalej. Może ostrzeliwali Śródmieście? - targał nim niepokój. Z Woli czy Pragi? A Niemcy trzymali jeszcze tamten brzeg? - przebiegło mu przez myśl – Bez znaczenia, jeden czort. Ze Starówki do Śródmieścia, stamtąd na Mokotów, a teraz z powrotem. Cholera by to. Tracił poczucie czasu i orientację w terenie. Dni, wydarzenia i miejsca zlewały się w jedno. Czuł się jak w malignie i może faktycznie w końcu czymś się zaraził od tego ciągłego babrania się w gównie. A może to tylko zmęczenie?

Szli kanałami, sam już nie wiedział, ile godzin. Poranionymi palcami dotykał wyłożonych cegłą ścian, szeroko rozpościerając ręce. Mógł przecież przeoczyć jakieś rozwidlenie i nawet by o tym nie wiedział. Polegał tylko na swojej intuicji. Tę część kanałów znał słabo. Nie miał żadnego źródła światła, więc nie mógł zauważyć, a co dopiero odczytać zdobiących ściany napisów i malunków. Zakładając, że w ogóle tam były. W tym świecie, stanowiły bezcenne drogowskazy. Nawet gdyby miał jakąś latarkę czy zapalniczkę, bał by się jej używać. Nie wiadomo, kto czaił się z przodu. Z głównej trasy zboczyli już dawno temu, zaraz po tym jak stracili przewodnika. Nie mógł być niczego pewien. Taka to była droga, po omacku.

W porę wyczuł obniżający się sufit i szepnął ostrzeżenie do tyłu. Częściej trzeba było iść jak teraz, w zgarbieniu lub niemal czołgać się na kolanach jak na drodze krzyżowej. Pozycja zupełnie niemożliwa do wytrzymania. Po krótkim czasie kręgosłup i kolana zaczynały palić żywym ogniem. A nie sposób było się wyprostować. Zaklął cicho, kiedy kolejny raz zahaczył plecami o wystającą cegłę. Wysocy jak on, tarli grzbietami po sklepieniu. Stawiał krok za krokiem, krzywo, jak kaczka. Nagle stopa mu odjechała i omal nie wylądował z twarzą w spływających wolno fekaliach. No i to cholerne półokrągłe podłoże, jak we wnętrzu jajka. Stopy ciągle uciekały. Co za męka. Może taka była ich pokuta? Może to za tych zostawionych tam na górze?

Już dwa razy przeciskali się podobnymi, sięgającymi mu nieco wyżej pasa korytarzami. Szerokimi na jedną i to raczej szczupłą osobę. Przynajmniej szczelina była nieco szersza, niż ta sprzed kilku godzin, kiedy trasę zagracał zrzucony z góry złom obwieszony pułapkami z granatów.

Padł wtedy na ziemię i modlił się, po pierwsze żeby to kołyszące się cholerstwo nie wybuchło, a po drugie, żeby czarna breja, którą umownie nazywał w myślach „wodą” nie wlała się do nosa i ust. Udało się tylko to pierwsze. Wymiotował tak długo, aż żołądek zwinął się w ciasny, bolący kłębek.

No i ten smród. Dzięki Bogu, w kanałach dość szybko traciło się powonienie. Dopiero, kiedy z mijanych kratek odpływowych docierało świeże powietrze, człowiek znowu czuł, że ma nos. Ze smrodem mógł jeszcze wytrzymać, ale zaczynało robić się duszno. A może tylko popadał w obłęd? Czy jednak dusił się z braku tlenu? Zakręciło mu się w głowie. Zachwiał się, a przed oczami zatańczyły mu ognikami kolory tęczy.

***

Czuł, że spada, a wtedy kobiece dłonie złapały go za klapy kurtki przyciągając mocno do siebie. Zamrugał, próbując zogniskować wzrok. Znowu upalne lato, ale tym razem czerwone od zachodzącego słońca, a może otaczających ich płomieni dogorywającego miasta. Wpatrzone w niego zielone oczy. Pełne rozpaczy, nadziei. Okrągła twarz, potargane i skołtunione od popiołów rudawe włosy. Niewiele starsza od niego, może trzydziestoletnia. Wyschnięte z pragnienia usta, którymi poruszała jakby szeptała modlitwę. Odsunął jej ręce, ale padła na kolana i, szlochając, zaczęła ciągnąć za nogawki. - Proszę – błagała przez łzy.

- Nie mogę... nie rozumiesz... - wysapał przerażony.

- Weź chociaż jego... proszę. - nie poddawała się. Chciał się wyrwać ale nie puszczała – Zostaw... puść... puszczaj! - krzyknął, cofając się.

***

Wpadł plecami na Staszka, który zajęczał. Zaraz za nim rozległo się kilka innych zaskoczonych głosów. Majaki zniknęły, zastąpione ponurym obrazem kanału.

- Nic, w porządku... po prostu się potknąłem. – rzucił w tył. Dobrze, że nie mogli zobaczyć jego przerażonej twarzy.

- To tylko halucynacje. Weź się w garść, nikogo przed Tobą nie ma. - napominał się.

Cały drżał ale zmusił się do zrobienia kroku, a po nim kolejnego. Chwilę trwało nim odzyskał rytm marszu.

Ręka nagle wpadła w pustkę. Zawahał się. Korytarz rozwidlał się, a to oznaczało dwie rzeczy. Po pierwsze, już kilka razy musieli się cofnąć, bo kanał nagle się skończył, albo przejście było zawalone. Po drugie, jeśli dało się przejść, to zazwyczaj w bliskiej odległości od krzyżówki znajdowała się drabinka z wyjściem na powierzchnię. Każdy taki właz stanowił utęsknione źródło światła i świeżego powietrza. Mógł też oznaczać wolność. Najczęściej jednak, stanowił śmiertelną pułapkę. Niemcy cierpliwie czekali, tam na górze. Zaczajeni, z „tłuczkami” w dłoniach. Raz, jakiś skurwiel, wrzucił przez kratkę odpływową karbid. Całą masę. Skąd go wziął? Chemik pieprzony. Odczekał i kiedy usłyszał, że ktoś się zbliża wrzucił zapalone łuczywo. Efekt był bardzo podobny do tego, co robił granat. Zwłaszcza na tak małej i zamkniętej powierzchni. Tak stracili przewodnika, nie było co zbierać. No i ten huk, rezonujący w głowie długo później. Fakt, że w wąskim korytarzu wszystkie odłamki przyjmował na siebie pierwszy w kolumnie. Reszcie zwyczajnie pękały bębenki od huku. O tyle dobrze. Nie podpalone opary, zalegały w kanałach i truły. Ludzie umierali w męczarniach.

- Jezusie, Mario... nie dam rady... - zajęczał znowu Staszek, tym razem głośniej.

- Szeregowy, weźcie się w garść, bo was tu, kurwa, zostawię! - burknął przez ramię Władek.

Korytarz był w tym miejscu tak wąski, że nawet nie mógł się odwrócić. Oczywiście, nigdy nie spełniłby tej groźby, nie zostawiłby brata, to jasne. Władek był starszy o kilka lat, w dodatku, także wyższej szarży. Trochę ojcowskiej dyscypliny zajmie na chwilę fiksującego szczeniaka. Sam przecież ledwie trzymał się kupy. Wszyscy byli na skraju załamania nerwowego. A takie głośne lamentowanie mogło zdradzić ich obecność. No i nie pozwalało mu się skupić. A musiał wybrać korytarz, w który mieli skręcić. Odwrócił się w lewo i zrobił kilka kroków.

Błądząc dłonią w ciemnościach natrafił na coś lepkiego, aż targnęło nim obrzydzenie. Wytarł tylko palce o spodnie, nawet nie sprawdzając. Ściany oklejone były szlamem, a ocierali się o nie tak, że nie sposób było zachować choćby skrawka garderoby w czystości. Jednak tylko poprzez dotyk, można było w ciemnościach poznać, którędy wiodły szlaki komunikacyjne. W tych uczęszczanych, korytarze miały wytarte przez przechodzących ludzi ściany.

Cofnął się do rozwidlenia i poprowadził ich prawą odnogą. Zrobiło się trochę szerzej. Nadepnął na porzuconą broń, a może tylko jakieś śmieci. To potwierdzało, że dobrze wybrał, ktoś tędy przechodził.

Szli tak dłuższy czas, bez słowa. Przed sobą usłyszał plusk i zmroziło mu krew w żyłach. Po kilku sekundach dobiegły go szczurze piski. Stworzenie przebiegło mu po nodze. Jakiś kobiecy głos zapiszczał panicznie gdzieś za nim.

- Ciii...To nic, tylko jeden, malutki gryzoń. Może też się zgubił. – rzucił ktoś do dziewczyny.

Że też stać go było na żarty. Ciekawe który to? Oczywiście nie mógł się nawet odwrócić, żeby sprawdzić, ale nagle zaświtała mu w głowie niepokojąca myśl. Wydał mu się to dziwne, że szczur przeciskał się między nimi zamiast pójść inną drogą? Nagle nogi obmyła mu zimna woda, a jej poziom szybko się podnosił. Teraz rozumiał i o mało nie krzyknął. Przyspieszył kroku, nie mogli zawrócić. Jedyna nadzieja w tym, że korytarz zaraz się skończy.

- Byle tylko nie zalewali. Boże, uchroń. – błagał w duchu, z sercem w przełyku. Woda zaczęła sięgać powyżej kostek. Czuł, jak narasta w nim nieokiełznana, wręcz zwierzęca panika. Z trudem powstrzymywał się, żeby nie zacząć na oślep biec przed siebie, byle szybciej. W przypływie desperacji spoliczkował się z całej siły.

- Nie myśl. - rozkazał sobie – Rób krok za krokiem. Liczy się tylko kolejny metr.

Mijały długie minuty, woda wzbierała, a oni brnęli dalej w rytmie plusków i rwanych oddechów. Płynące z nurtem śmieci zaczęły obijać im się od kolan. Jakieś puszki albo manierki, ludzie gubili lub zostawiali różnoraki dobytek.

Nigdzie nie napotkali ani drabinek, ani włazów a czasu mieli coraz mniej. Błądził drżącymi dłoniami po ścianach szukając ukrytych gdzieś drzwi, które wypuściły by go z koszmaru. Czuł, jak twarz zaczyna płonąć gorącem, a w głowie szumi. Nie mógł już zebrać myśli. Przypomniało mu się coś z dzieciństwa i parsknął śmiechem. Był jak ta krowa którą zaprowadził kiedyś z ojcem do rzeźnika. Boże, pamięta jej oczy, kiedy poczuła bydlęcą krew i strach, zapach śmierci. Jak wierzgała, jak się targała. Nie spał później całą noc. Teraz wiedział, jak to jest. Czuł całym sobą wszechogarniający strach, którego nie potrafił opanować. I pomyślał, że może oni wszyscy też są tylko takimi bydlętami idącymi na rzeź.

- Weź się w garść! - wysyczał ze złością, prawie płacząc.

Wydawało mu się, że ktoś go zawołał.

***

Odwrócił się, mrużąc lekko oczy w oślepiającym słońcu. To był Staszek, zupełnie inny niż przed chwilą. Jak zawsze uśmiechnięty mimo wzbijających się w niebo snopów dymu czy odległych huków wystrzałów. Obciągnął spiętą pasem wojskową kurtkę, poprawił ją by się nie zaginała. Taki był z niego elegancik.

- Pozwól Władku – zaczął z emfazą - że zaprezentuję naszego wielce szanownego przewodnika, istnego Minosa warszawskich podziemi - pan Heniek Goldman. - przedstawił stojącego obok kędzierzawego jegomościa z lekko siwiejącym wąsem.

Tamten zasalutował nonszalancko, więc równie niedbale oddał honory, a potem w rozbawieniu, uścisnęli sobie dłonie. Pierwszy raz widział „szczura kanałowego”. Dziwne typy. Wszyscy byli stosunkowo niscy. Ten konkretny, przydzielony do jego oddziału miał na sobie krótkie spodenki jak chłopaczyna z gimnazjum. Na ramionach nosił szary, niemiecki płaszcz, a głowę obwiązał szmatami. Buty, o, te stanowiły całkowicie nową jakość. Facet nosił żołnierskie trepy z wyciętymi z przodu noskami. Jego włochate palce wystawały z nich jak z sandałów. Kiedy nimi poruszał, wyglądały jak stado tłustawych myszek w kojcu z dziadowskiego buta. Mało nie parsknął na ten widok. Wiedział, że to tylko pozory. Stojący przed nim był nie byle kim, prawdziwa legenda i mieli wielkie szczęście, że przydzielono im właśnie jego.

- Co tam panie kapralu? Kiedy ruszamy?

-Właśnie po to przychodzę poruczniku. Niech pan zbierze oddział. Zanim zejdziemy na dół, musicie poznać kilka zasad. - miał kresowy akcent. Słowa wypowiadał z zaśpiewem.

- Oddział, do mnie! - zakomenderował, a po chwili cały pluton otoczył ich luźnym kręgiem. Popatrzył na nich, sprawdzając czy są wszyscy. Smarkacze. Wyglądali jak szkolna wycieczka. Mało poważni, jakby cała groza tego co tu robili spływała po nich jak woda po kaczce. Średnia wieku wynosiła może dziewiętnaście lat. Takich jak on, dojrzałych mężczyzn dobijających trzydziestki, mających już rodziny, wśród szeregowych żołnierzy było niewielu. Spojrzał na przewodnika. Spotkali się wzrokiem i tamten kiwnął głową, jakby myślał o tym samym.

- Słuchajcie mnie uważnie, bo od tego wasze życie zależeć będzie – zaczął. Nachylili się, skupieni.

- Wołają mnie Desman. Przed wojną robiłem w kanałach we Lwowie. Ale córkę wydałem za kramarza z Warszawy i tak się złożyło, że we wrześniu byłem tutaj, kiedy urodził im się syn, ale wyjechać już nie daliśmy rady. No bo jak niby? Z bajbuskiem na rękach? Po bombardowanych drogach? No i zostaliśmy. - zrobił pauzę. Spojrzał gdzieś w dół, opuszczając głowę i chwilę pocierał nos wyciągniętym palcem wskazującym. Podjął znowu.

- Od trzech lat, większość życia w kanałach spędzam. Prowadziłem nimi ludzi z getta na aryjską stronę i odwrotnie. Byłem rok temu pod Muranowskim Placem i wyprowadzałem ostańców. Przez wiele dni ściany kanałów były tam ciepłe jak płyty tatowego pieca. – uniósł w górę dłoń, jakby faktycznie dotykał ciepłego sklepienia.

- Dlatego – spojrzał się po wpatrzonych w niego twarzach – to, co wam powiem, ma być bezwzględnie zapamiętane i stosowane. Pojęli?

Zamilkł, zastanawiając się nad czymś. Jego skryte pod pożółkłymi od dymu papierosowego wąsami usta zaciskały się, jakby coś przeżuwał. Czekali cierpliwie. Widać chyba się zdecydował, bo łagodnie i po ojcowsku poradził:

-Kanał to nie piekło. Piekło jest w nas – wskazał na swoją głowę – tutaj – zatoczył ręką wokół wskazując ruiny – a kanał to zbawienie. To droga wyjścia, to szansa na życie. Pamiętajcie o tym, bo to najważniejsza zasada. Pierwsza spośród wielu.

Słowa jeszcze dźwięczały gdy czas się zatrzymał. Nagle wszyscy zamarli, jak owady zatopione w bursztynie. Zerwał się wiatr, który targał ubraniami, a później jednym silnym podmuchem rozwiał ich w szare drobiny popiołów, tak jak się dzieje ze spalonymi książkami.

***

Czuł jeszcze zapach spalenizny, kiedy znalazł się w kanale i tym razem doskonale zapamiętał wizję. Słowa Desmana dodały mu nieco otuchy, jeszcze się nie utopili. Potknął się o coś twardego i omal nie wywrócił. Staszek wpadł mu na plecy. Rozległa się seria głuchych westchnięć i jęków, gdy reszta kolumny wpadała na siebie w całkowitych ciemnościach. Żeby się nie zgubić, każdy zachowywał odległość jednego kroku, trzymał towarzysza za pasek w spodniach, karabin albo rękę. Kto o tym zapomniał, kończył zagubiony w niemożliwym labiryncie warszawskich kanałów. W tym samym momencie korytarz wypełniły stłumione odległością wrzaski i zawodzenia. Słuchali w napięciu. Wydawało się, że krzyki dochodzą gdzieś z dołu, ale może to tylko echo robiło sobie figle ze zmysłów, bo nie dało się rozróżnić głosów. Chwilę wahał się czy je zignorować i pójść dalej, w końcu wody było coraz więcej.

- Halo? Kto tam? Słyszycie nas? – zakrzyknął.

Nie było odpowiedzi poza rezonującym po stokroć echem. Kiedy ucichło, usłyszeli dalsze zawodzenie. Podkomendni szemrali za plecami, ale zignorował ich. Przypadł do ziemi, gorączkowo macając ścianę. Wyczuł niewielką kratkę odpływową mniej więcej na wysokości swoich kolan, trochę powyżej linii wody. Zionęło z niej wilgotnym, smrodliwym powietrzem.

- Gdzie jesteście?! - rzucił w okratowaną dziurę.

Wydawało się, że słyszy dochodzące z niej głosy. Klęknął zanurzając się po pas w wodzie. Przytknął ucho, tak mocno, że poranił się o pordzewiały, chropowaty metal.

- Koszmar... koszmar... – skomlał ktoś po drugiej stronie, teraz był pewien. Otoczył usta dłońmi. - Słyszycie mnie? Trzymajcie się! Znajdziemy was, odwagi!

- Nie ma nadziei. Już zostaniemy. - tchnął mu męski głos, mieszając się z kobiecym płaczem i szeptaną modlitwą.

Usłyszał coś jakby kliknięcie, a po chwili zakuł go huk pojedynczego wystrzału i aż podskoczył. Natychmiast znowu przypadł do niewielkiego otworu, jakby chciał się weń wcisnąć.

– Halo? Nie rób tego! - krzyknął rozpaczliwie.

Padł drugi strzał, a po nim zaległa kompletna cisza i nikt się już nie odzywał po drugiej stronie. Za plecami Staszek roześmiał się histerycznie, krótko. A on klęczał, zupełnie oniemiały, z ręką na kratce. W końcu zebrał w sobie na tyle siły, by pokonać ogarniającą go beznadzieję i rezygnację. Bez słowa ruszył dalej, ciągnąc za sobą oddział.

- Piekło jest w nas – dźwięczało mu w głowie.

Szli dalej w milczeniu. Korytarz skręcił w lewo i znowu. Kanał przechodził w jakiś niski tunel, sięgający mu raptem do pasa, w dodatku zamknięty stalową kratą. Zatrzymał pozostałych zastanawiając się, co mają teraz zrobić. Jak zawrócić? Dokąd? Może mogliby jakoś wyłamać kratę, ale stan wody był na tyle wysoki, że później trzeba by płynąć, może nawet pod wodą. Jak to zrobić z rannymi? Brat znowu jęczał mu nad uchem, nie pozwalając zebrać myśli. Zakręciło mu się w głowie, aż oparł się czołem o zimną ścianę, dysząc ciężko. Gdyby chociaż było czym oddychać, myślał próbując odruchowo poluźnić i tak już rozpięty kołnierz koszuli. Wtedy właśnie poczuł na spoconej ze strachu szyi delikatny powiew. Ledwie muśnięcie. Odwrócił się w tę stronę i zaczął przeszukiwać ścianę, cegła po cegle. Niespodziewanie, trafił dłonią na jakąś metalową płytę przytwierdzoną mniej więcej na wysokości jego klatki piersiowej. Odpiął zawieszoną u pasa kaburę wyciągając swojego zdobycznego Lugera. Zastukał dwa razy kolbą pistoletu w tajemniczą płytę, a głuchy odgłos podpowiedział, że musi to być przejście. Schował broń i rzucił się do poszukiwania uchwytów albo jakiegoś lewara otwierających przejście. Klapa wisiała na dwóch zawiasach, a u dołu znalazł pordzewiałą rączkę. - Jest! - znalazł odnogę. Odpowiedziały mu ożywione głosy za plecami. Pociągnął uchwyt jedną ręką ale pokrywa ani drgnęła, złapał więc oburącz i zaparł się nogami o ścianę. Metal zazgrzytał agonalnie ale klapę udało się uchylić ledwie o kilka centymetrów.

- Dawać bagnet – zażądał odwróciwszy głowę i po chwili miał już w rękach solidny kawałek stali o dwudziestopięcio centymetrowej głowni. Wsadził go w powstałą szczelinę i podważył z całej. Parskał, jęczał i napierał, aż w końcu ostrze pękło z brzękiem, ale klapa ruszyła się tylko o kilka centymetrów. Teraz czuł już wyraźnie ruch powietrza, a przez powstałą szparę sączyło się blade światło, ledwie mdły poblask. Ale w całkowitych ciemnościach był niczym latarnia i zadziałał na nich ozdrowieńczo. Kilka błądzących ramion sięgnęło w ciemność i oplotło go niczym wielki pająk, chwytając za każdą nierówność i każdą dającą się uchwycić powierzchnię płyty. Czuł na sobie oddech Staszka i jeszcze kogoś przeciskającego się gdzieś między kolanami. - Na raz, dwa, trzyyy...! - Pokrywa w końcu ustąpiła i udało im się otworzyć ją na tyle, by można się było przecisnąć dalej. Obmacał wejście. Nowy kanał był węższy i niższy niż poprzedni, najwyżej metr na sześćdziesiąt centymetrów. Wsunął się do środka. Podłoże bardzo łagodnie wznosiło się w górę,ledwie kilka stopni. Wody było tu mniej, tylko wąski strumień ściekał umieszczonym pośrodku niewielkim żłobieniem. Szepnął do tyłu rozkaz, by przygotować pasy i koce do wciągnięcia rannych.

Musiał zadrzeć nogę, żeby wejść do środka. Znowu boleśnie otarł sobie plecy i postanowił odtąd iść na czworakach. Podrygiwał jak jakaś małpa, podpierając się rękami. Co i rusz przykucał, by odpocząć. Słyszał, jak ludzie z oddziału postękiwali z wysiłku. Poruszali się bardzo wolno. Liczył każdy metr. Przypuszczał, że przemieszczają się jakimś łącznikiem i za chwilę dotrą do szerszego kanału. Nie poddawał się, bo nadzieja na wydostanie się z pułapki dodawała mu sił, a im dalej szedł tym dochodzący z góry poblask wydawał się jaśniejszy. Chociaż oddychał z trudem.

Może tylko mu się wydawało z tym wiatrem. Teraz było naprawdę niewiele powietrza, a tylu ściśniętych razem ludzi momentalnie zużywało cały jego zapas. Coś dużego zagrodziło przejście. Pomacał ręką i ucieszył się, że niewiele widzi. Kiedy w tunelu trafiali na unoszące się na wodzie ciało zwyczajnie przesuwali je obok. Teraz nie było na to miejsca, dlatego musiał przeczołgać się przez zalegające w korytarzu zwłoki. Nawet nie umiał powiedzieć, czy to kobieta, czy mężczyzna. Trup śmierdział, na pewno zalegał tu już od kilku dni. Pewnie spłynął gdzieś z góry. Kiedy przekładał nogę by się odepchnąć, nieopatrznie postawił stopę. But wszedł w ciało z obrzydliwym mlaskiem. Chwilę szarpał się, nie mogąc wyciągnąć stopy spomiędzy wystających żeber. Zwymiotowałby, gdyby miał czym. Zamiast tego targało nim, w bezwarunkowym odruchu zwracania. Trochę dalej znalazł jakiś kawałek tkaniny, chyba płaszcz tego nieszczęśnika. Wytarł but i walcząc z targającymi nim spazmami, okrył zwłoki, by jakoś złagodzić wrażenia idących z tyłu.

Przeciskał się dalej. Lewą ręką opierał się o podłoże, a prawą sprawdzał ściany. Zaczęło brakować tchu, już nie mógł złapać oddechu. Narastała w nim panika. -Ciasno, na zewnątrz, szybko!- wariował, czuł, że zaraz go rozerwie.- Umieram, Jezusie Maryjo, umieram w tym piekle – wymamrotał do siebie jak wariat. Wtedy jednak znowu poczuł na twarzy lekki powiew wiatru. Momentalnie wziął się w garść.

- Dobrze... dobrze idziemy. - pocieszył się, odzyskując równowagę.

Tunel skręcał, raz, później drugi. Za kolejnym zakrętem zobaczył lekką jak mgiełka poświatę otaczającą wyjście. Złapał się za krawędź wylotu i podciągnął lekko w górę, wyglądając.

Korytarz, którym się przeciskali łączył się z innym, wysokim i szerokim na tyle, by pomieścić stojące obok siebie trzy osoby. Trafili na biegnący poziomo kolektor burzowy. Pusty. Spojrzał w prawo. W odległości stu kroków zobaczył wpadający z góry snop jasnego światła. Wyciągnął się na zewnątrz i przysiadł na ciągnącym się wzdłuż ścian wgłębieniu. Nie potrafił nawet określić, jak wielką radość poczuł.

Niektóre kanały miały z boku niszę. Ciągnęła się przez całą długość i była często wykorzystywana przez uciekinierów jako ławka. Z ulgą wyprostował plecy, masując je. Po chwili z otworu wyjrzała głowa Staszka. Nachylił się do niego.

- Sęp, na czoło. – szepnął rozkaz do tyłu.

Kilka minut później, przy wejściu do szerokiego korytarza kucało już kilka osób. Wezwany był dopiero piąty w kolejce, dlatego wszyscy stojący przed nim musieli wyjść, by go przepuścić. Podtrzymał brata, a za nim wyszła młoda sanitariuszka i jakiś wojak z Mauserem w dłoniach, którego nie znał. Kolejnym był jego strzelec.

- Poruczniku. - zameldował się cicho blondyn.

- Masz Stena. Idź. Sprawdź, gdzie jesteśmy.

- Tajest.

Reszta cicho. - dotknął palcem wskazującym ust, na wypadek gdyby nie dosłyszeli.

Ubrany w panterkę chłopak, rzucił się do wykonania zadania. Skradał się czujnie i bezszelestnie jak kot. Był tak wybrudzony, że niemal żaden szczegół nie wyróżniał go na tle ciemności, z których się wynurzał. Jedynie blond włosy, ale te przezornie nakrył niemiecką czapką polową, z której spruł wronę. Śledzili w napięciu jego kroki. Jeszcze dwa metry. Położył się na wyściełającym podłoże żwirze i odczekał chwilę nim oczy nie przywykły do porażającego blasku. Woda płynęła tutaj wąskim i w miarę czystym strumykiem. W końcu wstał i ostatni odcinek pokonał skradając się w kucki. Wymierzył w górę. Czekał tak mrużąc oczy i co rusz strząsając łzawiące od blasku łzy. Nic się nie działo. Minęła kolejna minuta, nim dał znak ręką, by do niego podejść. Nadal trzymał wycelowanego Stena i nie spuszczał oczu z włazu. Władek był przy nim już po chwili. Dopiero teraz zauważył, że korytarz rozwidla się, zaraz przy klamrach stopni, przechodząc w kolejne dwie odnogi. Sęp wskazał ścianę naprzeciwko. Ktoś, może łączniczka, wydrapała w niej strzałkę wskazującą właściwy tunel i literę „W”, później namazała kredą niewyraźne litery „UJAZ”. Wszystko jasne. Byli pod Alejami Ujazdowskimi. Do kanałów wchodzili wieczorem, tymczasem wyglądało na to, że słońce jest w zenicie. Kluczyli od tylu godzin, a przeszli raptem trzy kilometry w linii prostej. Nad nimi ciągle rozciągały się tereny zajęte przez Niemców. Dobra wiadomość była taka, że nareszcie znali kierunek. Koniec z błądzeniem. Do Wilczej będzie jeszcze kilkaset metrów prostą drogą. Łatwizna. Odwrócił się do czekającego w mroku oddziału i pokazał na migi, żeby szli w gęsiego, z zachowaniem absolutnej ciszy. Kiedy pierwsze osoby podeszły na skraj kręgu światła, zatrzymał je uniesioną dłonią. Upewniwszy się, że nadal jest bezpiecznie, dał znak do skoku, klepiąc w ramię najbliższego podkomendnego. Nie patrzył na umykających, skupiony na obserwacji włazu. -Jeden, drugi, trzeci... - przeskakiwali wokół słonecznego strumienia, jak gdyby parzył. Co za ironia. Z jednej strony tak bardzo tęsknili do światła, z drugiej obawiali się go wiedząc, że w ciemności są bezpieczniejsi. Następny był Staszek, wspierany pod rękę przez sanitariuszkę. Spotkali się wzrokiem. Widział, że brat chciał coś powiedzieć, ale tylko pokręcił głową z palcem na ustach i pokazał, by się nie zatrzymywać. Tamten skinął i dał się poprowadzić dalej z wyraźną ulgą. Rozumiał go, wiedział przecież, że młody stracił nadzieję na opuszczenie tego piekła, a teraz ratunek był na wyciągnięcie ręki. Wiedział, że braterski obowiązek walczy w Staszku ze strachem. Posyłając go dalej, zdjął z niego wszelką odpowiedzialność. Tak będzie lepiej dla nich obu.

- Szybko, szybko. - ponaglił bezgłośnie, a kolejne osoby przeskakiwały przez prześwit włazu.

Raptem zmroziło go. Z drugiej odnogi, która nie wiadomo dokąd prowadziła doszedł go hałas. Czyjeś kroki chlupotały w wodzie. Jakieś przytłumione echem głosy. Popatrzyli na siebie z Sępem. Ten wodził nerwowo lufą karabinu, raz w górę w stronę włazu, raz w kierunku zbliżających się odgłosów. Nie wiedział, na czym się skupić dlatego Władek jako dowódca błyskawicznie podjął decyzję. Skinął głową wskazując drabinkę, a sam przyskoczył kilka metrów, bliżej ciemnego korytarza. Jeśli nadchodził wróg, musiał go powstrzymać póki kolumna, którą prowadzi, nie przejdzie dalej. W tej chwili jego ludzie zniknęli już w korytarzach prowadzących do Wilczej, a pod włazem przemykali cywile. Nie miał więc kogo prosić o pomoc, ale też nie mógł ich tu zostawić. Trudno, jakoś poradzą sobie we dwóch. Jednym ruchem odpiął pasek kabury. Wyciągnął przed siebie Lugera i czekał w napięciu. Sekundy ciągnęły się jak długie minuty. Za jego plecami przemykali ludzie, pojękiwał niesiony na kocach ranny. Skulony strzelec pilnował włazu, niespokojnie zerkając przez ramię na dowódcę. Przygryzł wargę do krwi. Pistolet chodził mu w spoconej dłoni. Kroki były coraz bliżej.

- Stój! Kto idzie! - szepnął w mrok.

Nie było odpowiedzi. Odbezpieczył zamek i omal nie krzyknął, kiedy w czeluściach niespodziewanie rozbłysły białka oczu. Ujrzał wykrzywioną w szaleńczym grymasie twarz jakiegoś brudnego nieszczęśnika. Mignęła biało-czerwona opaska na ramieniu, a za nim, zataczając się jak pijani, sunęli inni. W łachmanach, strzępkach ubrań i bez broni. Widział, że jeden zgubił gdzieś but. Ich ubrania były czarne od sadzy, tak jak twarze. Wielu miało rany cięte i poparzenia, pokrywające ciała. Wiedział, co to oznacza, kombinowany ładunek – puszka wypełniona gwoździami i kawałkami metalu. Taka mina kanałowa używana czasem przez niemieckich saperów. Podziękował Stwórcy, że nikogo z nich nie zastrzelił. To musiał być jakiś zabłąkany oddział, tak jak oni, snujący się kanałami od wielu godzin.

- Stój! – syknął, wyciągając przed siebie otwartą dłoń.

Idący nieprzytomnie odbił się od niej jak od niewidzialnej przeszkody, ale zamiast stanąć tylko przecisnął się bokiem. Nic nie mówił, a nierozumiejące, przejęte szaleństwem oczy przesunęły się po jego twarzy jakby niczego nie dostrzegły.

- Stój, bo nas zdradzicie! Niemcy! - wysyczał łapiąc za ramię obdartusa.

Wskazał pistoletem błyszczącą w promieniach słońca drabinkę i to był błąd. Nieszczęśnik zaskomlał i zaskrzeczał dziwnie, a później jak wariat rzucił się w stronę światła.

- Spokój! Spokój, bo zastrzelę! - sapnął Władek, ale nic więcej nie zdołał zrobić, bowiem w tej samej chwili pochwyciło go kilka par rąk, wytrącając pistolet z ręki i obalając na ziemię. Został nieomal stratowany przez prących na oślep szaleńców. Usiłował jeszcze złapać któregoś z nich za nogę, ale na niewiele się to zdało.

- Sęp! - krzyknął, nim zbłąkany but nie trzasnął go prosto w szczękę zamraczając na kilka chwil.

Chłopak za późno zauważył, co się dzieje. Odtrącili go na bok zanim zdążył się odwrócić, a potem zderzyli się z przemykającą dotąd w ordunku kolumną. Rozległy się wrzaski i krzyki. Zaczęły się przepychanki. Blondyn stracił gdzieś czapkę i klnąc, zerwał się na nogi. Uderzył kolbą najbliżej stojącego straceńca, kopnął w brzuch następnego. Udało mu się przywrócić nieco rozsądku kilkorgu co bardziej krewkim osobnikom, ale zbyt długo przepychał się do drabinki. W tym czasie, ci którzy szli na przedzie zdołali wdrapać się na szczeble. Władek podniósł broń i wstał chwiejnie.

- Stać! Zabijecie nas wszystkich ! - ale nie słuchali. Krzyczeli - Powietrza! Na zewnątrz! -

Zobaczył jeszcze jak jeden po drugim wspinają się na powierzchnie. Pierwszy z nich właśnie wyciągnął się na zewnątrz. Ubłocone buty znikły gdzieś w słońcu, a za nim już wychodziła kolejna osoba. Przez chwilę miał nadzieję, że jakimś cudownym zbiegiem okoliczności wszystko skończy się dobrze. Może front się przesunął, może akurat nikt nie pilnuje włazu, może to wszystko głupstwo. Ale trwało to tylko chwilę, nim dobiegł ich charakterystyczny, szczekający dźwięk przeładowanego Schmeissera. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, skłębiony tłum nagle zamarł. Było tak cicho, że słyszał jak serce tłucze mu się w piersi. Ludzie zastygli w pół kroku, ktoś z jedną ręką i stopą na klamrach drabinki, ktoś inny ściskając klapy kurtki człowieka przed nim. Jakaś dziewczyna przewrócona wcześniej, przerwała podnoszenie, klęcząc jak do modlitwy. Nasłuchiwali jak skryte w norze zające, strzygące uszami w oczekiwaniu na ujadanie ogarów

- Nicht schießen! - krzyknął ktoś na górze.

Wtedy padła seria i zaterkotał ckm. Przez właz wleciał trup, strącając kogoś z drabinki i zwalając się na ziemię w rozbryzgach szlamu. Wybuchło pandemonium. Ludzie wrzeszczeli, w panice przepychając się we wszystkie strony. Ci z kolumny chcieli iść w stronę Wilczej, nowa grupa w dokładnie odwrotnym kierunku. Zderzali się ze sobą, wzajemnie tratowali. Na nic było wykrzykiwanie rozkazów i pokazywanie kierunku. Władek rozdzielał razy rękojeścią pistoletu, ale napierający przygwoździli go do ściany swoją masą i porwali dalej w głąb kanału. Kiedy w końcu znowu dopchnął się do rozwidlenia wpadający snop światła przeciął cień, a błysk wystrzału rozświetlił korytarze. Jakiś szwab walił z góry krótkimi seriami, zupełnie na oślep. Kładł kłębiących się ludzi pokotem. Nie musiał nawet celować. Rozległy się przeraźliwe jęki gdy kule dosięgały skłębionych w ciemnościach ciał. Rykoszetujące świetlne smugi, rwały kawałki cegieł sypiąc iskrami. Jakiś starszy mężczyzna, rzucił się w kierunku korytarza, ale w tym samym momencie dostał prosto w tył czaszki. Ta pękła niczym dojrzały pomidor, krwawymi kroplami zraszając twarz Władka, a bezwładne ciało runęło mu w ramiona i po raz kolejny wylądował na ziemi, w głębi jednego z korytarzy. Huknął wystrzał. To Sęp przykucnąwszy pod ścianą, walił do góry ze Stena. Można było oszaleć od zwielokrotnionego przez ściany hałasu. Chłopak chyba trafił, bo ktoś na górze krzyknął i prowadzony ogień ustał. Rozwidlenie tymczasem się wyludniło. Tylko ściany spływały lepką czerwienią, wolno kapiącą na leżące w kanale, śmiertelnie poskręcane ciała. Ktoś ranny, odczołgiwał się w bok, kilkoro innych pojękiwało słabo. Jeszcze pobrzmiewał tupot oddalający się korytarzami szczęśliwców. Chwilową ciszę, przerwał szwargot głosów na górze, ktoś wrzeszcząc wydawał komendy. Władek uchwycił jedno słowo i spróbował zrzucić z siebie trupa, jakby go parzył.

– Uciekaj! - krzyknął walcząc z ciężarem.

Sęp w pierwszej chwili nie zrozumiał, że to do niego, popatrzył się tylko pytająco. W tej samej chwili, pod jego nogi spadł pęk związanych drutem granatów. Chłopak niewiele myśląc, chwycił wiązkę wolną ręką z wysiłkiem odrzucając z powrotem. Prawie mu się udało. Pieprzeni naziści musieli przezornie odczekać kilka sekund po wyciągnięciu zawleczki. Władek widział całą scenę w zwolnionym tempie. Granaty były już na wysokości włazu i dokładnie w tej chwili rozpękły się drobinami, ginąc w oślepiającym wybuchu. Czerwona chmura eksplozji, ukierunkowana przez wąską szczelinę włazu, wystrzeliła z furią. Pochłonęła stojącego z wyciągniętą ręką w górze strzelca. Odłamki cięły cegły i ciała. Czuł, jak wbijają się we wciąż leżącego na nim trupa, a ogień eksplozji nadpala włosy. Świat zatrząsł się, a podmuch wydusił mu powietrze z płuc. Ściany korytarzy nagle wybrzuszyły się łukowato jak gumowe, jak zassane od zewnątrz. Czas ruszył i zobaczył, jak podłoga zaczyna się zapadać, a ściśle ułożone cegły odpadają od siebie niczym drewniane klocki dziecięcego zamku, ginąc gdzieś w czarnych czeluściach wyłaniających się pod nim. Runął też sufit, razem z fragmentem ulicy i sylwetkami w mundurach koloru feldgrau.

Wyciągnął ręce w daremnej próbie złapania się czegoś, a obok niego przekoziołkował esesman krzycząc w przerażeniu. Poczuł jak nagle pod jego plecami pojawia się pustka, a potem wciąga go do środka.

Spadając, uderzył potylicą o coś twardego. Nim stracił przytomność, zdążył jeszcze tylko pomyśleć, że trzeba było zabrać ten cholerny hełm.

***

Nie wiedział, ile czasu minęło. Czuł jak jego ciało bezwładnie stacza się po lekko pochyłej powierzchni. Jak jakiś zmywany odpadek, spływał wciąż głębiej i głębiej. Boleśnie odczuwał kawałki pokruszonych cegieł wpijających się w ciało. Wydawało mu się, że słyszy czyjś jęk, ale może należał do niego. Jednostajny szum wody. Zalała mu usta i dławił się od jej ohydnej treści. Targany paroksyzmami wypluwał płuca. Próbował chwycić się ścian, ale bezskutecznie. Były śliskie, a on taki słaby. Z trudem otwierał oczy, a może nie. Równie dobrze mógł tylko majaczyć, że widzi mieniące się szlamem cegły, a później znowu zapadał się w sobie. Niezdolny do wykonania choćby najmniejszego ruchu. Wszystko wirowało. Ściany, cegły, porowate skały, jakieś szare pnącza. Trwało to całą wieczność. Budził się i zaraz tracił przytomność. Przed oczami przebiegało mu tysiące obrazów. Sceny z życia, szkoła, kochani Juta i Czesio, las na obozie harcerskim. A później Starówka. Twarze dzieci, kobiet. Oczy patrzące z wyrzutem. Dymy nad Warszawą. Poszarpany Prudential. I mrok, w którym słyszał szepty. - Dlaczego, dlaczego, dlaczego... - wciąż pytały. Widział siebie, jak stoi w wąskim placku światła, niby artysta na scenie, otoczony nieprzebranym tłumem skrytych w cieniu twarzy.

- Zostawiłeś nas - powiedziała jedna.

-Tchórz - dorzuciła inna.

- Zdrajca.

- Morderca.

Głosy wzmagały się, obelgi, wyrzuty, usta mówiące jedno przez drugie. Twarze wciąż rosnące, teraz sięgały mu już wysoko ponad głowę, jak maski pradawnych bogów. Totemy sędziów. Skulił się pod ich huczącymi oskarżeniami. Chciał się tłumaczyć, ale zagłuszały go. Ich trupio sine wargi wędrowały to w górę to w dół, coraz szybciej. I było coraz głośniej, głosy wwiercały się w mózg. Na twarzach zagościła złość, wyszczerzyły się w grymasie. W kącikach ich wściekłych ust zebrała się ślina, która pryskała na niego przy każdym kolejnym oszczerstwie czy oskarżeniu. Krążyły wokół niego jak karuzela i poczuł, że spada, że ziemia się rozstępuje, a on zostaje przez nią pochłonięty. Zaczął więc krzyczeć, a głosy eksplodowały śmiechem.

Ciemność.

Z wysiłkiem uniósł powieki. Pierwsze, co zobaczył, to zielona poświata. Chwilę trwało nim wzrok nabrał ostrości. Kilka razy mrugnął. Po paru minutach wodzenia nieprzytomnym spojrzeniem, udało mu się przyzwyczaić do panującego półmroku. Nie rozumiał co widzi, kim jest, ani gdzie się znajduje. Wiedział tylko, że leży na brzuchu, na czymś miękkim, ale zimnym i mokrym jednocześnie. Splunął słabo, by pozbyć się mdłego smaku z ust. Głowa bolała go tak, że ledwie mógł nią poruszyć. Słyszał też szum i czuł zimne kropelki wody rozpryskujące się na twarzy. Przekręcił się na wznak. Kosztowało go to wiele wysiłku, więc odsapnął przymykając powieki. Minęła dłuższa chwila nim znowu je otworzył. Uświadomił sobie, że leży ze wzrokiem wbitym w niknące wysoko sklepienie jakiegoś dużego pomieszczenia. Chyba gorzej widział na jedno oko. Czemu? Powoli napływały do niego wspomnienia. Kanały. Właz. Eksplozja. Uniósł lekko głowę by się rozejrzeć. Drżącą, zdrętwiałą dłonią otarł twarz i jęknął. Lewą powiekę miał mocno nabrzmiałą. Patrzył jedynie przez wąską szparę opuchlizny. Dobra, przynajmniej oko jest na miejscu. A skąd ten hałas? Szum pochodził z odległego o kilkanaście metrów, niewielkiego... wodospadu? Woda lała się gdzieś z góry, szerokim na metr strumieniem. Ale skąd? Z sufitu? Jakieś piętro wyżej. Drobne kropelki wodnej kurzawy osiadały mu na ubraniu i poczuł, że jest przemoknięty. Zadrżał i ten dreszcz wybudził go jeszcze bardziej. Pomieszczenie musiało być duże, bo nie widział wokół żadnych ścian. Jak to jest, że cokolwiek widzi? Blask dochodził gdzieś z dołu.

Spróbował się podnieść na łokciach, co spowodowało lekkie osuniecie się podłoża i przeraźliwy ból prawej nogi. Zajęczał przez zaciśnięte z bólu zęby. Pomacał dłonią udo i stęknął. Nie miał wątpliwości, kość ruszała się pod palcami. Pewnie złamał ją podczas upadku.

Rozejrzał się za czymś, czym mógłby się podeprzeć. Leżał na niewielkiej wysepce usypanej z drobnego żwiru i gładkich kamyków, ze stopami zanurzonymi w wodzie. Woda. Było jej wszędzie pełno, jakby wylądował w jakimś podziemnym jeziorze. Nie widział jak daleko się rozciąga ani jak jest głębokie. Tu i tam zauważył wystające ponad toń, świecące zielono wyspy stalagmitów. Całe pokryte błyszczącymi liszajami mchu. To stąd ten blask. Więc to pieczara. Znajdował się w podziemnej grocie. Wyglądała jak naturalny twór przed wiekami wypłukana przez podziemną rzekę. Tak mu się przynajmniej wydawało. Chciał przekląć, ale słowo uwięzło w wyschniętym gardle. O Boże! Jakże był spragniony.

Przekręcił tułów w lewą stronę, by przysunąć się bliżej lustra wody. Nachylił się i nabrał jej w złożone dłonie. Powąchał, ale nie wyczuł niczego podejrzanego. To na pewno nie była woda z kanałów. Wydawała się czysta. Wziął łyk i chwile potrzymał w ustach. Była zimna, jak ale poza tym smakowała zupełnie zwyczajnie. Przełknął ostrożnie. Rozlała się przyjemnym orzeźwieniem aż westchnął, nie mogąc złapać tchu. Łapczywie rzucił się po kolejny łyk, a po chwili pił jak pies chłepcący wodę po długim biegu. Wtedy właśnie coś przepłynęło obok. Wzdrygnął się i aż podskoczył rozrzucając kamyki, których część z pluskiem wpadła do jeziora. Kształtów było więcej. Widział je dopiero z głową nisko nad taflą. Przesuwały się wolno w nikłym blasku świetlanki. Jego poruszenie nie wywołało żadnego efektu, nic go nie zaatakowało ani nie zbliżyło się do wyspy.

- Hop, hop... - szepnął bez specjalnego przekonania – jest tu kto? Halo?

Nie spodziewał się odpowiedzi i też żadnej nie otrzymał. Uspokojony tylko w niewielkim stopniu zaczął zastanawiać się, co też to mogło być. Mógłby wejść do wody i sprawdzić z bliska, ale jakoś nie miał na to specjalnej ochoty. Nie ulegało jednak wątpliwości, że wolno płynące kształty zmierzały w jednym kierunku. A to oznaczało, że jest tu jakiś nurt. Skoro tak, to może uda mu się odnaleźć wyjście. Zaczął rozważać, jak głębokie może być podziemne rozlewisko i czy uda mu się znaleźć drogę ratunku bez konieczności pływania, gdy coś zwróciło jego uwagę.

Z początku nie był pewien, co takiego słyszy. Dopiero po chwili zorientował się, że to muzyka! Nie muzyka nawet, ale melodia... cicho nucona gdzieś w ciemnościach. Nie był pewien... ale tak. Teraz kiedy pochwycił już jej ulotny ton, był w stanie odróżnić go od szumu wodospadu. Melodia nie była podobna do czegokolwiek, co wcześniej słyszał. Tak tęskna i piękna, że aż krajało mu się serce. Smutna i spokojna jednocześnie. Dochodziła gdzieś z dali. W tym mrocznym podziemiu wrażenie było naprawdę niesamowite. Ucieszył się jednak, bo najwyraźniej nie on jeden tutaj utknął. Wstąpiły w niego nowe siły. Dosłownie czuł, jak noga przestaje go boleć.

Kręcił głową, starając się ustalić, skąd dobiega śpiew. Tutaj dźwięk rozchodził się zupełnie inaczej niż na otwartej przestrzeni. Chciał wstać, ale nie znalazł nic do podparcia więc tylko niezgrabnie przeczołgał się wyżej wierzchołka. W oddali po swojej lewej stronie zauważył nieco wyraźniejszy poblask zieleni. Na tle szmaragdowej poświaty dostrzegł zarysy kolejnej wysepki, a może kawałka skały. Wahał się przez chwilę. Jednak nie mógł oprzeć się własnej ciekawości, a poza tym siedząc w miejscu niczego by nie dokonał. Niepomny na temperaturę wody, wsunął się do niej delikatnie i zaczął płynąć w kierunku odległej o kilka metrów skały.

Okazało się, że jezioro nie jest specjalnie głębokie. Woda sięgała mu najwyżej do pasa, ale z uwagi na złamanie wygodniej mu było pozostać w zanurzeniu. Odpychał się od dna zdrową nogą, pomagając sobie rękami. Po kilku minutach, drżąc z zimna wdrapał się na kawałek granitowej skały, gdzieniegdzie pokrytej łagodnymi nasypami szarawego piasku i drobnymi kamykami.

Niewysoka, sięgająca na nie więcej niż półtora metra ponad poziom wody okazała się dużo szersza niż się spodziewał. Nie miał siły, by ją opłynąć, dlatego zdecydował się na krótką wspinaczkę. Chwycił dłonią za wystający u góry wyłom i z wysiłkiem podciągnął się wyżej.

Pochyłość okazała się na szczęście dość łagodna. Ostatni metr pokonał szorując brzuchem po nierównościach. W końcu ciężko dysząc, dotarł na szczyt płaskiego jak stół wierzchołka. Oparł palce o jego krawędzie i przez chwilę, z policzkiem przyciśniętym do chłodnego kamienia, uspokajał oddech, co i rusz pokasłując. Zaraz jednak przypomniał sobie o tajemniczej muzyce. Teraz, gdy w pobliżu nie huczał wodospad, słyszał ją dużo wyraźniej. Uniósł się na rękach, by spojrzeć w dół i zamarł.

Zaledwie kilka metrów dalej, na wielkim, ukośnie spoczywającym w jeziorze głazie, w całości pokrytym fosforyzującym mchem siedziała kobieta. Widział wyraźnie, jak kiwa się w przód i tył. Trzymała coś w ułożonych w kołyskę ramionach, ale jej nachylona głowa i kaskada włosów przesłaniały widok. Rozejrzał się. Pod nim roztaczała się płytka, podziemna laguna. Kobieta siedziała na puchatym dywanie z naskalnego mchu . Wśród drobnych porostów połyskiwało coś okrągłego. Zobaczył wbity krzywo miecz z jelcem zdobionym błyszczącym kamieniem, zaraz obok, przeżartą przez korozję, zanurzoną w płytkiej wodzie zbroję, z sugestią ludzkiego szkieletu w środku. Spostrzegł też pękniętą drewnianą skrzynię o zbutwiałych belkach wypełnioną monetami, których część woda rozniosła dokoła. I rozumiał już, czym były płynące z nurtem kształty, których coraz więcej spływało do zielonej laguny. Zdjęty grozą zamrugał kilka razy upewniając się, że to co widzi nie jest zwykłym sennym koszmarem chociaż bardzo pragnął, żeby nim było.

Zatokę wypełniały trupy, dziesiątki ciał. Kobiecych, męskich, dziecięcych, starczych, nadpalonych lub sinych, napuchniętych i takich wyglądających, jak śpiący. Zauważył na niektórych biało-czerwone opaski. Jednak większość nie należała do żołnierzy, ubrana w zwykłą odzież, sukienki i marynarki, w poszarpane łachmany i obozowe drelichy. Prąd pchał je w kierunku odpływu. Niewielkiego otworu w majaczącej w mroku skalnej ścianie, kilkanaście metrów dalej. Te ciała, których nie zatrzymały wystające skałki i płytka woda, niknęły wolno wciągane gdzieś głębiej. Było ich zbyt wiele. Gromadziły się wokół wielkiego głazu, na żwirowych łachach.

Zalegały wszędzie. Nieruchome i przerażające. Barwiące wodę czerwienią. Pomyślał, że jednak trafił do piekła. Do mitologicznego Hadesu. Że to co widzi to Styks, rzeka umarłych. I spojrzał na monety, pytając siebie, kto opłaci jego podróż? Czuł jak do umysłu wkrada mu się czyste szaleństwo, które pochłonie go jak ta rzeka zagubione dusze.

Ale wtedy kobieta uniosła głowę i wyraźniej usłyszał jej śpiew. Zobaczył ją w pełnej krasie. Nie miała na sobie ubrania i było coś niezwykłego w budowie jej ciała chociaż zmącony umysł nie potrafił dokładnie określić, dlaczego. Melodia porwała go i opętała. Niewyraźnie zdawał sobie sprawę, że jej ręce tulą malutką, może pięcioletnią dziewczynkę. Niewinnego, małego aniołka o słomkowych włosach zaplecionych w spięte kokardami kucyki. W koronkowej sukience i czarnych lakierkach. Ślicznego jak porcelanowa laleczka. Śpi - myślał - musi spać, bo Bóg nigdy nie pozwoliłby na taką niesprawiedliwość, na takie bestialstwo, na taki grzech. Nie pozwoliłby, żeby całe pokolenia ginęły w płomieniach umierającego miasta i nie zabrałby rodzicom ich dzieci. Kobieta nuciła dalej, a łzy strumieniami spływały po policzkach. Serce pękało, na setki, na tysiące kawałków. I patrzył. I chciał spać.

Tkwiła tam, tak niesamowita i nieludzka, a przecież czuła i troskliwa, lulająca dziecko. Układająca je do snu, nucąca kołysankę w jakiej zatopić się i na zawsze usnąć mógłby świat. I była też pełna rozpaczy. Przez żal pękający łzami jakie tylko oczy matki mogą ronić, gdy giną jej dzieci.

Nie wiadomo skąd oświetlił ją strumień jasnego światła burząc poezję sceny. Oślepiona, zmrużyła oczy, osłaniając je wolną ręką. Zamilkła.

- Mein Gott, wie... was ist das?!- krzyknął ktoś.

Władek spojrzał w kierunku, z którego dochodził głos. Łacha żwiru, ledwie kilka metrów dalej u wejścia do laguny. Nie dostrzegł jej wcześniej. Facet wyglądał na esesmana, musiał spaść razem z nim. Pewnie też stracił przytomność, ale był w widocznie lepszym stanie. Chociaż brudny, z zaschłą krwią sączącą się z rany na czole. Stał po kolana w wodzie, w wyciągniętej ręce, trzymając standardową latarkę wojskową, pudełkowego Petrixa. Przerażony widokiem cofał się, próbując prawą ręką przekręcić zawieszony przez ramię karabin do przodu. Krzywo stanął i noga ugrzęzła mu w żwirze. Stracił równowagę, upadając na jedno kolano. Klnąc, położył latarkę na pobliskiej skale, by mu nie przeszkadzała. Leżąc krzywo na boku, nadal dawała trochę światła ale już nie oślepiała kobiecej zjawy.

Niezwykła istota przestała zasłaniać oczy i odwróciła się w kierunku żołnierza. Spojrzała na niego z zainteresowaniem i, nie spuszczając swych przenikliwie zielonych oczu, delikatnie ułożyła dziecko na łożu z mchu. Władek już wiedział, co mu nie odpowiadało w jej wyglądzie. Dopiero gdy umilkł śpiew, mógł znowu jasno myśleć. Kobieta nie miała nóg. W ogóle nie była człowiekiem, a co najwyżej niepojętym stworem. Jej długi, ni to rybi, ni wężowy ogon poruszył się. Strzepnęła nim, jakby nabierając czucia po długim bezruchu i błyskawicznie gadzim ruchem odepchnęła się w kierunku przerażonego Niemca. Ten, widząc zbliżające się monstrum, próbował jednocześnie stanąć i chwycić broń. Odskoczył w tył ale zaraz przewrócił w drobnym żwirze pokrywającym dno jeziora. Złapał w końcu przewieszonego Schmeissera i niezgrabnie zarepetował mokrymi od wody palcami. Dopiero za drugim razem nabój wylądował w komorze i nazista posłał chaotyczną serię w kierunku sunącej istoty. Ta tylko uchyliła się zgrabnie, sięgnęła po wystającą z wody tarczę. Gdy esesman posłał kolejną serię, z gracją zasłoniła się dobytym puklerzem, a mknące rozjarzone kule odbiły się feerią metalicznych jęków i kolorowych iskier. Dopadła go niczym kobra. Jej twarz wykrzywiła się we wściekłym grymasie, a nienaturalnie ostre jak u drapieżnej ryby zęby błysnęły w ustach. Zdecydowanym i precyzyjnym ruchem chwyciła go za głowę. Żołnierz zaskomlał z bólu. Próbował się wyswobodzić, szamocąc dziko, ale na próżno. Trzymała go tylko jedną dłonią, ale chwyt jej palców o sinozielonych paznokciach był stalowy. Przyciągnęła wierzgającego mężczyznę bliżej siebie i uniosła by spojrzeć mu w oczy. Przez chwilę trwali tak, jak zastygli. On, w postrzępionym mundurze, wiszący w powietrzu i przebierający słabo nogami i ona, teraz wyprostowana na pokrytym grubą łuską ogonie. Wysoka i groźna. Trzymająca go bez najmniejszego wysiłku, choćby drżenia ramienia jakby ciało umundurowanego i wyposażonego żołnierza nic nie ważyło. Wciąż miała w drugim ręku tarczę, poznaczoną świeżymi śladami po kulach. Srebrnymi szramami żywego metalu, który poza tym doszczętnie pordzewiał i zaśniedział. Wpatrywała się w jego oczy, jak gdyby mogła przez nie dojrzeć duszę.

Nagle zawyła przeraźliwie, nieludzko i przerażająco. Skowyt przeszedł w dziki ryk. Pochwyciła żołnierza ogonem, tak jak robią ze swoimi ofiarami węże. I tak jak one brutalnie zacisnęła chwyt miażdżąc wierzgające ciało z suchym trzaskiem kości. Niemiec zacharczał, wybałuszając oczy. Wąskie strużki krwi pociekły mu z nosa i kącika ust. Przez chwilę jeszcze wpatrywała się w niego, upewniając się, że nie żyje. Jej pierś falowała, gdy oddychała gwałtownie, sycząc przez zaciśnięte zęby. W końcu z obrzydzeniem cisnęła bezwładnym ciałem gdzieś w mrok pieczary. Słyszał, jak głucho odbiło się od skały, nim z pluskiem wpadło do wody.

Patrzył, jak urzeczony. Nigdy nie widział stworzenia tak przerażającego i jednocześnie fascynującego. Tak potężnego, pięknego, tak nieludzkiego. Widział żywą legendę i nie mógł wyjść z podziwu, bo przecież znał ją każdy. W Warszawie mieszkał dopiero od czternastego roku życia dlatego nie pojął od razu. Widział ją na budynkach i urzędach. Burza rudych, poskręcanych od wody włosów, kłębiącymi kaskadami spływała na jej dorodne, spiczaste piersi o sutkach dużych i okrągłych jak leżące wkoło dukaty. Dumna. Sapiąca mściwą satysfakcją. Napawająca się krwawą zemstą. Syrena odrzuciła tarczę i wykrzyczała swój gniew. Podchwycony przez echo i zwielokrotniony, zatrząsł podziemiami i jeszcze długo rezonował w pustej przestrzeni.

Emanowała zwierzęcą seksualnością. Pełne wargi o karminowej barwie. Mieniąca się złotymi refleksami, mokra skóra. Wąska kibić, klepsydra pozbawionego pępka brzucha, przechodząca w kusząca krągłość, która nie do końca była biodrami, ale jeszcze nie rybim ogonem. Wpatrywał się więc zachłannie, nie bacząc na groteskowość dopiero co widzianej sceny. Targany sprzecznymi uczuciami. Bał się i pożądał jej.

Mimo całego oczarowania, z gardła wyrwał mu się jęk gdy wyczuwając obecność, zwróciła się w jego stronę. Rozłożyła ramiona i zaciskając pięści trzepnęła raz i drugi zakończonym potężną płetwą ogonem, jakby na postrach. Spieniła wodę, rozrzuciła drobne kamyki. Jeden boleśnie odbił się od jego czoła, wyrywając z przedziwnego odrętwienia. Nim zdążył się odczołgać, była już przy nim. Wyprostowała się na swym potężnym ogonie tuż nad jego głową. Parsknęła wściekle przez rozchylone nozdrza. Gdzie miałby uciekać? Jeszcze z chromą nogą. Poza tym zastygł jak mysz w obliczu drapieżnika. Nachyliła się tak blisko, że czuł jej oddech na mokrej twarzy. Miała dziwne oczy, trochę jaszczurze, trochę rybie. Bez białek, zupełnie zielone z poprzeczną, czarną źrenicą. Spojrzał w nie, jak w studnie bez dna. W głębię, w której widać było gwiazdy.

***

Patrzył w kalejdoskop migoczących obrazów.

Tańczył z Jutą w Astorii. Ten jeden raz, kiedy odsłużył swoje i poszedł świętować. Była z jakimś szpakowatym oficerem, ale wyraźnie nudziło ją to towarzystwo. W końcu Władek zebrał się w sobie i poprosił ją do tańca. A tamten już schlany dokumentnie nawet nie protestował. Bawili się do rana. Sala wirowała.

Znowu dziesiątki przeskakujących scen i miejsc, jakby ktoś rozsypał pudełko z fotografiami, tylko, że w kolorze.

- Bądź dzielny i opiekuj się mamą, dobrze?

- Dobzie.

Ciepły letni wieczór w podwarszawskim Złotokłosie, dokąd wywiózł rodzinę. Czesio starał się być bardzo dzielny, ale drobne usteczka same wyginały mu się w podkówkę, a broda zaczęła lekko drgać. Władkowi też zakręciła się łezka w oku. Klęczał przed maluchem trzymając dłonie na jego ramionkach i patrzył przez chwilę, z łamiącym się sercem. Przyciągnął go do siebie i przytulił mocno. Synek wtulił się w niego.

- Ja chce z tobą.

- Nie możesz.

- A dlaciego? - pytał Czesio łykając smarki.

- Bo to sprawy dorosłych.

- Ja nie chce żebyś szedł.

- Ale muszę.

- A dlaciego?

- Bo tak trzeba. Kiedyś zrozumiesz. No już, idź do mamy.

Malec niechętnie podreptał do stojącej z tyłu Juty. Obrażony. Ręce wsadzone w kieszenie krótkich spodenek na szelkach. Władek podszedł do żony i ujął ją za rękę, pocałował czule. Nie wiedział co powiedzieć..

- Wiesz, że muszę iść?

- Wiem, że nie umiesz inaczej. - rzuciła z goryczą.

Rozumiała go bez słów. Przecież widziała wojnę, widziała pięć lat niewyobrażalnie okrutnej okupacji. Masowe rozstrzeliwania, wywózki, roboty, represje i szykany. Była smutna, zła na niego, że zostawia ją samą i na nich wszystkich za partyzantkę. Wściekała się, ale rozumiała. Nie potrafił się poddać, nie potrafił tylko stać i się przyglądać. Za to go kochała.

Wziął ją w ramiona i pocałował mocno. Oddała pocałunek, a potem mocno wtuliła w jego pierś.

- Wróć do mnie. - szepnęła.

- Wrócę. - obiecał.

Kolejne kolorowe klisze. Miejsca, zapachy, ludzie.

- Wal! - krzyknął Staszek.

- Jeszcze nie... - tonował go brat.

- No jak nie... wal, masz ich jak na widelcu!

- Na mój znak, krzycz do nich, żeby padli na ziemię.

Gdyby teraz zaczął strzelać, mógłby trafić pędzonych przodem cywilów, a tego za wszelką cenę chciał uniknąć. Miał, co prawda, niezły widok z wieży ratusza na cały plac Teatralny, ale zdobyczny MG-34 trochę znosił w lewo. Poza tym, jeszcze nie do końca się w niego wstrzelił. Grupa kilkunastu wystraszonych warszawiaków dreptała przed kryjącym się za ich plecami oddziałem Wehrmachtu. Za nimi powoli sunął transporter opancerzony, ze skulonym za osłonką karabinu strzelcem. Od strony ratusza kolumnę osłaniał wolno jadący czołg. A dokładniej działo pancerne StuG. Tego się nie obawiał. Wieża ratusza była wysoka i działo nie miało szans w nich wymierzyć, lufa nie mogła podnieść się pod takim kątem. Czołg osłaniał żołnierzy od ognia z niższych pięter, ale gniazda z karabinem nie byli w stanie dojrzeć.

- No chodźcie... bliżej... wy cholerne świnie... Teraz!

Staszek, przechylając się przez żelazną barierkę, wrzasnął z całych sił:

- Na ziemię, kto Polak! Na ziemię! Strzelamy!

Z początku zareagowało tylko kilkoro, rzucili się na ziemię pociągając innych, ale to wystarczyło, by w powstałym prześwicie celowniczy odnalazł przeciwnika. Walił krótkimi seriami, wtórował mu huk wystrzałów z dolnych pięter. Pierwszy szereg szwabów zwalił się pokotem, pozostali skoczyli za zatrzymany transporter. Umieszczony na nim karabin obrócił się w kierunku ratusza, strzelec odpowiedział chaotycznym ogniem. Staszek ledwo zdołał się schować. Kule tłukły w daszek i ściany zasypując ich kawałkami tynku, drewnianymi drzazgami i odłamanymi dachówkami. Tymczasem skuleni niemieccy żołnierze ostrzeliwali się, próbując ściągnąć rannych pod osłonę wozu. Korzystający z zamieszania cywile pobiegli w pobliskie bramy lub kryli się za czymkolwiek, co mogło stanowić osłonę. Latarnią, przewróconym śmietnikiem na kółkach, słupem ogłoszeniowym. Kilkoro na zawsze zaległo na trotuarze trafionych niemieckimi pociskami. Tymczasem pozbawiony możliwości rozejrzenia się dowódca czołgu próbował znaleźć źródło ataku. Pojazd kręcił się w miejscu, raz w lewo, raz prawo. W końcu wziął za cel Kanoniczki i grzmotnął z działa, aż poczuli podmuch. Po chwili obrócił się w ich stronę i walnął jeszcze raz gdzieś w parter, a cały budynek się zakołysał. Transporter zaczął się powoli cofać tak, by osłonić piechotę. Tej z kolei trudno było nadążyć pod ciężkim ostrzałem, dlatego co i rusz któryś z nich się wychylał. A wtedy powstańczy strzelec pociągał za spust i widzieli jak nieuważny żołnierz pada na pokryty kostką brukową plac. Lufa czołgu podniosła się, próbując dosięgnąć wieżę, ale kąt był zbyt ostry. Działo znowu wystrzeliło, trafiając gdzieś w pierwsze piętro. Ściana budynku eksplodowała fontanną kurzu i cegieł. Znowu nimi zakołysało. Słyszeli dochodzące z dołu krzyki rannych. Jeszcze jedno trafienie, a kto wie czy to wszystko się nie zwali zagrzebując ich w gruzach.

- Znikamy stąd. - rzucił do brata, podnosząc rozgrzany karabin.

Staszek chwycił pasy z amunicją i już mieli zbiec na dół, kiedy wzmocniona stalowym fartuchem burta czołgu eksplodowała rozrywając gąsienicę. Ktoś z obsady dolnych pięter ratusza walnął z PIAT'a, ręcznego granatnika. Załoga czołgu wpadła w panikę. Przestali strzelać. Kierowca próbował gwałtownie nawrócić i odjechać, ale zamiast tego przejechał tylko kilka metrów nim rozerwana taśma gąsienicy zupełnie nie spadła, a wtedy pojazd zaczął kręcić się bezradnie wokół własnej osi. Okazję wykorzystał Szpaczek. Wyskoczył z pobliskiej bramy, w ręku miał podpaloną butelkę z benzyną. Cisnął nią w tylną część unieruchomionego wozu tam, gdzie znajdował się silnik. Szkło trzasnęło plując żywym ogniem. Pojazd momentalnie stanął w płomieniach.

- Brawo! Patrz na szczeniaka... - Staszek aż zaklaskał.

- Kładziemy się, trzeba dać mu osłonę. – przytomnie ocenił Władek.

Załoga czołgu otworzyła właz próbując uciec z płonącej pułapki. Wyskoczyli na ulicę. Jeszcze raz zaterkotał karabin, ubrana w czarne kombinezony obsługa padła przy wraku.

Migały kolejne dni i noce. Kolejne sceny. Uczucia. Radość i rozpacz. Był książką, poddającą się woli czytelnika.

Stał zgięty nad włazem, zerkając do środka kanału.

- Żywo, żywiej do cholery ! - pospieszał swoich ludzi.

Ostatni z oddziału schodzili w dół, podczas gdy trzech klnących żandarmów próbowało zapanować nad cisnącym się zewsząd tłumem.

- Do tyłu! Cofnąć się do cholery, wszyscy naraz nie wejdą!

Ludzie pomstowali, zawodzili i szarpali się nawzajem. Była noc, rozświetlana łunami płonącego miasta. W powietrzu unosiły się kawałki nadpalonego papieru, jak gnane ogniem lampiony. Jak odwrotność płatków śniegu, czarne od popiołów. Ulicę dalej trwała rozpaczliwa strzelanina. Co kilka minut spadały pociski artyleryjskie eksplodując raz bliżej, raz dalej. Jakiś chłopak, z opaską na ramieniu błagał żandarma, żeby go przepuścił, bo zgubił swój oddział, który już na pewno poszedł wcześniej. Na innego rzuciła się starsza, rozwrzeszczana kobieta w chuście na głowie. Jakaś dziewczynka stała obok, ściskając małego, miauczącego kotka w swoich drobnych rączkach.

- Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami... – powiedział, patrząc na otaczający go chaos.

- Do tyłu! Do tyłu, bo zastrzelę! - wydzierał się nadal stojący obok kapitan.

Jakiś tęgi mężczyzna próbował go wyminąć i dać susa do włazu. Kapitan tylko obrócił się na pięcie i łapiąc za tłusty kark powalił na ziemię. Przydeptał oficerskim butem jak myśliwy dzikie zwierzę. Strzelił dwa razy w powietrze z trzymanego na postrach pistoletu. Trochę pomogło, bo tłum się na chwilę cofnął.

- Panie poruczniku, niech pan już schodzi. Widzi pan, jaki burdel tu mamy z tą ewakuacją. - powiedział kapitan, wskazując palcem stojących nieopodal w bramie budynku rannych powstańców.

Faktycznie. Przecież jego oddział nie był ostatni. Zostali jeszcze zdolni do chodzenia ranni, resztki obrońców i tylna straż, dopiero po nich można było wpuścić większe grupy cywili. Inaczej, bez kontroli, w chaosie i ścisku wszyscy byśmy się podusili w tych kanałach. Zresztą, takie były rozkazy. Chciał odwrócić się w stronę włazu, a wtedy kobiece dłonie złapały go za klapy kurtki. Zdziwiony popatrzył w zrozpaczoną, okrągła twarz, otoczoną skołtunionymi i brudnymi od popiołów rudymi włosami. Wpatrzone w niego zielone oczy.

- Proszę. – błagała kobieta przez łzy. Odsunął jej ręce, ale padła na kolana i, szlochając, zaczęła ciągnąć za nogawki. - Proszę. Pomóż nam się stąd wydostać. Uratuj nas. – powtórzyła.

Wskazała głową na stojącego obok chłopca. Może pięcioletniego. Brudną od popiołów twarz znaczyły jasne ślady po łzach.

-Nie mogę... nie rozumiesz... Tam na dole nie wiadomo, jak będzie. Jest strasznie. Tutaj macie większe szanse. Matce z dzieckiem Niemcy nic nie zrobią.

- Weź chociaż jego... proszę. - nie poddawała się. Chciał się wyrwać, ale nie puszczała – Zostaw... puść... puszczaj! – krzyknął, cofając się.

Popatrujący dotąd kapitan w końcu zainterweniował. Złapał kobietę za przegub ręki i pociągnął w tył.

- Do tyłu! Niech się pani cofnie!

- Błagam! Weź chociaż jego! Ja byłam na Woli, ja wszystko widziałam! - lamentowała.

Władek nie był. Ale widział uciekinierów, rozmawiał z nimi. Wszyscy wiedzieli, co tam się stało. Tysiące bezbronnych ludzi zamordowanych. Gwałty, grabieże. Mordowane dzieci i kobiety. Wcześniej to samo było na Ochocie. To samo zrobią ze Starówką. A chłopiec był taki podobny do Czesia. Nie, nie może tego zrobić. Nie może ich tutaj zostawić. Uratuje chociaż ich.

- Kapitanie! Niech pan ją zostawi.

Ten tylko spojrzał z ukosa, ale tylko wzruszył ramionami i puścił kobietę.

- Na pańską odpowiedzialność, byle szybciej. - dorzucił.

Władek skinął głową i przyzwał ją do siebie. Zrozpaczona dotąd twarz momentalnie pojaśniała. Dziewczyna łapczywie chwyciła się tej jedynej nadziei na ocalenie.

- Niech ci będzie. Jak masz na imię? - zapytał.

- Jadwiga.. Jadzia... - kiwnął głową – A ty? - spytał chłopca – Mikołaj.

- Słuchajcie, Jadziu i Mikołaju, ja jestem Władek. Trzymajcie się mnie, przeprowadzę was.

Wziął chłopca na ręce i pogłaskał po głowie, uśmiechając się.

- Wszystko będzie dobrze. Obiecuję.

Podszedł z nim do włazu. Potrzebował pomocy. Szczeble były zbyt daleko od siebie, by Mikołaj mógł sam po nich zejść. A otwór zbyt wąski, żeby mógł go znieść samodzielnie.

- Hej, tam w dole! – krzyknął, przyklękając na jedno kolano nad wejściem do kanału.

Nie było odpowiedzi. Najwyraźniej poszli, nie czekając na niego. Postawił dziecko, a później przysiadł na krawędzi i opuścił się w otwór, wymacując nogami szczeble.

- Podasz mi go, jak już stanę na dole, a później sama wejdziesz. Dobrze? - przytaknęła ochoczo.

Chwilę trwało, nim dotarł na dół. Szczeble były śliskie, a w kanale panowała kompletna ciemność, jeszcze tylko tego brakowało, żeby skręcił sobie kark.

- Dobra. Podaj małego. - stanął jedną nogą na ostatnim szczeblu, wyciągając ręce w górę.

Patrząc w prześwit włazu, widział jak kobieta delikatnie bierze synka za rączkę i pochyliwszy się, uspokajająco szepcze mu do ucha. Mały nie bardzo chciał wchodzić do ciemnego i brzydko pachnącego kanału. Byli na wyciągnięcie ręki. Nagle rozległ się głośny wizg. Ruda głowa zamarła zadarta w górę, jakby czegoś wypatrując. Trwało to sekundę. Bardziej poczuł, niż usłyszał. Jakby coś ciężkiego spadło mu na głowę. Głuche tąpnięcie, od którego stracił równowagę, lądując w błocie kanału. Krzyki ludzi. W beznadziejnym odruchu wyciągnął dłoń. Jadzia odwróciła się do niego, była tak blisko. Jej sylwetka na tle pomarańczowego od pożarów nieba, rozwarte do krzyku usta. Widział tylko dziecięcą rączkę. Zielone, zielone oczy na próżno szukające ratunku. Szara chmura pyłu pochłonęła ją w jednej chwili, gwiazdozbiór drobin piasku i wapnia. Jakby powstawało nowe uniwersum, a nie walił się świat. Zaraz potem do kanału wpadła tona różnorakiego gruzu, cegieł i metalowych elementów zawalonej kamienicy. Ledwie dał radę przeturlać się w bok, by samemu nie zostać zasypanym. Biały pył pokrył go żałobnym całunem i leżał tak w ciemnościach, czując jak coś w nim bezpowrotnie umiera. Jak staje się bardzo zmęczony.

Znowu jaskinia. Świecące w niej dwa szmaragdy oczu. Ale nie tych. To już nie struchlała Jadzia. Te oczy były dużo starsze. Dużo mądrzejsze. Nieludzkie, ze swoimi upiornymi pionowymi źrenicami, ale jednocześnie współczujące. Bliskie. Matczyne.

- Zabij mnie... - zachrypiał.

Czuł, jak opuszczają go siły, jak spływa na niego absolutna rezygnacja. Był zmęczony. Nawet więcej niż to. Był po prostu pokonany i pobity. Pogrzebany pod ziemią. Zasługiwał na ten los. Czuł się współodpowiedzialny za płonące gdzieś w górze miasto. Za rzekę umarłych, którą widział przed sobą. Co my zrobiliśmy? Zasługiwał na to samo, co spotkało esesmana.

Dlatego nie protestował, kiedy spętał go wężowy ogon. Zachował obojętność, gdy potężna siła uniosła jego ciało przenosząc nad wodą. Ze spokojem czekał na śmierć. Przymknął oczy, przelotnie myśląc o swojej rodzinie. O Jucie, Czesiu, o Staszku. O tym, że ich zostawił goniąc za śmiercią. Ale śmierć nie nadeszła. Zamiast tego poczuł pod plecami delikatną miękkość wilgotnego mchu. Usłyszał cicho nuconą pieśń. Uchwyt zelżał i ogon wysunął się spod niego. Otworzył oczy. Spoczywał na jej legowisku. Pod dłonią wyczuł kolisty kształt. Podniósł go do twarzy by obejrzeć. Dukaty. Orzeł na rewersie... napis, odczytał tylko wyraźniejsze litery „Regni.Poloni”. Muzyka zaczęła go napełniać jak puste naczynie. Odegnała smutek, koiła i uspokajała. Chciało mu się spać. Poczuł palce w swoich włosach, ich delikatne gładzenie. Syrenka przyciągnęła go do siebie i położyła sobie na łuskowatym łonie, jak dziecko na podołku. Patrzył nieprzytomnym wzrokiem, a czas płynął. Widział rozrzucone tu i tam przedmioty. Utopioną w płytkiej wodzie, pełną uroku karabelę. Półleżący kirys z fragmentem naramiennika, a nieco dalej, wśród głazów husarski szyszak z wysokim grzebieniem tkwiący na białej jak śnieg czaszce. Wszędzie wokół pełno było kości wymieszanych z różnego typu ekwipunkiem. Mignęła wysoka rogatywka z daszkiem, opodal gnił w wodzie muszkiet. Zrozumiał, że nie był pierwszy, że było przed nim wielu innych. Dziesiątki i setki lat wcześniej. Odkąd istniało miasto. Pokolenia walczących, pokolenia poległych, pokolenia jej dzieci. Rozumiał to powoli zapadając w sen. Pieśń bez słów sączyła się w niego i opowiadała o smutku, o nadziei. O tym co było i co jeszcze będzie; o tęsknocie i dumie, o wolności i zniewoleniu. O wyborach, jakich każdy musi dokonać. Zamknął oczy i wydawało mu się, że nie otaczają go szczątki poległych, ale ich świetliste duchy. Cierpliwe, zamyślone i wpatrzone w niego twarze. Stojące na wyspach, w wodzie, obok na pierzynie z mchu. Wszystkie nucące tę samą melodię. Odkręcił się do niej i pozwolił objąć, była zaskakująco ciepła. Pachniała piżmem, wilgocią i czymś jeszcze, zupełnie nieuchwytnym. Czymś pobudzającym. W zupełnym transie podniósł głowę, a ona nadstawiła swoją pierś. Wpił się w jej jędrność, gorączkowo wyszukując językiem twardość nabrzmiałego sutka. Ścisnął brodawkę zębami jak głodne szczenię, a syrenka jęknęła mocniej przyciskając jego głowę do piersi. Nuciła przy tym cicho. Pił łapczywie, ambrozję słodszą niż cokolwiek, z czym spotkał się wcześniej. Pił i czuł jak zapada się w niebyt.

Czas mijał, płynął jak woda poniżej. Cicho szemrząc. Pieśń nie miała końca. Spał, nie śniąc o niczym. A może po prostu przestał istnieć.

Nie pamiętał już, kim jest i gdzie się znajduje, gdy czułe ręce złożyły go w wodzie i oddały podziemnemu nurtowi. Tak jak inne, nieruchome ciała, wśród których się znajdował. Chciał płakać, protestować, ale nie był w stanie otworzyć powiek, pozostały wpół przymknięte. Nie mógł się poruszyć. Chciał kwilić jak porzucone dziecko, ale nie potrafił wydobyć z siebie choć dźwięku. Przez cienkie szparki powiek widział, jak patrzy za nim. Piękna, dumna, smutna. Nurt przyspieszył, wzmógł się szum. Powoli znikała w mroku, aż w końcu został wciągnięty pod wodę i rozpłynął się w jej zimnych, ciemnych odmętach.

***

Obudził go dojmujący ból żeber. Złapał głęboki haust powietrza i otworzył oczy. Leżał na wznak. Tysiące białych płatków wolno opadało, wirując w powietrzu na tle stalowoszarego nieba. Jeden z nich spadł mu wprost na czoło i momentalnie roztopił się mokrym chłodem. Zorientował się, że nachylają się nad nim dwie, ciemne sylwetki. Zamrugał oczami.

- Nu, ty živ? - powiedziała puchata czapa z wielką czerwoną gwiazdą.

- Smotret, vypity. Ja govoril, ty ne slušal. - powiedziała zarośnięta małpio druga głowa.

Znowu ból w boku, gdy małpiszon wymierzył kolejne kopnięcie.

- Vstavaj! - ponaglił.

Władek z ociąganiem usiadł, pomagając sobie rękami. Tym samym strącił z siebie kilkucentymetrową warstwę śniegu. Chciał wstać, ale zdrętwiałe nogi odmówiły posłuszeństwa.

- Nu, davaj! - niecierpliwił się zarośnięty czerwonoarmista, mierząc z pepeszy przewiązanej sznurkiem.

- Ostavit’ ego. - zganił go ten w czapie.

Przewiesił sobie trzymanego dotąd w ręku Mosina-Naganta przez ramię i pomógł wstać Władkowi.

- Čto vy zdes’ delaete? - zapytał z niekłamaną ciekawością.

Władek chciał odpowiedzieć, ale tylko zaszczękał zębami. Dopiero teraz poczuł, że jest mu przeraźliwie zimno. Miał tylko te same ubrania, co wcześniej. Cienką kurtkę, podarte spodnie. Chociaż z wyjątkiem obitych żeber nic go nie bolało. Nie było śladu po złamanej nodze i kto wie jakich jeszcze obrażeniach. Stali na zmarzniętym, pokrytym śniegiem brzegu rzeki. Ciemna woda pluskała, niosąc grube kawałki kry. Nie było w pobliżu niczego mogącego stanowić osłonę przed przenikliwym wiatrem, jedynie kilka pozbawionych liści krzaczków. W oddali, wśród śnieżnej kurzawy majaczyła linia drzew i ciągnące się od niej świeże ślady stóp.

Żołnierz kiwnął głową i sięgnął gdzieś między poły swojego grubego płaszcza. Podobnie jak jego kolega, od stóp po głowy okutany był solidną ilością ubrań, powiązanych ze sobą szmat, dlatego chwilę trwało nim znalazł to czego szukał. Wyciągnął na wpół wypitą półlitrówkę i odkorkował ją zębami.

- Dawaj. - zakomenderował podając flaszkę.

Władek wziął solidny łyk i rozkaszlał się gwałtownie. Paskudny bimber wyciągnął mu całe powietrze z płuc. Krasnoarmiejcy parsknęli śmiechem.

- Ha! Molodiec. - palnął go w plecy ten zarośnięty, nieustannie rechocząc.- Nu, kto Ty? - spytał jeden po polsku.

- Ja..., ja powstaniec – odpowiedział kaszląc.

- Powstanic? Wot siurpriza! - spojrzeli po sobie zdziwieni.

- Co... co z Warszawą? - zapytał Władek gdy odzyskał oddech i zrobiło mu się trochę cieplej.

Krasnoarmiejcy wzruszyli ramionami.

- A szto? Wot, stoit. - powiedział ten bardziej przyjacielski wskazując palcem za plecy powstańca.

- On soszel s uma. - skwitował małpiszon, pukając się w czoło palcem. Na nadgarstku zadzwoniły mu trzy założone obok siebie zegarki.

Władek wolno odwrócił się na pięcie i zamarł. Nad leniwie płynącą, na wpół skutą lodem Wisłą majaczyła lewobrzeżna Warszawa. Poszarpane ruiny Starego Miasta, zrujnowane Powiśle, porwane mosty. Rzadkie, odległe dymy. Oprócz tego cisza. Gruz. Zgliszcza. Jak gdyby jakiś niewyobrażalnie wielki olbrzym postawił tutaj swoją stopę. Gniotąc wszystko i wszystkich. Upadł na kolana upuszczając butelkę. Skrył twarz w dłoniach.

- Oj! Ostorożno! - zganił go kudłaty, z troską podnosząc flaszkę. Pociągnął z niej jakby dla pewności, że cenny trunek nie poniósł szkody.

Drugi tylko westchnął i współczująco położył rękę na ramieniu załamanego powstańca.

- Ty... ne płacz, budiet horoszo. - spróbował łamaną polszczyzną. - Dzisiaj semnadcatyj, my wam oswobodim Warszawu.

Za plecami klęczącego, kudłaty przyłożył sobie butelkę w okolice krocza i zaczął wykonywać nieprzyzwoite ruchy biodrami. Jego kolega pokręcił głową z dezaprobatą.

- Nu, hodz. My was sprosim troszku i wy paszli dom. Horoszo?