Ja matka — ja pielęgniarka - Sara Romska - ebook

Ja matka — ja pielęgniarka ebook

Sara Romska

0,0

Opis

Ja matka — ja pielęgniarka” to książka inna od poprzednich publikacji autorki, ale w wielu wątkach do nich nawiązująca. Zbiór postów zawiera sugestie, porady i spostrzeżenia dotyczące wzajemnych relacji dorosłych i dzieci. Wywiady punktują natomiast niedoskonały system psychiatrii dziecięcej. Nie to jest jednak zbiór recept na życie. Wisienkę na torcie stanowi bardzo osobisty akcent na końcu książki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 275

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




Sara Romska

Ja matka — ja pielęgniarka

Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe.

Dla uzupełnienia wiedzy autorka korzystała z portalu WP.

Projekt graficzny okładki: Marcin Ból

Ilustracje wykonali:

Martyna Pawłowska

Marcin Ból

Redakcja i korekta: Słowa na warsztat

© Sara Romska, 2021

„Ja matka — ja pielęgniarka” to książka inna od poprzednich publikacji autorki, ale w wielu wątkach do nich nawiązująca. Zbiór postów zawiera sugestie, porady i spostrzeżenia dotyczące wzajemnych relacji dorosłych i dzieci. Wywiady punktują natomiast niedoskonały system psychiatrii dziecięcej. Nie to jest jednak zbiór recept na życie. Wisienkę na torcie stanowi bardzo osobisty akcent na końcu książki.

ISBN 978-83-8245-532-8

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Wstęp

Książka jest zbiorem wielu postów i wywiadów pisanych z potrzeby serca, niekiedy pod wpływem wzburzenia czy emocji. Wywiady udzielane dziennikarzom miały naświetlać problemy dzieci umieszczanych w ośrodkach zamkniętych. Dotyczyło to warunków, w jakich przebywały, opieki nad nimi czy informacji o niedoskonałościach systemu. Czasami były to stwierdzenia szokujące, ale bardzo prawdziwe. Nie zależało mi, żeby dzięki wydanym książkom stać się celebrytką, zależało mi na naświetleniu problemu opieki w szpitalach psychiatrycznych, szczególnie opieki nad dziećmi. Temu miały służyć te wywiady. I być może moja niewielka cegiełka zaczynała już rozrastać się do niewielkiego murku, ale inne problemy znów przykryły temat psychiatrii dziecięcej. Koronawirus i polityka zdominowały inne problemy. Zapewne trzeba będzie długo czekać, żeby ktoś ponownie zajął się tematem dzieci.

Moje spostrzeżenia dotyczyły nie tylko dzieci z ośrodków, lecz także z tak zwanych normalnych domów. W każdej rodzinie dzieci mogą mieć swoje rozterki, pakować się w kłopoty czy przeżywać różnego rodzaju traumy. Zapracowani rodzice mogą nie zauważyć niepokojących zachowań czy wołania o pomoc. Może dla dorosłych nie do pomyślenia jest, że wołaniem o pomoc może być okaleczanie własnego ciała czy nawet próba samobójcza. Często dopiero wówczas rodzice dowiadują się szokującej prawdy o własnym dziecku.

Posty dotyczą różnych sfery życia i są podpowiedzią, na co zwrócić uwagę, jak można się zachować w trudnej sytuacji, jak radzić sobie z nastolatkiem, ale nie są receptą na wszystkie problemy świata. Wybór zawsze leży po stronie czytelnika. Subiektywna ocena wielu zjawisk może stać się przyczynkiem do refleksji w wielu aspektach życia: wychowania, miłości, emocji, zdrowia czy poprawnych relacji. Jest tego zbyt wiele, by wszystko wymienić, ale troska o losy najmłodszych zawsze leżała mi na sercu. Żeby sprawa była jasna: nie jestem psycholożką ani nigdy nie próbowałam się w nią wcielać, jestem jedynie osobą, która bazuje na bardziej rozwiniętej intuicji. Jeśli spotykałam osobę z bardziej skomplikowanym problemem, starałam się nakłonić ją, by jednak skorzystała z porad specjalisty.

Pewnie napotkacie w książce mniej lub więcej powtórzeń, ale w wyjątkowych sprawach moje emocje buzowały.

I. Na każdy temat

Sara Romska: Rozmowa pomaga każdemu człowiekowi

Projekt autorski publikacji — Katarzyna Lisowska Poetica Historica. Studia kulturowo-etyczne nad kobiecością, Tom II pod red. Katarzyny Lisowskiej

Moją rozmówczynią jest Sara Romska, autorka bardzo popularnych książek, które dotyczą życia dzieci na oddziale psychiatrycznym. To także studia przypadków, które wyjaśniają ich problemy, rokowania na przyszłość. Pani Sara — właściwie pani Czesława — jest pielęgniarką, która ma doświadczenie w pracy w szpitalach psychiatrycznych. Chętnie dzieli się bardzo dużą wiedzą, także w obszarze psychologii i psychiatrii. Jest przyjaciółką młodych, zagubionych w życiu ludzi, którzy mogą liczyć na jej wsparcie na starcie w dorosłe życie.

Katarzyna Lisowska:Pisała pani przejmujące książki o dzieciach ze szpitala psychiatrycznego. Przedstawiła pani ich wcześniejsze życie, krzywdy, których doświadczyły. Ich losy często są wstrząsające. Nie tylko pani pisze o tych sprawach, lecz także pomaga wchodzić w dorosłość pokrzywdzonym nastolatkom. Czy mogłaby pani opowiedzieć, jakie największe problemy zdarzyły się w pani pracy z młodymi osobami na oddziale psychiatrycznym?

Sara Romska: Napisane książki miały służyć zwróceniu uwagi na narastający problem dzieci potrzebujących pomocy psychologicznej i psychiatrycznej. Przerzucanie ich z jednego ośrodka do drugiego, z jednego szpitala psychiatrycznego do innego niekoniecznie służyło procesowi resocjalizacji, a dzieci stawały się „kukułczymi jajami”, z którymi jest tylko kłopot. Stały się balastem dla niewydolnych rodziców i wadliwego systemu. Ten system jest wadliwy, ponieważ w pewnym momencie wyłamał się trybik, którego nikt nie zauważył albo którego nie miał kto naprawić. Taka liczba dzieci nie musiałaby znaleźć się pod kuratelą państwa, gdyby dostępność do psychologów i psychiatrów była powszechna. W takim stopniu, w jakim dostępny jest lekarz pediatra, powinni być dostępni, mówiąc w skrócie, „lekarze duszy”. Ludzie winni nauczyć się wzajemnego szacunku, słuchania innych i w tym duchu wychowywać swoich dzieci. Dorośli obarczeni własnymi frustracjami nie chcą, są głusi, nie potrafią wyłapywać sygnałów płynących od dzieci. Bywało, że dziecko obierało sobie na powiernika nauczyciela, księdza, trenera, zaprzyjaźnioną sąsiadkę czy rówieśnika, mając w zasięgu ręki swoich rodziców. Na pierwszym miejscu jest to kwestia zaufania. W mojej pracy z dziećmi trzeba było zbudować nowe relacje, zaufanie przede wszystkim. Nie było to łatwe, bo poranione i wielokrotnie zdradzone dzieci otaczały się barierą, którą trzeba było forsować miesiącami, a nawet latami. Dopiero wówczas można było realizować i wpajać im wiarę w siebie i poczucie własnej wartości, w które w końcu zaczynały wierzyć. Te dzieci potrzebowały ogromnego wsparcia, ponieważ ich dawne i obecne lęki były trudną do pokonania przeszkodą. Dawne dotyczyły ich traumatycznych przeżyć, a obecne pochodziły z niskiej samooceny, braku wiary w przyszłość i osamotnienia. Ta walka o ich „dusze” była jak orka na ugorze. Była również bardzo trudna z powodu niewystarczającego i nie zawsze odpowiedniego personelu. Brak zaangażowania pseudoterapią, ciasnota na oddziale, okrojone środki na psychiatrię skutkowały częstszym stosowaniem przymusu bezpośredniego lub zwiększaniem ilości podawanych leków. To nie tak miało wyglądać.

K. L.: W publikacji poświęcam sporo uwagi problemom psychicznym młodych ludzi; jest ich sporo. Koncentruję się choćby na zjawisku samookaleczania. Z pani perspektywy, dlaczego młodzi ludzie na taką skalę się okaleczają?

S. R.: Niedojrzałe emocjonalnie dzieciaki podejmują różne próby zwrócenia uwagi na swoje problemy. Są to drobne kradzieże, ucieczki z domów, stosowanie używek, a także samookaleczenia. Dorośli nie rozumieją, że właśnie w taki sposób dziecko wyraża ból, cierpienie psychiczne. Starają się zamienić je na ból fizyczny, bo to przynosi im chwilowe ukojenie. Ostry przedmiot jest łatwo dostępny. Mimo rygorystycznego regulaminu i przechowywania niebezpiecznych przedmiotów pod kluczem często osiągały swój cel. Jeśli dziecko zapragnęło zrobić sobie krzywdę, to użyło do tego celu rozgniecionego plastikowego długopisu, zszywki z zeszytu, plastikowej butelki itp. Nie sposób było pozbawić dzieci przedmiotów codziennego użytku. Czasami były to tylko draśnięcia, które wołały: „Porozmawiaj ze mną. Jest mi ciężko i źle. Też jestem człowiekiem” i w podobnym tonie. Rzadko, przebywając już na oddziale, chciały zrobić sobie prawdziwą krzywdę albo odebrać sobie życie, chociaż w pierwszej części opisałam skrajny przypadek, który mógł się zakończyć śmiercią, i to nie jednej osoby.

K. L.:Jak można pomagać młodym osobom, które się okaleczają? Ma pani doświadczenie, nie tylko medyczne, pani praca sprowadza się do relacji terapeutycznej. Pielęgniarka jest bardzo blisko człowieka cierpiącego, znajduje sposoby na ulgę, stąd tak cenna jest pani perspektywa.

S. R.: Rozmowa pomaga każdemu człowiekowi. Dzieci na oddziale dzieliły się na dwie grupy. Pierwsza to te, które chętnie rozmawiały i mogłyby to robić godzinami. Krótka zachęta i już z szybkością karabinu maszynowego wypowiadały nawet bolesne słowa. Trzeba było je nauczyć wielu podstawowych zasad dotyczących zwierzania się, opowiadania o intymnych sytuacjach, wybierania właściwego rozmówcy, korzystania z terapii itd. Druga grupa to dzieci mocno zamknięte w sobie, niepotrafiące przerobić swojej traumy, nierobiące postępów. Im był potrzebny nienachalny rozmówca i uważny słuchacz. Każdy rodzaj terapii indywidualnej i zajęciowej odrywał je na pewien czas od przeszłości, dawał możliwość dokonania czegoś pożytecznego dla innych i siebie. Zajęcia plastyczne odkrywały niesamowite talenty. Drobne pochwały uskrzydlały do dalszej pracy. Odpowiednio dobrany film wzruszał do łez, a tym samym zbliżał i wyzwalał ukryte frustracje i pytania. Dzieci przypominały sobie, czym są uczucia wyższe, Oczywiście każde dziecko to indywidualność. I tu właśnie brakowało pracy z indywidualistami.

K. L.:Jakie sytuacje pani podopiecznych najbardziej panią poruszyły?

S. R.: W ciągu wielu lat mojej pracy było bardzo dużo takich sytuacji, ale rzeczywiście niektóre zapadają w pamięć na całe życie. Bardzo przeżyłam wyczyn pewnej dziewczynki, przez który mogła umrzeć. Przez dłuższy czas gromadziła leki przepisywane jej przez psychiatrę. Kiedy już zebrała odpowiednią według siebie ilość, połknęła je wszystkie naraz. Przyznała się do tego na zajęciach wychowawczyni, bo zaczęła się źle czuć. Chciała tylko tym zachowaniem zwrócić na siebie uwagę, a stało się coś więcej. Nieudolne działania lekarza dyżurnego zmusiły mnie do ofensywy, nie bacząc na konsekwencje. W rezultacie dziewczyna pojechała na oddział ostrych zatruć i dzięki temu przeżyła. Inna, bardzo osobista sytuacja doprowadziła mnie do łez. Dzieci dowiedziały się, że mam urodziny i same od siebie zaśpiewały mi na stołówce „Sto lat”, i wszystkie naraz podbiegły się do mnie przytulić. Zaznaczam, że mogły się przytulać tylko w określonych sytuacjach. Tu odwołanie do rozdziału Regulamin mojej książki. Poruszyło mnie wyznanie chłopca po sześciu latach przebywania na oddziale. Nigdy nie mówił o swoich przeżyciach, a jego obrona przed światem polegała na wyzwalaniu agresji. W pewnej sytuacji zapytałam go, dlaczego taki miły chłopiec musi przebywać tak długo w takim miejscu i co takiego wydarzyło się w jego życiu, że tu trafił. Mimo wielu opowieści skrzywdzonych dzieci to zdanie mnie zmroziło: „Pili, bili, gwałcili”. Nigdy już więcej nie powiedział nic o sobie. Takich przejmujących sytuacji było mnóstwo. Z tym chłopcem miałam kontakt ze cztery lata temu. Odzywał się do mnie poprzez FB, ale ciągle się gdzieś spieszył, wspominał, że wiele ludzi go oszukało, i że jest bezdomny. Potem kontakt się urwał. Tak bardzo pragnęłam mu pomóc, ale on chyba już nie ufał nikomu.

K. L.: Jak wygląda życie młodych ludzi na oddziale? Buntują się? Jaka jest ich codzienność?

S. R.: Jak już wspomniałam wcześniej, młodzi ludzie pod opieką personelu musieli stosować się do regulaminu. Pozwalało to na utrzymanie porządku na oddziale, a ich temperamentów w pewnych ryzach. Było to bardzo trudne, gdyż większość z nich wychowywała tak naprawdę ulica, a pozostali łatwo ulegali złym wpływom swoich kolegów i koleżanek. Stąd niekończące się konflikty i zatargi. Burza hormonów, izolacja, zmiana trybu życia i oczekiwania względem ich zachowania doprowadzały nawet do buntu. Takie wypowiedziane nieposłuszeństwo to demolka oddziału i konsekwencje dla całej młodzieży: zabranie im na pewien czas przywilejów, a dla przywódców i największych agresorów zabezpieczenie mechaniczne oraz zastrzyki uspokajające. Buntowali się również z innych przyczyn, takich jak ciasnota na oddziale (ja określałam to, że chodzili jak lwy w klatce, ale nie było to wcale zabawne), brak zajęcia, brak możliwości wyjścia na powietrze czy traktowanie ich jak „dzieci gorszego Boga”. Nie chcę się chwalić, ale dzięki konsekwencji w działaniu, wiarygodności i charyzmie przez te kilka lat udało mi się zapobiec przynajmniej trzem buntom. Gdyby poprawić warunki ich pobytu w placówce, może nie dochodziłoby tak często do chęci buntowania się, a na pewno sprzyjałoby to lepszym efektom terapeutycznym.

K. L.:Jakie metody pracy sprawdzają się na oddziale zamkniętym z młodymi ludźmi? Pacjentów jest dużo, a potrzebują uwagi. Jak pani sobie radzi na oddziale z takimi sytuacjami? Pytam, bo wiem, że jest pani bardzo zaangażowana w pomoc młodym ludziom.

S. R.: Może to zabrzmi dziwnie, ale bardzo ważna jest dyscyplina. Zanim nowe dzieci przyzwyczają się do nowych warunków, oczekiwań w stosunku do nich i zasad panujących na oddziale, mija sporo czasu. Bywa, że trudno im się pogodzić z zamknięciem, ograniczeniami, nową sytuacją. Kiedy to w większym lub w mniejszym stopniu zaakceptują, można wkroczyć z dalszymi działaniami. Tu nie jest jak w więzieniu. Personel stara się przygarniać te dzieciaki i tworzyć im namiastkę rodziny. W szczególnych okolicznościach jak święta czy Dzień Dziecka mogą liczyć na szczególne traktowanie. Poza tym mają kontakt telefoniczny z rodziną, opiekunami, a nawet swoimi dawnymi kolegami. Istnieje możliwość odwiedzin przez członków rodziny lub opiekunów. Ale tak naprawdę na pierwszej linii są zawsze pielęgniarki, sanitariuszki i sanitariusze. Ci z otwartym sercem, często poza swoimi obowiązkami, wspierają dzieci, pomagają w życiu codziennym, dużo rozmawiają i czuwają nad ich bezpieczeństwem. Niestety, jak w każdej grupie zawodowej znajdzie się czarna owca, która może zrobić wiele złego.

K. L.:Co jest najtrudniejsze w pracy na oddziale zamkniętym?

S. R.: Inaczej do tej pracy podchodzą mężczyźni, a inaczej kobiety. Kobiety obdarzone instynktem macierzyńskim nie raz i nie dwa były narażone na manipulację ze strony młodych pacjentów. Trzeba było mocno rozgraniczyć uczucia i obowiązki, by tak naprawdę dzieciom pomóc wrócić do społeczeństwa, a nie szkodzić. Okiełznać tak sporą grupę mocno zaburzonych dzieciaków, będąc z nimi w zdrowych relacjach, z poczuciem odpowiedzialności, ale dozą empatii i zrozumienia. Opisany przeze mnie haniebny przypadek wykorzystywania relacji personel–pacjent to skaza na zwyczajnym poczuciu przyzwoitości. Profesjonalista nigdy nie wykorzysta takiej zależności, natomiast przypadkowy pracownik jest niepotrzebnym balastem i tak niedoskonałego systemu. Nie dość, że trzeba sprowadzać na właściwe tory pogubione dzieciaki, to jeszcze „patrzeć na ręce” źle dobranym pracownikom. Pracując w takim miejscu, czułam się jak matka zastępcza, nauczyciel, ochroniarz, strażnik więzienny, a dopiero na końcu jak pielęgniarka. Bardzo to było trudne i obciążające.

K. L.:Wiem, że praca z młodymi osobami, choć trudnych problemów jest wiele, daje często powody do radości. Pani przeżywa życie młodych ludzi razem z nimi, walczy o to, by go nie stracili, i robi wszystko, by zagoiły się ich największe rany psychiczne. Byłabym wdzięczna, gdyby mogła pani opowiedzieć o radościach w swojej pracy.

S. R.: Największą radością w mojej pracy była informacja o tym, że dzieci, które opuściły szpital, zaczęły sobie radzić samodzielnie i, jak to się mówi potocznym językiem, wyszły na ludzi. Przy wsparciu różnych ludzi dobrej woli, przy moim skromnym udziale — są szczęśliwe. Część z nich wyjechała za granicę, by tam poszukać swojej szansy i odciąć się od swojego destrukcyjnego środowiska, część wyjechała do innego miasta, niektórzy znaleźli drugą połówkę jabłka, czasami równie pokiereszowaną, i stworzyli szczęśliwy związek. Najbardziej cieszy mnie, że potrafili odszukać swoje miejsce na ziemi. Może to prozaiczny przykład, ale wcześniej wspomniana dziewczyna, która połknęła te nieszczęsne pigułki, wyszła ze szpitala jako pełnoletnia osoba i nie miała gdzie się podziać. Zamieszkała w placówce opiekuńczej dla młodzieży. Pewnego dnia zwierzyła mi się, że tak naprawdę nigdy nie miała urodzin, a że zbliżała się jej dziewiętnastka, więc zaczęłam działać. W porozumieniu z wychowawczynią przygotowałyśmy niespodziankę. Ja przelałam pieniądze na tort i wysłałam paczkę z prezentami. O resztę zadbała pani wychowawczyni. Radości dziewczynki nie było końca. A przy tym mojej również. I takich momentów było całkiem sporo. Dla takich chwil warto żyć. Wiem, jestem niepoprawną romantyczką, bo chciałabym, żeby wszyscy mieli to, na co zasługują, i żeby każde dziecko było szczęśliwe. Każdemu wolno marzyć. Część dzieciaków nie odnalazła jednak swojej właściwej ścieżki, to bardzo smutne, ale niestety prawdziwe.

K. L.:Dziękuję za poruszającą rozmowę. Szerzmy wiedzę w tak ważnych kwestiach, domagając się zmiany sytuacji. Dziękuję za pani pracę i dobro.

Gadanie a rozmowa

Rozmowa stwarza tę nić porozumienia, która może decydować o wielu aspektach naszego życia. Gdyby ludzie potrafili ze sobą rozmawiać, wiele małżeństw czy związków byłoby trwalszych i szczęśliwszych. Tej sztuki winniśmy się uczyć od najmłodszych lat, a rewelacyjnie by było, gdyby uczyli nas jej rodzice. Opinia jednej osoby niewiele wnosi. Dzieci prędko przyzwyczajają się do „ględzenia”. Pewne formułki znają na pamięć, a ton głosu albo usypia, albo wzbudza niekoniecznie pozytywne emocje. Rozmowa to dialog, który daje możliwość poznania, co myśli druga strona, jakim jest człowiekiem, jaki jest jej światopogląd itd. Rodzice najlepiej poznają swoje dzieci poprzez rozmowy i obserwacje. Wiedzą wówczas, czy dziecko jest chore, smutne, wkurzone, czy ma problemy. Co zrobić, żeby chciało z nami rozmawiać? Jest wiele sposobów na to, by przełamywać lody. Można wprowadzić zasadę, że razem z dzieckiem rozwiązujemy każdy problem, o którym nam opowie. Trzeba wtedy poskromić własne emocje, choćby rozsadzały nas od środka. Najlepiej przeczekać własną złość, by przygotować się do rozmowy. Być konsekwentnym i nie dać się zbyć sloganem, że wszystko jest w porządku. Przekonać dziecko, że nawet rzecz w jego mniemaniu straszna czy przerażająca nie przestraszy nas.

Rozmowa to umiejętność słuchania. Możemy nie zgadzać się z argumentami, którymi młody człowiek będzie nas przekonywał, ale rozmowa pozwoli wytyczyć granice. Nawet najtwardsze negocjacje prowadzą do porozumienia. Wytyczanie granic może budzić złość i niezadowolenie, ale w rezultacie daje dziecku poczucie bezpieczeństwa. Wypracowanie porozumienia poprzez dialog zbuduje wzajemne zaufanie, na którym tak bardzo nam zależy. Coraz więcej przykrych informacji dociera do nas z telewizji lub gazet — czy wiemy, co o tym myśli nasz syn czy córka? Jak je odbiera, w jaki sposób przeżywa? Rozmowa o takich wydarzeniach może spowodować, że dziecko podzieli się z nami osobistymi przemyśleniami, przeżyciami, odczuciami, i być może dzięki temu poznamy przyczyny jego zachowania. Może okaże się, że dziecko jest pacyfistą lub niepoprawnym romantykiem, a może sympatyzuje z grupą, która budzi nasze obawy? Trochę gorzej, jeśli zacznie szukać rozmowy z przygodnymi ludźmi w internecie. Nie zdajemy sobie nawet sprawy, ile zagrożeń płynie z sieci. Użytkownicy internetu, mogą wyłapywać przypadkowe ofiary, niekoniecznie w dobrych intencjach. Dzieci są stosunkowo łatwym łupem, ponieważ są łatwowierne i nie posiadają takiego doświadczenia życiowego jak dorośli, a przecież nawet oni padają ofiarami przestępców. Okradanie starszych ludzi za pomocą różnych metod — na przykład „na wnuczka” czy „na policjanta” — zbiera swoje okrutne żniwo. Inni z kolei tracą dorobek życia z powodu nieuczciwego dewelopera lub dają się omamić łatwym inwestycjom, które kończą się fiaskiem. Nie ma jednej recepty na bycie wszechwiedzącym, ale uczenie ostrożności i pragmatyzmu otworzy furtkę analitycznemu myśleniu. Ta wyuczona ostrożność może ochronić nasze dzieci przed pedofilami, sektami i innymi niebezpieczeństwami czyhającymi w wielkiej sieci.

Te uwagi dotyczą nie tylko internetu, w realu również wszystko może się przydarzyć. Rozmowy i edukacja mają spowodować, że ryzyko tych zdarzeń będzie znacznie zminimalizowane. Zastanówmy się, kto ma przekazać tę wiedzę naszym najmłodszym? Oczywiście najpierw rodzice, następnie szkoła i specjaliści. Niestety, wyrocznią i kopalnią przeogromnej wiedzy, nie tylko dla dzieci, staje się „dr Google”. Oczywiście należy z tej wiedzy korzystać, ale nie bezkrytycznie na niej polegać. Prostym przykładem jest wyszukiwanie informacji na temat na dolegliwości somatycznych, które nam dokuczają. Zaczynamy poszukiwania w necie i okazuje się, że możemy chorować na bardzo poważne schorzenia, a odczuwane przez nas objawy pasują do opisu każdej prawie choroby. Odkładamy wizytę u lekarza, bo przecież prawie jesteśmy zdiagnozowani. Zatruwamy sobie życie przemyśleniami, spisując po cichu testament. A tymczasem może okazać się, że wyolbrzymiliśmy problem lub ze strachu i przez zwłokę pogorszyliśmy swój stan zdrowia. Wszyscy potrzebujemy porady, obiektywnego spojrzenia na problem i dystansu. Bez rozmów tego nie osiągniemy.

„Kto pyta, nie błądzi”.

Nietolerancja — krok do nienawiści

Nikt nikomu nie każe kochać gejów, lesbijek i przedstawicieli innych mniejszości, ale nie wyrzucimy ich z naszego społeczeństwa, bo mają takie same prawa jak pozostali. To jest czyjaś córka, czyjś syn czy inny członek rodziny. Rodzice takich dzieci pewnie wyobrażali sobie, że pójdą one inną drogą. Marzyli o wnukach, o innym partnerze dla swojego dziecka.

Wielkość człowieka polega na tolerancji. Pójdźmy o krok dalej. Lekarze, pielęgniarki nie segregują ludzi ze względu na światopogląd, sposób na życie, przynależność polityczną, czy orientację seksualną, ale ratują życie każdemu człowiekowi. Etyka, moralność, a także dekalog nie powinny pozwolić na krzywdzenie drugiego człowieka, a czasami słowa ranią bardziej niż czyny. Łatwo przychodzi nam osądzanie drugiego człowieka. Patrząc na bezdomnego, widzimy zaniedbanego, brudnego, ale i nieszczęśliwego człowieka. Nie wiemy, co takiego wydarzyło się w jego życiu, że skończył na ulicy. A czy nie zdarza się tak, że kiedy ktoś taki potrzebuje pomocy, to społeczeństwo stawia go nad przepaścią i popycha? Bywa, że leczony w szpitalu przechodzi przemianę. Jest umyty, przebrany, ogolony i wtedy zaczyna być inaczej postrzegany. Oddaje mu się człowieczeństwo i nikt już nie omija go jak kupę g… Czego uczymy nasze dzieci, jeśli sami pogardzamy drugim człowiekiem?

Dorośli narzekają na przemoc w szkole, upokarzanie, dręczenie. Brak tolerancji wyzwala kolejne negatywne uczucia. Powiedzenie, że „nic nie mam do odmienności seksualnych, ale najlepiej niech mi schodzą z drogi” nie jest odosobnione. Podobno zła karma wraca i może się okazać, że ktoś, kto tak mówi, również dozna krzywdy i wówczas zadaje pytanie: „Za co mnie to spotkało”? Zajrzyj w głąb siebie i sobie odpowiedz.

Pracując w opisanym w książce Bolanowie, spotkałam się z wieloma przejawami nietolerancji. Przykro było patrzeć, jak bardzo te dzieciaki były rozdarte wewnętrznie. Część z nich zmobilizowała mnie do napisania kontynuacji książki o ich losach. Jedna z dziewczynek od najmłodszych lat czuła się chłopcem. Opowiadała, że ma wrażenie, jakby chodziła w nie swojej skórze, i nazywała siebie „boską pomyłką”. O jej cierpieniach i marzeniach o szczęściu przeczytacie w mojej książce Dzieci psychiatryka. Dalsze losy.

„Dzieci psychiatryka. Historie z ich życia”. Autor: Sara Romska

Wywiad udzielony wydawnictwu Ridero

Dzisiaj przychodzimy do Was z trudnym wywiadem z Czesławą Drałus, pseudonim literacki Sara Romska, autorką książki Dzieci psychiatryka.

Wychowała się w małym miasteczku blisko Wrocławia — w Brzegu Dolnym. We Wrocławiu ukończyła Medyczne Studium Zawodowe i zdobyła zawód pielęgniarki. Pracowała w zawodzie, ale stale poszukiwała nowych możliwości. Miała krótki incydent pracy w lokalnej gazecie, prowadziła własną działalność (prowadzenie pubu, praca handlowca i wiele innych zajęć). Wszystko po to, by odejść od zawodu. Los jednak pokierował ją do pracy w szpitalu psychiatrycznym z dziećmi. I właśnie w tym miejscu poczuła, że robi to, co powinna. Tutaj poczuła się naprawdę potrzebna.

Miłość do książek zaszczepiła w niej babcia. Jej motto brzmiało: „Nawet najnudniejsza książka zasługuje na przeczytanie jej do końca”.

Ridero: Do kogo kierujesz swoją powieść?

Czesława Drałus:Moja książka opowiada o przeżyciach, traumach, zawiłych losach dzieci, które krętą drogą trafiły do szpitala psychiatrycznego, na oddział, w którym pracowałam. Kierował je tam sąd dla nieletnich. Jaką drogę przebyły, by znaleźć się na oddziale o wzmożonym zabezpieczeniu, a nie na przykład w poprawczaku? To, o czym opowiadały, mroziło krew w żyłach nawet doświadczonym pracownikom. Motywem przewodnim jest pamiętnik Natalii, z którego dowiadujemy się, jak można stworzyć dziecku piekło na ziemi.

Książka przeznaczona jest dla osób pełnoletnich, a wybrane fragmenty są do przeczytania przez dzieci, ale pod kontrolą dorosłych. Głównym adresatem są rodzice, opiekunowie oraz osoby, które w przyszłości pragną zostać roztropnymi rodzicami, wychowawcami. Wykorzystane w książce przykłady nie są charakterystyczne tylko dla szpitala psychiatrycznego, ale dla wszelkich jednostek wychowawczych, resocjalizacyjnych, dla tak zwanej trudnej młodzieży. Są typowe dla osób, które mają zbyt mało czasu na wychowanie

swoich pociech. Są ostrzeżeniem, by ich działania nie zaowocowały zerwaniem więzi rodzinnych, a później utratą kontroli w sytuacjach, w których nie jesteśmy w stanie lub nie potrafimy pomóc własnemu dziecku. Również dla tych, którzy mimo troski i miłości tracą kontrolę, nie zdając sobie sprawy, na jakie próby narażony jest młody człowiek w dzisiejszych czasach. Dla każdego, kto pragnie być czujny, pragmatyczny, kto chce oszczędzić dzieciom i sobie trudnych doświadczeń.

Ridero: Dlaczego podjęłaś się tak trudnej tematyki jak choroby psychiczne dzieci?

Cz. D.:Dopiero w latach dziewięćdziesiątych zaburzenia emocji i zachowania uznano za jednostkę chorobową i zaczęto leczyć je jako zaburzenie psychiczne. Tak naprawdę choroby psychiczne u dzieci diagnozuje się stosunkowo rzadko i ich spektrum jest wąskie. Dominuje wymieniona już jednostka zaburzeń emocji i zachowania, która odpowiednio leczona i prowadzona nie pozostawia śladu w późniejszym życiu. Na moim oddziale dzieci przebywały do pełnoletności. Naszym zadaniem było tak pomagać młodemu człowiekowi, aby po wyjściu ze szpitala funkcjonował jako pełnowartościowy członek społeczeństwa. Dzieci te tylko po części znalazły się w takim miejscu z własnej winy. Bywało, że kradły, bo musiały przeżyć. Okaleczały się, bo zamieniały ból psychiczny na ból fizyczny. Prostytuowały się, bo były zmuszane przez rodziców. Brały narkotyki, piły alkohol, bo szukały chwil ukojenia, które zaprowadziły je do uzależnienia. Czy przez to należało je przekreślić, odrzucić? Nie, należało naprawiać błędy dorosłych i pomóc im zrozumieć, że istnieje inna droga i że są ludzie, którym zależy na nich, mimo ich niedoskonałości. Moją rolą i całego zespołu było odbudowywanie zaufania, wskazanie, jak sobie radzić bez używek, nauczenie ich zwykłego życia. Kiedy praca podczas pobytu dziecka na oddziale przyniosła efekty, to była cała esencja i radość, że zrobiono coś naprawdę pożytecznego.

Ridero: Jaki element pracy nad książką był dla ciebie najtrudniejszy?

Cz. D.:Najtrudniejsze było dla mnie przeczytanie pamiętnika Natalii. Nie byłam w stanie przebrnąć przez pierwsze kartki. Czytałam i odkładałam, i znów wracałam. Dla osób wrażliwych nie był to łatwy materiał, ale Natalia powierzyła mi go, bo chciała wykrzyczeć swoją krzywdę, bo jako dorosła już kobieta zrozumiała, że została okradziona z dzieciństwa, że nigdy nie poradzi sobie z przeżytą traumą. Czułam się bezradna, że nie mogę jej pomóc bardziej, że będzie musiała się zmierzyć z życiem, nie mając prawidłowych wzorców. Czekałam nawet kilka miesięcy, by dopisać szczęśliwe zakończenie jej historii. Nie ma szczęśliwego zakończenia i to w dalszym ciągu jest dla mnie trudne. Książka Dzieci psychiatryka to autentyczne relacje skrzywdzonych dzieci. Bitych, gwałconych, poniżanych, głodnych i poniewieranych. Szukających pocieszenia w używkach, niejednokrotnie łamiących prawo i staczających się w swojej demoralizacji po równi pochyłej. Trafiły do szpitala psychiatrycznego — oddziału o wzmożonym zabezpieczeniu, aby stąd wrócić do społeczeństwa i być znowu pełnowartościowymi obywatelami. Pracujący w nim ludzie, obowiązujący regulamin, nadzieja, czasami bezradność oraz upływający czas stanowiły rzeczywistość tych pogubionych dzieci. Przez całą książkę przewija się wątek Natalii — dziewczyny, która winę za swój upadek moralny przypisuje najbliższym.

Źródło: https://ridero.eu/pl/blog/?p=700

Dlaczego warto przeczytać książkę „Dzieci psychiatryka. Historie z ich życia”

Moja książka skierowana jest do wszystkich rodziców, opiekunów i tych, którzy zamierzają zostać rodzicami w przyszłości. Przede wszystkim ma pomóc zrozumieć, dlaczego dzieci zachowują się w określony sposób i co chcą tym zachowaniem osiągnąć. Co oznaczają pewne zachowania, na przykład okaleczanie się, i co dzieci pragną nam swoimi manifestacjami przekazać? Nawet w najbardziej kochającej się rodzinie może dojść do problemów i trudności w komunikowaniu się między dorosłymi a dziećmi. Rozstanie rodziców, wyjazd za granicę czy inne zdarzenia mocno wpływają na psychikę naszych pociech. Dzieci potrafią się obarczać winą za nieporozumienia i zło dziejące się w rodzinie. Bez doświadczenia życiowego, rozmów, wyjaśnień tłumią swoje zgryzoty, które z czasem rozładowują agresją, buntem, okaleczaniem, sięganiem po używki. Kiedy przeciąga się to w czasie, przychodzą konsekwencje.

Dzieci psychiatryka. Historie z ich życia to również ostrzeżenie dotyczące tego, co się stanie po przekroczeniu pewnej granicy, kiedy naszym dzieckiem zacznie się interesować państwo. Krok po kroku — od zasądzonego kuratora, nawet do szpitala psychiatrycznego czy poprawczaka. W którymś z wywiadów zasygnalizowałam, że gdyby nie było tylu oddziałów psychiatrycznych dla młodzieży, to poprawczaki pękałyby w szwach. Jedne z tych oddziałów funkcjonują lepiej, inne gorzej, ale wychodząc, dzieci dostają tak zwaną carte blanche i mogą zacząć wszystko od nowa, bez wpisów do dokumentów. To nie jest bez znaczenia.

W książce naświetliłam, jak funkcjonował i funkcjonuje jeden z takich oddziałów. Nie liczmy na to, że zostawimy w nim dziecko, a inni naprawią nasze błędy. Cały sztab ludzi, wraz z rodzicami, ma uczestniczyć w przywróceniu naszego nastolatka społeczeństwu. To szansa dla dziecka, ale i dla nas, dorosłych. Sędzia, wydając wyrok w sprawie gimnazjalistek z Gdańska, w swoim uzasadnieniu odczytała: „Nie ma trudnej młodzieży, są tylko niewydolni wychowawczo rodzice.

https://www.tokfm.pl/Tokfm/7,102433,22900981,gang-mlodocianych-przestepczyn-wyrok-ws-brutalnych-gimnazjalistek.html

Moje opowiadania to także losy dzieci, które mieszkają obok nas. Wiele z nich ma problemy i dzieje się im krzywda, na którą reagujemy, czytając o niej w gazetach lub oglądając telewizję, ale czy potrafimy zareagować w codziennym życiu? W drugiej części (Dzieci psychiatryka.Dalsze losy) poznacie ich sukcesy i porażki, dowiecie się, przez jakie piekło przechodziły, żeby wyjść na tak zwaną prostą. To również nie jest łatwa lektura. Fałszywe nadzieje po miesiącach, a nawet latach spędzonych w szpitalu psychiatrycznym, bez wsparcia, po wrzuceniu ich na głęboką wodę, które kończyło się podtopieniem, a niekiedy utonięciem. Sięganiem dna, z którego niewielka grupa potrafiła się odbić. Jak odnajdywały się w społeczeństwie, mierząc się z nieuczciwością pracodawców i własnymi niedoskonałościami? Jak bardzo czuły się oszukane przez system i dlaczego niektórzy mają tylko pod górkę? To ich ostrzeżenia przekazane za moim pośrednictwem.

Cofnąć czas

Każdy z nas przeżywa rozterki i refleksje związane z różnymi zdarzeniami, z życiem. Mimo że to tylko mrzonka, zastanawiamy się, co by było, gdyby…? Bardzo trudno poradzić sobie samemu z traumą — jak doradzają psycholodzy, trzeba ją przepracować. Ważne jest, by na pewnym etapie wyciągnąć odpowiednie wnioski i spróbować coś naprawić. Czasami nie warto wciąż wracać do przeżyć i bezustannie ich wałkować, tylko trzeba ruszyć do przodu. Jeśli ktoś odszedł, to nie przywrócimy mu życia, ale możemy pomóc innym. Mogą uczyć się na naszych błędach i ustrzec się swoich. Dzielenie się z innymi naszymi przeżyciami pomaga rozładować wewnętrzne napięcie. Tak bardzo zbliżamy się do zachodnich schematów, że tracimy wartości, dzięki którym żyje nam się łatwiej. Mam na myśli prawdziwych przyjaciół, powierników, z którymi dzielimy się naszymi sekretami i możemy liczyć na ich wsparcie, a nawet pomoc. Poszukujemy substytutów w internecie, gdzie widzimy tylko napisane słowa. Nie widzimy szczerości w oczach, mimiki, gestów, tego, co zdradza zainteresowanie naszymi problemami. Nie czujemy uścisku dłoni, przytulania i wspólnych łez. Z kolei za rzeczowe porady u specjalistów musimy zapłacić, a zmęczony terapeuta będzie spoglądał niecierpliwie na zegarek. To prawda, że boimy się śmieszności, zawstydzenia i tego, że ktoś nadużyje naszego zaufania. Trzeba jednak zaufać i otworzyć się na ludzi. Metoda małych kroków da nam możliwość weryfikacji, czy ktoś zasługuje na zaufanie, czy też nie. Warto dać komuś szansę i powierzyć jakąś naszą drobną tajemnicę. Taka próba dostarczy nam wiedzy i przyniesie odpowiedź.

Dlaczego warto robić coś dla innych? Dla wierzących cytat z biblii: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. Dla wszystkich: by poczuć się lepiej, mieć poczucie przynależności, stać się empatycznym, rozwijać duchową przemianę, dawać przykład innym i wychowywać. Tworzyć wrażliwe społeczności, które nie będą zamykać się w betonowych skorupach. Popadamy z jednej skrajności w drugą. Albo gromadzimy się i składamy górnolotne obietnice, albo zamykamy się w domach i udajemy, że nas to nie dotyczy. Ja pomogę komuś, a kiedyś może ktoś pomoże mnie? Każda karma wraca, i to w najmniej spodziewanym momencie. Życie jest nieprzewidywalne i nie wiemy, kiedy tej pomocy możemy potrzebować. Wielu ludzi, których dotknęła jakaś tragedia, pragnie pomagać innym. Organizują się w grupy, otwierają fundacje, starają się chociaż w części ulżyć innym cierpiącym. To nieprawda, że ludzie nie chcą mówić o swoich traumatycznych przeżyciach. Wręcz odwrotnie, muszą być jednak na to gotowi. W taki czy inny sposób pragną wykrzyczeć swój ból, może pokłócić się z Bogiem i starać się nie oszaleć. Matka, która z powodu wypadku straciła jednocześnie trzy córki, miała prawo być o krok od szaleństwa. Czy ta kobieta nie marzyła, żeby cofnąć czas? To pytanie retoryczne, bo wiemy, że jest to niewykonalne. Po takiej tragedii pozostaje żyć dla innych dzieci, walczyć o swoje zdrowie psychiczne, a w przyszłości wspierać innych, by samemu poczuć się lepiej. Mimo tego, że życie wgniata nas w ziemię, należy się podnosić i dalej walczyć.

Nić porozumienia

Zatrważają mnie sytuacje, w których rodzice czy opiekunowie są zaskoczeni dramatycznymi wydarzeniami. Nie raz i nie dwa uczestniczyłam w udzielaniu pomocy młodym ludziom zatrutym różnymi środkami. Wbrew pozorom, jeśli ktoś uważa, że alkohol jest bezpieczną trucizną, to nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo się myli. Kiedy nie znano antybiotyków, kiłę leczono arszenikiem — trucizną, której minimalne dawki nie były zabójcze. Tak jak wypalenie jednego papierosa nie uśmierca, ale wypalenie większej ilości naraz prowadzi do zatrucia, a nawet zgonu. Nawet sól spożywcza w znacznej ilości może zabić. Tak jest z każdą trucizną. Jeśli przyzwyczaimy organizm, stosując małe porcje, nikt natychmiast nie umiera. Dzieci zatrutych dużą dawką alkoholu jest coraz więcej. Tej trucizny z organizmu trzeba się pozbyć jak najprędzej i jest to praca medyków, ale walka o życie, szczególnie młodych ludzi, to wielka trauma dla całego personelu. Smutek, łzy rodziców i to dramatyczne wzajemne przerzucanie na siebie winy nie budują dobrych relacji. Pojawia się zasadnicze pytanie: „Gdzie popełniliśmy błąd?”. Zdziwienie i niedowierzanie powodują natłok myśli i pytań.

Do zatruć lub uzależnienia prowadzi nie tylko alkohol. Dochodzą dopalacze, narkotyki, leki psychotropowe, leki na odchudzanie oferowane poza obrotem aptecznym i wiele innych substancji. Nawet toksykolodzy nie nadążają za pomysłowością handlarzy śmiercią. A czas płynie nieubłaganie, zmniejszając szanse na przeżycie czy odzyskanie zdrowia. Dorośli mają ten dar przewidywania, dalekowzroczności — szkoda tylko, że tak rzadko dzielą się tym darem ze swoimi dziećmi i innymi dorosłymi, tymi, którzy są mniej zaradni. Rozmowy, przytaczanie przykładów, uwrażliwianie i przygotowanie na rozsądne decyzje mają pomóc minimalizować tego typu tragedie.

Część zagrożeń czyhających na młodych ludzi omówiłam w pierwszej części mojej książki Dzieci psychiatryka. W części drugiej, Dzieci psychiatryka.Dalsze losy, znacznie rozwinęłam temat. Piszę o zagrożeniach, na które możemy mieć większy lub mniejszy wpływ. Warto się z tym zapoznać i umiejętnie wykorzystać podaną wiedzę. Zdrowie i życie naszych pociech jest najważniejsze.

Używki wyniszczają młody organizm znacznie prędzej niż dojrzały. Przypomną o sobie nawet po odstawieniu. Mają wpływ na pracę mózgu, zmniejszają możliwości intelektualne, nawet do upośledzenia. Niszczą narządy wewnętrzne, wątrobę, nerki czy serce, upośledzają ich funkcje i pozostawiają znaczny uszczerbek. Młody człowiek staje się okaleczony. Nawet jak wróci do pełnej formy i zapragnie realizować swoje marzenia, może się okazać, że zostanie zdyskwalifikowany z powodu uszkodzenia serca, o którym nie miał pojęcia. Rozczarowanie i wymuszona zmiana planów to dotkliwa kara za popełnione błędy i lekkomyślność.

Widoczni — niewidoczni

Czy dzisiaj bardziej widzimy niepełnosprawnych i ich problemy? Zapewne tak. Część dzieci opuszczających szpitale psychiatryczne również jest w różnym stopniu obarczona niepełnosprawnością. Jak traktuje ich społeczeństwo? Jeśli ludzie wiedzą, że były one w szpitalu psychiatrycznym, nieważne z jakiego powodu, to są postrzegane jako… „czubki”. Do tego sprowadza się nasza wiedza. A to nieprawda. Te dzieci nie są mniej inteligentne, mniej empatyczne, są tylko dotknięte traumami, często fizycznie i psychicznie pokiereszowane. Może są mniej zdolne, ale czy nasze „normalne” dzieci nie wykazują wybiórczych zainteresowań. Jedne są uzdolnione humanistycznie, inne lepsze w przedmiotach ścisłych. Pacjenci szpitali psychiatrycznych czy wychowankowie ośrodków wychowawczych lub resocjalizacyjnych nie są wyrzutkami społecznymi, tylko dziećmi, które się gdzieś pogubiły i przeciw czemuś zbuntowały. Nieprawdą jest, że zawsze pochodzą z rodzin patologicznych. Coraz częściej zdarzają się dzieci, które chcą zwrócić naszą uwagę na siebie, na swoje uczucia. Pragną zainteresowania, rozmowy, potraktowania ich problemów z należytą uwagą. Chcą się dzielić swoimi kłopotami, osiągnięciami, rozterkami. Pragną, żeby ktoś je pochwalił, wysłuchał, doradził, a może tylko uczestniczył w ich przeżyciach.

Dzieci z jakimś stopniem niepełnosprawności mogą nam się wydawać dziwne. Rzeczy dla nas oczywiste, dla nich urastają do rozmiarów Mount Everestu. Dopiero wyjaśnienia, uproszczenia dają im jasność sytuacji. To jednak wymaga z naszej strony uwagi, zainteresowania i zrozumienia młodego człowieka. Pamiętajmy, że te uwrażliwione dzieci prędko wyczują fałsz w nieszczerym działaniu, a utrata zaufania to nasze fiasko. Dla młodych ludzi jakieś niedomówienie, próba przemilczenia ważnego dla nich tematu to niemalże zdrada. W dzisiejszych, skomplikowanych czasach nie jest łatwo dogadać się z młodym człowiekiem, który na wszystko reaguje odpowiedzią: „Ty nic nie rozumiesz”. Być rodzicem dzisiaj to nie lada wyzwanie. Tak bardzo sprawdza się maksyma „małe dzieci nie dają spać, a duże żyć”. Sama doświadczam tego na co dzień, bo też jestem matką. Trzeba jednak z dziećmi rozmawiać, być ich przyjacielem, oparciem, a z czasem może to zaowocować ich niezależnością i umiejętnością radzenia sobie w mało sprzyjających sytuacjach.

Jak rodzi się trauma

Może będzie ostro, ale niektórzy dorośli są egoistami, narcyzami i totalnymi ignorantami. Czytam różne posty i przy niektórych ręce mi opadają. Jeśli jakaś kobieta, żona pisze na forum, że jej partner nadużywa alkoholu, popala trawkę czy sięga po inne narkotyki, a wszystkie kłótnie, krzyki, łzy swojej ukochanej mamusi widzi dziecko, to nie jest to nic innego jak znęcanie się nad tym dzieckiem. Kobieta twierdzi, że kocha swojego partnera, i liczy, że to się zmieni, a tymczasem ciągnie się to miesiącami czy nawet latami, pozostawiając u dziecka traumę na całe życie. Jeszcze gorzej, gdy rodzice przekazują swoje dziecko od instytucji do instytucji albo powierzają je zmęczonym dziadkom. Nie bez powodu natura tak to skonstruowała, że dzieci mają ludzie młodzi. Organizm jest wówczas w pełni wydolny, rodzice mają więcej cierpliwości, a ich siły fizyczne są niespożyte. Nie bez kozery mówi się, że dziecko to praca na pełen etat. Czy mężczyzna, który tylko obiecuje, a nie dotrzymuje słowa i niszczy swoją rodzinę, jest jej wart? Czy kobieta, która przedkłada takiego niszczyciela, używki albo lekkie życie nad własne dziecko, zdaje sobie sprawę, jak to wpłynie na jego psychikę? Jeśli o tym nie myślą, to właśnie dlatego śmiem nazywać ich cholernymi egoistami. Dziecko potrafi zapamiętać bardzo dziwne szczegóły ze swojego dzieciństwa. Już trzylatek może pamiętać przykre dla niego doznania, na przykład szczypanie w policzek przez egzaltowaną ciotkę, wymuszane przez wąsatego i obślinionego wujka całuski itd. W przyszłości może okazać się, że dziecko unika bliskich kontaktów — nie lubi czułości rodzinnych, ściskania, przytulania i najchętniej ograniczałoby się do kontaktów na odległość. Niby nic takiego się nie wydarzyło, ale dziecku pozostała trauma.

Jaka jest różnica między przebywaniem z dzieckiem a przebywaniem w towarzystwie dziecka? Otóż przebywanie z dzieckiem to czas, kiedy rodzic rozmawia z dzieckiem, coś z nim robi, poświęca mu czas i okazuje zainteresowanie. Przebywać w towarzystwie dziecka, to na przykład zerkać, czy ewentualnie nie wypadnie przez balkon, ale tak naprawdę zajmować się sobą i swoimi sprawami. Wypadki zdarzały się zawsze, bo dzieci to żywe srebro, ale za wiele z nich winę ponoszą głównie nieodpowiedzialni dorośli. Oparzonemu dziecku pozostanie nie tylko blizna na skórze, lecz także olbrzymia trauma. Może uda mu się wyprzeć to, jak doszło do wypadku, ale blizna po nim będzie przypominała mu o tym przez całe życie. Ból oparzeniowy jest tak okropny, że w wielu przypadkach lekarze decydują się na wprowadzanie w stan śpiączki farmakologicznej (zależy to oczywiście od skali oparzenia).

Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy, co tak naprawdę może wywołać uraz psychiczny. Możemy sądzić, że jakieś zdarzenie nie jest istotne, że było bardzo dawno, ale nasza pamięć potrafi szufladkować informacje i w pewnym momencie, nawet po długim czasie, podporządkowani podświadomości zachowamy się tak, a nie inaczej. Po wielu latach pragnący nam pomóc psycholog może doszukać się źródła naszych problemów w okresie dzieciństwa. To cudowne usłyszeć z ust dorosłej osoby: „Miałam/miałem szczęśliwe dzieciństwo”. Nie spowodują tego przedmioty, ale mogą to spowodować rodzicielska miłość i cudowne wspomnienia, nawet zapach pieczonego ciasta. Ileż to razy uzmysławiamy sobie, że już nigdy nie skosztujemy czegoś, co tak bardzo smakowało nam w dzieciństwie. Oby życie smakowało podobnie.

Niszcząca siła stresu

W dzisiejszych czasach stres towarzyszy nam na co dzień. Zmianie może ulegać jedynie jego skala. Nie ma jednej recepty, jak sobie z nim radzić, bo zależy to od wielu czynników — w jakim jesteśmy wieku, czy jesteśmy w związku, czy pracujemy, jakie są nasze relacje rodzinne itd. Ja próbuję się skupić na młodych ludziach, którym trudno sobie poradzić z tą chorobą cywilizacji. Generalnie osoby dorosłe powinny radzić sobie z nim lepiej, ale nie zawsze tak to działa. Kiedy dorośli mają problemy i nie potrafią sobie z nimi uporać, poszukują „odstresowaczy”. Dla jednych będzie to alkohol, dla innych słodycze, jedzenie, leki, zakupy, narkotyki czy jeszcze inne rzeczy. Podczas stresu tak samo cierpi nasz umysł jak ciało. Długotrwałe napięcie prowadzi do wielu chorób somatycznych. Możemy często się przeziębiać, nie kojarząc tego z czynnikami stresogennymi i systematycznym obniżaniem odporności naszego organizmu.

Nie znam złotej rady na wszelkie zło całego świata, ale wiem, że zamykanie się w domu i pogrążanie się w samotności, we własnych myślach, nie przyniesie pomocy i rozwiązania. Odwrotnie, wyjście do ludzi, rozmowa, szukanie rozwiązań poza domem mogą podsuwać nowe pomysły, nieść nadzieję i pozwalać podążać w dobrym kierunku. Wszystkie nasze emocje przenoszą się na pozostałych domowników. Jeśli patrzą na nas dzieci, to musimy pamiętać, że są one doskonałymi naśladowcami. Nie musimy jednak udawać, ukrywać, że coś jest nie tak. Młodzi ludzie również mogą uczestniczyć w rozwiązywaniu problemów, konfliktów, chyba że dotyczą one naszej sfery intymnej. W ten sposób przygotowujemy młodych ludzi na trudy życia, aplikujemy swego rodzaju szczepionkę. Bezwzględna ochrona stworzy pewien miraż, a przyszłe porażki mogą stać się dramatem ich życia. Poza tym dopuszczeni do rodzinnych narad, bardziej się dowartościowują i bardziej nam ufają; w ten sposób przełamujemy bariery. Oczywiście dobieramy rodzaj przekazu do wieku dziecka. Innych słów użyjemy, mówiąc do pięciolatka, a innych, dyskutując z piętnastolatkiem. Pamiętajmy, że dzieci nie lubią ciszy, boją się jej, źle się czują w atmosferze niedomówień i niepewności. Czasami czegoś nie rozumieją, ale ich intuicja działa bardzo sprawnie. Dziecko nie odchoruje stresu jak dorosły — nie dostanie na przykład zawału. Będzie się skarżyło na bóle brzucha, brak apetytu, kłopoty ze snem itd., ale znacznie bardziej ucierpi sfera uczuć i emocji. W tym czasie mogą pojawić się pierwsze okaleczenia, eksperymenty ze środkami odurzającymi, alkoholem, młode osoby mogą stać się łatwym łupem sekt i pedofilów.

Nie wyeliminujemy zupełnie stresu z naszego życia, bo jest to zwyczajnie niemożliwe, ale możemy wpływać na zmniejszanie jego natężenia. Nie zostawajmy ze swoimi problemami sami. Nie opierajmy się tylko na ocenie znajomych, bo ta może być stronnicza. Czasami warto zapytać o zdanie kogoś zupełnie obcego. Nie musimy natychmiast takiej rady wcielać w życie, ale warto, byśmy się nad nią zastanowili.

Uzależnienia

W styczniu 2020 roku oglądałam w TVN24 odcinek programu Superwizjer poświęcony tematyce uzależnień. Chciałabym się odnieść do poruszanego w tym programie problemu. Generalnie skupiono się na uzależnieniu od środków psychoaktywnych i wymieniono jeden powód, dla którego dzieci się uzależniają, a mianowicie ciekawość. Otóż w mojej książce Dzieci psychiatryka. Historie z ich życia wymieniam tych powodów przynajmniej kilka, a jest ich i tak znacznie więcej. W programie pokazano życie i losy bohaterów, którzy z powodzeniem lub bez walczą z nałogiem. Moją uwagę przyciągnęła matka uzależnionej nastolatki, która opowiada o problemach dziewczyny i próbach pomocy. Z mojego punktu widzenia ta pomoc była nieumiejętna. Dawanie dziewczynie jedzenia i nagminne proszenie, żeby przestała brać, nie odniosły żadnego skutku.

Aby odnieść sukces, trzeba wiedzieć, jak postępować z taką osobą. Nawet dzieci zamknięte w ośrodkach bez wsparcia rodziny nie radzą sobie z tak trudnym uzależnieniem. W terapii powinno brać czynny udział zarówno dziecko, jak i jego rodzina. Tam rodzice otrzymują instrukcje, jak postępować, jakie wprowadzać zasady i jak umiejętnie wspierać dziecko w walce z nałogiem. Często brutalna prawda wypowiadana przez kogoś zupełnie obcego otwiera świadomość ludzi z problemami. Dlatego warto korzystać z porad psychologów, psychiatrów czy terapeutów. Nie do zaakceptowania jest postawa rodziców, którzy litując się nad dzieckiem, przynoszą na zamknięty oddział narkotyki. Ich motywacją jest to, że dziecko bez tego cierpi. Przemycanie środków odurzających w paście do zębów, cukrze, chipsach i wielu innych produktach dodawało tylko pracy kontrolującym. Takie rzeczy trzeba było przeglądać, sprawdzać, cukier przesypywać i tak dalej. Jednak pomysłowość ludzka nie zna granic i czasami im się udawało coś przemycić. Nie ma nic bardziej dołującego jak najarane towarzystwo, nad którym pracował sztab ludzi. Wyciągnięcie kogokolwiek z nałogu to ciężka praca.

W Superwizjerze mówiono też o zanieczyszczonej marihuanie, o której również piszę w książce. Sprzedający śmierć na raty myślą tylko o zyskach, a nie o ludzkich tragediach. Od takich mieszanek, które serwują handlarze śmiercią, dzieciaki uzależniają się dużo szybciej. Myślą, że palą trawkę, a palą świństwo, które najpierw niszczy im mózg, a potem inne narządy. Pojęcie lekkich narkotyków już dawno nie istnieje. Z powodu tych mieszanek dzieci odczuwają lęki, mają halucynacje, łatwo wpadają w depresję, mają kłopoty z pamięcią, czasem nawet pojawia się schizofrenia. W momencie, w którym uda im się zerwać z nałogiem, cierpią na schorzenia somatyczne (np. problemy z sercem, wątrobą), mają tiki i szereg innych dolegliwości. Pojawiają się ograniczenia intelektualne. Taki niszczący wpływ, w szczególności na młody organizm, mają narkotyki, leki, dopalacze, alkohol, kleje i mnóstwo innych o podobnym działaniu. Hazard czy seksoholizm to generalnie uzależnienia psychiczne, ale te wymienione wcześniej niszczą człowieka po całości.

Ostatnie zdanie z wspomnianego programu:

W CO TRZECIEJ RODZINIE ISTNIEJE PROBLEM NARKOTYKÓW!

Spodziewalibyście się, że aż tak?

Higiena ciała u nastolatków i nie tylko

Młodzi ludzie może tylko z opowiadań wiedzą, jak ciężko wiele lat temu było nam zdobywać niektóre produkty. Ja osobiście dwa lub trzy razy w życiu byłam zmuszona umyć włosy płynem do mycia naczyń, bo nigdzie nie było szamponu. Ale to już przeszłość. Dostępność i różnorodność środków chemicznych, kosmetycznych wręcz zwala z nóg. Są to produkty na każdą kieszeń, bez wyjątku. Niestety, nie wszyscy wykształcili w sobie nawyki higieniczne. Takie rzeczy wynosi się z domu. Kąpiel raz w tygodniu to za mało. U młodych ludzi ma to ogromne znaczenie, ponieważ zachodzą w nich zmiany hormonalne, a wydalany pot przybiera specyficzny zapach. Cóż z tego, że nastolatek weźmie prysznic, jeśli na świeżo umyte ciało założy przepocone ubrania. Niestety, zapaszek będzie wciąż obecny. Już nieraz pisałam, że dzieci potrafią być bardzo okrutne, a w tych sprawach nie bawią się w dyplomację. Upatrzą sobie brudaska, zrobią z niego ofiarę i pastwią się z powodu jego zaniedbań.

W latach swojej młodości obracałam się w grupie dziewcząt, która oceniała wygląd chłopaka po obuwiu, włosach i paznokciach. Jeśli coś w tej sferze było zaniedbane, to delikwent był dla nas przegrany. Zdaję sobie sprawę, że dzisiaj dziewczyny mogą mieć inne kryteria, a zaniedbania higieniczne obejmują obie płcie. Nic nie jest w stanie wytłumaczyć brudasów, tym bardziej że przyczyną jest zwykłe lenistwo. Nie każda szkoła daje możliwość skorzystania z pryszniców po lekcji wychowania fizycznego, ale dzieciaki mają stroje na zmianę, mogą skorzystać z umywalki, zmienić skarpetki, użyć antyperspirantów — i w ten sposób zminimalizować „broń biologiczną”. Trzeba pamiętać, że w przyszłości taki młody człowiek może mieć problemy w kontaktach międzyludzkich, problemy ze znalezieniem pracy lub zwyczajnie nieraz może być zawstydzony przez obcych ludzi. To bardzo przykre doświadczenia. Tutaj apel do rodziców: bądźmy konsekwentni w tej materii, a naszym pociechom będzie się żyło łatwiej. Gorzej, gdy to rodzice nie wykazują potrzeby dbania o higienę, wówczas młodzi ludzie zdani są tylko na siebie.

Jeśli chodzi o kwestie zdrowotne, to nie polecam perfumowania intymnych części ciała, idąc na wizytę do ginekologa. Wystarczy umyć się ciepłą wodą. Naturalne zapachy mówią o schorzeniach bądź ich braku. Nie popadajmy z jednej skrajności w drugą, bo przesadne dbanie o higienę niszczy warstwy ochronne skóry, powodując różnego rodzaju alergie. Mamy być czyści, a nie zdezynfekowani. W swojej poprzedniej pracy poznałam dziewczynkę z nerwicą natręctw. Mimo ponagleń personelu, kąpała się zawsze ponad pół godziny, szorując się tak, jakby wyszła co najmniej z kopalni. W ciągu dnia myła ręce chyba ze sto razy, jak w syndromie Lady Makbet. Jej leczenie trwało dwa lata, a objawy ustępowały bardzo wolno. Trudno powiedzieć, czy została wyleczona, bo stała się pełnoletnia i opuściła oddział. W żadną stronę nie należy przesadzać.

„Dzieci psychiatryka. Historie z ich życia” — Opinia pedagoga (1)

Dzieci psychiatryka. Historie z ich życia to opowieść literacka, ale mocno przesiąknięta psychologią. Życie młodych pacjentów ośrodka zamkniętego poznajemy ze wszystkimi szczegółami. Autorka precyzyjnie przedstawia portrety psychologiczne pacjentów, czyniąc z nich niemalże studium indywidualnego przypadku. Książka zaskakuje mnie jako pedagoga — ogromem wiedzy, specjalistycznych objaśnień, komentarzy. Pozwala zrozumieć różne sytuacje, stan młodego, zagubionego człowieka, często zaburzonego na skutek doświadczeń rodzinnych, które okazywały się w wielu przypadkach niemałą traumą. Książkę czyta się lekko pod względem językowym, jest napisana ciekawie, na każdej stronie widać kompetencje Autorki.

Dzieci psychiatryka to literatura faktu uderzająca stopniem trudności sytuacji życiowych, w jakich znalazły się opisane w książce osób. Zaskakuje to, z czym te dzieci same muszą sobie radzić. Taka osoba jak Autorka, potrafiąca wykazać się konsekwencją, jest dla nich nieocenioną ostoją i wsparciem. Książka nie jest naiwną opowieścią. Podparta jest ogromną praktyką i zasobem informacji. Autorka nie należy do osób, które „dają się wywieść w pole”, jest odporna na manipulacje. To wszystko można wnioskować z lektury książki, która jest niczym poradnik po świecie sztuczek manipulacyjnych młodych ludzi. Możemy się z niej dowiedzieć, jak postępować z dziećmi podobnymi do tych opisanych przez Czesławę Drałus, jeśli napotkamy je na swojej drodze.

Polecam książkę, podziwiam erudycję Autorki, rozsądną empatię i właściwie dobieraną pomoc. Opisy są dalekie od obojętności, ale jednocześnie Autorce nie brakuje profesjonalnego podejścia do swojej pracy. Lektura jest interesująca, można się z niej wiele dowiedzieć o naturze człowieka.

Cieszę się, że mogłam przeczytać tę książkę i stać się posiadaczką egzemplarza z autografem Autorki. Książka jest ponadprzeciętna.

KATARZYNA LISOWSKA, pedagog szkolny i polonistka, redaktorka miesięcznika „Kraków”

Smutne wspomnienia

Każdy człowiek przechowuje w swojej pamięci różne wydarzenia. Niektóre z przykrych doświadczeń z dzieciństwa będą nas czegoś uczyły, być może wzmacniały. Przegrany konkurs czy zawody mogą motywować i pomagać doszlifowywać umiejętności. Oczywiście pojawi się smutek i rozczarowanie, ale przy prawidłowym wsparciu rodziny przeminą. Dzieci prędko zapominają, bo życie toczy się dalej, a drobne przykrości ciągle będą im towarzyszyć. Trauma może pojawić się tam, gdzie wymagania i pretensje rodziców są mocno akcentowane.

Przykład pierwszy: „Nie martw się! Tym razem się nie udało, ale następnym razem pójdzie dużo lepiej. Razem opracujemy strategię”.

Wzmacnianie tak, ale nie idealizowanie.

Przykład drugi: „Nie powiodło się, jak zwykle zawaliłeś. Taki słabeusz z ciebie. Żenada”.

To tylko słowa zawiedzionych rodziców. I właśnie te słowa będą skutkowały w dorosłym życiu znacznie poważniejszymi problemami.

Dzieje się tak, kiedy młodzi ludzie przeżywają traumy związane na przykład z uzależnieniem rodziców, poważnymi chorobami w rodzinie, molestowaniem, rozstaniem rodziców czy ze śmiercią bliskiej osoby. Mechanizmem obronnym każdego człowieka jest wyparcie. Taki stan pozwala złapać równowagę i w miarę możliwości żyć dalej. Czasami przypadek może sprawić, że demony dzieciństwa powrócą. Psycholodzy twierdzą, że traumę trzeba przepracować. Pierwszym krokiem będzie opowiedzenie o swojej krzywdzie innej osobie. Kolejne to terapia i szukanie grup wsparcia. W takich grupach mamy poczucie przynależności, czujemy, że nie jesteśmy sami, i dowiadujemy się o podobnych przeżyciach innych osób. Ważnym elementem jest akceptacja własnej osoby i świadomość, że winy nie ponosi strona poszkodowana.

Wielu badaczy problemu traumatycznych przeżyć z dzieciństwa dokumentuje zależność między tymi doświadczeniami a chorobami somatycznymi i psychicznych pojawiającymi się w dorosłym życiu (serdecznie polecam książkę Alice Miller Bunt ciała). Mówi się, że syty nie zrozumie głodnego. Przez analogię można powiedzieć, że ktoś, kto nie został nigdy skrzywdzony, nie zrozumie cierpienia osoby obarczonej takim doświadczeniem. Spotkałam w swojej pracy chorego policjanta. Był w trakcie badań, z bardzo ciężkim rozpoznaniem. Nie zostało mu wiele miesięcy życia. Najpierw doszło między nami do sprzeczki z powodu pewnego nieporozumienia, a później do miłej rozmowy i zbudowania zaufania. Opowiedział, że pracował jako oficer śledczy i miał do czynienia z okropnymi zwyrodnialcami. Jedno zdarzenie miało na jego życie przeogromny wpływ. Trzymał w ramionach śliczną jasnowłosą sześciolatkę, która umierała po bestialskim gwałcie. To był twardy i odporny człowiek, ale to zdarzenie złamało go jak kruchą gałązkę. Nie potrafił się po nim pozbierać. Wylądował na urlopie zdrowotnym, a po kilku miesiącach usłyszał diagnozę — rak. Opowiadał i pokazywał zdjęcia swojej wnuczki, blondyneczki, nieco młodszej, ale równie ślicznej jak ofiara gwałtu. Tak bardzo się o nią bał, bał się, że niedługo nie będzie mógł jej chronić. Mówił, że była dla niego odtrutką w tym zdeprawowanym świecie. Zwierzał się, że ta trauma miała tak wielki wpływ na jego życie i zdrowie, że od tamtej pory nie przespał całej nocy. Brakuje słów, by dopowiedzieć coś więcej. Ci, co milczą, chorują bardziej.