Ja, Majka - Rafał Witek - ebook + książka

Ja, Majka ebook

Rafał Witek

4,5

Opis

Wyróżnienie w V Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren na współczesną książkę dla dzieci i młodzieży.

Imię i nazwisko: Nikola S.

Wiek: 12 lat

Znaki szczególne: brak

Ostatnie miejsce pobytu: ośrodek kolonijny

Status: zaginiona

Gdy uciekasz z kolonii i masz w portfelu tylko 74 złote, to nie może się dobrze skończyć. Ale nie musi też skończyć się źle. Wszystko zależy od tego, kogo spotkasz na swojej drodze… i co jesteś w stanie zrobić, aby tej osoby nie utracić.

Rafał Witek pisze, wymyśla i rymuje. Swoim książkom nadaje takie tytuły jak „Julka Kulka, Fioletka i ja”, „Dzieciaki kontra FOBIA”, „Klub latających ciotek” czy „Zgniłobrody i Luneta Przeznaczenia”. Jego wiersze i opowiadania można także znaleźć w publikacjach do edukacji wczesnoszkolnej i w „Świerszczyku”. W wolnych chwilach przesiaduje na próbach grochowskiego chóru dziecięcego MILLE VOCI, dla którego czasami pisze teksty piosenek. Raz na jakiś czas jego książkom udaje się zdobyć nagrodę, wyróżnienie lub nominację.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 102

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (22 oceny)
15
3
4
0
0
Sortuj według:
OliGil

Całkiem niezła

srednia
00

Popularność




Rafał Witek

Ja, Majka Frag­ment

Wydaw­nic­two NASZA KSIĘ­GAR­NIA

Zaj­rzyj na strony:

Zaj­rzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Face­bo­okuwww.face­book.com/Wydaw­nic­two­Na­szaK­sie­gar­nia

Dzień pierw­szy

Uciec jest łatwo. Tak wła­śnie robię.

To był ostatni dzień kolo­nii. Wszy­scy się cie­szyli, że wra­cają do domu. Oprócz mnie. Ja się nie cie­szy­łam. Myśl o powro­cie do cia­snego miesz­ka­nia wypeł­nio­nego wrza­skiem młod­szego brata, narze­ka­niami matki i docin­kami jej nowego faceta była przy­gnę­bia­jąca. I wtedy wpa­dłam na ten pomysł. W zasa­dzie to mia­łam go od dawna, ale… Był jedną z tych rze­czy, o któ­rych z góry wia­domo, że się ich nie zre­ali­zuje. Aż do momentu, w któ­rym nagle musi się je zre­ali­zo­wać. Aby dalej żyć.

– Auto­kary pod­je­chały! – Pani Marzena wpa­dła do naszego pokoju i omio­tła go wzro­kiem. – Jeste­ście gotowe, dziew­czynki?

Luśka, Gabi i Fatima kiw­nęły gło­wami. Chwy­ciły swoje walizki na kół­kach i wywle­kły je na kory­tarz.

– Co wy tam macie, kamie­nie? – jęk­nął pan Arek, poma­ga­jąc znieść bagaże po scho­dach.

– Pro­wiant na drogę – odparły dziew­czyny.

Pro­wiant. To jedno z tych słów, które koja­rzą mi się z wyjaz­dami. W nor­mal­nym życiu nikt nie używa słowa „pro­wiant”. Nie jest potrzebne. A latem nagle z jakie­goś powodu wycho­waw­czy­niom i kuchar­kom nie prze­cho­dzą przez gar­dło takie wyrazy jak „jedze­nie”, „picie”, „kanapka”, „dru­gie śnia­da­nie”. One na jedze­nie dla nas muszą mówić „pro­wiant”. No ale nie­ważne. Ważne, że kiedy usły­sza­łam to słowo, nagle zro­zu­mia­łam, że ni­gdzie nie jadę.

Cza­sami takie przy­pad­kowe słowa, dźwięki lub obrazy poma­gają mi coś sobie uświa­do­mić. Są zaklę­ciami, które uru­cha­miają maszy­ne­rię sko­ja­rzeń. Tak jak w tym auto­ma­cie do gry na nad­mor­skiej pro­me­na­dzie: wrzuca się żeton i prze­kręca gałkę, która popy­cha jed­no­gro­szową monetę. Moneta toczy się przez meta­lowy labi­rynt i – jeśli spad­nie w okre­ślo­nym miej­scu – daje wygraną. A jeśli spad­nie w złym miej­scu? Wtedy trzeba zapła­cić za kolejną szansę.

– Idziesz? – Gabi przy­sta­nęła w otwar­tych drzwiach i patrzyła na mnie pyta­jąco.

– Tak, tak. – Kiw­nę­łam głową. – Tylko… muszę jesz­cze coś spraw­dzić w walizce.

Gdy zda­łam sobie sprawę, że naprawdę zamie­rzam zro­bić to, co zamie­rzam zro­bić, wszystko inne stało się pro­ste. W ułamku sekundy. W oka­mgnie­niu, jak mawia moja pani od pol­skiego. Choć jej oka­mgnie­nie aku­rat trwa strasz­nie długo, bo pani od pol­skiego ma pro­blemy z opa­da­jącą powieką.

Pocią­gnę­łam suwak od walizki i otwo­rzy­łam wieko. Upchane kola­nem ciu­chy wypa­dły na pod­łogę, jakby były na sprę­ży­nie. Zdję­łam z ramie­nia pod­ręczny ple­cak i też go opróż­ni­łam. Bły­ska­wicz­nie podzie­li­łam rze­czy na dwie kate­go­rie: to, co mi się przyda, i to, czego mogę się pozbyć.

Brudna bie­li­zna i ubra­nia – z powro­tem do walizki. Ostat­nie czy­ste pod­ko­szulki, majtki i skar­pety – do ple­caka. Zapa­sowe trampki, pamiątki i nagrody z kolo­nij­nych kon­kur­sów – do walizki. Port­fel z legi­ty­ma­cją, jedze­nie – do ple­caka. Komórka – do kie­szeni!

Wysu­nę­łam rączkę i pocią­gnę­łam walizkę za sobą na kory­tarz. Kółka zatur­ko­tały po wyka­fel­ko­wa­nej pod­ło­dze ośrodka. Pan Arek i wszy­scy wycho­wawcy byli już na dole, więc nie miał kto mi pomóc. Sama znio­słam walizkę na par­ter. Dopiero przy wej­ściu natknę­łam się na panią Marzenę.

– Gdzie ty łazisz, Nikola? – fuk­nęła na mnie. – Wła­śnie szłam cię szu­kać!

– Już jestem – odpo­wie­dzia­łam. – Zapo­mnia­łam cze­goś.

– Mówi­łam, żeby­ście się spa­ko­wały po śnia­da­niu – zrzę­dziła wycho­waw­czyni. – Nie byłoby teraz zamie­sza­nia. Bie­giem do auto­karu!

Luk baga­żowy był jesz­cze otwarty. Kie­rowca w bia­łej koszuli bez słowa wziął moją walizkę i upchnął ją wśród innych. Potem zatrza­snął ciężką meta­lową klapę. Roz­grzana karo­se­ria pię­tro­wego auto­karu wydzie­lała zapach farby, oleju sil­ni­ko­wego i jakichś sma­rów. Trzy­ma­jąc przed sobą ple­cak, wdra­pa­łam się po stro­mych schod­kach przed­nim wej­ściem i przede­fi­lo­wa­łam wąskim kory­ta­rzem do rzędu sie­dzeń w środku. Luśka machała, że ma tam dla mnie miej­sce.

– Gdzie byłaś? – zapy­tała.

– Słu­chaj – powie­dzia­łam, igno­ru­jąc jej pyta­nie. – Ja nie jadę.

– No co ty – wymam­ro­tała Luśka. – Nie pani­kuj, jakby co, mam tabletki na rzy­ga­nie.

– Nie o to cho­dzi. – Pochy­li­łam ku niej głowę jak dobra przy­ja­ciółka, która wła­śnie ma zamiar się zwie­rzać. – Musisz mi pomóc.

– Dwa, cztery, sześć, osiem, dwa­na­ście, dwa­dzie­ścia dwa, dwa­dzie­ścia cztery… – Pani Marzena stała z przodu auto­karu i liczyła głowy. – Wszy­scy są?! – zawo­łała dla pew­no­ści, gdy skoń­czyła.

– Taaak! – odpo­wie­dzie­li­śmy chó­rem.

– Teraz jest ten moment – mówi­łam gorącz­kowo do Luśki. – Powiedz pani, że nie zdą­ży­łaś się wysi­kać. Niech kie­rowca otwo­rzy środ­kowe drzwi. Wybie­gniesz do toa­lety, a ja z tobą. Że niby dla towa­rzy­stwa. Potem wró­cimy razem pod auto­kar, żeby nas widzieli przez szyby. Wej­dziemy razem na schodki. Kiedy facet zacznie zamy­kać drzwi, wyśli­zgnę się na zewnątrz. Tu ci zosta­wiam moją czapkę z dasz­kiem. Jak ruszy­cie, przy­cze­pisz ją do zagłówka. Gdyby pani nas jesz­cze liczyła w trak­cie jazdy.

Luśka zro­biła wiel­kie oczy.

– Ty tak na serio? – spy­tała prze­ra­żo­nym szep­tem.

– Na serio. Dawaj, bo facet odpala sil­nik!

Luśka pokrę­ciła głową.

– Nie będę z sie­bie robiła idiotki za darmo. Coś ci się sta­nie i wszystko będzie na mnie.

Wygrze­ba­łam z ple­caka butelkę soku i dwa­dzie­ścia zło­tych.

– Masz, przy­da­dzą ci się na drogę – syk­nę­łam. – I krzycz, bo zaraz będzie za późno!

– Pro­szę paniiii!… – zawyła Luśka swoim wyso­kim gło­sem.

– Co znowu? – Pani Marzena ledwo trzy­mała się na nogach ze zmę­cze­nia.

– Muszę siku. Nie wytrzy­mam!

Pani Marzena zmie­rzyła ją z oddali wście­kłym wzro­kiem.

– No weź, opóź­niasz! – zawo­łały jakieś dzie­ciaki z pierw­szych rzę­dów. – Jedźmy już.

– Naprawdę nie wytrzy­mam! – powtó­rzyła Luśka.

– Pro­szę otwo­rzyć środ­kowe drzwi – powie­działa z rezy­gna­cją pani Marzena do kie­rowcy. – Lusia, masz trzy minuty. Bie­gnij do tych toa­let na par­te­rze, koło jadalni.

– Dobrze, pro­szę pani. – Luśka kiw­nęła głową. – A może Nikola iść ze mną? Bo samej głu­pio.

Nie cze­ka­ły­śmy na odpo­wiedź pani Marzeny, tylko wybie­gły­śmy z auto­karu. Luśka bez niczego, ja z tym moim pod­ręcz­nym ple­ca­kiem. W kilku susach poko­na­ły­śmy podwórko i wbie­gły­śmy do ośrodka. Bez dzie­cia­ków wyda­wał się cichy i wymarły. W jadalni krze­sła nało­żone były na blaty sto­łów. Krze­sła na sto­łach to naj­lep­szy sym­bol pustki i odjazdu. I plamy sło­necz­nego świa­tła na pod­ło­dze, dywany utkane z bla­sku.

Weszły­śmy do łazienki. Obmy­łam twarz chłodną wodą. Z tego upału i emo­cji byłam mokra jak ryba.

– Nikola, możesz jesz­cze zmie­nić zda­nie – powie­działa Luśka. – Jak chcesz, to ci oddam te dwie dychy.

Luśka cho­dziła do mojej szkoły, ale do innej klasy. Ja do szó­stej B, ona do E. Miesz­ka­ły­śmy w nie­wiel­kiej miej­sco­wo­ści, ale szkoła była olbrzy­mia, dowo­żono do niej uczniów z całego powiatu. Fabryka prze­gry­wów. Tak ją nazy­wa­li­śmy, bo mało kto po tej naszej szkole się dosta­wał do dobrego liceum. Przed kolo­niami się z Luśką nie kum­plo­wa­ły­śmy. Teraz też w sumie nie, ale ze wszyst­kich dziew­czyn z naszego pokoju była jedyną, z którą dało się wytrzy­mać. Gabi i Fatima pocho­dziły z jakiejś innej galak­tyki. Z galak­tyki dobrych uczen­nic, które mają solidne kie­szon­kowe, codzien­nie dzwo­nią do rodzi­ców, zga­dzają się we wszyst­kim z wycho­waw­czy­niami i chęt­nie „biorą udział w życiu grupy”. Tak im pani Marzena napi­sała na poże­gnal­nych dyplo­mach. Poje­chały na te dar­mowe miej­skie kolo­nie, bo wśród wycho­waw­ców byli zna­jomi ich rodzi­ców. Ja i Luśka poje­cha­ły­śmy, bo na żaden inny wyjazd nie byłoby nas stać.

– Wiesz co, ja chyba naprawdę się wysi­kam – stwier­dziła Luśka i klap­nęła na deskę.

Par­sk­nę­łam śmie­chem. Wariatka z tej Luśki.

– Jak ty, to ja też. – Zaję­łam kabinę obok. – Pew­nie nie­źle na nas blu­zgają w auto­ka­rze.

– A co mnie to? – Luśka naj­wy­raź­niej odzy­skała swój codzienny luz. – Nikola, nie będę wni­kać, co ci odbiło, ale… uwa­żaj na sie­bie.

– Ma się rozu­mieć. – Zapu­ka­łam w dyktę oddzie­la­jącą nasze kabiny.

Umy­ły­śmy ręce i popę­dzi­ły­śmy z powro­tem do auto­karu. Ple­cak w ostat­niej chwili zosta­wi­łam przy wej­ściu do toa­let. Teraz już wie­dzia­łam, że będę musiała po niego wró­cić.

Sil­nik auto­karu bur­czał jed­no­staj­nie. Pod­bie­gły­śmy do otwar­tych środ­ko­wych drzwi. Luśka weszła na schodki pierw­sza i zawo­łała do pani Marzeny:

– Już jeste­śmy!

Wysta­wi­łam głowę ponad poziom zagłów­ków i poma­cha­łam, żeby pani Marzena zare­je­stro­wała rów­nież moją obec­ność. Potem schy­li­łam się, zro­bi­łam w tył zwrot i wysko­czy­łam z pojazdu. W tym cza­sie Luśka grze­bała się na schod­kach i krzy­czała coś jesz­cze do pani Marzeny, żeby przy­cią­gnąć jej uwagę. I żeby dzie­ciaki sie­dzące naprze­ciwko środ­ko­wego wej­ścia nie zauwa­żyły, że zni­kam. Choć pew­nie i tak by nie zauwa­żyły, bo były zbyt zajęte sobą, roz­mo­wami, szu­ka­niem nie wia­domo czego w ple­ca­kach.

Nie myśląc o niczym, przy­war­łam do ciel­ska auto­busu. Modli­łam się, żeby kie­rowca nie wypa­trzył mnie w bocz­nym lusterku. Prze­mknę­łam do tyłu i tam się skry­łam na chwilę, a potem pogna­łam za auto kie­row­nika ośrodka zapar­ko­wane przed budyn­kiem gospo­dar­czym. Kuca­jąc w jego cie­niu, usły­sza­łam syk – zamy­kały się pneu­ma­tyczne drzwi. War­kot pra­cu­ją­cego na jało­wym biegu sil­nika zmie­nił czę­sto­tli­wość. Pojazd ruszył. Bałam się wysta­wić głowę z mojej kry­jówki, więc zamiast odpro­wa­dzać go wzro­kiem, odpro­wa­dza­łam go słu­chem. Szkoda, faj­nie byłoby poma­chać Luśce na do widze­nia. Zamiast tego wyję­łam z kie­szeni komórkę i puści­łam jej ese­mesa z macha­jącą rączką. Odpi­sała pra­wie natych­miast: „Pani mówi, że pierw­szy przy­sta­nek za dwie godziny. Cho­waj się dobrze. Narka!”.

Dwie godziny. A więc tyle czasu mia­łam, żeby spo­koj­nie znik­nąć.

* * *

– Cześć, jestem Nikola, mam dwa­na­ście lat i niczym się nie inte­re­suję. – Tak się przed­sta­wi­łam na pierw­szym kolo­nij­nym ogni­sku. Od początku czu­łam się za stara na ten wyjazd, tam były pra­wie same ośmio- i dzie­wię­cio­latki, a kil­koro dzieci nawet młod­szych. Nas, star­sza­ków, było kilka sztuk. I co mia­łam powie­dzieć? Że inte­re­suję się modą albo bale­tem i rato­wa­niem świata? To moja sprawa, czym się inte­re­suję, nie mam ochoty zwie­rzać się z tego ban­dzie nie­zna­nych ludzi przy jakimś ogni­sku!

Tak naprawdę mia­łam pra­wie trzy­na­ście lat, ale to by zabrzmiało jesz­cze gorzej. Mieć trzy­na­ście lat i jechać na kolo­nie z malu­chami to tro­chę tak, jakby powta­rzać klasę. Od razu patrzą na cie­bie jak na dzi­wa­dło, wyrzutka, kogoś podej­rza­nego. No więc powie­dzia­łam, że mam dwa­na­ście. Rato­wał mnie wygląd. Nie­które moje kole­żanki zaczy­nały już przy­po­mi­nać swoje star­sze sio­stry, a ja w kucy­kach i leg­gin­sach wciąż wyglą­da­łam na młod­szą, niż byłam. No i nic mi jesz­cze za bar­dzo nie uro­sło. W każ­dym razie nie na tyle, aby luźny T-shirt nie mógł tego zakryć.

Matka i szkolna pani peda­gog wypchnęły mnie na ten wyjazd tro­chę na siłę. Mielno, morze, wielki ośro­dek kolo­nijny wypeł­niony gru­pami z całego kraju. Taki sam moloch jak moja szkoła. Codzien­nie przy śnia­da­niu walka o chleb, o masło, o kawa­łek sera. Na plaży walka o kawa­łek wol­nego miej­sca, o nie­sy­pa­nie pia­chem na ręcz­nik, o nie­by­cie ochla­paną zimną wodą z wia­derka przez jakże dow­cip­nych chłop­ców. Wie­czo­rem walka o wolny prysz­nic, o nie­zap­chaną toa­letę, o chwilę ciszy w pokoju. Mia­łam dosyć walki. Sie­dzia­łam oparta ple­cami o auto kie­row­nika ośrodka i chło­nę­łam ciszę. Bo teraz na tere­nie ośrodka zale­gała głę­boka, nie­sa­mo­wita cisza. Wewnątrz, na pię­trach z poko­jami, trwało sprzą­ta­nie, ale te odgłosy tu nie docie­rały. Oddy­cha­łam ciężko jak ktoś, kto zrzu­cił z sie­bie wielki cię­żar. Już się nie bałam. Zawsze tak mam, boję się tylko przed. Przed kla­sówką, przed szkol­nymi wystę­pami, przed wizytą u den­ty­sty. Kiedy sprawa się zacznie, strach mi prze­cho­dzi.

Powoli docie­rało do mnie, że auto­kar naprawdę odje­chał. Czyli zosta­łam sama. Bez wycho­waw­czyni nad głową, bez kole­ża­nek nad uchem. Bez kolo­nij­nego planu zajęć i bez wyni­ka­ją­cych z niego pokrzy­ki­wań, poga­nia­nia, pona­gleń. Sama w środku upal­nego lip­co­wego dnia w kuror­cie nad Bał­ty­kiem.

Chcia­łam się­gnąć do ple­caka po wodę i wtedy uświa­do­mi­łam sobie, że nie mam go przy sobie. No tak, zosta­wi­łam go w ośrodku. Sie­dzę tu i myślę, a tam cały mój doby­tek leży nie­strze­żony. Lepiej się ruszyć i po niego pójść.

Wysta­wi­łam czu­bek nosa zza auta kie­row­nika. Na zewnątrz ośrodka na­dal nikogo nie było. Pod­bie­głam do drzwi wej­ścio­wych. Otwo­rzy­łam je bez jed­nego skrzyp­nię­cia i wsu­nę­łam się do chłod­nego wnę­trza pach­ną­cego pastą do pod­łóg. Toa­lety były za rogiem, po lewej stro­nie na końcu kory­ta­rza. Skrę­ci­łam tam i od razu serce zaczęło mi walić jak głu­pie. Przy wej­ściu do dam­skich toa­let nie było mojego ple­caka! Kur­czę, nie powin­nam była go tam zosta­wiać. Pew­nie już któ­raś ze sprzą­ta­czek zdą­żyła go wypa­trzyć i zabrać. Gdzie ja go teraz znajdę? A w środku jest prze­cież mój port­fel z pie­niędzmi, bie­li­zna, resztki jedze­nia, mały czy­sty ręcz­nik. Dobrze, że cho­ciaż komórkę mam w kie­szeni.

Rozej­rza­łam się bez­rad­nie. Gdzie sprzą­taczki mogły go zanieść? Gdzie ja bym zanio­sła zna­le­ziony ple­cak, gdy­bym była sprzą­taczką? To zależy od uczci­wo­ści. Jeśli są uczciwe, powinny go oddać kie­row­ni­kowi ośrodka. W prze­ciw­nym razie ukry­łyby go w swo­jej kan­cia­pie ze szma­tami i szczot­kami. Dobra, czas dzia­łać. Biuro kie­row­nika jest tu na par­te­rze, drzwi w drzwi z jadal­nią. Posta­no­wi­łam zaj­rzeć naj­pierw tam. Wola­łam sta­wiać na ludzką uczci­wość.

Na palusz­kach prze­szłam obok pustej recep­cji, peł­nią­cej też w trak­cie tur­nu­sów funk­cję skle­piku z pamiąt­kami. Jadal­nia była zaraz obok, przy­le­gała do holu. Już chcia­łam naci­snąć klamkę w drzwiach pokoju kie­row­nika, ale się zawa­ha­łam. A jeśli on będzie w środku? Prze­cież mnie roz­po­zna, pałę­ta­łam mu się pod nosem przez ostat­nie dwa tygo­dnie. I co mu powiem? Wpraw­dzie za drzwiami pano­wała cisza, ale z doro­słymi ni­gdy nie wia­domo. Może coś pisze, może zała­twia sprawy przez inter­net, może przy­snął? Uzna­łam, że naj­pierw zaj­rzę do tego jego biura od zewnątrz, przez okno.

Po raz kolejny udało mi się bez­sze­lest­nie otwo­rzyć drzwi wej­ściowe. Jed­nak żeby odna­leźć wła­ściwe okno, musia­łam obejść budy­nek. Pobie­głam. Po całym tur­nu­sie zna­łam ośro­dek jak wła­sną kie­szeń. Wie­dzia­łam, że aby zaj­rzeć w okno kie­row­nika, będę musiała zdep­tać rosnące pod nim kwiatki. I że to może spo­wo­do­wać dodat­kowy hałas.

Na szczę­ście tych kwiat­ków nie było dużo. Kilka przy­wię­dłych od upału, cze­ka­ją­cych na pod­la­nie żół­tych aksa­mi­tek. Jakoś udało mi się je roz­chy­lić i sta­nąć mię­dzy nimi. Zgar­biona, cza­jąca się, musia­łam wyglą­dać z ulicy jak poten­cjalna wła­my­waczka. Ale się tym nie przej­mo­wa­łam. Zauwa­ży­łam, że ludzie w miej­sco­wo­ściach wypo­czyn­ko­wych nie patrzą na innych ludzi. Patrzą na swoje hot dogi, na swoje gofry, lody i inne świń­stwa, któ­rymi się opy­chają. Szu­kają dzieci wciąż odbie­ga­ją­cych ku stra­ga­nom z pamiąt­kami. Roz­ma­wiają z mężem lub żoną. Kłócą się. Coś usta­lają. Tu jest odwrot­nie niż w moim mie­ście. Tam wszy­scy patrzą na sie­bie nawza­jem aż za dokład­nie. Ska­nują się wzro­kiem od momentu zoba­cze­nia do poże­gna­nia. Kto ma jakie buty, kto jaką fry­zurę, kto sobie kupił nowy ciuch, zega­rek, kol­czyk. Po co mu i skąd na to miał? Kon­trola jest wni­kliwa i szcze­gó­łowa. A potem oma­wiana z sąsiad­kami, zna­jo­mymi, z każ­dym, kto może cię znać lub coś o tobie wie­dzieć. Szcze­gól­nie kiedy jesteś dzie­cia­kiem.

Ostroż­nie wysu­nę­łam oczy i nos ponad poziom para­petu. Jeden rzut oka upew­nił mnie, że gabi­net jest pusty. Wysta­wi­łam więc głowę śmie­lej. Odbla­ski na szy­bie tro­chę prze­szka­dzały mi w dokład­nym spe­ne­tro­wa­niu wnę­trza. Wytę­ży­łam wzrok i sku­pi­łam się. Kom­pu­ter, dru­karka, jakieś papiery na biurku, krze­sło, szafa, kosz na śmieci, dyplomy na ścia­nach. Ple­caka tam nie było. No, chyba że w sza­fie, ale tego już nie mogłam usta­lić.

Wró­ci­łam pod wej­ście do ośrodka, myśląc gorącz­kowo. Skoro ple­caka nie ma w pokoju kie­row­nika, to zostaje kan­ciapa sprzą­ta­czek. Lub jakieś zupeł­nie przy­pad­kowe miej­sce, na które go odło­żyły, aby póź­niej się nim zająć. Tak czy owak, zro­zu­mia­łam, że będę musiała wejść na górne pię­tra. Skła­dzik jest na pierw­szym, koło bocz­nych scho­dów ewa­ku­acyj­nych.

Na szczę­ście recep­cja na­dal była pusta. Tylko wyłu­pia­ste oko kamery gapiło się na mnie, ale prze­cież pod­gląd z kamer też jest w recep­cji. Pogna­łam kory­ta­rzem do bocz­nej klatki scho­do­wej. Prze­ska­ku­jąc co drugi scho­dek, dotar­łam na pierw­sze pię­tro i wyj­rza­łam na kory­tarz. Drzwi do wszyst­kich pokoi były otwarte, w oddali stał wózek z wia­drami, środ­kami czy­sto­ści, papie­ro­wymi ręcz­ni­kami i tym wszyst­kim, co jest potrzebne sprzą­tacz­kom w pracy. Sły­sza­łam też ich głosy, ale nie widzia­łam postaci. Musiały być w któ­rymś z pokoi.

Wysu­nę­łam się na kory­tarz, zro­bi­łam dwa kroki w kie­runku drzwi do kan­ciapy i naci­snę­łam klamkę. Drzwi ustą­piły, ale w środku było kom­plet­nie ciemno. No tak, prze­cież w takich schow­kach zazwy­czaj nie ma okien! Wyma­ca­łam na ścia­nie włącz­nik świa­tła i zro­bi­łam pstryk. Szyb­kim spoj­rze­niem omio­tłam zawar­tość meta­lo­wych pó­łek usta­wio­nych pod ścia­nami mikro­sko­pij­nego pomiesz­cze­nia. Było tam wszystko, tylko nie mój ple­cak. Cicho zamknę­łam drzwi i wła­śnie cofa­łam się w kie­runku klatki ewa­ku­acyj­nej, kiedy z jed­nego z pokoi w poło­wie kory­tarza wyło­niła się kobieta cią­gnąca za sobą odku­rzacz. Oczy­wi­ście od razu mnie zoba­czyła. Tylko na fil­mach jest tak, że można prze­mknąć komuś koło nosa nie­zau­wa­żo­nym.

– A co ty tu robisz, dziecko?

Znie­ru­cho­mia­łam. Poru­szały się jedy­nie moje gałki oczne, szu­ka­jąc w roz­pa­czy jakie­goś neu­tral­nego punktu zacze­pie­nia. Wtedy przy­po­mniało mi się to, co zawsze powta­rzała Ali­cja, moja przy­ja­ciółka ze szkoły, kiedy ścią­ga­ły­śmy na kla­sów­kach: „Uśmie­chaj się! Cały czas się uśmie­chaj. Uśmiech­nięci są mniej podej­rzani”.

Uśmiech­nę­łam się zatem. I odchrząk­nę­łam. Skoro mnie przy­ła­pano na buszo­wa­niu po ośrodku, nie mia­łam nic do stra­ce­nia. Sytu­ację mogła ura­to­wać tylko jakaś sen­sowna histo­ryjka.

– Bo ja… bo chcia­łam zapy­tać… bo chyba zapo­mnia­łam w pokoju ple­caka na ramię.

– Ple­caka? – zdzi­wiła się sprzą­taczka. – Ale prze­cież dzieci już wyje­chały!

– Tak, wyje­chały. – Poki­wa­łam głową. – Ale ja… mnie ode­brali rodzice, bo jesz­cze zosta­jemy nad morzem – kła­ma­łam jak z nut – no i wła­śnie się wró­ci­łam, bo zauwa­ży­łam, że zapo­mnia­łam tego ple­caka, a w recep­cji nikogo nie było, więc weszłam na górę i…

Twarz kobiety roz­luź­niła się odro­binę. Chyba moja histo­ryjka miała dla niej sens.

– W któ­rym pokoju miesz­ka­łaś? – zapy­tała rze­czowo.

– W sto dwu­na­stym – odpar­łam. – Tak jak numer alar­mowy.

Kobieta się roze­śmiała.

– Aśka! – zawo­łała w głąb kory­ta­rza – sprawdź no, czy w sto dwu­na­stym nie został jakiś ple­cak!

Aśka oka­zała się młodą dziew­czyną, pew­nie tylko kilka lat star­szą ode mnie. Wyło­niła się z któ­re­goś z pomiesz­czeń i bez słowa podrep­tała do sto­dwu­nastki.

– Nie ma – zamel­do­wała po chwili.

– Co się stało? – Do akcji wkro­czyła kolejna pani, która chyba przed chwilą zeszła z dru­giego pię­tra, bo zbli­żała się do nas od strony głów­nej klatki scho­do­wej.

– Dziecko zapo­mniało ple­caka – wyja­śniła ta pierw­sza. – Nie widzia­łaś gdzieś?

Nowa pani przez chwilę patrzyła na nas pustym wzro­kiem, jakby musiała pością­gać swoje myśli gdzieś z bar­dzo daleka, a potem nagle się oży­wiła:

– Ple­cak? Jest czarny ple­cak, leżał na par­te­rze koło toa­let. To twój?

Dawno się tak nie ucie­szy­łam.

– Czarny, z bre­locz­kiem-maskotką?

– Ja tam się nie przy­glą­da­łam, może i z maskotką – powie­działa kobieta. – Przy­nieść?

– Popro­szę. – Uśmiech­nę­łam się jesz­cze sze­rzej. – Jak mnie rodzice odbie­rali, to rze­czy­wi­ście wstą­pi­łam do toa­lety na dole. Musia­łam tam zosta­wić! Prze­pra­szam!

– Ach, ta mło­dzież – wes­tchnęła pierw­sza pani. – Dobrze, że nie zapo­mnia­łaś głowy, boby ci rodzice dopiero dali!

– Głowa jest na miej­scu – zażar­to­wa­łam, doty­ka­jąc jej rękoma.

Nie wie­dzia­łam, że potra­fię tak grać. Jak aktorka. I tak na pocze­ka­niu zmy­ślać. Tylko… czy to było zmy­śla­nie czy kła­ma­nie? Uzna­łam, że wolę słowo „zmy­ślać”. W końcu to mój ple­cak, nie chcia­łam go ukraść, tylko odzy­skać.

W tym cza­sie trze­cia pani wró­ciła ze zgubą i na szczę­ście to naprawdę był mój ple­cak.

– Widzi pani, jest maskotka! – zawo­ła­łam. – Bar­dzo dzię­kuję, do widze­nia!

Odwró­ci­łam się i już chcia­łam wiać, ale głos pierw­szej znów mnie zatrzy­mał.

– A gdzie ci twoi rodzice?

– Cze­kają na dole – odpa­ro­wa­łam. – To zna­czy… w pobliżu, bo tu na uliczce nie było gdzie zapar­ko­wać, a nie wie­dzieli, czy mogą wje­chać na par­king ośrodka, więc…

Kobieta mach­nęła ręką i bez słowa wró­ciła do swo­ich obo­wiąz­ków. A ja pogna­łam scho­dami w dół, przez pusty hol, obok wymar­łej recep­cji, na ukos przez par­king i plac przed ośrod­kiem, przez meta­lową furtkę na ulicę, w tłum i dalej, jesz­cze dalej, i jesz­cze tro­chę dalej. Zatrzy­ma­łam się dopiero przy poczcie, w bocz­nej alejce peł­nej willi i domów jed­no­ro­dzin­nych, w cie­niu dużego drzewa. Opa­dłam na sto­jącą pod nim ławkę i się­gnę­łam do ple­caka po wodę. Wypi­łam na raz pra­wie całą pół­li­trową butelkę. Scho­wa­łam ją z powro­tem do ple­caka. Zamknę­łam go na suwak. Wycią­gnę­łam nogi i wypro­sto­wa­łam ręce. Nabra­łam głę­boko powie­trza. Ode­tchnę­łam.

* * *

Pierw­szy raz w życiu byłam cał­kiem sama. I to kil­ka­set kilo­me­trów od domu. Czu­łam się jak ktoś, kto sko­czył z wyso­kiej skarpy i teraz spada w nie­znane. Albo nie, nie spada. Leci. Zanim to zro­bi­łam, sądzi­łam, że to będzie strasz­niej­sze. Bar­dziej prze­ra­ża­jące. Że będzie wyma­gało gigan­tycz­nej odwagi i sprytu. Ale sama ucieczka oka­zała się łatwa. Nikt nie zauwa­żył mojego wyj­ścia z auto­karu, nikt mnie nie gonił. Pomy­śla­łam, że dzieci na kolo­niach nie gubią się tylko dla­tego, że nie chcą. Gdyby chciały, to roz­pły­nę­łyby się w powie­trzu w ciągu sekundy i żadna wycho­waw­czyni nie dałaby rady ich odszu­kać.

A więc ucie­kłam. Zna­la­złam się „po dru­giej stro­nie” i po tej dru­giej stro­nie było zwy­czaj­nie. Sie­dzia­łam na ławce pod drze­wem, patrzy­łam na ludzi wcho­dzą­cych i wycho­dzą­cych z poczty. Migo­tliwe cie­nie liści poru­sza­nych lekką bryzą prze­su­wały się po moich nogach i przed­ra­mio­nach. Zaczy­na­łam snuć plany na resztę dnia. Wszystko się we mnie uspo­ka­jało. W trak­cie ucieczki moja głowa dzia­łała w jakimś awa­ryj­nym try­bie sku­pio­nym na bie­żą­cej chwili, teraz odzy­ski­wa­łam dal­szą per­spek­tywę. Zda­łam sobie sprawę, że coś będzie dalej. Pora obia­dowa, popo­łu­dnie, wie­czór, noc, świt… I ja w tym wszyst­kim. Być może mia­łam w sobie tyle spo­koju, bo w domu też byłam zdana głów­nie na sie­bie. Matka od dwóch lat zaj­mo­wała się swoim nowym dziec­kiem, moim bra­tem. Przy­szy­wa­nym. Tak o nim myśla­łam: przy­szy­wany Alan. Matka miała go ze swoim nowym „part­ne­rem”. Mój ojciec odszedł od nas dawno temu, zało­żył inną rodzinę, pra­wie go nie widy­wa­łam. No więc ten „part­ner” pró­bo­wał uda­wać mojego ojca, ale mu nie wycho­dziło. Nie miał do mnie cier­pli­wo­ści. W ogóle do niczego nie miał cier­pli­wo­ści. Szcze­gól­nie że Alan był nie­spo­koj­nym nie­mow­la­kiem, dużo pła­kał, nie dało się z nim wytrzy­mać na tych trzy­dzie­stu metrach kwa­dra­to­wych naszego miesz­ka­nia. I na­dal się nie da, bo do pła­ka­nia doszło cho­dze­nie, wci­ska­nie się w każdy zaką­tek, gada­nie. To dwu­la­tek, a od dwu­lat­ków podobno gor­sze są tylko trzy­latki.

Moja prze­strzeń to wąski tap­czan wci­śnięty za meblo­ściankę prze­dzie­la­jącą nasz jedyny pokój na pół. A raczej na trzy czwarte i jedną czwartą. Kiedy się tam zaszy­wam, na­dal oczy­wi­ście wszystko sły­szę, ale przy­naj­mniej nie widzę. I mnie nikt nie widzi.

Matka jest cały czas zaab­sor­bo­wana Ala­nem. Jeź­dzi z nim na wizyty lekar­skie, bada­nia i kon­trole. Gotuje spe­cjalne, lek­ko­strawne potrawy, które ja też zja­dam, jeśli się zała­pię. Ale poza tym radzę sobie sama. Ze szkołą, z kole­żan­kami, z ukła­dami w kla­sie, z tym całym „dora­sta­niem”. Radzę sobie lub nie radzę, to zależy od dnia. Sta­ram się spę­dzać jak naj­wię­cej czasu poza domem, włó­czymy się z Ali­cją po mia­steczku albo sie­dzimy u niej. Jej matka jest mniej kłó­tliwa niż moja. Moja sprze­cza się cały czas ze wszyst­kimi, jest na cią­głej woj­nie, chyba przy­zwy­cza­iła się do tych nie­usta­ją­cych awan­tur i wyszar­py­wa­nia wszyst­kiego w przy­chod­niach, do któ­rych wozi Alana. Tam się trzeba wykłó­cać o każdą rzecz, o miej­sce w kolejce, o bada­nie, skie­ro­wa­nie. A może zawsze taka była? Dla­tego ja nie lubię się spie­rać, mil­czę lub odcho­dzę, gdy coś mi nie pasuje.

Spoj­rza­łam na zega­rek w komórce. 13:07. Auto­bus odje­chał po jede­na­stej. Czyli dwie godziny już minęły. Pew­nie zaraz będą mieli ten pierw­szy przy­sta­nek i pani Marzena się zorien­tuje, że mnie nie ma. Bied­nej Luśce się dosta­nie. Jak wytłu­ma­czy, że nie zgło­siła mojego braku? O, w sumie to Luśka jest sprytna. Pew­nie powie, że myślała, że jestem z przodu, że jak wró­ci­ły­śmy z sika­nia, to zawo­łały mnie Gabi i Fatima, które sie­dzą bli­sko kie­rowcy. A potem pani zacznie pani­ko­wać, Luśka uda, że pła­cze, i wszystko się roz­myje. Nie ma co się mar­twić o Luśkę. Czas pomy­śleć stra­te­gicz­nie, co zro­bić, żeby mnie za szybko nie zna­leźli. Chyba powin­nam wyłą­czyć komórkę. Podobno jak ktoś ma włą­czony tele­fon, to można go zlo­ka­li­zo­wać.

Z żalem spoj­rza­łam na ekran mojego sta­rego sam­sunga. Na tape­cie mia­łam zdję­cie z Luśką, zro­bi­ły­śmy sobie sel­fika przy jed­nym ze stra­ga­nów z pamiąt­kami. Na gło­wach mamy żaró­wia­sto­ró­żowe peruki, które tam sprze­da­wali. Zdą­ży­ły­śmy przy­mie­rzyć kilka róż­nych kolo­rów, zanim sprze­daw­czyni nas prze­pę­dziła. To nie­sa­mo­wite, jak sprze­dawcy potra­fią wyczuć, czy ktoś ma pie­nią­dze i czy zamie­rza je wydać. Może uczą się tego na spe­cjal­nych kur­sach. Dzie­cia­kom przy­cho­dzą­cym z rodzi­cami pozwa­lali godzi­nami oglą­dać wszyst­kie zabawki i ich doty­kać, a nas, kolo­ni­stów, odga­niali po kilku chwi­lach.

To sel­fie w peruce coś mi uświa­do­miło: powin­nam zmie­nić wygląd. Jeśli na serio zaczną mnie szu­kać, to roze­ślą moje opisy i zdję­cia do komend poli­cji. Tak się chyba zazwy­czaj dzieje. Pew­nie nie zro­bią tego natych­miast, naj­pierw skon­tak­tują się z matką, obdzwo­nią rodzinę i zna­jo­mych, zaj­mie im to tro­chę czasu. Ale lepiej, żebym była przy­go­to­wana. Żebym stała się kimś innym. Tylko kim ja się mogę stać? Chuda pra­wie trzy­na­sto­latka z wło­sami w nie­okre­ślo­nym, bura­wym odcie­niu, z lekko odsta­ją­cymi uszami i doł­kiem w lewym policzku nie zmieni się prze­cież nagle w napa­ko­wa­nego chło­paka czy w doro­słą kobietę.

Wyję­łam z ple­caka kie­szon­kowe lusterko i przyj­rza­łam się sobie. W zasa­dzie nie uży­wam kosme­ty­ków, tylko w zimie owo­co­wej pomadki do ust. Z wyglądu naprawdę dzie­ciak ze mnie. Ale za to nie jestem niska. Jestem długa i wycią­gnięta, i sucha jak szczapa, tak mówi o mnie „part­ner” matki. On sam jest suchy, jego dow­cipy nie nadają się nawet na suchary!

No dobra, pierw­sza rzecz to ciu­chy. W komu­ni­ka­tach o oso­bach zagi­nio­nych zawsze podają, że „ubrana była w to i to”. Czyli muszę się prze­brać.

Zaj­rza­łam jesz­cze raz do ple­caka. Mia­łam tam jeden czy­sty pod­ko­szu­lek w innym kolo­rze niż ten na mnie. I cienką bluzę na wie­czór. Był też orta­lio­nowy płaszcz prze­ciw­desz­czowy zwi­nięty w rulo­nik. Gorzej ze spodniami. Zna­la­złam dodat­kową parę leg­gin­sów, ale też gra­na­to­wych. To wszystko za mało, żebym prze­stała być podobna do sie­bie. Prze­li­czy­łam pie­nią­dze w port­felu. Sie­dem­dzie­siąt cztery złote. Tyle mi zostało z dwu­stu zło­tych, w które zaopa­trzyli mnie na spółkę matka, jej „part­ner” i mój praw­dziwy ojciec. Oszczę­dza­łam, bo chcia­łam mieć jesz­cze coś na resztę waka­cji w mie­ście. A teraz się oka­zało, że to mój budżet na ucieczkę!

Jed­nak sie­dem­dzie­siąt cztery złote to na­dal dużo. Kupu­jąc oszczęd­nie, wyży­wię się za to przez kilka dni. Gorzej, jeśli będę musiała zain­we­sto­wać w zmianę wyglądu.

Kom­bi­nuj, Nikola, kom­bi­nuj! Gdzie można tanio kupić ciu­chy? Wia­domo, w lum­pek­sie. Co powin­nam zro­bić, żeby prze­stać być podobna do sie­bie? Chyba to samo, co Luśka, Ali­cja i inne nasto­latki. Czyli… doro­snąć. Tak. Że też wcze­śniej na to nie wpa­dłam! Po pro­stu wezmę i doro­snę.

Roze­śmia­łam się na tę myśl. Prze­cho­dząca star­sza para z pie­skiem spoj­rzała na mnie z zacie­ka­wie­niem. Poma­cha­łam im i poszli dalej, zado­wo­leni, że mło­dzież jest teraz taka wesoła i życz­liwa.

Wie­dzia­łam, gdzie jest w Miel­nie dobrze zaopa­trzony lum­peks. Nie­da­leko naszego ośrodka, po dro­dze do lokal­nego sklepu z mydłem i powi­dłem, w któ­rym dziew­czyny kupo­wały kolo­rowe gazetki i doła­do­wa­nia do tele­fo­nów. Cho­dzi­łam tam z nimi, ale nie po gazetki, tylko po nor­malne jedze­nie, jakiś jogurt, tro­chę sera czy owoce. Dzięki matce przy­zwy­cza­iłam się do zdro­wej diety. Menu w ośrodku było mono­tonne i kiep­skie. Cią­gle tłu­ste sal­ce­sony, pla­sterki kieł­basy, por­cje masła cie­niut­kie jak opła­tek, paćki burego dżemu, na obiad też mięso albo same kopytka czy pam­pu­chy w pseu­do­owo­co­wych sosach. Rozu­miem, że to były dar­mowe miej­skie kolo­nie, ale tu w Miel­nie nawet bez­pań­skie psy i koty jadają lepiej. Wcza­so­wi­cze rzu­cają im kawałki kotle­tów czy ryby. Dzień, w któ­rym poje­cha­li­śmy na jed­no­dniową wycieczkę do latarni mor­skiej w Gąskach i pani Marzena zabrała nas na pizzę, był dla wszyst­kich świę­tem. To zna­czy dla tych, któ­rzy lubią pizzę. Ale na kolo­niach zawsze tak jest: albo jesz to, co wszy­scy, albo nie jesz wcale.

Myśl o jedze­niu przy­po­mniała mi, że od śnia­da­nia nie mia­łam nic w ustach. Były więc już dwie sprawy do zała­twie­nia: posi­łek i wygląd. Wsta­łam z ławki, zarzu­ci­łam ple­cak na ramię i pew­nym kro­kiem ruszy­łam przed sie­bie. Mielno nie było mi obce, prze­cież spę­dzi­łam tu ostat­nie dwa tygo­dnie. Wie­dzia­łam, gdzie co jest, w któ­rej restau­ra­cji można za darmo sko­rzy­stać z łazienki, a do któ­rej lepiej nie wcho­dzić. Zna­łam ukryte w bocz­nych uli­cach skle­piki, gdzie zakupy robili głów­nie miej­scowi i ceny były nor­malne, a nie „tury­styczne”. Lum­peks, do któ­rego zmie­rza­łam, był wła­śnie na jed­nej z takich uli­czek po dru­giej stro­nie głów­nej drogi prze­ci­na­ją­cej miej­sco­wość na pół. Nad­mor­ska połowa była tłocz­niej­sza, droż­sza, hała­śliw­sza. Druga połowa też w sumie była tłoczna, ale dało się w niej zna­leźć spo­kojne miej­sca, szcze­gól­nie odda­la­jąc się od cen­trum w stronę Mie­lenka i Chło­pów. To tam mie­ścił się upa­trzony przeze mnie lum­peks. Trzeba było się prze­bić przez naj­po­pu­lar­niej­szy frag­ment mia­sta, minąć super­mar­kety i rondo przy dro­dze wjaz­do­wej z Kosza­lina, potem straż pożarną i stary kościół. A wcze­śniej – „mój” ośro­dek kolo­nijny. Dziw­nie się poczu­łam, prze­cho­dząc obok niego. Jesz­cze kilka godzin temu byłam tam z kole­żan­kami, mia­ły­śmy swoje ulu­bione kry­jówki, schodki do wysia­dy­wa­nia, boisko, budy­nek gospo­dar­czy, w któ­rego cie­niu można się było zaszyć i poga­dać… A teraz, spo­glą­da­jąc z ulicy na te „moje” miej­sca, wie­dzia­łam, że one nie należą już do mnie ani ja do nich. Byłam tylko prze­chod­niem, rów­nie obcym jak ci, na któ­rych sama jesz­cze nie­dawno patrzy­łam z okien pokoju w ośrodku.

W skle­piku po dro­dze kupi­łam dwie bułki, kawa­łek sera i wodę nie­ga­zo­waną, a potem pew­nym ruchem pchnę­łam skrzy­piące meta­lowe drzwi do kró­le­stwa uży­wa­nych ubrań.

* * *

Podobno przed moim przyj­ściem na świat matka i ojciec kłó­cili się o to, jakie mi dać imię. Matka chciała Nikolę, a ojciec Majkę. Osta­tecz­nie wygrała matka, prze­ga­dała go, tak jak wszyst­kich prze­ga­duje tym swoim wyso­kim, lekko histe­rycz­nym gło­sem. Zosta­łam więc Nikolą.

Teraz, gdy sta­łam w lum­pek­so­wej przy­mie­rzalni i wybie­ra­łam ciu­chy, które miały zro­bić ze mnie nasto­latkę, zasta­na­wia­łam się, czy jako Majka była­bym kimś innym. Czy bym ina­czej myślała? Ina­czej mówiła? Miała inne kole­żanki? Lubiła inne rze­czy? Ina­czej się ubie­rała? No wła­śnie – jakie ciu­chy nosi­łaby Majka?

Buszu­jąc wśród koszy i wie­sza­ków, nazbie­ra­łam cały stos ubrań. Teraz po kolei wkła­da­łam je na sie­bie, pró­bu­jąc wybrać jakiś zestaw. Coś, w czym wyglą­da­ła­bym na star­szą, niż jestem. Na zbun­to­waną nasto­latkę. Spodo­bał mi się czarny T-shirt z poszar­pa­nymi rękaw­kami i nazwą jakie­goś zespołu. Do tego rów­nie poszar­pana, długa spód­nica z mate­riału przy­po­mi­na­ją­cego dżins, ale deli­kat­niej­szego, bar­dziej prze­wiew­nego. W sam raz na lato. Jesz­cze sznur gru­bych, tęczo­wych korali. Bluza z kap­tu­rem na wie­czór. Sprytny kol­czyk do nosa, który zapina się na magne­sik, tak że nie trzeba prze­kłu­wać skóry. Gruba, mate­ria­łowa gumka do wło­sów pozwa­la­jąca je zebrać w nie­dbały kok. No i oku­lary prze­ciw­sło­neczne, okrą­głe, w żół­tych opraw­kach.

Ze zdzi­wie­niem przy­glą­da­łam się sobie w lustrze. Matka ni­gdy w życiu nie pozwo­li­łaby mi się tak ubrać. Wyglą­da­łam jak uczest­niczka jakie­goś talent show, zagra­niczna turystka albo ktoś taki. Nie przy­pusz­cza­łam wcze­śniej, że mogła­bym tak wyglą­dać. Podo­bało mi się to. Podo­ba­łam się sobie.

– Cześć, Majka – powie­dzia­łam do dziew­czyny w lustrze.

– Cześć – odpo­wie­działa mi i rów­no­cze­śnie się uśmiech­nę­ły­śmy.

Stare rze­czy upchnę­łam w ple­caku. Nie chcia­łam już ich zakła­dać. Za nowe ciu­chy zapła­ci­łam po pięć zło­tych od sztuki, tylko korale i oku­lary były po osiem. A tę gumkę do wło­sów pani dała mi jako gra­tis. Razem wyszło trzy­dzie­ści sześć zło­tych.

„Za trzy­dzie­ści sześć zło­tych można się stać kimś nowym” – pomy­śla­łam.

Scho­wa­łam port­fel do wewnętrz­nej kie­szonki ple­caka. Wola­łam na razie do niego nie zaglą­dać. Po tych zaku­pach mój budżet skur­czył się o połowę. Stało się jasne, że jutro będę musiała skom­bi­no­wać jakieś pie­nią­dze. Jak? Skąd? Nie mia­łam poję­cia, ale posta­no­wi­łam mar­twić się tym dopiero jutro. Na razie było dzi­siej­sze sło­neczne popo­łu­dnie. Wybie­głam z lum­peksu jak na skrzy­dłach i pogna­łam nad morze. Zamiast wra­cać się i iść przez cen­trum, zna­la­złam skrót mię­dzy zanie­dba­nymi, odra­pa­nymi dom­kami, a wła­ści­wie cha­łu­pami. Żwi­rowa droga pro­wa­dziła w kie­runku lasu. Wie­dzia­łam, że za nim musi być morze, sły­chać było odle­gły szum i coś jaśniało w górze mię­dzy koro­nami drzew. Gdy morze znaj­duje się za lasem, to on wydaje się roz­świe­tlony, ściana drzew nie jest tak jed­no­staj­nie ciemna. Może niebo od strony morza ma jaśniej­szy kolor? A może to tylko złu­dze­nie, któ­remu się ulega, jeśli bar­dzo chce się już tam dotrzeć?

Weszłam do lasu, żwir ścieżki zmie­nił się w miękki, drobny piach poprze­ty­kany opa­dłymi igłami sosen. Po chwili mia­łam tego pia­chu pełno w tramp­kach, ale nie zdej­mo­wa­łam ich, aby nie pokłuć stóp. Gdzieś przed sobą wypa­trzy­łam rodzinę gola­sów dźwi­ga­ją­cych dmu­chany mate­rac, kosz pik­ni­kowy i zwi­nięty para­wan. Skrę­ci­łam za nimi. Wąska, ledwo widoczna ścieżka wiła się wśród drzew. Po kil­ku­dzie­się­ciu kro­kach dostrze­głam czer­woną tablicę z napi­sem: „Zakaz wstępu na wydmy”, a obok niej wyło­żone deskami przej­ście na plażę. Trzeba było podejść tro­chę pod górę. Wycze­ki­wa­łam tego momentu, kiedy przede mną wyłoni się gra­na­towa kre­ska morza. Zupeł­nie jakby to był mój pierw­szy dzień tutaj. Jakby te poprzed­nie dwa tygo­dnie się nie liczyły.

Bo w pew­nym sen­sie się nie liczyły. Morze ser­wo­wane w sosie z pokrzy­ki­wań wycho­waw­ców, ich upo­mnień i zaka­zów, poga­nia­nia i zrzę­dze­nia w ogóle mi nie sma­ko­wało. Kła­dłam się na ręcz­niku tak jak wszy­scy i cze­ka­łam, aż ratow­nik wpu­ści kolejną dzie­siątkę kolo­ni­stów na parę minut do wody. Rów­nie dobrze mogła­bym być na sali gim­na­stycz­nej albo na kry­tym base­nie. Dopiero teraz – wbie­ga­jąc na plażę sama i po dro­dze zdej­mu­jąc trampki – poczu­łam i zoba­czy­łam to wszystko naprawdę: zapach soli i wodo­ro­stów, cie­pły piach pod sto­pami, odbla­ski słońca na falach, białe muszelki obra­ca­jące się w płyt­kiej wodzie przy brzegu, śli­skie drewno falo­chro­nów o zie­lon­ka­wym odcie­niu…

Na tym odcinku plaży nie było tłoczno. Znaj­do­wa­łam się dość daleko od cen­trum Mielna. Beto­nowa pro­me­nada nie docie­rała tutaj, koń­czyła się wcze­śniej. W pro­mie­niu stu metrów mia­łam cztery rodziny i kil­koro spa­ce­ro­wi­czów masze­ru­ją­cych z kij­kami brze­giem morza. Zna­la­złam wgłę­bie­nie przy wydmach, zaciszny zaką­tek osło­nięty z trzech stron. Wci­snę­łam się tam. Z ulgą zdję­łam ple­cak. Był ciężki, wypeł­niały go prze­cież ciu­chy Nikoli. Tak teraz myśla­łam o poprzed­niej mnie, w trze­ciej oso­bie: ona. Teraz te jej grzecz­niut­kie ciu­chy nada­wały się w sam raz, aby zro­bić z nich lego­wi­sko.

Wypi­łam łyk wody i wycią­gnę­łam się na pła­sko, z bluzą pod głową. Odgry­złam kęs sera. Przez zmru­żone oczy spoj­rza­łam w niebo. Ciemne szkła moich nowych oku­la­rów doda­wały wszyst­kiemu kon­tra­stu. Nie­wiel­kie, kłę­bia­ste chmury wyda­wały się przez nie kom­plet­nie nie­re­alne, jakby wypły­nęły z tych sta­rych obra­zów, które widzia­łam kie­dyś na wycieczce w Muzeum Naro­do­wym. Tak samo wyra­zi­ście wyglą­dały mewy uno­szące się wysoko, nie­mal przy­sta­jące w powie­trzu, gdy pró­bo­wały lecieć pod wiatr. I poje­dyn­cze zia­renka pia­sku, które strze­py­wa­łam z dłoni, zanim się­gnę­łam po kolejny kawa­łek sera.

A więc leża­łam sobie i patrzy­łam. Byłam sama. Byłam Majką. I było mi dobrze.

* * *

W poło­wie lipca dość długo jest jasno. Docho­dziła dzie­siąta, a niebo wciąż pozo­sta­wało roz­świe­tlone. Takie sza­ra­wo­gra­na­towe. Jak neon, w któ­rym prze­pa­liły się wszyst­kie żarówki z wyjąt­kiem jed­nej i ta jedna rzuca blady blask. A prze­cież słońce zaszło już z godzinę temu. Obser­wo­wa­łam je. Mili­metr po mili­me­trze cho­wało się za linię hory­zontu, przy­po­mi­nało taką poma­rań­czową, łazien­kową lampkę, którą się wtyka do kon­taktu.

Uświa­do­mi­łam sobie, że nad­mor­ski zachód słońca to jest luk­sus dla kogoś w moim wieku. Pani Marzena ni­gdy nie pozwa­lała nam pójść na zachód słońca. Musia­ła­bym przy­je­chać tu pry­wat­nie z rodzi­cami, żeby móc się pałę­tać wie­czo­rem po plaży. A dziś mia­łam zachód słońca wyłącz­nie dla sie­bie. Jak kró­lowa. Tak pomy­śla­łam i od razu par­sk­nę­łam śmie­chem. Wielka mi kró­lowa z trzema dychami w port­felu, w ciu­chach z lum­peksu i bez miej­sca do spa­nia!

No tak, był naj­wyż­szy czas, żeby pomy­śleć o spa­niu. Przez cały dzień odsu­wa­łam ten temat, ale w końcu trzeba było coś zde­cy­do­wać. Gdzie śpią dzie­ciaki, które ucie­kają z domu? Na dwor­cach? W pustych budyn­kach? W lesie? W sto­gach siana?

Tych sto­gów siana nie wymy­śli­łam. Widzia­łam kie­dyś serial, w któ­rym ucie­ki­nier wybrał takie miej­sce na noc­leg. Pomysł wyda­wał się dobry, tyle że ni­gdzie w pobliżu nie widzia­łam żad­nego stogu. No i po całym tym dniu nagle poczu­łam się bar­dzo zmę­czona. Jak­bym od tygo­dnia była na nogach.

Prze­płu­ka­łam usta, twarz i dło­nie wodą z butelki. Wyję­łam z ple­caka bluzę z kap­tu­rem, wło­ży­łam leg­ginsy. Kiedy się tak krę­ci­łam i orga­ni­zo­wa­łam, zro­zu­mia­łam, że będę spać tu, gdzie jestem: na plaży. No dobra, nie na samej plaży, ale bar­dzo bli­sko, na wydmach. To był ten rodzaj decy­zji, która nagle poja­wia się w gło­wie i wydaje się oczy­wi­sta. Tak jakby pod­jęła się sama, bez mojego świa­do­mego udziału. Cza­sami decy­dują oko­licz­no­ści. Zro­zu­mia­łam, że nie mam już siły ni­gdzie łazić, szu­kać innego miej­sca. A na wydmy jest prze­cież „zakaz wstępu”. Czyli nikogo tam nie powinno być. Moja bab­cia, która prze­żyła wojnę, zawsze mi powta­rzała, że naj­więk­szym zagro­że­niem są inni ludzie. Gdzie pusto, tam bez­piecz­nie. Będąc dzie­cia­kiem, nie rozu­mia­łam, o co jej cho­dzi, ale teraz to wyda­wało się jasne.

Odna­la­złam naj­bliż­sze wyj­ście z plaży. Skrę­ci­łam w nie i powoli szłam, szu­ka­jąc miej­sca, w któ­rym naj­le­piej będzie prze­sko­czyć drew­niane barierki oddzie­la­jące ścieżkę od pasa wydm. Gdy je zna­la­złam, upew­ni­łam się, że nikogo nie ma w pobliżu. A potem ruszy­łam. Musia­łam wdra­pać się tro­chę pod górę po osy­pu­ją­cym się pia­chu. Za to gdy już dotar­łam na grzbiet wydmy, otwo­rzył się przede mną inny świat. Piasz­czy­sty, pagór­ko­waty teren był pusty i cichy, pokryty rzad­kimi tra­wami i krza­kami. Biegł wzdłuż linii wybrzeża jak natu­ralny, sze­roki nasyp oddzie­la­jący plażę od lasu. Choć wła­ści­wie to w nie­któ­rych miej­scach wydmy łączyły się z lasem lub las łączył się z wydmami.

Trzy­ma­łam się środka tych wydm, tak aby nie być widoczną ani z plaży, ani od strony drzew. Aby się odda­lić od wszyst­kich i wszyst­kiego. Szłam tak przez parę minut. Potem zna­la­złam tra­wia­ste wgłę­bie­nie, natu­ralny dołek mię­dzy piasz­czy­stymi pagór­kami. Leżąc w nim, widzia­łam nad głową źdźbła dłu­gich traw koły­szące się na tle ciem­nie­ją­cego nieba. Z wysoka patrzył na mnie księ­życ.

Dzień drugi

Teraz jest moje jutro.

– Popro­szę kawę.

Krępa, prysz­czata dziew­czyna za ladą spoj­rzała na mnie bez zain­te­re­so­wa­nia. Takim rybim wzro­kiem, jaki ma ktoś bar­dzo zmę­czony lub zobo­jęt­niały.

– Jaku kawu? – spy­tała z ukra­iń­skim akcen­tem.

Wyda­wało mi się, że to ukra­iń­ski, bo w moim mie­ście na bazarku też pra­cuje kilku Ukra­iń­ców i mówią podob­nie.

Nie wie­dzia­łam, jaku kawu. Ni­gdy w życiu nie piłam kawy. Byłam za młoda na kawę. To zna­czy wtedy, w poprzed­nim życiu, w życiu Nikoli. A teraz byłam prze­cież nasto­latką Majką i zbu­dzi­łam się z myślą, że nasto­latki piją na śnia­da­nie kawę. Kupioną w mod­nej kawiarni i nie­sioną w papie­ro­wym kubku przez mia­steczko.

Tu w Miel­nie też były modne kawiar­nie, ale o tej porze jesz­cze zamknięte. Bra­ko­wało kilku minut do siód­mej. Na wysta­wie jedy­nego czyn­nego cało­do­bo­wego skle­piku spo­żyw­czego przy głów­nej ulicy wisiał pla­kat rekla­mu­jący zestawy „kawa plus cro­is­sant”.

– Ame­ri­kano, kapu­czino, espresso, blek? – spy­tała dziew­czyna, uru­cha­mia­jąc eks­pres.

– No, czarna z mle­kiem – wydu­si­łam z sie­bie.

Naj­bar­dziej zale­żało mi, żeby ta kawa była cie­pła. Nad ranem zmar­z­łam na tych wydmach. Ubra­łam się we wszystko, co mia­łam, ale i tak było mi chłodno. Tro­chę mnie roz­grzał szybki spa­cer do cen­trum Mielna. Marzy­łam, aby się umyć i coś zjeść.

– Kapu­czino. – Dziew­czyna zde­cy­do­wała za mnie. Podała mi kubek z paru­jącą zawar­to­ścią, pla­sti­kową przy­krywkę i mie­sza­dełko.

Wyszłam ze sklepu, trzy­ma­jąc to małe źró­dło cie­pła jak naj­więk­szy skarb. Cen­trum Mielna było zbyt puste, abym mogła w nim zostać. Rzu­ca­ła­bym się w oczy. Szcze­gól­nie w tych wszyst­kich war­stwach ciu­chów. Szybko prze­szłam przez główną ulicę i zaszy­łam się mię­dzy budami nie­czyn­nego jesz­cze tar­go­wi­ska. Krzą­tali się tam wpraw­dzie pierwsi han­dlowcy dowo­żący towar, ale ich nic nie obcho­dziło. Dźwi­gali jakieś pudła, prze­no­sili pakunki z samo­cho­dów do stra­ga­nów, w pośpie­chu palili papie­rosy, roz­ma­wiali przez tele­fon. Dla mnie było ważne, żeby nie spo­tkać poli­cji. Nie musieć odpo­wia­dać na pyta­nia. Nie wzbu­dzić niczy­ich podej­rzeń.

Wzię­łam łyk kawy. Była strasz­nie gorzka, nawet mimo doda­nego mleka.

„Mogłam posło­dzić – pomy­śla­łam. – Jak można coś takiego pić?”.

Jed­nak wypi­łam. Po troszku, po łyku, prze­gry­za­jąc wczo­raj­szą bułką. Potem zamknę­łam się w toa­le­cie pobli­skiej sta­cji ben­zy­no­wej, prze­bra­łam i umy­łam. Wybra­łam kabinę dla matek z dziećmi, bo było tam krze­sło i prze­wi­jak, na któ­rym mogłam roz­ło­żyć swoje graty. Przy oka­zji wepcha­łam do ple­caka tro­chę papie­ro­wych ręcz­ni­ków. Pomy­śla­łam, że na pewno się przy­da­dzą.

– To gdzie teraz, Majko? – zapy­ta­łam samą sie­bie.

Moje odbi­cie w lustrze wzru­szyło ramio­nami.

Bocz­nymi ulicz­kami wró­ci­łam na plażę. Gdzie indziej można iść, jak się jest nad morzem? Posie­dzia­łam chwilę na beto­no­wych kotwach wzmac­nia­ją­cych brzeg, grze­jąc twarz w coraz moc­niej­szych pro­mie­niach słońca. Potem posta­no­wi­łam się prze­spa­ce­ro­wać pro­me­nadą. Podobno bie­gnie aż do Unie­ścia. To dziel­nica Mielna, cią­gnie się wzdłuż plaży po prze­ciw­nej stro­nie mia­sta niż ta, gdzie spa­łam. Oczy­wi­ście ta pro­me­nada jest jed­nym wiel­kim baza­rem peł­nym sto­isk z pamiąt­kami, klau­nów, maszyn z lodami i tak dalej. Ale to mi odpo­wia­dało, czu­łam, że w ciągu dnia powin­nam być wmie­szana w tłum. Na razie wpraw­dzie jesz­cze wiel­kiego tłumu nie było, ale już coś zaczy­nało się dziać. Otwie­rały się pierw­sze kramy i sto­iska. Przy­by­wało także spa­ce­ro­wi­czów. Część to ci, któ­rzy wcze­śnie rano wyszli pobie­gać wzdłuż brzegu i teraz wra­cali do swo­ich hoteli. Tro­chę rodzin z dziećmi, które zawsze budzą się pierw­sze. Eme­ryci. Pew­nie też ludzie, któ­rzy tu pra­cują i zmie­rzają do swo­ich skle­pów, restau­ra­cji, kra­mów.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

© Copy­ri­ght by Wydaw­nic­two „Nasza Księ­gar­nia”, War­szawa 2021

Text © copy­ri­ght by Rafał Witek, 2021

Pro­jekt okładki: Anita Gra­boś

Redak­tor pro­wa­dzący: Kata­rzyna Laj­bo­rek

Redak­cja: Kata­rzyna Szro­eder-Dowjat

Opieka redak­cyjna: Mag­da­lena Korob­kie­wicz

Korekta: Zuzanna Laskow­ska, Joanna Koń­czak

Korekta pli­ków po kon­wer­sji: Irmina Gar­lej

ISBN 978-83-10-13693-0

www.naszak­sie­gar­nia.pl

Wydaw­nic­two NASZA KSIĘ­GAR­NIA Sp. z o.o. 05-075 War­szawa-Wesoła, ul. Apteczna 6 e-mail: naszak­sie­gar­[email protected] tel. 22 643 93 89

Kon­wer­sję wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.