Wydawca: Ole Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ja kibic - James Bannon

Oparta na faktach powieść przedstawiająca historię dwóch brytyjskich policjantów, których zadaniem jest przeniknąć w szeregi chuliganów Millwall FC, żeby eliminować najbardziej niebezpieczne jednostki z przestępczego światka. Dwaj młodzi policjanci wchodzą w szeregi kiboli, integrują się ze środowiskiem, uczestniczą w awanturach stadionowych i „ustawkach”.

Książka przedstawia odarte z powierzchowności kulisy meczów w Anglii, awantur z brytyjską policją i przypadkowych aktów wandalizmu. W kraju będącym kolebką futbolu, gdzie od czasów Margaret Thatcher jawnie i zdecydowanie państwo walczy z chuliganami na stadionach, problem kiboli nadal istnieje.

Opinie o ebooku Ja kibic - James Bannon

Fragment ebooka Ja kibic - James Bannon

James Bannon

Ja, kibic

Tłumaczenie: Piotr Borman

Tytuł oryginału: Running with the Firm

Copyright © James Bannon 2013

First published by Ebury Press, an imprint of Ebury Publishing. A Random House Group Company.

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal sp. z o.o., Warszawa 2014

All rights reserved

Redaktor inicjujący: Arkadiusz Seidler

Koordynacja projektu: Agencja Wydawnicza Synergy

Tłumaczenie: Piotr Borman

Redakcja: Elżbieta Meissner

Korekta: Krzysztof Lewandowski

Projekt graficzny okładki: Two Associates

Adaptacja projektu okładki: Krzysztof Kiełbasiński

Fotografia wykorzystana na I stronie okładki: © Stephen Smith / The Image Bank / Getty Images, © Sshepard/E/Getty Images

Skład i łamanie: Open. Agencja wydawniczo-reklamowa R. Walczyński

Wydawca:

Grupa Wydawnicza Foksal sp. z o.o.

ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa

tel. 22 826 08 82, faks 22 380 18 01

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN: 978-83-7881-411-5

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

Dla Angie...

Z wyrazami miłości od Twoich chłopaków

Niniejsza książka została oparta na faktach – życiu, doświadczeniach i wspomnieniach autora. Imiona i nazwiska bohaterów, nazwy miejsc, daty i kolejność wydarzeń mogły zostać zmienione, aby chronić prywatność innych osób.

Od autora

W 1994 roku napisałem scenariusz do filmu fabularnego zatytułowanego „I.D.”. Film opowiadał o moich doświadczeniach podczas pracy jako tajny funkcjonariusz policji infiltrujący środowisko chuliganów klubu piłkarskiego Millwall. Z czasem film zyskał miano kultowego, a w maju 2012 został poddany obróbce cyfrowej i wydany w nowej formie. Do tej pory nie miałem ochoty wracać pamięcią do tego rozdziału mojego życia, lecz ponowne wydanie filmu przywróciło dyskusję na temat tego, czy film został oparty na faktach. Ponieważ od wydarzeń w nim opisanym minęło już dwadzieścia pięć lat, uznałem, że to dobry moment, aby opowiedzieć, jak to naprawdę było.

Ci z Was, którzy znają film „I.D.”, rozpoznają niektóre elementy filmu w książce, lecz większa część operacji była do dziś nieopisana. Niniejsza książka to prawdziwy zapis wydarzeń, które miały miejsce przez te dwa lata. Wzloty i upadki, momenty pełne przemocy, smutku i humoru zostały opisane dokładnie tak, jak się w rzeczywistości wydarzyły.

Prolog

Przez dwa lata mojego życia byłem znany jako Jim, Jim z Wandsworth. Razem z kumplem Chrisem byliśmy malarzami pokojowymi i tapeciarzami. Kibicowaliśmy Millwall. Walczyliśmy z Millwall. Biegaliśmy z chuliganami. A przy tym trzymaliśmy coś w sekrecie. Gdyby wyszło na jaw, nasze życie byłoby zagrożone...

Byliśmy też glinami po cywilu.

W latach 80. XX wieku Anglia cieszyła się złą sławą z powodu chuliganów piłkarskich, pośród których chuligani Millwall byli najgorsi. Funkcjonariusze, tacy jak ja i Chris, mieli przenikać do gangów, zjednywać sobie ich członków, zdobywać ich zaufanie, aby zdobyć dowody przeciwko nim, aresztować ich i odesłać do więzienia.

To prawda, czasem nie mogłem patrzeć na siebie w lustrze. Ci faceci stawali się moimi kumplami. Gadaliśmy, śmialiśmy się, dzieliliśmy wzloty i upadki związane z byciem kibicem piłkarskim. Walczyliśmy też razem, z innymi gangami i z policją. Pamiętam bezsensowną, bezmyślną przemoc, kiedyś widziałem kibica Millwall skaczącego po głowie niewinnego przechodnia na oczach jego żony i córek tylko za to, że ten miał znaczek Crystal Palace1. Wtedy przypominałem sobie, po co to robiłem.

Prawdę mówiąc, czasem zdarzyło mi się zapomnieć. Tak, wiele razy cholernie się bałem, ale adrenalina i frajda były niesamowite. Bycie tajniakiem daje niezłego kopa, od którego można się uzależnić. Bycie kibicem Millwall również było świetną sprawą. Było tam poczucie koleżeństwa i przynależności do grupy, jakich nigdy wcześniej nie zaznałem. Tak, robiłem to dla dobra społeczeństwa, ale nie mogę z ręką na sercu powiedzieć, że nie miałem przy tym świetnej zabawy.

Elementem bycia tajniakiem jest świadomość, że w każdej chwili można zostać zdemaskowanym. Najmniejsze potknięcie i po tobie. My byliśmy tego bardzo blisko...

Kilka miesięcy po rozpoczęciu operacji Chris otrzymał wiadomość od Dave’a, jednego z kibiców Millwall, z którym się zaprzyjaźniliśmy. Dave był świetnym facetem, inteligentnym, znającym się na piłce i zawsze skorym do hecy. Chciał, abyśmy spotkali się w Catford z nim i jego kumplami – Stu i Markiem. Było to trochę nietypowe, ale nie na tyle, abyśmy się przejmowali. Zostawiliśmy wiadomość, że spotkamy się z nimi w południe.

Wchodzimy do pubu i uderza nas atmosfera. Nie było jak w Old Castle czy The Puffin, gdzie staliśmy się stałymi klientami i gdzie witano nas jak swoich. Tutaj jest coś ewidentnie nieprzyjaznego. Pub jest pełny, ale nie widać żadnej znajomej twarzy. Podchodzimy do baru, Chris zamawia coś do picia.

Wtedy Dave, Stu, Mark i jacyś goście, których nie znaliśmy, podchodzą od strony baru. Z ich min od razu wiem, że coś się święci. Dave trzyma kij bilardowy, a Stu butelkę. Patrzę prosto na Dave’a.

– W porządku? – Dave wpatruje się we mnie długo i intensywnie, po czym mówi:

– Nie, kurwa, ani trochę.

Kurwa. Czuję, że mamy naprawdę duży problem.

Chris podchodzi z drinkami.

– W porządku, Dave? – pyta.

Dave robi krok do przodu i krzyczy:

– Nie, kurwa, nie jest w porządku. Kim wy, do kurwy nędzy, jesteście? Bo jakoś nie możemy tego wykombinować.

Patrzę na Chrisa, krew odpływa mu z twarzy.

Potrząsam głową

– O czym wy mówicie? Przecież wiecie, kim jesteśmy.

Dave stuknął kijem o podłogę.

– Po prostu, Jim, jeśli rzeczywiście tak się, kurwa, nazywasz, nie wiemy, kim jesteście. Pojawiacie się, kurwa, znikąd i zaraz jesteście naszymi najlepszymi kumplami.

Chris jest przerażony, ja próbuję nie narobić pod siebie. Jesteśmy kompletnie otoczeni najtwardszymi ludźmi Millwall. Dziesięciu na dwóch, marne szanse. Kurwa.

Próbuję udawać zaskoczonego.

– Dave, jaki ty masz, kurwa, problem?

Podnosi kij i mierzy nim najpierw we mnie, potem w Chrisa.

– Ty i on. Taki mam problem.

Nie idzie dobrze. Co robimy? Odwracamy się i próbujemy uciekać? Przyznajemy się, kim jesteśmy, i liczymy na to, że wyjdziemy z tego w jednym kawałku? Czy ryzykujemy i stawiamy im czoło?

Ostatnia opcja wydaje się najlepsza. Zrównuję się z Davem.

– Dobra, czyli co konkretnie, kurwa, mówisz?

Tym razem Dave dźga mnie, a potem Chrisa, kijem.

– To mówię, pizdo, że ty i ty jesteście jebanymi psami.

Stoję tam, patrzę na nich wszystkich i wybucham śmiechem.

– Jaja sobie, kurwa, robisz? Ja? Pies? Ty jesteś, kurwa, poważny?

Jeśli Dave miał jakieś wątpliwości, to nie okazywał tego.

– Nie widzisz, żeby któryś z nas się śmiał... Dokładnie to mówię: ty i on jesteście jebanymi psami.

Odwracam się i patrzę na Chrisa. Jak my się z tego, kurwa, wywiniemy?

Rozdział 1POCZĄTKI

Urodziłem się parnego, letniego dnia w sierpniu 1965 roku w szpitalu Lambeth w południowym Londynie. Mama zajmowała się domem, a tata był funkcjonariuszem w Metropolitalnej Służbie Policji w Londynie. Kiedy byłem mały, przeprowadzaliśmy się kilkakrotnie, a w końcu zamieszkaliśmy w Belvedere, małej wiosce na południowych przedmieściach Londynu. Mieszkaliśmy w niewielkim osiedlu, w którym były mieszkania prywatne i komunalne. Tam spędziłem okres dorastania, który mnie ukształtował.

Była to zżyta społeczność, w której wszyscy dbali o siebie nawzajem. Świetnie bawiłem się, dorastając tam, lecz nie obyło się bez problemów. Najpierw musiałem udowodnić dzieciakom z osiedla, że to mój ojciec był policjantem, a nie ja.

– Pójdziesz do starego i powiesz mu, cośmy zrobili? – pytali, kiedy coś zbroiliśmy. W wieku ośmiu lat udowodniłem, że można mi zaufać, kiedy włamaliśmy się do miejscowego sklepu i ukradliśmy pudełko batoników Texan i pięć funtów w dwupensówkach. Ktoś widział, jak uciekaliśmy, i zadzwonił po policję, która szybko się zjawiła. Wszystkich nas przesłuchano, ale nikt się nie ugiął. Od tamtego dnia moja lojalność nie została zakwestionowana.

Kiedy dostałem się do porządnego gimnazjum, praca ojca stała się swoistą tajemnicą. Nawet jeśli dzieciaki nie wiedziały, czym zajmuje się mój tata, traktowały mnie jak obcego. Wszyscy w mojej klasie przyszli z prywatnych szkół i znacznie wyprzedzali mnie w nauce. Wszyscy moi kumple z osiedla poszli do szkoły rejonowej, utrzymywanie pracy ojca w tajemnicy wydawało się więc wyjściem najłatwiejszym. Kiedy inne dzieciaki pytały, unikałem odpowiedzi albo mówiłem, że ojciec pracuje w lokalnym samorządzie. Byłem całkiem dobry w utrzymywaniu tajemnic.

Niestety, w połowie drugiego semestru sekret wyszedł na jaw. Zostałem wybrany do szkolnej drużyny rugby. Graliśmy na własnym boisku, a ojciec pracował i nie mógł przyjść na mecz. Przynajmniej tak mi się wydawało. Gra trwała już dziesięć minut i sędzia podyktował nam młyn. Kiedy kucnąłem, żeby podać piłkę do ataku, z oddali usłyszałem trzask krótkofalówki. Zamarłem, mając nadzieję, że nasilający się hałas nie był tym, o czym myślałem. Odwróciłem się i od razu zobaczyłem to, czego się obawiałem. Przez szkolne boiska na policyjnym motorze jechał mój ojciec. Podjechał do linii bocznej wśród dźwięków ryczącej policyjnej krótkofalówki, po czym zdjął kask i popatrzył na mnie.

– Cześć, synu.

Kiedy to teraz wspominam, wydaje mi się, że było to naprawdę miłe z jego strony. Zadał sobie trud, żeby przyjechać i popatrzyć, jak gram, lecz jedenastolatkowi w nowej szkole byłoby lepiej bez tego. Pierwszego dnia po meczu cała szkoła mówiła o mnie, przed końcem dnia wszyscy znali mój sekret. Znienawidziłem szkołę i robiłem wszystko, aby do niej nie chodzić. W końcu władze szkolne straciły cierpliwość i wyrzuciły mnie. Na początku drugiej klasy szukałem nowej szkoły. Dzięki interwencji naszego księdza udało mi się dostać do katolickiej szkoły rejonowej.

Nowego miejsca nienawidziłem z całego serca, więc resztę lat szkolnych spędziłem na wymyślaniu wymówek umożliwiających mi unikanie nauki. Pamiętam, jak sfingowałem złamanie ręki za pomocą atrapy gipsu. Wszystko szło gładko przez pięć miesięcy, aż nauczyciel biologii wypalił na wywiadówce, jak dumny jest z mojej wytrwałej walki ze złamaniem podokostnowym. Rodzice nie podzielali jego dumy. Doskonale pamiętam rozmowę z ojcem, kiedy tego dnia wrócił z pracy. Nie zdawałem sobie jeszcze wtedy sprawy ze swego wrodzonego daru mydlenia ludziom oczu, który to dar miał bardzo mi się przydać w późniejszym życiu. Ale wtedy byłem po prostu po uszy w gównie. W końcu, w wieku piętnastu lat, dałem sobie spokój z edukacją i zająłem się szukaniem pełnoetatowej pracy.

Miałem plan, aby unikać długiego ramienia sprawiedliwości, przynajmniej w kwestii zawodu. Jednak po mało ciekawej pierwszej posadzie urzędnika biurowego w Ministerstwie Obrony oraz przypadkowym spotkaniu ze starym znajomym, który został policyjnym kadetem, temat pracy w organach ścigania nagle zabrzmiał pociągająco. Ponadto nie miałem żadnych kwalifikacji, miałem za to tatę, który mógłby szepnąć o mnie słówko.

Tak więc, po szczegółowych badaniach lekarskich, teście sprawności i rozmowie (podczas której okazałem się zaskakująco zdeterminowany), w styczniu 1982 roku zostałem przyjęty jako kadet do Metropolitalnej Służby Policji.

Nie skłamałbym, mówiąc, że moi przyjaciele, z którymi dorastałem w naszym małym osiedlu, na początku byli nieco zdezorientowani. Pamiętam, jak któryś z nich odwoził mnie na miejscowy posterunek, abym odebrał swoje pisemne przyjęcie, samochodem, który do niego nie należał. Prawdę mówiąc, każdy z nas jeździł wieloma samochodami, które do nas nie należały. Wtedy był to dla mnie element dorastania w południowym Londynie. Tam, skąd pochodziłem, był to, prawdę mówiąc, niemal akceptowany etap dorastania. Samochody łatwo się kradło, a my nigdy ich nie niszczyliśmy ani nie rozbijaliśmy. Jeździliśmy nimi przez parę dni, po czym oddawaliśmy je albo parkowaliśmy w miejscu, gdzie łatwo było je znaleźć. Zdawałem sobie sprawę, że było to łamanie prawa, i kiedy zostałem przyjęty na policyjnego kadeta, wiedziałem, że ten etap mojego życia musi się skończyć. Szkołę Kadetów ukończyłem w marcu 1984 roku, po czym rozpocząłem dwudziestotygodniową naukę w Hendon, aby zostać posterunkowym. Ku memu zaskoczeniu, wyróżniałem się zarówno w nauce, jak i w kwestiach praktycznych. Miałem świetne stopnie i w lipcu 1984 zakończyłem naukę z wyróżnieniem, po czym zostałem oddelegowany do Greenwich. Byłem pełnoprawnym posterunkowym, gotowym na wszystko. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Na posterunek policji w Greenwich trafiłem w lipcu 1984 roku. Młody, chętny i nieco nieopierzony. Posterunkowym na stażu, w czasie dwuletniego okresu próbnego, przydziela się bardziej doświadczonego funkcjonariusza nadzorującego. Miałem szczęście. Mój sierżant był inspirujący. Archie (nalegał, by tak go nazywać) nie był zwykłym sierżantem. Większość kariery spędził, pracując w klubach na West Endzie.

Inni sierżanci chodzili ze swoimi stażystami na obchody rewiru przez mniej więcej pierwszy miesiąc, ale Archie miał inne podejście. Pierwszego dnia mojej zmiany wysłał mnie samego, mówiąc:

– Nie obchodzi mnie, co będziesz robił, tylko tego nie spierdol.

W ciągu godziny wróciłem, mając na koncie swoje pierwsze aresztowanie. Rozpoznałem kogoś z wcześniejszej odprawy i jak podszedłem pogadać, gość zaczął uciekać. Goniłem go przez ponad pięć minut przez kilka budynków i osiedli, aż w końcu udało mi się powalić go na ziemię wejściem znanym z rugby. Na posterunku stałem się przebojem, a Archie był pod wrażeniem.

W ciągu dwóch tygodni Archie wysłał mnie na służbę w samochodzie patrolowym (czyli pojeździe szybkiego reagowania) jako obserwatora w cywilu. Nawet nie marzyłem o takim przydziale. Rzadkością było wysyłanie stażysty do samochodu, o pracy w cywilu nawet nie wspomnę. Prawdę mówiąc, nikt o czymś takim praktycznie nie słyszał i u kilku starszych rangą funkcjonariuszy wywołało to konsternację. Archie ujrzał coś we mnie, a ja go nie zawiodłem.

Szybko zyskałem reputację „zgarniacza złodziei”, funkcjonariusza, który dokonuje większej ilości aresztowań niż inni. Zyskałem ksywkę „Złote Jajca”, jako że nieustannie znajdowałem się w sytuacjach, które prowadziły do aresztowania i skazania przestępców. Po krótkim czasie zwróciłem na siebie uwagę miejscowej brygady do walki z przestępczością. Byli chętni poznać nowego stażystę.

Rozdział 2WCHODZISZ CZY NIE?

Archie i ja pracowaliśmy dalej razem. Jego doświadczenie, w połączeniu z moim entuzjazmem, czyniły z nas dobrą drużynę. Zyskaliśmy reputację solidnej jednostki, na której można polegać. Przydzielono nam pilnowanie porządku w cieszącym się złą sławą osiedlu Ferrier w Kidbrooke, w południowo-wschodnim Londynie, i poproszono, abyśmy rozwiązali panujący tam problem z narkotykami. Archie wraz z Robertem, innym zaprawionym w boju funkcjonariuszem, zapowiedzieli swą wizytę na spotkaniu mieszkańców. Archie przysiągł zebranej gawiedzi rozwiązanie problemów osiedla. Przyznano mi mieszkanie, do którego się wprowadziłem. Jedynymi osobami, które wiedziały, że jestem policjantem, byli Archie i Robert. Dano mi wolną rękę, więc, korzystając z anonimowości, mogłem zbierać dowody i przekazywać je Archiemu, by ten mógł robić z nimi to, co uznał za stosowne.

W tym okresie bardzo zasmakowałem w pracy tajniaka. Zacząłem zyskiwać zaufanie mieszkańców, mimo że nieco dziwił ich fakt, iż rzadko sypiam w swym skąpo umeblowanym mieszkaniu. Podczas tej operacji dokonałem swego pierwszego kontrolowanego zakupu narkotyków. Okazało się to jednak kompletną katastrofą.

Do Archiego zwrócił się funkcjonariusz z wydziału narkotykowego Scotland Yardu. Potrzebowali porównać narkotyki sprzedawane w pubie na moim osiedlu z większą partią wystawioną na sprzedaż w północnym Londynie. Jeśli skład narkotyków by się zgadzał, byłoby to ostatnie ogniwo łańcucha ich śledztwa. Wystawiono mnie jako kupującego, wydział narkotykowy się zgodził, a operacja została zatwierdzona.

Funkcjonariusze wydziału narkotykowego poinstruowali mnie, co mam robić, ustawili się na pozycji i obserwowali, jak wchodzę do pubu. Miałem kupić sobie drinka i spróbować nawiązać rozmowę z właścicielem i, jeśli to byłoby możliwe, dowiedzieć się, kto w okolicy jest najlepszym źródłem Marokanki (jedno z określeń marihuany). Ludzie ze Scotland Yardu mieli czekać na mnie na zewnątrz.

Podszedłem do baru zdenerwowany, ale podekscytowany perspektywą pierwszego kontrolowanego zakupu narkotyków. Jednak kiedy się zbliżałem, właściciel odwrócił się i spojrzał na mnie.

– Zapomnij. Nie obsłużę cię, więc lepiej w tył zwrot i spierdalaj.

Zatkało mnie. Pierwszy zakup w karierze, a on rozgryzł mnie w pięć sekund.

– Czemu nie? – zapytałem, udając znieważonego.

– Słuchaj, dzisiaj rano były u nas psy w sprawie sprzedaży alkoholu nieletnim. Przepraszam, ale jeżeli nie masz dowodu, że masz osiemnaście lat, w co wątpię, to nie mogę cię obsłużyć.

Nie wypatrzył we mnie psa. Gorzej, uznał, że jestem za młody na alkohol. Jako że poza legitymacją służbową nie miałem przy sobie żadnego dokumentu, odwróciłem się na pięcie i wyszedłem.

Wróciłem na posterunek i złożyłem raport. Wydział narkotykowy uznał całe to wydarzenie za przezabawne. Muszę przyznać, że kiedy otworzyłem swoją szafkę i wypadły z niej smoczek i pieluszki, sam śmiałem się do rozpuku. Szczerze mówiąc, podobała mi się każda chwila tej akcji i pogratulowano mi, że się nie złamałem.

Mój kolejny zakup kontrolowany poszedł zgodnie z planem. Dzielnicowy wydział narkotykowy zwrócił się z prośbą o moją pomoc przy zakupie narkotyków w pubie w Eltham. Policja była świadoma handlu, który się tam odbywał, ale nie była w stanie nakłonić znanego sobie dealera do dokonania transakcji. Jako że nikt mnie tam nie znał, byli pewni, że mi się uda. Pewnego czwartkowego wieczoru wszedłem do pubu, podszedłem do baru i natychmiast rozpoznałem dealera. Bawiłem się przez godzinę, grając w bilard i pijąc, po czym zwróciłem się do faceta, z którym grałem:

– Słyszałem, że można tu kupić trochę towaru.

Przymierzał się do strzału i nie podniósł nawet wzroku.

– Taa, ten facet w rogu to mój kumpel. Powiedz mu tylko, że przysłał cię Adam.

Spojrzałem na dealera, podszedłem do niego z kijem w dłoni i stanąłem bokiem.

– Jestem kumplem Adama, podobno można się do ciebie zwrócić po towar.

Spojrzał na mnie i wyciągnął torbę spod bluzy z kapturem.

– Ile?

Nie mogłem uwierzyć w swojego farta. Spojrzałem na niego.

– Wezmę wszystko, co masz, jeżeli cena jest dobra.

Uśmiechnął się.

– Sorry, kolego, ale mam stałych klientów. Możesz dostać ćwiartkę i musi wystarczyć.

Pokiwałem głową na zgodę.

– Dobra, trzymaj – powiedziałem i dałem mu znaczone banknoty, po czym wróciłem do gry z Adamem.

Po około dwudziestu minutach przecisnąłem się przez tłum gości i wyszedłem z pubu. Wyciągnąłem ręce w górę, udając, że się przeciągam, co było ustalonym sygnałem dla ludzi z wydziału narkotykowego, po czym wróciłem do pubu, a oni za mną. Dealer został aresztowany, a kiedy się okazało, że ja też jestem policjantem, odwrócił się do mnie i powiedział:

– Kurwa, nigdy bym się nie domyślił, że jesteś psem. W życiu.

Podziękowałem mu za komplement i szczęśliwy poszedłem do domu.

Minęło osiemnaście miesięcy mojego okresu próbnego, kiedy przyszedł do mnie komisarz rejonowego wydziału do walki z przestępczością. Wraz z Archiem pracowaliśmy już na osiedlu przez sześć miesięcy i mieliśmy niezłe wyniki. Rozprawiliśmy się z problemem narkotyków i dokonaliśmy wielu aresztowań, a moja anonimowość była nienaruszona.

Lokalny oddział do walki z przestępczością, za zgodą Archiego, uzyskał zgodę na zaproponowanie mi miejsca u siebie, mimo że nadal byłem na stażu. Otrzymałem specjalny przydział od komendanta rejonowego, pożegnałem się z Archiem i objąłem nową posadę. Zakończyłem swój staż w wydziale do walki z przestępczością, a w międzyczasie zainteresował się mną lokalny wydział narkotykowy. Zaproponowano mi rozmowę kwalifikacyjną, ale w piątek poprzedzający spotkanie zostało ono odwołane.

Nie wyjaśniono mi powodów aż do momentu, kiedy otrzymałem telefon, że mam stawić się na spotkanie w Scotland Yardzie. Spotkanie, które miało odmienić moje życie.

3 marca 1987 roku stawiłem się w Scotland Yardzie. Zostałem zaprowadzony do pokoju, w którym zastępca młodszego podkomisarza, podinspektor oraz naczelny inspektor siedzieli wokół dużego stołu, na którym leżało dużo teczek.

Przeprosili mnie za późne powiadomienie o spotkaniu i odwołaniu rozmowy kwalifikacyjnej w wydziale narkotykowym. Bardzo pochlebnie odnosili się do mojej dotychczasowej kariery i powiedzieli, że powinienem rozważyć możliwości, które z pełną powagą chcieliby mi przedstawić.

Mówili bardzo niejasno i zadawali wiele osobistych i wścibskich pytań o moje długotrwałe przyjaźnie oraz o okolicę, w której się wychowałem. Po dwóch godzinach rozmowy, która sprawiała raczej wrażenie przesłuchania, powiedzieli mi, że odezwą się do mnie we właściwym czasie. Kompletnie nie miałem pojęcia, po co mnie tam ściągnęli. Razem z Archiem próbowaliśmy się dowiedzieć, na jaką posadę werbują, ale okazało się, że ta ściśle strzeżona tajemnica miała pozostać tym czym była, tajemnicą.

6 marca 1987 ponownie wezwano mnie do Scotland Yardu na kolejne spotkanie, na którym odkryli swoje karty.

Szukali tajnych funkcjonariuszy, którzy mieli pracować w wyspecjalizowanej jednostce. Jednostka miała zorganizować tajną operację, której celem miało być aresztowanie oraz doprowadzenie do skazania znanych chuliganów stadionowych.

Od razu wiedziałem, że to praca dla mnie. Od pierwszego kontrolowanego zakupu narkotyków robiłem wszystko, aby przydzielono mi więcej tajnych zadań. Nic nie mogło równać się z przypływami adrenaliny towarzyszącymi takiej pracy. Wiedziałem trochę o chuliganach dzięki meczom, na które chodziłem jako dzieciak, oraz tym, na które wysyłano mnie w ramach służby.

Starsi rangą funkcjonariusze poinformowali mnie, że wzrastająca fala krytyki, związana z przemocą na boiskach piłkarskich, przestała być problemem policji i stała się sprawą polityczną.

Naszemu przedsięwzięciu przyznano wszelkie dostępne środki i pomoc. Zakładano, że operacja ma potrwać maksymalnie sześć miesięcy. Były jednak inne niecierpiące zwłoki kwestie. W okolicy trwały podobne operacje, ale dobiegały one końca. Nasza miała być prowadzona przez Scotland Yard z pełnym wsparciem specjalistycznym. Budżet oraz podejmowanie decyzji powierzono najwyższym szczeblom. Istotny był fakt, iż inne tajne jednostki pracujące w Millwall, West Ham i Chelsea nie wiedziały o naszych działaniach. Wszystko to wydawało się żywcem wyjęte z filmu szpiegowskiego, ale skoro tak chcieli to rozegrać, nie mnie się z tym sprzeczać.

Wypuszczono mnie ze spotkania, zadając ostatnie pytanie: wchodzisz czy nie? Jeśli tak, zadzwoń pod ten numer w ciągu dwudziestu czterech godzin i staw się 30 marca 1987 roku na Posterunku Policji w Brockley, gdzie poznasz pozostałych członków swojej ekipy. Jeśli nie, zrozumiemy, a twoja decyzja w żaden sposób nie zaważy na twojej przyszłej karierze.

Wyszedłem ze spotkania i poszedłem do Archiego. Słyszał plotki o nowych „Oddziałach Widmach”, jak je nazwano, ale nawet jak na policję, wszystko wydawało się być utrzymane w pełnej tajemnicy. Do późna rozmawialiśmy o plusach i minusach przyjęcia propozycji Scotland Yardu, ale swoją odpowiedź znałem chwilę po wyjściu ze spotkania.

Wchodzę.

Rozdział 3POCZĄTEK MECZU

Dzień, w którym miałem się stawić na Posterunku Policji w Brockley, 30 marca, minął niezauważony. Nie poszedłem tam, ponieważ tego dnia musiałem być w sądzie, i dotarłem dopiero 1 kwietnia. Ironicznie, dzień, w którym miałem poznać sierżanta, który będzie moim partnerem oraz kierującym oddziałem, wypadł w prima aprilis. O dziewiątej rano pojawiłem się w biurze i czekałem na jego przyjście.

Przyszedł chwilę po dziesiątej. Przedstawił się jako Chris i zaproponował, abyśmy poszli na kawę i poznali się. Pamiętam, że na pierwszy rzut oka zupełnie nie wyglądał na przeciętnego funkcjonariusza. Po pierwsze, był za niski, góra metr siedemdziesiąt, po drugie, na nosie miał wielkie okulary. Pomijając powyższe, wydawał się całkiem sympatyczny. Poszliśmy na kawę.

Kiedy weszliśmy do kawiarni, przy jednym ze stolików zauważyłem kilku facetów, którzy ewidentnie byli glinami. Chris od razu podszedł do nich i każdemu uścisnął dłoń. Podszedłem do baru, kupiłem drinki i usiadłem przy stole z dala od Chrisa i reszty.

Chris krzyknął do mnie:

– Jim, chodź i poznaj moich kumpli.

Spojrzałem na niego i machnąłem ręką, dając znać, że dobrze mi tam, gdzie usiadłem. Byłem trochę zaskoczony, bo wcześniej powiedziano mi, że mamy odcinać się od innych funkcjonariuszy, a teraz siedzieliśmy w kawiarni z masą gliniarzy.

Chris w końcu podszedł do mnie i usiadł. Popatrzył na mnie i potrząsnął głową.

– Dlaczego nie podszedłeś? To trochę niegrzeczne, tak ich zignorować, nieprawdaż? Czy ty wiesz, kto to był?

Potrząsnąłem głową.

– Nie, ale wyglądali na gliniarzy i, jeśli nie masz nic przeciwko, biorąc pod uwagę to, co nas czeka, wolałbym nie zaprzyjaźniać się z nimi.

Zaczął się śmiać.

– Cóż, biorąc pod uwagę, że wszyscy są członkami starej tajnej ekipy oraz to, że będziemy mieć wspólne biuro, będzie to trochę trudne.

Siedziałem z otwartymi ustami.

– Ale powiedziano mi, że nasze działania mają być trzymane w wielkiej tajemnicy i nikt, nawet nasze rodziny, miały nic nie wiedzieć o naszej operacji.

Chris zaśmiał się ponownie.

– Musisz się jeszcze sporo nauczyć.

Miał rację. Przede mną było jeszcze wiele nauki.

Chris miał trzydzieści parę lat, do Policji Metropolitalnej wstąpił mając niespełna dwadzieścia. Szybko piął się po szczeblach kariery i w ciągu pięciu lat został mianowany posterunkowym. Niedawno zdał egzamin na sierżanta, dzięki czemu otrzymał przydział w dzielnicy Lewisham. Dzięki swemu doświadczeniu w wydziale dochodzeniowo-śledczym oraz niedawnej promocji, wydawał się idealnym kandydatem na dowodzącego naszą jednostką.

Przez następne kilka dni poznawaliśmy się lepiej. Dopiero co zacząłem spotykać się z funkcjonariuszką imieniem Dawn, gawędziłem więc o niej, podczas gdy Chris opowiadał mi o swoim życiu. Do naszej grupy miało dołączyć jeszcze dwóch członków. Chris powiedział mi, że kierownictwo wyższego stopnia miało duży problem ze znalezieniem właściwych kandydatów i że na kolejne tygodnie zaplanowano jeszcze kilka rozmów kwalifikacyjnych. Ta więc, póki co, to Chris i ja mieliśmy zająć się rozpoczęciem operacji.

Zostałem przedstawiony starej tajnej ekipie, która przeprowadziła akcję „Poskramiacze Lwów” i pławiła się w sławie po tym, jak udało im się aresztować osiemnastu najważniejszych chuliganów Millwall za zakłócanie porządku publicznego i inne wykroczenia, i doprowadzić do przedstawienia zarzutów. Proces zakończył się wyrokami więzienia dla większości z oskarżonych, ale wyroki zostały uchylone w apelacji z powodu błędów postępowania dowodowego. Sprawiali wrażenie sympatycznych facetów, a Phil, ich sierżant, naprawdę znał się na swoim fachu.

Zdecydowaliśmy z Chrisem, że w nadchodzący weekend pójdziemy na nasz pierwszy mecz, na wyjeździe z Leeds. Wziąłem na siebie zebranie jak najwięcej informacji o Millwall i ich ważniejszych osiągnięciach za ostatnie dwadzieścia lat; nie było ich zbyt wiele i zdarzały się rzadko. Nie można było tego jednak powiedzieć o budzących postrach chuliganach kibicujących klubowi. Niedawny wówczas przykład miał miejsce w roku 1985 w Luton, na wyjeździe. Kiedy obejrzałem w telewizji materiał z meczu i zobaczyłem skalę przemocy, zdałem sobie sprawę z tego, w co się wpakowałem. Oglądanie chuliganów atakujących policjantów, ze świadomością, że za chwilę wkroczę w ten świat wraz z jednym funkcjonariuszem, którego dopiero co poznałem, było kurewsko przerażające.

Mieliśmy sporo zdjęć znanych policji chuliganów i trochę taśm z nagraniami z obserwacji, ale większość informacji zdobyliśmy w trakcie rozmów ze starymi tajnymi oddziałami. Mało znali się na historii klubu, a jeszcze mniej wiedzieli o istotnych chuliganach, których nie zdołali aresztować. Miałem szczęście, bo udało mi się usiąść i pogadać z Guy’em, jednym z mundurowych obserwatorów. Dokładnie i szczegółowo opowiedział mi historię Millwall, jako że kibicował im od dziecka. Przez ostatnie dziesięć lat pracował przy klubie jako policjant i znał każdego kibica oraz każdego chuligana. Był wysyłany na wszystkie mecze na stadionie klubowym i na wszystkie wyjazdy. Informacje, które od niego otrzymałem, były nieocenione, tak samo jak jego wsparcie w trakcie naszej operacji. Było dla mnie jasne, że Chris nie interesuje się futbolem. Powiedział, że pozostawia to mnie. W piątek, 3 kwietnia 1987 roku, uznaliśmy, że czas pokazać nasze twarze.

O siódmej wieczorem wyszliśmy z Posterunku Brockley i pojechaliśmy na Old Kent Road, aby zapoznać się z tym, co miało stać się naszym domem przez kolejne dwa lata.

Weszliśmy na szybkiego drinka do pubu Woodcutter, wiedząc od starej ekipy, że był to „pub mocno związany z Millwall”. Okazaliśmy się jedynymi klientami, więc od razu zdaliśmy sobie sprawę, że nie dowiemy się niczego użytecznego, no może poza informacjami na temat menu na następny tydzień. Opróżniliśmy szklaneczki i wyszliśmy. Wcześniej Guy wspominał o cieszącym się znacznie gorszą sławą pubie Old Castle, zaproponowałem więc, abyśmy do niego poszli. Chris był z początku trochę niechętny, ale przekonałem go, że naszym zadaniem jest infiltracja chuliganów, a żeby tego dokonać, musieliśmy bywać w ich pubach; przecież sami by do nas nie przyszli.

Kiedy doszliśmy do pubu, zauważyłem dużą grupę ludzi stojących na zewnątrz. Natychmiast rozpoznałem jednego z nich. Był to „Tłusty Tony”, który swą trafną ksywkę zawdzięczał temu, że nazywał się Tony i był tłusty. Był znanym chuliganem Millwall, widziałem go na wielu nagraniach operacyjnych. Został przesłuchany po zamieszkach w Luton, ale nie aresztowano go z braku dowodów.

Do Old Castle weszliśmy tuż po dwudziestej. Pub pękał w szwach, na pierwszy rzut oka gośćmi byli głównie ludzie z Millwall. Wśród nich była większość podejrzanych, których znałem z nagrań. Podszedłem do baru i zamówiłem duże piwo dla siebie i małe dla Chrisa. Zacząłem rozglądać się i rejestrować znane twarze. Pub był skażony ludźmi z Millwall. Szybko wypiłem swoje piwo, bardziej z nerwów niż z pragnienia, i poprosiłem Chrisa, żeby zamówił mi następne. Sam udałem się do toalety okrężną drogą, tak aby móc zapamiętać, kto był w środku. Kiedy wyszedłem, zauważyłem, że faceci, których widziałem na zewnątrz zanim weszliśmy, stoją wokół Chrisa. Tłusty Tony przypatrywał się, a Chris wyraźnie był przesłuchiwany.

Ruszyłem w stronę baru i wszedłem między nich.

– Ej, macie, kurwa, jakiś problem?

Jeden z nich zrobił krok do przodu.

– Nie do ciebie, kurwa, mamy sprawę, tylko do niego – wskazał palcem na Chrisa. – Więc… odpowiedz na pytanie. Na co się, kurwa, gapiłeś?

Nie mogłem uwierzyć w to, co usłyszałem. Nikt nie gapi się na nikogo podczas pierwszej wizyty w pubie, niezależnie od tego, kim ten ktoś może być, chuliganem czy nie. Tak po prostu nakazuje zdrowy rozsądek.

Wtrąciłem się:

– Przepraszam, przyjacielu. On nie chciał się gapić, jest tylko trochę przyślepy. Popatrz, kurwa, na jego bryle. Nie musiałbyś się, kurwa, gapić, jakbyś takie nosił?

Popatrzyli na Chrisa i zaczęli się śmiać.

– Kolego, masz, kurwa, rację. Zajebiście grube. Sorry, kolego.

Wyglądało na to, że się wywinęliśmy, aż do momentu, gdy Chris otworzył usta.

– Taa, i uważajcie się, kurwa, za szczęśliwców, bo jesteśmy Millwall i nikt z nami nie zadziera.

Nie mogłem uwierzyć w to, co usłyszałem. Pierwszy wieczór w znanym pubie klubu, wszyscy gapią się na nas, a ten oznajmia, żeby lepiej uważali, bo on jest z pieprzonego Millwall! Natychmiast zrobiło się niemiło, wszyscy zaczęli przekrzykiwać się pytaniami do Chrisa.

– Ach, zatem jesteś Millwall? Kto stoi na bramce?

– Brian Horne – wtrąciłem się.

Znowu kazali mi się zamknąć. Kontynuowali zadawanie pytań, a ja wcinałem się i odpowiadałem na wszystkie, aż Chris przypieczętował nasz los. Ktoś z tłumu zapytał, kogo sprzedaliśmy Wimbledonowi. Znowu wyskoczyłem z odpowiedzią i powiedziałem, że Johna Fashanu. Facet odwrócił się do mnie i powiedział, żebym się zamknął albo on mnie zamknie. Widząc strach w oczach Chrisa, objął go ramieniem.

– Fashanu, tak – dodał Chris i pokiwał głową. – Tak jest! I bardzo dobrze, że go nie ma, był kurewsko leniwy.

Nie mam pojęcia, czemu z tym wypalił. Może ze strachu? W każdym razie stał tam i czekał na śmierć.

Koleś jednak przysunął się bliżej do Chrisa i powiedział do wszystkich:

– Ja tam się z nim zgadzam, Fashanu był wolny. Potrzebujemy młodego czarnego napastnika, takiego jak Ian Wright. Nie to co Fashanu, biała cipa.

Chris przyglądał się chwilę, po czym wpakował się wprost w pułapkę:

– Masz rację, potrzebujemy młodego czarnego napastnika.

Szczerze mówiąc, w tym momencie sam chciałem mu przyłożyć. Nikt, kto nie wiedział, że Fashanu jest pierwszorzędnym czarnym zawodnikiem, nie powinien znaleźć się w tym pubie. Błyskawiczny deszcz ciosów spadł na nas obu. Bramkarze i Tłusty Tony wparowali i zakończyli bójkę, w rezultacie której wyrzucono nas z pubu i zakazano ponownego wstępu. Popatrzyłem na Chrisa z niedowierzaniem. Pamiętam, jak bezmyślnie gapiłem się na krew cieknącą z jego nosa, kiedy jechaliśmy z powrotem na posterunek.

– Jak ty masz, kurwa, zamiar wykonywać tę pracę? Pijesz małe piwo, gapisz się na ludzi, a potem kompromitujesz się, ogłaszając, że jeden z ich najlepszych graczy ostatnich lat, John Fashanu, jest, kurwa, biały.

Kiedy jechaliśmy na posterunek, po prostu patrzył przed siebie. Nie było żadnych przeprosin, żadnej reakcji, nic. Wydawało mi się, że operacja zakończyła się, zanim ją zaczęliśmy. Kiedy zacząłem odchodzić, nagle poczułem, że ktoś wykręca mi rękę, po czym zostałem powalony na ziemię przez dwóch facetów.

– Odwalcie się od mnie – krzyknąłem, po czym dowiedziałem się, że jestem aresztowany za atak na funkcjonariusza policji. Okazało się, że prowadzili obserwację pubu i byli świadkami całego zdarzenia. Jeden z nich rozpoznał Chrisa i uznał, że ten mnie aresztował. Chris poinformował ich, że jestem jego partnerem, a nie aresztantem, i że uchroniłem go przed poważnym pobiciem. Przeprosili i nie szczędzili mi pochwał w związku z faktem, że nie wyglądałem i nie zachowywałem się jak policjant.

Chris wszedł na posterunek, gdzie rejonowy chirurg zajął się nami obydwoma. Opatrzył nasze rozcięcia i stłuczenia oraz złamany nos Chrisa. Poszliśmy do miejscowego pubu i porozmawialiśmy z Chrisem szczerze. Przeprosił za swój brak wiedzy. Miał zebrać informacje o drużynie i nauczyć się ich oraz trzymać się z tyłu, ilekroć mieliśmy mieć do czynienia z podejrzanymi. Ja wyglądałem stosownie do sytuacji, czego dowodem było moje aresztowanie. Obydwaj postanowiliśmy, że zapomnimy o tym wieczorze i następnego dnia zaczniemy od nowa, na meczu wyjazdowym w Leeds. Tego dnia opuściłem posterunek z nową dawką entuzjazmu, ale również ze świadomością, że nie będzie łatwo.

Rozdział 4LEEDS NA WYJEŹDZIE

Następnego ranka spotkałem się z Chrisem w biurze o szóstej rano, zgodnie z planem. Była sobota, 4 kwietnia 1987 roku. Wyruszyliśmy na nasz pierwszy wyjazdowy mecz Millwall. Przeciwnikiem było niegdyś wielkie Leeds, które w połowie lat 80. XX wieku najlepsze lata miało już za sobą. Przy klubie nadal działała jednak organizacja chuliganów „Ekipa Serwisowa Leeds”.

Szybko dowiedziałem się, że przy wszystkich klubach, którym kibicowali zagorzali chuligani, istniały ich organizacje, zwane firmami.

Chelsea – „Łowcy Głów”.

West Ham – „Firma Intercity”; ich trafna nazwa wzięła się od pociągu Intercity 125, którym jeździli na mecze wyjazdowe zamiast znacznie mniej przyjemnego transportu zorganizowanego przez policję.

Arsenal – „Gooners”.

Portsmouth – „Oddział 657”. W tym przypadku nazwa również jest nawiązaniem do środka transportu; najwcześniejszy pociąg, którym firma jechała na mecze wyjazdowe ruszał o 6.57 rano.

Birmingham – „Zulusi”.

Moim zdaniem nagroda za najlepszą nazwę należy się jednak Hull City – „Oddział Srebrzystego Dorsza”. Prawdziwa jakość.

W każdym razie byliśmy w drodze na King’s Cross, gdzie czekał pociąg, podstawiony specjalnie dla kibiców, który miał zabrać nas w trzygodzinną podróż do Leeds. Na stacji pojawiliśmy się ponad godzinę przed planowanym odjazdem i zobaczyliśmy wielu kibiców Millwall snujących się wokół. Była dopiero ósma rano, a większość z nich, o ile nie wszyscy, zażywała właśnie wysokoprocentowe śniadanie. Poszliśmy z Chrisem do restauracji dworcowej i zamówiliśmy angielskie śniadanie. Pamiętam, że siedzieliśmy tak i obserwowaliśmy, jak coraz więcej ludzi Millwall przybywa na stację. Wszyscy śpiewali na cały głos. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem hymn Millwall, „Nikt nas nie lubi”.

Nawet o ósmej rano hymn śpiewany był z entuzjazmem i pasją.

Spojrzałem na Chrisa. Oczywisty był fakt, że operacja do tej pory niezbyt mu się podobała, zresztą nawet nie próbował tego ukrywać. Przynajmniej miał dobre serce. Po prostu nie byłem pewny, czy nadawał się do takiej pracy. W ciągu dwóch lat nauczyliśmy się, że tajne operacje to coś, do czego albo ma się zmysł, albo nie. Nie jest to umiejętność, której można się nauczyć. Tak, można przerabiać różne scenariusze i dyskutować, co zrobiłoby się w przypadku ich zaistnienia, ale w końcu wszystko sprowadza się do faktu, czy dany funkcjonariusz potrafi szybko podejmować decyzje, w pełni wykorzystywać sytuacje i – to z pewnością najtrudniejsza z umiejętności – wiedzieć, kiedy zrobić krok w tył. Na pewno nie jest to praca dla tchórzy i wymaga naprawdę wyjątkowych cech. Niektórzy mówią, że odwagi, inni, że głupoty. Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że obydwu tych rzeczy po trochu. Jest tylko jedna zasada, o której nigdy nie wolno zapomnieć.

Praca. Jedyny powód, dla którego się tam jest. Niezależnie od sytuacji i zadania, chodzi o to, aby zdobyć dowody i aresztować złych ludzi. Proste.

Kiedy skończyliśmy śniadanie, zauważyliśmy grupę ludzi Millwall wchodzących po schodach. Był wśród nich Tłusty Tony wraz z ekipą z bójki w pubie poprzedniego dnia. Śpiewali „Nikt nas nie lubi” na cały głos.

Chris odwrócił się do mnie.

– Co my, kurwa, mamy zrobić?

Mieliśmy dwie możliwości: idziemy dalej albo wracamy do domu.

Odwróciłem się i kiwnąłem głową w stronę Chrisa.

– Chodź.

I zacząłem iść w ich stronę.

Tłusty Tony dostrzegł mnie pierwszy i zaczął szturchać pozostałych. Podszedłem do niego i wystawiłem dłoń.

– Przepraszam za wczoraj, koledzy. Bez urazy.

Wszyscy gapili się na mnie. Odwróciłem się i zobaczyłem, że Chris nie poszedł za mną.

Tłusty Tony zmierzył mnie wzrokiem.

– Przypomnij, jak się nazywasz.

Patrzyłem prosto na niego.

– Jim, Jim z Wandsworth.

Pokazałem palcem na Chrisa.

– A to jest Chris.

Tony uścisnął moją dłoń.

– Więc jesteście Millwall. Czemu was tu wcześniej nie widziałem?

Spojrzałem na niego.

– Bo wyjeżdżałem. Kiedyś przychodziłem z dziadkiem, ale nie było mnie trochę.

Wszyscy gapili się na mnie, po czym spojrzeli na Chrisa. Tłusty Tony kiwnął głową w jego stronę.

– A on?

Spojrzałem na Chrisa.

– Ach, nie przejmuj się nim. Chodzi z moją siostrą. Pracujemy razem, malarze tapeciarze. Chris jest w porządku, ma tylko trochę problem z kolorami.

Wszyscy się zaśmiali i poczułem, że zostaliśmy zaakceptowani. Byli niesłychanie życzliwi. Obie strony przeprosiły się nawzajem i ruszyliśmy do podstawionego pociągu. Nigdy nie jechałem czymś takim i nie wiedziałem, czego się spodziewać. Ten miał sześć wagonów. Były to bez wątpienia najkoszmarniejsze wagony, jakimi kiedykolwiek jechałem. Były brudne, śmierdziały, a okna się nie otwierały, bo klamki albo były urwane, albo zamknięte na stałe. Tylko jedna toaleta nadawała się do użytku, spłuczka działała, jak chciała, a w umywalce nie było wody. Przepchnęliśmy się na początek pociągu i usiedliśmy z nowymi znajomymi. Opowiedziałem im szczegóły naszej przykrywki, którą opracowaliśmy z Chrisem kilka dni wcześniej. Miała kilka dziur, ale na tamtą chwilę była wystarczająca.

Nazywałem się Jim. Byłem malarzem i tapeciarzem z Wandsworth, gdzie mieszkałem z żoną i teściami. Miałem dwuletniego synka. Nie pytajcie, czemu wymyśliłem sobie dziecko, do dziś nie mam pojęcia. Chris chodził z siostrą mojej żony, ale niedawno się rozstali. Pracowaliśmy razem, malując domy w południowym Londynie.

Chris nie był tym zachwycony, ale trzymał się dzielnie przez około godzinę podróży, po czym postanowił „zasnąć”. Ja przez całą drogę gadałem i grałem w karty (kiepsko), starając się zdobyć jak najwięcej informacji o naszych nowych celach. No i piłem. Nie byłem przyzwyczajony do picia o tej porze dnia i po trzech puszkach piwa wykombinowałem jakąś wymówkę. Większość kibiców w pociągu piła przez całą drogę, lecz nikt nie wyglądał na pijanego.

Cztery godziny po wyruszeniu z King’s Cross strażnik ogłosił, że niedługo dojedziemy do stacji Leeds Mainline. Wszyscy zaczęli zbierać swoje rzeczy. Nastroje zaczęły się zmieniać, kiedy zbliżaliśmy się do stacji. Wszyscy rozmawiali po cichu, a gdy wjeżdżaliśmy na peron, cały pociąg wybuchnął hymnem Millwall.

Nikt nas nie lubi

Nikt nas nie lubi

Nikt nas nie lubi

Mamy to gdzieś.

Jesteśmy Millwall

Super Millwall

Jesteśmy Millwall

Ze stadionu Den

Hymn rozbrzmiewał, kiedy wyprowadzono nas z pociągu na peron. Dzięki akustyce stacji nasza pieśń brzmiała dwukrotnie głośniej. Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłem. Tak, byłem na wielu meczach, ale to było coś innego. Czułem się dziwnie dumny i trochę przytłoczony.

Uczucie euforii nie trwało długo. Policja z Zachodniego Yorkshire powitała nas w pełnym składzie. Stali w szeregu wzdłuż stacji. Od początku byli mocno agresywni i zaczęli popychać kibiców Millwall wzdłuż peronu. Zrozumiałem, że to była forma zakomunikowania nam, że nie będą się z nami patyczkować. Przyniosło to jednak odwrotny skutek. Było nas pięciuset, a ich około pięćdziesięciu. Jak tylko zaczęli nas popychać, nastroje się zmieniły. Z tyłu tłumu ktoś zaczął skandować, po chwili wszyscy śpiewali:

Czy rozpruwacz2

Czy rozpruwacz

Czy rozpruwacz przeleciał twoją matkę?

Czy rozpruwacz przeleciał twoją matkę?

Wszyscy fani Millwall podczas śpiewania pokazywali palcami na policjantów. Naturalnie, miało to sprowokować ich reakcję. Zadziałało. Jak tylko zaczęli śpiewać, policjanci przystąpili do ataku pałkami. Jeden z policjantów był szczególnie rozsierdzony i upatrzył sobie jednego kibica. Bardzo szybko został odizolowany od reszty i pochłonięty przez tłum. Powalony pięściami i kopniakami, stracił przytomność. W końcu ktoś z Millwall uspokoił sytuację, a policjanci rzucili się bronić kolegi. Nie boję się przyznać, że mało nie zrobiłem pod siebie ze strachu. Nigdy nie widziałem tak brutalnego i szybkiego ataku. Byłem przyzwyczajony raczej do odrobiny pozerstwa, wymiany zdań, co najwyżej machania łapami i kilku kopniaków. Nie tutaj. To było przemyślane i błyskawiczne. Stałem obok Chrisa i widziałem, że był tak przestraszony jak ja. Objąłem go ramieniem, przyciągnąłem do siebie i wyszeptałem mu do ucha:

– Ja pierdolę. Witaj w Millwall.

Popatrzył na mnie, po czym spojrzał w niebo.

– Jestem na to za stary.

Obaj popatrzyliśmy na siebie i zaczęliśmy się śmiać, i był to raczej wyraz strachu niż poczucia humoru.

Wyprowadzono nas ze stacji wśród śpiewu kibiców. „Czy rozpruwacz przeleciał twoją matkę” zostało zastąpione „Nikt nas nie lubi”, śpiewanym z równą intensywnością. Zagoniono nas do autokarów i w eskorcie policji ruszyliśmy w stronę stadionu. Eskorta wiele nie dała. Autokary były obrzucane czym się dało z każdego możliwego punktu obserwacyjnego – z mostów, bocznych uliczek, przejeżdżających samochodów. Wkrótce wszystkie autokary miały powybijane okna i wgniecenia w karoserii.

Następnie odeskortowano nas z autokaru na stadion. Od strony Elland Road weszliśmy na sektor gości, który był już zapełniony kibicami Millwall. Przez cały mecz staliśmy z Chrisem i przyglądaliśmy się wszystkiemu uważnie. Kibice Millwall śpiewali przez cały czas. Najbardziej zapadł mi w pamięci moment, gdy dosyć spory kibic Leeds, ubrany w różowy sweter, wstał z miejsca i zaczął iść w górę trybun. Dostrzegł go jeden z kibiców Millwall i zaczął śpiewać „Kim jest ta różowa, tłusta cipa?”. Po kilku sekundach całe Millwall śpiewało na całe gardło, pokazując biedaka palcami. Facet zbiegł na murawę i zaczął krzyczeć i gestykulować. W tym momencie inny kibic Millwall zaintonował nową przyśpiewkę, a reszta szybko dołączyła.

Kto zjadł wszystkie paszteciki?

Kto zjadł wszystkie paszteciki?

To ty, tłusty sukinsynu.

To ty tłusty sukinsynu.

Zjadłeś wszystkie paszteciki.

Po czym ekipa z Millwall, stojąca najbliżej początku sektora gości, obrzuciła kibica Leeds pasztecikami. Wszyscy śmialiśmy się do rozpuku.

Zabawa i żarty trwały przez cały mecz. W przerwie ktoś zaczął rozdawać setki skserowanych banknotów dwudziestofuntowych. Nie wiedziałem, o co chodzi, aż na początku drugiej połowy kibice Millwall zaczęli rzucać je w górę, śpiewając „Mamy kupę kasy”, po czym wznieśli w górę ręce z banknotami i zaśpiewali szyderczo:

Czyście kiedyś

Czyście kiedyś

Coś takiego widzieli?

Kibice Leeds nie pozostawali dłużni i skandowali własne przyśpiewki. Mecz zakończył się wygraną gospodarzy 2:0.

Po zakończeniu gry musieliśmy pozostać na stadionie, aż wszyscy kibice Leeds się rozeszli. Pod eskortą policji wróciliśmy do autokarów. Przejazd na stację odbył się bez przygód, policyjna eskorta towarzyszyła nam również w drodze z autokarów na stację. Na peronie wszyscy kibice Millwall, ze mną włącznie, jeszcze raz zaśpiewali „Nikt nas nie lubi” na pożegnanie. W tym momencie zobaczyłem ludzi wychodzących ze zwykłego pociągu stojącego naprzeciwko naszego pociągu specjalnego, który miał zabrać nas z powrotem do Londynu. Rozległy się głośne krzyki, a grupa około stu kibiców Leeds zaczęła biec przez tory w naszym kierunku. Inna grupa zeskoczyła z dachu nad peronami. Policja próbowała nie dopuścić kibiców obu drużyn do siebie, ale nie udało im się. Rozpoczęła się wielka bójka. Instynktownie pobiegłem na przód grupy, gdzie najtwardsi chuligani Millwall twardo stali na swojej pozycji. Przemoc była gwałtowna i przerażająca.

Zanim policja zaprowadziła jako taki porządek, bitwa trwała około dwóch minut. Uwierzcie mi, to naprawdę dużo czasu. Ani ja, ani Chris nie wdaliśmy się w walkę, chociaż w moim przypadku nie mogę powiedzieć, że nie próbowałem. To było bardzo dziwne, ale w jakiś sposób czułem obowiązek, żeby pospieszyć z pomocą. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że zasadzka kibiców Leeds była niesłychanie dobrze zorganizowana. Musieli czekać na nas przez długi czas, a wykonanie ich planu było świetnie przeprowadzone. Kilka osób zostało aresztowanych, głównie po stronie Leeds, było kilka skaleczeń i siniaków, ale nikt nie został poważnie ranny. W końcu zaprowadzono nas do pociągu i wysłano z powrotem do Londynu. Obaj z Chrisem przespaliśmy drogę powrotną. Byłem wykończony. Dojechaliśmy tuż przed północą i udaliśmy się do biura aby napisać raporty.

Nasz pierwszy mecz wyjazdowy w roli tajnych policjantów był pełen wrażeń. Obydwaj zgodziliśmy się, że byliśmy nieco zagubieni. Raporty pisaliśmy razem i uzgodniliśmy, że wspomnimy o „nadgorliwym” podejściu funkcjonariuszy policji z Zachodniego Yorkshire, kiedy przyjechaliśmy na stację, mimo że było ono prawdopodobnie usprawiedliwione przyśpiewkami kibiców.

Minął tydzień naszej pracy. Nie mieliśmy żadnych celów, poza tymi, z którymi wdaliśmy się w bójkę. Nie mieliśmy żadnych użytecznych dowodów, za to mieliśmy nieco wątpliwą opinię o pracy innych funkcjonariuszy policji.

Pojechałem do domu i poszedłem do łóżka. Przespałem całą niedzielę, nie wychodziłem do poniedziałku. Była to zapowiedź nadchodzących wydarzeń.

Rozdział 5CHARLIE

We wtorek, 7 kwietnia, w naszym biurze przedstawiono nam trzeciego członka zespołu, Charliego. Był mundurowym policjantem z zachodniego Londynu, tuż po trzydziestce. Jego żona była w szóstym miesiącu ciąży, niedługo miał mu się urodzić pierwszy syn. Był wyjątkowo dobrym kierowcą, z policyjnym prawem jazdy pierwszej kategorii, funkcjonariuszem w pełni wykwalifikowanym do prowadzenia inwigilacji oraz strzelcem wyborowym. Po przedstawieniu wyraził nadzieję, że ostatniej ze swych umiejętności nie będzie musiał wykorzystywać podczas naszej operacji. Nie wiedzieliśmy jeszcze, kto będzie jego partnerem, ale i tak był to dla nas powiew świeżości. Charlie odrobił pracę domową i wiedział wszystko o Millwall. Tak jak ja i jego przyszły partner, do dziś jest kibicem drużyny. Był sympatyczny, dało się z nim dogadać i nie mógł się doczekać, aby zacząć pracę.

Przez następne kilka dni poznaliśmy się lepiej. Im więcej rozmawiałem z Charliem, tym bardziej go lubiłem. Chris zaczął przywiązywać większą wagę do historii klubu, więc robiliśmy sobie nawzajem quizy z historycznych składów, wybieraliśmy ulubionych graczy i trenerów. Moje osobiste typy to Terry Hurlock – najlepszy gracz oraz Billy Gray – trener.

Wyszliśmy z Chrisem ponownie w piątkowy wieczór i na szczęście nie był on tak pełen wydarzeń jak w poprzednim tygodniu. Następnego dnia mieliśmy jechać na mecz z Grimsby i właśnie wtedy nastąpił nasz pierwszy przełom. Weszliśmy do pubu Old Castle na Old Kent Road i bardzo próbowaliśmy wtopić się w tłum. Lokal był pełen ludzi z Millwall i nikt nie zwrócił na nas uwagi. Zaczęliśmy rozmawiać z facetem przy barze. Powiedział nam, że zna „elitę” Millwall i cieszy się, że będziemy stali obok niego na meczu. To była dla nas dobra wiadomość. Poszliśmy na mecz z Grimsby i stanęliśmy obok naszego nowego znajomego. Przywitał się z kilkoma osobami, które rozpoznaliśmy z meczu wyjazdowego w Leeds. Millwall wygrali 1:0, więc wyszliśmy z meczu w świetnych nastrojach. Facet z pubu poinformował nas, że w okolicach London Bridge planowana jest ustawka.

– Dacie radę?

To wydawało się zbyt piękne, by było prawdziwe. Wsiedliśmy do pociągu jadącego z New Cross do London Bridge, który pełny był kibiców Millwall oraz rodzin podróżujących do Londynu. Nagle nasz znajomy podszedł do człowieka, który siedział spokojnie z żoną i dwiema córkami. Bez żadnego ostrzeżenia uderzył go w twarz i powalił na ziemię, po czym rzucił się na niego. Żona i córki patrzyły na to, co się działo, nie mogąc nic zrobić. Na pożegnanie kilka razy skoczył na jego głowie. Żona i dzieci zaczęły krzyczeć, a my patrzyliśmy, i nie mogliśmy nic poradzić. Wtedy nasz znajomy odwrócił się i podszedł do nas. Z końca wagonu doszło nas wycie, cały wagon zaczął skandować „Millwall, Millwall”, po czym odśpiewali zwrotkę „Nikt nas nie lubi”.

Najmniejsza nawet cząstka mojej osoby chciała dopaść tego faceta i aresztować go. Pieprzyć konsekwencje. To, czego właśnie byliśmy świadkami, przyprawiało o mdłości. Pamiętam, że chwile, gdy gapiłem się na niego, w mojej głowie wydawały się wiekami, i zastanawiałem się, co mam zrobić. Widziałem, jak zaatakowany człowiek wstaje z pomocą żony i córek. Spojrzałem na Chrisa, spojrzałem na resztę ludzi w wagonie. Co ja mam, kurwa, robić?

Wstałem z miejsca, uniosłem ręce w geście triumfu i pośród innych kibiców Millwall zacząłem śpiewać hymn „Nikt nas nie lubi”.

Nasz znajomy dołączył się, a Chris stał z otwartymi ustami i patrzył, co się dzieje. Dla wszystkich w tym pociągu byłem futbolowym chuliganem. Człowiek został ranny, był to odrażający przejaw przemocy, ale z dowodami, które mieliśmy, sprawca mógł zostać aresztowany później, dzięki czemu nie musieliśmy narażać się na dekonspirację. Mimo to, nigdy nie zapomnę oczu córek tego faceta, kiedy wysiadaliśmy z pociągu.

Po dotarciu do London Bridge poszliśmy na drinka z naszym „nowym znajomym”, ale wkrótce się okazało, że do umówionej ustawki nie dojdzie. Ucieszyłem się, że nie będę musiał spędzać więcej czasu w jego towarzystwie.

Dopiero po powrocie porozmawialiśmy z Chrisem o tym, co się stało. Na myśl o tym, czego byliśmy świadkami, robiło nam się niedobrze. Zabraliśmy się za pisanie raportów. Swój napisałem od razu w formie notatki operacyjnej, aby móc przekazać ją funkcjonariuszowi śledczemu. Nie mogliśmy aresztować ani skazać naszego celu, ponieważ napaść nie została zgłoszona, a przez to nie mieliśmy danych ofiary. Była to jednak zapowiedź nadchodzących wydarzeń.

Rozdział 6KLĘSKA HULL, TRIUMF IPSWICH

Wróciłem do biura, nie mogąc myśleć o niczym innym poza niesprowokowaną w żaden sposób napaścią w pociągu. Był wtorek, 14 kwietnia. Tego dnia popełniliśmy prawdopodobnie największy błąd podczas całej naszej operacji. Postanowiliśmy pojechać na mecz wyjazdowy w Hull. Znaleźliśmy połączenie i pojechaliśmy zwykłym pociągiem. Ze względu na niewielką liczbę przewidywanych kibiców, nie podstawiono pociągu specjalnego.

W pociągu zaczęliśmy rozmawiać z kilkoma zagorzałymi kibicami Millwall, którzy bardzo chcieli dowiedzieć się, kim jesteśmy. Czuliśmy się mocno odsłonięci, a ich pytania były coraz bardziej dociekliwe.

Kiedy dojechaliśmy do Hull wymyśliliśmy jakąś wymówkę i poszliśmy do miasta. Ja chciałem od razu wsiąść w pociąg powrotny, ale Chris uznał, że skoro tyle przejechaliśmy, powinniśmy się pokazać. Był pewny, że wielu kibiców przyjechało samochodami. Okazało się, że nie miał racji. Weszliśmy do sektora dla gości, na którym stało dziewiętnastu kibiców Millwall. Nikt nas nie znał. Znowu posypały się pytania. Mimo że żaden z nich nie przyjechał do Hull z zamiarem wszczynania bójek, wszyscy strzegli swego klubu i bardzo chcieli dowiedzieć się, kim jesteśmy.

Mecz dobiegł końca i ruszyliśmy w kierunku pociągu, aby wrócić do Londynu. Ruszyliśmy o 22.50, na King’s Cross mieliśmy dojechać o 6.50. Od razu zaczęły się kolejne pytania:

– Czemu nie widzieliśmy was wcześniej? Kiedy zaczęliście przychodzić? Mówisz, że przychodziłeś na mecze z dziadkiem, gdzie staliście?