Wydawca: Armoryka Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 284 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ja Gabi, ja Sowa - Andrzej Kozicki

Pełna smutku, nostalgii, niepokoju, wgryzająca się w duszę, „klimatyczna” opowieść o  czasie, który przeminął, o młodości, która upływała w czasach „peerelowskiej rzeczywistości”, o studenckim życiu, miłości, o nadziejach i zawodach, o pragnieniach, o planach i marzeniach, o życiu spełnionym-niespełnionym, o życiu brutalnym i gorzkim... Każdy z czytających tę świetną, soczystą i głęboką prozę na pewno znajdzie w niej coś z samego siebie. Z czystym sumieniem polecamy tę książkę, która nie zawiodła naszych oczekiwań i bez wątpienia nie zawiedzie oczekiwań nawet bardzo wybrednych czytelników.

Opinie o ebooku Ja Gabi, ja Sowa - Andrzej Kozicki

Fragment ebooka Ja Gabi, ja Sowa - Andrzej Kozicki

Andrzej Kozicki

JA GABI JA SOWA

______

Armoryka

Sandomierz 2014

Tekst, redakcja i projekt okładki: Andrzej Kozicki 

Copyright © 2014 by Andrzej Kozicki

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail:wydawnictwo.armoryka@interia.pl

http://www.armoryka.pl/

JA GABI JA SOWA

***

Budziłam się w lesie kipiącym ptasim rozhoworem. Wysoko, że ledwie mogłam sięgnąć wzrokiem, koliście falowała czochrana wiatrem korona sosny. Pomiędzy gałęziami prześlizgiwały się świetliste smugi. Wilga nieustępliwie przekrzykiwała się z sójką.

Łup, łup, łup, łuuup! 

Tuż nad moją głową, raz za razem, raz za razem, dzięcioł z zapamiętaniem tłukł w pień. 

Krótka przerwa. I cisza, od której dzwoniło mi w uszach. 

I znowu łup, łup,  łup, łuuup! Wprost w moją czaszkę.

 - Rany…moja... łba?...łeba? 

 - Dzięcioł przefrancowaty...?... –  w tej samej sekundzie przebłysk zdziwienia: 

- Leżę w lesie, pod sosną? Przecież kładłam się do łóżka… Przynajmniej tak mi się zdaje…

Łup, łup, łup, łuuup! 

– Dzięcioł? … Jaki dzięcioł… Las?.... Skąd? 

Koniuszkiem języka przeszorowałam po spierzchniętych wargach. 

Żeby, choć jedna­ kropelka wilgoci. 

Ale nic, tylko coś gumowatego i gruzłowatego, maziło się po języku. Żołądek podskoczył mi pod gardło. 

Z trudem, nie więcej niż na milimetr, uchyliłam zaskorupiałą ropą, prawą powiekę. W ułamku sekundy, w źrenicę wżarła się oślepiająca jaskrawość, przeniknęła pod czaszkę, rozpadała się na świdrujące nieznośnym bólem, purpurowe żagwie….

- Nie ma, nie ma, wódy w tym lokalu…Chodźcie, chodźcie, bo wódki, wódki nam potrzeba.. – niezbornie usiłowałam pozlepiać strzępy wczorajszego…(?)… rozdania maturalnych świadectw. 

…„Karolcia” Migdałek, sztywny niczym koł w płocie, wywracając bawolimi oczami, śliniąc się i pocąc, bajdurzył o niezmiernej abiturientów wdzięczności pedagogicznemu gronu, a szczególnie dyrekcji… o pełnym poświęcenia trudzie wpajania wiedzy…

Nikt go nie słuchał. Jedynie dyrektor udawał skupienie.

- Migdałek, przystopuj, bo ci się pod czajnikiem zagotuje – rzucił ktoś z tylnych rzędów.

- Jeżeli zaraz nie przestanie mendzić, słowo daję, okręcę mu jęzor wokół dużego palca i wyrwę…wyrwę razem z migdałkami – syknął Mameluk,  

Chichot przeszedł po auli. Karolcia zmieszał się, ale dalej bohatersko kontynuował swoją orację, plotąc już kompletnie bez ładu i sensu. Dyrektor niespokojnie zakręcił się na krześle, parę razy zerknął na zegarek. 

- Świadectwa w łapach?... to, co my tu jeszcze robimy? – poszedł szept.

Ignorując krasomówcze wysiłki Karolci, daleką jeszcze od finału szkolną galę, pierwsi zaczęli się wymykać ci z tylnych szeregów. Wpierw pojedynczo, chyłkiem. Potem już po parę osób, niespecjalnie się kryjąc. Nie upłynął kwadrans i z absolwentów pozostali, jedynie ci, którzy mieli pecha stać w pierwszych rzędach. A i tych trzymały już jedynie marsowo zgorszone miny nauczycieli.   

Zeszliśmy się koło bramy, za boiskiem. 

Ostatnia zbiórka w tym miejscu. Każdy dzierżył w ręku świadectwo, noszące dumne miano Świadectwa Dojrzałości.  

Żegnaj szkoło, witaj dorosły świecie. Należałoby to porządnie uczcić.

- Chodźmy do Trattorii na piwo, albo zróbmy wielkie ognisko nad rzeką – zaproponował Basza

- Wysiliłeś się jak zwykle – ściął go Pawian - Przynajmniej, raz jedyny, na koniec, mógłbyś wysilić szare komórki. Takie święto, a ten Trattoria, ognisko.

- Rzeczywiście, musi być coś z mocnym przytupem, żeby jeszcze nasze wnuki o tym opowiadały. A ty jakieś ognisko, Trattoria  - Pawiana wsparł Januszek

- Pobiegnijmy nago dookoła szkoły – wyrwał się Zatopek

- Wyobrażacie sobie Gruszeńkę, jak turla się na tych swoich przykrótkich odnóżach, potrząsając brzuchalem? Przepraszam, ale ja nie wezmę udziału, w tak zawstydzającym widowisku. Już wolę schlać się do nieprzytomności – zarechotał Michał.

- Jesteś cham i świnia – naburmuszyła się Gruszeńka – Już zapomniałeś, jak dobierałeś się do mnie na wyciecze w Ojcowie?

- Narąbany byłem jak trzmiel To wypaczyło moje poczucie estetyki – Michał udał, że robi zniesmaczoną minę.   

- Odpuście sobie chodź dzisiaj – Arletka usiłowała zdusić kłótnię w zarodku. 

- Chodźmy z flaszką do dyrektora. Spijemy go, może wreszcie zobaczymy, co kryje pod ciemnymi okularami. Jak na pisemnym zmierzył mnie tymi radarami, dreszcz poszedł mi po krzyżu. Omal ściąga z ręki mi nie wypadła – wykrzyknął Gacuś.  

- Wpuśćmy mu do gabinetu gaz rozweselający. On taki smutny jak Faceci w Czerni – wypaliłam najniespodziewaniej dla samej siebie. Przez jedną krótką chwilę, dałam się ponieść euforycznej chęci, bycia z resztą klasy, popełnienia czegoś szalonego na pożegnanie szkoły.  

Oczy wszystkich zwróciły się na mnie.

- Jeżeli nawet Panna Melancholia, poczuła twórczą wenę, chwila musi wyjątkowa, tym samym wymagająca godziwej oprawy.. 

- Wygłupiłam się – zmieszana, skuliłam  się w sobie, wysunęłam z rozdyskutowanego kręgu. Odetchnęłam. Na powrót byłam Gabi Melancholią, klasową samotnicą.

– Podkusiło mnie… Zamiast iść prosto do domu… Nikt by, nawet tego nie zauważył. 

Mocniej ścisnęłam świadectwo…ukończenia…o profilu biologiczno-chemicznym… 

- Ja abiturientką klasy chemicznej?... To normalne, że tylko mnie się coś takiego mogło przytrafić. 

 Do „chemicznej” trafiłam za sprawą roztargnienia sekretarki, która na początku szkoły przypisała mnie do niewłaściwej klasy. 

- I tak musi zostać. Niczego nie będzie się kreślić w dziennikach, bo to wygląda nieestetycznie – zakomunikowała sekretarka. Widząc moją nieszczęśliwą minę, pojednawczo dodała: 

- Może i przypisano cię. do innego profilu, niż było w podaniu

Na moje nieśmiałe „można sprawdzić” odwarknęła: 

 - Regulamin i dobre wychowanie wymaga, aby uczeń słuchał, nie dyskutował. 

Z poirytowaniem, kartkując skoroszyt burknęła obruszonym głosem: 

- Ewentualnie coś po pierwszej klasie…A i to na pisemny wniosek rodziców.

 Bliska płaczu, nie poddawałam się:

- Rodzice są za granica… A przed drugą klasą okaże się, że inny profil przedmiotów, że nie zdołam nadrobić materiału…

Zwieszając głową, powiedziałam do siebie półgłosem:

- Taki już mój los kukułczego jaja, porzucanego, podrzucanego, nigdzie niechcianego. 

Sekretarka podniosła na mnie, zły wzrok;

Widzę, że pannica w pierwszej kolejności, musi nauczyć się dobrych manier. Rodzice za granicą, to się w głowie wywraca z dobrobytu…

- Jestem słaba z chemii, matematyki

- Do tego to bym się nie przyznawała

Z biologią, jakoś jeszcze sobie radziłam. Z obrzydzeniem, ale byłam wstanie wyuczyć się układu trawiennego płazińca, czy ludzkiej glisty. Niejako na osłodę, w podręczniku biologii, było trochę o ptakach. Ale chemia, to już był mój absolutny Armagedon. Te wszystkie mole… wiązania kowalencyjne, czegoś tam wartościowanie…rodniki…addycje…i tym podobne chemiczne hieroglify, najzwyczajniej nie wchodziły mi do głowy. 

Poczucie kompletnej bezradności, irracjonalna determinacja, podpowiadały mi, że jedynie tłukąc książką w czoło, jestem wstanie wyuczyć się chemii. 

Dręczyły mnie senne majaki, o kartkówce z równań gordyjskiej plątaniny wiązań atomów węgla, wodoru i tlenu. 

- Jeżeli chcesz, możesz wyjść na korytarz, bez żadnych konsekwencji – nie wiedziałam kpi, czy lituje się nade mną Fenol.

Podrywam się i… z powrotem siadam w ławce. Za drzwiami czyha na mnie napuchły tłumem i rozwrzeszczeniem korytarz.  

- To już wolę chemiczne tortury. 

Wtedy otwierają się drzwi i podmuch wyrywa mnie z ławki. Rozpaczliwie chwytam się futryny, lecz wir powietrza wysysa mnie, na niski i ciemny, niczym kamienna sztolnia korytarz. Klasztorny, łukowaty sufit zdaje się przygniatać mi głowę. Mój przeraźliwy krzyk, ustokrotnionym echem odbija się od ścian, sufitu. 

Budziłam się zlana potem, otumaniona przerażeniem. Musiała upłynąć dłuższa chwila, nim docierało do mnie, że to tylko okropny sen.  

Coraz częściej senne mary mieszały mi się z urojeniami i udrękami jawy. 

Wraz z dzwonkiem na przerwę, szkoła, korytarze, eksplodowały, a ja niczym ślepiec, sunęłam rozpłaszczona przy ścianie. Ktoś mnie potrącał, łapał za ramię, coś wywrzaskiwał do ucha. Twarze rozlewały się za burą przesłoną. Głosy napierały na mnie ze wszystkich stron, oblepiały, obsiadały mrowiem, kradły powietrze. W psychotycznej panice, delirycznie łykałam powietrze głębokimi, spazmatycznymi haustami. Im szybciej próbowałam oddychać, tym większą czułam duszność. Zimne mrowienie, odbierało mi czucie w palcach rąk i nóg. Głowa, w którą tłukło tysiące kryształowych młoteczków, ulatywała pod sufit. Dławiąc się resztkami powietrza, dobiegałam do filara odgradzającego korytarz od obskurnej sionki z pakamerą, w której sprzątaczki trzymały szczotki i ścierki. 

Przywierając do zimnej kolumny, powoli odzyskiwałam oddech. Zsuwała się ze mnie bura zasłona. Filar dawał ułudę, że odgradza mnie murem, od rozbuczanego korytarza. Chroniąc się za nim, półgłosem przepowiadałam sobie, pamiętane, co do jednego przecinka urywki Różewicza, Herberta. 

…kto mi związał ręce …

stawiam znaki na drodze …

ten oznacza ptaka bez nieba bez oka…

to nie moja wina, ze zamiast pięknych dobrych i radosnych rodzimy potwory…

krzykiem i milczeniem krzyżujemy się…

Tamta strona korytarza, nie wydawała się już taka porażająca. To był mój azyl, na dziesięć, piętnaście minut. Tyle trwała przerwa. Kiedy odzywał się dzwonek, odczekiwałam jeszcze chwilę, aby wracać do klasy opustoszałym korytarzem.  

…to nie moja wina,

że zamiast pięknych dobrych i radosnych…

Któregoś jesiennego popołudnia, wracając ze szkoły, na parkowej ławce zobaczyłam książkę. Była mocno podniszczona, okładkę i stronę tytułową, miała ponadszarpywaną. Ledwo zdołałam odcyfrować:  

…Dostojewski… Sobowtór… 

- Zostawił ją ktoś roztargniony? Porzucił, bo zbyt zniszczona?

Zaczęłam czytać jeszcze w drodze do domu. Idąc ze wzrokiem wlepionym w książkę, potykałam się o wystające płyty chodnikowe. Chyba zderzałam się z ławką, czy też znakiem drogowym. Kobieta, którą potrąciłam rozwrzeszczała się wyzywając, mnie od gówniar. 

- Niech sobie krzyczy, jeżeli lubi.  

 Ostatnie strony doczytywałam, siedząc na łóżku, w zabłoconych butach. 

Przedwieczorna szarówka, pogrążała pokój w półmroku. Lampa stała na wyciagnięcie ręki. Nie chciałam jednak tracić czasu na zapalanie światła. Czytałam coraz mocniej przymrużając oczy. Dopiero, kiedy nie mogłam już odróżnić liter, nie odrywając wzroku od strony, sięgnęłam rękę do lampy. 

Ostatnie zdania doczytywałam późną nocą. Może nawet było już blisko świtu. Spoglądanie na zegarek odrywałoby mnie od lektury. Zamknęłam książkę, położyłam ją przy głowie i zasnęłam.

Rano zapominając o śniadaniu, rzuciłam się na „Sobowtóra”, jakbym pierwszy raz miała w go ręku. Dotarłszy do ostatniego zdania, czym prędzej odwróciłam książkę na pierwszą stronę i zaczęłam lekturę od początku. 

Zahipnotyzowana, mechanicznie przewracając kartki, połykałam zdanie po zdaniu, stronę za stroną. „Sobowtór” całkowicie mną zawładnął. Nie byłam wstanie opędzić się od natrętnego wrażenia, czyjejś obecności w pokoju. Rozpełzała się, wypełniała sobą pokój. Nie zostawało miejsca, już na nic po za strachem. Wyłupiaste, lepkie macki śledziły mnie równocześnie z tyłu, boku i góry. 

- Nie popatrzeć…nie wolno… nie patrzeć.

Tkwiłam wciśnięta w fotel, aż do zupełnego odrętwienia, hipnotycznie wpatrując się w przeciwległą ścianę.  

Cień wychynął spod szafy. 

- Zerknąć… tylko kącikiem oka… Ani odrobinę więcej…. A jeżeli nie zobaczę nic, poza cieniem szafy?.... Jeszcze gorzej … Dalej będę musiała łamać się ze strachem, trwożnie ślepić za cieniem po innym zakamarkach pokoju? 

Wyczerpana, nie wiedząc, kiedy, zasnęłam z twarzą wciśniętą w oparcie fotela. 

Obudziłam się nad ranem. Tępy strach nie przepadł z nastaniem dnia. Ciągle mocno obłapiał mnie, pozbawiającymi woli mackami. 

- Przywlokłam z „Sobowtórem” złego, dżina, który zagnieździł się w pokoju?.... Mojej głowie?... To tylko wytwór, mojej pokręconej psychiki. Przywlec można, pchły od psa sąsiadów - nieszczere pokpiwałam ze swojej chorobliwej wyobraźni. 

Wrzuciłam książkę w najciemniejszy zakamarek pawlacza. 

Tego samego popołudnia, znowu byłam pochłonięta czytaniem „Sobowtóra”. 

Kiedy zbliżał się wieczór, nie mogąc zapanować, nad traumatycznym drżeniem, trwożnie rozglądałam się po pokoju, pogrążonym w coraz głębszym mroku.  

Stałam w przedpokoju, to wkładając „Sobowtóra” do kieszeni, to go z niej wyjmując. Już miałam wychodzić, kiedy dotarło do mnie, że odłożyłam książkę na szafkę. Desperacko wcisnęłam „Sobowtóra” do kieszeni i czym prędzej wybiegłam z domu. Jeszcze parę razy sprawdzałam, czy bezwiednie nie zostawiłam książki w domu. Postanowienie miałam mocne: cisnąć książkę do pierwszego napotkanego kosza - z ławki ktoś mógł ją zabrać – i jak najszybciej stamtąd uciec. 

Po dwóch godzinach błąkania się po Malynowie, wróciłam z „Sobowtórem” przełożonym do innej kieszeni. 

- Goladkinie, mój bliźniaku, tyle w nas nieufności, zamknięcia wobec innych, samych siebie.  

Na klasówce z polskiego, dostaliśmy do rozwinięcia temat „Ulubione dzieło malarskie, inspirujące mnie, oddające cechy mojego charakteru”. 

W jednym momencie, miałam w głowie gotowe wypracowanie – szczere, oddające moje radości i smutki, nadzieje i lęki. Tylko pochylić się nad kartką i pisać. 

Nie zdążyłam dopisać drugiego zdania, a już wszystko, czym prędzej, zamaszyście je kreśliłam.  

– Gabi nie szalej, wyhamuj!... Mnie skrytej nawet wobec samej siebie, nagle zachciewa się wywlekania duszy przed całą klasą? – mrowie przeszło mi po plecach 

Napisałam parę słów i znowu szybko je skreśliłam. Dłuższą chwilę gapiłam się na kartkę. Aż pchnięta silnym, nie do odparcia, wewnętrznym nakazem, zaczęłam pisać, szybko, bez zastanawiania się. Byle tylko zdążyć nim znowu dopadnie mnie opamiętanie, przemożna chęć zatrzaśnięcia się w skorupie. 

  - W dni, kiedy jest mi ciężko i samotnie, że gorzej już być nie może, biegnę na most. Stojąc na nim, wyobrażam sobie, że to ja jestem kobietą z „Krzyku” Muncha. Już, mam wykrzyczeć z siebie wszystko, co mnie udręcza, ale spostrzegam, że nade mną, w wodzie, wszędzie, faluje „Lęk” Goyi. Potwór chce mnie pożreć. Zbyt się boję, aby uciekać. Owijam, więc wokół siebie szare, fioletowe, brązowe wstęgi.  Magiczne kręgi omotują mnie w kokon, w którym nie ma miejsca na poczucie samotności, winy…. Jednak poza kręgami zostaje mój bliźniak, Goladkin z „Sobowtóra” Dostojewskiego. Lęk pożera go. Nie ma Goladkina, nie ma mnie….

 Przez następny tydzień, żyłam w trudnym do zniesienia rozchwianiu, euforii, że jednak się odważyłam, dręczącego przekonania, że ta chwila szczerości nie może ujść mi bezkarnie.  

- Nie spodziewałam się za wiele. Jednak choćby dla pozoru, o elementarnej przyzwoitości nie wspominając, mogliście wykrzesać minimum własnej inwencji – kwaśno, w tydzień później, oznajmiła Latyńska - A tu zeszyt, w zeszyt, kalka podręcznikowych formułek. Równie nieudolne, co sztampowe dowodzenie, że ten czy ów, byłyby wstanie dorównać postaciom z obrazów Kossaka, Grottgera, Matejki. Dziewczyny nabajdurzyły, że chciałyby być modelkami holenderskich mistrzów. Jedna napomknęła coś o pozowaniu Bzowskiej, zastrzegając, że w żadnym wypadku nago. Klasówkowa rutyna. Rzecz oczywista poza, Łukomskim, który jak zwykle, uparł się być oryginalnym.

Latyńska pobieżnie przekartkowała zeszyt.

–… Witold pod Grunwaldem, Batory pod Pskowem, czy powstaniec przeklepujący kosę na broń kompletnie mnie nie kręcą. To anachroniczny archetyp, nieprzystający do naszej teraźniejszości. Ja zdecydowanie opowiadam się, za Mają i to nagą wersją obrazu.  Ponad wszystko, bowiem pociąga mnie piękno kobiecego ciała, miłość…

Zdegustowana, z dezaprobatą odrzuciła zeszyt na biurko.  

  - Może i jest w tym oryginalność. Szkoda tylko, że nie do końca przemyślana. 

Znowu przekładała zeszyty. 

- Spuśćmy na to kurtynę milczenia. Chcę się zatrzymać na jeszcze jednym wypracowaniu. 

Ze stosu zeszytów wciągnęła ten w zielonej obwolucie. 

- Mój… Dlaczego w tym momencie, nie może ziścić się sen z chemiczną kartkówką? Tym razem nie czepiałabym się kurczowo ławki…

Latyńska zaczęła odczytywać fragmenty mojego wypracowania:

- Praca kontrowersyjna, choć przyznaję niebanalna, trudna do oceny i zinterpretowania. Znacznie wykraczająca poza zadany temat.

Na przemian purpurowiałam i bladłam. 

W klasie konsternacja, cisza zakłócona jedynie czyimś zakłopotanym chichotem 

- Gabi, Chodząca Samotnica – padło z końca klasy.

- To nasza klasowa Kaczka Dziwaczka, 

- Wierszyków się uczy na pamięć…

- Pustułka Samotnica…

- Panna Melancholia 

W pierwszej chwili, zabolały mnie te uszczypliwe przytyki. 

- Do kogo jednak, poza sobą, mogę mieć o to pretensje?  Sama to sprowokowałam. 

Ostatnim wysiłkiem, powstrzymywałam cisnące mi się do oczu łzy.

- Sama uparłam się na to upokorzenie… Melancholia… Melancholia… aż tak głupio nie brzmi… A jakie o mnie prawdziwie… Nawet całkiem ładne… Melancholia…Melancholia – powtarzałam w myślach - Podoba mi się ta Melancholia z jeszcze jednego powodu. Nikt już, nie będzie mógł mi robić wymówek, że wyłguję się z klasowego bytu. I w ogóle nieprzystępna, samotnica, aż od tego mdli.  Jestem Melancholią, Samotnicą? Jestem. To, niech się ode mnie odkleją! 

Trudno o większe, paranoiczne załganie wobec samej siebie.. 

….Ja niby samotnica i melancholia, niczego tak nie pragnęłam, jak mieć wokół siebie rozradowane twarze, zaśmiewać się z mniej, lub bardziej udanych dowcipów, licytować i przekomarzać w przypominaniu klasowych dykteryjek. Tak jak podczas tamtego ogniska. Niby chciałam zostać w domu.  Jednak przemożna pokusa, aby być z resztą klasy, okazała się silniejsza.  

Palące się polana strzelają skrami, skwierczy kapiący na nie tłuszcz z pieczonej kiełbasy.

…śpiewajmy wszyscy wraz…

 Przyłapałam się na tym, że bezgłośnie podśpiewuję z innymi:

…płonie ognisko w lesie, szumią knieje…

  -…Rozradowane twarze… A jedna z nich to moja… moja…. Aż tyle twarzy? …wszyscy mówią na raz…Kuba spojrzał na mnie drwiąco… on nigdy mnie lubił… teraz, coś szepcze z Jolką…  Dlaczego wszyscy tak się cisną wokół mnie... i tak głośno się śmieją?... Czy muszą wrzeszczeć jeden przed drugiego?...  

Wszystko się rozmazywało, coraz szybciej wirowało.

Stłamszona, zmięta w strzęp papieru, już tylko markowałam rozbawienie, śmiech. Głos uwiązł mi w gardle, dławił piekącą goryczą. 

Żar ogniska palił mi czoło, a ja kuliłam się jak człowiek szukający osłony przed przeszywającym ziąbem. Odsunęłam się poza krąg światła i siadłam w półmroku, wsparta o wierzbę. 

- Nikt mnie nie przywołuje…

Odchodziłam, odmierzając każdy krok, w napięciu wyczekując, że jednak ktoś odkrzyknie: „Gabi, zabawa dopiero się rozkręca, gdzie idziesz głupia?”…

Natychmiast jednak, tego się wystraszyłam. 

- Bo gdyby jednak?...

Przyspieszyłam kroku, ognisko schowało się za zakrętem. 

Zrobiło mi się przeraźliwie smutno i samotnie 

- Jestem nie od pary, nieprzystająca. 

Drogę do domu skracałam sobie wynajdywaniem usprawiedliwień mojego wysamotnienia. 

– Jestem życiowy kukułczy podrzutek.,,, 

Niedługo potem, niepomna tamtego ogniska, dałam namówić się na klasową wycieczkę. Już stałam w drzwiach autokaru…rozedrganego niczym ul… ul… mnóstwa twarzy, głosów, wirujących wokół mnie, w coraz ciaśniej zaciskających się purpurowych kręgach. Kryształowe młoteczki łomotały w moją czaszkę. 

Wyskoczyłam z autokaru odkrzykując: 

- Muszę wracać. Na śmierć zapomniałam, dzisiaj mają dzwonić rodzice.

Ad hoc wymyślona wymówka. Naiwniutkie kłamstwo. Dawno już, bowiem miałam za sobą czas, niecierpliwego, wyczekiwania na telefon od nich, budzenia się rano z przekonaniem, że dzisiaj na pewno już zadzwonią…. Muszą zadzwonić…. Przecież tyle mam im do opowiedzenia. 

Tygodnie wyczekiwania na telefon…. 

Ażeby przypadkiem czegoś nie zapomnieć, kiedy w końcu zadzwonią, zapisywałam wszystko w specjalnym notesiku. 

Zapisków - przypominajek przybywało, a telefon nie dzwonił. 

W dziecięcej chęci odwetu, postanowiłam wyprzeć z pamięci twarze i głosy rodziców. Wyobrażałam sobie, że stoję nad bezdenną, kamienną studnią wypatrując w niej taty i mamy. Ale nie chciałam ich zobaczyć. Ich sylwetki łamały się w zmąconym lustrze wody, głosy zbijały w bełkotliwie dudniące echo. 

W Zaduszki poszłam nad rzekę. Na deseczce umieściłam, dwa palące się znicze i puściłam na wodę. Patrzyłam jak porywa je nurt i szybko oddala.  Jeszcze przez krótką chwilę, widziałam słabiutko migocące dwa ogniki. Aż straciłam je z oczu.  Równie szybko z mojej pamięci, odpływali rodzice, pozostawiając po sobie coraz mniej składne, pozbawione dat wyrywki z ich przelotnych bytności w domu, pomiędzy powrotami z włoskich czy hiszpańskich plantacji, a przepakowywaniem na francuskie winobranie. Zimę spędzali w ciepełku duńskich chlewni. Z czasem zrezygnowali ze świątecznych przyjazdów do domu. 

– Tracić tyle dniówek, żeby posiedzieć przy świątecznym stole?

Późną jesienią, a może już wczesną zimą, dostałam od nich list z Norwegi, że najęli się do szorowania podłóg w garkuchni, na przedmieściach Oslo.

– Robota prawie, żadna, ale kasa więcej niż dobra. Musimy pilnować, żeby ktoś nas nie wykolegował. Ogromnie nam przykro, ale niestety Boże Narodzenie będziesz musiała spędzić bez nas. Ale następne święta, na pewno będziemy już razem. 

Jeszcze przeżywałam ten list, a już przyszedł następny: 

- Nie wyobrażasz sobie Gabi, córciu kochana, jaki się nam zdarzył fart. Prawie jak szóstka w totku. Poznany tutaj Kanadyjczyk, obiecał nam robotę pod Montrealem. Co prawda sezonową, ale z Kanady łatwiej dostać się do Stanów. W samą porę, bo już mieliśmy dość oliwnych gajów, szklarni, a świńskim smrodem to już do cna przesiąkliśmy. Jak tylko uda się nam, na dobre zakotwiczyć w Stanach, pomyślimy o ściągnięciu ciebie… 

Nie doczytawszy listu do końca, obojętnie – ot, świtek papieru – wsunęłam do koperty i patrząc rzuciłam na biurko. 

Trzy, cztery dni później, przypomniałam sobie o liście. Przetrząsnęłam bałagan na biurku, pozaglądałam do szuflad. Jak kamień w wodę. Listu nigdzie nie było. 

- Zapodział się? To i lepiej. Aż tak bardzo mi na nim nie zależy, żeby marnotrawić czas na szukanie. 

Znalazłam go przypadkiem, po dwóch miesiącach. Okazało się, że wpadł pomiędzy listwę biurka a ścianę. 

Już się schylałam, żeby go stamtąd wyciągnąć, ale cofnęłam rękę. 

- Niech tam leży, a oni siedzą w Ameryce, czy innym Pernambuco. Co ja mam do tego?  

Następnego dnia, wydostałam list zza biurka, po to tylko, żeby z uczuciem rozgoryczenia, zawzięcie go zmiąć, podrzeć.  

– Podrzucili mnie Irmie, niczym kukułcze jajo. Zanim to zrobili, zdążyli nadać kretyńskie imię. Gabriela, to niemalże jak Archanioł Gabriel.

Przed pierwszym wyjazdem na robotę, pojawił się problem, co zrobić ze mną. 

- Trafia się wam dobra robota, a tu dziecko… tak? Darujcie, sobie mało szczere ceregiele. Ktoś oprócz mnie, wchodzi w rachubę? – odezwała się Irma, głosem z pozoru beznamiętnym, lecz nieznoszącym sprzeciwu – Dzisiaj ja wam pomogę, innym razem może wam zdarzy się zrewanżować. Bez obawy, już ja się zaopiekuję Gabi. Może nawet lepiej niż Anioł Stróż. Z oka nie spuszczę waszej Gabysi.  W tej rodzinie dość się już poprzydarzyło nieszczęść.  

 Wywołała tym niemałą konsternację. Irma, którą cechowała odstręczająca oschłość, uchodziła za osobę wyjątkowo nieużytą i nieżyczliwą. A do tego przy lada okazji, dawała do zrozumienia, że nic ją tak nie doprowadza do pasji, jak rozwrzeszczane bachory. 

I ona miałaby podjąć się opieki nad Gabi? 

Zawiłości rodzinnych powinowactw sprawiały, że nie wiedziałam, czy Irma to moja ciotka, babka, lub innego rodzaju pokrewna.  Było mi to nawet na rękę. Gdyby, bowiem, przyszło mi odezwać się do niej „babciu”, „ciociu”, pewnie bym się tym udławiła. 

Zwracałam się, więc do niej po imieniu, lub, co częściej bezosobowo.  

Bo też, Irma zdawała się nienaturalnie bezosobowa. Jakby chciała się wtopić w otoczenie. Kiedy próbowałam dojść, ile Irma może mieć lat, okazywało się, że jest to niemożliwe. 

Bez względu na porę roku, w dzień powszedni, czy święto, zawsze w workowatej sukience, koloru wypłowiałej szarości. Przedwcześnie(?) podsiwiałe włosy, upinała w bezkształtny, staromodny kok. Na nienaturalnie owalnej i płaskawej, odlanej z żółto-szarego wosku twarzy, raz na zawsze zastygł grymas rozczarowania do otoczenia, siebie samej. W młodości, jej duże, wyraziste, o niemalże fiołkowym odcieniu oczy, musiały robić wrażenie. Teraz, choć wyblakłe, jakieś takie wodniste, zachowały resztki swojej szlachetności, mocno kontrastując z pospolitością twarzy. Mimo, że straciły już dawną żywość, bezustannie, z czujnością jaszczurki omiatały otoczenie. Irma mówiła z zaciśniętymi ustami. Ledwo, co rozchylając bezkrwiste wargi. Cedziła słowa astmatycznym dyszkantem, w sposób apodyktyczny, wykluczający jakąkolwiek dalszą dyskusję.

- Tak rzekłam i tak ma być

Ilekroć miałam ochotę pojeździć na rowerze, pójść do mieszkającej na sąsiedniej ulicy Jolki, mogłam być pewna, że usłyszę:

-….ulica to nie miejsce dla małych dziewczynek na rowerowe przejażdżki… Przyrzekłam twoim rodzicom zaopiekować się tobą?... Mało masz swoich zabawek, że musisz szwendać się po obcych?...Kot? Chcesz zapchlić dom? Pies?... No, nie, jak nie kot to „pies…gdyby ci tylko odrobinę popuścić raz dwa zrobiłabyś z tego domu zwierzyniec - pociągając nosem zrzędziła:… - a lekcje odrobiłaś…tak?…to poucz się na pojutrze… podrzucili mi kukułcze jajo. Potrzebne mi to było jak… Wzięłam sobie na głowę kłopot, a tu zamiast odrobiny wdzięczności, nic tylko fochy, humorki i pretensje…

Czasami w swojej naiwności, próbowałam szukać wsparcia u Stefana… wujka? dziadka?  

- Hmmm… niewątpliwe dziecko masz rację,…ale też weź pod uwagę rację…drugiej strony…tak, tak…summa summarum…może to nie jest …zawikłany gambit hetmański, rzecz jednak wymagająca głębszego namysłu i rozwagi…tak…nie ma nic gorszego niż nadto pochopna decyzja – Stefan wygłosiwszy swoją formułkę, czym prędzej na powrót pochylał się nad szachownicą. 

Zagryzając wargi w poczuciu upokorzenia i bezsilności, biegłam do pokoju, rzucałam się na łóżko, wbijając twarz w poduszkę. Głucho zatrzaskiwała się nade mną żółwia skorupa, sącząc odrętwiające poczucie osamotnienia, niemożność wyżalenia się z niej.  

   - Nie ma jednego, absolutnie samotnego człowieka. Zawsze, bowiem, jest gdzieś przynajmniej jedna przyjazna nam osoba. 

Byłam pewna, że przeczytałam to w Małym Księciu. Ale, mimo, że wielokrotnie wertowałam Małego Księcia, strona po stronie, nie mogłam tego cytatu znaleźć. Nie dawało mi to spokoju. Czytałam Księcia, nieomal zatrzymując się przy każdym słowie. Wkrótce znałam go na pamięć, że poczułam się częścią Kosmosu Małego Księcia. 

- Jestem przeraźliwiej samotna niż Mały Książę.

Podobnie jak Mały Książe zaczęłam zapełniać pustkę mojego pokoju - planety wyimaginowanymi (?) postaciami. 

Po kolejnej scysji z Irmą, siedziałam w pokoju, przymknąwszy oczy. 

Nie byłam sama. 

Naprzeciwko siedział Mały Książę i dziewczyna łudząco podobna do mnie. Jeszcze nie zdążyli się odezwać, a ja wiedziałam, że to moi serdeczni przyjaciele. Takie rzeczy się czuje i wie. Choć może, to wcale nie był Mały Książę i moje lustrzane odbicie. Widziałam ich, bowiem nie całkiem wyraźnie, lecz jakby przez lekką malignę. „Gabi”– lustrzane odbicie, tylko z twarzy była do mnie podobna. 

- Uwielbiam uśmiechnięte twarze wokół siebie. Kocham się śmiać. A gadać to mogłabym jak nakręcona. W ogóle, jestem taka więcej trzpiotowata – trajlowała.    

Mały Książę, czasami coś tylko wtrącał refleksyjnie, a najczęściej potakiwał głową i enigmatycznie się uśmiechał.

Słuchałam trajkotania „Gabi”, wtulona w labradora. Jak te psy, wyglądają, dokładnie nie wiedziałam. Ale to na pewno musiał być labrador. O takim psie zawsze marzyłam. Ale wiadomo, Irma…. 

Pies pobłażliwie łypał prawym okiem, na wrzaskliwie zazdrosnego gwarka. Mocniej zacisnęłam powieki i w rogu pokoju, pojawiało się akwarium, ogromne, prawie na pół ściany. Ani się spostrzegłam, jak na pogwarce z Małym Księciem i „Gabi” minęła godzina.  Moi goście stwierdzili, że na nich już czas. Żegnając się, zapewnili mnie, że będą wpadać, kiedy tylko sobie zażyczę. 

Jak obiecali, zjawili się następnego popołudnia. 

Takich dni w towarzystwie Małego Księcia i „Gabi” było jeszcze wiele. Bywało, że przychodzili dwa razy dziennie.    

 Właśnie siedziałam zasłuchana w plotkowanie „Gabi”. Nie od razu zauważyłam, że otwarły się drzwi i stoi w nich Irma.

   - A ty, co, w skamielinę, czy mumię postanowiłaś się zamienić, że tak siedzisz? – astmatycznie wysyczała Irma – Nic tylko czytasz, słuchasz tych swoich ptaszków, albo siedzisz skamieniała, głupkowato uśmiechając się do ściany. Wytłumacz mi, jak tak można marnotrawić czas ?…Nauki nie masz?... to chodź pomóż w kuchni…

Całą swoją uwagę skoncentrowałam na maszerującej po ścianie biedronce. Irma uznawszy to za przejaw wyjątkowego lekceważenia i arogancji, w swoim stylu fuknęła nosem i wyszła, strzelając drzwiami. Najmocniej jak tylko potrafiłam zacisnęłam powieki. 

 Nic poza szarymi plamami. 

Mały Książę, „Gabi” i labrador przestali zachodzić do mojego pokoju.  Przepadł gwarek i akwarium.

 Czasami tylko, kiedy już zasypiałam, jakbym wyczuwała ich całkiem bliską obecność.  A może mi się to tylko śniło?     

Chciałam wierzyć, że wrócą. 

- Irma przepłoszyła ich jedynie z mojego pokoju… Wystarczy, że mocniej zacisnę powieki… 

Zaczęłam pisywać do nich listy, wspomagając się Okudżawą:

…otwieram się przed wami cała…

bo na cóż bez przyjaciół żyć na tej ziemi… 

- Kiedy Mały Książe i „Gabi”  wrócą,będę miała dla nich powitalny prezent.   

***

Ruszyłam w stronę bramy. 

- Ejże, Melancholio! Nawet w takim dniu, zamierzasz wyobcować się towarzysko? – za łokieć przytrzymał mnie Janusz Cyco, klasowy Cyceron i advocatus diaboli, do pasji doprowadzający nauczycieli swoim cynizmem, bezczelnością, piramidalnym gmatwaniem wydawałoby się oczywistych spraw.  

- Tym razem się nie wymiksujesz – Cyco nie puszczał mojej ręki. 

- Idziesz z nami. Pewnie nigdy już więcej się wszyscy nie zejdziemy – wsparła go Magda. 

- Nie bardzo mogę…Obiecałam…Ir… ciotce wstąpić do apteki

- Apteka i ciotka, nie śmierć, zaczekają

 Chciałam jeszcze coś powiedzieć, ale pociągnęli mnie za sobą w stronę rynku.   

Wdarli się do ogródka Trattorii, wszczynając wielki harmider, z trzaskiem przesuwając krzesełka i stoliki, wzbudzając irytację pozostałych gości. Kelner, mierząc nas wzgardliwym spojrzeniem, stawiał na stoliku zamówione piwa.

Siedząc lekko z boku, patrzyłam na moich kolegów, ostentacyjnie głośno siorbiących piwo za piwem, po sztubacku, nawzajem się przekrzykujących. 

- Niech wszyscy wiedzą, że od dzisiaj jesteśmy dorośli 

– Nawet gdyby teraz pojawił się minister od edukacji, ba sam prezydent RP, mógłbym nam naskoczyć. 

- Albo lepiej postawił piwo.  

- Mnie minister, piwa nie musiałby stawiać – pomyślałam. Zamoczyłam usta i czym prędzej odstawiłam kufel. Gorycz, odpychający, kwaśny zapach, odstręczyły mnie od wypicia choćby pół łyka więcej. 

Matias i Jambo wpadli na pomysł, że o to, kto stawia następne piwo zagrają w cymbergaja. Tyle, że na zastawionym butelkami i kuflami stole, grać się nie dało. Zmodyfikowali swoją rywalizację, urządzając pomiędzy butelkami kapslowy slalom. Szybko jednak uznali to za bezsensowne i nudne. Zaczęli, więc rzucać w siebie chipsami i słonymi paluszkami. Natychmiast podchwyciła to reszta. Uciszanie przez obsługę, głośne posykiwania i zgorszone spojrzenia pozostałych gości, tylko podjudziły lekko już podpitych abiturientów. Wkrótce chipsy fruwały po całym ogródku. 

Wacku stwierdził, że plastikowy pojemnik ketchupu całkiem udanie, może zastąpić paintbolową pukawkę. Położył butelkę na ziemi i wziąwszy duży zamach, z impetem nadepnął na nią obcasem. Wystrzelona strużka keczupu zachlapała sąsiedni stolik, przed momentem opuszczony przez starsze małżeństwo. Wacku, podochocony celnym strzałem, zeskoczył na pojemnik ze stołka. 

Chwilę wcześniej Gonzo umyślił sobie, że przestraszy gburowatego kelnera. 

- On jest . dla nas mało uprzejmy. Musi go za to, spotkać kara - wymamrotał mocno już zmroczony wypitym piwem. 

Przyczaił się za framugą. 

Kiedy kelner pojawił się w drzwiach, Gonzo głośno wrzasnął: 

- Pif paf, pif-paf!!! 

Kelner zamarł w pół kroku, kurczowo zacisnął dłonie na tacy. W tymże samym ułamku sekundy, na jego twarzy, łagodnym łukiem wylądowała czerwono-pomarańczowa maź wystrzelona z „armaty” Wacku. 

Keczup ściekał z czoła i policzków kelnera, rozpływał się po śnieżnobiałej koszuli. Barman skamieniał, jego twarz nabrała purpurowo.- fioletowej barwy. 

- Pif, paf, już nie żyjesz – dla pewności Gonzo „dobił” kelnera

Ten chwilę, trwał w kompletnym osłupieniu. Wreszcie flegmatycznym ruchem przetarł twarz ścierką. 

- Ożesz, wy parszywe gnoje – wybulgotał i niczym rozjuszony byk ruszył na Wacku. Ten rzucił się do ucieczki, wykonując szalony slalom pomiędzy stolikami. Już przeskakiwał płotek odgradzający, ogródek od trawnika, kiedy sięgnął go czubek buta kelnera. Wacku, szczupakiem przeleciał nad sztachetkami i wylądował twarzą w środku kwietnika. Kelner niezdarnie próbując sforsować płotek, zawisł na nim okrakiem. Wacku nie czekając aż kelner wywikła się z rozkroku, poderwał się z trawnika i mocno kulejąc rzucił do ucieczki. 

Rozwścieczony kelner, z rozmachem rzucił za Wacku pustą butelkę. Ta przeleciała tuż nad głową chłopaka i roztrzaskała się o latarnię. Wacku słysząc brzęk tłuczonego szkła, odwrócił się. Prowokacyjnie uniósł wyprostowane środkowe palce i zaczął nimi stukać o siebie opuszkami.

- Wal się pan, panie ober sam – wykrzyknął. 

Kelnera zamurowało. Zadowolony z sobie Wacku, kuśtykając skręcił za narożną kamienicę.

Do cna już rozsierdzony kelner, przypomniał sobie o Gonzo, drugim sprawcy swojej poruty. Ale Gonzo, wykorzystując zamieszanie, zdążył się już przezornie ulotnić. 

Swoją wściekłość, kelner wyładował na pozostałych maturzystach.

- Gówniarstwo, płacić i won mi stąd! W tri miga! I jeszcze należy się kaucja za tamtą stłuczoną butelkę – wrzeszczał, pryskając śliną. 

- Gość w kawiarni, gość w dom – Cyco zamierzał podroczyć się kelnerem. Widząc jednak, ze ten nerwowo zaciska i rozwiera pięści, czym prędzej, dołączył do reszty towarzystwa, w pośpiechu opuszczającego Trattorię.

- Jaka nieuprzejma i nerwowa obsługa w tej budzie. 

- A tak pięknie zapowiadał się ten wieczór.

- I taki też pozostanie. Ludkowie mili, zapraszam do siebie. Starzy wyjechali za biznesami i cała chata jest do naszego wyłącznego władania – triumfalnie obwieścił Michał, nadętym, oratorskim tonem. Zawsze tak się nadymał, kiedy był podpity 

- Zaręczam, że będziecie mieli, po czym trzeźwieć. I to długo! - dodał 

- Do Michała! Idziemy Michała! – odkrzyknięto mu zgodnym chórem.

- Taak…na pewno