Wydawca: Albatros Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 712 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka J.D. Salinger. Biografia - Kenneth Slawenski

Biografia jednego z najbardziej znanych, najbardziej tajemniczych amerykańskich pisarzy – Jerome'a Davida Salingera (1919–2010). Choć spuścizna literacka Salingera jest stosunkowo niewielka, wywarł on znaczący wpływ na literaturę światową (do inspiracji jego prozą przyznają się m.in. takie sławy, jak John Updike, Philip Roth i Haruki Murakami), a także na świadomość wielu pokoleń. Jego jedyna opublikowana powieść, Buszujący w zbożu, stała się biblią buntowników, a obsesyjne unikanie rozgłosu i ukrywanie się przed światem podsycało fascynację nim jako człowiekiem. Bazując na informacjach pochodzących z wiarygodnych źródeł – osobiście przeprowadzonych wywiadów, listów oraz publicznie dostępnych dokumentów – Slawenski przedstawia losy i skomplikowaną osobowość pisarza, splatając je ze szczegółową interpretacją jego utworów. Buduje portret człowieka, który marzył o sukcesie, ale nie znosił jego konsekwencji, gdy ten przekroczył wszelkie wyobrażenia.

Dorastający w Nowym Jorku Salinger, którego ojciec pochodził z żydowskiej rodziny o polskich korzeniach, nie był pilnym uczniem, ale wyróżniał się w kółkach teatralnych i jako redaktor gazetek. Chciał zostać aktorem. Uwielbiająca go matka zawsze wierzyła, że jest stworzony do rzeczy wielkich. Ojciec – kiedy nauka szła synowi marnie – wysłał go do Austrii, aby wciągnąć w rodzinny interes, handel koszernym serem i mięsem. Przyszły pisarz kilka razy rozpoczynał studia, m.in. na Uniwersytecie Columbia. W 1940 udało mu się opublikować pierwsze opowiadanie. Rok później zaczął spotykać się z szesnastoletnią wówczas Ooną O'Neill, córką znanego dramaturga Eugene'a O'Neilla, która bez skrupułów porzuciła go dla Charliego Chaplina. Wiosną 1942, kilka miesięcy po japońskim ataku na Pearl Harbor, został powołany do wojska. Uczestniczył w działaniach wojennych, przechodząc ze swoim oddziałem piekło – lądowanie w Normandii, bitwę o Ardeny i odkrywanie obozów koncentracyjnych. Po zakończeniu wojny z trudem podnosił się z kolejnych depresji. Starał się zaistnieć jako pisarz. Do legendy przeszły jego relacje z redaktorami, oscylujące między przyjaźnią a walką, obsesyjne czasem wymagania wobec wydawnictw, brak zgody na adaptacje filmowe jego utworów. Był związany z kilkoma kobietami (druga żona Claire urodziła mu dwójkę dzieci) i pilnie strzegł swojej prywatności. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat życia niczego nie opublikował, traktując pisarstwo jako rozmowę z Bogiem, odcinając się od świata i swoich fanów. Niepublikowane wcześniej utwory Salingera mają podobno ujrzeć światło dzienne w latach 2015–2020.

Opinie o ebooku J.D. Salinger. Biografia - Kenneth Slawenski

Fragment ebooka J.D. Salinger. Biografia - Kenneth Slawenski

O książce

Biografia jednego z najbardziej znanych, najbardziej tajemniczych amerykańskich pisarzy – Jerome’a Davida Salingera (1919–2010). Choć spuścizna literacka Salingera jest stosunkowo niewielka, wywarł on znaczący wpływ na literaturę światową (do inspiracji jego prozą przyznają się m.in. takie sławy, jak John Updike, Philip Roth i Haruki Murakami), a także na świadomość wielu pokoleń. Jego jedyna opublikowana powieść, Buszujący w zbożu, stała się biblią buntowników, a obsesyjne unikanie rozgłosu i ukrywanie się przed światem podsycało fascynację nim jako człowiekiem. Bazując na informacjach pochodzących z wiarygodnych źródeł – osobiście przeprowadzonych wywiadów, listów oraz publicznie dostępnych dokumentów – Slawenski przedstawia losy i skomplikowaną osobowość pisarza, splatając je ze szczegółową interpretacją jego utworów. Buduje portret człowieka, który marzył o sukcesie, ale nie znosił jego konsekwencji, gdy ten przekroczył wszelkie wyobrażenia.

Dorastający w Nowym Jorku Salinger, którego ojciec pochodził z żydowskiej rodziny o polskich korzeniach, nie był pilnym uczniem, ale wyróżniał się w kółkach teatralnych i jako redaktor gazetek. Chciał zostać aktorem. Uwielbiająca go matka zawsze wierzyła, że jest stworzony do rzeczy wielkich. Ojciec – kiedy nauka szła synowi marnie – wysłał go do Austrii, aby wciągnąć w rodzinny interes, handel koszernym serem i mięsem. Przyszły pisarz kilka razy rozpoczynał studia, m.in. na Uniwersytecie Columbia. W 1940 udało mu się opublikować pierwsze opowiadanie. Rok później zaczął spotykać się z szesnastoletnią wówczas Ooną O’Neill, córką znanego dramaturga Eugene’a O’Neilla, która bez skrupułów porzuciła go dla Charliego Chaplina. Wiosną 1942, kilka miesięcy po japońskim ataku na Pearl Harbor, został powołany do wojska. Uczestniczył w działaniach wojennych, przechodząc ze swoim oddziałem piekło – lądowanie w Normandii, bitwę o Ardeny i odkrywanie obozów koncentracyjnych. Po zakończeniu wojny z trudem podnosił się z kolejnych depresji. Starał się zaistnieć jako pisarz. Do legendy przeszły jego relacje z redaktorami, oscylujące między przyjaźnią a walką, obsesyjne czasem wymagania wobec wydawnictw, brak zgody na adaptacje filmowe jego utworów. Był związany z kilkoma kobietami (druga żona Claire urodziła mu dwójkę dzieci) i pilnie strzegł swojej prywatności. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat życia niczego nie opublikował, traktując pisarstwo jako rozmowę z Bogiem, odcinając się od świata i swoich fanów. Niepublikowane wcześniej utwory Salingera mają podobno ujrzeć światło dzienne w latach 2015–2020.

KENNETH SLAWENSKI

Twórca strony DeadCaufields.com dedykowanej życiu i twórczości J.D. Salingera, wyróżniony w 2012 Humanities Book Award. Jego teksty ukazują się w Vanity Fair, Revue Feuilleton, The Huffington Post i New York Timesie.

Tytuł oryginału:

J.D. SALINGER. A LIFE

Copyright © Kenneth Slawenski 2010

All rights reserved

Published by arrangement with Pomona Books UK, arranged in cooperation with erzahl: perspektive Literary Agency, Münich

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2014

Polish translation copyright © Anna Esden-Tempska 2014

Redakcja: Beata Kaczmarczyk

Konsultacja literacka: dr hab. Marek Paryż, prof. UW

Zdjęcie na okładce: Premium Archive/Getty Images/Flash Press Media

Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-029-7

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Wprowadzenie

Odkąd założyłem stronę internetową poświęconą życiu i twórczości J.D. Salingera, bardzo się rozrosła i jest na niej spory ruch, lecz rzadko przychodzi przez nią więcej niż garstka e-maili dziennie. Możecie więc sobie wyobrazić moje zdumienie, kiedy sprawdziłem pocztę w czwartek dwudziestego ósmego stycznia 2010 roku i znalazłem nie trzy czy cztery wiadomości domagające się otwarcia, ale pięćdziesiąt siedem. I musiały trochę odczekać, zanim zebrałem się na odwagę, żeby się z nimi zmierzyć. Gdy tylko rzuciłem okiem na szczyt tej elektronicznej sterty, wiedziałem dobrze, co się stało, i że ten dzień na zawsze zapisze się w mojej pamięci. Nagłówki były porażające: „Pokój jego duszy”. Czyli: „Nie ma go, kamień w wodę”. Ziemia usunęła mi się spod stóp.

W tym miejscu należy się pewnie kilka słów wyjaśnienia. Prawie tak długo, jak prowadziłem stronę Salingera, pomału pisałem tę książkę. Postanowiłem, że pewnego dnia przedstawię prawdziwy, rzetelny i nieprzesłodzony opis życia Salingera, wzbogacony analizą jego dokonań pisarskich. Po siedmiu latach nareszcie ukończyłem pracę. Tak naprawdę zaledwie tydzień wcześniej wysłałem wydawcy szkic ostatniego rozdziału. Od siedmiu lat żyłem więc wyłącznie Salingerem: tym, co napisał, wyznawaną przez niego filozofią i najdrobniejszymi szczegółami z jego biografii. Salinger stał się moim nieodłącznym kompanem. A teraz odszedł.

Choć tamte e-maile pewnie mógłbym odłożyć na jakiś czas, czułem, że nie wolno mi zostawić tak mojej strony internetowej. Ostatni mój wpis na niej pochodził sprzed trzech tygodni. To były powinszowania urodzinowe dla pisarza z okazji dziewięćdziesiątych pierwszych urodzin i serdeczne życzenia długich lat życia, co teraz nagle wydawało się rażącym nietaktem. Zastanawiałem się, jak zareagować na śmierć Salingera, głowiłem się, jak oddać mu hołd. Wiedziałem, że dawno powinienem mieć już coś przygotowanego na tę okoliczność, ale wcześniej trudno mi było o czymś takim nawet myśleć. Rozpaczliwie szukałem sposobu wyrażenia uczuć, który byłby go godny. Nie epitafium. Przypomniałem sobie odrazę Holdena Caulfielda do obłudy odwiedzających cmentarz, gdzie pochowano Alliego. Kładli kwiaty na grobach, póki nie zaczęło padać, bo wtedy ich priorytety nagle się zmieniły. Salinger nie wierzył w śmierć i z tego też zdawałem sobie sprawę. Powinienem oddać mu hołd, odwołując się bardziej do wdzięczności niż do smutku. Salinger zasługiwał na afirmację i prosiłem, żeby w tym duchu przyłączyli się do mnie inni.

Nadal wątpię, czy zdołałem poradzić sobie z tak trudnym zadaniem. Moje słowa nie mogą równać się z mnóstwem elokwentnych pożegnań, jakie poświęcono Salingerowi. Ale są szczere i napisane od serca. To nie tren żałobny. To zaproszenie do okazania mu szacunku. Oddania czci nie temu, co przemija, lecz temu, co wieczne i co stanowi kwintesencję życia J.D. Salingera. Przytaczam je raz jeszcze dla każdego, kto zechce uhonorować pisarza teraz albo w przyszłości:

Czytajcie. Wejdźcie, czy to po raz pierwszy, czy dwudziesty, do świata Buszującego w zbożu. Czytajcie Dziewięć opowiadań, Franny i Zooeya, Wyżej podnieście strop, cieśle i Seymoura. Doświadczajcie jeszcze raz tych historii w hołdzie dla ich autora, którego obecność jest w nich tak mocno zapisana. Salinger człowiek mógł odejść – i świat poniósł wielką stratę – ale pisarz zawsze będzie żył w swoich utworach i przemawiał do nas poprzez sztukę, która jest równie aktualna dzisiaj, jak będzie jutro i jak była wtedy, kiedy chodził po bulwarach Nowego Jorku i przemierzał lasy New Hampshire.

Kenneth Slawenski

marzec 2010

1. Sonny

Wojna światowa zmieniła wszystko. U progu 1919 roku ludzie obudzili się w nowym świecie, pełnym obietnic, ale i niepewnym. To, jak się dawniej żyło – wierzenia i podstawy niekwestionowane od kilkudziesięciu lat – zostało teraz podane w wątpliwość albo odrzucone. Strzały umilkły zaledwie przed kilkoma tygodniami. Stary świat legł w gruzach. Na jego ruinach pojawił się nowy naród gotów przejąć przywództwo. I pod tym względem w żadnym miejscu w Stanach Zjednoczonych nie czuło się równej chęci i gotowości co w Nowym Jorku.

Był pierwszy dzień pierwszego roku pokoju, kiedy Miriam Jillich Salinger powiła syna. Jego siostra, Doris, urodziła się sześć lat wcześniej. Od tamtej pory Miriam wielokrotnie poroniła.

To dziecko też ledwie przeżyło. Miriam i Solomon Salingerowie powitali więc syna z wielką radością i ulgą. Nadali mu imiona Jerome David, ale od początku nazywali go Sonny, „Synek”.

Sonny urodził się w należącej do klasy średniej rodzinie żydowskiej, niekonwencjonalnej i zarazem ambitnej. Ród Salingerów wywodził się z miasteczka Sudargas, maleńkiego sztetlu na granicy polsko-litewskiej w Cesarstwie Rosyjskim. W tym miejscu, według zapisów, rodzina żyła przynajmniej od 1831 roku. Jednak Salingerowie nie kultywowali tradycji czy nostalgii. Do czasu, kiedy urodził się Sonny, ich poczucie więzi z tamtymi stronami niemal całkiem zniknęło. Ojciec Sonny’ego był energiczny i zdecydowany iść w życiu własną drogą. Jak wiele dzieci imigrantów postanowił odciąć się od świata, gdzie urodzili się jego rodzice, uważał go za zacofany. Nie wiedział wówczas, że bunt to właściwie tradycja rodzinna. Od pokoleń Salingerowie sami decydowali o swojej przyszłości, rzadko oglądając się wstecz, i z każdym krokiem powodziło się im coraz lepiej. Jak zauważył później Sonny, jego przodkowie mieli zadziwiającą skłonność do ryzykowania skoków „z wielkiej wysokości do bardzo małego naczynia pełnego wody”[1] – i to się udawało.

Hyman Joseph Salinger, pradziadek Sonny’ego, przeprowadził się z Sudargas do bogatszego miasta, Taurogów, gdzie miał się wżenić we wpływową rodzinę. W swojej późniejszej twórczości J.D. Salinger unieśmiertelnił pradziadka jako klowna Zozo, oddając hołd patriarsze rodu. Zawsze miał wrażenie, że czuwa nad nim jego duch. Hyman Joseph nigdy nie wyjechał z Rosji i zmarł dziewięć lat przed narodzinami prawnuka. Salinger znał go tylko z fotografii, która pozwalała mu zajrzeć w tamten inny świat. Przedstawiała mężczyznę w długiej czarnej szacie, wyprostowaną, pełną godności postać z rozwianą siwą brodą i potężnym nochalem, co, jak zdradził Salinger, robiło na nim porażające wrażenie[2].

Dziadek Sonny’ego, Simon F. Salinger, też był ambitny. W 1881 roku, w czasach głodu (choć nie dotyczyło to samych Taurogów), pożegnał bliskich i wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Tam wkrótce w Wilkes-Barre w Pensylwanii poślubił Fannie Copland, która również była imigrantką z Litwy. Przeprowadzili się do Cleveland w Ohio, gdzie znaleźli mieszkanie w jednej z licznych dzielnic imigrantów i gdzie 16 marca 1887 roku Fannie urodziła ojca Sonny’ego, Solomona[3], drugie z pięciorga dzieci, które udało się utrzymać przy życiu.

W 1893 roku Salingerowie mieszkali w Louisville w stanie Kentucky, gdzie Simon uczęszczał do szkoły medycznej. Przydało mu się wykształcenie religijne zdobyte w Rosji – mógł pełnić funkcję rabina, dzięki czemu opłacał studia[4]. Kiedy uzyskał dyplom lekarza, rzucił nauczanie religii i po krótkim powrocie do Pensylwanii przeprowadził się z rodziną na stałe do centrum Chicago, gdzie otworzył prywatny gabinet niedaleko szpitala Cook County[5]. Sonny dobrze znał dziadka, podobnie jak czytelnicy powieści Buszujący w zbożu. Doktor Salinger często jeździł do Nowego Jorku, by odwiedzić syna, i stał się pierwowzorem dziadka Holdena Caulfielda, uroczego staruszka, który zawstydzał Holdena czytaniem na głos wszystkich nazw ulic podczas jazdy autobusem. Simon Salinger zmarł w 1960 roku, tuż przed swoimi setnymi urodzinami.

***

W pierwszych zdaniach Buszującego w zbożu[*1] Holden Caulfield uprzedza, że nie ma zamiaru oświecać czytelnika co do przeszłości swoich rodziców. Nie chce wdawać się w to, czym się zajmowali przed jego przyjściem na świat i we „wszystkie te bzdety jak z Dawida Copperfielda”. Wyjaśnia, że rodzice „dostaliby szału”, gdyby opowiadał o ich sprawach osobistych. Podobna zdecydowana niechęć do zwierzeń cechowała matkę i ojca Salingera. Sol i Miriam rzadko mówili o przeszłości, zwłaszcza dzieciom. Ich podejście do tych kwestii sprawiło, że w domu Salingerów panowała atmosfera tajemnicy, a Doris i Sonny wyrośli na bardzo skrytych ludzi.

Ta Salingerowska cecha sprzyjała plotkom. Przez wiele lat historia Miriam i Sola była wielokrotnie wypaczana. Zaczęło się to w roku 1963, kiedy krytyk literacki Warren French w artykule opublikowanym na łamach magazynu „Life” przytoczył pogłoski na temat szkocko-irlandzkiego pochodzenia Miriam. Z czasem zrodziło się z tego przekonanie, że matka Salingera urodziła się w hrabstwie Cork, w Irlandii, co z kolei dało początek spekulacjom, jakoby rodzice Miriam, którzy podobno byli irlandzkimi katolikami, tak bardzo sprzeciwiali się małżeństwu córki z Żydem, że parze nie pozostało nic, tylko uciec. A gdy dowiedzieli się, że dziewczyna postąpiła wbrew ich woli, całkowicie zerwali z nią kontakty.

Ta jedna z najczęściej powtarzanych historii o ojcu i matce Salingera nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. A jednak nawet starsza siostra pisarza Doris aż do swojej śmierci w 2001 roku wierzyła, że Miriam urodziła się w Irlandii, a brak kontaktów z dziadkami ze strony matki, nie był przypadkowy.

Okoliczności związane z pochodzeniem i małżeństwem Miriam są wystarczająco bolesne bez tych ubarwień. Rodzice Salingera starali się uporać z cierpieniem, ukrywając przeszłość przed dziećmi. W ten sposób nie tylko sprowokowali fałszywe domysły na temat swoich losów, ale także wprowadzili w błąd córkę i syna. Żeby nie podsycać ich naturalnej ciekawości, Miriam i Sol właściwie zaakceptowali zmyśloną przeszłość, która pozostała z nimi całe życie.

Matka Sonny’ego urodziła się jako Marie Jillich jedenastego maja 1891 roku w małym miasteczku Środkowego Zachodu, w Atlantic w stanie Iowa[6]. Według zapisów była drugim z sześciorga dzieci Nellie i George’a Lestera Jillicha juniora[7]. Gdy przyszła na świat, jej matka miała dwadzieścia lat, a ojciec dwadzieścia cztery. Dziadkowie Marie – George Lester Jillich senior i Mary Jane Bennett – byli pierwszymi Jillichami, którzy osiedli w Iowa. Wnuk imigrantów z Niemiec, George senior, przeprowadził się z Massachusetts do Ohio, gdzie poznał przyszłą żonę i gdzie się pobrali. Służył krótko w Sto Dziewięćdziesiątym Drugim Pułku Ohio podczas wojny secesyjnej, a kiedy wrócił do domu w 1865 roku, Mary Jane urodziła ojca Marie. George senior handlował zbożem, powodziło się mu coraz lepiej i do roku 1891 zdobył silną pozycję przywódcy klanu, wspierany w pracy przez synów – George’a juniora i Franka.

Choć później Marie utrzymywała, że jej matka, Nellie McMahon, urodziła się w Kansas City w 1871 roku jako córka irlandzkich imigrantów, cztery federalne spisy ludności (z lat 1900, 1910, 1920 i 1930) wskazują raczej na to, że pochodziła z Iowa. Wedle rodzinnych przekazów Marie poznała Solomona w roku 1910 na jarmarku niedaleko farmy Jillichów (mało prawdopodobna lokalizacja, bo takiej farmy nie było). Kierownik chicagowskiego kina, Solomon, nazywany w rodzinie Sollie, a przez przyjaciół Sol, miał metr osiemdziesiąt trzy wzrostu i wielkomiejskie obycie. Siedemnastoletnia zaledwie Marie była szokująco piękna, miała jasną karnację i długie rude włosy, co mocno kontrastowało z oliwkową cerą Sola. Od razu szaleńczo się w sobie zakochali. Sol był zdecydowany natychmiast żenić się z Marie.

W tym okresie wiele się działo, niektóre wydarzenia były dramatyczne, w efekcie wiosną 1910 roku Marie i Sol wzięli ślub. Podczas gdy Salingerowie stale umacniali swoją pozycję od przyjazdu Simona do Stanów, Jillichowie nagle zaczęli mieć kłopoty. Ojciec Marie umarł w poprzednim roku[8]. Matka nie była w stanie utrzymać rodziny. Zabrała najmłodsze dzieci i przeniosła się do Michigan, gdzie później ponownie wyszła za mąż. Marie nie wyjechała z matką. Była już prawie dorosła, no i miała tu Sola. Jej szybki romans i małżeństwo okazały się korzystne, szczególnie że jeszcze nim urodził się Sonny w 1919 roku, matka Marie również zmarła[9]. Utrata obojga rodziców mogła być wystarczającym ciosem dla Marie, żeby unikać rozmów o nich nawet ze swoimi dziećmi. Zamiast trzymać się przeszłości, poświęciła się w pełni nowemu życiu z mężem. Teraz jej jedyną rodziną byli Salingerowie. Chciała, żeby ją zaakceptowali, przeszła więc na judaizm i przyjęła imię siostry Mojżesza, Miriam.

Simon i Fannie uważali, że Marie ze swoją mlecznobiałą cerą i kasztanowymi włosami wygląda jak „Irlandeczka”[10]. Nigdy nie przypuszczali, że osiadły w mieście, w którym są tysiące Żydówek, panien do wzięcia, Sollie wybierze sobie rudowłosą gojkę z Iowa, ale zaakceptowali Miriam jako synową i wkrótce wprowadziła się ona do ich domu w Chicago.

Zaczęła pracować w kinie z Solem, sprzedawała bilety i przekąski. Pomimo ich starań kino nie przynosiło zysków i trzeba je było zamknąć. Młody żonkoś musiał szukać nowego zajęcia. Wkrótce znalazł pracę w J.S. Hoffman Company, u importera europejskich serów i mięsa, które sprzedawane były pod marką Hofco. Po plajcie kina Sol poprzysiągł sobie, że już nigdy nie poniesie porażki, i bardzo przykładał się do pracy. Poświęcenie się opłaciło. Po narodzinach Doris, w grudniu 1912 roku, otrzymał awans na stanowisko kierownika nowojorskiej filii firmy Hoffmana i jak sam to określał, miał być teraz „szefem wytwórni serów”[11].

Nowa posada Sola wymagała przeprowadzki do Nowego Jorku, gdzie Salingerowie zamieszkali w wygodnym mieszkaniu przy Zachodniej Sto Trzynastej Ulicy pod numerem pięćset, w pobliżu Columbia University i katedry Świętego Jana. Choć Sol wszedł w biznes obejmujący poza serami także sprzedaż różnych gatunków szynek – żywności najmniej koszernej, jak tylko można sobie wyobrazić – pozwoliło mu to kontynuować Salingerowski zwyczaj awansu zawodowego z pokolenia na pokolenie. Był z tego osiągnięcia niezwykle dumny. Jednak praca pochłaniała go bez reszty i zanim skończył trzydzieści lat w 1917 roku, bardzo posiwiał, jego włosy były „jak sól z pieprzem”[12].

***

Lata dwudzieste były okresem wyjątkowej koniunktury, a żadne miejsce nie mogło się pod tym względem równać z Nowym Jorkiem. To była ekonomiczna, kulturalna i intelektualna stolica Ameryki, a może nawet i świata. Wartości wyznawane w tym mieście sławiło radio docierające do słuchaczy w całym kraju, propagowała je milionom czytelników prasa. Ulice Nowego Jorku miały przemożny wpływ na rozwój ekonomiczny wielu narodów, a reklamy i tutejszy rynek rządziły pragnieniami i gustem pokolenia. W tak sprzyjającym otoczeniu i czasie Salingerom powodziło się coraz lepiej.

Od narodzin Sonny’ego w 1919 roku do roku 1928 Sol i Miriam przeprowadzali się trzy razy, zawsze do bardziej prestiżowej części Manhattanu. Kiedy przyszedł na świat Sonny, mieszkali na Broadway 3681, w północnym Harlemie. Przed końcem roku przeprowadzili się z powrotem w okolice, gdzie pierwotnie osiedli w Nowym Jorku. Tym razem do rezydencji na Zachodniej Sto Trzynastej Ulicy pod numerem pięćset jedenaście. Ambitniejszy skok dokonał się w roku 1928, kiedy rodzina wynajęła lokum kilka przecznic od Central Parku na Zachodniej Osiemdziesiątej Drugiej Ulicy pod numerem dwieście piętnastym. W tym mieszkaniu było miejsce dla służby, więc Sol i Miriam szybko zatrudnili gosposię, Angielkę Jennie Burnett. Sonny dorastał w coraz bardziej komfortowych warunkach, rozpieszczany przez rodziców o rosnącym statusie społecznym.

W 1920 roku duże znaczenie miały wyznanie i narodowość, zwłaszcza na wyższych szczeblach kariery. Szczególnie w Nowym Jorku liczyło się dobre pochodzenie, a największym poważaniem cieszyli się protestanci. W miarę jak Salingerowie pięli się w hierarchii społecznej i zmieniali adresy na bliższe centrum miasta, musieli coraz częściej stykać się z atmosferą nietolerancji, co stanowiło pewien kłopot.

W związku z tym wychowywali dzieci, Sonny’ego i Doris, na pograniczu niespecjalnie kultywowanych tradycji religijnych czy narodowościowych. Nigdy nie zmuszali ich do bywania w kościele czy synagodze, a rodzina obchodziła zarówno Boże Narodzenie, jak i żydowskie święto Pesach. Późniejsi bohaterowie Salingera wywodzili się z podobnych środowisk. Zarówno Glassowie, jak i Tannenbaumowie swobodnie przyznają się do swojego w połowie chrześcijańskiego, w połowie żydowskiego dziedzictwa, a Holden Caulfield deklaruje, że jego ojciec był niegdyś katolikiem, ale już nie jest.

Miriam uwielbiała syna. Może dlatego, że z takim trudem go rodziła, a może dlatego, że sama we wczesnej młodości czuła się porzucona, pozwalała mu na wszystko. Sonny nie mógł zrobić nic złego. To stawiało Solomona w trudnej sytuacji. Jak dyscyplinować syna, nie wywołując gniewu żony? A umiała się złościć. W większości przypadków, kiedy dochodziło do starć, zdanie Miriam brało górę, więc Sonny na ogół robił, co chciał.

Do skończenia trzynastu lat Sonny uczęszczał do szkoły publicznej na Upper West Side. To jego zdjęcie z kolegami z klasy zrobione na schodach szkoły numer 166, najprawdopodobniej w 1929 roku.

Salinger rozkwitał pod czułym okiem matki. I do końca życia była mu bardzo bliska. To jej dedykował Buszującego w zbożu. Zawsze wierzyła, że syn jest stworzony do rzeczy wielkich, a on przejął to przekonanie. W efekcie łączyła ich nić wyjątkowego porozumienia. Już jako dorosły, Salinger wymieniał z matką listy pełne plotek, uwielbiał opisywać jej prześmieszne historie związane ze swoimi znajomymi. Nawet podczas wojny Miriam bawiła się w wycinanie z czasopism artykułów o gwiazdach filmowych i posyłała je synowi ze swoimi uwagami na marginesach. Salinger na froncie godzinami czytał wycinki od matki, marząc o Hollywood i o domu. Dodawali sobie w ten sposób nawzajem otuchy. Miriam i Jerome mieli podobne poczucie humoru i byli bardzo z sobą zżyci, co często oddalało ich od innych. Ponieważ matka rozumiała go tak dobrze i bezgranicznie wierzyła w jego talent, Salinger oczekiwał czegoś podobnego od reszty i nie miał wiele cierpliwości ani względów dla tych, którzy wątpili w niego albo nie podzielali jego punktu widzenia.

Do tych wątpiących należał ojciec Salingera. Awansując społecznie, zaczął się identyfikować ze światem swoich sąsiadów, głównie zamożnych biznesmenów i maklerów giełdowych. Postarał się, by informacja, że pochodzi z rodziny żydowskich imigrantów, powoli gdzieś się zatarła. W roku 1920, kiedy podczas przeprowadzanego spisu ludności przedstawił się ankieterom jako „szef wytwórni serów”, przyznał, że jego rodzice urodzili się w Rosji. Dziesięć lat później określał swoją sytuację inaczej – pracuje w branży spożywczej jako handlowiec, a jego rodzice urodzili się w Ohio. Solomon najwyraźniej nie widział nic złego we wtapianiu się w nowe środowisko, by ułatwić sobie drogę do sukcesu. Ktoś mógłby potraktować to jako talent do tworzenia fikcji, który wkrótce miał odziedziczyć jego syn, tyle że Sol reprezentował wszystkie wartości, z jakich Salinger szydził, cechy, które przyszli bohaterowie jego utworów potępiali jako zakłamanie, brak charakteru, chciwość.

Co gorsza, Sol chyba nigdy nie rozumiał aspiracji syna i zastanawiał się, dlaczego Sonny nie potrafi być bardziej praktyczny. Kiedy Salinger w bardzo młodym wieku powiedział, że chce zostać aktorem, Sol się oburzył, mimo milczącej aprobaty żony dla tego pomysłu. Gdy jakiś czas później syn oznajmił, że zamierza być pisarzem, znów go wyśmiał. Nic dziwnego, że dorastający Salinger uznał ojca za krótkowzrocznego i pozbawionego wrażliwości. Ich stosunki były napięte. Po latach najlepszy przyjaciel Sonny’ego, Herb Kauffman, wspominał kolację u Salingerów z czasów, kiedy był nastolatkiem. Pomiędzy synem i ojcem doszło do kłótni. „Sol po prostu nie chciał, żeby jego syn został pisarzem”, stwierdził Kauffman i dodał, że Jerome często był dla ojca niesprawiedliwy.

Może to Sol uparł się, żeby co roku w wakacje posyłać Sonny’ego na obóz Camp Wigwam w lasach Maine, daleko od Nowego Jorku. Jeśli jednak miał nadzieję, że w ten sposób wybije synowi z głowy jego oryginalne pomysły, to bardzo się mylił. Założony w 1910 roku Camp Wigwam był wzorem różnorodności. Równie silny nacisk kładziono tam na wyrabianie tężyzny fizycznej, jak na twórczość artystyczną. Sonny w tej atmosferze rozkwitał. Zachowane dokumenty dowodzą, że świetnie radził sobie podczas gier sportowych i zajęć w grupach, ale szczególnie angażował się w program teatralny. W roku 1930 w wieku jedenastu lat Jerome (na obozie Salingera nazywano i Sonny, i Jerome) udzielał się przy kilku przedstawieniach, grał w dwóch i zyskał miano „najlepszego aktora na obozie”[13]. To wyróżnienie zaowocowało fascynacją teatrem na wiele lat. Salinger fizycznie też się wyróżniał. Był wyższy od reszty dzieci. Na zbiorowym zdjęciu z obozu z 1930 roku widać, jak góruje nad kolegami, ubrany w koszulę poszarpaną dla zabawy, żeby wyglądać jak Tarzan.

Salinger na obozie był w centrum uwagi i bardzo lubił Camp Wigwam. Przyjemne wspomnienia z dziecięcych wakacji wśród lasów pozostały na zawsze żywe w jego pamięci. W późniejszych latach często szukał schronienia w podobnej scenerii i wracał do niej w opowiadaniach, wysyłając na obóz swoich bohaterów – jednego po drugim[*2].

***

W 1930 roku Amerykę ogarnął Wielki Kryzys. Nowy Jork nie był już miastem nieograniczonych możliwości. Kwitnący handel i optymizm ustąpiły miejsca kolejkom po darmowe posiłki i rozpaczy. Jeśli postępujący awans społeczny Sola i Miriam dziesięć lat wcześniej mógł wydawać się czymś wyjątkowym, to teraz naprawdę zdumiewał. Pomimo ubożenia miasta Salingerowie nadal się bogacili i zajmowali coraz wyższą pozycję w środowisku. W 1932 roku przeprowadzili się ostatecznie na drugą stronę Central Parku do eleganckiej dzielnicy Manhattanu – Upper East Side. Sol ulokował rodzinę w luksusowym mieszkaniu na Park Avenue 1133 przy Dziewięćdziesiątej Pierwszej Ulicy. W mieście kontrastów, gdzie adres określa czyjąś wartość, nowy dom Salingerów był symbolem sukcesu. Drogi i wygodny prestiżowy budynek widać było z Central Parku, zaledwie krótki spacer dzielił go od ogrodu zoologicznego i Metropolitan Museum of Art. Salingerowie byli tak dumni z nowego lokum, że przez wiele lat używali specjalnie drukowanej papeterii, na której nie było nazwiska, tylko adres na Park Avenue.

1133 Park Avenue. W tym budynku w prestiżowej części Manhattanu, Upper East Side, mieszkali Salingerowie, od kiedy Jerry skończył trzynaście lat. Pisarz korzystał z tego lokum do dwudziestego ósmego roku życia i wzorował na nim opis siedziby Glassów w książce Franny i Zooey. To był dom rodzinny Salingera aż do śmierci rodziców w 1974 roku. (Ben Steinberg)

Do czasu przeprowadzki pod numer 1133 Sonny uczęszczał do szkół publicznych w West Side. Ale synowie znakomicie prosperujących biznesmenów z Park Avenue nie uczyli się w szkołach publicznych. Zwykle wysyłano ich do prywatnych placówek z internatem, daleko od domu. Salingerowie też planowali coś takiego zrobić, lecz nie chcieli rozstawać się z synem. Wybrali więc szkołę w dobrze sobie znanej West Side i zapisali go do McBurney School przy Zachodniej Sześćdziesiątej Trzeciej Ulicy.

To było na pewno oczko wyżej niż edukacja publiczna, choć nie to samo, co imponujące prywatne szkoły średnie, do których uczęszczały dzieci nowych sąsiadów. Jeszcze bardziej szokujące było to, że szkołę prowadziła sąsiadująca z nią YMCA, Związek Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej, co oznaczało, że trzynastoletni Sonny prosto po bar micwie trafił do tego stowarzyszenia.

W McBurney Salinger umocnił się w swoich zainteresowaniach teatrem. Grał w dwóch szkolnych przedstawieniach. Został też kapitanem drużyny szermierzy, której sprzęt, jak potem twierdził, zgubił w metrze.

Zaczął też pisać i publikować w szkolnej gazetce „The McBurnian”. Poza tym niezbyt przykładał się do nauki, nudziły go lekcje, całymi dniami gapił się przez okno na Central Park i wyrywał do pobliskiego Museum of Natural History. W efekcie jego stopnie ledwie wystarczały, by dostać promocję do następnej klasy. W roku szkolnym 1932/1933 uzyskał 66 punktów z algebry, 77 z biologii, 80 z angielskiego i 66 z łaciny. W 1933/1934 poszło mu jeszcze gorzej: 72 z angielskiego, 68 z geometrii, 70 z niemieckiego i 71 z łaciny[14]. W szkole publicznej to by wystarczyło, ale w prywatnej, gdzie średnia decyduje o dofinansowywaniu, jego wyniki były nie do przyjęcia. Choć latem uczęszczał do Manhasset School, żeby poprawić stopnie, dyrekcja McBurney poprosiła, by nie wracał do szkoły w 1934 roku.

Wydalenie z McBurney przerwało też związek Salingera z YMCA. Jak się okazało, to było jego ostatnie młodzieńcze zaangażowanie w jakąkolwiek formalną organizację religijną. W miarę jak zmieniał się status społeczny rodziców, wychowanie Sonny’ego i Doris stawało się coraz bardziej świeckie, aż wreszcie w połowie lat trzydziestych rodzina zarzuciła kultywowanie jakichkolwiek tradycji religijnych. Kiedy w 1935 roku Doris wychodziła za mąż, ceremonia odbyła się salonie w domu Salingerów i nie prowadził jej ani rabin, ani ksiądz, lecz znany humanista i reformator dr John Lovejoy Elliott, kierujący nowojorskim stowarzyszeniem etyki kultury – New York Society for Ethical Culture.

***

We wrześniu 1934 roku Sonny miał prawie szesnaście lat. Rodzice czuli, że syn znalazł się na rozstaju dróg. Niechętnie musieli przyznać, że potrzebuje większej dyscypliny niż w domu. Przy tak pobłażliwej matce i ojcu ulegającym wpływom żony jedynym rozwiązaniem była szkoła z internatem. Sam Sonny chciał studiować aktorstwo, ale Sol się sprzeciwił – w obliczu Wielkiego Kryzysu jego syn nie zostanie aktorem. Sonny miał pojechać do szkoły wojskowej.

Łatwo wysnuć wniosek, że wysłanie syna z domu było rodzajem kary za wydalenie z McBurney. A jednak wszystko wskazuje na to, że rodzina wspólnie wybrała Valley Forge Military Academy. Najprawdopodobniej Sonny zgodził się na Valley Forge bez oporów czy żalu, co wydawałoby się nam nieuniknione w przypadku postaci Holdena Caulfielda. To jasne, że Miriam nigdy nie zmuszałaby syna do niczego, a Sol nie ośmieliłby się sprzeciwić żonie.

Po skontaktowaniu się ze szkołą Sol postanowił nie towarzyszyć synowi podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Interpretowano to jako dowód pogarszających się stosunków między nimi, ale przyczyna – może jeszcze bardziej przykra – była inna. Wielki Kryzys miał fatalny wpływ na pozycję Żydów w Ameryce. Lata trzydzieste to w Stanach Zjednoczonych, podobnie jak w innych krajach, okres antysemityzmu. Wielu Amerykanów obwiniało o załamanie ekonomiczne zachłannych bankierów i miało żal do Żydów, którzy w tych sferach wiedli prym. Wrogość sięgała głęboko i Żydów bojkotowano na różne sposoby. Edukacja nie była wyjątkiem. Większość uniwersytetów i szkół prywatnych wprowadziła specjalne parytety, chcąc ograniczyć do minimum liczbę przyjmowanych osób pochodzenia żydowskiego. Sol niewątpliwie miał tego świadomość i kiedy nadszedł dzień rozmowy kwalifikacyjnej Sonny’ego w Valley Forge, został w domu. Wysłał do Pensylwanii żonę, z jej jasną cerą i rudymi włosami. Nie ma nic, co wskazywałoby, że Sol usiłował się wyprzeć swojego wyznania. Jednak w tej sytuacji nie chciał ryzykować, że zmniejszy szanse syna. Relacje z Sonnym nigdy nie układały mu się gładko, ale chyba najdobitniejszym dowodem, jak bardzo go kochał, jest jego nieobecność tamtego dnia.

Kiedy Sonny z siostrą i matką przybyli do Valley Forge we wtorek osiemnastego września, zachowywali się nienagannie. Zapisy miały odbywać się w sobotę, ważne było, aby zrobili dobre wrażenie, zwłaszcza że z McBurney wysłano oceny Salingera wraz z krótką oceną kandydata, w której wspominano o jego rozkojarzeniu i o tym, że zajmował piętnastą pozycję jako uczeń w klasie osiemnastoosobowej. W McBurney oceniono jego IQ na sto jedenaście i dodano, że choć jest wszechstronnie uzdolniony, nie wie, co to pilność. W podsumowaniu znalazła się również konkluzja, że „podczas ostatniego semestru w szkole dało się mu we znaki dojrzewanie” (sic!). Na szczęście Valley Forge była w tamtych czasach młodą instytucją, konkurującą z bogatszymi i bardziej modnymi uczelniami. Czy kandydat był „rozkojarzony”, czy nie, szkoła nie chciała odrzucić płacącego rekruta i aplikacja Sonny’ego została przyjęta. Dwa dni później Sol z ulgą wysłał akademii pięćdziesiąt dolarów wpisowego ze swojego manhattańskiego biura przy Franklin Street, dołączając uprzejme podziękowania dla osoby przeprowadzającej rozmowę kwalifikacyjną. Biorąc pod uwagę raport z McBurney, w liście z dwudziestego września 1934 roku Sol zapewnił też reprezentującego szkołę Chaplina Waldemara Ivana Rutana, że „Jerome będzie się zachowywał właściwie i... przekona wszystkich o swoim zapale do nauki”.

***

Kiedy Jerome trafił do Valley Forge w 1934 roku, dołączył do grona trzystu pięćdziesięciu uczniów szkoły, gdzie obowiązywała wojskowa dyscyplina i surowe reguły. Kadetów podrywano z łóżek o szóstej rano, by zaczynali dzień musztry, lekcji, wykładów i maszerowania w nieskończoność. Zajęcia były wspólne i dokładnie rozplanowane. Uczniowie dzielili pokoje z innymi kadetami, siadali razem do posiłków w wielkiej jadalni i w każdą niedzielę musieli uczestniczyć we mszy świętej. Kuranty grały punkt dwudziesta druga, co oznaczało koniec dnia. Wszystkie rytuały były ściśle nadzorowane, a wojskowa atmosfera podkreślała wagę obowiązku, honoru i posłuszeństwa. Naruszenie zasad karano surowo, zasad zaś w Valley Forge było wiele. Rzeczy osobiste kadeta musiały być ułożone w określonym porządku. Cały czas trzeba było nosić mundur i musiał on być nieskazitelny. Wyjście poza obszar akademii bez pozwolenia uznawano za poważne wykroczenie. Kobiety nie miały tu wstępu. Palenie było dozwolone tylko za pisemną zgodą rodziców i zakazane w sypialniach.

Dla Sonny’ego, który wiódł dotąd przyjemne życie, rozpieszczany przez matkę, lekceważąc naukę i nieliczne wymagania, jakie mu stawiano, wejście do tego świata nieugiętej wojskowej dyscypliny było szokiem. Zmianę utrudniało to, że wielu uczniów z Valley Forge go nie lubiło. Salinger był chudym, tyczkowatym nastolatkiem (na szkolnych fotografiach widać, jak w zbyt obszernym, wiszącym na nim mundurze stoi skrępowany, zawsze w tylnym rzędzie). Niektórzy koledzy uważali go za zarozumiałego nowojorczyka. Inni gardzili nim, bo dołączył dwa lata później niż większość i uniknął szykan spotykających nowicjuszy. Osamotniony, po raz pierwszy pozbawiony oparcia w rodzinie, Sonny szukał ucieczki w uszczypliwych docinkach i udawał zblazowanego, czym nie zyskał sobie wiele sympatii.

Szybko się jednak dostosował. Już nie był Sonnym i nie pozwalał, żeby nazywać go Jerome. Teraz, jako Jerry Salinger, odznaczał się ciętym poczuciem humoru, czym zjednał sobie garstkę kolegów. Niektórzy stali się jego najbardziej oddanymi przyjaciółmi. Paru starszych kadetów, w tym William Faison i Herbert Kauffman, utrzymywało kontakty z Salingerem długo po skończeniu szkoły. Obaj współlokatorzy z pokoju, Richard Gonder i William Dix, zostali jego bliskimi przyjaciółmi. Kilkadziesiąt lat później Salinger wspominał, że Dix był „najlepszy i najbardziej życzliwy”[15], a Gonder opowiadał wesoło o wspólnych wyczynach z Salingerem – „traktującym innych w sposób protekcjonalny, ale serdecznie”[16].

To jasne, że Valley Forge posłużyła Salingerowi za wzór szkoły Holdena, kiedy pisał Buszującego w zbożu, a czytelnicy zawsze starali się doszukać w Holdenie młodego Salingera. Pokpiwając sobie z zakłamania w szkołach i z „zadufanych w sobie sztywniaków”, którzy narzucali dryl, Jerry i Holden mieli sporo wspólnych cech. Salinger – tak jak Holden – lubił łamać zasady, nawet jeśli było to tylko wykradanie się z kampusu na kilka godzin albo palenie w sypialni. Obaj uwielbiali parodiować innych, opowiadać dowcipy z kamienną twarzą i robić kolegom kawały. A jednak obok podobieństw do Holdena, jakie można było zauważyć u Salingera w Valley Forge, przejawiał on też cechy całkiem odmienne niż jego późniejszy bohater.

Bywał zapraszany na popołudniowe herbatki do domu nauczyciela angielskiego. Na pewno zainspirowało to opis wizyty Holdena u profesora Spencera w Buszującym w zbożu, ale bez wątpienia nigdy nie łączyło się z wykładami na temat życia czy omawianiem eseju o starożytnych Egipcjanach.

Rzeczywiście, w Valley Forge był uczeń Ackley, gdy uczęszczał tam Salinger. Długo po wydaniu Buszującego w zbożu najlepszy przyjaciel Ackleya wystąpił w jego obronie i ze złością dowodził, że kolega w niczym nie przypomina tego z powieści.

Postać nieszczęsnego Jamesa Castle’a też wydaje się wzorowana na faktach. Dawni koledzy Salingera wspominali, że tuż przed jego pojawieniem się w szkole jeden z kadetów wypadł z okna i się zabił. Najwyraźniej nie było pewności, jak doszło do wypadku, i o tragedii natychmiast zaczęły krążyć na kampusie legendy.

Pułkownik Baker, założyciel Valley Forge, i pan Thurmer, dyrektor Pencey, byli do siebie pod wieloma względami podobni. Obaj z zapałem zbierali fundusze i tworzyli coś w rodzaju wioski potiomkinowskiej dla rodzin kadetów odwiedzających uczelnię w niedziele. Napuszony i wystrojony w odświętny mundur pułkownik Baker stanowił łatwy cel kpin Jerry’ego. Jednak po latach Salinger wielokrotnie zwracał się do Bakera o pomoc i radę. I to Baker miał często większy wpływ na Salingera niż inni.

Salinger dobrze sobie radził w Valley Forge. Może i wewnętrznie się buntował, ale tutejsza dyscyplina naprawdę pomogła mu skupić się na nauce. Jego stopnie zdecydowanie się poprawiły. Znalazł sobie małe grono przyjaciół. Brał udział w zajęciach dodatkowych na kampusie, sportowych i – co dość dla niego nietypowe – muzycznych. To wszystko, w co włączył się w Valley Forge, przydało mu się w przyszłości. Kluby Francuski, Podoficerski, Plebe Detail (grupa kadetów), Lotniczy i dwuletnie szkolenie oficerów rezerwy – to wszystko miało znaczenie, kiedy trafił do wojska podczas drugiej wojny światowej i – choć sam pisarz za nic by tego nie przyznał – prawdopodobnie pomogło mu przeżyć te lata.

Chociaż Salinger spełniał wszelkie wymagania stawiane kadetom[*3], jego prawdziwe zainteresowania skupiały się na teatrze i literaturze. Oprócz zajęć obowiązkowych zaangażował się w działalność dwóch kółek zainteresowań na kampusie, których znaczenie przyćmiło wszystko inne: klubu teatralnego Maska i Ostroga oraz redakcji roczników uczelni „Skrzyżowane Szable”.

Występy w przedstawieniach w McBurney zaskarbiły mu pewne uznanie wrogiego poza tym środowiska, to zajęcie stało się więc dla Salingera pociechą i chciał dalej grać w sztukach, gdy znalazł się na wygnaniu w Valley Forge. Może do innych klubów przystąpił bardziej z obowiązku, ale do Maski i Ostrogi zapisał się z przekonania. Żaden z osiemnastki tamtejszych początkujących aktorów nie był bardziej utalentowany niż Jerry, brał więc udział we wszystkich przedstawieniach. Lubili go czy nie, ale wszyscy przyznawali, że jest urodzonym aktorem. Jeden z kolegów wspominał, że nawet poza sceną „zawsze mówił z pretensjonalną emfazą, jakby recytował coś z Szekspira”. Wydania szkolnego rocznika zawierają zdjęcia Salingera w pełnym kostiumie, z ochotą pozującego przed obiektywem. Najwyraźniej był w swoim żywiole.

Salinger często powtarzał, że stał się pisarzem w Valley Forge. Przyjaciele wspominają, jak coś tam pisał pod kołdrą przy świetle latarki długo po sygnale, że pora spać.

Był redaktorem literackim rocznika szkoły w obu latach nauki i jest w tych publikacjach postacią pięknie wyeksponowaną. Właściwie przeglądając „Skrzyżowane Szable” z 1935 czy 1936 roku, trudno nie trafiać raz po raz na wzmianki o Jerrym Salingerze. Jest na zdjęciach niemal każdego klubu, każdego przedstawienia, a także wśród zespołu opracowującego wydanie księgi. Jego fotografia z 1936 roku jest duża, zajmuje połowę strony. Można podejrzewać, że Jerry miał też wpływ na opracowanie graficzne. Całość to niemal ilustrowany dodatek do Buszującego w zbożu. Są zdjęcia kaplicy, wiwatujących kibiców na meczu piłkarskim, a nawet młodego człowieka skaczącego na koniu. Ale największym wkładem Salingera do „Skrzyżowanych Szabli” były teksty. Jego głos słychać prawie na każdej stronie – ironiczny, spostrzegawczy, dobrodusznie dowcipny. Przewidując losy swoich klasowych kolegów w dziale Klasowe przepowiednie, Salinger widział jednego z kadetów „grającego w rozbieranego pokera z Mahatmi (sic!) Ghandi”, a on sam z kolei miał stać się autorem znanej sztuki teatralnej[17].

***

Kadet kapral Salinger w 1936 roku. Fotografia z rocznika Valley Forge Military Academy. Salinger wykorzystał szkolne doświadczenia, tworząc Pencey Prep, szkołę, do której uczęszczał Holden Caulfield, bohater Buszującego w zbożu. W przeciwieństwie do Holdena Salinger był wyróżniającym się uczniem. (Valley Forge Military Academy).

Kiedy Salinger po dwóch budujących latach ukończył Valley Forge w roku 1936, wydawało się, że odnalazł swoją drogę. Mimo początkowych obaw to tutaj rozwinął swoje talenty tak, jak pewnie nie udałoby się to nigdy w Nowym Jorku. Przedwcześnie dojrzały i kąśliwy Jerry chyba zdawał sobie sprawę, że bardzo polubił to miejsce. W „Skrzyżowanych Szablach” zostawił szkole upominek z okazji ukończenia nauki, w którym oddał swoje prawdziwe odczucia, zarówno autentyczny sentyment, jak i szczyptę humoru. Napisał hymn absolwentów z 1936 roku i jest on śpiewany w Valley Forge po dziś dzień:

W tym dniu ostatnim nie kryj łez.

Nie wstydź się swego smutku,

Że drogi szarej nadszedł kres.

Nasz występ trwał tak krótko.

Minęły błogie lata cztery,

Jak to niedługo trwało!

Niechże cię cieszy każdy dzień,

Niewiele ich zostało.

Ostatni przemarsz, serca skurcz,

Przed nami krok równają

Młodsi kadeci, wkrótce już

I oni się rozstaną.

W dzień dziś daleki, bliski wszak,

Bo szybko się życie toczy,

I rychło pojmą, czemu tak

Łzami zachodzą oczy.

Światła już gasną, a trąbka gra

Tak miły sercu hejnał.

Śmieją się chłopcy, każdy go zna,

Jak ciężko się pożegnać.

Czołem, bywajcie, ruszamy w mrok,

Będziemy szukać szczęścia,

My opuszczamy Valley Forge,

Zostają nasze serca.

***

Jesienią 1936 roku Salinger zapisał się na New York University przy Washington Square, zamierzał zrobić tam magisterium. Uczelnia mieściła się w Greenwich Village, co pozwoliło Salingerowi wrócić na Park Avenue. Znalazł się znów w warunkach, ze względu na które został przedtem wysłany daleko od domu do Valley Forge. Bez dyscypliny narzucanej przez akademię wojskową szybko zaczął się nudzić i trwonić czas.

Na pierwszy rzut oka Washington Square wydawały się idealnym miejscem dla Salingera. Główny wydział nowojorskiego uniwersytetu był znany z awangardowych gustów i trendów, słynął zarówno jako placówka naukowa, jak i artystyczna. Wszystko wskazywało na to, że Salinger będzie tu sobie świetnie radził i pewnie taki miał zamiar. Ale artystyczna atmosfera kampusu w Greenwich mogła równie dobrze rozpraszać, co sprzyjać rozwijaniu talentów. Okolica, w której mieściła się uczelnia, pełna teatrów, kin i kafejek, stwarzała pokusy nęcące bardziej niż sale wykładowe. Nie jest pewne, na ile z zajęć, na które się zapisał, Salinger naprawdę uczęszczał. Gdy otrzymał wyniki z pierwszego półrocza, stało się jasne, że nie zda na kolejny rok. Z dnia na dzień rzucił więc studia.

Kiedy to się stało, ojciec próbował go ukierunkować. Sol, człowiek twardo stąpający po ziemi, miał nadzieję, że wciągnie syna w branżę importu sera i mięs, która dla niego samego okazała się tak łaskawa. Oczywiście Jerry nie miał zamiaru pójść w ślady ojca, więc Sol osłodził, a częściowo zakamuflował swoje plany. Poinformował syna, że jego formalną edukację uważa za skończoną[18] i „nie wdając się w szczegóły”[*4], zaproponował mu podróż do Europy, bo niby podszkoli się tam we francuskim i niemieckim. Licząc na to, że w synu odezwie się żyłka do handlu, Sol wysłał go do Polski i Austrii jako tłumacza wspólnika firmy Hofco, najprawdopodobniej eksportera szynek, Oskara Robinsona, jednego z najbogatszych ludzi w Polsce, określanego w Europie mianem Króla Bekonu. Salinger się zgodził. Tak naprawdę nie miał wyboru. Wszelkie inne opcje przekreśliły jego kiepskie stopnie. Na początku kwietnia 1937 roku wyruszył do Europy, gdzie miał spędzić następny rok.

Po krótkim przystanku w Londynie i Paryżu pojechał do Wiednia. Tam przez dziesięć miesięcy mieszkał w żydowskiej dzielnicy u małżeństwa, które szybko ogromnie polubił i z którego córką przeżył swój pierwszy poważny romans. Niewiele wiemy o austriackiej „rodzinie” Salingera, poza tym, że ją idealizował. Dla niego ci ludzie stali się już na zawsze wzorem prostolinijności i uczciwości. Często wspominał ich z coraz większym podziwem, porównując własne życie rodzinne do tamtej cudownej domowej atmosfery z Wiednia. Ernestowi Hemingwayowi opowiadał potem o swojej dawnej ukochanej jako o uosobieniu niewinności i piękna. Kiedy po wojnie popadł w depresję, pojechał do Austrii szukać tamtej dziewczyny. W 1947 roku unieśmiertelnił ją i jej rodziców w opowiadaniu A Girl I Knew.

Gdy Salinger przeżywał swój austriacki romans, jego polski patron, Oskar Robinson, zmarł na zawał w wiedeńskim kasynie, podobno po wygranej w ruletkę. Salinger został wysłany na północ, do Bydgoszczy, gdzie zatrzymał się w mieszkaniu gościnnym fabryki pakującej mięsa i poznał od bardziej praktycznej strony biznes ojca[*5]. Oznaczało to między innymi pobudkę przed świtem i użeranie się z chłopami w miejskiej rzeźni. Co rano Salinger miał do czynienia z trzodą chlewną przeznaczoną na amerykański rynek jako „puszkowana szynka piknikowa”. Towarzyszył mu główny „mistrz uboju”, który lubił strzelać do żarówek nad głowami kwiczących świniaków i do ptaków, które ośmieliły mu się przelecieć w polu widzenia. Jerry szybko zrozumiał, że życie eksportera mięsa zdominowane jest przez świnie. Jeżeli cokolwiek pojął w Polsce, to to, że nie pasuje do pracy w branży ojca.

W 1944 roku Salinger twierdził, że starając się przybliżyć mu rodzinny biznes, rodzice zmusili go do „zarzynania świń w Polsce”[19]. Z kolei w 1951 roku William Maxwell, redaktor z „New Yorkera”, podkreślał, że choć sposób, w jaki ojciec próbował sprowadzić syna na „właściwą drogę”, wywołał sprzeciw Salingera, to „nie ma takiego doświadczenia, przyjemnego czy wręcz przeciwnie, które nie byłoby cenne dla pisarza”[20]. Co więcej, nie można oceniać tamtego roku spędzonego w Europie bez kontekstu historycznego. Panująca w Austrii i Polsce atmosfera wiszącego w powietrzu zagrożenia musiała zrobić wrażenie na młodym człowieku, który chciał zostać pisarzem, i położyła się cieniem nawet na najmilszych wspomnieniach.

Pobyt Jerry’ego w Europie przypadł na szczególny okres. W 1938 roku Europa nieodwracalnie zmierzała lotem nurkowym ku drugiej wojnie światowej. Kiedy Salinger mieszkał w Wiedniu, austriaccy naziści brutalnie przejmowali władzę, a nazistowskie opryszki, powypuszczane z więzień bez względu na popełnione przestępstwa, swobodnie terroryzowały miasto. Przechodnie podejrzani o żydowskie pochodzenie byli zmuszani do szorowania rynsztoków ku uciesze gapiów, a grasujące bandy napadały na żydowskie domy i sklepy. Salinger widział ten koszmar. Na pewno nie czuł się bezpiecznie, ale najbardziej bał się o swoją przybraną wiedeńską rodzinę. On sam mógł wyjechać, lecz jego gospodarze nie mieli gdzie się schronić. Zanim Salinger wrócił do Stanów, do Wiednia weszli Niemcy i Austria przestała istnieć jako państwo. Do 1945 roku cała austriacka rodzina Salingera została wymordowana, zginęła w Holocauście.

O ile w Austrii było niebezpiecznie, o tyle w Polsce Salinger zastał sytuację potwornie podminowaną. W otoczonym wrogami kraju panowało napięcie, które dobrze wyczuwał po tym, co przeżył w Austrii. Niewielu osobom poznanym przez niego przy uboju świń dane było przeżyć następnych kilka lat.

Dziewiątego marca 1938 roku Salinger wszedł na pokład Ile de France w Southampton, by wrócić do Stanów. W mieszkaniu rodziców na Park Avenue, daleko od problemów Europy, poczuł się znów bezpiecznie. Cieszył się z powrotu do domu. Jednak późniejsze uwagi Maxwella mają w sobie więcej sensu, niż mogłoby się wydawać. Może europejskie doświadczenia Salingera nie wpłynęły na niego dokładnie tak, jak na to liczył ojciec, może teraz Jerry był równie zagubiony jak przedtem, ale pobyt wśród ludzi, których codzienność była tak różna od jego życia, pełna zagrożeń i walki o przetrwanie, nauczył go doceniać tych, z którymi dawniej nie miał wiele wspólnego. Ta zmiana podejścia stała się szczególnie widoczna później, gdy walczył w Niemczech podczas drugiej wojny światowej. Mieszkając w Europie w latach 1937–1938, Salinger przesiąkł niemiecką kulturą, poznał dobrze język i Niemców, i nauczył się odróżniać tych godnych podziwu od nazistów.

***

Tej jesieni Salinger zapisał się do Ursinus College położonego w rolniczych rejonach Pensylwanii niedaleko Valley Forge Academy. Wydawałoby się, że nic nie powinno go tam ciągnąć poza znajomą okolicą. Ursinus był sponsorowany przez niemiecki Kościół reformowany. Wielu tamtejszych studentów pochodziło ze środowisk holenderskich imigrantów w Pensylwanii. Musieli nosić tabliczki z imionami i nazwiskami i pozdrawiać się nawzajem, kiedy mijali się na kampusie. Mała wyizolowana od świata uczelnia była bardzo daleka od otwartej atmosfery, w jakiej na Manhattanie dorastał Salinger.

Nowe środowisko musiało być szokiem dla żydowskiego chłopaka pochodzącego z uprzywilejowanych sfer Nowego Jorku. Wielu z ówczesnych kolegów z uczelni twierdziło później, że prawie go sobie nie przypominają, ale niektórzy wypowiadali się o nim z wyraźną niechęcią. Jak zawsze najmilej wspominają Jerry’ego kobiety (co może tłumaczyć nieprzychylny stosunek studiujących na Ursinusie chłopaków). W tamtych czasach Salinger miał już prawie dwadzieścia lat. Wyrósł na przystojniaka o drwiącym uśmieszku. Mierzący niemal metr dziewięćdziesiąt wzrostu, szczupły młody mężczyzna wyróżniał się w tłumie. Miał długie palce, choć pożółkłe od nikotyny i z obgryzionymi paznokciami, oliwkową cerę i prawie czarne włosy. Największe wrażenie robiły jednak oczy: ciemne, o głębokim, przenikliwym spojrzeniu. Wszystko to składało się na egzotyczną urodę, jak na Ursinusa w 1938 roku, i dziewczyny to uwielbiały. Czterdzieści siedem lat później absolwentka Ursinusa wspominała:

Trudno było nie zapamiętać kogoś takiego jak Jerry. Przystojny, uprzejmy i obyty w świecie nowojorczyk w czarnym eleganckim palcie... jedyny w swoim rodzaju. Oczarował nas kąśliwym poczuciem humoru... Większość dziewczyn od razu oszalała na jego punkcie[21].

Poza czarowaniem kobiet Salinger rozwijał i inne zainteresowania z nowo odnalezioną pasją. Z ośmiu kursów, na które się zapisał, cztery były związane z językiem i pisarstwem: literatura angielska, francuski i dwa kursy z kompozycji utworów literackich. Po dołączeniu do redakcji uczelnianego tygodnika „Ursinus Weekly” wkrótce miał w nim stałą rubrykę Musings of a Social Soph: The Skipped Diploma (Rozmyślania wyrzutka, rezygnacja z dyplomu). Tytuł został później zmieniony na J.D.S. Rezygnacja z dyplomu. Artykuły zawierały komentarze Jerry’ego na przeróżne tematy związane z kampusem: od zręcznych uwag o życiu w college’u po długie, zawsze uszczypliwe recenzje teatralne. Już wtedy z zasady krytykował powieści za sztuczność.

Pewnego razu postanowił rozprawić się z Margaret Mitchell. „Dla dobra Hollywood autorka Przeminęło z wiatrem powinna przepisać fragmenty swojej powieści, żeby panienka Scarlett O’Hara miała albo lekko zezowate oko, albo choć jeden lekko krzywy ząb, albo jeden bucik w rozmiarze czterdzieści”[22]. W innym przeglądzie książek podobnie obcesowo potraktował swojego przyszłego przyjaciela Ernesta Hemingwaya. „Hemingway skończył swoją pełnowymiarową sztukę. Miejmy nadzieję, że to coś, co jest jego warte. Mamy wrażenie, że Ernest pracował poniżej swoich możliwości i paskudził od czasu Słońce też wschodzi, Mordercy i Pożegnania z bronią”.

Odcinkom Rezygnacji z dyplomu daleko jeszcze było do utworów literackich, ale po raz pierwszy teksty Salingera ukazały się w ogólnie dostępnym druku i nadal są czytane przez jego wielbicieli – choć często z mieszaniną rozczarowania i pobłażliwości. Jeśli w tych tekstach jest jakiekolwiek odniesienie do osobistej sytuacji lub przynajmniej przyczyn decyzji, żeby studiować w Ursinusie, to zawiera się ono w jednym z jego pierwszych komentarzy pod tytułem Historia z dziesiątego października 1938 roku: „Był sobie raz młody człowiek, któremu znudziły się już próby zapuszczenia wąsów. Ten młody człowiek nie miał też ochoty pracować dla swojego tatunia – ani żadnego innego szalonego faceta. Więc wrócił na studia”.

Chciał pracować dla swojego „tatunia” czy nie, Salinger wytrzymał w Ursinusie tylko jeden semestr, zanim uciekł z powrotem do Nowego Jorku. Na uczelni nie miał dobrych stopni, mimo to bardzo mu się tam podobało i zawsze wyrażał się o tym college’u i wyniesionych stamtąd doświadczeniach w samych superlatywach. Odkrył jednak swoje prawdziwe powołanie. Postanowił zostać zawodowym pisarzem. Ta decyzja wymagała sporej pewności siebie, wymagała też wsparcia ze strony innych.

Po rzuceniu studiów na Ursinusie Salinger nie szukał już aprobaty rodziców dla wybranej przez siebie drogi. Po prostu oznajmił im, że zostanie pisarzem, stawiając ich przed faktem dokonanym. Matka, ma się rozumieć, w pełni go poparła. Sol był mniej entuzjastyczny. W 1938 roku Stany Zjednoczone dopiero zaczynały się dźwigać po Wielkim Kryzysie. Przez ostatnie dziewięć lat Solowi udawało się ustrzec rodzinę przed biedą i rozpaczą, jakie widać było wszędzie dokoła. Był świadkiem, jak w tych niepewnych czasach padali błyskotliwi biznesmeni, i wiedział, że nic nie jest pewne na tym świecie. Decyzja Sonny’ego wydawała mu się lekkomyślna i niebezpieczna. Jeśli wcześniej nie było między nim a synem porozumienia, to tym bardziej teraz. W późniejszych latach życia Salinger nadal nie mógł wybaczyć ojcu jego krótkowzroczności i braku wiary.

Tymczasem znalazł oparcie w kimś bardziej obiektywnym niż rodzice. W Valley Forge zaprzyjaźnił się ze starszym kadetem ze Staten Island, Williamem Faisonem. Kiedy Salinger kończył naukę w akademii, Faison przedstawił go swojej starszej siostrze Elizabeth Murray, która właśnie wróciła ze Szkocji, gdzie mieszkała z mężem i dziesięcioletnią córką. Około trzydziestki, wyrafinowana, świetnie wykształcona i obyta w świecie zachwyciła Salingera. Wkrótce to jej zdanie zaczął cenić najbardziej. Z kolei ona bezwzględnie go wspierała. W 1938 roku często się spotykali, przesiadywali razem wieczorami w restauracjach i kafejkach Greenwich Village, gdzie rozprawiali o literaturze i planach Salingera. Czytał jej swoje opowiadania, a ona służyła mu uwagami. Za jej radą Salinger zaczął czytywać F. Scotta Fitzgeralda. Odnalazł w nim nie tylko wzór pisarza, ale i bratnią duszę. Elizabeth Murray pojawiła się w życiu Salingera, gdy najbardziej potrzebował, by ktoś dodał mu odwagi, i był jej niezmiernie wdzięczny. Pozostali przyjaciółmi i powiernikami przez wiele lat. Kiedy rok 1938 dobiegał końca, Salinger był już całkiem zdecydowany, że zajmie się pisaniem zawodowo. Żeby pójść na pewne ustępstwa wobec rodziców, z których tylko jedno wspierało jego ambicje, zgodził się wrócić na uczelnię, żeby studiować pisarstwo.

Przypisy
1. Sonny
[1] J.D. Salinger, Wyżej podnieście strop, cieśle. Seymour: wstęp, przekł. Maria Skibniewska, Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2007, s. 161.
[2] Tamże, s. 201.
[3] Akt urodzenia Solomona Salingera, Board of Health of the City of Cleveland, 16 marca 1887. Dokument informuje, że Fannie miała dwadzieścia dwa lata, a Simon dwadzieścia sześć. Miejsce urodzenia obojga rodziców według wpisu to „Polania, Rosja”. Litwa należała w tym czasie do Cesarstwa Rosyjskiego. Dokument podaje też adres Salingerów: 72nd Hill Street, Cleveland, obecnie nieistniejący.
[4] Paul Alexander, Salinger: A Biography, Renaissance Books, Los Angeles 1999, s. 31.
[5] Tamże.
[6] Social Security Death Index Number 107-38-2023; Miriam Jillich Salinger. Social Security (program w USA, dotyczący emerytur, rent, ubezpieczeń) i spis ludności podają rok urodzenia matki Salingera jako 1891, ale sama Miriam utrzymywała, że urodziła się w 1882 roku.
[7] Dwunasty spis ludności w Stanach Zjednoczonych, rok 1900.
[8] Trzynasty spis ludności w Stanach Zjednoczonych, rok 1910.
[9] Czternasty spis ludności w Stanach Zjednoczonych, rok 1920.
[10] Sidney Salinger w liście do autora, 26 grudnia 2005.
[11] Czternasty spis ludności w Stanach Zjednoczonych, rok 1920.
[12] Rejestracja poborowych (Selective Service Registration), Solomon Salinger, 5 października 1917. Rejestracja zarządzona w związku z pierwszą wojną światową zawiera opis kondycji fizycznej Solomona w wieku trzydziestu lat.
[13] „Rocznik Obozu Wigwam”, rok 1930 (1930 „Camp Wigwam Annual”), s. 65.
[14] Świadectwa szkolne Jerome’a Salingera z lat 1932–1933 i 1933–1934, szkoła McBurney, kopie z dokumentacji Iana Hamiltona.
[15] Salinger do Jeffreya Dixa, lipiec 1993.
[16] Richard Gonder do Iana Hamiltona, marzec 1985.
[17] J.D. Salinger, Class Prophecy, „Crossed Sabres”, Valley Forge Military Academy Yearbook 1936.
[18] J.D. Salinger, A Girl I Knew, „Good Housekeeping”, luty 1948, s. 37.
[19] J.D. Salinger, Contributors, „Story”, listopad – grudzień 1944, s. 1.
[20] William Maxwell, J.D. Salinger, „Book-of-the-Month Club News”, lipiec 1951.
[21] Francis Glassmoyer do Iana Hamiltona, 12 lutego 1985.
[22] J.D. Salinger, Musigs of Social Soph: The Skipped Diploma, „The Ursinus Weekly”, 10 października 1938, s. 2.
Przypisy redakcyjne
[*1] Wszystkie cytaty z powieści Buszujący w zbożu za: J.D. Salinger, Buszujący w zbożu, przekł. Magdalena Słysz, Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2007.
[*2] Wiek po swoim powstaniu Camp Wigwam nadal działa, właściwie bez zmian od czasów, kiedy do Maine wysyłano Salingera. Wciąż jest tu szpitalik, w którym Seymour Glass zauroczył się pielęgniarką w Hapworth 16, 1924. Nadal stosuje się też zasadę „wydzielania pieniędzy” z domu, na którą tak bardzo narzekał Holden Caulfield w The Ocean Full of Bowling Balls.
[*3] Wiosną 1936 roku uszanowanie etosu i historii akademii zostało nagrodzone, kiedy uzyskał promocję na kadeta pułkownika tuż przed ukończeniem szkoły.
[*4] Jak utrzymywał Salinger, ojciec ani słowem nie wspomniał, że to oznacza podróż do Polski, a ten szczegół kazałby mu się chwilę zastanowić nad skorzystaniem z oferty.
[*5] Polska jest dumna ze związku z Salingerem. W Bydgoszczy powzięto plany upamiętnienia go przez coroczny festiwal salingerowski i pomnik w miejscu, gdzie pracował, a gdzie obecnie mieści się centrum handlowe. Według gazety „Krakow Post” w 2009 roku został nawet wybrany projekt: rzeźba przedstawiająca Salingera stojącego na skrawku ziemi obsianej zbożem.