Izrael po mojemu - Renata Pruszkowska - ebook
Opis

Podobno podróże początkowo odbierają nam mowę, a później nie pozwalają przestać mówić. U mnie się to sprawdziło. Ale wcześniej zainspirowało mnie życie dwóch Żydów – przyszywanego wujka Ziutka i Jezusa Mesjasza. I choć żyli oni w odległych czasach, byli do siebie podobni. Ich osobowości wpłynęły na moje życie – spięły klamrą i poprowadziły do fascynującej krainy Biblii, a także do wnętrza mnie samej. A Izrael? Ma w sobie coś niezwykłego – przyciąga i każe wrócić, choćby we wspomnieniach. Gdybym w całym swoim życiu miała zobaczyć jeden kraj, wybrałabym Izrael. Szalom, mój Izraelu. - Renata Pruszkowska

 

Osobę zakochaną łatwo rozpoznać po objawach: bezsenność, brak apetytu, rozkojarzenie. Ale wystarczy, że rozmowa zejdzie na obiekt westchnień i kłopoty z koncentracją znikają. Umysł jej staje się jasny, głos rozmarzony, oko maślane. Obserwuję to, kiedy wpadam na niedzielny obiad. Widzę, jak mama dostaje skrzydeł, dzieląc się nową historią o ukochanym Izraelu. W trakcie lektury tej książki, drogi Czytelniku, poczujesz się jak na deserze u Pruszkowskich. Brakuje tylko babcinego ciasta i termosu z ciepłą herbatą dla nieco zazdrosnego taty. Cała reszta już jest. - Michał Pruszkowski

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 319

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Zarejestruj się na stronie

www.vocatio.com.pl

jako odbiorca naszego newslettera,

a będziesz otrzymywał informacje o nowościach, zniżkach

i specjalnych promocjach przygotowanych dla naszych Klientów.

Możesz oczekiwać zniżek o wysokości nawet

do 20–50% oryginalnej ceny detalicznej.

Redakcja:

Elżbieta Mamczarz

Korekta:

Zespół VOCATIO

Redakcja techniczna:

Małgorzata Biegańska-Bartosiak

Projekt okładki i zdjęcia na okładce:

Michał Pruszkowski

Zdjęcia:

Iwona i Jacek Barszcz (fot. 1, 3, 4, 11, 12, 13, 16, 17, 19, 23, 24); Urszula Woynowska (fot. 2, 5, 6, 8, 10, 18, 21, 22, 25, 26, 28); Małgorzata Hurford (fot. 7, 9); Piotr Rzyczniok (fot. 14, 15, 20); Jim i Penny Caldwell (fot. 27).

Mapy:

Nestor Guziński i Rafał Wojtasik

Copyright © 2018 by Oficyna Wydawnicza VOCATIO

All rights reserved.

Wszelkie prawa do wydania polskiego zastrzeżone.

Książka, ani żadna jej część, nie może być przedrukowywana

ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie,

fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie,

ani odczytywana w środkach publicznego przekazu

bez pisemnej zgody wydawcy.

W sprawie zezwoleń należy zwracać się do:

Oficyna Wydawnicza VOCATIO

02-798 Warszawa, ul. Polnej Róży 1

e-mail:[email protected]

Redakcja: tel. 504 793 694

Dział handlowy: tel. 508 091 946

e-mail:[email protected]

Księgarnia internetowa:

e-mail:[email protected]

www.vocatio.com.pl

ISBN 978-83-7829-281-4

Skład wersji elektronicznej:

Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

ZAMIAST WSTĘPU

Osobę zakochaną łatwo rozpoznać po objawach: bezsenność, brak apetytu, rozkojarzenie. Ale wystarczy, że rozmowa zejdzie na obiekt westchnień i kłopoty z koncentracją znikają. Umysł jej staje się jasny, głos rozmarzony, oko maślane. Obserwuję to, kiedy wpadam na niedzielny obiad. Widzę, jak mama dostaje skrzydeł, dzieląc się nową historią o ukochanym Izraelu. W trakcie lektury tej książki, drogi Czytelniku, poczujesz się jak na deserze u Pruszkowskich. Brakuje tylko babcinego ciasta i termosu z ciepłą herbatą dla nieco zazdrosnego taty. Cała reszta jest.

Michał Pruszkowski

DOBREGO POCZĄTKI

Podczas lotu wszystko mi smakuje, zwłaszcza humus i wino. Wino przednie. Chciałam poznać jego nazwę i przywieźć butelkę na zaręczyny córki. Zagadnęłam więc stewarda, a on po dziesięciu minutach przychodzi z dużą butelką i pyta, czy ją przyjmę od załogi. Czy przyjmę?! Chyba już kocham ten kraj. Za pół godziny mamy lądować. Tam, gdzie Zachód spotyka się ze Wschodem.

Od dzieciństwa Izrael dobrze mi się kojarzył. W dużej mierze dzięki przyszywanemu wujkowi Ziutkowi. Oprócz tego, że był mężczyzną przystojnym, to jeszcze niesłychanie charyzmatycznym. Umiał także słuchać. Pochylał się z lekka ku rozmówcy, a ja, widząc te jego serdeczne oczy i z lekka zabłąkany uśmiech, czułam, jak rozgrzewa mi się serce. Nie mówiąc o chwilach wzniosłych. Gdy brał do ręki skrzypce i spływała z nich Legenda Wieniawskiego, ja, fanka jazzu, wymiękałam.

Tata mówił o nim biblijnym tekstem: „Prawdziwy Izraelita, w którym nie ma zdrady”. Bo Ziutek mało że był genialny, to jeszcze do bólu pokorny. Pamiętam, jak ojciec wyjechał służbowo do Bielska-Białej i na ulicy zawołał go jakiś mężczyzna. Czarna osmolona twarz nikogo nie przypominała. Dopiero szeroki uśmiech i dobre oczy podpowiadały… W roboczym drelichu, z wiadrem smoły w ręku machał na powitanie Ziutek. Czasem widziano, jak o świcie roznosił po klatkach schodowych butelki z mlekiem. W ciągu dnia bywał tłumaczem, nauczycielem angielskiego, profesorem muzyki i kim było trzeba. Pozostawił po sobie niemało tłumaczeń i pamięć w sercach wielu. Dostrzegałam w nim cechy samego Jezusa Mesjasza. Byłam przekonana, że nie ma nic piękniejszego nad Żyda, który jest Mu oddany. Skoro żydowski Mesjasz przyszedł na świat jako sługa (Iz 53,1-12), Ziutek także postanowił poświęcić życie słusznej sprawie. Dla Niego zrezygnował ze światowej kariery skrzypka.

Przed drugą wojną światową ukończył konserwatorium w klasie skrzypiec i na dalsze studia wyjechał do Anglii. Tam spotkał swojego żydowskiego Mesjasza, Jezusa. Kiedy rozpoczęły się działania wojenne, Ziutek trafił do polskiego wojska. Świetnego muzyka od razu włączono do orkiestry. Końca walk nie było widać. Zwłaszcza w tę sylwestrową noc niebo nad Anglią zdawało się dziwnie spokojne. Lecz z sercem Ziutka działo się odwrotnie, choć klub oficerski pełen gwaru był i tańca. Jego skrzypce jakoś z trudem grały. Im bliżej północy, tym gorzej. Na zewnątrz świat się palił. A tu śmiejące się, rozbawione kobiety i mężczyźni spieszący otwierać szampana… Zmagał się ze sobą jak rozbitek na tonącym okręcie. W końcu nie wytrzymał. Przerwał orkiestrze i smyczkiem uprzedził bicie zegara. Przypomniał pieśń śpiewaną na Titanicu, kiedy wieczność wynurzała się z mgły. „Ku tobie, Boże mój” niosło się nieśmiało po sali. Myśli wielu powędrowały ku Bogu, który rządzi Historią. Nie wiem, czy toast wzniesiono. Jeden odważny Żyd pokazał, komu powierzyć kolejny rok życia.

Po wojnie Ziutek wrócił do Polski i się ożenił. Doświadczenia wojenne oraz wewnętrzna przemiana sprawiły, że wolał raczej służyć niż być podziwianym. Każdy z nas składa się z przeciwieństw. Ma w sobie coś Boskiego – wszak odbiciem jest Stwórcy i pierwiastka ziemskiego, skoro powstał z prochu ziemi. Pewien rabin zachęcał: „Zawsze noś w kieszeni dwie karteczki: w lewej z napisem »Jestem prochem…« i wyciągaj, gdy nawiedzi cię pycha, a w prawej – »…stworzonym przez Boga« i wyjmuj, kiedy czujesz się prochem”. Ziutek takich karteczek nie potrzebował. Grubo po wojnie pojechał do Ziemi Świętej przez Paryż. Ponieważ za komuny łatwo nie było, izraelską wizę załatwiła mu we Francji rodzina. Po powrocie odkrył przede mną niezwykłość Izraela. Mówił o kraju gór i dolin, zraszanym z nieba deszczem jesiennym i wiosennym. I o Bogu troszczącym się o ziemię i o naród, do którego przylgnął. Zaczęłam marzyć. Po jakimś czasie wręczył mi panoramę Jerozolimy, radząc: „Powieś ją w pokoju i módl się, a na pewno kiedyś tam pojedziesz”. Tak zrobiłam i… po trzydziestu latach siedzę w samolocie lecącym do Izraela.

Relacja wujka różniła się od opisu Pawła Smoleńskiego, dziennikarza i pisarza. I absolutnie mnie zafrapowała. Bo „Izrael to najbardziej niezwykłe i szalone miejsce na świecie. Środek Bliskiego Wschodu, serce pustyni, czterdzieści stopni w cieniu, a ludzie chodzą w garniturach, słuchają muzyki klasycznej, śpiewają w konkursach Eurowizji, przegrywają mecze piłkarskie w Pucharze UEFA i myślą, że mieszkają w Europie, gdzieś między Francją a Polską”1. Znają na pamięć Gogola i Czechowa, a przecież przez okna oglądają wielbłądy.

Jednak w tle czaiło się pytanie: Dlaczego świat ich nienawidzi, skoro tak wiele im zawdzięcza, poczynając od religii i filozofii, poprzez nauki ścisłe, na psychologii kończąc. Dlaczego zamiast wdzięczności zawsze miał dla nich pogardę, pogromy i komory gazowe. Przyjazd do Izraela miał wiele wyjaśnić.

DO ŹRÓDŁA

To nie był wyjazd ani zwyczajny, ani przypadkowy. Przyznaję, tę ziemię – daleką i bliską zarazem – wybrałam sercem. Brzmi górnolotnie? Być może. A wszystko zaczęło się od Biblii. Odkryła przede mną szczegóły, a ja lubię wiedzieć. Wiara ma być rozumna. Wierzę, bo wiem. Kiedyś Fryderyk Wielki zapytał luterańskiego pastora o dowód na istnienie Boga. „Żydzi, wasza Wysokość” – usłyszał. Dlatego tym bardziej ciekawi ten naród o najdłuższej historii. Lecz dlaczego z morza narodów Bóg wydobył właśnie ten? Ziutek mówił, że wybrał najmniejszy, by na jego przykładzie pokazać, jaki sam jest i jak postępuje z człowiekiem.

Niektórych wyrażenie „Żydzi to naród wybrany” razi. A przecież Bóg nie dlatego ich wybrał, że są cenni. Są cenni, bo Bóg ich wybrał i cztery tysiące lat temu obiecał błogosławić. Prawda – pod pewnym warunkiem. Status wybranego wymaga pokory i odpowiedzialności. Mieli być światłością dla narodów. Misjonarzami Boga. Czy zawiedli? Na pewno nie Mesjasz, który pochodził z nasienia Abrahama i przyniósł błogosławieństwo całemu światu. Wiem, zostali rozproszeni, tułali się po świecie, a ich ziemia, Erec Israel2, stała się nieużytkiem. Jednak dlaczego Holokaust? Słyszałam, że to była ofiara całopalna za nieposłuszeństwo.

Bóg i Żydzi wyglądają jak małżeństwo szczęśliwie niedobrane. A może wszystkie, które trwają, takie są? Najważniejsze, że Bóg o nich nie zapomniał. I nadal do Niego należą. Sama mam dzieci i kocham je bez względu na to, co robią. Bóg jest podobny do nas – tylko BARDZIEJ. Obiecuje i spełnia. Obiecał sprowadzić Żydów do Izraela i powracają do ojczyzny. Sami uważają, że wybrał ich do cierpienia. Czasami trudno się z tym nie zgodzić. Pozwolił im wybrać własną drogę. A kiedy ta okazała się porażką, cierpiał z nimi. Bóg, jeśli kocha, to na zawsze, jeśli cierpimy, to cierpi razem z nami. „Będzie Mnie wzywał, a Ja go wysłucham i będę z nim w utrapieniu, wyzwolę go i sławą obdarzę”3 (Ps 91,15) – deklaruje Stwórca. Bóg odczuwa cierpienia wszystkich stworzeń. Cierpi więcej niż jakikolwiek człowiek, bo jest nieskończony. Jego ból jest również nieskończony. Dlatego żaden człowiek nie potrafi pojąć bólu Boga. „Gdyby stworzenie usłyszało dźwięk Bożego płaczu, to cały świat by się rozpadł”4. Autora tych słów wywieziono do obozu pracy przymusowej w Trawnikach, gdzie zginął rozstrzelany w listopadzie 1943 roku. Jeśli nieposłuszeństwo rozproszyło Żydów po świecie, to diaspora oznacza również zasiewanie ziarna. Rozsiali więc ziarno Ewangelii wśród narodów. Do krainy ciemności przynieśli światło. Wielu z nas jest tego dowodem.

NADZIEJA I COŚ WIĘCEJ

Czy w dole to jakaś pustynia? Nie wiem, nad jakimi krajami przelatujemy, ale napięcie rośnie. W końcu zobaczę ten skrawek, o którym filozof Isaiah Berlin powiedział: „Za dużo historii, za mało geografii”. Już widać morze i zarys linii brzegowej na wysokości Tel Awiwu5. Lądujemy. Odprawa i zaraz ukazuje się hall terminalu. A tam olbrzymia, okrągła fontanna zawieszona u sufitu, z obficie spływającą wodą. Szum wodospadu i przyjemny chłód docierają aż do nas. Poczułam, że wkraczam do krainy kontrastów: pustynia i woda, kamienie i roślinność, ruiny i dynamicznie rozwijająca się współczesność. Zaczyna się nieźle.

Izrael jest niewielki. Mniejszy niż połowa Szwajcarii. A bogactw naturalnych ma jeszcze mniej. Czego pod dostatkiem? Piasku i kamieni. Egipcjanie naśmiewali się, że Kanaan to biedny kraj, zależny od deszczu. Język hebrajski zna aż jedenaście słów na jego określenie. Nic dziwnego, skoro mieszkańcy każdego roku wyglądają opadów. Jak inaczej uprawiać tę oporną ziemię? Podobno do wody zawsze odnosili się z szacunkiem. „Najbardziej ze wszystkiego obawiali się Boskiego gniewu, który może zamienić rwące rzeki w suche wąwozy, a źródła – w stertę kamieni porośniętych przez osty”6.

Trzeba mieć siłę, żeby tu przetrwać, pomyślałam.

A co z nadzieją? Ludzie giną, kiedy jej brak. Wobec tego Żydom jej nigdy nie zabrakło. A na dodatek są optymistami. Golda Meir, czwarta premier Izraela, powiedziała, że pesymizm jest luksusem, na który Żydzi nie mogą sobie pozwolić. Zwłaszcza mając takich sąsiadów, którzy zawsze próbowali ich z tego optymizmu wyleczyć. Moc żydowskiej nadziei okazała się jednak trwalsza. I trwa już ponad trzy tysiące lat. Niezależnie od tego, kto próbował ich zniszczyć. Dawniej robili to Babilończycy, potem Rzymianie. A dziś? Wrogów mają znacznie więcej.

Izraelczycy swój hymn pięknie nazwali Hatikwa – „nadzieja”. Zmaterializowała się, kiedy po wiekach bezdomności Izrael powrócił na mapę świata. Wówczas David Ben Gurion, pierwszy premier Izraelczyków, 14 maja 1948 roku ogłosił, że powrócili do życia. I to jednego dnia, tak jak zapowiedział prorok Izajasz: „Kto widział takie jak te rzeczy? Czyż kraj się rodzi jednego dnia? Czyż naród rodzi się od razu? Bo Syjon ledwie zaczął rodzić, a już wydał na świat swe dzieci” (Iz 66,8). Sam Bóg to potwierdził, kiedy rok wcześniej odnaleziono na pustyni zwoje pism tegoż proroka. Wszechmocny postawił swój stempel!

Świat poznaje Boga, Pana Historii, na przykładzie Izraela. Czyż Jego proroctwa dotyczące Żydów nie wypełniają się na naszych oczach? Nie tylko ja zaliczam je do kategorii cudów. A największym cudem jest to, że nadal żyją. Mój sąsiad powtarza: „Nie wierzę w cuda”. Może uwierzy, kiedy będzie ich potrzebował. Tak jak Izraelczycy, którzy są realistami wierzącymi w cuda. Pierwszym cudem było wskrzeszenie martwego języka. Powracali do ojczyzny ze stu dwudziestu jeden krajów, mówiąc siedemdziesięcioma językami. Nie mogli przyjechać i stworzyć tu wieży Babel. Powrócili więc do języka praojców. Inaczej nie dało się odbudować kraju. Wprawdzie w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku na izraelskich ulicach słyszało się jeszcze język polski, lecz trudno się dziwić, skoro w pierwszym rządzie pięciu ministrów pochodziło z Polski, w Knesecie sześćdziesięciu jeden parlamentarzystów miało polski rodowód, a inauguracyjnej sesji omal nie poprowadzono w języku polskim. Jakie to krzepiące, że wszędzie mamy swoje „wtyki”.

Za takich swojaków uważam Davida Ben Guriona, naszego rodaka z Płońska, oraz Szewacha Weissa, byłego ambasadora w Polsce. Ten przyznał, że pierwszy premier, człowiek z charyzmą i rękami pięknymi jak u pianisty był dla Izraela niczym Józef Piłsudski dla Polski czy Jerzy Waszyngton dla USA. Postanowił, że w nowej ojczyźnie wszyscy będą mówić po hebrajsku. Jako minister obrony zmusił oficerów do zmiany nazwisk na hebrajskie, w przeciwnym razie nie mogli awansować. Nie odpuścił nawet własnemu bratu, kiedy ten przyjechał z rodziną do Izraela. Nie rozmawiał z nim, dopóki brat nie nauczył się hebrajskiego. Dzisiaj młody Izraelczyk, pisząc do dziewczyny, swobodnie mógłby coś wrzucić z salomonowej Pieśni nad pieśniami. Przywołać słowa swego króla, który je wypowiedział, kiedy Rzymu jeszcze nie było, a nad Wisłą szumiały knieje.

Fakt odrodzenia języka uświadomiłam sobie, zwiedzając jerozolimskie muzeum zwane poetycko Świątynią Księgi. Ma ciekawą architekturę, symbolizującą walkę dobra ze złem. Na tle czarnej bazaltowej ściany wyrasta z ziemi biała kopuła otoczona i zraszana wodą. Przypomina pokrywę glinianego dzbana, który skrywał biblijne zwoje znalezione w Qumran. Dwie trzecie kopuły umieszczono pod ziemią, nawiązując do jaskini, w której rękopisy były ukryte, i uświadamiając nam, z jak cenną zawartością mamy do czynienia. I jak należy jej strzec. Znaczeniowe pokłady Biblii są równie bezcenne. Dlatego warto je odkrywać. Zagłębiać się w nie, tak jak my zagłębiamy się w długi, ciemny korytarz, wchodząc do muzeum. Dopiero teraz dostrzegamy to, co na powierzchni było niewidoczne. A do tego mamy w pamięci strumienie, które na zewnątrz zraszają kopułę. Strumienie cenniejsze niż złoto. Bo woda to życie. Są niczym Słowa Boga na kartach Biblii. One również odświeżają. Przynoszą ulgę, pocieszają i dają nadzieję. Po prostu życie. Warto je pić codziennie.

Oglądam kopie starożytnych rękopisów i z ciekawością przysłuchuję się uczniom stojącym w pobliżu. Odczytują te zwoje tak swobodnie, jak my czytamy poranną gazetę. Język hebrajski wydaje się szalenie trudny, lecz odkąd jestem w Izraelu, z lubością powtarzam: szalom, szalom…7. Słowo wypowiadane tu na okrągło. Niesie ze sobą życzenia pokoju, błogosławieństwa… i całej reszty. Wszystkiego, co dobre.

Skoro wspominam o izraelskim parlamencie, muszę powiedzieć, jakie wrażenie zrobił na mnie pięciometrowy prezent od Brytyjczyków. Stoi przed Knesetem8, na skraju Różanego Ogrodu, i jest ogromnym siedmioramiennym świecznikiem z brązu. To menora9 – symbol państwa Izrael. Po raz pierwszy świat ją zobaczył na Łuku Triumfalnym Tytusa w Rzymie. Płaskorzeźba umieszczona na tej wolno stojącej bramie przedstawia zwycięski pochód Tytusa po zniszczeniu Jerozolimy. Żołnierze niosą na barkach skarby zrabowane ze Świątyni, w tym właśnie menorę. Ówczesny rzeźbiarz ukończył swe dzieło zaledwie dziewięć lat po owym wydarzeniu, dlatego oddał jej wygląd w sposób bardzo dokładny.

Menora jest dziełem wyjątkowym. Jej wykonanie (wraz z historycznymi badaniami) zabrało Benno Elkanowi, niemieckiemu rzeźbiarzowi żydowskiego pochodzenia, sześć lat życia. W ramiona olbrzymiego świecznika wkomponował postacie i sceny obrazujące trzydzieści historycznych wydarzeń z dziejów Izraela. Stoję pod pomnikiem, zadzieram głowę i widzę Dawida z głową Goliata w dłoniach, Mojżesza podtrzymywanego przez Hura i Aarona, Rut Moabitkę oraz Żydów płaczących nad rzekami Babilonu, a także powstanie w getcie warszawskim i powrót do ziemi przodków. A wszystko spaja werset 4,6 z Księgi Zachariasza: „Nie siła, nie moc, ale Duch mój [dokończy dzieła] – mówi Pan Zastępów”. Autor podpowiada, że moc tego narodu opiera się nie na sile fizycznej, lecz na duchowej. Poruszający wizualny podręcznik historii Izraela.

ODKRYWANIE BLISKIEGO

Do Tel Awiwu przylecieliśmy po 15:00. Ładowanie się czterdzieściorga osób z bagażem do autokaru trochę potrwa. Biegnę więc do toalety włożyć letnią spódnicę. Jest naprawdę ciepło, choć wrzesień i w Polsce czułam już oddech jesieni. To miasto ponoć nigdy nie zasypia. Przekonać się o tym nie możemy, bo z lotniska jedziemy dalej, omijając centrum. Z wypiekami na twarzy odczytuję znajome nazwy: Jerozolima, Morze Martwe, Nazaret. Na razie to tylko drogowskazy. Za chwilę podążymy śladami Abrahama, Dawida, Jezusa Mesjasza, cofając się o tysiące lat…

Wprawdzie administracyjnej stolicy nie zaliczamy, ale mam stamtąd dwie migawki. Pierwsza to ogłoszenie z telawiwskiej gazety: „Nowy premier pilnie potrzebny. Wymagane kwalifikacje: rekrut z dużym doświadczeniem, cywil znający się na wojsku, realista wierzący w cuda i ateista czekający na Mesjasza”. I druga. Pewien zafascynowany żydowskością turysta zapytał miejscowego księgarza Edmunda Nojsztajna, jacy są w końcu ci Żydzi. „Tacy sami jak wszyscy, tylko bardziej” – usłyszał. I to „bardziej” mam nadzieję odkryć podczas mojego pobytu w Izraelu. Pamiętając Jacka Kaczmarskiego, który śpiewał, że wszyscy są normalni, ale to niewiele. Tak czy inaczej, ludzie są najważniejsi. Podróżując, można się zachwycać wysokością gór, długością rzek czy bezkresem morza, a obok innych przechodzić – jak ktoś powiedział – bez cienia zachwytu. W Izraelu mi to nie grozi, skoro żydowskie „bardziej” ukształtowało ten kraj.

Nasza niezrównana przewodniczka, mająca duże poczucie humoru i zdrowy dystans do wielu spraw, mówi: „Dyscypliną nigdy nie grzeszyliśmy, a Izrael to zorganizowany chaos”. Nietuzinkowy zatem. Na razie otwieram folder i czytam: „Cały Izrael jest fascynujący: ośnieżone szczyty Hermonu i tropikalne doliny, połyskująca tafla Kinneret (hebr. „harfa”) i suchy Negew (hebr. „sucha ziemia”)… Wiele miejsc pamiętających Jezusa powróciło do życia i znowu jest zamieszkałych”. Historia przemieszana z teraźniejszością. Ciekawa rzeczywistość otwiera ramiona. Czekam z niecierpliwością.

Zbliżamy się do Cezarei Nadmorskiej, eleganckiej i zielonej – takiego Beverly Hills Izraela, jak rzucił sąsiad z tyłu. Od jakiegoś czasu towarzyszą nam gaje cytrusowe. Tu, na wybrzeżu, dominują pomarańcze. Zbiory trwają od listopada do kwietnia, i to się czuje. Odurza unoszący się w powietrzu zapach dojrzałych owoców. Zatrzymujemy się w pobliżu piaszczystej plaży. Idealnie biały piasek, rzeźbione wiatrem wydmy, szafir wody i starożytny rzymski akwedukt z I wieku p.n.e. Szkoda, że zdążymy tylko zamoczyć stopy. Kąpiel w pobliżu ruin i światła majaczącej w oddali elektrowni to byłoby coś! W dodatku woda jest ciepła, a morski wiatr przyjemnie chłodzi twarz. Kolega robi zdjęcia, a ja myślę: „Mogłabym tu pozostać”.

Herod Wielki też miał do Cezarei słabość. Jak do wszystkiego, co cesarskie. Pewnie żałował, że nie jest Rzymianinem, bo nawet Żydem był tylko w połowie, po ojcu Idumejczyku z Edomu i matce Arabce z Cypru. Chciał uchodzić za wybitną indywidualność. Został wizjonerem. Co widać tu, nad morzem. Kiedyś to wybrzeże atakowały wędrujące piaski i silne południowe wiatry. Wiały gwałtownie od listopada do marca, uniemożliwiając żeglugę. Wtedy ruch na Morzu Śródziemnym zamierał. Dopiero wiosna otwierała je na powrót, gdy w połowie lutego pojawiały się jaskółki. Wówczas do drogi szykowały się i statki, i podróżni. Przed wejściem na pokład składali hołd gwiazdom i ofiarę morskim falom, po czym najczęściej płynęli do Rzymu. Bywało, że nawet sześćdziesiąt dni. A kiedy statki powracały, potrzebowały bezpiecznej przystani, zwłaszcza zimą.

Portu jednak brakowało. Więc Herod o nim zamarzył. Po dziesięciu latach pojawiło się sztuczne nabrzeże z kolosalną latarnią. Zatoka lśniła niczym perła na tle błękitu nieba i morza. Miała dwa falochrony, rozłożone w szerokim geście powitania. Wzdłuż zatoki biegła promenada ozdobiona łukami, a z tyłu, na sztucznym wzgórzu, wznosiła się świątynia Augusta. Do portu ściągały statki ze wszystkich stron świata, a mogło ich tu cumować nawet sześćset. Niestety, trzęsienie ziemi przystań zniszczyło. Dziś na skraju wybrzeża widnieją tylko jej pozostałości. Można ich nawet dotknąć, zwłaszcza dwóch potężnych stóp, które ostały się z posągów Augusta i Romy. Co cezarejscy Rzymianie czynili z lubością w nadziei, że zapewnią im szczęście.

Herod stworzył Cezareę według klasycznych wzorów greckich. Miała być drugim Rzymem. I była imponująca. Całość lśniła nowością. Robiły wrażenie zwłaszcza publiczne budowle. Zachwycała biel rozległych rezydencji, z tarasami i salami przyjęć o gładko szlifowanych posadzkach. Nawet piwnice i ścieki były wyłożone starannie obrobionym kamieniem. Z latryny Heroda królewskie nieczystości szybko i zgrabnie spływały do morza dzięki systemowi kanalizacyjnemu. Spod góry Karmel pociągnięto też do miasta dwunastokilometrowy wodociąg. Stu tysiącom mieszkańców żyło się kwitnąco, bo i handel miał się tu doskonale. Magazyny pęczniały od wina, oliwek i oliwy. Jedynie składy garum Żydzi omijali, zatykając nosy. Nie znosili cenionego przez Rzymian cuchnącego sosu z rozkładających się ryb. Nawet po dodaniu przypraw fermentująca dwa miesiące mikstura śmierdziała niemiłosiernie. Niemniej należała do niezwykle kosztownych. Marcus Valerius Martialis, rzymski poeta, wysyłając w prezencie ów specjał, dołączył notatkę: „Przyjmij to wspaniałe garum, cenny dar pierwszej krwi, wylanej przez żywą makrelę”10. Interes się kręcił, skoro legionista za roczną pensję mógł kupić zaledwie trzy litry tego sosu.

W Cezarei żyło się wygodnie i jadało wybornie, a dopełnieniem dostatku były oczekiwane przez wszystkich igrzyska. Herod postawił zatem hipodrom. Na ogromnym podłużnym boisku ścigały się kwadrygi zaprzężone w cztery konie. Najbardziej emocjonujące momenty rozgrywały się na zakrętach i w tych miejscach sytuowano trybunę honorową. Mniej się liczyło, kto zwycięży, bardziej, kto połamie kości lub zginie na ostrym zakręcie albo ile koni padnie. Cieszono się, gdy tryskała krew. Ciała biedaków nie mogły już krzyczeć, rozgniatane kołami pędzących wozów. O tym wspominano przez lata. Dzisiaj widnieją tu tylko resztki domu wzniesionego przez bogacza. Herod wybudował także amfiteatr. W tym cyrku na trzydzieści osiem tysięcy miejsc, większym od rzymskiego Koloseum, odbywały się zawody atletyczne i pokazy walk gladiatorów z dzikimi zwierzętami. Niewolnicy, by uniknąć walki, próbowali się zabijać kijami do czyszczenia latryn. Jeśli bezskutecznie, to rzucali się pod koła pojazdów, kiedy – już nasmarowani oliwą – byli wiezieni na arenę. Cóż, publiczność kochała taką rozrywkę. A nawet rzymskich gubernatorów, zwłaszcza wchodzących do amfiteatru i rozrzucających wśród widzów monety. Nieszczęsne było to miejsce, zwłaszcza w roku 70 n.e., gdy stało się świadkiem masakry 200 tysięcy cezarejskich Żydów.

W Jerozolimie również stanął mały amfiteatr. To obce ciało w tkance narodu oznaczało dla Żydów całkowity upadek obyczajów. Jak inaczej mieli traktować igrzyska odbywające się u stóp Świątyni? Patrzenie na nagich zawodników, walczących ze sobą albo rozszarpywanych przez zwierzęta, kłóciło się z Bożymi zasadami. Dla Izraelitów nie do zaakceptowania był rzymski styl życia i ideał męskości, w którym nie chodziło o niezłomność charakteru, a raczej o wojskową dyscyplinę – największą chwałę cesarstwa. Rzymianie musieli mieć ciało jak ze stali. Ćwiczyli więc co rano na dziedzińcu. Potem szli do łaźni, poddawali się zabiegowi namaszczenia oliwą i przy użyciu tej samej gąbki podmywali się w latrynach. Wreszcie byli gotowi udać się do miasta, w stronę winiarni i straganów z kiełbaskami, by zakończyć dzień w przybytkach rozkoszy.

Prawdziwa uczta dla ducha wymagała teatru. Powstał więc w Cezarei na 4,5 tysiąca widzów. Ale poza miastem. Może celowo, aby wulgarne, obsceniczne spektakle nie drażniły żydowskich mieszkańców. Do przybytku sztuki prowadziła promenada. Pod długim rzędem kolumn, z samego centrum aż nad morze, ciągnęły się mozaikowe chodniki. Teatr cieszył się dużym powodzeniem, bo miał świetną akustykę i – dzięki morskiej bryzie – doskonałą wentylację. A także niepowtarzalne tło. Widzowie, obserwując grę aktorów lub inscenizowane bitwy morskie, sięgali wzrokiem ponad lśniącą scenerię fal niemal do Bosforu. Wieczorami zaś podziwiali krótkie, acz spektakularne zachody słońca.

Na terenie teatru znaleziono kamień z wyrytym imieniem Poncjusza Piłata. Za czasów Jezusa ten gubernator Judei rezydował w Cezarei. Jego rzymska kwatera główna mieściła się w dwupoziomowym pałacu Heroda. Wyjątkowo urodziwym, z trzech stron oblewanym przez wody. Wychodził bowiem w morze aż 100 metrów. Dzięki temu miał własny port, z którego korzystali goście, przypływając statkiem bezpośrednio do pałacu. W środku witał ich wspaniały dziedziniec z fontannami, posągami z korynckiego brązu oraz basenem. Wielkim, olimpijskich rozmiarów, otoczonym kolumnami. Pomiędzy nimi ustawiono prostokątne kwietniki wypełnione bujną zielenią, co dawało wrażenie przebywania w ogrodzie. Na piętrze przyjezdni mieli do dyspozycji luksusowe pokoje, łaźnię oraz jadalnię. Ta górna, reprezentacyjna część pełniła też rolę sądowej sali przesłuchań. Dół natomiast stanowił przestrzeń prywatną. Później jego boczne skrzydło przekształcono w pretorium11 i koszary.

W takim pałacu Piłat zapewne czuł się jak u siebie w domu. Mogło mu jedynie brakować ostryg, lodu do chłodzenia, kiełbasek i codziennej gazety. Ale na takie tęsknoty pewno nie miał zbyt wiele czasu. Jako gubernator pełnił też funkcję głównego urzędnika skarbowego. A ówczesnych podatków było całkiem sporo. Nastały wtedy, kiedy Judea przechodziła we władanie Rzymu. Pierwszy spis mieszkańców zarządzono właśnie z powodu podatku pogłównego. To on sprowadził rodzinę Jezusa do Betlejem. Danina wynosiła jednego srebrnego denara od głowy, czyli równowartość dziennej pracy robotnika. Oczywiście Żydzi sprzeciwiali się podatkom. A najbardziej spisowi powszechnemu. Jedynie Bóg miał prawo posiadać statystyczną wiedzę na temat swego ludu. Jednak to dzięki podatkom korzystali z wygodnych dróg i służby pocztowej. Co nie znaczy, że nie oburzało ich powszechne wśród poborców podatków łapownictwo. Kto wie, czy sam gubernator nie był skorumpowany. Przecież to Rzymianie mawiali, że pieniądze nie śmierdzą. Zwłaszcza te przyjmowane na boku, nazywane smarowaniem. Nazwa wzięła się od głaskania krągłego flakonika pozbawionego stopki. Aby zawartość się nie wylała, należało zaopatrzyć go w korek, czyli wręczyć łapówkę. Najcenniejszą było kadzidło, które przywożono w postaci lepkiej białej papki zawiniętej w palmowe maty. Z urzędem gubernatora wiązały się spore wydatki. Dostojnik podejmował wysłanników, zabawiał przyjaciół, odprawiał rytuały, czasem urządzał procesje z muzyką. W dniu swych urodzin lub grudniowych Saturnaliów składał wszystkim życzenia słodkiego Nowego Roku i rozdawał figi oraz daktyle, osobom zaś zasłużonym – prezenty: mężczyznom butelki alkoholu, a ich żonom alabastrowe naczynia z pachnidłami.

W cezarejskim pałacu działo się wiele… i działo się różnie. Tu wcześniej dokonał żywota następca Heroda Wielkiego. Tragiczna historia miała swój początek drugiego dnia po otwarciu igrzysk. Wtedy Herod Agrypa I przybył na stadion odziany w srebrną szatę, w której odbijało się wschodzące słońce. Jej niesamowite lśnienie wzbudziło ogólny zachwyt. Kiedy król przemówił, zgromadzeni okrzykami uznania przyrównali go do Boga. Jednak władca niedługo pławił się w bałwochwalczym blasku. Szybka reakcja Anioła Pańskiego pozbawiła go i zdrowia, i życia. Zmarł, toczony przez robactwo, po pięciu dniach ciężkiej agonii (Dz 12). Szata zwykle odzwierciedla pozycję społeczną. W sensie duchowym dzieje się podobnie. Usprawiedliwieni przez Jezusa nałożyli wprawdzie białe szaty, lecz na bieli plamy są bardziej widoczne. Lepiej się miarkować.

Apostoł Paweł dobrze poznał pałac Heroda. Najlepiej oczywiście pałacowe pretorium, gdzie przez dwa lata był przetrzymywany, zanim z miejscowego portu wysłano go do Rzymu. Znał też reprezentacyjną salę na górze, w której wygłosił swą mowę obrończą przed Herodem Agrypą II, jego siostrą Bereniką i wieloma dowódcami. Wywarł ogromne wrażenie na słuchaczach, skoro król komentował: „Niewiele brakuje, a przekonałbyś mnie i zrobił ze mnie chrześcijanina” (Dz 26,28). Czy Berenika była jedyną obecną tam kobietą? Jako dama niezwykła, o dużym uroku i niepospolitej inteligencji budziła silne emocje. Nie wiadomo, jak wyglądała. Znano tylko pierścień z diamentem, który nosiła. Tego daru Agrypy zazdrościły jej nawet Rzymianki. Brat obdarował nim swą bezwstydną siostrę, kiedy Berenika się rozwiodła i zamieszkała z nim. Łączyła ich miłość gorętsza od tej, jaka przystoi rodzeństwu. Mowa Pawła musiała ją zatem wzburzyć, bo jako Żydówka ulegała wpływom kultury greckiej i żyła dość swobodnie. Osiem lat później miała też romans z Tytusem, późniejszym cesarzem. Tym, który zburzył Jerozolimę.

Paweł w portowym mieście bywał już wcześniej. Gościł u diakona Filipa, który nabył tu dom. Cezarea też nie była obca Piotrowi. Spotkał się tu z rzymskim oficerem, który potem z całym domem nawrócił się na chrześcijaństwo. Najciekawszym miejscowym odkryciem jest sporządzony w języku aramejskim spis rodzin kapłańskich. Rozpierzchły się one po różnych miejscowościach po upadku Jerozolimy i zniszczeniu Świątyni. Według inskrypcji kapłani z porządku Elkalira uczynili Nazaret swoim domem. Ten ślad zaprowadzi nas tam, gdzie dorastał Jezus.

Czas wracać do autokaru. Przed nami niecałe dwie godziny jazdy, a właśnie mijamy ekskluzywną dzielnicę. Obszerne domy w kolorze piaskowca otulają palmy i drzewka pomarańczowe. Ich urodę podkreślają złociste światła, dyskretnie ukryte pośród zieleni. W tym zaciszu mieszka elita: politycy, milionerzy, naukowcy i artyści. Pełen zachwyt. A przewodniczka dodaje: „W Izraelu liczy się każdy, bo wszyscy chcą pracować dla swojego kraju”. Prawda, sam naród jest cudem. Przemiany dokonały się tutaj niezwykle szybko i pośród niesłychanej mieszanki etnicznej. Przybysze z pięciu kontynentów, reprezentujący różne kultury, scalili się w jeden naród zaledwie po dwudziestu pięciu latach. Czyżby za sprawą wspólnego niebezpieczeństwa? Wrogowie, planując wymazanie Izraela z mapy świata, przyczynili się do jego zjednoczenia. Zło obróciło się w dobro. Bóg jest w tym specjalistą. Dowodem choćby czasy starożytne i historia pogańskiego proroka Bileama. Opłacony pieniędzmi króla Moabu, miał przekląć Boży lud. Lecz plan się nie powiódł. Prorok, choć palił się do nagrody, zamiast im złorzeczyć – błogosławił. I to trzykrotnie. A uczynił to tak pięknie, że jego słowa Żydzi do dziś przytaczają w porannej modlitwie: „Jakubie, jakże piękne są twoje namioty, mieszkania twoje, Izraelu!” (Lb 24,5). Kiedy król zażądał, by Bileam się z tego wytłumaczył, odparł: „Czyż nie muszę powiedzieć tego, co Pan włożył w moje usta?” (Lb 23,12). A jak jest dzisiaj? Na ulicach pełzający antysemityzm. Mury „zdobią” gwiazdy Dawida na szubienicach, a w powietrzu krążą obelżywe epitety. Tak pseudochrześcijanie wspierają starszych braci w wierze. Kochają Izrael, ale nienawidzą Żydów. Nie pamiętają, że Jezus (hebr. Jeszua) był Żydem, tak jak Jego żydowska matka, Maria (hebr. Miriam).

Wjechaliśmy do Galilei, słynnego ewangelicznego trójkąta12. Tu Jezus nauczał, uzdrawiał i karmił. Zmierzamy do Tyberiady, największego miasta nad Jeziorem Galilejskim. W czasach biblijnych było nekropolią, dla pobożnych Żydów miejscem rytualnie nieczystym. Nawet u progu nowej ery nie chcieli tutaj zamieszkać. Poza tym ów rejon nawiedzały trzęsienia ziemi. Dopiero syn Heroda Wielkiego wzniósł miasto od podstaw i nadał mu imię imperatora Tyberiusza. Położone na zachodnim brzegu jeziora, będzie dla nas świetną bazą wypadową. Stąd będziemy wyruszać na zwiedzanie sąsiednich historycznych miejscowości.

Dopada nas zmęczenie. Nareszcie dostrzegamy hotel. Jesteśmy na miejscu. Wprawdzie dostałyśmy z Olą pokój „bez widoku”, ale i tak jest super. Bierzemy szybki prysznic i schodzimy na kolację. Na szwedzkim stole bogactwo kolorów i smaków. Przeróżne przystawki, grillowane bakłażany, papryka i zdrowe mięsa. Nie zachwyca ryba św. Piotra13, raczej oścista i tak sobie przyprawiona. Skorupiaków nie ma. Zabraniają zasady koszerności – morskie stworzenie musi mieć płetwy i ogon. Mała strata, owoców morza i tak nie lubię. Wreszcie czas na kawę, dla mnie oczywiście z mleczkiem. Tu jednak mleka ani śmietanki nie dostaniemy, podobnie jak żadnego mlecznego deseru. Tam, gdzie serwują mięso, pojawienie się nabiału byłoby niekoszerne.

W sali obok, otwartej na oścież, odbywa się zjazd seniorów. Zadziwiają witalnością. Niektórzy wyglądają świetnie. Chyba dzięki opiece medycznej na najwyższym poziomie. Tutejsze kliniki słyną z leczenia chorób reumatyzmu i kręgosłupa. W środku gwarno i wesoło. Podobno narody trwają, póki śpiewają, więc i tu po chwili zaczynają śpiewać. Wiele znajomych melodii. Te żydowskie piosenki jakoś w nas tkwią. Przysiadłabym i pośpiewała z nimi. „Ten, kto szczęśliwego serca, wiecznie ucztuje” – mówi przysłowie. A tu chyba nie wszyscy szczęśliwi. Przecież wielu dotknął Holokaust. Dorastali w cieniu śmierci. Dzieciństwa zabrakło, a młodość za szybko się zestarzała. Trauma naznaczyła organizm dziecka strasznym czasem. Do końca życia ma podwyższony poziom kortyzolu i ten zabójczy hormon stresu przekazuje następnemu pokoleniu. A jednak na tych twarzach traumy nie widać. Żyją jakby jej na przekór, po to, by ją odegnać i wyśmiać. Mają przykazane, żeby się radować. Kiedy człowiek się śmieje, przestaje się bać i czuje się wolny. Dlatego cenią dobry humor. Kiedyś Żyda wracającego z wesela zapytano, czy jedzenie było dobre: „Gdyby zupa była tak ciepła jak wino, wino tak stare jak kurczak, a kurczak tak tłusty jak panna młoda, to byłoby to nadzwyczajne jedzenie”. Liczy się tu i teraz. W drodze do pokoju koleżanka zauważyła: „Nasze chrześcijaństwo bez radości jest jego karykaturą. Skoro nie jesteśmy radośni, może nie jesteśmy święci?”. Coś w tym jest. I dorzuciła: „Od nudnych dewocji i kwaśnych twarzy świętych zachowaj nas, Panie!”. Amen.

Zastanawia nas ten wieczór. Żydzi mają tysiące powodów do zmartwień. Poza tym łatwiej się martwić niż cieszyć. A może ta radość wypływa z zaufania Bogu? Choć pewnie nie wszyscy w Niego wierzą. Tak czy inaczej, w tym kraju wiara okazuje się bezcenna. Amos Oz14 w jednej z książek przyrównał państwo Izrael do obozu uchodźców wznoszonego w pośpiechu, gdzie wszystko pachnie świeżą farbą: kołysanki, słowa miłości, a nawet babcie.

Na początku nie wszystko było takie, jak sobie wymarzyli. Ale dobro spotyka tych, którzy czekają. Minęły lata. Dziś Izrael jest spiżarnią Bliskiego Wschodu i supernowoczesnym państwem – nową Doliną Krzemową. Wykształcenie zawsze było dla Żydów priorytetem. Obsesyjnie koncentrowali się na nauczaniu, co zaowocowało ogromną ilością osiągnięć w wielu dziedzinach. Zajmują drugie miejsce na świecie pod względem wynalazczości. Brak bogactw naturalnych rekompensują nowoczesnymi technologiami. Prawdziwy dar niebios. Grecy wieńczyli atletów, średniowieczni Europejczycy – rycerzy i świętych, współczesny świat – artystów i celebrytów. Żydzi konsekwentnie przez tysiące lat wyróżniają ludzi wiedzy i intelektu. I choć stanowią zaledwie 0,25 procent ludności świata, są posiadaczami największej liczby Nagród Nobla w medycynie i naukach ścisłych. Świat im zazdrości. Podczas prelekcji na temat wkładu Żydów w cywilizacyjny rozwój świata padają takie nazwiska, jak Einstein, Rubinstein, Freud, Kolumb, Mickiewicz… Jakaś oburzona kobieta nie wytrzymała: „Jezus Maria!” – krzyknęła. „Też Żydzi” – usłyszała. Bóg zapowiedział, że będą dla świata błogosławieństwem – w szerokim tego słowa znaczeniu.

ZADOMAWIAM SIĘ

Zmęczenie minęło. Jest po 21:00. Spontanicznie powstaje siedmioosobowa grupa. Chcemy obejrzeć promenadę nad jeziorem. Zapomniałam dodać, że do Izraela przyjechaliśmy podczas święta Sukkot, Święta Namiotów. Żydzi mają obowiązek potwierdzać swą wiarę i przypominać wydarzenia, w których uczestniczyli ich przodkowie. Plony zebrane, spichlerze pełne, więc serca ludzi wypełnia dziękczynienie za otrzymane dary. Dobrze od czasu do czasu policzyć Boże błogosławieństwa. I nie zapominać o Tym, który ich prowadził do tej ziemi: „Przez siedem dni będziecie mieszkać w szałasach […], aby pokolenia wasze wiedziały, że kazałem Izraelitom mieszkać w szałasach, kiedy wyprowadziłem ich z ziemi egipskiej” (Kpł 23,42-43). A takie nocowanie do przyjemnych nie należało, zwłaszcza wtedy, kiedy dni były krótsze i chłodniejsze.

Dzisiaj, gdy ludzi ciągnie do chowania się w domu, Żydzi znów wychodzą ze swoich siedzib do namiotów, zwanych sukka. Nie wydają się bezpieczne. Płachty drżą na wietrze, zamiast dachu – niebo, a wkoło noc. Czyha niczym wrogi świat, by nimi potrząsać. I tak od tysięcy lat. Siedzą w sukkach, bo tu łatwiej się podłączyć do Boskich zasobów. Życie jest jak namiot – mieszkaniem tymczasowym. Jedyną pociechą Boża obecność i opieka. Zaufali jej. I temu, który czuwa nad nimi na pustyni życia. A skoro na ziemi jesteśmy na chwilę, warto wyrzec się na krótko wygodnego życia. Pozostawić ciepłe domy, telewizję, komputery i smartfony. Wszystko to, do czego jesteśmy przywiązani. Taki chwilowy brak przypomina, że żyją wśród nas ludzie biedni i słabi, którzy przez cały rok doświadczają znacznie większych niedostatków.

Podoba mi się ich dewiza: „Jeśli chcesz o czymś pamiętać, musisz to robić”. Stawiają zatem namioty co roku, do czego przykłada się cała rodzina. Widać je wszędzie: w ogrodach, na podwórkach, na balkonach i ulicach. Niektóre skromne, inne malownicze, a czasem wręcz egzotyczne. Zabawne, gdy stoją przed restauracjami. Rolę ścian pełni sklejka lub tkanina, dachu zaś – gałęzie splecione tak, aby widać było niebo. Ozdabiają je często świeżymi warzywami i owocami. A wieczorami, tak jak przodkowie, zasiadają w nich do wspólnego posiłku, śpiewają i spoglądają w gwiazdy. Niektórzy nawet tu śpią. I tak przez siedem dni. Przebywanie w namiocie przypomina o ulotności ludzkiego życia. Lepiej nie trzymać się go zbyt kurczowo i świętować radośnie z przyjaciółmi bądź sąsiadami. Kto nie postawił sukki, też jest zapraszany na wspólny posiłek, zwłaszcza jeśli jest niezamożny. Bo obowiązek dobroczynności – cedaka15 – jest absolutnym wymogiem: „nie okażesz twardego serca […] ani nie zamkniesz swej ręki przed ubogim swym bratem” (Pwt 15,7), przypomina Bóg, a majętność i tak nie trwa wiecznie. Pomagasz biednemu, pożyczasz Bogu. Dlatego każdej nocy święty gość jest mile widziany, tak jakby to był sam Abraham, Jakub czy król Dawid. A u Żydów aszkenazyjskich16 znajdzie na stole sezonowe owoce, faszerowane warzywa, sałatki, pierogi, gołąbki czy jabłkowy strudel. Szczególne miejsce zajmuje ryba. Gra główną rolę we wszystkich świętach. Kiedy Żydzi wyszli z Egiptu, wspominali ryby, które jadali tam za darmo (Lb 11,5). W dawnym sztetlu17 na święta nawet ostatni biedak musiał wysupłać grosz choćby na śledzia. Ryba była symbolem płodności, bogactwa i pomyślności. Dzisiaj widnieje na świątecznych kartkach z życzeniami: „Obyś był głową, a nie ogonem”.

W Sukkot Bóg miał obwieszczać: „Jeśli przyjdziesz do mojego Domu, Ja przyjdę do twojego”. Dlatego na to najradośniejsze święto w roku Żydzi ściągają do Izraela z najdalszych zakątków świata. Jak przed wiekami, kiedy zmierzali do Jerozolimy całymi rodzinami, często przy tym śpiewając. Czekało ich przecież wspólne świętowanie, na które odłożyli dziesiątą część swych dochodów. Wprawdzie dziesięciną dzielili się z kapłanem, lecz całą resztę przejadali w towarzystwie krewnych i Pana Boga, który lubi, gdy człowiek się cieszy. Bo jest Bogiem biesiadnym i szczodrym. Jego słońce wschodzi nad złymi i nad dobrymi (Mt 5,45). Każde święto przychodzi we właściwym czasie. Tak jak Jezus Mesjasz. Pieśń nad pieśniami mówi: „Ja śpię, lecz serce me czuwa: Cicho! Oto miły mój puka!” (Pnp 5,2). I wreszcie nadszedł. Dlatego do Izraela przyjeżdżają świętować również chrześcijanie. Są przekonani, że właściwym czasem narodzin Jezusa jest Sukkot, a nie Boże Narodzenie, ustanowione tradycją w miejsce pogańskich świąt narodzin Słońca. Żydowski Jeszua Mesjasz przyszedł na świat i zamieszkał w Izraelu, pośród swoich. Stał się symbolem Namiotu Spotkania, w którym Bóg mieszkał kiedyś z Izraelitami na pustyni. Teraz On – Emmanuel, „Bóg z nami” – zamieszkał w sercach pogan, którzy także Go pokochali.

Po wyjściu z hotelu chcemy ominąć zabudowania, by jak najszybciej dotrzeć do jeziora. O drogę nie ma kogo zapytać, bo ciemno, a uliczki puste. Z koleżanką wyprzedzamy nieco grupę i od razu dostrzegamy rodzinę z dwójką dzieci. Ubrani odświętnie, zapewne wracają do domu po fecie, co widać po okrągłej tacy niesionej przez mamę. Podbiegamy i pytamy o drogę. Rodzice nie mówią po angielsku, synek słabo. Ręce i uśmiechy podziałały: mamy cały czas iść w dół. Na odchodnym kobieta unosi serwetkę i częstuje nas ciasteczkami. Kiedy słyszy, że jesteśmy z Polski, podsuwa tacę i reszcie grupy. Pozostawiamy tacę nieco opróżnioną i żegnamy się serdecznie. W Izraelu chyba nas lubią!

Dostrzegamy skrzyżowanie. Na światłach od dłuższego czasu stoi subtelnej urody Żydówka w czarnej sukni i ślicznym toczku na głowie. Stoi i czeka, choć nic nie jedzie. Jesteśmy zdziwieni, dlaczego po prostu nie naciśnie przycisku. Nasz przytomny kolega zauważył, że jest szabat18 i ona tego zrobić nie może. Wyręczamy ją i razem przechodzimy na zielonym. W żydowskim kalendarzu doba zaczyna się wieczorem, więc szabat startuje w piątek, o zachodzie słońca. Ścisły zakaz pracy obowiązuje do sobotniego wieczoru. Nie włącza się światła ani telewizora, nie mówiąc o jeździe samochodem. Nie kursują autobusy, ulice pustoszeją, miasto spowija senna cisza. Jesteśmy na oddzielnej wyspie czasu, gdzie fenomen żydowskiego szabatu trwa od wieków. I zawsze ich spajał. Ale kto kogo zachował? Czy to Żydzi zachowali szabat, czy szabat zachował Żydów? W czasach cesarstwa rzymskiego w Rzymie, po zachodniej stronie Tybru żyła duża kolonia żydowska. Byli wyzwoleńcami, więc obywatelami rzymskimi. Dbali jednak o zachowanie żydowskich tradycji. W piątek po godzinie 15:00 nie wolno ich było zmuszać do stawienia się w sądzie. Tak zarządził August. Mieli własne synagogi, do których chodzili w każdy szabat. I specjalne piece do ogrzewania szabatowego pożywienia, by nie rozpalać ognia. Kiedy w roku 70 n.e. Jerozolima upadła, szeregi Żydów powiększyli uchodźcy. Spotykano ich na rynku, gdzie wymieniali siarkowe zapałki za naczynia stołowe potrzebne do przygotowania szabatowej kolacji. Według Rzymian szabat dowodził, że Żydzi są z natury leniwi, ponieważ tylko oni cieszyli się dniem odpoczynku. U nich ludzie pracowali na okrągło.

Ciekawe, dlaczego po stworzeniu świata Bóg także odpoczął (Rdz 2,2). Choć pewno nie musiał, bo się nie męczy. Nasze tempo życia nie ułatwia odpoczynku. Lepiej naśladować Najwyższego. Zatrzymać się. Odnowić siły. Odświeżyć dech życia, który w nas tchnął. Niech dusza nabierze energii. W hebrajskim istnieje ścisły związek odpoczynku z pracą, mają ten sam rdzeń. Chodzi o słowo „służyć”. Praca jest służbą na czyjąś rzecz, dla czyjegoś dobra. To przynosi Bogu chwałę. Dziś pracujemy dla pieniędzy. Dla Mammona19, któremu nigdy nie dość. A przecież odpoczynek również nam SŁUŻY – i to w całej rozciągłości. Nawet w raju Adam i Ewa zaczęli od szabatu. Zostali stworzeni i odpoczęli. Chociaż nie mieli po czym. Czyżby Stwórcy o to właśnie chodziło? W szabat nie można pracować, pościć ani się smucić. Widać dla Boga nie jest ważne, ile pracujemy, lecz jak wypoczywamy. Z dwóch sióstr Jezus pochwalił umiejącą wypoczywać Marię, a nie stale zabieganą Martę.

W piątek przed wyjściem z pracy kolega zagadnął europejskiego Żyda: „Czym jest dla ciebie szabat?”. „W domu czekają już na mnie żona i dzieci. Ubrani odświętnie wyglądają nadzwyczaj uroczo. Zasiadamy do dobrego posiłku. Na stole kwiaty i tradycyjne symbole szabatu: zapalone świece, chałka, faszerowana ryba i srebrny kielich po dziadku, pełen wina. Zgodnie z tradycją błogosławię córkę i syna, a potem śpiewamy. Dzieci wiedzą, że szabat to okazja do zadawania pytań, więc Biblia, encyklopedie i atlas wędrują na stół. Pytania często dotyczą Boga. Żona i ja odpowiadamy, czasem nieudolnie, ale najlepiej jak potrafimy. I po prostu odpoczywamy”. Kiedy skończył, usłyszał: „Religii ci nie zazdroszczę, ale szabatu tak”.

To jakby w Polsce co tydzień obchodzić wigilię. Kiedyś uczestniczyłam w szabatowej kolacji. Trwała długo. Jedzenie było dobre i wina na stole dość. Nikt się nie śpieszył następnego dnia do pracy. Rodzice i przyjaciele mogli ze sobą rozmawiać na głębszym poziomie. I także razem się pośmiać. To umacnia więzi. Zachowując szabat, zachowują też pamięć o Bożej wierności. Dwie świece na szabatowym stole podpowiadają: „Pamiętaj i czyń”. Wiara powinna mieć dobrą pamięć. A czas uświęca także zmiana zachowania.

Blu Greenberg20 napisała:

Przez sześć dni będziesz pracoholikiem – siódmego dnia znajdziesz się w spokojnym towarzystwie istot ludzkich.

Sześć dni będziesz wykonawcą poleceń szefa – siódmego dnia będziesz panem własnego życia.

Sześć dni będziesz tworzyć, projektować, wymyślać, jeździć, motywować – siódmego dnia będziesz rozważać.

Sześć dni będziesz się martwić sprawami finansowymi – siódmego dnia zapomnisz, że istnieją pieniądze.

Sześć dni będziesz uosobieniem sukcesu – siódmego dnia będziesz pamiętać, że nie wszystko zależy od ciebie.

W szóstym dniu będziesz żałosnym nieudacznikiem – siódmego dnia będziesz na samym szczycie.

Sześć dni będziesz doświadczać błogosławieństwa pracy – siódmego dnia zdasz sobie sprawę, że być jest równie ważne, jak działać.

Nareszcie dotarliśmy do promenady. Już dawno po zachodzie słońca. W Izraelu noc zapada z pominięciem wieczoru. Zmierzch trwa krótko i słoneczna kula szybko znika za horyzontem. Teraz nad jeziorem powitał nas silny wiatr. Mierzwi nam włosy, wdziera się do płuc. Oddychamy głęboko. I podziwiamy palmy, które tutaj… słychać! Tak głośno szumią na wietrze. Atmosfera radykalnie się zmieniła. Czujemy, że jesteśmy w kurorcie, w którym z głębokości 2 tysięcy metrów wypływa siedemnaście gorących źródeł mineralnych. Jedno, pod samym jeziorem, zawsze wykazywało oznaki wulkanicznego wzburzenia. Urlopowiczom podatność na trzęsienia ziemi nie przeszkadza. Przyciągają ich piękne plaże i łagodny klimat. W lecie temperatura wody dochodzi do dwudziestu ośmiu stopni Celsjusza.

Wchodzimy w kolorowy tłum spacerowiczów. Ortodoksi, na znak żałoby po zniszczonej Świątyni, noszą się na czarno, i tak będą się nosić – dopóki nie przyjdzie Mesjasz. Tu ich nie widać. Może deptak wieczorową porą to zbyt rozrywkowe miejsce. Tafla jeziora nieco wzburzona. Na tle ciemnych, ledwo zarysowanych wzgórz wygląda tajemniczo i intrygująco. Zwłaszcza że na drugim brzegu, w sporym oddaleniu, strona syryjska. Po lewej sylwetki hoteli, ich rozświetlone, eleganckie restauracje zachęcają do wejścia.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się nad brzegiem, przy pomniku harfy – jezioro zwą Kinneret, „harfa”, bo widok z góry przypomina ten instrument. Ma podświetloną tablicę ze wskaźnikiem poziomu wody. Teraz świeci na czerwono, co oznacza, że jest znacznie obniżony. Kiedy zagadnięta para żywo to komentuje, niespodziewanie rozmowę przerywa nam jakiś dźwięk. Wydobyły go strużki wody, które nagle pojawiły się na górnej krawędzi harfy. Wyglądają jak struny. I harfa zaczęła grać! Wyzwoliła też refleksję, bo u nas się wody nie docenia i marnuje. Czy to samo robimy z czasem? Bez przesady, nie podczas zwiedzania.

Za niecałą godzinę północ. Czas wracać, jutro pobudka o siódmej. Do hotelu została jedna przecznica. Mijamy młodego Izraelczyka, uśmiecha się i łamaną angielszczyzną nieśmiało o coś prosi. Zrozumieliśmy, żeby iść za nim. Wkrótce wchodzimy do dusznej sukki. W środku na plastikowych krzesłach siedzą dwie dziewczyny i chłopak. Wnętrze udekorowane zielonymi gałązkami, owocami i ozdóbkami, jak u nas w Boże Narodzenie. W rogu stoi wentylator, chyba zepsuty. Okazuje się, że nie, trzeba tylko nacisnąć przycisk. Wentylator już chodzi, a nas znowu częstują. Zostać nie możemy, więc po ciasteczku i biegiem do hotelu. Szybko do windy. Nie ma drzwi, wolno jeździ i nie ma przycisków. To oczywiste, jest szabat. Cudowny szabat!

WOKÓŁ JEZIORA I NIE TYLKO

Śniadanie pyszne: dominują lokalne sery, wędlin brak. Są za to jajka, śledzie, tuńczyk, sałatka izraelska (pomidory, ogórki i cebula) oraz różne dipy: tehina, na bazie grubych ziaren sezamu, humus i purée z pieczonego bakłażana. Dla mnie same delicje. Dziewczyna z naszej grupy przyniosła przywiezione z domu salami i położyła obok twarogu. Wybuchła mała afera. Dziewczyna została przez kelnerkę zrugana, choć wędlina leżała tylko na jej talerzu. Czyżby salami skaziło również talerz? Nabiał w towarzystwie mięsa jest absolutnie zakazany.

Sprawę koszerności w ciekawy sposób wyjaśnił profesor żydowskiego pochodzenia. Otóż Bóg zabronił Hebrajczykom gotowania koźlęcia w mleku matki, bo tak robili poganie. Wylewali je potem na pola i karmili bożki, aby zapewnić sobie obfite plony.

Ten drobny incydent nie odebrał nam humoru. Po kolejnej dobrej kawie nadszedł czas na chałki, maślane bułeczki, owoce i jogurty domowej roboty. A wszystko tak dobre, jak w Polsce przed wojną. Tak zwykł mawiać mój teść smakosz.

Piaskowe dachy Tyberiady, bujna galilejska roślinność i woda. Rano krajobraz wokół portu przypomina oazę. Lazur jeziora cudnie odbija słońce, a na wietrze znowu szumią wysokie palmy. Nocą ów szum za oknami hotelu brzmiał jak ulewa. A to tylko wiatr, który – słowami pisarza – spadając od strony Gór Libańskich, gonił fale naszego Jeziora Genezaret21. Największego w kraju zbiornika świeżej wody, z rzeką Jordan przepływającą pośrodku. Ponieważ jezioro jest ogromne, zwą je Morzem Galilejskim lub Tyberiadzkim. Dzisiaj zwiedzamy jego brzeg. To jedyne „morze”, które można obejść wkoło (53 kilometry) lub przepłynąć z jednego brzegu na drugi (13 kilometrów). Leży w przepięknej, żyznej dolinie, od zachodu otoczonej malowniczymi wzgórzami Galilei, od wschodu – surowo wyglądającymi wzgórzami Golan.

Niegdyś bliżej brzegu rosły drzewa owocowe. Dziś jezioro okala jedynie wąski pas płaskiego brzegu. Na jego obrzeżach usypano sztuczne plaże z kąpieliskami i ośrodkami sportów wodnych. Dawniej przebiegał tędy morski szlak handlowy, lądowa Via Maris łącząca Mezopotamię i Syrię z Egiptem. Toteż chętnych do osiedlenia się w tak atrakcyjnym miejscu nigdy nie brakowało. Większość apostołów pochodziła z rybackich osad położonych wokół jeziora. A rybołówstwo rozwijało się tu świetnie, skoro rybacy już wówczas dysponowali dwustu trzydziestoma łodziami. Dużą flotę miała Magdala. Jej nazwa, pochodząca od hebrajskiego słowa migdal, znaczy „wieża”.

Prawdopodobnie chodziło o wieżę rybną. Budowlę o takiej konstrukcji, która umożliwiała suszenie ryb na powietrzu, przed ich transportem do odległych targowisk. W starożytności nie znano metody chłodzenia żywności, więc świeże ryby były bardzo rzadko spożywane. Dlatego podstawą ówczesnej diety były ryby suszone i solone. A Magdala, skąd pochodziła Maria Magdalena, była właśnie ważnym ośrodkiem rybołówstwa i handlu rybami solonymi. Wiele historycznych wydarzeń z życia Jezusa toczyło się w okolicznych miasteczkach.

Zatrzymujemy się w słynnej dolinie Tabga22. Zawsze była popularna wśród rybaków ze względu na źródła. Dzięki nim woda w tej części jeziora jest znacznie cieplejsza. Służy to namnażaniu się glonów, które przyciągają ryby. Dlatego rybacy łowią na tym obszarze od tysięcy lat. Swoją sieć zarzucali tu również Piotr i Andrzej, kiedy podszedł do nich Jezus idący wzdłuż brzegu. W podobnych okolicznościach „Pójdź za mną” usłyszeli synowie gromu, bracia Jakub i Jan, gdy naprawiali sieci swego ojca, Zebedeusza. Potem właśnie ów pełen ognia, mściwy i gwałtowny Jan został apostołem miłości i pokoju. Ciekawe… te przydomki brzmią niepokojąco. A jednak… Jezus właśnie ich wybrał. Nie tłumy, lecz uczniów. Oni mieli być bliżej. Chciał im dać swoją obecność. Nie zasady. A potem Ducha, aby sami zostali mistrzami i zmieniali rzeczywistość. Podobno kiedy cień wielkiego lidera jest ogromny, w pobliżu nic nie urośnie. Z Jezusem było odwrotnie. Wracając do tłumów. Jesteśmy w miejscu, w którym stale przewijają się ludzie. Kiedyś przyszło tu nawet 5 tysięcy, aby posłuchać Jezusa. Później ich nakarmił i w towarzystwie uczniów spożył posiłek na kamieniu, który znajduje się w jednym z kościołów. Dziś obowiązkowo wszyscy zaliczają sklep z pięknie malowaną ceramiką. Kupiłam talerz z mozaiką przedstawiającą chleb i ryby. Postawię na parapecie obok menory.

Jedziemy dalej. Nad brzegiem, na wzniesieniu dostrzegamy ledwo widoczne resztki wież krzyżowców. Zanim dotrzemy do Kafarnaum, zjeżdżamy z drogi zobaczyć Górę Błogosławieństw. Właściwie jest wzgórzem, których wokół sporo. A wszystkie są do siebie podobne. Długo rozważano, które jest tym właściwym. Sprawę rozwiązali dopiero specjaliści od akustyki. Zbadali, z jaką mocą rozchodzi się głos na wszystkich okolicznych wzgórzach. Wykluczyli wszystkie, oprócz jednego. Rozwiali wszelkie wątpliwości i teraz jesteśmy na tym właściwym. Jedynym, z którego kilka tysięcy ludzi mogło usłyszeć głos Jezusa. Inne nie mają takiej akustyki. Czyż to nie ciekawe? Na jednej górce słychać, a na innych nie?!

Zaglądamy do Kościoła Błogosławieństw, wzniesionego także dzięki hojności Mussoliniego. Na posadzce ciekawa mozaika z symbolami siedmiu cnót (sprawiedliwości, dobroczynności, roztropności, wiary, męstwa, nadziei i umiarkowania). Ośmioboczną budowlę otacza zadbany ogród, pielęgnowany przez siostry franciszkanki. Pełno tu kwiatów i egzotycznych roślin. Ładnie wyglądają na tle jeziora, które stąd widać doskonale. Ta woda jakoś przyciąga, siadamy w jej pobliżu i z wysokości 150 metrów patrzymy na jezioro, tak jak niegdyś słuchacze Jezusa. Chłoniemy kojący obraz. Każdy chce nacieszyć oczy widokiem. I usłyszeć ptaki, bo zleciały się z całej okolicy. W takiej scenerii miło się czyta Boże błogosławieństwa (Mt 5). Zwłaszcza na głos, a ten od brzegu niesie się dobrze. Chciałoby się zatrzymać urok i spokój tego miejsca! Siedzimy w autokarze, a do mnie powracają przeczytane słowa. Szczególnie pochwała cichych i ubogich w duchu, do których należy Boże Królestwo. Jakże mi do nich daleko! Zwykle bronię swych racji i często szczerze się mylę.

Czas na północny kraniec jeziora. Zbliżamy się do Kafarnaum. Jego hebrajska nazwa znaczy „wioska Nahuma”, choć nie wiadomo, kim on był. Dawniej ta niewielka wioska rybacka ciągnęła się wzdłuż brzegu aż 3 kilometry. Ponieważ leżała w pobliżu traktu, którym podążały karawany z Syrii, szybko się rozrosła do rozmiarów miasta. Zwłaszcza kiedy powstał urząd celny i niewielki rzymski garnizon. Odkryte prasy do wyciskania oliwy oraz żarna do mielenia zboża sugerują, że źródłem dochodu mieszkańców było też rolnictwo.

Czytając w Biblii o nauczaniu i cudach Jezusa, dobrze to miejsce zapamiętałam. Przybył tu po uwięzieniu Jana Chrzciciela i od tamtego czasu Kafarnaum stało się Jego stałą bazą. Jeśli miał potrzebę posiadania drugiego domu – tu go znalazł. Choć o większości mieszkańców trudno powiedzieć coś dobrego. Wprawdzie widzieli, ile dobra wyświadczył, jak uzdrawiał paralityków, wyleczył teściową Piotra, wskrzesił z martwych córkę Jaira… Jednak bulwersowało ich to, że miejscowych wieśniaków i rybaków uczynił swoimi uczniami. Nie mówiąc już o powołaniu celnika Mateusza, który czerpał ze swej profesji niezłe profity. Podobnie jak zwierzchnik celników, Zacheusz z Jerycha. Niskiego wzrostu, lecz niezmiernie bogaty. Spał na pieniądzach, których Jezus nigdy nie miał, choć żył w świecie obsesyjnie skupionym na mamonie. Kiedyś sprawdzono, co młody rabi myśli o płaceniu podatków, i pokazano Jezusowi srebrny denar z profilem cesarza. Taki sam, jaki widniał na sztandarach, z którymi Piłat paradował po Jerozolimie (Mt 22,16-22). Właśnie w imieniu gubernatora poborcy podatków ściągali pieniądze dla Rzymu. Dlatego byli znienawidzeni i traktowani z pogardą, niczym prostytutki. Skoro tak nisko upadli, zaprzedając się okupantom, jedyne, co im pozostało, to wejść na drogę zbawienia. Tacy potrafili w Świątyni pochylić czoło i w pokorze bić się w piersi, szczerze żałując.

Wchodzimy do miasta główną ulicą. Dawniej wokół niej tworzyły się małe dzielnice z bocznymi, ślepymi uliczkami. Na skraju jeziora widzimy coś zaskakującego. Wyglądem przypomina latający spodek, a jest współczesnym kościołem wzniesionym na fundamentach domu Piotra. Architektonicznie zupełnie nie pasuje ani do tego miejsca, ani do okolicy. Domostwo Piotrowe, zbudowane z bazaltowych bloków, wzmocniono kamieniami i błotną zaprawą. Brukowana posadzka dowodzi, że właściciele do biednych nie należeli. Niewielkie mieszkalne pomieszczenia tworzą kwadrat z dziedzińcem pośrodku. Tam znajdował się okrągły piec, żarna oraz schody prowadzące na dach domu. Ten dziedziniec duża rodzina dzieliła z krewnymi. Tu się gotowało, jadło i pracowało. Także tutaj czekali chorzy, podczas gdy Jezus nauczał w zatłoczonym domu. Kiedyś z powodu nadmiaru ludzi naruszono konstrukcję dachu i sparaliżowanego spuszczono do środka. Na szczęście pokrycie stanowiły lekkie drewniane belki poprzetykane chrustem i gliną. Dom, podobnie jak większość domów w okolicy, nie miał łazienki. Odnaleziono za to garnki, talerze i amfory z gliny oraz haczyki na ryby, ciężarki do sieci a także szpilki tkackie.

Dom Piotra stoi pomiędzy brzegiem jeziora a synagogą. Teraz zmierzamy do niej. Należy do najstarszych na świecie. Ma rzymskie kolumny i jest zbudowana z białych kamieni wapiennych. Ta biel ją wyróżnia spośród innych budowli z miejscowego czarnego bazaltu. Pod fundamentami odkryto pozostałości synagogi jeszcze starszej. I właśnie do niej przychodził Jezus. Podczas jednego z szabatowych spotkań został skonfrontowany z mocą demoniczną i uwolnił opętanego (Mk 1,21-27). Tam też mówił o sobie, że jest Chlebem Życia, który zstąpił z Nieba. Kafarnaum łączę z piękną relacją o rzymskim setniku, który szanował Żydów i wystawił im synagogę. Kiedyś poprosił Jezusa o uzdrowienie swego sługi. I został przez Mistrza pochwalony: „Tak wielkiej wiary nie znalazłem nawet w Izraelu” (Łk 7,9). Podobno ci, którzy żyją nadzieją, widzą dalej. Ludzie żyjący miłością, widzą głębiej. Ale ci, którzy żyją wiarą, widzą wszystko w innym świetle. Setnik do takich należał. To prawda, że Jezus uczynił w tym mieście wiele cudów i często nauczał w miejscowej synagodze. A jednak… z powodu niewiary mieszkańców nie znalazł tu wielu naśladowców. Dopiero po Jego zmartwychwstaniu w domu Piotra spotykała się jedna z pierwszych gmin judeochrześcijańskich.

Przewodniczka wspomina dwie kobiety, których historie rozegrały się niedaleko. Młodszą i starszą połączyło dwanaście lat. Dla jednej koszmarnie długich, dla drugiej ulotnych niczym para wodna. Pierwszą kobieca przypadłość skazała na powolne umieranie. Druga dzięki niej stawała się kobietą. Starsza dwanaście lat krwawiąc, żyła w samotności, z piętnem wykluczenia. Młodsza, dwunastoletni kwiat w rozkwicie, zbyt krótko cieszyła się obecnością bliskich. Jedna ośmieliła się dotknąć Jezusa. Drugą dotknął On sam. Kobietę rytualnie nieczystą przywrócił społeczności. A nastolatce wyrwanej śmierci przywrócił życie (Mk 5,21-43). Bóg powiedział Izraelitom: „Ja, Pan, chcę być twym lekarzem” (Wj 15,26). I to o wielu specjalnościach. Był anestezjologiem – wtedy, kiedy Adam „pogrążył się w głębokim śnie” (Rdz 2,21), ortopedą, gdy „wyjął jedno z jego żeber”, chirurgiem, bo to „miejsce wypełnił ciałem” (Rdz 2,21), a nawet chirurgiem plastycznym, wszak „z żebra, które wyjął z mężczyzny, zbudował niewiastę” (Rdz 2,22).

Wracamy do autokaru. Po drodze zatrzymujemy się w wyjątkowo ładnym kibucu Ginosar. W jego muzeum podziwiamy bezcenny wrak. Doskonale zachowaną najstarszą łódź na świecie (sprzed dwóch tysięcy lat) odnalezioną w słodkiej wodzie. Miała owalny żagiel i mogła pomieścić piętnaście osób. Niedawno została odkryta i podniesiona z dna. Co było nie lada sztuką! Pod wodą wstrzykiwano w nią specjalną pęczniejącą piankę, by ożebrowanie łodzi nie rozsypało się podczas wynurzania. Podobną pływał Jezus. Wkrótce i nas czeka rejs po jeziorze.

Dlaczego niektóre miejsca opisuję tak pobieżnie? Czy jest coś, co mnie drażni? Owszem. Dlaczego nie opisuję kościołów? Wiem, stoją na historycznych miejscach i są świadectwem przeszłości. Lecz czy mogą uszczęśliwić żydowskiego Jezusa? Stworzyliśmy religię, a On proponuje nam bliską więź. Jest Mesjaszem wędrownym. Lubi nam towarzyszyć. Chciał stworzyć nowego człowieka – swoją intymną świątynię. Ważne, aby jej nie zbezcześcić. Inaczej znieważymy imię Boga przed światem. Nasze życie znajdzie się w rozsypce. Przeżyjemy własną diasporę. Po co się tułać z drżącym sercem i wypatrywać za rogiem nieszczęścia? Lepiej studiować historię Izraela i nie powtarzać tych samych błędów (Ez 36,20), skoro mamy u boku zmartwychwstałego Mesjasza. Syna, którego Ojcem jest Bóg Morza Czerwonego, murów Jerycha i lwiej jamy. Siedzę i patrzę. Jest obrządek i porządek. Zabrakło mi wolnego ducha Ewangelii. Gdzie jest prostota bycia i życia mojego Zbawiciela? Urodził się w domu cieśli. Wychodził do ludzi. Nie przywdziewał delikatnych szat, a ręce miał twarde i mocne. Potrafił zrobić stół, przy którym by z nami zasiadł. Boski Człowiek – Jezus Mesjasz. Lubił biesiadować. Zaczął od Abrahama i uczniów. Bywał u tych, co Go do domu zaprosili. Wie, że ludzie za tym tęsknią. Dlatego stworzył wspólnotę. A kiedyś sam zaprosi nas do stołu – na ucztę (Mt 7,11-12)!

Rozmawiam z wieloma osobami o samotności, która pali jak ogień. Wiem, nie wystarczy powiedzieć: „Nie siedź jak kluska w zupie samotności!”. Lecz czy nie lepiej zaprzyjaźnić się z Jezusem? Jeśli Go pokochamy, rezultatem będą związki z innymi. Widzę to na przykładzie mojej mamy. Wcześnie została wdową. Dziś ma dziewięćdziesiąt lat i nigdy nie czuła się samotna. I nigdy się nie nudzi. Zaprasza do siebie na kawę. Przez telefon wysłuchuje i pociesza strapionych. Jeszcze niedawno wysyłała im kartki z życzeniami lub ciekawe bądź śmieszne mejle. Zakorzeniła się we wspólnocie ludzi młodych i starych. Spotyka się z nimi raz w tygodniu. Aktywnie uczestniczy w ich życiu. Interesuje się ich problemami. Dla wielu jest siostrą, mamą, ciocią lub kochaną babcią – z garścią słodyczy w torebce. I choć nierzadko coś ją boli, stara się uśmiechać. Do osób nowych podchodzi pierwsza. Sama niczego nie oczekuje, więc ludzie do niej lgną. Na jej przykładzie widzę, że samotni jesteśmy z wyboru.

Czy znowu nas czeka świątynia? Jest ich w Izraelu bez liku. Nie wiem dlaczego, ale ja się w nich duszę. Postanawiam czekać na zewnątrz i kontemplować w ciszy. Wszak nie one są święte, a mój Jezus Mesjasz. Szkoda, że tu wszystko odwrotnie. Wkrótce przejażdżka łodzią. Dobrze mi zrobi. Niech duch sobie trochę pooddycha! Chyba Jezus czuł podobnie, wypływając łodzią z uczniami. Wchodzimy na statek. Odbijamy od brzegu. I za chwilę… załoga wciąga na maszt polską flagę, a z głośnika płyną na powitanie dźwięki Mazurka Dąbrowskiego. I jak tu się nie wzruszyć!

Słyszymy, że za czasów Jezusa wokół jeziora istniało przynajmniej szesnaście portów. Zresztą własny port, choć niewielki, miały wszystkie większe osady. Największy należał do Gadary, pogańskiego miasta po wschodniej stronie jeziora. Zasobnego i znanego z produkcji świń na skalę przemysłową. Szczęśliwie z głośnika dolatuje pieśń o Nim. Zdaje się ogarniać całe jezioro. Dociera daleko do brzegu, a mnie zalewa fala gorąca. Doświadczam czegoś niesłychanie poruszającego. Fizycznie dotykam tego, co duchowe i niewypowiedzianie bliskie. Po tej wodzie chodził, swym donośnym głosem uśmierzył burzę…

Szmaragdowe jezioro, otoczone fioletowo brązowymi wzgórzami, jest malownicze… do czasu zmiany pogody. Za sprawą niskiego położenia jeziora (około 200 metrów poniżej poziomu morza), górskiego otoczenia i utrzymującego się w tym rejonie ciepła groźne burze pojawiają się tu zupełnie niespodziewanie. Pozorny spokój może nagle zakłócić gwałtowny sztorm. Wiatry wiejące przez galilejskie wzgórza potrafią w jednej chwili zmącić wody jeziora. Te ze wschodu, od wzgórz Golan, są jeszcze gwałtowniejsze. A uwięzione w dorzeczu Jordanu są dla rybaków wręcz zabójcze. W marcu 1992 roku burza wywołała fale trzymetrowej wysokości i woda wdarła się aż do centrum Tyberiady, powodując znaczne szkody.

Jeśli wziąć pod uwagę głębokość jeziora – dochodzącą do 45 metrów – nie dziwią obawy żeglujących uczniów. Szybko nastał wieczór, a oni, zmagając się z falami i wichurą, patrzyli na strome urwiska po przeciwnej stronie jeziora. Jezusa z nimi nie było. Ten, który panuje nad żywiołami, nie wyciszył ich emocji. Pozwolił na strach. Wie, ile potrafimy znieść, kiedy jesteśmy sami. Dlatego przyszedł, aby im towarzyszyć (Mt 14,22-33). Płynąc już jakiś czas, zauważamy, że niektóre zbocza są dość wysokie. Dawniej te po stronie wschodniej wznosiły się nawet na 200 metrów. Z takiego skakały do wody przerażone świnie, gdy Jezus uwalniał opętanego przez demony (Łk 8,26-39). Chwilo trwaj! Jak dobrze mieć Boga po swojej stronie. Przybiliśmy do brzegu.