Iwetta - Guy de Maupassant - ebook

Iwetta ebook

Guy de Maupassant

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Nowy Dwór Gdański

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 107

Rok wydania: 1976

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Henri Rene Albert Guy de Maupassant, ur. 5.VIII.1850 r. w Miromesnil, zm. 6.VII.1893 r. w Paryżu, pisarz francuski, przedstawiciel naturalizmu. Wychowywał się w Normandii, w latach 1872-1882 pracował jako urzędnik w Paryżu. Pierwszym jego próbom pisarskim patronował Flaubert, który wprowadził go w literackie środowisko Paryża. Pierwszą nowelą, która zdecydowała o jego karierze, była Baryłeczka (1880, wyd. pol. 1884). W twórczości Maupassanta można wyróżnić dwa zasadnicze kręgi tematyczne: paryski - przedstawiający życie burżuazji, konflikty w świecie drobnych urzędników, zawierający akcenty satyry i krytyki społecznej, oraz prowincjonalny - z przewagą tematyki normandzkiej, w której przejawia się swoisty, często rubaszny humor pisarza. Jego dzieła cechuje doskonałość budowy, precyzja opisu; jest wybitnym stylistą. Opublikował około 300 opowiadań i jest uważany za mistrza noweli francuskiej. Napisał też kilka powieści, m.in.: Bel Ami (1885, wyd. pol. 1887), Mont Oriol (1887, wyd. pol. 1912), Piotr i Jan (1888, wyd. pol 1913) oraz kilka sztuk teatralnych.

 

Guy de Maupassant

Iwetta

 

Guy de Maupassant

Iwetta

Przełożyła Eligia Bąkowska

 

 

Książka i Wiedza • 1976

 

Ilustracja na okładce i stronie tytułowej Mieczysław Wasilewski

Redaktor seriiMirosława Karpińska

 

Redaktor techniczny J. Duchnowska

Korektorzy: H. Leś-Cichal i F. Szczerbiak

 

Robotnicza Spółdzielnia Wydawnicza ,,Prasa—Książka—Ruch”

Wydawnictwo „Książka i Wiedza”,

Warszawa, październik 1976 r.

Wyd. II. Nakład 160 000+350 egz.

Obj. ark. wyd. 4,0. Obj. ark. druk. 7,5 (5,0). Papier druk. m. gł. kl. V, 65 g, 92X114 cm. Oddano do składu 19 III 1976 r.

Podpisano do druku w czerwcu 1976 r.

Druk ukończono w październiku 1976 r.

Łódzkie Zakłady Graficzne — Zakł. nr 1 Łódź, ul. Rewolucji 1905 r. nr 45.

Zam. nr 723/11/76. Cena zł 10,—

Dziewięć tysięcy czterysta siedemdziesiąta druga publikacja „KiW”

1

Wychodząc z „Cafe Riche”, Jan de Servigny zwrócił się do Leona Saval:

— Może byśmy poszli pieszo? Jest zbyt ładnie, aby brać dorożkę.

A przyjaciel jego odparł:

— Ależ bardzo chętnie.
— Dochodzi dopiero jedenasta — dodał Jan — przyszlibyśmy dobrze przed północą, idźmy więc wolnym krokiem.

Na bulwarze roił się podniecony tłum, ów tłum letnich nocy, który syty i radosny burzy, się, przelewa, szumi i płynie jak rzeka. Gdzieniegdzie na ulicy, w jaskrawych światłach kawiarni, przy zastawionych butelkami i szkłem stolikach siedział zwarty tłum gości, tarasując drogę. A na jezdni fiakry o czerwonych, niebieskich lub zielonych oczach szybko przemykały w mocnej smudze światła, padającego od jarzących się wystaw, i na sekundę ukazywały, chudą sylwetkę drepczącego konia, profil woźnicy siedzącego wysoko na koźle i mroczny kadłub pojazdu. Miejskie dorożki ze swymi żółtymi pudłami, w których łamało się światło, podobne były do jasnych, migotliwych plam.

Przyjaciele szli wolno z cygarami w ustach, we frakach, z kwiatem w butonierce, okrycia mieli zarzucone na ramiona, kapelusze lekko na bakier, z pewną nonszalancją, jak to się zdarza ludziom w ładną pogodę, po dobrym obiedzie.

Od ławy szkolnej łączyła ich bliska, szczera i mocna zażyłość.

Jan de Servigny, niski, szczupły, o jasnych oczach i subtelnych ustach, lekko łysiejący, trochę wątły, ale bardzo elegancki, z ufryzowanymi wąsami, był jednym z owych ludzi nocy, co zdają się być zrodzeni i wychowani na wielkich bulwarach; niestrudzony, chociaż zawsze wyglądał na zmęczonego, mocny, choć cerę miał bladą, był jednym z tych drobnych paryżan, którzy dzięki gimnastyce, szermierce, tuszom i łaźni nabierają jakiejś nerwowej sztucznej siły. Słynął zarówno ze swych hulanek, jak z dowcipu, majątku, stosunków, ogłady, towarzyskiego usposobienia i światowych manier, charakterystycznych dla pewnych środowisk.

Rasowy paryżanin, lekkomyślny, sceptyk, zmienny, łatwo ulegający wpływom, pełen energii-a niezdecydowany, zdatny do wszystkiego i do niczego, egoista z zasady, zdolny do wyskoków szlachetności, zjadał swoje dochody w sposób dość rozsądny i używał świata nie rujnując zdrowia. Opanowany i namiętny, zapalał się i wycofywał nieustannie, miotany sprzecznymi impulsami, ustępując wszystkim, aby w końcu usłuchać własnego rozsądku zręcznego światowca, który — z logiką chorągiewki na dachu — patrzy, skąd wiatr wieje, i korzysta z okoliczności, nie trudząc się nad ich wytworzeniem.

Towarzysz jego, Leon Saval, równie zamożny, był jednym z tych wspaniałych, ogromnych mężczyzn, za którymi kobiety oglądają się na ulicy. Nasuwał myśl o posągu, który stał się człowiekiem, o idealnych okazach rasy ludzkiej, o modelach, które wysyła się na wystawy. Zbyt urodziwy, za wysoki, za barczysty i za silny, grzeszył nadmiarem wszystkiego, nadmiarem zalet. Wzbudził był niejedno już gwałtowne uczucie.

Gdy przechodzili koło „Wodewilu”, zapytał:

— Czy uprzedziłeś tę panią, że masz zamiar wprowadzić mnie do niej?

Servigny roześmiał się.

— Uprzedzać margrabinę Obardi? Czy zapowiadasz konduktorowi omnibusu, że zamierzasz wsiąść na bulwarze do jego wozu?

Saval, nieco zbity z tropu, znów zapytał:

— Kto to właściwie jest ta pani?

A przyjaciel odpowiedział:

— Parweniuszka, filutka, urocze ziółko; nie wiadomo, skąd się wzięła, nie wiadomo, jak wypłynęła wśród awanturników-światowców i umiała tam zdobyć pozycję. Mniejsza z tym zresztą! Mówią, że prawdziwe jej nazwisko, panieńskie — bo jest panną pod każdym względem, z wyjątkiem panieństwa — brzmi: Oktawia Bardin, co, wziąwszy pierwszą literę imienia i odrzuciwszy ostatnią literę nazwiska, dało: Obardi. Poza tym jest to sympatyczna kobieta i ty, przy swoich warunkach fizycznych, na pewno zostaniesz jej kochankiem. Nie można bezkarnie wprowadzić Herkulesa pod dach Mesaliny. Spieszę jednak dodać, że o ile dostęp do tego domu jest równie łatwy jak do bazaru, nikogo tam nie zmuszają do nabywania oferowanego towaru. Zaproponują ci miłość i karty, ale nie będą cię gwałtem ciągnąć do jednego czy drugiego. Wyjść można w każdej chwili.

Przed trzema laty margrabina zamieszkała w dzielnicy de l’Etoile, dość, jak wiadomo, podejrzanej, i otworzyła salony przed ową zbieraniną ze wszystkich kontynentów, która zjeżdża do Paryża, aby eksploatować swe najrozmaitsze talenty, groźne i przestępcze.

Poszedłem tam! Jakim sposobem? Dziś już nie pamiętam. Poszedłem, jak chodzą wszyscy, bo można tam zagrać, spotkać łatwe kobiety i niesolidnych mężczyzn. Lubię ten światek wyorderowanych korsarzy; wszystko to są cudzoziemcy, każdy szlachcic, utytułowany, ale o żadnym — z wyjątkiem szpiegów — nic nie wiedzą w ambasadach. O honorze prawią przy lada okazji, bez powodu wyliczają swoich przodków i kreślą życiorysy, choć o to nie pytasz; fanfaroni, filuci, oszuści, fałszywi jak ich karty, kłamliwi jak ich nazwiska, odważni z konieczności, jak zbóje, którzy, jeśli chcą ograbić ludzi, muszą narażać własne życie. Krótko mówiąc, opryszki-arystokraci. Ja przepadam za nimi. Jakże interesującą jest rzeczą przenikać ich, poznawać, jak zabawnie jest ich słuchać; często są dowcipni, a nigdy banalni, w przeciwieństwie do francuskich biurokratów. Kobiety ich z reguły bywają ładne; mają w sobie pieprzyk jakiegoś egzotycznego łajdactwa, wabią tajemniczą przeszłością, której połowę spędziły niechybnie w domu poprawczym. Zazwyczaj mają wspaniałe oczy i nieporównane włosy, warunki fizyczne jak wymarzone do ich zawodu, upajający wdzięk, uwodzicielski urok, który może doprowadzić do szaleństwa, czar zgubny, nieodparty.

Są to istoty zdobywcze jak niegdyś rycerze gościńca, drapieżne, istne harpie. Za nimi również przepadam.

Margrabina Obardi jest skończonym typem wykwintnej oszustki. W pełni dojrzała, a wciąż piękna, uwodzicielska, a fałszywa jak kot, na pewno jest do gruntu zepsuta. Można się u niej doskonale zabawić, pograć, potańczyć, zjeść kolację, krótko mówiąc: użyć wszystkich przyjemności, które składają się na życie światowe.

Leon Saval zapytał:

— Byłeś, czy jesteś jej kochankiem?

Servigny odrzekł:

— Nie byłem, nie jestem i nigdy nie będę. Ja tam bywam ze względu na córkę.
— Ach tak, więc ona ma córkę?

— Czy ma córkę?! Istne cudo, mój drogi! Dziś ona stanowi główną atrakcję tej budy. Jest wysoka, postawna, prześlicznie rozkwitła, ma osiemnaście lat; w przeciwieństwie do matki, rasowej brunetki, jest rasową blondynką; zawsze wesoła, gotowa bawić się, śmiać z całego serca i tańczyć do upadłego. Kto ją ma teraz i kto ją miał poprzednio? Nie wiadomo. Jest nas dziesięciu takich, którzy na nią czekamy, nie tracąc nadziei. Taka dziewczyna w rękach kobiety takiej jak margrabina to po prostu majątek. A sprytne obie! Trudno je przeniknąć. Zapewne czekają na okazję... lepszą... niż ja. Ale możesz być pewien, że jeśli ta okazja mi się zdarzy... nie przegapię jej!

Co prawda tej dziewczyny, Iwetty, w żaden sposób nie mogę przeniknąć. To istna tajemnica. Jeśli nie jest najchytrzejszą i najperfidniejszą ze znanych mi istot, musi być wcieleniem najosobliwszej w świecie niewinności. Żyje w tym podłym środowisku beztroska, swobodna i zwycięska, ponad zwykłe pojęcie przewrotna lub naiwna. Niepodobna zrozumieć, kim jest i co myśli ta przedziwna latorośl awanturnicy, wzrosła na śmietniku owego światka, wspaniała roślina wyhodowana na mierzwie czy też dziecko jakiegoś niepospolitego człowieka, wielkiego artysty, wielkiego pana, księcia czy króla, co którejś nocy zabłądził do sypialni jej matki. Sam zresztą zobaczysz!

Saval zaśmiał się i rzekł:

— Jesteś w niej zakochany.
— Nie. Ubiegam się o nią, a to nie jest to samo. Ale przedstawię ci najpoważniejszych moich rywali. Moje szanse są dość duże. Mam pewną przewagę nad innymi, cieszę się niejakimi względami.

Saval powtórzył:

— Jesteś zakochany!
— Nie. Ona zbija mnie z tropu, urzeka mnie i niepokoi, pociąga i przeraża. Boję się jej jak zasadzki, a pragnę jak orzeźwiającego sorbetu. Ulegam jej urokowi, a zbliżam się do niej jak do człowieka, którego posądza się, że jest sprytnym złodziejaszkiem. Gdy jestem przy niej, podświadomie lgnę do jej — może i rzeczywistej — niewinności, a jednocześnie rozum przestrzega mnie przed równie prawdopodobną przewrotnością. Zdaje mi się, że mam do czynienia z istotą anormalną, przekraczającą prawa natury, istotą wspaniałą lub ohydną. Jak jest naprawdę, nie wiem.

Saval po raz trzeci powtórzył:

— A ja ci powiadam, żeś zakochany. Mówisz o niej z egzaltacją godną poety i czułością trubadura. No, zastanów się, zbadaj swe serce i powiedz prawdę!

Servigny szedł przez chwilę w milczeniu, a potem znów zaczął mówić:

— Właściwie... może masz słuszność. W każdym razie ogromnie zaprząta ona moje myśli. Tak, może w istocie jestem zakochany. Zanadto mnie to absorbuje. Z myślą o niej zasypiam i z myślą o niej się budzę... to rzecz dość poważna. Obraz jej chodzi za mną, prześladuje mnie, nie opuszcza ani na chwilę, jest stale przede mną, obok mnie i we mnie. Ta fizyczna obsesja byłażby miłością? Twarz jej tak głęboko wryła mi się w pamięć, że niech tylko zamknę oczy, widzę ją natychmiast. Nie przeczę, że ilekroć zbliżam się do niej, serce żywiej mi bije. Zatem kocham ją, ale w dziwny jakiś sposób. Pożądam jej gwałtownie, a myśl, że miałbym wziąć ją za żonę, wydaje mi się szaleństwem, głupotą, czymś potwornym. A przy tym trochę się jej boję, jak ptak boi się krążącego nad nim jastrzębia. W dodatku jestem o nią zazdrosny, zazdrosny o wszystko, co mieszka w tym niepojętym sercu, a o czym ja nie mam pojęcia. I stale zadaję sobie pytanie: „Czy jest czarującym dziewczątkiem, czy też skończoną szelmą?” Mówi rzeczy, od których uszy puchną, ale przecież mówią tak i papugi. Jest niekiedy tak bezczelna i bezwstydna, że muszę wierzyć w jej czystość bez plamki, a niekiedy tak naiwna, tak niewiarygodnie naiwna, że po prostu wątpię, czy kiedykolwiek była niewinna. Ta dziewczyna prowokuje mnie, podnieca jak kurtyzana, a jednocześnie broni się dziewiczą skromnością. Zdaje się kochać mnie i naigrawać ze mnie; afiszuje się ze mną, jakbyśmy byli kochankami, a gdy zostajemy sami, traktuje mnie jak brata lub też kogoś ze służby.

Czasem zdaje mi się, że miała tylu kochanków co jej matka, to znów sądzę, że nie ma o życiu pojęcia, rozumiesz?

Trzeba ci też wiedzieć, że Iwetta z niezwykłą pasją rozczytuje się w romansach. W oczekiwaniu na wdzięczniejszą rolę jestem jej dostawcą książek. Nazywa mnie swoim „bibliotekarzem”. Co tydzień „Nowa Księgarnia” przysyła jej na moje polecenie wszelkie nowości, a ona pochłania je bez żadnego wyboru, co zapewne wytworzyło w jej głowie niezgorszy galimatias. Ta bzdurna lektura na pewno ma swój udział w niektórych pomysłach Iwetty. Kto spogląda na życie poprzez setki przeczytanych romansów, musi widzieć je w osobliwym świetle i wyrabia sobie o wszystkim dziwaczne pojęcia.

Ja więc czekam. Bo choć muszę przyznać, że do żadnej kobiety w życiu nie czułem takiego pociągu, jednocześnie wiem na pewno, że się z nią nie ożenię. A zatem, jeśli miała już kochanków, powiększę ich liczbę. Jeśli ich nie miała, wykupię bilet numer pierwszy, jak w tramwaju.

Sprawa jest prosta. Ona z pewnością za mąż nie wyjdzie. Bo i któż weźmie za żonę córkę margrabiny Obardi, czyli Oktawii Bardin? Nikt — i to z wielu powodów.

Gdzież taka dziewczyna ma znaleźć męża? Wśród ludzi z towarzystwa? To niemożliwe. Dom matki jest domem publicznym, a córka przyciąga klientelę. W tych warunkach nie myśli się o małżeństwie.

W kołach zamożnego mieszczaństwa? To jeszcze mniej prawdopodobne, a margrabina nie jest osobą, która zgodziłaby się na kiepski interes; wydałaby Iwettę tylko za człowieka o doskonałej pozycji, a takiego nie znajdzie.

Ma więc sięgnąć do ludu? To wykluczone. A zatem nie ma wyjścia. Panna nie należy ani do towarzystwa, ani do burżuazji, ani do ludu i nie ma sposobu, aby przez małżeństwo weszła do jednej z tych klas społecznych.

Przez matkę, urodzenie, wychowanie, dziedzictwo, maniery, nawyki należy do świata pozłacanej prostytucji.

Nie może się stamtąd wyzwolić, chyba że wstąpi do klasztoru, co jest absurdem, gdy się zważy jej sposób bycia i jej zamiłowania. Pozostaje jej jeden tylko zawód — miłość. Dojdzie do tego fachu, o ile już go nie uprawia. Nie uniknie swego losu. Z młodej dziewczyny stanie się po prostu dziewką. I ja właśnie chciałbym stać się sprawcą tej metamorfozy.

Czekam. Reflektantów jest wielu. Zobaczysz tam Francuza, pana de Belvigne; Rosjanina, zwanego księciem Krawałow, i Włocha, kawalera Valreali — ci wyraźnie wysunęli swoje kandydatury i rozwijają konkretną działalność. Prócz tego można naliczyć wokół niej sporą gromadkę maruderów pomniejszego kalibru.

Margrabina zastawia sidła. Ale mam wrażenie, że ma chętkę na mnie. Wie, że jestem bogaty, a nie ma tej pewności co do innych.

Dom jej stanowi największą osobliwość, jaką znam w tym zakresie.

Spotyka się tam nawet mężczyzn z najlepszego towarzystwa, bywamy tam i spotykamy znajomych. Co do kobiet, margrabina wybrała, a raczej wysortowała sam kwiat z kolekcji zawodowych oszustek. Nikt nie wie, skąd je wytrzasnęła. Światka tego nie należy identyfikować ze światem skończonych łajdaczek ani z cyganerią, ani z żadnym innym. Margrabina miała genialną myśl, aby dobrać awanturnice posiadające dzieci, a zwłaszcza córki. Dzięki temu niejeden dudek da sobie wmówić, że ma do czynienia z przyzwoitymi kobietami.