Wydawca: Muza Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 280 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka ISIS. Państwo Islamskie - Benjamin Hall

Jak doszło do tego, że tworzą najpotężniejszą, najbrutalniejszą i najlepiej finansowaną organizację, jaka kiedykolwiek w przeszłości istniała? Czy można ich zatrzymać?
Jeszcze rok temu zaledwie garstka ludzi słyszała o Państwie Islamskim. Dziś to jedno z największych zagrożeń terrorystycznych na świecie.Kim są dżihadyści z Państwa Islamskiego?

Benjamin Hall zabiera nas do wnętrza tak zwanego Państwa Islamskiego, do miast kontrolowanych przez dzihadystów, do ich więzień i obozów szkoleniowych. Poznamy szczegóły bitew, które utorowały terrorystom drogę do władzy. Zobaczymy, jak wygląda proces rekrutacyjny. Dowiemy się, skąd pochodzą pieniądze zapewniające im przetrwanie.

Jego wstrząsająca opowieść oparta jest na osobistych doświadczeniach i samodzielnie przeprowadzonych wywiadach. Hall stara się pokazać coś więcej niż tylko bezwzględnych dżihadystów, których znamy z ekranów telewizorów. Opowiada historię całego pokolenia ludzi wychowanych w chaosie i wyjaśnia skomplikowaną sytuację panującą w jednym z najbardziej niestabilnych zakątków świata.

Ta książka pozwala lepiej zrozumieć, jak nieodwracalne szkody może wyrządzić światu Państwo Islamskie.

Benjamin Hall – niezależny dziennikarz od 2006 roku zajmujący się regionem Bliskiego Wschodu. Współpracował między innymi z „New York Timesem”, „Sunday Timesem”, Fox News, BBC i „Independentem”. Wielokrotnie relacjonował wydarzenia bezpośrednio z linii frontu.

Opinie o ebooku ISIS. Państwo Islamskie - Benjamin Hall

Cytaty z ebooka ISIS. Państwo Islamskie - Benjamin Hall

Codziennie dochodzi do publicznych dekapitacji, ludzie są chłostani i kamienowani, obcina się im ręce. Trafiają do więzień, z których niemal nieustannie dochodzą odgłosy tortur. Wielu nigdy nie wychodzi na wolność. Muzyka jest zakazana, a mieszkańcy są zmuszani do modlitwy. Homoseksualistów zrzuca się z dachów. W ogniu walki mordowane są nawet niemowlęta, a w tym samym czasie bojownicy ISIS śmieją się, żartują i nakłaniają do zniewalania dziewcząt, które kupują, gwałcą i zabijają.
Biła od nich pewność siebie i słyszałem, że dobrze się bawią. Potrząsali dumnie bronią, obejmowali się nawzajem i machali w naszym kierunku. Byli lepiej uzbrojeni, lepiej wyszkoleni i lepiej opłacani niż żołnierze, którym towarzyszyłem.
Dwudziestego siódmego marca 2014 roku światło dzienne ujrzało nagranie zarejestrowane podczas spotkania wysokich rangą tureckich urzędników. Opublikowany na YouTube film ukazał całą prawdę o tureckiej polityce wobec Syrii i ISIS. W odwecie władze tureckie wprowadziły obowiązujący w całym kraju zakaz korzystania z tego serwisu internetowego. We fragmencie najbardziej obciążającym władze turecki agent specjalny i szef Narodowej Organizacji Wywiadowczej (MIT) Hakan Fidan proponuje sfingowanie ataku sił ISIS na Turcję, co ma dać pretekst do przeprowadzania operacji wojskowych na terenie Syrii. „Wyślę z Syrii czterech
prowadzeniem tajnych operacji zagranicznych. Obaj byli od samego początku zaangażowani w konflikt syryjski, ale w sierpniu 2014 roku Bandar stracił stanowisko szefa saudyjskiego wywiadu, co było wyraźnym sygnałem, że król Abdullah był z niego niezadowolony, a co więcej, że saudyjska polityka poniosła klęskę. Mniej więcej w tym samym czasie ajatollah Ali Chamenei nazwał Soleimaniego „żyjącym bohaterem”, a zdjęcia zagadkowego generała po raz pierwszy pojawiły się w irańskich mediach. Jaka była przyczyna tych zmian? Prowadzona przez księcia Bandara polityka polegała na finansowaniu sunnickiej opozycji w Syrii. Sądził on, że Asad zostanie szybko obalony, tak jak stało się z innymi dyktatorami, którzy utracili władzę podczas Arabskiej Wiosny. Taki obrót spraw oznaczałby, że

Fragment ebooka ISIS. Państwo Islamskie - Benjamin Hall

Tytuł oryginału: Inside ISISThe Brutal Rise of a Terrorist Army

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja:Andrzej Opala

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Grażyna Muszyńska

Fotografie na okładce

© Fotosearch/East News

© Repina Valeriya/Shutterstock

© 2015 by Benjamin Hall

This edition published by arrangement with Center Street, New York, New York, USA All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2015

© for the Polish translation by Paweł Wolak

ISBN 978-83-287-0137-3

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2015

Wydanie I

Podczas konfliktów zbrojnych rzucała mi się w oczy zadziwiająca siła więzów rodzinnych. Ludzie nawet w najtrudniejszych momentach, gdy tracili dosłownie wszystko, zawsze mieli przy sobie rodzinę. Chciałbym zatem zadedykować tę książkę moim bliskim.

Rodzicom, którzy mimo swoich obaw nieustannie mnie wspierali i obdarzyli bezwarunkową miłością. Rodzeństwu, które nauczyło mnie tak wiele o świecie. Fatimie, która zawsze we mnie wierzyła. Miłości mojego życia i nowemu członkowi naszej rodziny, który właśnie jest w drodze i na zawsze zmieni moje życie. Kocham Was wszystkich.

Wprowadzenie

W Rakce, stolicy ISIS, życie pozornie toczy się zwykłym biegiem, ale daje się wyczuć napięcie. Ulicami włóczą się tysiące zagranicznych bojowników, „policja moralności” patroluje poszczególne dzielnice, obywatele i firmy mogą w każdej chwili paść ofiarą wymuszeń, a kobiety żyją w ciągłym strachu, ponieważ władze tak zwanego Państwa Islamskiego starają się cofnąć czas do mroków średniowiecza.

Codziennie dochodzi do publicznych dekapitacji, ludzie są chłostani i kamienowani, obcina się im ręce. Trafiają do więzień, z których niemal nieustannie dochodzą odgłosy tortur. Wielu nigdy nie wychodzi na wolność. Muzyka jest zakazana, a mieszkańcy są zmuszani do modlitwy. Homoseksualistów zrzuca się z dachów. W ogniu walki mordowane są nawet niemowlęta, a w tym samym czasie bojownicy ISIS śmieją się, żartują i nakłaniają do zniewalania dziewcząt, które kupują, gwałcą i zabijają.

Z każdym dniem walka z terrorystami staje się coraz trudniejsza. Im dłużej będziemy im pozwalać na umacnianie dotychczasowych pozycji, tym więcej damy im czasu na przekonanie ludzi, że nie ma alternatywy dla ISIS.

Rośnie nowe pokolenie odczuwające wobec nas tylko pogardę i pałające żądzą krwi. Już teraz dzieci mieszkające na terenach okupowanych przez ISIS chodzą z bronią, donoszą na rodziców i, poza lekturą Koranu, pozbawione są dostępu do jakiejkolwiek edukacji. Jeżeli pozwolimy, by nadal poddawano je praniu mózgu, doprowadzimy w końcu do zderzenia cywilizacji, które położy kres jakimkolwiek procesom reformatorskim. A właśnie do tego dążą terroryści.

Trzeba postawić na skuteczniejsze działanie. Musimy ich pokonać. Nie wolno nam uznać, że stworzone przez nich struktury mają charakter bytu państwowego. To nie jest żadne państwo, a oni są zwykłymi terrorystami – fanatykami, dla których nie ma miejsca we współczesnym świecie.

ISIS chce naszej zagłady – nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Ich poglądy są całkowitym zaprzeczeniem naszych. I będą nas nękać, dopóki starczy im tchu.

Chociaż władze twierdzą, że terroryści nie zajmują nowych terenów, to w gruncie rzeczy sytuacja ciągle się pogarsza[1]. ISIS umacnia się w miastach, zacieśnia kontrolę nad okupowanym obszarem, zachęca do przeprowadzania ataków terrorystycznych na Zachodzie i wciąż torturuje i morduje tysiące niewinnych ludzi. Nie wolno nam dopuścić, żeby fanatycy zyskali przewagę w środkowej Syrii i Iraku. Nie możemy pozwolić, żeby ludzie, którzy chcą nas zniszczyć, zyskali w ten sposób dogodną bazę wypadową. Przede wszystkim nie możemy jednak płaszczyć się przed innymi, jeśli chcemy skutecznie temu zapobiec.

Określenie dokładnej liczby terrorystów ISIS jest prawie niemożliwe. W grudniu 2014 roku CIA twierdziła, że działająca na terenie Iraku i Syrii armia tak zwanego Państwa Islamskiego „może liczyć między dwadzieścia a trzydzieści jeden i pół tysiąca bojowników”, a jej szeregi ciągle rosną, ponieważ wciąż dołączają do niej radykałowie z całego świata.

Nigdy nie zapomnę chwili, gdy pierwszy raz zetknąłem się z ISIS – zobaczyłem powiewające w suchym upale czarne flagi i przechadzających się pod nimi mężczyzn. Wszystko działo się zaledwie pięćdziesiąt metrów ode mnie. Śmiali się i żartowali, wyraźnie nas prowokując. Stacjonowali po drugiej stronie mostu, który znajdował się na linii frontu i stanowił nieprzekraczalną granicę oddzielającą to, co słuszne, od tego, co niesłuszne, dobro od zła.

Biła od nich pewność siebie i słyszałem, że dobrze się bawią. Potrząsali dumnie bronią, obejmowali się nawzajem i machali w naszym kierunku. Byli lepiej uzbrojeni, lepiej wyszkoleni i lepiej opłacani niż żołnierze, którym towarzyszyłem. Co więcej, doskonale zdawali sobie z tego sprawę.

Wykazywali chęć do walki, nie bali się śmierci i nawet nie próbowali się chować. Tymczasem wokół mnie kucali za łachami piachu kurdyjscy żołnierze, którzy zerkając na wroga, liczyli na łut szczęścia i modlili się o ratunek.

Szczególnie uderzyła mnie niewiarygodna pewność siebie bojowników ISIS. Tak zresztą zachowują się do dziś – w odróżnieniu od swoich wrogów są zawsze pełni zapału i chęci do zabijania. Emanująca od nich wiara we własne możliwości napełnia serca ich przeciwników strachem. Dzieje się tak tylko i wyłącznie dlatego, że są bardzo pewni siebie. Mimo że są silni i bezwzględni, można ich jednak pokonać.

Razem z fotografem Rickiem Findlerem od sześciu lat relacjonujemy konflikty na Bliskim Wschodzie. Tak jak inni dziennikarze, przemieszczamy się z miejsca na miejsce i obserwujemy rewolucje, które mają przynieść wolność, ale przejmujący nad nimi kontrolę ludzie są jeszcze gorsi niż ci, którzy sprawowali władzę wcześniej.

Pamiętam niesamowitą radość libijskich bojowników, gdy oswobodzili miasta i wyzwolili kraj. Wciąż widzę więźniów, którzy wyszli wreszcie na wolność i mogli wrócić do swoich rodzin. Pamiętam pierwsze dni rewolucji w Syrii, gdy ludzie wierzyli, że uda im się obalić dyktatora i wyrażali swój entuzjazm na ulicach. Podobnie było w Egipcie, gdzie kairski plac Tahrir stał się symbolem nowej demokracji mającej zmienić oblicze całego regionu. Niestety, dziś niewiele zostało z tych nadziei – Bliski Wschód musi stawić czoło jeszcze groźniejszemu przeciwnikowi tkającemu swoją pajęczą sieć i odnoszącemu sukces za sukcesem.

Historia ISIS jest nie tylko historią dżihadystów, Syrii, Iraku lub po prostu Bliskiego Wschodu. To historia całego pokolenia ludzi żyjących w chaosie, całego regionu ogarniętego wojenną zawieruchą, całego świata, który znalazł się w poważnym niebezpieczeństwie. ISIS na nowo zdefiniuje sytuację polityczną na Bliskim Wschodzie, co przez kolejne dziesięciolecia będzie miało istotny wpływ na świat zachodni. Ten problem trzeba rozwiązać już teraz. Moja książka zabierze czytelnika do wnętrza tak zwanego Państwa Islamskiego, do kontrolowanych przez terrorystów miast, do ich obozów szkoleniowych i więzień. Opowiem historię bitew, które utorowały ISIS drogę do zwycięstwa. Opiszę proces rekrutacji nowych bojowników, propagandę władz tego quasi-państwowego tworu, jego finanse i politykę. Krótko mówiąc, pokażę czytelnikowi, jak wygląda ten świat od środka.

Z wielu powodów nie dało się uniknąć chaosu na Bliskim Wschodzie. W tym regionie zbyt wiele państw i rozmaitych grup ma swoje własne interesy i ze względów polityczno-religijnych dąży do wzajemnego zniszczenia. Podziały wewnętrzne rodzą również nienawiść do Zachodu. Musimy się nauczyć, jak sobie z tym wszystkim radzić, choć w zasadzie już od dawna powinniśmy to umieć. Ostatnio pasywna postawa administracji prezydenta Obamy sprawiła, że sprawy przybrały jeszcze gorszy obrót. Amerykańska polityka strategicznego niezaangażowania doprowadziła Bliski Wschód do punktu zwrotnego i jeśli pozostaniemy bierni, zagrożone będzie całe pokolenie. Wtedy może być już za późno. Straciliśmy zbyt wiele okazji i najwyższy czas, żeby zacząć działać. Mamy bowiem do czynienia z czymś podobnym do Al-Kaidy 2.0 – jeszcze potężniejszej i jeszcze brutalniejszej.

To prawie niewiarygodne, że dokładnie w tym czasie i w tym miejscu powstały odpowiednie warunki potrzebne do utworzenia ISIS. Były niczym rzadka koniunkcja planet. Powstała nie tylko armia, którą można przecież pokonać na polu bitwy, lecz także rosnąca w siłę każdego dnia ideologia. To wynik tego, co wydarzyło się na Bliskim Wschodzie w ostatnim stuleciu, i bardzo możliwe, że obecny układ będzie dominował przez następne sto lat.

Niektórzy uważają, że w ciągu dwóch lat ISIS osiągnęło więcej niż Al-Kaida przez dwie dekady i kontroluje dziś ogromne połacie Iraku i Syrii. Jednak w odróżnieniu od Al-Kaidy członkowie ISIS nie ukrywają się w położonych wysoko w górach jaskiniach, lecz stoją z podniesionym czołem na równinach Niniwy. Są dobrze uzbrojeni, mają odpowiednie zaplecze finansowe i tylko czekają na okazję do kolejnej bitwy. Nie jest też wcale przesadą twierdzenie, że ISIS będzie miało w tym regionie silną bazę jeszcze przez wiele lat. Chaos wywołany przez toczący się w Syrii konflikt ułatwia terrorystom sprawowanie kontroli nad miejscową ludnością. Duże znaczenie ma też religijny charakter tej wojny. Bojownicy dysponują obecnie ogromnymi sumami pieniędzy i mają wsparcie potężnych mocodawców. Wszystko to oznacza, że usunięcie tej rakowej narośli będzie przedsięwzięciem niezwykle trudnym.

ISIS stanowi zagrożenie dla stabilności regionu oraz dla światowego ładu. Pomysł, że możemy zapobiec rozprzestrzenianiu się chaosu poza Bliski Wschód, jest utopią. Jeśli Zachód nie zacznie działać, terroryści będą z pewnością powiększać kontrolowane terytorium. Niezwykle szybkie tempo, w jakim doszli do władzy, zdolność do grania na nosie nawet Stanom Zjednoczonym oraz inne czynniki działające na ich korzyść stanowią podwaliny absolutnej katastrofy.

Sukces ISIS należy rozpatrywać również w kontekście tak zwanej wojny zastępczej, którą Arabia Saudyjska prowadzi z Iranem. To pradawny konflikt, którego stawką jest władza nad regionem i całkowite podporządkowanie sobie przeciwnika. Tak jak w okresie zimnej wojny Związek Radziecki zmagał się ze Stanami Zjednoczonymi, tak teraz sunniccy i szyiccy wodzowie dążą do unicestwienia siebie nawzajem.

Ta książka to także opowieść pełna smutku. Ludzkie cierpienie wywołane przez konflikty w tym regionie jest wręcz niewyobrażalne. Ofiarami wojny i polityki zostały miliony zwykłych ludzi, którzy w wielu wypadkach stracili dosłownie wszystko. Rozdzielone rodziny, zniszczone cywilizacje, całe kultury zmiecione z powierzchni ziemi. Możni tego świata traktują to wszystko jak partię szachów, co jest naprawdę przerażające.

Arabska Wiosna wlała w serca obywateli ogromną nadzieję, że obalenie dyktatorów stanie się początkiem nowych, demokratycznych rządów, nowej wolności i nowej, prozachodniej władzy. Tak się jednak nie stało. Wiele krajów uległo wewnętrznym podziałom, ponieważ opresja i ucisk trwały zbyt długo i wybaczenie grzechów przeszłości okazało się niemożliwe. Najlepszym przykładem jest prezydent Syrii Baszar al-Asad, który wciąż utrzymując się przy władzy i podsycając konflikty religijne, stworzył doskonałe warunki dla powstania i rozwoju ISIS.

Gdy przyglądamy się początkom tej organizacji, widzimy stare i nowe nazwiska, płynnie zmieniające się tożsamości i sojusze. ISIS pojawiło się nagle i w ciągu zaledwie dwóch lat ustanowiło własny kalifat[2].

Każdy, kto myśli, że ci terroryści to kompletni wariaci, powinien się dobrze zastanowić. Kieruje nimi niezwykle silna motywacja, są świetnie zorganizowani i elastyczni, nie zawahają się przed popełnieniem aktów ludobójstwa lub przeprowadzeniem czystek etnicznych. Stanowią wielkie zagrożenie, którego nie wolno lekceważyć.

Od chwili powstania w 2013 roku ISIS było znane pod wieloma różnymi nazwami: ISIS, ISIL, IS oraz DAESH. Co oznaczają te skróty? Który z nich jest poprawny? Postaram się rozwiać wszelkie związane z tym wątpliwości i wyjaśnić, dlaczego zdecydowałem się posługiwać określeniem ISIS.

Najczęściej używamy właśnie tej nazwy, która jest akronimem Islamic State in Iraq and Al-Sham (Państwo Islamskie w Iraku i al-Szam), co jest dosłownym tłumaczeniem arabskiego Ad-Daula al-Islamijja fi al-Irak wa-asz-Szam. Określenie „al-Szam” odnosi się do regionu obejmującego nie tylko Syrię, lecz także Liban oraz część Turcji i Jordanii. To historyczna prowincja, która powstała po arabskim podboju Syrii w VII wieku.

Wcześniej ISIS znane było jako ISI, czyli Islamic State in Iraq (Państwo Islamskie w Iraku), a dodanie członu „al-Szam” było wyraźnym sygnałem, że organizacja planuje dalszą ekspansję i podbój całego regionu.

Jeszcze jedną nazwą, używaną na przykład przez prezydenta Obamę, jest ISIL. W rzeczywistości ten skrót oznacza to samo co ISIS. Jedyna różnica polega na tym, że litera L odnosi się do Lewantu, a nie do al-Szam, choć zasadniczo chodzi o ten sam region. Lewant to po prostu lekko archaiczne określenie na al-Szam, używane w językach europejskich. Słowo Lewant pochodzi od łacińskiego czasownika levare, czyli „wstawać”, i odnosi się do terenów położonych na wschód od Morza Śródziemnego, nad którymi w czasach cesarstwa rzymskiego wschodziło słońce. Ten obszar obejmuje: Syrię, Liban, Turcję, Jordanię oraz część Egiptu.

W czerwcu 2014 roku ISIS ogłosiło, że zmienia swoją oficjalną nazwę na Państwo Islamskie. Co zadziwiające, większość mediów głównego nurtu zaczęła posłusznie używać określenia, które terroryści sami sobie wybrali. I tu leży pies pogrzebany. Proklamowanie na ziemiach okupowanych kalifatu pod nazwą Państwo Islamskie i uznanie się za niezawisły naród jest próbą usankcjonowania władzy.

Przyzwolenie, by grupa terrorystów decydowała, jakim mianem powinniśmy ją określać, jest groteskowe. Bezrefleksyjne uznanie ich jednostronnej deklaracji niepodległości jest już jednak czystym absurdem. Większość muzułmanów na całym świecie sprzeciwiła się temu buńczucznemu oświadczeniu, lecz mimo to media wciąż mówią o Państwie Islamskim.

Jest jeszcze DAESH, czyli akronim powstały przez połączenie pierwszych liter arabskiej nazwy organizacji. Ten skrót jest powszechnie stosowany na Bliskim Wschodzie i chociaż powstał na bazie oficjalnej nazwy, członkowie ISIS go nienawidzą, ponieważ uważają, że jest obraźliwy. Słowo daesh ma bowiem również inne znaczenie: „zdeptani” lub „rozbici w pył”. Gdyby to słowo było bardziej rozpoznawalne, z wielką chęcią sam bym go używał.

Dla potrzeb tej książki będę jednak stosował nazwę, którą poznaliśmy jako pierwszą, czyli ISIS.

ISISPaństwo Islamskie

© Photo courtesy of Rick Findler

Cień żołnierza brygady antyterrorystycznej padający na strumień krwi, Bagdad, Irak, grudzień 2013 roku.

ROZDZIAŁ 1 ISIS wraca do domu

Bagdad, Irak, listopad 2013 roku

Był rześki zimowy poranek. Pielgrzymi powoli zmierzali w kierunku Karbali. Kobiety, mężczyźni i dzieci szli noga za nogą po zatłoczonej szosie. Niektórzy się modlili, inni wymachiwali flagami, wszyscy byli już bardzo zmęczeni.

Panował radosny nastrój, ponieważ obchodzono Aszurę – święto, podczas którego odbywa się najważniejsza dla szyitów pielgrzymka w roku. Około piętnastu milionów ludzi było wtedy w drodze do meczetu-mauzoleum Husajna bin Alego, żeby uczcić jego męczeństwo.

Zamknięto autostradę między Bagdadem a Karbalą. Wzdłuż drogi rozbito namioty, w których pielgrzymi mogli się posilić i odpocząć. W środku spotykali się ludzie z różnych stron kraju, dzielili smakołykami i wspólnie jedli z dostarczonych przez rząd wielkich kotłów wypełnionych ryżem, mięsem i warzywami. To było rodzinne święto.

Do jednego z takich namiotów wszedł zamachowiec samobójca. Udało mu się prześliznąć przez liczne kordony bezpieczeństwa i znaleźć w miejscu, w którym mógł zgładzić wielu szyickich wrogów.

Wyrzucając ręce do góry, krzyknął: Allahu Akbar! (Bóg jest wielki) i już chciał zdetonować ładunek wybuchowy, gdy rzucili się na niego stojący w pobliżu żołnierze. Starali się unieruchomić jego ramiona, przyciskając je z całej siły do tułowia. Powstało zamieszanie i ludzie zaczęli wpadać w panikę. W pewnym momencie terroryście udało się odepchnąć żołnierzy i na chwilę wyswobodzić jedną rękę, którą zdetonował bombę.

Wybuch zmiótł namiot z powierzchni ziemi i zabił stojących najbliżej zamachowca. Ich szczątki zostały rozrzucone w promieniu dwustu metrów. Dziesięć osób, w tym dwoje dzieci, zginęło na miejscu, a kolejne trzydzieści cztery zostały ranne.

Ciężko wyobrazić sobie bardziej makabryczny widok niż scenę po zamachu bombowym. Wzdłuż drogi płynie potok krwi, a kawałki ciał znajdują się dosłownie wszędzie: na ścianach, samochodach i ludziach, którzy przeżyli wybuch. Na każdym kroku można się natknąć na ręce, tułowie, potargane włosy i oderwane palce. Rannych przenosi się jak najszybciej z miejsca zbrodni. Mężczyźni zbierają szczątki do plastikowych worków, podnoszą z ziemi dłonie i palce, żeby krewni ofiar mieli co pochować, a potem zanoszą ociekające krwią i tłuszczem torby do furgonetki.

Wokół kłębią się setki policjantów i żołnierzy z różnych jednostek – słychać krzyki i spory o to, pod czyją jurysdykcją znajduje się ten teren. Panuje chaos. Członkowie rodzin i znajomi snują się po miejscu zamachu, lamentując. Wybuchają kłótnie i w mgnieniu oka dochodzi do zamieszek. Jeśli jesteś człowiekiem z Zachodu, często to właśnie na ciebie spada wina. Słychać okrzyki: „Szpiedzy, izraelscy szpiedzy!”.

Zamachy bombowe stały się częścią życia w Iraku. Ładunki wybuchowe ukrywane są w długopisach, latarkach, książkach, filiżankach i masztach flagowych, w porzuconych ładowarkach do telefonów i butach – na dobrą sprawę w każdym przedmiocie, który dziecko może podnieść z ziemi i zabrać do domu. Ataki przeprowadzane są więc na masową skalę, a ich ofiary – przypadkowe. Od samego początku działanie ISIS charakteryzuje niezwykła brutalność i choć można w nieskończoność spierać się o to, kto pierwszy zaczął nakręcać spiralę przemocy, dziś każdy obwinia każdego i nikt nie pozostaje bez winy.

Maliki popełnia błąd

Odbyliśmy tysiące spotkań na poziomie lokalnym i włożyliśmy ogromny wysiłek w szkolenie, edukowanie i wychowywanie. Wszystko to zostało zaprzepaszczone przez iracki rząd, który z całą premedytacją podkreślał istniejące podziały, co doprowadziło do wykluczenia znacznej części społeczeństwa. Powstały warunki, w których ISIS mogło powrócić i odnieść niebywały sukces.

Generał Dempsey

Wbrew powszechnemu przekonaniu, jakoby ISIS wyrosło na gruncie syryjskiej rewolucji, organizacja ta tak naprawdę powstała w Iraku i tam urosła w siłę. Przez dekadę kraj nękany był samobójczymi atakami terrorystycznymi, a rząd brutalnie rozgrywał konflikty między poszczególnymi grupami etnicznymi i religijnymi. Irak znalazł się na skraju przepaści. Codzienne wybuchy przemocy stanowiły idealną pożywkę dla rozwoju ISIS.

To prawda, że terroryści doszli do dzisiejszej potęgi właśnie w Syrii, kraju, który stał się jednym wielkim bezładnym polem bitwy. Ziarna ich sukcesu zostały jednak zasiane w Iraku, gdzie nasilające się niepokoje stworzyły im odpowiednie warunki do działania. W roku 2003, po kierowanej przez Amerykanów inwazji, nastąpiły próby odbudowy rozbitego wewnętrznie narodu, ale już wtedy na horyzoncie zbierały się czarne chmury.

Po pokonaniu armii Saddama Husajna pierwszą decyzją Amerykanów było powołanie nowego rządu, w którego skład wchodziliby przedstawiciele wszystkich frakcji polityczno-religijnych kraju. Premierem miał zostać szyita, wicepremierem sunnita, a prezydentem Kurd. Niestety, bardzo szybko ten plan spalił na panewce, ponieważ lekceważący wszelkie ostrzeżenia prezydent Nuri al-Maliki zaczął skupiać całą władzę w swoich rękach. Stworzył podległy mu, upolityczniony aparat służb bezpieczeństwa oraz zwrócił się do szyickiego sąsiada – Iranu – z prośbą o pomoc i wsparcie. Generał Dempsey, przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, powiedział: „Daliśmy Irakowi szansę, ale z niej nie skorzystał”.

W latach 1980–1988 Iran toczył długą wojnę z Saddamem Husajnem i kiedy w 2003 roku iracki dyktator został obalony, Teheran był zdeterminowany, by władzę w sąsiednim kraju objął przyjaciel, a nie wróg. Sprawowanie kontroli nad Irakiem umożliwiłoby również nawiązanie bezpośredniego kontaktu ze sprzymierzeńcami w Syrii i Libanie oraz prowadzenie skuteczniejszych działań przeciwko największym wrogom: Arabii Saudyjskiej i Izraelowi.

Iran zaczął więc wspierać Malikiego w jego dyktatorskiej polityce polegającej na izolowaniu sunnickich prowincji na zachodzie kraju i rozwiewaniu kurdyjskich marzeń o niepodległości na północy. Wpływy Iranu rosły i z czasem Maliki zaczął na dobrą sprawę bezpośrednio podlegać władzom w Teheranie. Na prawdziwą ironię losu zakrawa fakt, że na prowadzonej przez Amerykanów wojnie w Iraku najwięcej zyskał Iran, ich zaciekły wróg.

W okresie powojennym najpoważniejszym błędem było natychmiastowe wykluczenie z życia publicznego wszystkich członków kierowanej przez Saddama Husajna partii Baas. Żaden nie mógł służyć w nowo powstałej irackiej armii (jednym z największych pracodawców w kraju). Bezpieczeństwo Iraku znalazło się w rękach ludzi z niedużym doświadczeniem. Wielu sfrustrowanych aparatczyków straciło dosłownie wszystko. Tysiące wylądowały na bezrobociu. Nauczyciele, lekarze, profesorowie i wojskowi mieli zakaz pracy w sektorze publicznym, ponieważ w przeszłości byli zbyt blisko związani z reżimem, choć w czasach dyktatury wstąpienie do partii Baas było obowiązkowe.

Nie mieli żadnego źródła utrzymania i nie byli w stanie wykarmić rodzin. Ich frustracja rosła i w pewnym momencie za najsensowniejsze wyjście uznali przyłączenie się do sunnickich organizacji terrorystycznych działających na zachodzie kraju. To był jedyny sposób na uniknięcie ostatecznej katastrofy. Czystka przeprowadzona wśród dawnych członków partii to jeden z największych błędów popełnionych po obaleniu Saddama. Doświadczeni oficerowie nie mogli starać się o posady w od nowa formowanych siłach zbrojnych. Wybór ograniczył się więc tylko do nowicjuszy i chociaż w 2008 roku częściowo zmieniono uregulowania prawne, wyrządzonych szkód nie dało się już naprawić. Władzę przejęli szyici, którym przewodził Maliki i którzy nie mieli najmniejszej ochoty z nikim się nią dzielić.

Nostalgia

ISIS jest wydatnie wspierane przez byłych zwolenników Saddama Husajna. Po obaleniu dyktatora to właśnie oni wzniecili powstanie. Mieli pieniądze, dysponowali znacznym kapitałem ludzkim, sporą ilością broni i amunicji itd. Bardzo możliwie, że było to najlepiej sfinansowane powstanie we współczesnej historii.

Generał Keane, były zastępca sztabu armii USA

W okresie powojennym wielu sunnitów mieszkających w zachodnim Iraku z coraz większą nostalgią wspominało poczucie bezpieczeństwa, którym cieszyli się pod rządami Saddama Husajna. Choć panowała dyktatura, sunnici byli wtedy znacznie bliżej władzy i nie stanowili celu krwawych zamachów bombowych, co w późniejszych czasach było niemal na porządku dziennym. Na północy i zachodzie kraju obalony prezydent stawał się znowu coraz bardziej popularny. W wielu mieszkaniach wisiały jego portrety. W roku 2012 byłem świadkiem, jak iraccy żołnierze oglądali film wychwalający Saddama i jego synów i bez żadnego skrępowania krzyczeli: „Ojcze, ojcze!”.

Gdy siły ISIS zaatakowały Mosul, mieszkająca w Jordanii córka dyktatora Raghad Husajn udzieliła wywiadu, w którym jednoznacznie poparła terrorystów. „Z radością obserwuję wszystkie te zwycięstwa”, powiedziała. „Pewnego dnia wrócę do Iraku i odwiedzę grób mojego ojca. Zdaję sobie sprawę, że może nie wydarzyć się to w najbliższej przyszłości, ale na pewno w końcu tak się stanie”. Właśnie wtedy Interpol wydał nakaz aresztowania córki Husajna pod zarzutem „wspierania terroryzmu w Iraku”.

Przez dziesięć długich lat byli członkowie partii Baas pozostawali w cieniu, trzymając się z dala od irackiej polityki i marząc, że kiedyś uda im się odzyskać władzę. Przyczaili się w lokalnych wspólnotach, a nieustające ataki ze strony rządu sprawiały, że zaczęli cieszyć się rosnącym poparciem społecznym. Byli regularnie aresztowani i torturowani. Niektórzy znikali bez śladu. Amerykanom nie udało się włączyć tej grupy do procesu odbudowy kraju, co walnie przyczyniło się do powstania i sukcesu ISIS. To był błąd, który dziś odbija się czkawką.

Funkcjonariusze partyjni mieli ogromne doświadczenie wojskowe i byli połączeni silnymi więzami plemiennymi z resztą społeczności w regionie. Udało im się nie tylko pozyskać rzesze zwolenników, lecz także skutecznie wpływać na ISIS. Trzech najważniejszych generałów biorących udział w zajęciu Mosulu było kiedyś członkami partii Baas. W tamtym czasie taką samą przeszłość miało ośmiu z dziesięciu najwyższych rangą wojskowych w całej armii ISIS. Pojawiły się plotki, jakoby Izzat Ibrahim ad-Duri, iracki dowódca, którego Saddam uważał za swojego brata, po dekadzie ukrywania się w Katarze i Syrii wrócił do kraju i brał udział w oblężeniu Mosulu. Jedno jest pewne – dzisiaj ad-Duri odgrywa w ISIS pierwszoplanową rolę[3].

Gdy w czerwcu 2014 roku terroryści posuwali się w głąb Iraku, to właśnie już istniejąca sieć kontaktów znacznie ułatwiła zajmowanie kolejnych wsi i miast. Trzon armii, do którego dołączali uwolnieni z więzień bojownicy, mógł bez przeszkód kontynuować natarcie na kolejne cele – Bagdad i święte miasta szyitów: Karbalę i Nadżaf. W tym samym czasie sympatyzujące z ISIS, a wcześniej uciskane sunnickie plemiona przejmowały kontrolę nad podbitym obszarem. „Jako efektywna siła bojowa ISIS nie byłoby w stanie zapanować nad tak ogromnym terytorium”, powiedział mi kurdyjski oficer wywiadu. „Ale dzięki pomocy byłych członków partii Baas i sunnickich plemion (zjednoczonych pod nową nazwą Armia Nakszbandijja) byli w stanie nabrać odpowiedniego impetu”.

Jeśli chcemy zatrzymać ekspansję ISIS, zerwanie tego rodzaju sojuszy będzie odgrywało zasadniczą rolę. Wielu irackich sprzymierzeńców tak zwanego Państwa Islamskiego to nie dżihadyści, lecz nacjonaliści, którzy uznali, że muszą wybrać mniejsze zło. Z pewnością mogą jednak zmienić zdanie, co w przeszłości już się zdarzało.

Zanim powstało ISIS

© Photo by Sipa Press/REX

Abu Musab az-Zarkawi, do swojej śmierci w 2006 roku przywódca Al-Kaidy w Iraku (AQI). Za jego głowę wyznaczono nagrodę w wysokości dwudziestu pięciu milionów dolarów. Po inwazji na Irak jego działalność uważana była za największe zagrożenie dla amerykańskiej armii.

Rzecz jasna, ISIS nie urosło w siłę tylko i wyłącznie dzięki wsparciu byłych członków partii Baas i sfrustrowanych sunnitów. Choć ich pomoc niewątpliwie przyczyniła się do odniesienia błyskawicznego sukcesu, to w Iraku już od dziesięcioleci działały radykalne organizacje, które z punktu widzenia światowego dżihadu mogły pochwalić się znakomitym rodowodem. To właśnie na ich bazie powstało ISIS.

W 1999 roku w leżącym na zachodzie kraju i zdominowanym przez sunnitów regionie Anbar spore znaczenie uzyskała grupa terrorystyczna działająca pod nazwą Jama’at al-Tawhid wal-Jihad (dosłownie: Organizacja Jedności i Dżihadu). Tawhid została założona w latach dziewięćdziesiątych w Jordanii przez okrytego złą sławą Abu Musaba az-Zarkawiego, jednego z wielu bojowników walczących z Rosjanami w Afganistanie.

Po powrocie do Jordanii Zarkawi został aresztowany i skazany na sześć lat więzienia za posiadanie broni i materiałów wybuchowych. Gdy wyszedł na wolność w 1999 roku, zorganizował zamach bombowy na hotel Radisson w Ammanie i musiał uciekać z kraju. Schronił się na granicy pakistańsko-afgańskiej, gdzie za dwieście tysięcy dolarów, które wyłożył Osama bin Laden, jego stary znajomy jeszcze z czasów wojny w Afganistanie, założył obozy szkoleniowe. Potem do 2001 walczył z Amerykanami, aż wreszcie przeniósł swoją organizację do Iraku. Wsparcia i opieki udzielił mu rzekomo dość niezwykły sojusznik – Iran.

Mimo głęboko zakorzenionej nienawiści, którą darzą się wyznawcy dwóch odłamów islamu, rządzony przez szyitów Iran niejednokrotnie finansował grupy sunnickich ekstremistów w różnych częściach Bliskiego Wschodu. Początkowo wsparcie dla irackich radykałów miało na celu destabilizację reżimu Saddama Husajna i podważanie hegemonii Arabii Saudyjskiej. Skądinąd wiadomo, że wielu dżihadystów wykorzystywało górzyste pogranicze iracko-irańskie jako bezpieczną kryjówkę. W 2000 roku Iran odrzucił wniosek Jordanii o ekstradycję Zarkawiego, na którym w tym czasie ciążył już wyrok śmierci. Te kombinacje Iranu odgrywają dużą rolę w historii ISIS. Kraj ten wspiera bowiem rozmaite organizacje, które wykorzystuje jako narzędzia do realizacji własnych celów geopolitycznych. W tej układance znajduje się wiele elementów dużo starszych od ISIS.

W 2004 roku po przeprowadzeniu skutecznych zamachów na amerykańskich żołnierzy stacjonujących w Iraku Zarkawi złożył przysięgę wierności bin Ladenowi, a Tawhid przepoczwarzyła się w Iraku w Al-Kaidę (AQI), ugrupowanie, którego pełna nazwa brzmiała Tanzim Qaidat al-Jihad fi Bilad al-Rafidayn, co dosłownie znaczy „organizacja wspierająca dżihad w kraju dwóch rzek”. Ataki Zarkawiego były wyjątkowo brutalne i miały masowy charakter. Pojawiały się doniesienia, że zamachowcami samobójcami byli upośledzeni umysłowo. Celami bywały kondukty pogrzebowe, a bomby ukrywano w trumnach. Sam Zarkawi miał zaś rzekomo osobiście ściąć głowy dwóm zachodnim zakładnikom: Nickowi Bergowi i Eugene’owi Armstrongowi.

Próby powstrzymania kierowanej przez Stany Zjednoczone inwazji zyskały ogromne wsparcie wśród plemion sunnickich, które stanowczo sprzeciwiały się okupacji kraju. Do Iraku zaczęli masowo napływać zagraniczni bojownicy. Wstępowali w szeregi AQI, żeby walczyć z Amerykanami. Wywołało to ogromny zamęt w kraju i uderzyło w chwiejne podstawy raczkującej demokracji. Zaangażowanie USA jest do dziś czynnikiem aktywizującym dżihadystów. Tamta wojna z Irakiem była przez wielu z nich traktowana jak walka z kolejną krucjatą.

W 2005 roku AQI była już w Iraku potężną siłą, a sam Zarkawi najbardziej poszukiwanym człowiekiem w kraju. Za jego głowę wyznaczono nagrodę w wysokości dwudziestu pięciu milionów dolarów. Kolejnym etapem rozbudowy struktur terrorystycznych było połączenie sił z Mudżahedińską Radą Szury (MSC), luźnym stowarzyszeniem radykalnych ugrupowań, czego rezultatem było powstanie nowej organizacji – Państwa Islamskiego w Iraku (ISI), bezpośredniego poprzednika ISIS. ISI toczyło ze Stanami Zjednoczonymi brutalną wojnę, używając mniej więcej tych samych środków co dzisiaj. Jednak w roku 2005 roku miejscowi szejkowie mieli dość nie tylko okrucieństwa terrorystów, lecz także prób przejęcia kontroli nad nielegalnymi interesami (chodziło głównie o przemyt gazu i ropy naftowej). Aby skutecznie przeciwstawić się ISI, sfrustrowani wodzowie założyli ugrupowanie pod nazwą Synowie Iraku.

Sunnickie przebudzenie

To właśnie Synowie Iraku doprowadzili do wyparcia ISI z Iraku, rzecz jasna, przy wydatnym wsparciu Amerykanów, którzy wypłacali im pensje, dostarczali broń i udzielali wsparcia logistycznego. W 2006 roku Zarkawi zginął podczas amerykańskiego nalotu, a w 2008 Synowie Iraku i miejscowe „rady przebudzenia” ostatecznie pokonały ISI. To wydarzenie zostało nagłośnione jako jeden z przykładów skutecznej współpracy między USA a Irakijczykami. W walce z ISIS w zachodnim Iraku Amerykanie chcą użyć tej samej strategii i zachęcają plemiona sunnickie do zorganizowania zbrojnej rebelii przeciwko rządom tak zwanego Państwa Islamskiego.

W szczytowym momencie Synowie Iraku liczyli pięćdziesiąt cztery tysiące bojowników, którzy wspólnymi siłami wyparli ISI z kraju, ale kiedy w 2008 roku Stany Zjednoczone scedowały na rząd w Bagdadzie kwestię ich wynagrodzenia, ugrupowanie się rozpadło. Maliki bał się obecności na zachodzie Iraku uzbrojonych oddziałów i nie chciał dopuścić, by sunnici stworzyli regularne wojsko. Rząd przestał wypłacać im żołd i rozpoczął aresztowania. Niepokorni byli torturowani i zamykani w tajnych więzieniach. Los niektórych do dziś pozostaje nieznany.

Prawdziwe kłopoty zaczęły się, gdy na prezydenta USA został zaprzysiężony Barack Obama. Jego początkowa strategia polegała na znacznym ograniczeniu amerykańskiego zaangażowania na Bliskim Wschodzie i jak najszybszym wycofaniu wojsk z Iraku. Działo się to w chwili, gdy kraj zaczął powoli stawać na własnych nogach. Obamie nie udało się jednak doprowadzić do podpisania nowej umowy o statusie Sił Zbrojnych, w ramach której w Iraku nadal stacjonowałaby część amerykańskiego kontyngentu. Skończyło się to katastrofą i całkowitym załamaniem systemu bezpieczeństwa.

Rozmawiałem o tym z Jackiem Keane’em, emerytowanym czterogwiazdkowym generałem i jednym z architektów amerykańskich sukcesów w Iraku. Doświadczony wojskowy wyjaśnił mi, co się wtedy wydarzyło: „W 2009 roku przemoc w Iraku została ograniczona o jakieś dziewięćdziesiąt procent i na dobrą sprawę pokonaliśmy Al-Kaidę. Przechwytywaliśmy e-maile, które wysyłali do centrali w Pakistanie i podsłuchiwaliśmy ich rozmowy telefoniczne. Na własne oczy widziałem wiadomości o następującej treści: »Nie przysyłajcie więcej zagranicznych bojowników, tutaj wojna się skończyła, przegraliśmy«”.

„Problemem był Maliki. To nikczemny człowiek. Moim zdaniem Obama, wycofując się z Iraku i pozostawiając Malikiego samemu sobie, tylko pogłębił jego paranoję i poczucie zagrożenia. Po zaprzysiężeniu nasz prezydent miał mocne postanowienie, żeby zrobić dwie rzeczy: wycofać się z Iraku i wycofać się Afganistanu. I to jak najszybciej. Ta strategia była bardzo na rękę Iranowi. Irańscy przywódcy na pewno mówili wtedy: »To nie do wiary, ale ten Obama wychodzi z Iraku i zostawia nam drzwi otwarte na oścież!«”.

„Maliki chciał pozostać ważnym sojusznikiem Ameryki. Zależało mu na długofalowym strategicznym partnerstwie z USA, ale Obama zrezygnował z dalszej współpracy”.

W lipcu 2010 dowództwo nad powoli odradzającymi się resztkami ISI objął Abu Bakr al-Baghdadi, przyszły samozwańczy kalif i brutalny wódz ISIS. Kości zostały rzucone.

ROZDZIAŁ 2 Kalif

Abu Bakr al-Baghdadi, zimny i wyrachowany mistrz kamuflażu, pojawił się znikąd, żeby przejąć kontrolę nad ISI. Tak naprawdę nazywa się Ibrahim Awwad Ibrahim Ali al-Badri as-Samarra’i. Urodził się w 1971 roku w mieście Samarra położonym na północ od Bagdadu. Jego ojciec był kaznodzieją i al-Baghdadi poszedł w jego ślady. W wieku osiemnastu lat zaczął studia na Uniwersytecie Irackim w Bagdadzie i przez następną dekadę zgłębiał tajniki szariatu. Według propagandy ISIS uzyskał stopień licencjata, magistra i wreszcie doktora prawa, lecz informacje te nigdy nie zostały potwierdzone.

Mieszkańcy dzielnicy Tobczi, w której w czasach studenckich mieszkał al-Baghdadi, wspominają go jako cichego i nieśmiałego mężczyznę. Świetnie grał w piłkę nożną i była to jedyna rzecz, w której się wyróżniał. Od czasu do czasu prowadził modlitwy w miejscowym meczecie, ale zdaniem osób, które go wtedy znały, nigdy nie był imamem, co stoi w sprzeczności z oficjalnymi komunikatami ISIS.

Al-Baghdadi ożenił się i miał syna. Według raportów amerykańskiego wywiadu, w 1999 roku, kilka lat po ukończeniu studiów, został członkiem Al-Kaidy. Mieszkał wtedy w niewielkim mieście Al-Qa’im na granicy z Syrią, w leżącej na zachodzie Iraku rozległej prowincji Anbar. Dokument Pentagonu z 2005 stwierdza, że działając pod pseudonimem Abu Du’a, „miał związek z zastraszaniem, torturowaniem i mordowaniem miejscowych cywilów. Porywał nie tylko pojedyncze osoby, lecz także całe rodziny. Przedstawiał im akt oskarżenia, wydawał wyroki i dokonywał publicznych egzekucji”.

Szkopuł w tym, że w Iraku pseudonimy są w powszechnym użyciu. Chociaż opis niezwykle brutalnych metod pasuje do dzisiejszego przywódcy ISIS, to nie jest do końca pewne, czy akurat ten „Abu Du’a” to właśnie al-Baghdadi. Generał broni sir Graeme Lamb, ówczesny dowódca brytyjskich oddziałów specjalnych, powiedział: „Mężczyznę o takim pseudonimie aresztowaliśmy lub zabiliśmy przynajmniej pięć, sześć razy. Jest jak widmo pojawiające się w różnych miejscach. W tym wypadku trudno powiedzieć, gdzie kończy się rzeczywistość, a zaczyna fikcja”.

Informatorzy działający wewnątrz ISIS twierdzą, że al-Baghdadi korzysta z usług sobowtórów, podczas spotkań nigdy nie odsłania twarzy i zaledwie kilka osób wie, jak naprawdę wygląda.

Poszukiwany Abu Bakr al-Baghdadi, założyciel ISIS. Plakat rozpowszechniany przez Departament Stanu USA.

Obóz Bucca

Pod koniec 2005 roku al-Baghdadi został aresztowany przez Amerykanów jako znany współpracownik Al-Kaidy. Trafił do obozu Bucca, gdzie poznał wielu ludzi, z którymi później założył ISIS. Właśnie tam jego poglądy uległy dalszej radykalizacji. Za czasów amerykańskiej okupacji obóz Bucca był największym centrum zatrzymań w Iraku. Przetrzymywano tam jednocześnie około dwudziestu czterech tysięcy podejrzanych i niektórzy z byłych więźniów twierdzą, że w rzeczywistości był to „obóz szkoleniowy dla terrorystów”. Miały się tam odbywać lekcje, jak przeprowadzać zamachy bombowe, a osadzeni, którzy przejmowali zachodnie obyczaje, padali ofiarami brutalnych napaści.

Bucca była rozległym, otoczonym drutem kolczastym terenem, na którym stały setki namiotów podzielonych na wiele oddzielnych bloków więziennych. Strażnicy – głównie rezerwiści – musieli stawiać czoło burzom piaskowym, sześćdziesięciostopniowym upałom w ciągu dnia i zimnym nocom, podczas których temperatura spadała poniżej zera.

W sumie w obozie Bucca razem z al-Baghdadim przebywało najprawdopodobniej dziewięciu późniejszych wysokich rangą dowódców ISIS, wśród nich jego zastępca, były podpułkownik armii Saddama Husajna, oraz ludzie odpowiedzialni obecnie za nadzór nad zagranicznymi bojownikami, zamachowcami samobójcami, sierotami i magazynami ISIS.

Jest więcej niż prawdopodobne, że przynajmniej niektórzy z nich spotkali się w obozie, gdy przebywał tam al-Baghdadi, który nigdy nie był przetrzymywany w pilnie strzeżonym Bloku Czternastym, ponieważ nie uważano go za szczególnie groźnego. Pułkownik Kenneth King wspomina go jako jednego ze spokojniejszych więźniów. Bardzo możliwe, że radykałowie i byli członkowie partii Baas spotykali się i konspirowali, żeby najzwyczajniej w świecie skrócić sobie czas odsiadki.

Gdy nie knuli spisków, wszczynali bójki. Regularnie atakowali strażników bronią własnej produkcji. W celach często znajdowano noże, maczety, baty i nunczako. Więźniowie kopali pod obozem tunele, niszczyli poszycia namiotów, żeby zrobić z nich wojskowe mundury i organizowali ucieczki. Niektóre kończyły się powodzeniem, ale niemal zawsze udawało się zatrzymywać zbiegów na otaczającej obóz pustyni.

Jednym z ulubionych – i niewątpliwie bardziej pomysłowych – rodzajów broni były tak zwane herbaciane kamienie. Osadzeni mieszali herbatę z błotem i suszyli ulepione bryłki na słońcu. Powstawały w ten sposób wystarczająco twarde pociski, którymi strzelano z różnego rodzaju proc do wartowników, powodując u nich całkiem poważne obrażenia.

Często wybuchały zamieszki, choć zazwyczaj nie dotyczyły one strażników, lecz więźniów z wrogich frakcji. Dlatego też w pewnym momencie rozdzielono przedstawicieli różnych plemion, wyznań i odłamów religijnych. Spory między przetrzymywanymi rozstrzygały zwykle powoływane przez nich samych sądy szariatu. Oskarżonym o uleganie „zachodniemu stylowi życia” groziły surowe kary. Jednego z więźniów, którego uznano za winnego udzielania pomocy Amerykanom, brutalnie zaatakowano i wyłupiono mu oczy.

Z czasem strażnicy, obserwując interakcje między osadzonymi, nauczyli się rozpoznawać ekstremistów i prowodyrów. Co ciekawe, żaden z funkcjonariuszy nie przypomina sobie jednak, by al-Baghdadi sprawiał jakieś szczególne problemy. Gdy ekstremiści urośli w siłę, władze postanowiły sprowadzić do obozu duchownych głoszących bardziej umiarkowaną interpretację Koranu. Zorganizowano też specjalne zajęcia mające utemperować radykalne nastroje. Niestety, nie cieszyły się one powodzeniem, ponieważ ich uczestnikom groziły oskarżenia o kolaborację.

Al-Baghdadi wyszedł na wolność we wrześniu 2009 roku, kiedy kontrolę nad obozem przekazano irackiej armii. Być może stało się to w wyniku ogłoszonej przez rząd amnestii, ale jest równie prawdopodobne, że po prostu nie rzucał się w oczy i zdaniem władz nie stanowił żadnego zagrożenia. Ówczesny komendant obozu twierdzi, że na odchodne al-Baghdadi powiedział: „Do zobaczenia w Nowym Jorku”.

Al-Baghdadi rośnie w siłę