Opis

Jak znosić upływ czasu, gdy jest się zmuszonym do bezczynności? Jak radzić sobie z utratą tych, których się kochało? Kto przekaże dalej nasze dziedzictwo? Richard, emerytowany profesor, dzięki spotkaniu z uchodźcami na Oranienplatz w Berlinie wpada na pomysł, by szukać odpowiedzi na swe pytania tam, gdzie nikt by ich nie szukał: u młodych ludzi z Afryki, których wyrzuciło na berliński brzeg i którzy od lat skazani są na czekanie. I nagle on, mieszkaniec starej Europy, patrzy na siebie oczami ludzi, którzy być może lepiej od niego wiedzą, kim on, Richard, właściwie jest. Erpenbeck jest wśród pisarzy swego pokolenia cichą poetką. Siła jej języka kryje się nie w poszczególnych słowach, lecz między zdaniami. „Der Spiegel” Jeden z najbardziej kreatywnych głosów współczesnej literatury niemieckojęzycznej. „NZZ am Sonntag”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 386

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Gehen, Ging, Gegangen

Copryight © 2015, Albrecht Knaus Verlag,

a division of Verlagsgruppe Random House GmbH, Munchen, Germany

Copryight © 2015, Jenny Erpenbeck

All rights reserved

Copyright © 2020 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2020 for the Polish translation by Eliza Borg (under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Tłumaczenie niniejszej pozycji otrzymało wsparcie finansowe Instytutu Goethego.

Projekt graficzny okładki: Anna Slotorsz/ artnovo.pl

Zdjęcia użyte na okładce: © Maxger, © Eky Studio (Shutterstock)

Redakcja: Marzena Kwietniewska-Talarczyk

Korekta: Maria Zając, Marta Chmarzyńska, Aleksandra Pietrzyńska

ISBN: 978-83-66512-41-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E - wydanie 2020

Dla Wolfganga

Dla Franza

Dla moich przyjaciół

Bóg stworzył objętość, diabeł powierzchnię.

Wolfgang Pauli, fizyk

Nawet gdy jakiś owad bardzo mi przeszkadza, muszę pokonać ogromny opór, żeby go zabić. Nie wiem, czy to jest współczucie. Nie, nie sądzę. Może tylko przyzwyczajenie do pewnych współzależności. I próba dostosowania się do tych istniejących współzależności, zgoda na nie.

Heiner Müller

In the end, we will remember not the words of our enemies, but the silence of our friends. [Na końcu będziemy pamiętać nie słowa naszych wrogów, lecz milczenie naszych przyjaciół1].

Martin Luther King

1

Może ma przed sobą jeszcze wiele lat, a może tylko kilka. W każdym razie jest tak, że od tej pory Richard nie musi już wstawać punktualnie, by zjawić się rano w instytucie. Teraz po prostu ma czas. Czas na podróże, jak to mówią. Czas na czytanie. Prousta, Dostojewskiego. Czas, by słuchać muzyki. Nie wie, jak długo potrwa, zanim się przyzwyczai do tego, że ma czas. Jego głowa w każdym razie jeszcze pracuje tak jak zawsze. Co pocznie teraz ze swoją głową? Z myślami, które nadal się myślą w jego głowie? W życiu odniósł sukces. No i? W każdym razie to, co ludzie nazywają sukcesem. Jego książki były drukowane, zapraszano go na konferencje, jego wykłady aż do końca cieszyły się dużym zainteresowaniem, studenci czytali jego książki, zaznaczali sobie ważne fragmenty i uczyli się ich do egzaminu na pamięć. Gdzie się podziali ci studenci? Niektórzy są asystentami na uniwersytetach, dwoje czy troje zostało tymczasem profesorami. O innych od dawna nie słyszał. Jeden utrzymuje z nim przyjacielskie kontakty, kilku odzywa się od czasu do czasu.

Tak.

Znad swego biurka widzi jezioro.

Richard robi sobie kawę.

Z filiżanką w ręce idzie do ogrodu i sprawdza, czy krety nie usypały nowych kopczyków ziemi.

Jezioro jest ciche, jak zawsze tego lata.

Richard czeka, ale nie wie na co. Czas to teraz zupełnie inny rodzaj czasu. Nieoczekiwanie. Tak myśli. A potem jeszcze myśli, że oczywiście nie potrafi przestać myśleć. Myślenie to przecież on sam, a jednocześnie to mechanizm, któremu jest podporządkowany. Nawet gdy jest zupełnie sam ze swoją głową, to naturalnie nie może przestać myśleć. Nawet jeśli tak naprawdę nie obchodzi to psa z kulawą nogą, myśli.

Przez krótką chwilę wyobraża sobie, jak jakiś pies pyskiem przewraca kartki w jego rozprawie na temat Pojęcia świata w dziełach Lukrecjusza.

Wchodzi z powrotem do domu.

Zastanawia się, czy dziś nie jest za ciepło na marynarkę. Czy w ogóle potrzebuje jeszcze marynarki, kiedy chodzi sam po domu?

Przed laty, gdy przypadkiem dowiedział się, że jego kochanka go zdradza, nie potrafił sobie poradzić z tym rozczarowaniem inaczej, jak tylko przetwarzając je na pracę. Przez całe miesiące zachowanie kochanki stanowiło przedmiot jego dociekań. Napisał blisko sto stron, by zgłębić wszystko, co doprowadziło do zdrady, także sposób, w jaki młoda kobieta ją urzeczywistniła. W kwestii ich związku ta praca nie doprowadziła do żadnego szczególnego efektu, gdyż kochanka niewiele później definitywnie go rzuciła. Ale przynajmniej dzięki niej przetrwał pierwsze miesiące po odkryciu tej zdrady, podczas których czuł się naprawdę podle. Najlepszym lekarstwem na miłość, wiedział to już wszak Owidiusz, jest praca.

Teraz jednak nie dręczy go czas wypełniony daremną miłością, lecz czas jako taki. Ma on przemijać, ale zarazem trwać. Na krótką chwilę staje mu przed oczami wynędzniały, brudny kundel, który zębami i pazurami rozszarpuje na strzępy książkę zatytułowaną Próba eseju na temat czekania.

Może faktycznie wydziergany na drutach sweter lepiej pasuje do jego obecnej sytuacji niż marynarka. W każdym razie jest wygodniejszy. Teraz, kiedy nie obraca się już codziennie wśród ludzi, nie musi się też właściwie każdego ranka golić. Pozwolić rosnąć temu, co chce rosnąć. Po prostu już się tylko nie opierać. Czyżby to był początek umierania? Rośnięcie jako początek umierania? Nie, to nie może być prawda, myśli.

Mężczyzny, który leży na dnie jeziora, wciąż jeszcze nie znaleźli. Nie było to samobójstwo, utonął podczas kąpieli. Od tego czerwcowego dnia jezioro spoczywa ciche. Dzień w dzień ciche. Ciche w czerwcu, ciche w lipcu. Także teraz, a wkrótce nadejdzie jesień, wciąż jeszcze panuje tam cisza. Żadnych łodzi wiosłowych, żadnych piszczących dzieci, żadnych wędkarzy. Jeśli tego lata ktoś skoczył na główkę z pomostu publicznego kąpieliska, mógł to być tylko jakiś nietutejszy, który nie słyszał o wypadku. Może kiedy wycierał się po kąpieli, zagadnęła go jakaś miejscowa kobieta, która akurat wyprowadzała psa, albo zaczepił rowerzysta, który na chwilę zsiadł z roweru, by zapytać: Pan to chyba nic nie wie? Richard jeszcze nigdy nie poinformował takiej nieświadomej niczego osoby o nieszczęś­ciu, które tu się wydarzyło, bo i po co. Po co psuć dzień komuś, kto chce tylko przyjemnie spędzić czas? W drodze powrotnej znad jeziora wycieczkowicze idą niespiesznie wzdłuż jego płotu w równie beztroskim nastroju, w jakim tu przyjechali.

On jednak, gdy siedzi przy swoim biurku, wciąż ma przed oczami jezioro.

Tego dnia, gdy to się stało, przebywał w mieście. W swoim instytucie, choć była to niedziela. Miał jeszcze wtedy uniwersalny klucz, który tymczasem już oddał. Jeden z tych weekendów, kiedy zaczął po trochu opróżniać swoje biuro. Szuflady, szafy. Gdzieś koło godziny trzynastej czterdzieści pięć. W tym czasie był akurat zajęty zbieraniem książek z regału, z podłogi, z sofy, fotela, małego stolika i pakowaniem ich do kartonów. Dwadzieścia, dwadzieścia pięć książek na dno każdego kartonu, a na to na górę lżejsze rzeczy: manuskrypty, listy, spinacze biurowe, teczki, stare wycinki z gazet. Ołówki, długopisy, gumki do wycierania, waga do listów. W pobliżu, opowiadano sobie, pływały dwie łodzie wiosłowe, ale nikomu z siedzących w nich ludzi nie przyszło do głowy, że właśnie wydarza się tu jakieś nieszczęście. Podobno widzieli, jak mężczyzna wymachiwał ręką, ale myśleli, że się wygłupia. Richard słyszał, że po prostu odpłynęli. Ale kim byli ludzie w łódkach, tego nikt nie wiedział. Podobno jacyś młodzi mężczyźni. Nawet silni, mogliby pomóc. Ale kto dokładnie, tego nikt nie wie. A może się bali, że tonący wciągnie ich za sobą, kto wie.

Jego sekretarka zaproponowała, że pomoże mu się pakować. Wielkie dzięki, ale. Miał niejasne uczucie, że wszystkim, a może zwłaszcza tym, którzy go lubili, bardzo zależało na tym, żeby się go jak najszybciej pozbyć z pola widzenia. Dlatego wolał pakować rzeczy sam, w soboty i niedziele, kiedy w instytucie nikogo nie było. Zauważył, że potrzebuje sporo czasu na wyciąg­nięcie tego wszystkiego, co przez lata leżało na regale albo w którejś z szuflad, część z tego nigdy nieprzeczytana, i decydowanie, czy ma to trafić do niebieskiego worka z makulaturą, na śmieci czy do jednego z kartonów, które chciał zabrać do domu. Mimowolnie zaczynał kartkować jeden czy drugi manuskrypt, a potem, czytając, stał przez kwadrans albo i pół godziny na środku pokoju. Praca jakiegoś studenta na temat jedenastej pieśni Odysei albo praca studentki, w której się kiedyś troszeczkę podkochiwał, o płaszczyznach znaczeniowych w Metamorfozach Owidiusza.

Potem, któregoś dnia na początku sierpnia, zorganizował pożegnalne spotkanie z alkoholem i kilkoma mowami z okazji swego przejścia na emeryturę; sekretarka, niektórzy koledzy i on sam mieli łzy w oczach, ale nikt, także on sam, tak naprawdę nie płakał. Każdy się przecież kiedyś starzeje. Jest kiedyś stary. W poprzednich latach to jemu często przypadało w udziale wygłaszanie mów pożegnalnych, to on nieraz ustalał z sekretarką, ile kanapek, wino czy szampan, sok pomarańczowy czy woda. Teraz zajmie się tym ktoś inny. Wszystko będzie funkcjonowało także bez niego. I to też jest jego zasługą. W ostatnich miesiącach wiele razy musiał wysłuchiwać, jakiego ma godnego następcę, jak szczęśliwy był ten wybór, w którym sam jeszcze miał swój udział, on także chwalił młodego człowieka, jak gdyby to cieszenie się z czegoś, co dopiero nastąpi, dotyczyło też jego samego, bez wahania wymawiał nazwisko swego następcy, które już wkrótce zamiast jego własnego będzie figurowało w nagłówku pism instytutu, od jesieni ten drugi przejmie jego wykłady i będzie realizował plany nauczania, które to on, obecnie emeritus, napisał krótko przed swoim odejściem na czas, który będzie się obywał bez niego.

Odchodzący sam musi zorganizować swoje pożeg­nanie, taki jest zwyczaj, ale dopiero teraz uświadamia sobie, że nigdy wcześniej tak naprawdę nie rozumiał, co to właściwie oznacza. I że nadal tego nie rozumie. Równie trudno jest mu zrozumieć fakt, że jego pożeg­nanie to dla innych jedynie nieistotny element ich codziennego dnia, i tylko dla niego jest to faktyczny koniec. Gdy w ostatnich miesiącach ktoś mu mówił, jak smutno, jaka szkoda, po prostu niewyobrażalne, że wkrótce odejdzie, z trudem mu przychodziło okazywanie wzruszenia, jakiego oczekiwał mówiący te słowa, gdyż ubolewanie osoby, która niby to była taka wstrząśnięta, oznaczało przecież tylko to, że ten smutny, niewyobrażalny fakt, iż on odchodzi – ach jaka szkoda! – już dawno został przez nią zaakceptowany jako coś nieodwracalnego.

Z bufetu zimnych przekąsek, które podano w instytucie z okazji jego pożegnania, oprócz pietruszki zostało tylko parę kanapeczek z łososiem, prawdopodobnie dlatego, że w tym upale niektórzy nie mieli zaufania do ryby. Migotliwe jezioro, które rozpościera się teraz przed nim, zawsze, tak mu się zdaje, wiedziało więcej niż on, dla którego myślenie jest zawodem. Albo nim było? Jezioru jest wszystko jedno, czy rozkłada się w nim ryba czy człowiek.

Następnego dnia po pożegnalnym przyjęciu instytut zamykał się już powoli na lato, jeden z kolegów miał zamiar pojechać tu, inny tam, tylko on nie zaplanował żadnej podróży, dla niego bowiem wybebeszanie zapełnianego przez lata gabinetu teraz właśnie wkroczyło w decydującą fazę.

Dwa tygodnie później półki regału, związane sznurkiem, stały oparte o ścianę, spakowane kartony piętrzyły się za drzwiami, a te parę mebli, które chciał przewieźć do siebie do domu, tworzyło małą kanciastą wysepkę na środku pokoju. Opierała się o nią szczotka ze spłaszczonym włosiem, na parapecie obok zakurzonej koperty leżały nożyczki, pięć dużych worków na śmieci, jeden zapełniony do połowy, stało w kącie, rolka taśmy klejącej poniewierała się po podłodze, w ścianach tkwiły jeszcze gwoździe, na których nie wisiał już żaden obrazek. Na koniec oddał klucz do instytutu.

Teraz tu, w domu, powinien znaleźć odpowiednie miejsce na meble, otworzyć kartony i włączyć wszystko, co w nich jest, do swego prywatnego gospodarstwa. Kość do kości, krew do krwi, tak jakby sklejone było. Tak, tak – Zaklęcia merseburskie. Także to, co nazywa się wykształceniem, to wszystko, co wie i czego się nauczył, od tej chwili jest już tylko jego prywatną własnością. Od wczoraj stoi to w piwnicy i czeka. Ale jak ma wyglądać dzień, który nadawałby się do tego, by zacząć rozpakowywanie? W każdym razie nie tak jak dzisiejszy. Może jutro? Albo później. Jakiś dzień, kiedy nie będzie miał nic innego do roboty. Czy rozpakowywanie w ogóle ma sens, oto jest pytanie. Czy jeszcze ma sens. Gdyby miał dzieci. Albo chociaż siostrzeńców czy bratanice. Ale skoro ich nie ma, to wszystko, co jego żona nazywała zawsze rupieciami, istnieje już tylko dla jego własnej przyjemności. A gdy kiedyś tam jego też już nie będzie – dla niczyjej. Oczywiście jakiś antykwariusz zapewne weźmie książki i na co poniektóre egzemplarze, pierwsze wydanie albo z autografem autora, może jeszcze znajdzie chętnego. Kogoś takiego jak on, kto póki żyje, ma prawo gromadzić rupiecie. I tak bez końca. Ale cała reszta? To wszystko, co tworzy wokół niego pewien system i ma sens tylko tak długo, jak długo on wydeptuje w nim swoje ścieżki, wykonuje określone ruchy, przypomina sobie to i owo – to wszystko rozproszy się na wszystkie strony i zagubi, gdy jego już nie będzie. Mógłby też kiedyś o tym napisać, o tej sile przyciągania, która wiąże rzeczy martwe z żywymi istotami, stwarzając pewne uniwersum. Czy to on jest w nim słońcem? Musi uważać, żeby nie oszaleć, gdy teraz przez całe dnie jest sam i z nikim nie rozmawia.

Ale jednak.

Chłopska szafa, przy której brak jednej listwy, z całą pewnością nie będzie już stała w tym samym gospodarstwie domowym co filiżanka, w której każdego popołudnia robi sobie kawę po turecku, fotel, w którym ogląda telewizję, co wieczór będą przesuwały inne ręce niż te, które będą wyciągać szuflady jego biurka, jego telefon nie będzie miał wspólnego właściciela z nożem, którym kroi cebulę, podobnie jak jego golarka. Wiele z tego, co ceni, co wciąż jeszcze działa całkiem dobrze albo mu się po prostu podoba, zostanie wyrzucone. Między wysypiskiem śmieci, na którym wyląduje na przykład jego stary budzik, a gospodarstwem człowieka, którego stać będzie na jego miśnieński serwis z wzorem cebulowym, będzie istnieć niewidzialna więź wynikająca z faktu, że obie rzeczy należały kiedyś do niego. Tyle że, oczywiście, kiedy on umrze, o tej więzi nikt już nie będzie wiedział. Chyba że taka więź, niezależnie od wszystkiego, trwa po wsze czasy, poniekąd obiektywnie? A jeśli tak, to w jakich jednostkach należałoby ją mierzyć? Jeśli rzeczywiście ten stworzony przez niego sens scala jego gospodarstwo, od szczoteczki do zębów po wiszący na ścianie gotycki krucyfiks, w jakiś wszechświat, to natychmiast pojawia się następne zasadnicze pytanie: Czy sens ma ciężar?

Richard musi naprawdę uważać, żeby nie zwariować. Może nastrój mu się poprawi, gdy wreszcie znajdą tego topielca. Nieszczęśnik miał ponoć okulary do nurkowania. Może to i śmieszne, ale przez całe lato nie widział nikogo, kto by się z tego śmiał, nawet jeśli wiedział o tych okularach. Niedawno na wiejskim święcie, które mimo tej tragedii jednak się odbyło, tyle że bez tańców, słyszał, jak przewodniczący Związku Wędkarskiego powtarzał wielokrotnie: W okularach do nurkowania! W okularach do nurkowania! Jakby akurat ten szczegół w okolicznościach śmierci mężczyzny był najtrudniejszy do zniesienia. I rzeczywiście, wszyscy inni mężczyźni, którzy stali tam z kuf­lami piwa w rękach, przez dłuższą chwilę nic na to nie odpowiadali, patrzyli tylko w milczeniu na pianę w swoich kuflach i kiwali głowami.

On także do końca będzie robił to, co sprawia mu przyjemność. Głową naprzód do piachu. Rozmyślać. Czytać. A gdy jego głowa w którymś momencie odmówi współpracy, to już żadna inna głowa nie będzie wiedziała, co się z nią dzieje. Może potrwać, zanim ciało wypłynie na powierzchnię, powiedziano. I trwa to już blisko trzy miesiące. Może też się zdarzyć, że go nie odnajdą, powiedziano. Bo zaplątało się w wodoros­ty albo zapadło na zawsze w muł, który na dnie jeziora ma ponoć grubość jednego metra. To głębokie jezioro, osiemnaście metrów. Na powierzchni łagodne, ale w istocie otchłań. Od tamtego czasu w bezwietrzne dni każdy z okolicznych mieszkańców, on także, z pewnym wahaniem spogląda na trzciny, z pewnym wahaniem spogląda na lśniącą jak lustro powierzchnię jeziora. Znad swego biurka widzi jezioro. Jest piękne jak każdego poprzedniego lata, ale w tym roku nie ma to żadnego znaczenia. Jak długo topielec nie zostanie odnaleziony i zabrany stąd, jezioro należy do niego. Przez całe, już długie lato – a wkrótce będzie jesień – jezioro należy do kogoś, kto jest martwy.

2

W pewien czwartek pod koniec sierpnia przed ceglanym Czerwonym Ratuszem w Berlinie zbiera się dziesięciu mężczyzn. Postanowili, jak mówią ludzie, przestać jeść. Trzy dni później postanawiają także nic nie pić. Mają czarną skórę. Mówią po angielsku, francusku, włosku. I jeszcze w kilku innych językach, których nikt tutaj nie zna. Czego chcą ci mężczyźni? Chcą pracy. I chcą mieć możliwość utrzymać się z tej pracy. Chcą zostać w Niemczech. Kim jesteście, pyta ich policja i sprowadzeni urzędnicy Senatu, czyli władz miasta i landu Berlin. Nie powiemy, odpowiadają mężczyźni. Ale musicie to powiedzieć, mówią ci drudzy, inaczej nie wiemy, czy podlegacie naszemu prawu i czy wolno wam tu zostać i pracować. Nie powiemy, kim jesteśmy, mówią mężczyźni. A czy wy, będąc na naszym miejscu, przyjęlibyście gościa, którego nie znacie, pytają drudzy. Mężczyźni milczą. Musimy sprawdzić, czy naprawdę jesteście w potrzebie, mówią drudzy. Mężczyźni milczą. Może jesteście przestępcami, musimy to sprawdzić. Mężczyźni milczą. Albo po prostu pasożytami. Mężczyźni milczą. Sami nie mamy za dużo, mówią drudzy. Tutaj obowiązują pewne reguły, mówią, musicie się do nich stosować, jeśli chcecie tu zostać. A na koniec mówią: Nie możecie nas szantażować. Ale ludzie o czarnej skórze nie chcą wyjawić, kim są. Nie jedzą, nie piją, nie mówią, kim są. Po prostu są. Milczenie mężczyzn, którzy wolą umrzeć niż podać swe nazwiska, i czekanie tych drugich na odpowiedzi na wszystkie te pytania łączą się w jedną wielką ciszę na samym środku Alexanderplatz w Berlinie. Ta cisza nie ma nic wspólnego z tym, że na Alexanderplatz wskutek ulicznego gwaru i prac przy wykopie pod nową stację metra zawsze jest bardzo głośno.

Dlaczego więc Richard, który po południu przechodzi obok czarnych i białych, siedzących i stojących mężczyzn, nie może usłyszeć tej ciszy?

Myśli o Rzeszowie.

Jeden z jego przyjaciół, archeolog, opowiadał mu o znaleziskach podczas prac na Alexanderplatz i zaprosił go, by obejrzał miejsce wykopów. Teraz przecież ma czas, a w jeziorze i tak nie może pływać, z powodu tamtego mężczyzny. Kiedyś wokół Czerwonego Ratusza biegły rozległe piwnice, opowiadał mu przyjaciel. Podziemne hale, w których w średniowieczu znajdowało się targowisko. Ludzie, czekając na rozprawę, na umówione spotkanie, na decyzję w sprawie, robili tam zakupy, w zasadzie nie inaczej niż dziś. Handlowano w tych katakumbach rybami, serem i winem, wszystkim, co w chłodzie przechowuje się lepiej.

Tak jak w Rzeszowie.

W latach sześćdziesiątych, jako student, Richard siadywał niekiedy między dwoma wykładami na brzegu fontanny Neptuna, z podciągniętymi nogawkami spodni, ze stopami zanurzonymi w wodzie, z książką na kolanach. Już wtedy pod ziemią rozciągały się te wydrążone przestrzenie, ledwie parę metrów poniżej jego stóp, a on nic o tym nie wiedział.

Kilka lat wcześniej, gdy jego żona jeszcze żyła, zwiedzali kiedyś podczas urlopu niewielkie polskie miasto Rzeszów, które w średniowieczu całe było podkopane tunelami. Jak drugie miasto, ukryte przed nieuważnym wzrokiem, wyrósł pod ziemią ten labirynt, jak lustrzane odbicie domów widocznych na powierzchni. Każda kamienica miała przez własną piwnicę dostęp do oświetlonego łuczywami publicznego targowiska. A gdy na górze toczyła się wojna, mieszkańcy miasta kryli się na dole. Później, w czasach nazizmu – Żydzi. Dopiero naziści wpadli na pomysł, by wpuścić do korytarzy gaz.

Rzeszów.

Zasypane hale pod Czerwonym Ratuszem pozostały jednak ukryte nawet przed nazistami. W ostatnich dniach drugiej wojny zalali oni jedynie tunele berlińskiego metra. Zapewne po to, by utopić własny naród, który schronił się tam przed nalotami aliantów. Lepiejsię pochorować niż komuś podarować.

Czy któryś z mężczyzn przypadkiem jeszcze nie zasłabł? – pyta jakaś młoda kobieta z mikrofonem w ręce, za nią stoi barczysty dryblas z kamerą na ramieniu. Nie, mówi jeden z policjantów. Czy są sztucznie odżywiani? Jak na razie jeszcze nie, odpowiada policjant, widzi pani przecież. Czy kogoś odwieziono już do szpitala? Wczoraj jednego, tak mi się zdaje, mówi inny mundurowy, ale to było przed moją zmianą. Mógłby mi pan powiedzieć, do którego? Nie, nie wolno nam udzielać takich informacji. No to nie uda mi się zrobić mojej story. Taa, mówi pierwszy, niestety nic nie możemy poradzić. Rozumie pan, mówi młoda kobieta, kiedy nic się nie dzieje, to nie mam z czego zrobić story. Tak-tak, rozumiem. I później nikt tego ode mnie nie zechce wziąć. Na to ten drugi: Może dziś coś się jeszcze wydarzy, może jakoś wieczorem. Kobieta: Mam jeszcze maksymalnie godzinę. Potem jeszcze montaż. Mamy deadline. Rozumiem, mówi mundurowy i szczerzy zęby w uśmiechu.

Także dwie godziny później w drodze powrotnej na dworzec Richard nie patrzy w stronę ratusza, patrzy w lewo, na fontanny, widzi usytuowane schodkowo baseny, które prowadzą w górę ku cokołowi wieży telewizyjnej. Zbudowane w czasach socjalizmu, każdego lata pełne przelewającej się wody, ryzykowna przygoda dla szczęśliwej dzieciarni, która balansowała pośrodku na przebiegających w poprzek kładkach, naokoło roześmiani, dumni rodzice, i wszyscy, tak dzieci, jak i rodzice, co jakiś czas zadzierali głowy ku srebrzystej kuli wieży z upajającym zawrotem głowy: Zawali się! Zawali się na nas! Trzysta sześćdziesiąt pięć metrów do najwyższego czubka, dni całego jednego roku wymierzone w metrach, mówi ojciec, i nie, wcale się nie zawali, to tylko tak wygląda, mówi matka do chlapiących się dzieci. Ojciec opowiada dzieciom, ale tylko, jeśli chcą słuchać, historię pewnego budowniczego wieży: W trakcie montażu samego jej szczytu podobno spadł, ale właśnie dlatego, że wieża jest taka wysoka, upadek budowlańca trwał bardzo długo, a podczas gdy robotnik spadał, mieszkańcom okolicznych domów udało się zdobyć gdzieś szybko materace, cały stos materaców, a on spadał i spadał, no i sterta materaców była gotowa akurat w momencie, gdy robotnik po swym długim locie dotarł na dół, wylądował na niej miękko – jak księżniczka na ziarnku grochu! – i nie odniósłszy żadnych obrażeń, znów stanął na nogi. Dzieci się cieszą z cudownego ocalenia robotnika, ale teraz chcą się dalej bawić. Przy fontannach na Alexanderplatz w Berlinie ludzkość każdego lata była już taka szczęśliwa i zadowolona, jak, ogólnie rzecz biorąc, zgodnie z obietnicami miała być dopiero w przyszłości, w tym dalekim, absolutnie szczęśliwym czasie, nazywanym komunizmem, który kiedyś nadejdzie dla wszystkich ludzi zgodnie z przebiegającym schodkowo postępem, aż ku porywającym, niemal nieprawdopodobnym wyżynom, za jakieś sto, dwieście, najpóźniej trzysta lat.

Wbrew oczekiwaniom zleceniodawca fontann, państwo ludowe, po czterdziestu latach jednak niespodziewanie znikł z powierzchni ziemi, a wraz z państwem znikła również przynależna do niego przyszłość, tylko usytuowane schodkowo fontanny dalej tryskały wodą, i nadal każdego lata tryskają na porywającą, wręcz niewiarygodną wysokość, a rozdokazywane, szczęśliwe dzieciaki dalej balansują między nimi, podziwiane przez swych roześmianych, dumnych rodziców. Co właściwie opowiada taki obraz, któremu zapodziała się gdzieś opowieść? Co dzisiaj reklamują ci szczęśliwi ludzie? Czy czas stanął w miejscu? Czy dziś jakieś życzenia pozostają jeszcze niespełnione?

Do mężczyzn, którzy wolą umrzeć niż wyjawić, kim są, dołączają sympatycy. Młoda dziewczyna przysiadła się po turecku do jednego z czarnoskórych, rozmawia z nim po cichu, co jakiś czas kiwa głową, skręcając sobie przy tym papierosa. Jakiś młody człowiek dyskutuje z policjantami, oni tu przecież wcale nie mieszkają, mówi akurat młody człowiek, a policjant mówi, że to nie byłoby przecież dozwolone, no właśnie, mówi młody człowiek. Czarni mężczyźni leżą albo siedzą w kucki na ziemi, niektórzy rozłożyli śpiwory, inni koce, inni znowu nic. Stolik kempingowy ustawili jako podpórkę. Oparta o niego tablica to duża, pomalowana na biało tektura, na której czarnymi literami napisane jest: We become visible. Poniżej ktoś zielonym mazakiem, mniejszymi literami, dopisał tłumaczenie: Stajemy sięwidoczni. Może ten młody człowiek albo dziewczyna. Gdyby czarnoskórzy mężczyźni unieśli w tym momencie wzrok, to zdążyliby jeszcze dostrzec plecy Richarda, który właśnie ich mija: Jakiś trzymający się prosto pan, który zmierza tędy w stronę dworca, mimo upału ma na sobie marynarkę, a teraz znika wśród innych ludzi, z których jedni bardzo się spieszą i doskonale wiedzą, dokąd zdążają, a inni tylko się snują z planem miasta w ręce, chcą obejrzeć Alex, centrum tej części Berlina, która tak długo nazywała się strefą rosyjską, jeszcze dziś wielu mówi o niej żartobliwie strefa wschodnia. Gdyby milczący mężczyźni unieśli wzrok, to piętro wyżej nad nimi, w tle tego ludzkiego mrowia, ujrzeliby okna centrum fitness, które znajduje się bezpośrednio przy cokole wieży, pod sfałdowanym śmiało dachem. Zobaczyliby za szybami ludzi ćwiczących na rowerach, i innych, poruszających się na bieżni, ujrzeliby, jak ci ludzie godzina za godziną najeżdżają lub wbiegają na ogromne okna, jak gdyby możliwie najszybciej chcieli dotrzeć tu, do ratusza, do nich, czarnoskórych, albo też do policjantów, żeby wyrazić solidarność z jednymi albo drugimi, a jeśli trzeba, to w drodze do nich nawet rozbić okna, ostatni kawałek lecąc lub skacząc. Ale oczywiście rowery oraz bieżnie są przytwierdzone na stałe do podłogi, a ćwiczący mężczyźni poruszają się w miejscu, a nie do przodu. Możliwe, że trenujący widzą wszystko, co dzieje się na placu, ale na to, żeby – powiedzmy – przeczytać, co jest napisane na tekturowej tabliczce, na pewno są zbyt daleko.

3

Na kolację Richard robi sobie kanapki z serem i szynką, do tego sałatę. W supermarkecie, który dawniej nazywał się sam, ser był dziś w promocji, bo wkrótce mija mu termin przydatności do spożycia. Nie musi oszczędzać, emerytura jest wystarczająca, ale dlaczego ma przepłacać. Do sałaty kroi cebulę, przez całe swoje życie kroi cebulę, ale dopiero niedawno zobaczył w książce kucharskiej, jak należy ją trzymać, żeby nie wyśliznęła się przy krojeniu. Dla wszystkiego istnieje idealna forma, dla rzeczy przyziemnych tak samo jak dla pracy i sztuki. W gruncie rzeczy, myśli, przez całe życie człowiek prawdopodobnie nie robi nic innego, jak tylko próbuje dojść do tej właściwej formy. A gdy w paru dziedzinach wreszcie ją osiągnie, wtedy sam znika z powierzchni ziemi. On w każdym razie od pewnego czasu ma to za sobą, tę potrzebę, by jakimś swoim sukcesem coś innym udowodnić, zresztą tych innych już nie ma. Jego żona już tego nie zobaczy. A kochankę niespecjalnie by interesowała sztuka krojenia cebuli. Teraz już tylko on sam może się cieszyć tym, co udało mu się zrobić albo co zrozumiał. I cieszy się. A jego radość nie służy już żadnemu celowi. To pierwsza korzyść z tego, że mieszka się samemu: wszelka próżność okazuje się zbędnym balastem. A druga: nie ma już nikogo, kto by zaburzał jego porządek. Z czerstwego chleba smaży się grzanki do sałaty, torebkę herbaty, kiedy się ją wyjmie z dzbanka, okręca się sznureczkiem i jeszcze raz mocno wycis­ka, róże wysokopienne na zimę przygina się do dołu i przykrywa ziemią – i tak dalej. Radość z tego, co jest na właściwym miejscu, co się nie zapodziewa, czego się używa we właściwy sposób i nie marnuje, radość z tego, co się udaje i nie przeszkadza w powodzeniu czegoś innego, to w istocie, tak to widzi, radość z pewnego porządku, którego nie musi sam stwarzać, musi go tylko odnaleźć – tego porządku, który leży poza nim i właśnie dlatego wiąże go z tym, co rośnie, lata albo szybuje, oddalając go wprawdzie tym samym od pewnych osób, ale to jest mu obojętne.

Wtedy, gdy jego kochanka zaczęła go wyśmiewać, a potem coraz częściej była rozdrażniona jego krytycznymi uwagami, nie potrafił mimo to przestać się upierać przy jednym czy drugim sposobie działania, który raz na zawsze wydał mu się właściwy. Z żoną, przynajmniej w tej kwestii, prawie zawsze się zgadzał. Ona sama, niemiecka dziewczynka, pod koniec wojny została raniona w nogi przez strzelca z niemieckiego samolotu szturmowego, gdy uciekała przed rosyjskimi czołgami. Gdyby starszy brat nie ściągnął jej z drogi, z pewnością by nie przeżyła. Wszystko, czego nie można ogarnąć szybko wzrokiem, jest śmiertelnie niebezpieczne, tego nauczyła się jego żona już w wieku trzech lat. On podczas wysiedlania jego rodziny ze Śląska do Niemiec był jeszcze niemowlęciem i w zamęcie wyjazdu o mały włos nie zostałby rozdzielony z matką, gdyby na zatłoczonym peronie jakiś rosyjski żołnierz nie podał go matce do przedziału nad głowami wielu innych przesiedleńców. Tę historię matka opowiadała mu tak często, że uważał ją niemal za swoje własne wspomnienie. Wojenny zamęt, tak to nazywała. Także jego ojciec był zapewne sprawcą wojennego zamętu, jako żołnierz na froncie w Norwegii i Rosji. A ile dzieci jego ojciec, sam jeszcze prawie dziecko, rozdzielił pewnie z ich rodzicami? Albo w ostatnim momencie zdążył im je podać? Dopiero dwa lata później powracający do ojczyzny były jeniec wojenny odnalazł rodzinę, przesiedloną tymczasem do Berlina, i po raz pierwszy w życiu zobaczył swego syna. Komunikaty Czerwonego Krzyża o poszukiwanych członkach rodzin słyszało się w radiu jeszcze wiele lat po wojnie, ale ojciec już od dawna siedział z powrotem na sofie obok matki, z kawałkiem drożdżowego ciasta z miodem i migdałami, noszącego intrygującą nazwę „żądło pszczoły”, i filiżanką prawdziwej czarnej kawy, w tym czasie niemowlę, o mały włos nie zgubione w wojennej zawierusze, od dawna już było dzieckiem w wieku szkolnym. Pytać ojca o wojnę dziecko nigdy nie mogło. Matka: Zostaw, potrząsanie głową, machanie ręką, zostaw ojca w spokoju. Ojciec po prostu nic nie mówił. Co by się stało z niemowlęciem, gdyby pociąg ruszył dwie minuty wcześniej? Co by się stało z dziewczynką, późniejszą żoną Richarda, gdyby brat nie ściągnął jej z drogi? Między osieroconym chłopcem i martwą dziewczynką, tyle jest pewne, nie doszłoby do ślubu. Nie zamazuj moich kół, miał powiedzieć Archimedes, rysujący palcem na piasku figury geometryczne, do rzymskiego żołnierza, który go po tym zasztyletował. To, co niezagmatwane, nie jest oczywiste, co do tego Richard zawsze się z żoną zgadzał. Przypuszczalnie dlatego żona zawsze o wiele lepiej niż jego młoda kochanka rozumiała, o co mu chodzi, gdy we wszystkim, co go spotykało, poszukiwał tego, co naprawdę słuszne. Piła też. Ale to była zupełnie inna historia.

Siada przy stole i włącza telewizor, w wieczornych wiadomościach podają informacje z miasta i regionu: napad na bank, strajk pracowników lotniska, benzyna znowu drożeje, na Alexanderplatz zebrało się dziesięciu mężczyzn, najprawdopodobniej uchodźców, przystąpili oni do strajku głodowego, jeden z głodujących zasłabł i został odwieziony do szpitala. Na Alexanderplatz? Widać jakiegoś mężczyznę, którego wsuwają na łóżku polowym do karetki. Tam, gdzie był dziś Richard? Młoda dziennikarka mówi coś do mikrofonu, z tyłu siedzi i leży kilka postaci, widać stolik kempingowy z tabliczką z tektury: We become visible. Zielonymi, mniejszymi literami pod spodem: Stajemy się widoczni. To dlaczego on nie zauważył tej demonstracji? Na pierwszą kromkę chleba położył krojony ser, teraz druga, z szynką. Czasami się wstydził, że je kolację, podczas gdy na ekranie telewizora pokazywano zabitych strzałami ludzi, martwe ofiary trzęsień ziemi lub katastrof samolotowych, tu czyjś but po samobójczym ataku, ówdzie owinięte folią ciała ofiar epidemii, leżące jedno obok drugiego w masowym grobie. Wstydzi się również dzisiaj, a mimo to je dalej, zresztą jak zawsze. Jako dziecko poznał, co to bieda. Ale z tego powodu on nie musi także umierać z głodu tylko dlatego, że jakiś desperat podejmuje dziś strajk głodowy. Przynajmniej tak sobie to tłumaczy. Temu, kto rozpoczął strajk głodowy, i tak by to nie pomogło, a gdyby tamtemu powodziło się tak jak Richardowi, to też by siedział przy kolacji i jadł. Do dzisiaj zajęty jest strząsaniem z siebie protestanckiego dziedzictwa matki, zasadniczego stanu poczucia winy. Ale ona też nic nie wiedziała o obozach. Podobno. Co właściwie, zanim pojawił się Luter, było w miejscu duszy, w którym od tamtego czasu zaczęło się panoszyć nieczyste sumienie? Od momentu przybicia tez na drzwiach katedry w Wittenberdze pewna nieczułość jest po prostu obroną konieczną, tak przypuszcza. Sięga widelcem do pełnej miski z sałatą i żując, mówi sobie, że byłoby też intelektualnie nie w porządku, gdyby rzeczywiście któregoś dnia na znak solidarności z jednym czy drugim biednym albo zdesperowanym tego świata przestał jeść. Nawet wtedy nie opuściłby przecież ani na chwilę swojej klatki, gdzie ma wolność podejmowania decyzji. Jego niejedzenie, niejedzenie człowieka zamkniętego w luksusie wolności wyboru, nie byłoby ani na jotę mniejszym kaprysem niż obżeranie się. Cebulka w sałacie mu smakuje. Świeża cebulka. A mężczyźni nadal odmawiają podania swych nazwisk, mówi akurat młoda dziennikarka. Wydaje się zatroskana o głodujących mężczyzn, jest zatroskana wiarygodnie. Czy zatroskany ton jest obecnie przedmiotem egzaminacyjnym dla dziennikarzy? I czy obraz mężczyzny na łóżku polowym w ogóle pochodzi z Alexanderplatz? W średniowieczu uniwersalne leksykony nazywały się summa, w tych księgach plan miasta Madrytu wyglądał identycznie jak plan Norymbergi czy Paryża – plan miasta informował jedynie, że to, co nosiło tę czy inną nazwę, było miastem. Dziś może też nie jest dużo inaczej. Czy takiej postaci, odwożonej na łóżku polowym, nie widział już wcześniej w niezliczonych programach informacyjnych z najróżniejszych części świata i przy okazji najróżniejszych katastrof? Dlaczego w ogóle jakieś znaczenie miał fakt, czy te obrazy, przemykające po ekranie z szybkością dziesiątych części sekundy, rzeczywiście dzieliły czas i miejsce z grozą, jaką wzbudzała wiadomość? Czy jakiś obraz mógł być dowodem? I czy powinien nim być? Jaka opowieść leżała dziś u podstaw dowolnego obrazu? A może nie chodziło już wcale o żadną opowieść? Tylko dziś sześć osób utonęło podczas kąpieli w wodach wokół Berlina, mówi teraz spiker na zakończenie, nazywa to smutnymrekordem i przechodzi do pogody. Sześć osób, tak jak ten mężczyzna, który wciąż jeszcze leży gdzieś w głębinie jeziora. We become visible. Dlaczego Richard nie zauważył mężczyzn na Alexanderplatz?

4

W nocy wstaje do toalety i potem nie może już zasnąć, co mu się od paru miesięcy niekiedy zdarza. Leży w ciemności i przygląda się swoim myślom, jak błądzą gdzieś na manowce. Myśli o mężczyźnie, który leży w głębi jeziora, na samym dnie, gdzie woda nawet latem pozostaje zimna. O swoim pustym gabinecie. O młodej kobiecie z mikrofonem. Wcześniej, gdy udawało mu się jeszcze przesypiać do rana, noc wydawała się jakąś przerwą. Ale teraz od dłuższego czasu już nie. Wszystko toczy się dalej i nie przestaje się toczyć nawet po ciemku.

Następnego dnia kosi trawnik, potem je na obiad grochowy eintopf, potem myje puszkę i robi sobie kawę. Bierze tabletkę od bólu głowy. Od głów boli. Z kochanką robili sobie dawniej takie zabawy, przekręcali żartobliwie słowa. Albo mówili z literówkami. Ze słowa stary robiło się w ten sposób styra, z krótkikórtki i tak dalej. Dlaczego nie zauważył tych mężczyzn? We become visible. Akurat.

Wyciąga z regału tłumaczenie prozą Odysei i czyta swój ulubiony rozdział, jedenasty.

Później jedzie do wiejskiego domu towarowego z artykułami rolniczymi i oddaje nóż od kosiarki do naostrzenia.

Wieczorem robi sobie kanapki, do tego sałatę. Dzwoni do swego przyjaciela Petera, archeologa, Peter opowiada mu o tym, jak koparka na skraju wykopu nagle wydobyła na łyżce modernistyczną rzeźbę. Z nazistowskiej wystawy Sztuka zdegenerowana, mówi. Może podczas bombardowań zawaliło się biuro Izby Sztuki Rzeszy i szafa z „trującą sztuką”, by tak rzec, runęła do średniowiecza. Richard mówi, że to naprawdę nieprawdopodobne, a przyjaciel zauważa, że ziemia jest pełna cudów. Richard myśli, ale tego nie mówi, że ziemia to raczej wysypisko śmieci, różne epoki rzucają się na siebie, z ustami wypełnionymi ziemią spółkują ze sobą, ale żadna nie jest płodna, a postęp polega tylko na tym, że ci, którzy po tej ziemi chodzą, nic o tym wszystkim nie wiedzą.

Następnego dnia pada, więc zostaje w domu i wreszcie uprząta stertę starych gazet.

Przez telefon wykonuje kilka przelewów, następnie robi listę zakupów na później.

kilo cebuli

2 sałaty

pół białej kapusty

pół ciemnego chleba

1 masło

ser, wędlina?

3 x eintopf (grochowy albo z soczewicą)

makaron

pomidory

--------

śruby szesnastki

lakier do łodzi

2 haki

Po obiedzie kładzie się na dwadzieścia minut. Koc z prawdziwej wełny wielbłądziej, którym się przykrywa, dostał przed laty w prezencie gwiazdkowym od żony.

Z rozpakowywaniem kartonów w piwnicy woli poczekać na jakiś jaśniejszy dzień.

Studentka, której manuskrypt zatytułowany Płaszczyzny znaczeniowe w Metamorfozach Owidiusza też zabrał do domu, przysypiała niekiedy na jego seminarium, chowając twarz za rękami. Ale praca, którą napisała, mimo to była w porządku.

Po południu jeszcze tylko trochę siąpi, wsiada więc w samochód i jedzie do supermarketu, wcześ­niej samu, jutro jest niedziela, nie może o niczym zapomnieć, potem jeszcze jedzie do wiejskiego domu towarowego po resztę rzeczy. W wiejskim domu towarowym czuć nawozy, wióry drzewne i farby, są też robaki dla wędkarzy, okulary do nurkowania oraz jajka, prosto ze wsi.

Okulary do nurkowania.

Wieczorem w wiadomościach z miasta i regionu podają krótką informację: Głodujący uchodźcy z Alex­anderplatz zostali dziś stamtąd usunięci. Strajk jest zakończony.

Szkoda, myśli. Spodobał mu się pomysł, by stać się widocznym, nie mówiąc, kim się jest. Odyseusz nazwał się Nikim, by wydostać się z jaskini cyklopa. Kto ci wykłuł oko? – pytali z zewnątrz ślepego cyklopa pozostali olbrzymi. Nikt, krzyczał cyklop. Kto cię bije? Nikt! Odyseusz, ten nikt, którego samounieważniające się, fałszywe imię wykrzykuje olbrzym, czepia się brzucha barana i w ten sposób, niezauważony, wymyka się z jaskini pożerającego ludzi potwora.

Tablica z napisem We become visible teraz pewnie wylądowała w jakimś koszu na makulaturę albo, jeśli okazała się za duża, na ziemi, mokra od deszczu.

5

Podczas kolejnych dwóch tygodni Richard zajmuje się wstawieniem nowych drzwi do szopy, wzywa fachowca do naprawy wyciągu kominka, przesadza peonie, maluje wiosła lakierem jachtowym, załatwia pocztę, która czekała przez lato, raz idzie na fizjoterapię i trzy razy do kina. Rano przy śniadaniu jak zawsze czyta gazetę. Rano pije herbatę, earl greya z mlekiem i cukrem, je kromkę chleba z miodem i drugą z serem, do tego czasem kawałek ogórka, tylko w niedzielę robi sobie jajko. Teraz każdego dnia ma spokój, jaki przedtem miał tylko w niedzielę. Ale tylko w niedzielę ma ochotę na jajko. Tak, jak się przyzwyczaił. Nowe jest to, że może siedzieć z herbatą tak długo, jak chce, dlatego niektóre doniesienia, które wcześniej tylko przebiegał wzrokiem, teraz czyta dokładnie. Chętnie by się dowiedział, dokąd zawieziono dziesięciu mężczyzn z Alexa, ale o tym nie piszą ani słowa. Czyta, że w pobliżu włoskiej wyspy Lampedusy utonęło sześćdziesięciu czterech z trzystu dwudziestu dziewięciu uchodźców płynących łodziami, wśród nich ludzie z Ghany, Sierra Leone i Nigru. Czyta, że jakiś mężczyzna z Burkina Faso gdzieś nad Nigerią spadł z wysokości trzech tysięcy metrów z podwozia samolotu, w którym się ukrył. Czyta o szkole w dzielnicy Kreuzberg, okupowanej od miesięcy przez czarnych Afrykanów, czyta o Oranienplatz, na którym uchodźcy zdaje się od roku mieszkają w namiotach. Gdzie właściwie leży Burkina Faso? Nawet amerykański prezydent mówił ostatnio o Afryce jako o jednym kraju, a przecież, tak pisali w artykule o tym faux pas, istnieją pięćdziesiąt cztery państwa afrykańskie. Pięćdziesiąt cztery? Też by tego nie wiedział. Co jest stolicą Ghany? Sierra Leone? A Nigru? Spośród jego studentów niektórzy na początku pierwszego roku nie potrafili nawet wyrecytować pierwszych czterech wersów Odysei po grecku. W czasach, gdy on studiował, to było nie do pomyślenia. Wstaje i przynosi atlas. Stolica Ghany to Akra, stolica Sierra Leone to Freetown, a Nigru Niamey. Czy kiedyś znał nazwy tych miast? Burkina Faso leży na zachód od Nigru. A Niger? W budynku germanistyki, w tym samym korytarzu, tylko kilka sal dalej, w latach siedemdziesiątych widywało się często studentów z Mozambiku i Angoli, studiowali budowę maszyn albo rolnictwo, a u swych kolegów pobierali lekcje niemieckiego. Współpraca ze sprzymierzonymi wtedy państwami afrykańskimi skończyła się wraz z tutejszym socjalizmem. Czy to z powodu tych studentów kupił sobie wtedy książkę Literatura murzyńska? Tego już nie pamięta, ale przynajmniej wie, gdzie stoi na regale. Książki czekają, mówi zawsze, gdy goście pytają go, czy przeczytał już te wszystkie tomy, które ma na regałach. Stolica Mozambiku to Maputo, a Angoli Luanda. Zamyka atlas i przechodzi do innego pokoju, do tej półki na regale, gdzie stoi książka o Murzynach. Dziś nikt już nie powie „Murzyn”, ale wtedy jeszcze książka nosiła taki tytuł. Kiedy to właściwie było, wtedy? W czasach jego powojennego dzieciństwa matka musiała mu w kółko czytać książkę Balon czarownika Hatschi Bratschi, którą znalazła w gruzach w Berlinie w jakiejś walizce.

Szybko, szybko, woda wrze,

woła żona ludożercy,

szybko, szybko łapcie go,

woła synek ludożercy.

Na obrazkach szczególnie mu się podobał synek ludożercy: z kosteczkami po ostatnim posiłku wetkniętymi ukośnie we włosy. Zdaje się, że później matka oddała komuś tę książkę, a gdy będąc już dorosły, pytał o nią w księgarniach, dowiedział się, że wprawdzie książka nadal istnieje, ale w nowym, politycznie poprawnym wydaniu, z Afryką bez ludożerców, i że wersję oryginalną, jeśli w ogóle, można znaleźć w antykwariatach za horrendalną cenę. Także w tym wypadku zakaz nie posłużył do niczego innego jak do przemienienia rzeczy zakazanej w szczególnie pożądaną. Skutki są pośrednie, a nie bezpośrednie, myśli, tak jak przy różnych okazjach myślał już o tym często w ostatnich latach. Ale książka Literatura murzyńska stoi na regale w miejscu, gdzie zawsze stała i czekała na niego. I tak, zgadza się, jest z roku 1951. Kartkuje książkę i czyta kilka linijek. Ziemia jest okrągła i cała otoczona bagnami. Za nią jest kraina duchów buszu. Pod ziemią jest zawsze tylko ziemia. Co przyjdzie potem, tego nie wie nikt.

6

Gdy Richard wreszcie odnajduje szkołę w berlińskiej dzielnicy Kreuzberg, na dworze już zmierzcha. Na dawnym dziedzińcu szkolnym nie ma zewnętrznego oświetlenia, więc ledwie może rozpoznać czarne postacie, które wyłaniają się naprzeciw z nocnego mroku. Klatka schodowa śmierdzi. Ściany wysprejowane są farbami. Na pierwszym piętrze przez otwarte drzwi może zajrzeć prosto do męskiej toalety, wchodzi do niej i patrzy, jak wygląda ten przybytek: z czterech kabin trzy odgrodzone są biało-czerwoną taśmą. Po drugiej stronie ściana jest pusta, wcześniej były tu może prysznice. Rury wymontowano, zostały jeszcze kafelki. Śmierdzi okropnie. Wychodzi z powrotem na korytarz. Nie ma tu teraz nikogo, ani białych, ani czarnych. Na ścianie tylko odręcznie napisana kartka: „Aula”, strzałka pokazuje do góry. Z góry słyszy teraz również głosy. Przypuszczalnie wszyscy są już na zebraniu. Trochę się spóźnił, w drodze z kolejki miejskiej do szkoły najpierw pobłądził, bo wciąż jeszcze nie orientuje się dobrze w dawnym Berlinie Zachodnim. Władze Berlina zapraszają mieszkańców z sąsiedztwa i uchodźców na spotkanie do auli okupowanej szkoły w Kreuzbergu w celu omówienia sytuacji, przeczytał w gazecie. A co on tutaj robi – on, który nie jest ani mieszkańcem z sąsiedztwa, ani też uchodźcą? Czyżby upadek muru przyniósł mu tylko wolność chodzenia w miejsca, których się boi?

Aula jest wypełniona ludźmi, stoją, siedzą na podłodze, na krzesłach, na stołach. Materace uciekinierów są odsunięte pod ściany, pośrodku ustawionych jest kilka namiotów, przyśrubowanych do parkietu w jodełkę. Co tu jest wewnątrz, a co zewnątrz? Także dawna scena auli zasłana jest materacami, leżą ciasno jeden przy drugim; kurtyna teatralna, wisząca pomiędzy białymi korynckimi kolumnami, jest rozsunięta i odkrywa widok na posłania, koce, pościel, torby i buty. Czy przypadkiem tu i ówdzie nie leży pod kocem jakaś śpiąca postać? Richard nie jest pewny. Przypomina mu się Faust: Przestudiowałem wszystkie fakultety.

Akurat w tym momencie każdy mówi po kolei, jak się nazywa, kim jest i dlaczego się tu znalazł. I to wszystko jest podwójnie tłumaczone. Richard był już w swoim życiu na wielu zebraniach, ale takiego jeszcze nigdy nie przeżył.

Nazywam się, pochodzę z, jestem tu, bo.

My name is, I come from, I’m here because.

Je m’appelle, je suis de, je suis ici, parce que.

Blisko siedemdziesiąt osób mówi, kim są. Ach, filozofię, medycynę, prawo, / i w teologię też, niestety, / do dna samegom wgryzł się pracą krwawą. Na suficie widoczne stiuki, pośrodku wisi żyrandol, ciemne drewno na ścianach. Jeszcze niedawno było tu gimnazjum.

Z Mali, Etiopii, Senegalu. Z Berlina.

From Mali, Ethiopia, Senegal. From Berlin.

Du Mali, de l’Éthiopie, du Sénégal. De Berlin.

Na krzyżujących się okiennych szprosach powieszono kilka marynarek i T-shirtów. Może się suszą? Gdzie właściwie pierze się ubrania w byłej szkole? Na scenie jeszcze nie tak dawno temu wygłaszano mowy i grano utwory na fortepianie, witano nowo przyjętych uczniów i wyróżniano najlepszych maturzystów. Odbywały się przedstawienia teatralne. Rozsuwano na boki kurtynę. Oglądano Fausta siedzącego przy swoim biurku. A wiem, że wiedzieć nic nam nie jest dane!2 Faktycznie, także teraz, podczas zebrania, pod niektórymi kocami leżą ludzie i śpią.

Z Nigru. Z Ghany. Z Serbii. Z Berlina.

From Niger. From Ghana. From Serbia. From Berlin.

Du Niger. Du Ghana. De la Serbie. De Berlin.

Czy go wyproszą, bo nie jest mieszkańcem z sąsiedztwa? Nie ma zamiaru mówić, kim jest. Albo dlaczego tu jest. Skoro sam tego nawet nie wie. Pośród nielicznych białych obecnych na zebraniu są okoliczni mieszkańcy Kreuzbergu, członkowie organizacji świadczących pomoc dla uchodźców, są ludzie pomagający ofiarom katastrof, jak też członkowie pewnej inicjatywy, która chce przekształcić szkołę w instytucję kulturalną, ponadto urzędnicy administracji dzielnicowej i współpracownicy Stowarzyszenia Pomocy Dzieciom i Młodzieży. Jest dziennikarka, która musi opuścić salę, gdyż zebranie odbywa się z wyłączeniem osób reprezentujących opinię publiczną. Wśród wielu czarnoskórych są ludzie, którzy żyją w tej szkole od ośmiu miesięcy, oraz tacy, którzy przebywają tu dopiero od dwóch miesięcy. Tutaj uchodźcy podają swoje nazwiska i mówią, skąd przybyli, inaczej niż ci na Alexanderplatz, jednak nie wydaje się to właściwym sposobem na rozwiązanie problemu. Stolica Ghany nazywa się Akra, stolica Sierra Leone to Freetown, stolica Nigru to Niamey.

Nie, Richard nie ma zamiaru podawać swego nazwiska.

W momencie, gdy to myśli, z klatki schodowej słychać ogłuszający huk, jakby wybuch, który w jednej chwili wygasza wszelkie myślenie, pozostawiając jedynie instynkty. Z takim instynktem człowiek pomagający ofiarom katastrof uzmysławia sobie: Jesteśmy na drugim piętrze. Mężczyzna z Ghany ma w głowie: Dojście do drugiej klatki jest odcięte. Mężczyzna mieszkający w sąsiedztwie widzi czarno: A przecież ja jestem biały. Kobieta mieszkająca w sąsiedztwie ma w głowie pytanie: Co będzie z moim dzieckiem? Wiele czarnoskórych osób ma w głowie: A więc jednak przybyłem tu tylko po to, żeby umrzeć. Dla Richarda także jest jasne: A więc to już.

Ale już po chwili wszyscy, którzy zatykali sobie uszy rękami, opuszczają je z powrotem i znowu oddychają, i zaczynają myśleć, i myślą: To jednak nie była bomba. Myślą też: Ale to mogła być naprawdę bomba.

Tymczasem właśnie w momencie, gdy wszyscy chcą jak najszybciej wymazać ze swych głów uczucie strachu, które mieli, albo raczej które ich miało w posiadaniu, właśnie wtedy nieoczekiwanie gaśnie światło i przez krótką chwilę wszyscy w tym pomieszczeniu są czarni. Co teraz będzie? Co to znaczy? Słychać, jak kilka osób coś mruczy. O Boże, słychać. A potem światło znów się zapala.

Jak gdyby w ciągu tych dwóch minut wydarzyło się jeszcze nie dość rzeczy nieprzewidzianych, to ledwie znów zrobiło się jasno, jeden z Afrykanów zaczyna krzyczeć, wymachuje przy tym rękami, rzuca w powietrze poduszkę, potem jeszcze kołdrę. Co się dzieje? Co temu się znowu stało? Jest w szoku czy co? Nie, słychać jakiś głos, zdaje się, że podczas tej eksplozji albo w ciemności, która po niej zapadła, ktoś mu ukradł laptopa spod poduszki. A skąd taki uchodźca ma w ogóle laptopa, myśli sobie w tym momencie pan mieszkający w sąsiedztwie. To na pewno jeden z tych mężczyzn, którzy w parku na rogu handlują narkotykami, myśli pani mieszkająca w sąsiedztwie. Prawo do własności prywatnej po prostu przestaje działać, jeśli każdy ma tylko jedną kołdrę i jedną poduszkę, myśli Richard, który z przyczyn nie do końca dla siebie samego zrozumiałych trafił tu z przedmieścia Berlina. Mija krzyczącego mężczyznę i innych, którzy próbują tamtego uspokoić, zostawia za sobą cały ten harmider i pomieszczenie, w którym zebranie nawet się jeszcze na dobre nie zaczęło, i wychodzi na klatkę schodową, w której snują się jeszcze mgliste opary petardy odpalonej przez jakiegoś berlińskiego prowokatora, który chciał dać sygnał ostrzegawczy władzom dzielnicy, albo przez jakiegoś nieletniego czarnoskórego, który nie ma nic lepszego do roboty, jak straszyć innych petardą, albo przez biednego czarnego nieszczęśnika, który drugiemu czarnemu nieszczęśnikowi chciał w chwili paniki ukraść laptopa.

Richard schodzi po schodach, które ledwie widzi z powodu dymu, przechodzi obok jasno oświetlonej, ale pustej toalety męskiej, i dalej w dół. Gdyby nie szedł tak powoli, żeby nie potknąć się na stopniach, można by pomyśleć, że ucieka.