IQuchnia,czyli jak inteligentnie jesć i pić - Anna Jurksztowicz - ebook
Opis

Jak być doskonałą panią domu, nie siedząc w kuchni godzinami? Jak świadomie kupować, gotować, karmić rodzinę, przyjaciół i siebie? Jak inteligentnie być na diecie, jeść, pić i nie tyć?

Znajdziecie tu przepisy i porady przyprawione szczyptą humoru Autorki.

 

 

Gotowanie to dla mnie WIELKA PRZYJEMNOŚĆ!!! Jeszcze nikt (mam taką nadzieję) na tym nie ucierpiał. Gotowanie jest wspaniałym sposobem na odstresowanie i jest sztuką, gdyż wymaga odwagi oraz kreatywnego podejścia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 162

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

Wstęp

Nie obawiaj się, nie będę w tej książce opisywać mojego życia osobistego ani analizować wzlotów i upadków mojej kariery, chociaż uważny czytelnik odnajdzie wiele przemyconych wartości i informacji;-). Może kiedyś opiszę moje życie osobiste i opublikuję w formie poradnika w rodzaju tych „Jak zostać kurą domową i osiągnąć sukces” lub „Czyje to właściwie życie?”, ale tutaj głównym tematem będzie przyjazne człowiekowi gotowanie i przepisy kulinarne!

Gotowanie jest dla mnie WIELKĄ PRZYJEMNOŚCIĄ! Jeszcze nikt (mam taką nadzieję) na tym nie ucierpiał. Gotowanie jest wspaniałym sposobem na odstresowanie i jest sztuką, bo wymaga odwagi i kreatywnego podejścia. Jest na tyle ciekawą czynnością w życiu człowieka (jego rodziny i przyjaciół), że można dzięki niemu dobrze i zdrowo żyć, nieźle się bawić i sporo nauczyć. Gotowanie – zupełnie jak w socjalizmie – uczy organizacji pracy i planowania. Poprzez gotowanie można się rozwijać intelektualnie, poznawać różne kultury, zwłaszcza różnice kulturowe, a nawet uczyć się języków obcych (robiąc zakupy na targu). Można też uczyć się historii, antropologii kultury i zwiedzać świat. Moją ulubioną metodą zwiedzania nowego kraju czy miejsca jest zawsze wizyta w sklepie spożywczym i oczywiście na lokalnym targu. Uważam, że właśnie w sklepie spożywczym można zobaczyć, jaki jest poziom życia w danym miejscu, jaka kuchnia tu dominuje i jakie są miejscowe specjały. Oczywiście mamy teraz globalizację i podróżowanie zaczyna w ostatnich latach nie mieć sensu, gdyż wszędzie jest tak samo i wszędzie to samo można zjeść. Miejmy nadzieję, że ten proces się zatrzyma i znowu będziemy jeździć na najlepszą kawę do Włoch, po bagietkę do Francji, jagnięcinę do Nowej Zelandii, a na befsztyk do Argentyny.

Moja kuchnia jest dietetyczna. Na jej zrozumienie i ciągłe ulepszanie poświęciłam lata pracy, ponieważ całe życie musiałam uważać, aby nie przytyć. Mój mąż także powinien uważać, ale nie uważał. Wypracowałam więc dla nas z konieczności potrawy, które zjedzone mądrze i we właściwej kolejności nie tuczą. Dlatego w ogóle nie używam cukru (tylko fruktozę albo ksylitol[1]) ani białej mąki, która zawiera szkodliwy gluten, a wraz z cukrem spożywana w nadmiarze jest powszechnie uważana za największego szkodnika i przyczynę chorób cywilizacyjnych, takich jak cukrzyca, miażdżyca i otyłość ubogich[2]. Jeszcze nigdy w dziejach świata syn człowieczy w Europie i Ameryce Północnej nie musiał się zmagać z takim nadmiarem żywności[3].

Nasi rodzice dobrze wiedzieli, co to głód i ciągły niedobór, a naszą udręką jest nadmiar. W XVII i XVIII wieku znaczna część ludności Europy żyła w nędzy. Utrapieniem naszych czasów jest nadmiar żywności wyprodukowanej niemal wyłącznie z chęci zysku, bezwartościowej, często szkodliwej. Moja mama Maria i babcia Apolonia nauczyły mnie szacunku do chleba. Ciągle słyszałam, że nie wolno zmarnować nawet okruszka. Kiedy pod koniec życia babcia mieszkała u nas, przechowywała w kartonie spore ilości ususzonego chleba. Gdy odkryliśmy ten skarb podczas sprzątania i spytaliśmy babci, co to jest, odpowiedziała: „Chleb trzeba suszyć i zbierać, bo Sowiet rządzi”. Babcia miała głęboko zakorzeniony kult chleba. Nigdy nie pozwalała położyć na stole bochenka spodem do góry, mówiąc przy tym, że „chleb odwrócony – świat do góry nogami postawiony”, czyli stanie się coś złego. No więc jak ja, wobec takiego wychowania, mam się zmierzyć dziś ze źle wyprodukowanym bochenkiem chleba, przepełnionym glutenem z pestycydowej pszenicy, napakowanym polepszaczami i dobarwianym karmelem? Serce mi pęka, ale coraz częściej stwierdzam, że taki produkt zwany chlebem nadaje się tylko na śmietnik (bo nawet ptaszyska nim nakarmić to byłby grzech).

Kiedy się gotuje z miłością, bardzo trudno jest wyrzucić jedzenie do śmieci. Tymczasem źle przygotowane potrawy, z nieodpowiednich składników, najczęściej nadają się tylko do kosza. Dlaczego musimy tolerować powszechne używanie cukru jako konserwantu? Cukier w produktach masowych jest dosłownie wszędzie. Czytam etykiety, więc wiem, co mówię. Ostatnio znalazłam cukier nawet w boczku wędzonym do jajecznicy.

Piosenkarka o fałszowaniu (żywności)

Fałszowanie produktów w celu powiększenia ich objętości to problem stary jak świat. Odbywało się zawsze, odkąd jedzenie jest przedmiotem wymiany handlowej. Tymczasem gdybyśmy skorzystali z rad wybitnych mędrców, takich jak Ghandi, i zbudowali cywilizację małych gospodarstw, w których każdy produkuje na potrzeby swojej rodziny… Ale, niestety, wybraliśmy inną drogę, niezrównoważonego rozwoju, i odkąd na produkcji żywności można zarobić, zmieniają się tylko metody jej fałszowania. Moja idolka w dziedzinie gotowania, Maria Monatowa, już w 1903 roku napisała książkę, w której demaskuje metody fałszowania żywności.

Kiedy się to czyta, włos się na głowie jeży, Jerzy! (Jerzy, który cały dzień leży). Monatowa pisze m.in. o tym, że chłopi nagminnie dosypywali do mąki piasku, aby zwiększyć jej wagę, a mleczarze sprzedawali mleko zbierane, tzn. pozbawione śmietanki, rozcieńczali je wodą albo dodawali sody, aby zbyt szybko nie kwaśniało. Do chleba dodawano trocin, a do masła mąki, tartych ziemniaków lub krochmalu, aby zwiększyć jego objętość. Fabrykanci dodawali do makaronów szkodliwych barwników (żółć naftolowa), a rzeźnicy farbowali mięso i kiełbasę karminem. Sprzedawano też zdechłe kury jako świeże, ale na szczęście można to było dosyć łatwo rozpoznać po bladym kolorze dzioba ptaka.

„Sprzedawca nie wprowadzi dobrej gospodyni w błąd, choćby poderżnął gardło zdechłej kurze, a ranę krwią wysmarował, ponieważ taka kura ma zapadnięte oczy, wstrętny zapach, zielonkawe zabarwienie skóry i gruzełki w wątróbce”, pisze Monatowa na początku XX wieku.

Dziś problemem są konserwanty i środki ochrony roślin używane w rolnictwie na masową skalę. Warzywa i zboża są przesiąknięte chemią, a mięso i ryby napakowane antybiotykami. Dziś nie wiadomo, jakie będą skutki „cudownego” wynalazku o nazwie GMO. Nie zanosi się też, aby najbliższe pokolenia dobrze rozumiały zwrot „pracowity jak pszczoła”. Pszczoły rzeczywiście są bardzo pracowite. Oszacowano, że praca europejskich pszczół jest warta 460 miliardów euro rocznie. Gdyby więc zatrudnić Chińczyków do zapylania europejskich kwiatów, tyle trzeba byłoby im zapłacić.

Dla mnie jednym z ważniejszych problemów współczesnego żywienia jest sprawa GMO. Rośliny modyfikowane genetycznie są dla pszczół „wielką niewiadomą”. A ponieważ jak na razie nie potrafią sobie z nią poradzić, zaczynają źle wykonywać swoją pracę. Sztuką więc i wielkim wyzwaniem w czasach konsumpcjonizmu (nie mylić z konfucjanizmem) jest gotowanie, które wspiera organizm. Bardzo łatwo jest ugotować smaczne jedzenie, mając do dyspozycji chleb, masło, smalec, śmietanę, sery, ciasto francuskie, makarony, ryż czy ziemniaki. Wszystkie te produkty już same w sobie są pyszne, dobre bez wykwintnego gotowania czy łączenia z innymi produktami. Niestety za przyjemność częstego ich jedzenia płacimy nadwagą. Nasze mamy i babcie żyły w czasach niedoboru, dlatego tamte stare, tradycyjne przepisy kulinarne nie pasują już do dzisiejszej rzeczywistości. Kotlet schabowy z purée albo pizza to jest pokarm dla osób niedożywionych, względnie ciężko fizycznie pracujących.

Pamiętaj, że cokolwiek ugotujesz z miłością, będzie dobre

Jeśli jest czas na grę na fortepianie, śpiew, robótki, uprawianie sportów różnych, wizyty i zabawy, to niechże się znajdzie i na przestudiowanie książki kucharskiej, co z większą dla każdej kobiety będzie korzyścią, niż przeczytanie byle jakiej powieści sensacyjnej[4].

Aby zostać mistrzem/mistrzynią w gotowaniu, jedyne, czego potrzebujesz, to trochę więcej doświadczenia. Skorzystaj z mojej wiedzy. Z natury jestem leniwa i nigdy nie gotuję niczego, co jest bardzo pracochłonne. Wszystkie moje potrawy, z wyjątkiem kilku „medytacyjnych”, można przygotować w kwadrans.

Mam zamiar zdradzić moje kulinarne sekrety i przekazać spostrzeżenia, które są podstawą osiągnięcia sukcesu w kuchni. Tymczasem w wielu przepisach w tradycyjnych książkach kucharskich informacje te są po prostu przemilczane lub bezmyślnie pominięte, jakby to były sprawy oczywiste. A oczywiste nie są, zwłaszcza dla młodych i starych niedoświadczonych kucharzy oraz kucharek.

Gotowanie to nie tylko kreatywne szaleństwa nad rondlem. Bardzo ważną częścią gotowania są wymagające czasu i dużej wiedzy zakupy, które polegają głównie na polowaniu na wiktuały, oraz… sprzątanie po gotowaniu. I jak łatwo się domyślić, bywa, że wszystkie te czynności zajmują człowiekowi cały dzień.

Z racji swojego zawodu dużą część życia spędzam w podróży. Jestem w wiecznej trasie. Czasami wyjazd jest wielką oczekiwaną radością, a czasami nie chce mi się jechać nigdzie, nawet do Honolulu. Czasami próbuję przepędzić niechęć do podróżowania poprzez różne atrakcje poboczne, takie jak jazda dobrym autem, oryginalny hotel czy perspektywa zjedzenia obiadu w ulubionej restauracji.

Siedząc w aucie po dziesięć godzin dziennie, zanim dotrzemy do celu, wymyślamy z kolegami muzykami różne bzdury, takie jak miasta-rozkazy (Przemyśl! Milcz! Przylep! Pisz! Zagrzeb! Piła! Deszczno! Strzelno! Nielisz! Niewierz! Grajewo! Stary Sącz!). Albo komentujemy kuriozalne miejsca napotkane przy drodze, na przykład Wyższa Szkoła Zarządzania w Rykach. Doceniam tu oczywiście z najwyższą powagą pracę osób, które stworzyły tę uczelnię, ale jakoś nie mogę się powstrzymać od śmiechu, przejeżdżając przez Ryki za każdym razem, gdy jadę trasą Warszawa–Lublin.

Kiedyś, piętnaście lat temu, na trasie katowickiej było niewiele miejsc z dobrym jedzeniem. Jednym z nich był żółty baraczek z przepysznymi kiełbaskami i golonką prowadzony przez pasjonatów gotowania. Warunki żadne, zwykły barak, ale – jak napisała Maryla Rodowicz na papierowej tacce, która wisi w nim na ścianie – „(…) my, już wyjeżdżając z Warszawy, myślimy o tym miejscu”. Ja potrafię posunąć się jeszcze dalej. Mianowicie robię szczegółowy plan restauracji, które odwiedzę, a niekiedy wymaga to odpowiedniej organizacji pracy, wiedzy, a potem dyscypliny podczas wykonania planu.

Dlatego wszystkie moje zdjęcia z podróży po świecie w sprawach koncertowych pochodzą z restauracji, w których gościłam. Po prostu nie ma w życiu przyjemniejszej chwili, gdy już usiądziesz wieczorem z miłymi ludźmi do stołu, poczujesz zapach dobrego jedzenia i… zaczynasz odczuwać radość istnienia. I wtedy jest pstryk, fota i tak zostaje uwieczniona ta wspaniała chwila.

Mam też jeszcze jeden nawyk, kiedy jestem w nowym miejscu, nowej restauracji, zawsze zaglądam do kuchni (czasem niby przez przypadek, udaję, że się pomyliłam, szukając toalety). Po prostu muszę zobaczyć, jak tam jest. No cóż, jestem ciekawską kobietą, ale prawie zawsze to, co tam widzę, jest fascynujące. I czasem żałuję, że muszę wracać do stolika, czuję się wewnętrznie rozdarta, bo mój drugi świat, do którego tęsknię, jest właśnie w tej kuchni.

W krajach arabskich często narażałam swoje życie doczesne, a nawet i wieczne, próbując dowiedzieć się, co aktualnie przygotowuje do jedzenia dwunastu krzątających się po kuchni facetów.

W Ameryce Północnej natomiast, gdzie białego człowieka na zapleczu restauracji raczej nie spotkasz, gdyż rządzą tam Latynosi (w Los Angeles Meksykanie pracują nawet w restauracjach oferujących sushi), widzisz ludzi obierających warzywa w rytm tańca merengue, od których można nauczyć się hiszpańskiego. Ciekawe, kiedy na zapleczu restauracji w Polsce okaże się, że najlepszy żurek ugotował emigrant z Hanoi?

I to wcale nie jest takie niemożliwe. Kiedyś bowiem klasa mojej córki Marysi miała napisać wypracowanie na temat naszych narodowych problemów po obejrzeniu w Teatrze Narodowym spektaklu „Noc listopadowa” Stanisława Wyspiańskiego. No i okazało się, że najlepsze wypracowanie napisała… Wietnamka.

Kodeks kulinarny

Każdą świeżo przyjętą kucharkę należy pouczyć, aby zrozumiała znaczenie i zastosowała w kuchni bezwzględną czystość[5].

Podobnie jak w dziedzinie prawa istnieją przepisy ogólne, które nie muszą być zapisane w umowie, a obowiązują na zasadach ogólnych, tak jest również w przepisach kulinarnych;-). Bo niekiedy niektórych uwag w przepisie brak, a z góry wiadomo, jak należy postąpić. Warto zatem poznać „konstytucyjne” zasady dotyczące gotowania i mądrego konsumowania.

Albo czosnek, albo cebula – z małymi wyjątkami, nie łączymy w jednym daniu tych potęg (w myśl zasady niełączenia dostojeństw).

Cebulę przed użyciem możemy sparzyć, będzie mniej intensywnie pachnieć.

Podczas podsmażania cebulka i por zostawiają zapach na włosach i ubraniach. Najlepiej dusić je pod przykryciem, zakładając fartuch i czepek na włosy).

Zjedzony świeży czosnek pozostawia w ustach silny zapach, który może przeszkadzać innym, ale tylko tym, którzy go nie jedli (najlepiej więc czosnek jeść kolegialnie).

Kruche sałaty mieszamy z dressingiem zawsze tuż przed podaniem.

Mięso smażone po angielsku solimy w ostatniej chwili.

Befsztyki smażymy na dużym ogniu, a panierowane kotlety na małym.

Mięso na kotlety czy na rosół powinniśmy zawsze zbić tłuczkiem.

Mięso kroimy w poprzek włókien (nie wzdłuż).

Zimne mięsa kroimy jak najcieniej.

Jajka wybijamy każde na oddzielny spodeczek – zbuki są wśród nas!

Próbując potrawy prosto z garnka, zawsze używamy czystej łyżki, nawet jeśli w domu są sami swoi.

W czasie burzy rosół i wszystkie zupy kwaśnieją, po prostu się psują.

Przed smażeniem naleśników, aby się nie przypalały, na patelnię sypiemy sól, podgrzewamy ją, następnie czyścimy papierem, potem lejemy oliwę i smażymy ciasto.

Wszystkie foremki do zapiekania przed włożeniem do nich masy smarujemy masłem i posypujemy kaszą manną lub bułką tartą.

Do sprawdzenia, czy ciasto lub pasztet są już upieczone, używamy patyczka lub wykałaczki: jeśli po nakłuciu patyk jest suchy – ciasto jest już upieczone, jeśli wilgotny – należy je jeszcze piec.

Mąkę na chleb lub ciasto (z wyjątkiem razowej) zawsze przesiewamy przez sito, aby ją spulchnić.

Ze złej jakości oliwy majonez się nie ubije.

Ryby morskie wędzone i solone najlepsze są od listopada do kwietnia.

Raki najsmaczniejsze są w czerwcu, lipcu, sierpniu.

Kaczki, gęsi i perliczki nie są smaczne między lutym a czerwcem.

Kury najsmaczniejsze są wtedy, gdy się nie niosą.

Podczas pieczenia drób podlewamy dość często masłem, aby miał chrupiącą skórkę i soczyste mięso.

Dziczyzna od lutego do sierpnia (w okresie ochronnym) jest niesmaczna.

Cappuccino

[6]

pijemy tylko rano.Mleko spożywamy z umiarem, gdyż często wywołuje alergie.

Nie dodajemy sera do ryb (te dwa rodzaje białka się nie lubią).

Po zjedzeniu czereśni nie pijemy mleka.

Kasze i ryż zwiększają swoją objętość po ugotowaniu 3–5 razy.

Aby gorące potrawy zbyt szybko nie wystygły, półmiski powinny być podgrzane.

Wszystkie wina otwieramy przed przyjściem gości, z wyjątkiem szampana.

Dobrej gospodyni ciasto w rękach rośnie (aby dobrze gotować, trzeba być dobrodusznym).

Zabawki kuchenne

Niemal każdy z nas ma swój ulubiony nóż, którym kroi częściej niż innymi. Ja natomiast mam swoją ulubioną tarkę do warzyw. Kupiłam ją dwadzieścia lat temu w Berlinie, dosłownie na ulicy od Turka i muszę powiedzieć, bez żadnej przesady, że jest to jedna z najlepszych rzeczy, jakie sobie w życiu kupiłam. Może dzięki niej wszystko szybko potrafię ugotować, dzięki niej wszystko jest łatwiejsze i smaczniejsze. Może nawet kiedyś napiszę o niej piosenkę „Moja złota tarka”.

W moim codziennym gotowaniu bardzo przydaje mi się płyta kuchenna z zegarem. Zegar mogę nastawić na krótki czas, na każdy palnik oddzielnie, i dzięki temu mogę kontrolować czas gotowania potraw, co oszczędza energię oraz zapobiega rozgotowywaniu się produktów.

Zegar ma jeszcze jedną ważną zaletę: mogę gotować i robić jednocześnie inne rzeczy, mogę nawet wyjść z domu, a garnki mam pod kontrolą.

Jedno jest pewne – do gotowania absolutnie nie jest potrzebna duża kuchnia z luksusowym wyposażeniem. Za czasów komunistycznych, kiedy bywałam w trasie koncertowej, mając zaledwie dziesięć przydziałowych dolarów w kieszeni i trudno było mówić o budżecie na jadanie w knajpach, przygotowywałam różne surówki czy sałatki w pokojach hotelowych, a we Włoszech grzałką gotowałam spaghetti. To były czasy, ech…

Przydatne przybory i naczynia do przygotowania dań

płyta indukcyjna z zegarem (bardzo wygodna, a wbudowany zegar to jest mój przyrząd do gotowania numer dwa, zaraz po złotej tarce),

kuchnia gazowa z prawdziwym ogniem (Anna Jurksztowicz na gazie),

piekarnik, piec,

zlew kuchenny z młynkiem – bardzo wygodna rzecz, popularna w USA, a w Polsce jeszcze mało znana, chociaż nowoczesne firmy produkujące meble i sprzęt kuchenny mają już młynki w ofercie. Dzięki młynkowi można obierać warzywa pod bieżącą wodą, a potem zmielić odpadki, nie ryzykując zatkania rury kanalizacyjnej,

2 patelnie z przykrywką – mniejsza i większa,

2 garnki – mniejszy i większy,

formy do zapiekania okrągłe i prostokątne,

zestaw 3 noży z ostrzałką,

deski do krojenia, w tym 2 specjalne (jedna do krojenia pokarmów suchych, a druga tylko do cebuli, która zostawia na drewnianej desce trwały ślad, odczuwany np. podczas jedzenia pokrojonego na tej samej desce ananasa),

gruba tarka, szatkownica lub mikserek do rozdrabniania warzyw,

mały moździerz do rozdrabniania orzechów i mieszania przypraw,

„jajcarnia” do krojenia jajek na twardo,

durszlak i łyżka (łapka) do nabierania spaghetti,

folia spożywcza do przechowywania żywności w lodówce,

nożyczki do otwierania opakowań oraz krojenia natki pietruszki, szczypiorku, koperku i młodego pora,

zastawa, sztućce, szklanki i kieliszki do wina, korkociąg, (odpowiednie kieliszki uwydatniają smak wina, a więc podnoszą jakość posiłku i rangę przyjęcia),

dropstop do butelek – zrobione z twardej folii, którą się zwija w rulon i wkłada w szyjkę butelki z winem, dzięki czemu wino się nie rozlewa.

Co zawsze warto mieć w lodówce i w spiżarni?

Jeśli masz w lodówce bądź w spiżarni wymienione poniżej produkty, to będą one zawsze „żelazną” bazą, gdy zechcesz ugotować coś pysznego. Nawet wówczas, gdy pozornie nic nie ma w domu do jedzenia, będziesz w stanie zrobić coś z niczego. Potem wystarczy codziennie lub co drugi dzień kupić świeże warzywa, owoce, jakiś ser i świeży chleb, aby zainicjować prawdziwą kulinarną ucztę.

Rosół – jako bulion, a także do risotta, zup i sosów.

Zakwas z buraków.

Ziemniaki ugotowane w mundurkach, do sałaty, peperonaty lub przysmażania.

Jajka ugotowane na twardo – do sałat, zup lub kanapek.

Oliwa z oliwek, olej rzepakowy, masło klarowane, majonez.

Sos pomidorowy, świeży lub z koncentratu.

Masło, śmietana, parmezan w kawałku.

Białe wino do owoców morza i drobiu.

Piwo do czerwonego mięsa.

Przyprawy: sól, pieprz, liść laurowy, curry, peperoncino, sos sojowy, maggi, zioła, czosnek, cebula, świeży imbir.

Suszone makarony, ryż, komosa ryżowa, czyli quinoa (czytaj kinoa), kasza gryczana i jęczmienna.

Przygotowywanie zapasów jest dość pracochłonne, ale naprawdę cieszmy się, że dziś nie musimy już – wzorem naszych babć – zabezpieczyć swojej rodziny przed głodem. Gdyby jednak ktoś chciał samodzielnie wykonać kostki bulionowe na zimowe zapasy, poniżej przekazuję mój ulubiony, ponadstuletni przepis pochodzący wprost z książki kucharskiej Marii Monatowej:

W mieście nie opłaca się robić w domu bulionu bo za drogo wypada. Wszelkie potrzebne mięsiwa trzebaby kupić za gotówkę, to też zajmują się tem tylko restauracje zużywające na ten cel wszystkie gorsze części i odpadki mięsa i drobiu.

Natomiast na wsi mając własne gospodarstwo, drób i zwierzynę, każda dobra gospodyni powinna wyrabiać buljon nie tylko na własny użytek, ale i na sprzedaż. Nieraz bowiem przytrafi się nieszczęśliwy wypadek, że wół lub krowa nogę złamie, lub z innych powodów takowe zabić trzeba a ponieważ tak dużej ilości mięsa nie można naraz spotrzebować, wyrobiony na sprzedaż buljon, może choć w części powetować poniesioną stratę. (…) Najlepszą porą do robienia buljonu jest późna jesień bo wtedy jest najwięcej zwierzyny, a przed zimą wysortowuje się drób stary którego nie warto ziarnem chować.

Wybrać:

20–29 kg mięsa wołowego od przodu, kark, kolana i inne,cały przodek cielęcy z dodaniem 6–8 nóżek,z 10 starych kogutów, kur, kaczek,kilka całych zajęcy lub kilka przodków sarnich.Wszystko czysto oczyścić i wypłukać.

Najprzód porąbać w kawałki mięso wołowe, nastawić w pobielanych kotłach i zalać zimną wodą, niech się tak gotuje przez 4–5 godzin.

Szumowiny trzeba zbierać bardzo starannie. Potem porozdzielać równo i podokładać do kotłów cielęcinę, kury i zwierzynę i gotować ze 2 godziny starannie szumując, a w końcu włożyć dużo jarzyn. Gotować tak długo aż to wszystko mięso wygotuje się na drzazgi. Wtedy przecedzić rosół, mięso obrać z kości i jarzyn i zalawszy go raz jeszcze zimną wodą, gotować ze 2 godziny a potem przecedzić, ponalewać w garnki i postawić na noc w zimnem miejscu. Nazajutrz zdjąć wszystką tłustość, która na wierzchu zastygła, ostrożnie przelać ustały rosół do innych naczyń pozostawiając osad mętny na spodzie i gotować go dalej tak długo aż się wygotuje do połowy, poczem zlać go w jedno duże naczynie, posypać na blasze grubo popiołem i postawić na nim garnek, aby się buljon nie przypalił, gotując dotądpóki się nie zrobi gęsty i klejowaty. Spróbować na łyżce, jeśli się buljon zetnie w zimnem miejscu to ma już dosyć. Należy go wtedy ponalewać w kwadratowe foremki, lub na głębokie talerze, a po zastygnięciu wyrzucić na deszczułkę i postawić w przewiewnym miejscu do wyschnięcia. Potem go pozawijać w woskowy papier i przechowywać w chłodnej suchej spiżarni.[7]

Jak wykończyć męża w pięć lat

czyli 7 grzechów śmiertelnych w codziennym menu Polaka

Istnieje bardzo prosty sposób, aby twój partner zachorował na miażdżycę lub nadciśnienie i dostał zawału albo udaru w bardzo krótkim czasie. Wystarczy dawać mu codziennie do jedzenia białe bułki z margaryną i kiełbasą. Do tego mocno posłodzona herbata i gość ma zawał już po pięciu latach takiego „odżywiania”.

Na przykład hot dog – pokarm trucizna, na dłuższą metę całkowicie degradujący człowieka, zawierający białą mąkę, polepszacze, tłuste solone odpady mięsne i do tego słodzony keczup (czyli biała mąka, tłuszcz, cukier i sól w jednym).

Ja hot dogów nie lubię, ale często widzę, jak faceci zamawiają je na stacjach benzynowych. Wtedy też, czekając w kolejce, niechcący dowiaduję się, jaki wybierają sos. Rozumiem, że można mieć ochotę od czasu do czasu na taki dekadencki pokarm. Ale błagam was, nie codziennie…

Jeśli kochasz swojego partnera/partnerkę, zrób mu do pracy (nawet, jeśli pracuje w domu) kanapkę z razowego pieczywa posmarowanego masłem z sałatą i jajkiem na twardo albo z żółtym serem lub kawałkiem upieczonego w domu mięsa bądź naprawdę dobrej jakości wędliną czy rybą. Żeby w chwili napadu głodu nie jadł byle czego.

Nasze największe błędy żywieniowe

Spożywanie tłustego mięsa (kiełbasa) ze słodkimi dodatkami (sosy, dressingi).

Nadmiar tłustych ziemniaków. Zamiast frytek, lepiej jeść ziemniaki w mundurkach, oczywiście bez tłuszczu.

Zbyt dużo białego pieczywa.

Za mało warzyw, a za dużo tłustego mięsa i solonych kiełbas.

Nadmiar smalcu w kuchni zamiast oliwy.

Picie mocnej kawy i herbaty z dużą ilością cukru.

Zbyt dużo alkoholu!

Kiedy jedzenie trzeba wyrzucić?

Jajko, gdy brzydko pachnie, nawet przez skorupkę.

Mleko, gdy ma niebieską obwódkę przy nachylaniu naczynia.

Masło, gdy jest zjełczałe, żółte, miękkie i nieprzyjemnie pachnie.

Dżem, gdy w słoiku jest pleśń (nie należy zbierać jej łyżką, gdy jest jej niewiele, gdyż zainfekowana jest cała jego zawartość).

Chleb, gdy jest spleśniały (kiedy jest tylko suchy, można nim nakarmić konie).

Kaszę, gdy z opakowania wyfruwa owad (mól).

Ziemniaki, gdy mają pędy.

Maliny, gdy są spleśniałe (pleśnieją bardzo szybko, w ciągu jednego dnia).

„Korkowe” wino, gdy po otwarciu korek pachnie piwnicą.

Gospodarna pani domu

Najpierw ugotuje rosół na kościach.

Następnego dnia zrobi z rosołu zupę ogórkową.

Trzeciego dnia doda żelatyny, mięsa z kości i zrobi galaretkę.

A czwartego (jak w starym dowcipie) doda śmietany i nakarmi psa.

Strona redakcyjna

Copyright for the Polish Edition

© 2016 Edipresse Polska SA

Copyright for text © 2016 by Anna Jurksztowicz

Edipresse Polska SA

ul. Wiejska 19,

00-480 Warszawa

Dyrektor ds. książek: Iga Rembiszewska

Redaktor inicjujący: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51),

Beata Konik (tel. 22 584 25 73), Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Redakcja: Anita Rejch Dolina Literek

Zdjęcia: Wojtek Olszanka s. 6, 9, 235; Maciej Gillbert s. 43, 44, 79, 238; Daniel Rudzki s. 67; Jakub Stelmaszyk s. 34, 130,131,187, 239; Shutterstock: 41, 52, 83, 87, 90, 98, 116, 123, 129, 132–134, 137–138, 143–144, 148, 151, 157, 159–160, 162, 166, 168–169, 170–172, 181, 198, 201, 203, 205–206, 210–211, 218, 221, 228; pozostałe zdjęcia: Anna Jurksztowicz;

zdjęcia na okładce: Wojtek Olszanka i Maciej Gilbert

Korekta: Anna Godlewska

Projekt graficzny okładki i makiety, skład i łamanie:

Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN – www.panczakiewicz.pl

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

mail: [email protected]

tel.: 22 584 22 22

(pon.–pt. w godz. 8:00–17:00)

www.facebook.com/edipresseksiazki

Druk i oprawa: Toruńskie Zakłady Graficzne ZAPOLEX

ISBN: 978-83-7945-264-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Patronat:

polki.pl

wizaz.pl

jastrzabpost.pl

Przypisy

[1] Ksylitol to cukier pozyskiwany z drzewa brzozy. Ma inną budowę atomów niż cukier z buraków, nie fermentuje w żołądku. Leczy wiele dolegliwości i wspaniale odżywia. Moja mama, która jako dziecko była zesłana na Syberię, tam właśnie poznała jego cudowne właściwości. Sok z brzozy pozwolił jej i całej rodzinie przeżyć czasy powszechnego głodu. Słyszałam jednak, że ksylitol jest szkodliwy dla psów, więc jeśli robisz ciasteczka z jego dodatkiem, a twój pies się do nich dobierze, może to się dla niego źle skończyć.

[2] Otyłość ubogich – z takim określeniem spotkałam się w USA, gdzie najniższa pensja lub zasiłek wystarcza na zakup ogromnych ilości taniego jedzenia (junk food).

[3] Oczywiście nie mówię o Afryce i Azji. Tam sytuacja w najbiedniejszych krajach jest zupełnie inna i nie ma mowy o żadnym nadmiarze.

[4] Maria Ochorowicz-Monatowa, Uniwersalna książka kucharska, Księgarnia Polska B. Połoniecki, Lwów 1910.

[5] Maria Ochorowicz-Monatowa, Uniwersalna książka kucharska, Księgarnia Polska B. Połoniecki, Lwów 1910.

[6] Chociaż obecnie popularne kawiarnie sieciowe wylansowały wiele rodzajów mlecznych kaw, a także picie kawy z kubka zamiast z filiżanki, przypomnę tylko, że Włosi wymyślili cappuccino jako kawę na śniadanie.

[7] Maria Ochorowicz-Monatowa, Uniwersalna książka kucharska, Księgarnia Polska B. Połoniecki, Lwów 1910.