Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 609 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Intuicja - Patricia Cornwell

Sprawa zgwałcenia i zabójstwa młodej biegaczki Toni Darien, której martwe ciało znaleziono w nowojorskim Central Parku, od początku budzi wątpliwości. Ślady pozostawione na miejscu zbrodni wskazują, iż popełniono ją kilka godzin wcześniej. Kłócą się z nimi wyniki sekcji przeprowadzonej przez doktor Kay Scarpettę mówiące, iż Toni prawdopodobnie nie żyje od ponad 36 godzin. Coś łączy to morderstwo z tajemniczym zaginięciem bogatej finansistki Hannah Starr, która dosłownie rozpłynęła się w powietrzu po opuszczeniu restauracji w Greenwich Village. Siostrzenica Kay, Lucy – osobiście zainteresowana wyjaśnieniem zagadki, gdyż Hannah oszukała ją na sporą sumę pieniędzy – prowadzi własne śledztwo w cyberprzestrzeni. Czy z pomocą Lucy policji uda się odnaleźć Hannah żywą? Uczestnicząc w programie telewizyjnym poświęconym sprawom kryminalnym, Scarpetta zdaje sobie sprawę, że macki obu spraw sięgają głębiej, niż początkowo podejrzewała. Kluczem do ich rozwiązania mogą być wydarzenia z mrocznej przeszłości jej własnego męża, psychologa Bentona Wesleya, który kiedyś też tajemniczo zaginął...

Opinie o ebooku Intuicja - Patricia Cornwell

Fragment ebooka Intuicja - Patricia Cornwell

Wydanie elektroniczne

O książ­ce

Spra­wa zgwał­ce­nia i za­bój­stwa mło­dej bie­gacz­ki Toni Da­rien, któ­rej mar­twe cia­ło zna­le­zio­no w no­wo­jor­skim Cen­tral Par­ku, od po­cząt­ku bu­dzi wąt­pli­wo­ści. Śla­dy po­zo­sta­wio­ne na miej­scu zbrod­ni wska­zu­ją, iż po­peł­nio­no ją kil­ka go­dzin wcze­śniej. Kłó­cą się z nimi wy­ni­ki sek­cji prze­pro­wa­dzo­nej przez dok­tor Kay Scar­pet­tę mó­wią­ce, iż Toni praw­do­po­dob­nie nie żyje od po­nad 36 go­dzin. Coś łą­czy to mor­der­stwo z ta­jem­ni­czym za­gi­nię­ciem bo­ga­tej fi­nan­sist­ki Han­nah Starr, któ­ra do­słow­nie roz­pły­nę­ła się w po­wie­trzu po opusz­cze­niu re­stau­ra­cji w Gre­en­wich Vil­la­ge. Sio­strze­ni­ca Kay, Lucy – oso­bi­ście za­in­te­re­so­wa­na wy­ja­śnie­niem za­gad­ki, gdyż Han­nah oszu­ka­ła ją na spo­rą sumę pie­nię­dzy – pro­wa­dzi wła­sne śledz­two w cy­ber­prze­strze­ni. Czy z po­mo­cą Lucy po­li­cji uda się od­na­leźć Han­nah żywą? Uczest­ni­cząc w pro­gra­mie te­le­wi­zyj­nym po­świę­co­nym spra­wom kry­mi­nal­nym, Scar­pet­ta zda­je so­bie spra­wę, że mac­ki obu spraw się­ga­ją głę­biej, niż po­cząt­ko­wo po­dej­rze­wa­ła. Klu­czem do ich roz­wią­za­nia mogą być wy­da­rze­nia z mrocz­nej prze­szło­ści jej wła­sne­go męża, psy­cho­lo­ga Ben­to­na We­sleya, któ­ry kie­dyś też ta­jem­ni­czo za­gi­nął…

PA­TRI­CIA CORN­WELL

Pi­sar­ka i dzien­ni­kar­ka ame­ry­kań­ska, dy­rek­tor od­dzia­łu me­dy­cy­ny są­do­wej w Na­tio­nal Fo­ren­sic Aca­de­my. Po ukoń­cze­niu stu­diów pra­co­wa­ła jako re­por­ter dla Char­lot­te Ob­se­rver, zaj­mu­jąc się te­ma­ty­ką kry­mi­nal­ną. Za swo­je ar­ty­ku­ły na te­mat pro­sty­tu­cji i fali prze­stęp­czo­ści otrzy­ma­ła dy­plom w ka­te­go­rii „dzien­ni­kar­stwo śled­cze”. W 1990 opu­bli­ko­wa­ła Post­mor­tem, po­źniej­szą zdo­byw­czy­nię aż 4 naj­waż­niej­szych na­gród w dzie­dzi­nie po­wie­ści kry­mi­nal­nej – Ed­gar Award, An­tho­ny Award, Cre­asey Award i Ma­ca­vi­ty Award. W swo­im do­rob­ku ma po­nad 20 po­wie­ści sen­sa­cyj­nych i kil­ka ksią­żek nie­be­le­try­stycz­nych, prze­ło­żo­nych na 36 ję­zy­ków i wy­da­nych w 50 kra­jach, a tak­że licz­ne na­gro­dy li­te­rac­kie, m.in. Sher­lock Award (za naj­lep­sze­go po­wie­ścio­we­go de­tek­ty­wa stwo­rzo­ne­go przez ame­ry­kań­skie­go au­to­ra), Gold Dag­ger Award, Ga­la­xy Cri­me Thril­ler of the Year Award. Bo­ha­ter­ką więk­szo­ści thril­le­rów Corn­well jest Kay Scar­pet­ta – le­kar­ka, eks­pert me­dy­cy­ny są­do­wej.

www.pa­tri­cia­corn­well.com

Tej au­tor­ki

KSIĘ­GA ZMAR­ŁYCH

SCAR­PET­TA

IN­TU­ICJA

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

THE SCAR­PET­TA FAC­TOR

Co­py­ri­ght © Corn­well En­ter­ta­in­ment Inc. 2009

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2014

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Ma­ria Frąc 2014

Re­dak­cja: Lu­cy­na Le­wan­dow­ska

Ilu­stra­cja na okład­ce: Ale­xey Ma­ku­shin/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7985-011-2

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Mi­cha­ela Ru­del­la –

praw­ni­ka, przy­ja­cie­la, czło­wie­ka re­ne­san­su

I jak za­wsze dla Sta­ci

Sza­cu­nek win­ni­śmy oka­zy­wać ży­wym.

Zmar­łym je­ste­śmy win­ni tyl­ko praw­dę.

Wol­ter, 1785

1

Lo­do­wa­ty wiatr dmu­chał od East Ri­ver, szar­piąc płasz­czem dok­tor Kay Scar­pet­ty, gdy szła szyb­ko Trzy­dzie­stą Uli­cą.

Do Bo­że­go Na­ro­dze­nia zo­stał tyl­ko ty­dzień, lecz nic nie za­po­wia­da­ło nad­cho­dzą­cych świąt w oko­li­cy, któ­rą w my­ślach na­zy­wa­ła Tra­gicz­nym Trój­ką­tem Man­hat­ta­nu, wy­zna­czo­nym przez trzy wierz­choł­ki po­łą­czo­ne nie­do­lą i śmier­cią. Za nią znaj­do­wał się Me­mo­rial Park, ob­szer­ny bia­ły na­miot za­wie­ra­ją­cy za­pa­ko­wa­ne próż­nio­wo szcząt­ki ofiar, jesz­cze nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nych albo nie­ode­bra­nych ze „stre­fy zero”. Przed sobą, po le­wej stro­nie, mia­ła wznie­sio­ny z czer­wo­nej ce­gły pseu­do­go­tyc­ki gmach by­łe­go szpi­ta­la psy­chia­trycz­ne­go Bel­le­vue, obec­nie bę­dą­cy schro­ni­skiem dla bez­dom­nych. Na­prze­ciw­ko znaj­do­wa­ły się ram­pa i otwar­te sta­lo­we drzwi ga­ra­żu biu­ra na­czel­ne­go le­ka­rza są­do­we­go. Cię­ża­rów­ka co­fa­ła się po roz­ła­do­wa­niu ko­lej­nych pa­let sklej­ki. W kost­ni­cy pa­no­wał ha­łas, bez­u­stan­ny ło­skot niósł się ko­ry­ta­rza­mi, któ­re wzmac­nia­ły dźwięk, nie­mal jak w am­fi­te­atrze. Pra­cow­ni­cy zbi­ja­li skrom­ne so­sno­we trum­ny prze­zna­czo­ne dla do­ro­słych i dzie­ci, z tru­dem na­dą­ża­jąc za ro­sną­cym za­po­trze­bo­wa­niem. Z każ­dym dniem przy­by­wa­ło po­chów­ków na koszt mia­sta na cmen­ta­rzu Pot­ter’s Field. To też od­zwier­cie­dla­ło po­gar­sza­ją­cą się sy­tu­ację go­spo­dar­ki.

Scar­pet­ta ża­ło­wa­ła, że wzię­ła z bu­fe­tu Szko­ły Me­dycz­nej Uni­wer­sy­te­tu No­wo­jor­skie­go che­ese­bur­ge­ra i fryt­ki. Ile cza­su jed­no i dru­gie le­ża­ło na la­dzie grzew­czej? Pora lun­chu daw­no mi­nę­ła, do­cho­dzi­ła trze­cia po po­łu­dniu, i Scar­pet­ta była cał­kiem pew­na, że da­nie stra­ci­ło wszel­kie wa­lo­ry sma­ko­we. Nie mia­ła cza­su zło­żyć za­mó­wie­nia ani wstą­pić do baru sa­łat­ko­we­go, żeby zjeść coś zdro­we­go lub w ogó­le zjeść co­kol­wiek, co spra­wi­ło­by jej praw­dzi­wą przy­jem­ność. Dziś zaj­mo­wa­ła się pięt­na­sto­ma przy­pad­ka­mi: sa­mo­bój­cy, ofia­ry wy­pad­ków i za­bójstw oraz ubo­dzy, któ­rzy zmar­li wsku­tek bra­ku opie­ki le­kar­skiej, czę­sto w sa­mot­no­ści.

Przy­szła do pra­cy o szó­stej rano, żeby wcze­śnie za­cząć, i do dzie­wią­tej zro­bi­ła dwie sek­cje. Na ko­niec zo­sta­wi­ła naj­gor­szy przy­pa­dek, mło­dą ko­bie­tę z ob­ra­że­nia­mi i zmia­na­mi po­śmiert­ny­mi, któ­re zbi­ja­ły ją z tro­pu. Po­świę­ci­ła Toni Da­rien po­nad pięć go­dzin, spo­rzą­dza­jąc wy­kre­sy i no­tat­ki, ro­biąc tu­zi­ny zdjęć, umiesz­cza­jąc mózg w for­ma­li­nie do dal­szych ba­dań, po­bie­ra­jąc wię­cej niż zwy­kle pró­bek pły­nów, frag­men­tów tka­nek i na­rzą­dów. Do­ku­men­to­wa­ła wszyst­ko, co tyl­ko mo­gła, po­nie­waż spra­wa była nie tyle nie­zwy­kła, ile peł­na sprzecz­no­ści.

Ro­dzaj i przy­czy­na śmier­ci dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­niej ko­bie­ty były przy­gnę­bia­ją­co pro­za­icz­ne i uzy­ska­nie od­po­wie­dzi na naj­bar­dziej pod­sta­wo­we py­ta­nia nie wy­ma­ga­ło dłu­gie­go ba­da­nia. Toni zmar­ła wsku­tek cio­su za­da­ne­go tę­pym na­rzę­dziem, od jed­ne­go ude­rze­nia w tył gło­wy przed­mio­tem, któ­ry praw­do­po­dob­nie miał wie­lo­barw­ną po­wierzch­nię. Wszyst­ko inne nie mia­ło sen­su. Kie­dy krót­ko przed wscho­dem słoń­ca zna­le­zio­no jej cia­ło na skra­ju Cen­tral Par­ku oko­ło dzie­się­ciu me­trów od Wschod­niej Sto Dzie­sią­tej Uli­cy, za­ło­żo­no, że wczo­raj wie­czo­rem po­mi­mo desz­czu upra­wia­ła jog­ging i pa­dła ofia­rą na­pa­ści na tle sek­su­al­nym. Jej majt­ki i spodnie były ścią­gnię­te do ko­stek, po­la­ro­wa blu­za i ko­szul­ka – za­dar­te po­wy­żej pier­si. Na szyi mia­ła cia­sno okrę­co­ny sza­lik z po­la­ru, za­wią­za­ny na po­dwój­ny wę­zeł, nic więc dziw­ne­go, że lu­dzie ze śled­cze­go wy­dzia­łu me­dycz­no-praw­ne­go, któ­rzy zja­wi­li się na miej­scu zda­rze­nia, za­ło­ży­li, że zo­sta­ła udu­szo­na.

Nie mie­li ra­cji. W trak­cie ba­da­nia cia­ła w pro­sek­to­rium Scar­pet­ta nie zna­la­zła ni­cze­go na po­twier­dze­nie, że sza­lik spo­wo­do­wał zgon albo miał z nim ja­ki­kol­wiek zwią­zek: ani śla­du za­mar­twi­cy, ani śla­du za­czer­wie­nie­nia czy zsi­nie­nia, tyl­ko su­che otar­cie na kar­ku, jak­by sza­lik zo­stał za­wią­za­ny po śmier­ci. Oczy­wi­ście było moż­li­we, że za­bój­ca ude­rzył dziew­czy­nę w gło­wę i póź­niej du­sił, być może nie zda­jąc so­bie spra­wy, że ofia­ra już nie żyje. Ale je­śli tak, ile cza­su z nią spę­dził? Ob­ra­że­nia gło­wy, opuch­nię­cie i krwo­tok w ob­rę­bie kory mó­zgo­wej świad­czy­ły, że żyła przez ja­kiś czas po otrzy­ma­niu cio­su w po­ty­li­cę, być może na­wet kil­ka go­dzin. Jed­nak na miej­scu prze­stęp­stwa zna­le­zio­no bar­dzo mało krwi. Do­pie­ro po prze­wró­ce­niu zwłok za­uwa­żo­no ob­ra­że­nia gło­wy, ranę o śred­ni­cy czte­rech cen­ty­me­trów ze znacz­ną opu­chli­ną, ale tyl­ko z nie­wiel­kim wy­cie­kiem pły­nu. Uzna­no, że deszcz spłu­kał krew.

Scar­pet­ta po­waż­nie w to wąt­pi­ła. Rany gło­wy krwa­wią ob­fi­cie i było mało praw­do­po­dob­ne, że ule­wa, prze­lot­na i nie­zbyt gwał­tow­na, pra­wie zu­peł­nie zmy­ła krew z dłu­gich, gę­stych wło­sów Toni. Czy na­past­nik roz­bił jej gło­wę i spę­dził z nią dłu­gi czas w zim­ną desz­czo­wą noc, a po­tem dla pew­no­ści, że nie prze­ży­je i ni­ko­mu nic nie po­wie, moc­no okrę­cił sza­lik wo­kół jej szyi? A może du­sze­nie sta­no­wi­ło ele­ment bru­tal­ne­go ry­tu­ału sek­su­al­ne­go? Dla­cze­go pla­my opa­do­we i po­śmiert­ne stę­że­nie mię­śni gło­śno kłó­ci­ły się z tym, co mó­wi­ło miej­sce zbrod­ni? Wy­glą­da­ło na to, że Toni zmar­ła w par­ku ze­szłej nocy, a jed­no­cze­śnie wy­ni­ki sek­cji wska­zy­wa­ły, że zgon na­stą­pił co naj­mniej trzy­dzie­ści sześć go­dzin wcze­śniej. Ta roz­bież­ność nie da­wa­ła Scar­pet­cie spo­ko­ju. Może za dużo o niej my­śli. Może w ogó­le nie my­śli ja­sno, po­nie­waż jest przy­gnę­bio­na i ma ni­ski po­ziom cu­kru, bo przez cały dzień nic nie ja­dła, tyl­ko piła kawę, hek­to­li­try kawy.

Wie­dzia­ła, że się spóź­ni na zwo­ła­ne na trze­cią ze­bra­nie per­so­ne­lu i że musi być w domu o szó­stej, żeby pójść na si­łow­nię i zjeść ko­la­cję z mę­żem, Ben­to­nem We­sley­em, a po­tem po­pę­dzić do CNN, co zresz­tą było ostat­nią rze­czą, na jaką mia­ła ocho­tę. Nie po­win­na wy­ra­żać zgo­dy na udział w pro­gra­mie Cri­spin Re­port. Na li­tość bo­ską, dla­cze­go się zgo­dzi­ła wy­stę­po­wać przed ka­me­ra­mi z Car­ley Cri­spin i mó­wić o zmia­nach po­śmiert­nych w ce­bul­ce wło­sa, o zna­cze­niu mi­kro­sko­pii i in­nych dys­cy­plin nauk są­do­wych, o któ­rych spo­łe­czeń­stwo ma błęd­ne po­ję­cie? Tak, zgo­dzi­ła się wła­śnie z tego po­wo­du, żeby pro­sto­wać błę­dy, ale dla­cze­go musi to ro­bić w prze­my­śle roz­ryw­ko­wym?

Nio­sła pu­deł­ko z lun­chem, idąc przez ga­raż za­sta­wio­ny kar­to­na­mi i skrzy­nia­mi z ma­te­ria­ła­mi dla biur i pro­sek­to­rium, mi­ja­jąc me­ta­lo­we wóz­ki, no­sze na kół­kach i sto­sy sklej­ki. Ochro­niarz roz­ma­wiał przez te­le­fon za plek­si­gla­so­wą szy­bą i le­d­wie rzu­cił na nią okiem, gdy prze­cho­dzi­ła.

Na szczy­cie ram­py się­gnę­ła po wi­szą­cą na smy­czy kar­tę ma­gne­tycz­ną i otwo­rzy­ła cięż­kie me­ta­lo­we drzwi. We­szła do po­miesz­cze­nia wy­ło­żo­ne­go bia­ły­mi ka­fel­ka­mi, jak na sta­cji me­tra, z zie­lo­no­nie­bie­ski­mi ak­cen­ta­mi i po­rę­cza­mi, któ­re zda­wa­ły się pro­wa­dzić wszę­dzie i nig­dzie. Kie­dy za­czę­ła tu pra­co­wać na pół eta­tu, czę­sto się gu­bi­ła, tra­fia­ła do la­bo­ra­to­rium an­tro­po­lo­gii za­miast neu­ro­pa­tii albo kar­dio­pa­tii, do mę­skiej szat­ni za­miast do żeń­skiej, do po­ko­ju prze­zna­czo­ne­go do ba­da­nia zwłok w sta­nie za­awan­so­wa­ne­go roz­kła­du za­miast do głów­nej sali sek­cyj­nej, do nie­wła­ści­wej chłod­ni albo na nie­wła­ści­wą klat­kę scho­do­wą, a na­wet na nie­wła­ści­we pię­tro, gdy ko­rzy­sta­ła ze sta­re­go sta­lo­we­go dźwi­gu to­wa­ro­we­go.

Szyb­ko się po­ła­pa­ła w ukła­dzie po­miesz­czeń, w ich ko­li­stym bie­gu, po­czy­na­jąc od ram­py, któ­ra się za­czy­na­ła za ma­syw­ny­mi drzwia­mi ga­ra­żo­wy­mi. Zwło­ki do­star­czo­ne przez ze­spół trans­por­to­wy prze­jeż­dża­ły na wóz­kach pod umiesz­czo­nym nad drzwia­mi wy­kry­wa­czem pro­mie­nio­wa­nia. Je­śli nie włą­czył się alarm sy­gna­li­zu­ją­cy obec­ność ma­te­ria­łu pro­mie­nio­twór­cze­go, ta­kie­go jak ra­dio­far­ma­ceu­ty­ki sto­so­wa­ne w on­ko­lo­gii, na­stęp­nym przy­stan­kiem była waga pod­ło­go­wa, na któ­rej wa­żo­no i mie­rzo­no cia­ło. Jego póź­niej­sze losy za­le­ża­ły od sta­nu. Je­śli był zły albo po­dej­rze­wa­no obec­ność czyn­ni­ków po­ten­cjal­nie nie­bez­piecz­nych dla ży­wych, tra­fia­ło do chłod­ni przy sali sek­cyj­nej zwłok w sta­nie za­awan­so­wa­ne­go roz­kła­du, wy­po­sa­żo­nej w spe­cjal­ny sys­tem wen­ty­la­cji i inne za­bez­pie­cze­nia.

Je­śli cia­ło było w do­brym sta­nie, wie­zio­no je ko­ry­ta­rzem na pra­wo od stre­fy prze­ła­dun­ko­wej, a jego po­dróż mo­gła obej­mo­wać róż­ne przy­stan­ki w za­leż­no­ści od stop­nia de­kom­po­zy­cji: ra­dio­lo­gię, ma­ga­zyn pró­bek hi­sto­lo­gicz­nych, la­bo­ra­to­rium an­tro­po­lo­gii są­do­wej, dwie inne chłod­nie prze­zna­czo­ne do prze­cho­wy­wa­nia świe­żych zwłok, któ­re jesz­cze nie zo­sta­ły zba­da­ne, sza­fy na do­wo­dy, ga­bi­net neu­ro­pa­to­lo­gii albo kar­dio­lo­gii, głów­ną salę sek­cyj­ną. Po za­mknię­ciu spra­wy go­to­we do wy­da­nia cia­ło tra­fia­ło do ko­lej­nej chłod­ni na dole i tam po­win­na znaj­do­wać się te­raz Toni Da­rien, w fo­lio­wym wor­ku na pół­ce.

Ale się nie znaj­do­wa­ła. Le­ża­ła na wóz­ku przed nie­rdzew­ny­mi drzwia­mi chłod­ni. Ko­bie­ta zaj­mu­ją­ca się po­ka­zy­wa­niem zwłok oso­bom bli­skim w celu iden­ty­fi­ka­cji okry­wa­ła ją nie­bie­ską płach­tą.

– Co ro­bi­my? – za­py­ta­ła Scar­pet­ta.

– Mie­li­śmy małe za­mie­sza­nie na gó­rze. Mu­si­my ją po­ka­zać.

– Komu i dla­cze­go?

– Mat­ka jest w holu i mówi, że nie wyj­dzie, póki jej nie zo­ba­czy. Pro­szę się nie mar­twić. Ja się tym zaj­mę. – Rene mia­ła oko­ło trzy­dzie­stu pię­ciu lat, czar­ne kę­dzie­rza­we wło­sy i he­ba­no­we oczy, a tak­że nie­zwy­kłą umie­jęt­ność po­stę­po­wa­nia z ro­dzi­na­mi zmar­łych. Je­śli mia­ła z kimś pro­blem, nie mo­gło cho­dzić o dro­biazg. Po­tra­fi­ła so­bie po­ra­dzić pra­wie w każ­dej sy­tu­acji.

– Są­dzi­łam, że oj­ciec już do­ko­nał iden­ty­fi­ka­cji – po­wie­dzia­ła Scar­pet­ta.

– Wy­peł­nił pa­pie­ry, a po­tem po­ka­za­łam mu zdję­cie, któ­re mi pani przy­sła­ła tuż przed wyj­ściem do bu­fe­tu. Parę mi­nut póź­niej przy­szła mat­ka i za­czę­li kłó­cić się w holu, urzą­dzi­li praw­dzi­wą awan­tu­rę, i w koń­cu on wy­padł stam­tąd jak bu­rza.

– Są roz­wie­dze­ni?

– I naj­wy­raź­niej się nie­na­wi­dzą. Mat­ka na­le­ga na obej­rze­nie cia­ła i nie chce ustą­pić. – Rene mia­ła na rę­kach fio­le­to­we ni­try­lo­we rę­ka­wicz­ki. Od­gar­nę­ła ko­smyk wil­got­nych wło­sów z czo­ła mar­twej ko­bie­ty, uło­ży­ła wło­sy za usza­mi w taki spo­sób, żeby nie było wi­dać szwów po sek­cji. – Wiem, że za parę mi­nut ma pani ze­bra­nie. Ja się tym zaj­mę. – Spoj­rza­ła na tek­tu­ro­we pu­deł­ko, któ­re trzy­ma­ła Scar­pet­ta. – Jesz­cze na­wet pani nie ja­dła. Zja­dła coś pani dzi­siaj? Pew­nie nic, jak zwy­kle. Ile stra­ci­ła pani na wa­dze? Skoń­czy się na tym, że tra­fi pani do la­bo­ra­to­rium an­tro­po­lo­gii, przez po­mył­kę wzię­ta za szkie­let.

– O co kłó­ci­li się w holu? – za­py­ta­ła Scar­pet­ta.

– O za­kła­dy po­grze­bo­we. Mat­ka chce sko­rzy­stać z usług za­kła­du z Long Is­land, oj­ciec z New Jer­sey. Mat­ce za­le­ży na po­chów­ku, ojcu na kre­ma­cji. Biją się o nią. – Do­tknę­ła zwłok, jak­by uczest­ni­czy­ły w roz­mo­wie. – Ob­wi­nia­ją się o wszyst­ko, co im tyl­ko przy­cho­dzi do gło­wy. Pod­nie­śli taki ra­ban, że w pew­nym mo­men­cie dok­tor Edi­son po pro­stu wy­szedł.

Dok­tor Edi­son był na­czel­nym le­ka­rzem są­do­wym i sze­fem Scar­pet­ty, kie­dy pra­co­wa­ła w mie­ście. Wciąż mia­ła kło­po­ty z przy­zwy­cza­je­niem się do nad­zo­ru, gdyż przez więk­szość lat pra­cy była albo sze­fem, albo wła­ści­cie­lem pry­wat­ne­go za­kła­du. Ale nie chcia­ła­by kie­ro­wać no­wo­jor­skim biu­rem na­czel­ne­go le­ka­rza są­do­we­go – co nie zna­czy, że jej to pro­po­no­wa­no. Za­rzą­dza­nie biu­rem tej wiel­ko­ści przy­po­mi­na­ło peł­nie­nie funk­cji bur­mi­strza me­tro­po­lii.

– Cóż, sama wiesz, jak to jest – po­wie­dzia­ła do Rene. – Ro­dzi­na się kłó­ci, a cia­ło leży i cze­ka. Wstrzy­ma­my wy­da­nie, chy­ba że do­sta­nie­my po­le­ce­nie od dzia­łu praw­ne­go. No do­brze. Po­ka­za­łaś zdję­cie mat­ce, i co?

– Pró­bo­wa­łam, ale na­wet nie chcia­ła na nie spoj­rzeć. Mówi, że chce zo­ba­czyć cór­kę i nie wyj­dzie, póki tego nie zro­bi.

– Jest w po­ko­ju dla ro­dzin?

– Tam ją zo­sta­wi­łam. Po­ło­ży­łam na pani biur­ku tecz­kę z ko­pia­mi do­ku­men­tów.

– Dzię­ki. Przej­rzę je, gdy pój­dę na górę. Za­wieź zwło­ki do win­dy, ja zaj­mę się mat­ką. Po­wia­dom dok­to­ra Edi­so­na, że się spóź­nię. Praw­dę mó­wiąc, ze­bra­nie już się za­czę­ło. Mam na­dzie­ję, że go zła­pię, za­nim wyj­dzie do domu. Mu­szę z nim po­roz­ma­wiać o tej spra­wie.

– Dam mu znać. – Rene po­ło­ży­ła dło­nie na sta­lo­wej po­rę­czy wóz­ka. – Po­wo­dze­nia w te­le­wi­zji.

– Po­wiedz, że prze­sła­łam zdję­cia z miej­sca zda­rze­nia, ale nie dam rady po­dyk­to­wać pro­to­ko­łu ani do­star­czyć mu zdjęć z sek­cji do ju­tra rana.

– Wi­dzia­łam re­kla­my pro­gra­mu. Są su­per. – Rene trzy­ma­ła się swo­je­go wąt­ku. – Tyl­ko że nie zno­szę Car­ley Cri­spin i tego pro­fi­le­ra, któ­ry jest tam cały czas. Jak on się na­zy­wa? Dok­tor Agee. Chce mi się rzy­gać, gdy roz­ma­wia­ją o Han­nah Starr. Za­ło­żę się, że Car­ley pa­nią też o nią za­py­ta.

– W CNN wie­dzą, że nie roz­ma­wiam o spra­wach, któ­re nie są za­mknię­te.

– Są­dzi pani, że ona nie żyje? Bo ja je­stem tego pew­na. – Głos Rene pły­nął za Scar­pet­tą do win­dy. – Jak ta, któ­ra za­gi­nę­ła na Aru­bie, jak ona mia­ła na imię… Na­ta­lee? Lu­dzie nie zni­ka­ją bez po­wo­du. Zni­ka­ją, bo ktoś tego chciał.

Scar­pet­ta mia­ła to obie­ca­ne. Cri­spin tego nie zro­bi, nie ośmie­li się, po­my­śla­ła. Ja­dąc win­dą na górę, prze­ko­ny­wa­ła samą sie­bie, że prze­cież nie jest po pro­stu ko­lej­nym spe­cja­li­stą, out­si­de­rem, nie­czę­stym go­ściem, ga­da­ją­cą gło­wą. Była eks­per­tem me­dy­cy­ny są­do­wej i w roz­mo­wie z pro­du­cen­tem wy­ko­naw­czym Ale­xem Bach­tą ja­sno po­sta­wi­ła spra­wę: nie może roz­ma­wiać o Han­nah Starr, pięk­nej po­ten­tat­ce fi­nan­so­wej, któ­ra roz­pły­nę­ła się w po­wie­trzu przed Świę­tem Dzięk­czy­nie­nia – po­dob­no ostat­ni raz wi­dzia­no ją, gdy wy­cho­dzi­ła z re­stau­ra­cji w Gre­en­wich Vil­la­ge i wsia­da­ła do żół­tej tak­sów­ki. Je­śli zda­rzy­ło się naj­gor­sze, je­śli Han­nah nie żyje i jej cia­ło po­ja­wi się w No­wym Jor­ku, spra­wa bę­dzie pod­le­gać ju­rys­dyk­cji tego biu­ra.

Wy­sia­dła na pierw­szym pię­trze i ru­szy­ła dłu­gim ko­ry­ta­rzem obok Wy­dzia­łu Ope­ra­cji Spe­cjal­nych. Za ko­lej­ny­mi za­mknię­ty­mi drzwia­mi był hol z ka­na­pa­mi i fo­te­la­mi z bor­do­wo-nie­bie­ską ta­pi­cer­ką, ze sto­li­ka­mi i z pół­ka­mi na cza­so­pi­sma, z cho­in­ką i me­no­rą w oknie wy­cho­dzą­cym na Pierw­szą Ale­ję. Sło­wa wy­cię­te w mar­mu­rze nad biur­kiem re­cep­cyj­nym oznaj­mia­ły: Ta­ce­ant col­lo­qu­ia. Ef­fu­giat ri­sus. Hic lo­cus est ubi mors gau­det suc­cur­re­re vi­tae. „Niech umilk­ną roz­mo­wy. Niech znik­nie uśmiech. Oto miej­sce, gdzie śmierć się cie­szy, że może do­po­móc ży­ciu”. Z ra­dia sto­ją­ce­go na pod­ło­dze za biur­kiem pły­nę­ła mu­zy­ka, Ho­tel Ca­li­for­nia gru­py Eagles. Naj­wy­raź­niej Fi­le­ne, ochro­niar­ka, uzna­ła, że pu­sty hol na­le­ży do niej i może go za­peł­nić tym, co na­zy­wa­ła swo­imi me­lo­dia­mi.

– Mo­żesz zaj­rzeć, o któ­rej chcesz, ale być może nig­dy nie wyj­dziesz – śpie­wa­ła, nie­świa­do­ma iro­nii tych słów.

– Jest ktoś w po­ko­ju dla ro­dzin? – za­py­ta­ła Scar­pet­ta, za­trzy­mu­jąc się przy biur­ku.

– Och, prze­pra­szam. – Fi­le­ne wy­łą­czy­ła ra­dio. – Nie po­my­śla­łam, że mogą tam usły­szeć mu­zy­kę. Ale nic nie szko­dzi, wy­trzy­mam bez mo­ich me­lo­dii. Po pro­stu strasz­nie się nu­dzę, wie pani? Czło­wiek sie­dzi i sie­dzi, nic się nie dzie­je.

To, co zwy­kle wi­dzia­ła w tym miej­scu, nig­dy nie było ra­do­sne i praw­do­po­dob­nie nie z nu­dów słu­cha­ła opty­mi­stycz­ne­go ła­god­ne­go roc­ka czy to za biur­kiem w re­cep­cji, czy na dole w kost­ni­cy. Scar­pet­ta nie mia­ła nic prze­ciw­ko, do­pó­ki w po­bli­żu nie prze­by­wa­li po­grą­że­ni w ża­ło­bie bli­scy, któ­rzy mo­gli­by uznać pusz­cza­nie mu­zy­ki za pro­wo­ka­cyj­ne albo lek­ce­wa­żą­ce.

– Po­wia­dom pa­nią Da­rien, że już idę – po­le­ci­ła. – Po­trze­bu­ję ja­kichś pięt­na­stu mi­nut, żeby spraw­dzić parę rze­czy i rzu­cić okiem na pa­pie­ry. Nie włą­czaj mu­zy­ki, póki ona nie wyj­dzie, do­brze?

Na lewo od holu znaj­do­wa­ło się skrzy­dło ad­mi­ni­stra­cji.

Scar­pet­ta dzie­li­ła je z dok­to­rem Edi­so­nem, dwo­ma asy­sten­ta­mi za­rzą­du i sze­fo­wą per­so­ne­lu, któ­ra wy­je­cha­ła w po­dróż po­ślub­ną i mia­ła wró­cić do pra­cy po No­wym Roku. W pięć­dzie­się­cio­let­nim bu­dyn­ku bra­ko­wa­ło wol­nych prze­strze­ni, tak­że na dru­gim pię­trze, gdzie mie­ści­ły się biu­ra peł­no­eta­to­wych le­ka­rzy są­do­wych. Kie­dy przy­jeż­dża­ła do mia­sta, lo­ko­wa­ła się na par­te­rze w by­łym po­ko­ju kon­fe­ren­cyj­nym sze­fo­wej, z wi­do­kiem na tur­ku­so­wo­błę­kit­ne ce­gla­ne wej­ście do gma­chu od stro­ny Pierw­szej Alei.

Otwo­rzy­ła drzwi i we­szła. Po­wie­si­ła płaszcz, po­ło­ży­ła pu­deł­ko z lun­chem na biur­ku i usia­dła przed kom­pu­te­rem. Włą­czy­ła go i wpi­sa­ła w okien­ko wy­szu­ki­war­ki sło­wo „Bio­Graph”. W gór­nej czę­ści ekra­nu po­ja­wi­ło się py­ta­nie: „Czy cho­dzi ci o: Bio­Gra­phy?”. Nie, nie o to. Ani nie o Bio­graph Re­cords. Nie tego szu­ka­ła. Nie Ame­ri­can Mu­to­sco­pe and Bio­graph Com­pa­ny, naj­star­sze­go stu­dia fil­mo­we­go w Ame­ry­ce, za­ło­żo­ne­go w roku 1895 przez wy­na­laz­cę, któ­ry pra­co­wał dla Tho­ma­sa Edi­so­na, da­le­kie­go przod­ka na­czel­ne­go le­ka­rza są­do­we­go. In­te­re­su­ją­cy zbieg oko­licz­no­ści. Żad­nych wy­ni­ków dla Bio­Graph z du­ży­mi li­te­ra­mi B i G, jak na ko­per­cie nie­zwy­kłe­go ze­gar­ka, któ­ry Toni Da­rien mia­ła na le­wej ręce, gdy ran­kiem jej cia­ło tra­fi­ło do kost­ni­cy.

• • •

W Sto­we, w sta­nie Ver­mont, pa­dał gę­sty śnieg; duże płat­ki, cięż­kie i wil­got­ne, osia­da­ły na ga­łę­ziach so­sen i świer­ków bal­sa­micz­nych. Nie­czyn­ne wy­cią­gi nar­ciar­skie w Gre­en Mo­un­ta­ins były ni­kły­mi pa­ję­czy­na­mi nie­mal nie­wi­docz­ny­mi w śnie­ży­cy. Nikt nie jeź­dzi na nar­tach w taką po­go­dę, nikt na­wet nie wy­cho­dzi z domu.

He­li­kop­ter Lucy Fa­ri­nel­li stał w han­ga­rze Bur­ling­ton, ale co z tego? Lucy i Ja­ime Ber­ger, za­stęp­ca pro­ku­ra­to­ra okrę­go­we­go hrab­stwa Nowy Jork, nig­dzie nie po­le­cą przez pięć go­dzin, może na­wet dłu­żej, na pew­no nie przed dzie­wią­tą wie­czo­rem, kie­dy bu­rza prze­mie­ści się na po­łu­dnie. Do­pie­ro wte­dy będą od­po­wied­nie wa­run­ki, lot z wi­docz­no­ścią zie­mi, pu­łap po­wy­żej dzie­wię­ciu­set me­trów, wi­docz­ność osiem ki­lo­me­trów albo wię­cej, wiatr o sile trzy­dzie­stu wę­złów z pół­noc­ne­go wscho­du. Będą mia­ły do­bry wiatr od ogo­na, le­cąc z po­wro­tem do No­we­go Jor­ku, więc może do­trą tam na czas, żeby zro­bić to, co po­win­ny. Mimo to Ber­ger była w złym hu­mo­rze, przez cały dzień roz­ma­wia­ła przez te­le­fon w dru­gim po­ko­ju, na­wet nie pró­bo­wa­ła być miła. Z jej punk­tu wi­dze­nia wy­glą­da­ło to tak: po­go­da zmu­si­ła je do prze­dłu­że­nia po­by­tu, a po­nie­waż Lucy jest pi­lo­tem, to jej wina. Nie mia­ło zna­cze­nia, że pro­gno­ści się po­my­li­li, że dwie da­le­kie małe bu­rze po­łą­czy­ły się w jed­ną nad Sa­skat­che­wan w Ka­na­dzie, po czym sto­pi­ły z ark­tycz­ny­mi ma­sa­mi po­wie­trza, two­rząc coś w ro­dza­ju śnież­ne­go po­two­ra.

Lucy ści­szy­ła YouTu­be, na­gra­nie so­lów­ki na per­ku­sji Mic­ka Fle­etwo­oda w World Tur­ning z kon­cer­tu w 1987 roku.

– Te­raz mnie sły­szysz? – za­py­ta­ła przez te­le­fon ciot­kę Kay. – Sy­gnał jest sła­by, a po­go­da po­gar­sza spra­wę.

W jej słu­chaw­kach za­brzmiał głos Scar­pet­ty.

– Znacz­nie le­piej. Jak ci idzie?

– Jak do­tąd nic nie zna­la­złam. Dziw­ne.

Lucy mia­ła trzy mac­bo­oki, każ­dy ekran po­dzie­lo­ny był na ćwiart­ki, a na nich wid­nia­ły ak­tu­ali­zo­wa­ne in­for­ma­cje z Lot­ni­cze­go Cen­trum Me­te­oro­lo­gicz­ne­go, stru­mie­nie da­nych z po­szu­ki­wań pro­wa­dzo­nych przez sieć neu­ro­no­wą, lin­ki do in­te­re­su­ją­cych ją stron, pocz­ta elek­tro­nicz­na Han­nah Starr, jej wła­sna pocz­ta i na­gra­nie z ka­me­ry mo­ni­to­rin­gu przed­sta­wia­ją­ce ak­to­ra Hapa Jud­da w kost­ni­cy szpi­ta­la Park Ge­ne­ral, w stro­ju chi­rur­ga, po­cho­dzą­ce z cza­sów, gdy jesz­cze nie był sław­ny.

– Je­steś pew­na tej na­zwy? – za­py­ta­ła, wo­dząc wzro­kiem po ekra­nach, prze­ska­ku­jąc my­ślą od jed­nej spra­wy do dru­giej.

– Jest wy­bi­ta na sta­lo­wej ko­per­cie – od­par­ła Scar­pet­ta. Jej głos brzmiał po­waż­nie i su­ge­ro­wał po­śpiech. – Bio­Graph – prze­li­te­ro­wa­ła po­now­nie. – I nu­mer se­ryj­ny. Może nie wy­ła­pie tego zwy­kłe opro­gra­mo­wa­nie, któ­re prze­szu­ku­je in­ter­net. Jak z wi­ru­sa­mi. Je­śli nie wiesz, cze­go szu­kać, to tego nie znaj­dziesz.

– Pro­gram an­ty­wi­ru­so­wy nie ma nic do rze­czy. Moje wy­szu­ki­war­ki dzia­ła­ją w inny spo­sób. Prze­pro­wa­dzam po­szu­ki­wa­nia źró­dło­we. Nie zna­la­złam Bio­Graph, po­nie­waż w sie­ci nie ma ni­cze­go ta­kie­go. Ani jed­nej wzmian­ki. Ani w ta­bli­cach ogło­szeń, ani w blo­gach, ani w ba­zach da­nych.

– Pro­szę, tyl­ko nig­dzie się nie wła­muj.

– Ja je­dy­nie wy­ko­rzy­stu­ję sła­be punk­ty sys­te­mów ope­ra­cyj­nych.

– Tak, a je­śli tyl­ne drzwi są otwar­te i wcho­dzisz do czy­je­goś domu, to nie jest wtar­gnię­cie.

– Żad­nej wzmian­ki o Bio­Graph, w prze­ciw­nym ra­zie na pew­no coś bym zna­la­zła. – Lucy nie za­mie­rza­ła po­dej­mo­wać ich zwy­kłej dys­ku­sji o celu uświę­ca­ją­cym środ­ki.

– Nie ro­zu­miem, jak to moż­li­we. Ze­ga­rek wy­glą­da na bar­dzo no­wo­cze­sny, ma port USB. Trze­ba go ła­do­wać, za­pew­ne w sta­cji do­ku­ją­cej. Przy­pusz­czam, że był dość dro­gi.

– Nie mogę go zna­leźć, szu­kam pod „ze­ga­rek”, „urzą­dze­nie” i tym po­dob­ne. – Lucy ob­ser­wo­wa­ła wy­ni­ki prze­su­wa­ją­ce się na ekra­nach. Wy­szu­ki­war­ki neu­ro­no­we sor­to­wa­ły nie­skoń­czo­ną ilość ha­seł, an­chor tek­stów, pli­ków, URL-ów, ty­tu­łów do­ku­men­tów, e-ma­ili i ad­re­sów IP. – Nie wi­dzę ni­cze­go, co by choć tro­chę przy­po­mi­na­ło opi­sa­ny przez cie­bie ze­ga­rek.

– Musi być ja­kiś spo­sób, żeby się do­wie­dzieć, co to ta­kie­go.

– Nie ma. W tym pro­blem – od­par­ła Lucy. – Nie ma cze­goś ta­kie­go jak ze­ga­rek czy urzą­dze­nie Bio­Graph, ni­cze­go, co choć­by w ogól­nym za­ry­sie pa­so­wa­ło­by do tego, co no­si­ła Toni Da­rien. Jej ze­ga­rek Bio­Graph nie ist­nie­je.

– Jak mam to ro­zu­mieć?

– To zna­czy, że nie ist­nie­je w in­ter­ne­cie, w ob­rę­bie sie­ci ko­mu­ni­ka­cyj­nej czy cy­ber­prze­strze­ni. In­ny­mi sło­wy, ze­ga­rek Bio­Graph nie ist­nie­je wir­tu­al­nie – wy­ja­śni­ła Lucy. – Je­że­li go zo­ba­czę na wła­sne oczy, pew­nie coś wy­kom­bi­nu­ję. Zwłasz­cza je­śli masz ra­cję i cho­dzi o ja­kieś urzą­dze­nie do gro­ma­dze­nia da­nych.

– Nie mogę ci go po­ka­zać, do­pó­ki la­bo­ra­to­rium nie skoń­czy nad nim pra­co­wać.

– Cho­le­ra, tyl­ko nie po­zwól im uży­wać śru­bo­krę­tów i młot­ków.

– Po­bie­ra­ją prób­ki DNA, to wszyst­ko. Po­li­cja już go spraw­dzi­ła pod ką­tem od­ci­sków pal­ców. Nic nie zna­leź­li. Pro­szę, po­wiedz Ja­ime, że może do mnie za­dzwo­nić, kie­dy tyl­ko ze­chce. Mam na­dzie­ję, że do­brze się ba­wi­cie. Prze­pra­szam, te­raz nie mam cza­su na po­ga­węd­kę.

– Po­wiem jej, je­śli się z nią zo­ba­czę.

– Nie je­ste­ście ra­zem? – zdzi­wi­ła się Scar­pet­ta.

– Naj­pierw spra­wa Han­nah Starr, a te­raz to. Ja­ime jest za­ję­ta, ma mnó­stwo na gło­wie. Kto jak kto, ale ty po­win­naś o tym wie­dzieć – ucię­ła Lucy. Nie była za­in­te­re­so­wa­na oma­wia­niem swo­je­go ży­cia oso­bi­ste­go.

– Mam na­dzie­ję, że mia­ła uda­ne uro­dzi­ny.

Lucy o tym też nie chcia­ła mó­wić.

– Jaka u was po­go­da?

– Wietrz­nie i zim­no. Nie­bo jest za­chmu­rzo­ne.

– Bę­dzie wię­cej desz­czu i moż­li­we, że na pół­noc od mia­sta spad­nie śnieg – po­wie­dzia­ła Lucy. – Ale do pół­no­cy po­win­no się prze­ja­śnić, bo front słab­nie, prze­su­wa­jąc się w wa­szą stro­nę.

– Mam na­dzie­ję, że za­mier­za­cie to prze­cze­kać.

– Je­śli nie wy­star­tu­ję, Ja­ime za­cznie szu­kać psie­go za­przę­gu.

– Za­dzwoń do mnie przed star­tem. I uwa­żaj – po­pro­si­ła Scar­pet­ta. – Mu­szę koń­czyć, cze­ka mnie roz­mo­wa z mat­ką Toni Da­rien. Tę­sk­nię za tobą. Zje­my ko­la­cję, zro­bi­my coś ra­zem?

– Ja­sne – za­pew­ni­ła Lucy.

Odło­ży­ła te­le­fon i po­gło­śni­ła YouTu­be, Mick Fle­etwo­od wciąż grał na per­ku­sji. Uno­sząc ręce nad kla­wia­tu­ra­mi mac­bo­oków, jak­by da­wa­ła wła­sny kon­cert roc­ko­wy i gra­ła solo na kla­wi­szach, we­szła w ko­lej­ną ak­tu­ali­za­cję po­go­dy i e-mail, któ­ry wła­śnie wy­lą­do­wał w skrzyn­ce od­bior­czej Han­nah Starr. Lu­dzie są dziw­ni, po­my­śla­ła. Je­śli wiesz, że ktoś znik­nął i być może nie żyje, dla­cze­go nadal wy­sy­łasz do nie­go e-ma­ile? Czy mąż Han­nah Starr, Bob­by Ful­ler, jest taki głu­pi, że nie przy­szło mu na myśl, iż no­wo­jor­ska po­li­cja i biu­ro pro­ku­ra­to­ra okrę­go­we­go mogą mo­ni­to­ro­wać pocz­tę Han­nah albo zle­cić to in­for­ma­ty­ko­wi śled­cze­mu, ko­muś ta­kie­mu jak ona? Od trzech ty­go­dni Bob­by co­dzien­nie wy­sy­łał wia­do­mo­ści do za­gi­nio­nej żony. Może do­kład­nie wie­dział, co robi, może chciał, żeby stró­że pra­wa zo­ba­czy­li, co pi­sze do swo­jej bien-aimee, swo­jej cho­uchou, swo­jej amo­re mio, do mi­ło­ści swo­je­go ży­cia. Gdy­by ją za­mor­do­wał, nie pi­sał­by do niej li­ści­ków mi­ło­snych, praw­da?

Od: Bob­by Ful­ler

Wy­sła­no: czwar­tek, 18 grud­nia, 15.24 Do: Han­nah

Te­mat: Non po­sso vi­ve­re sen­za di te

Ma­leń­ka, mam na­dzie­ję, że je­steś bez­piecz­na i czy­tasz te sło­wa. Moje ser­ce nie­sio­ne na skrzy­dłach du­szy znaj­dzie cię, gdzie­kol­wiek je­steś.

Pa­mię­taj o mnie. Nie mogę jeść ani spać.

B.

Lucy spraw­dzi­ła jego ad­res IP, te­raz roz­po­zna­wa­ła go na pierw­szy rzut oka. Apar­ta­ment w North Mia­mi Be­ach, gdzie Bob­by usy­chał z tę­sk­no­ty, ukry­wa­jąc się przed me­dia­mi w prze­pysz­nie urzą­dzo­nych wnę­trzach, któ­re zna­ła aż na­zbyt do­brze – nie­daw­no była tam z jego pięk­ną żoną zło­dziej­ką. Za każ­dym ra­zem, gdy czy­ta­ła e-mail Bob­by’ego, pró­bo­wa­ła od­gad­nąć jego my­śli i za­sta­na­wia­ła się, co na­praw­dę by czuł, gdy­by wie­rzył, że Han­nah nie żyje.

A może do­sko­na­le wie, co się z nią sta­ło, po­nie­waż miał coś wspól­ne­go z jej znik­nię­ciem. Lucy nie mia­ła po­ję­cia, jak wy­glą­da praw­da. Spró­bo­wa­ła po­sta­wić się w jego sy­tu­acji, ale nie mo­gła. Dla niej li­czy­ło się tyl­ko to, że Han­nah piła piwo, któ­re­go so­bie na­wa­rzy­ła – albo do­pie­ro je wy­pi­je, i to ra­czej prę­dzej niż póź­niej. Za­słu­ży­ła na zły los, jaki mógł ją spo­tkać, bo zmar­no­wa­ła jej czas i pie­nią­dze, a te­raz kra­dła coś znacz­nie cen­niej­sze­go. Trzy ty­go­dnie pod zna­kiem Han­nah. Ani mi­nu­ty z Ber­ger. Na­wet kie­dy były ra­zem, tak na­praw­dę były osob­no. Lucy się bała. Ki­pia­ła z gnie­wu. Cza­sa­mi czu­ła, że może zro­bić coś strasz­ne­go.

Prze­sła­ła ostat­ni e-mail Bob­by’ego do Ber­ger, któ­ra krą­ży­ła nie­spo­koj­nie w są­sied­nim po­ko­ju. Lucy sły­sza­ła jej kro­ki. Przyj­rza­ła się ad­re­so­wi stro­ny, któ­ry za­czął bły­skać na ćwiart­ce ekra­nu jed­ne­go z mac­bo­oków.

– Co te­raz zro­bi­my? – po­wie­dzia­ła do pu­ste­go sa­lo­nu w apar­ta­men­cie, któ­ry Ber­ger wy­na­ję­ła w pię­cio­gwiazd­ko­wym pen­sjo­na­cie z do­stę­pem do bez­prze­wo­do­we­go in­ter­ne­tu, ko­min­ka­mi, pu­cho­wy­mi łóż­ka­mi i po­ście­lą z naj­de­li­kat­niej­sze­go płót­na. Było tu wszyst­ko z wy­jąt­kiem tego, cze­mu to gniazd­ko mia­ło słu­żyć: bra­ko­wa­ło in­tym­no­ści, ro­man­tycz­no­ści, za­ba­wy, i Lucy wi­ni­ła za to Han­nah, wi­ni­ła Hapa Jud­da, wi­ni­ła Bob­by’ego, wi­ni­ła każ­de­go in­ne­go. Czu­ła się prze­śla­do­wa­na przez wszyst­kich i od­rzu­co­na przez Ber­ger.

– To nie­do­rzecz­ne – rzu­ci­ła Ber­ger, wcho­dząc do po­ko­ju. Mia­ła na my­śli świat za okna­mi: wszyst­ko zbie­la­ło, za płach­ta­mi sy­pią­ce­go śnie­gu wi­dać było tyl­ko syl­wet­ki drzew i da­chów. – Czy kie­dy­kol­wiek się stąd wy­do­sta­nie­my?

– A co to? – mruk­nę­ła Lucy, kli­ka­jąc link.

Po­szu­ki­wa­nia we­dług ad­re­su IP do­pro­wa­dzi­ły do stro­ny ho­sto­wa­nej przez Cen­trum An­tro­po­lo­gii Są­do­wej na Uni­wer­sy­te­cie Sta­no­wym Ten­nes­see.

– Z kim roz­ma­wia­łaś? – za­py­ta­ła Ber­ger.

– Z ciot­ką. A te­raz mó­wię do sie­bie. Trze­ba do ko­goś mó­wić.

Ber­ger zi­gno­ro­wa­ła przy­tyk, nie mia­ła za­mia­ru prze­pra­szać za coś, cze­mu, jak mó­wi­ła, nie mo­gła za­ra­dzić. To nie jej wina, że Han­nah Starr znik­nę­ła, że Hap Judd jest zbo­czeń­cem, któ­ry może po­sia­dać waż­ne in­for­ma­cje, i że ze­szłej nocy w Cen­tral Par­ku zgwał­co­no i za­mor­do­wa­no ja­kąś bie­gacz­kę. Po­wie­dzia­ła Lucy, że po­win­na być bar­dziej wy­ro­zu­mia­ła. Że nie po­win­na być taka sa­mo­lub­na. Że musi do­ro­snąć, uwie­rzyć w sie­bie, prze­stać być taka za­bor­cza.

– Mo­że­my obyć się bez tych bęb­nów? – za­py­ta­ła. Bała się na­wro­tu mi­gre­ny, któ­ra czę­sto jej do­ku­cza­ła.

Lucy wy­łą­czy­ła YouTu­be i w sa­lo­nie za­pa­dła ci­sza, za­kłó­ca­na tyl­ko szu­mem ga­zo­we­go pło­mie­nia w ko­min­ku.

– Ciąg dal­szy tych cho­rych głu­pot.

Ber­ger za­ło­ży­ła oku­la­ry i po­chy­li­ła się, żeby spoj­rzeć na ekran. Pach­nia­ła olej­kiem ką­pie­lo­wym Amo­rve­ro, była bez ma­ki­ja­żu i wca­le go nie po­trze­bo­wa­ła. Krót­kie ciem­ne wło­sy mia­ła roz­wi­chrzo­ne i wy­glą­da­ła cho­ler­nie sek­sow­nie w czar­nym dre­sie wło­żo­nym na na­gie cia­ło, z roz­pię­tą blu­zą od­sła­nia­ją­cą ro­wek po­mię­dzy pier­sia­mi – co nie zna­czy, że co­kol­wiek su­ge­ro­wa­ła. Lucy nie wie­dzia­ła, cze­go Ber­ger chce ani gdzie ostat­nio spę­dza­ła czas, ale na pew­no nie była obec­na, nie emo­cjo­nal­nie. Chcia­ła ją ob­jąć, przy­po­mnieć, co je kie­dyś łą­czy­ło i jak wte­dy było.

– Prze­glą­da stro­nę Far­my Umar­łych. Wąt­pię, by ro­bił to z my­ślą o ode­bra­niu so­bie ży­cia i prze­ka­za­niu swo­ich zwłok na­uce – po­wie­dzia­ła.

– O kim mó­wisz? – Ber­ger spoj­rza­ła na ekran mac­bo­oka, gdzie wid­niał for­mu­larz z na­głów­kiem:

Cen­trum An­tro­po­lo­gii Są­do­wej

Uni­wer­sy­tet Sta­no­wy Ten­nes­see, Kno­xvil­le

Kwe­stio­na­riusz prze­ka­za­nia zwłok do ce­lów na­uko­wych

– O Ha­pie Jud­dzie – od­par­ła Lucy. – Jego ad­res IP wią­że go z tą stro­ną, bo wła­śnie użył fał­szy­we­go na­zwi­ska, żeby za­mó­wić… Chwi­lecz­kę, zo­bacz­my, do cze­go zmie­rza ta szma­ta. Po­dą­ży­my tym tro­pem. – Otwie­ra­ła ko­lej­ne stro­ny in­ter­ne­to­we. – Aha, tu­taj. FOR­DISC So­ftwa­re Sa­les. In­te­rak­tyw­ny pro­gram kom­pu­te­ro­wy pra­cu­ją­cy pod Win­dow­sem. Kla­sy­fi­ko­wa­nie i iden­ty­fi­ko­wa­nie ko­ści. Ten fa­cet jest na­praw­dę cho­ry. To nie jest nor­mal­ne. Mó­wię ci, coś mamy.

– Bądź­my szcze­re. Ty masz, po­nie­waż cze­goś szu­kasz – oznaj­mi­ła Ber­ger, jak­by su­ge­ru­jąc, że Lucy po­stę­pu­je nie­uczci­wie. – Pró­bu­jesz zna­leźć do­wo­dy na coś, co uwa­żasz za prze­stęp­stwo.

– Znaj­du­ję do­wo­dy, bo on je zo­sta­wia – po­wie­dzia­ła Lucy. Sprze­cza­ły się o Hapa Jud­da od ty­go­dni. – Są­dzisz, że je fa­bry­ku­ję? Nie wiem, dla­cze­go je­steś taka po­wścią­gli­wa.

– Ja chcę z nim po­roz­ma­wiać o Han­nah Starr, a ty chcesz go ukrzy­żo­wać.

– Je­śli chcesz, żeby za­czął ga­dać, w do­dat­ku bez praw­ni­ka, trze­ba mu na­pę­dzić po­rząd­ne­go stra­cha. I mnie się to uda­ło. Dzię­ki temu bę­dziesz mo­gła do­stać to, na czym ci za­le­ży.

– Je­że­li w ogó­le się stąd wy­do­sta­nie­my, a on przyj­dzie na spo­tka­nie. – Ber­ger od­su­nę­ła się od ekra­nu kom­pu­te­ra. – Może w na­stęp­nym fil­mie gra an­tro­po­lo­ga, ar­che­olo­ga, ba­da­cza. W czymś w ro­dza­ju Po­szu­ki­wa­czy za­gi­nio­nej Arki albo ja­kie­goś in­ne­go fil­mu o mu­miach, gro­bach i sta­ro­żyt­nych klą­twach.

– Wła­śnie. Me­to­da Sta­ni­sław­skie­go, wej­ście w rolę ko­lej­nej po­krę­co­nej po­sta­ci, pi­sa­nie na­stęp­ne­go kiep­skie­go sce­na­riu­sza. Ta­kie bę­dzie jego ali­bi, gdy go przy­ci­śnie­my w związ­ku z Park Ge­ne­ral i jego oso­bli­wy­mi za­in­te­re­so­wa­nia­mi.

– Nie my bę­dzie­my go przy­ci­skać. Ja się tym zaj­mę. Ty nie kiw­niesz pal­cem poza po­ka­za­niem mu, co zna­la­złaś pod­czas swo­ich po­szu­ki­wań kom­pu­te­ro­wych. Ma­ri­no i ja bę­dzie­my z nim roz­ma­wiać.

Lucy za­mie­rza­ła skon­tak­to­wać się z Pete’em Ma­ri­nem póź­niej, żeby Ber­ger nie sły­sza­ła ich roz­mo­wy. Ma­ri­no nie da­rzył Hapa Jud­da sza­cun­kiem i było ja­sne jak słoń­ce, że się go nie boi. Nie miał żad­nych skru­pu­łów, gdy cho­dzi­ło o prze­słu­chi­wa­nie albo aresz­to­wa­nie ko­goś zna­ne­go. Ber­ger spra­wia­ła wra­że­nie onie­śmie­lo­nej przez Jud­da, cze­go Lucy nie po­tra­fi­ła zro­zu­mieć. Nig­dy do­tąd nie po­zwo­li­ła ni­ko­mu się za­stra­szyć.

– Chodź tu­taj – po­wie­dzia­ła, po czym przy­cią­gnę­ła ją bli­żej i po­sa­dzi­ła so­bie na ko­la­nach. – Co się z tobą dzie­je? – Po­cie­ra­jąc jej ple­cy, wsu­nę­ła ręce pod blu­zę. – Co cię tak prze­stra­szy­ło? To ostat­nia noc. Po­win­ny­śmy się zdrzem­nąć.

• • •

Gra­ce Da­rien mia­ła dłu­gie ciem­ne wło­sy, za­dar­ty nos i peł­ne usta, jak jej za­mor­do­wa­na cór­ka. Ubra­na w za­pię­ty pod szy­ję czer­wo­ny weł­nia­ny płaszcz, wy­da­wa­ła się mała i ża­ło­sna, gdy sta­ła przed oknem wy­cho­dzą­cym na czar­ne że­la­zne ogro­dze­nie i po­ro­śnię­te mar­twą wi­no­ro­ślą ce­gla­ne mury Bel­le­vue. Nie­bo mia­ło ko­lor oło­wiu.

Kay we­szła do po­ko­ju dla ro­dzin i za­mknę­ła drzwi.

– Pani Da­rien? Je­stem dok­tor Scar­pet­ta.

– Moż­li­we, że za­szła po­mył­ka. – Pani Da­rien od­su­nę­ła się od okna, ręce jej dy­go­ta­ły. – Wciąż my­ślę, że to nie może być praw­da. Nie może. To ktoś inny. Skąd ta pew­ność? – Usia­dła przy drew­nia­nym sto­li­ku bli­sko au­to­ma­tu z chło­dzo­ną wodą. Twarz mia­ła nie­ru­cho­mą, za­sty­głą w wy­ra­zie oszo­ło­mie­nia. W jej oczach błysz­czał pa­nicz­ny strach.

– Do­ko­na­li­śmy wstęp­nej iden­ty­fi­ka­cji pani cór­ki na pod­sta­wie rze­czy oso­bi­stych zna­le­zio­nych przez po­li­cję. – Scar­pet­ta wy­su­nę­ła krze­sło i usia­dła na­prze­ciw­ko niej. – Poza tym pani były mąż obej­rzał zdję­cie.

– Zro­bio­ne tu­taj.

– Tak. Bar­dzo pani współ­czu­ję.

– Czy wspo­mniał, że wi­du­je ją tyl­ko raz czy dwa razy w roku?

– W ra­zie po­trze­by po­rów­na­my do­ku­men­ta­cję den­ty­stycz­ną i DNA.

– Mogę po­dać ad­res jej den­ty­sty. Wciąż cho­dzi do tego, co ja. – Gra­ce się­gnę­ła do to­reb­ki, szmin­ka i pu­der­nicz­ka za­grze­cho­ta­ły na sto­le. – Ta de­tek­tyw, z któ­rą roz­ma­wia­łam, gdy wró­ci­łam do domu i otrzy­ma­łam wia­do­mość. Nie pa­mię­tam jej na­zwi­ska. Po­tem za­dzwo­nił dru­gi de­tek­tyw. Ma­rio, Ma­ri­na­ro. – Za­mru­ga­ła, żeby od­pę­dzić łzy. Wy­ję­ła no­te­sik i pió­ro.

– Pete Ma­ri­no?

Na­ba­zgra­ła coś i wy­dar­ła kart­kę. Ręce jej drża­ły, nie­mal jak­by cier­pia­ła na cho­ro­bę Par­kin­so­na.

– Nu­mer te­le­fo­nu den­ty­sty wy­le­ciał mi z gło­wy. Oto jego na­zwi­sko i ad­res. – Prze­su­nę­ła kart­kę po sto­le. – Ma­ri­no. Chy­ba tak.

– Jest de­tek­ty­wem po­li­cji no­wo­jor­skiej przy­dzie­lo­nym do biu­ra za­stęp­cy pro­ku­ra­to­ra okrę­go­we­go Ja­ime Ber­ger. Jej biu­ro bę­dzie pro­wa­dzić śledz­two. – Scar­pet­ta wsu­nę­ła kart­kę do tecz­ki, któ­rą zo­sta­wi­ła dla niej Rene.

– Po­wie­dział, że pój­dą do miesz­ka­nia Toni po szczot­kę do wło­sów, szczo­tecz­kę do zę­bów. Pew­nie już tam byli, nie wiem, nie do­sta­łam od nich żad­nych wia­do­mo­ści – mó­wi­ła pani Da­rien drżą­cym, ury­wa­nym gło­sem. – Po­li­cja naj­pierw roz­ma­wia­ła z Lar­rym, bo nie było mnie w domu. Po­szłam z ko­tem do we­te­ry­na­rza. Mu­sia­łam go uśpić, wy­obra­ża pani so­bie, aku­rat wte­dy. By­łam w lecz­ni­cy, gdy mnie szu­ka­li. De­tek­tyw z pro­ku­ra­tu­ry po­wie­dział, że mo­że­cie po­brać DNA z rze­czy w jej miesz­ka­niu. Nie ro­zu­miem, skąd wa­sza pew­ność, że to ona, sko­ro jesz­cze nie prze­pro­wa­dzi­li­ście te­stów.

Scar­pet­ta nie mia­ła wąt­pli­wo­ści, że do kost­ni­cy tra­fi­ła Toni Da­rien. W kie­sze­ni po­la­ru zna­leź­li pra­wo jaz­dy i klu­cze do miesz­ka­nia. Wy­ko­na­ne po­śmiert­nie prze­świe­tle­nie wy­ka­za­ło za­go­jo­ne zła­ma­nie oboj­czy­ka i pra­wej ręki, ob­ra­że­nia sprzed pię­ciu lat, gdy Toni je­cha­ła na ro­we­rze i wpa­dła pod sa­mo­chód.

– Wie­le razy prze­strze­ga­łam ją przed upra­wia­niem jog­gin­gu w mie­ście – mó­wi­ła pani Da­rien. – Nig­dy nie bie­ga­ła po zmro­ku. I nie wiem, dla­cze­go mia­ła­by bie­gać w desz­czu. Nie cier­pi desz­czu, zwłasz­cza gdy jest zim­no. Chy­ba za­szła po­mył­ka.

Scar­pet­ta pod­su­nę­ła jej pu­deł­ko chu­s­te­czek hi­gie­nicz­nych.

– Chcia­ła­bym za­dać pani kil­ka py­tań, omó­wić kil­ka spraw przed po­ka­za­niem cia­ła. Zga­dza się pani? – Wie­dzia­ła, że po obej­rze­niu zwłok Gra­ce Da­rien nie bę­dzie w sta­nie roz­ma­wiać.

– Kie­dy ostat­ni raz kon­tak­to­wa­ła się pani z cór­ką?

– We wto­rek rano. Nie po­wiem do­kład­nie, o któ­rej go­dzi­nie, chy­ba koło dzie­sią­tej. Za­dzwo­ni­łam i po­ga­wę­dzi­ły­śmy.

– Dwa dni temu, szes­na­ste­go grud­nia?

– Tak. – Pani Da­rien otar­ła oczy.

– Od tej pory żad­ne­go kon­tak­tu? Żad­nych te­le­fo­nów, na­grań w po­czcie gło­so­wej, wia­do­mo­ści elek­tro­nicz­nych?

– Nie roz­ma­wia­ły­śmy ani nie wy­sy­ła­ły­śmy e-ma­ili co­dzien­nie, ale przy­sła­ła mi SMS. Mogę go pani po­ka­zać. – Się­gnę­ła do to­reb­ki. – Po­win­nam po­wie­dzieć o nim temu de­tek­ty­wo­wi… jak on się na­zy­wa?

– Ma­ri­no.

– Py­tał o jej e-ma­ile, po­wie­dział, że będą mu­sie­li je prze­czy­tać. Po­da­łam mu ad­res, ale oczy­wi­ście nie znam jej ha­sła. – Wy­ję­ła ko­mór­kę i oku­la­ry. – Za­dzwo­ni­łam do Toni we wto­rek rano z py­ta­niem, czy woli in­dy­ka, czy szyn­kę. Na Boże Na­ro­dze­nie. Nie chcia­ła ani tego, ani tego. Po­wie­dzia­ła, że może przy­nie­sie rybę, a ja na to, że przy­go­tu­ję, co ze­chce. To była zwy­czaj­na roz­mo­wa, głów­nie o ta­kich rze­czach, po­nie­waż jej dwóch bra­ci przy­jeż­dża do domu. Bę­dzie­my wszy­scy ra­zem na Long Is­land. – Za­ło­ży­ła oku­la­ry i drżą­cy­mi rę­ka­mi szu­ka­ła wia­do­mo­ści tek­sto­wej w ko­mór­ce. – Tam miesz­kam. W Is­lip. Je­stem pie­lę­gniar­ką w Szpi­ta­lu Mi­ło­sier­dzia.

– Po­da­ła te­le­fon Scar­pet­cie. – Przy­sła­ła mi to wczo­raj wie­czo­rem. – Wy­cią­gnę­ła ko­lej­ne chu­s­tecz­ki z pu­deł­ka.

Scar­pet­ta prze­czy­ta­ła wia­do­mość:

Od: Toni

Wciąż pró­bu­ję wziąć parę dni wol­ne­go, ale pa­nu­je świą­tecz­ne sza­leń­stwo. Mu­szę ko­goś zna­leźć, jed­nak nikt nie chce, zwłasz­cza z po­wo­du go­dzin. XXOO CB#917-555-1487

Ode­bra­no: śro­da, 17 grud­nia, 20.07

– Czy nu­mer, któ­ry za­czy­na się od dzie­więć-je­den-sie­dem, na­le­ży do pani cór­ki? – za­py­ta­ła Scar­pet­ta.

– To jej ko­mór­ka.

– Może mi pani po­wie­dzieć, o co cho­dzi w tej wia­do­mo­ści? – Bę­dzie mu­sia­ła do­pil­no­wać, żeby Ma­ri­no się o tym do­wie­dział.

– Toni pra­cu­je no­ca­mi i w week­en­dy. Szu­ka ko­goś na za­stęp­stwo, żeby mieć tro­chę wol­ne­go w świę­ta – wy­ja­śni­ła pani Da­rien. – Przy­jeż­dża­ją jej bra­cia.

– Pani były mąż po­wie­dział, że pra­co­wa­ła jako kel­ner­ka w Hell’s Kit­chen.

– Ujął to tak, jak­by przy­rzą­dza­ła za­pie­kan­ki albo prze­wra­ca­ła ham­bur­ge­ry. Cór­ka pra­cu­je w High Rol­ler La­nes. To ele­ganc­ki lo­kal, wy­so­kiej kla­sy, nie jak ty­po­wa krę­giel­nia. Chce mieć wła­sną re­stau­ra­cję w ja­kimś wiel­kim ho­te­lu w Las Ve­gas, w Pa­ry­żu albo w Mon­te Car­lo.

– Pra­co­wa­ła ze­szłej nocy?

– W śro­dy na ogół nie pra­cu­je. Od po­nie­dział­ku do śro­dy ma wol­ne, a po­tem pra­cu­je od czwart­ku do nie­dzie­li.

– Czy jej bra­cia wie­dzą, co się sta­ło? – za­py­ta­ła Scar­pet­ta. – Wo­la­ła­bym, żeby nie do­wie­dzie­li się o tym z te­le­wi­zji.

– Lar­ry pew­nie im po­wie­dział. Ja bym za­cze­ka­ła. Może to nie jest praw­da.

– Bli­scy nie po­win­ni do­wia­dy­wać się ta­kich rze­czy z wia­do­mo­ści. – Scar­pet­ta sta­ra­ła się być de­li­kat­na. – A co z jej chło­pa­kiem? Mia­ła ko­goś?

– Cóż, sama się nad tym za­sta­na­wia­łam. Od­wie­dzi­łam Toni we wrze­śniu. Na łóż­ku le­ża­ły plu­szo­we ma­skot­ki, mia­ła mnó­stwo per­fum i tak da­lej, ale nie chcia­ła po­wie­dzieć, skąd je ma. A w Świę­to Dzięk­czy­nie­nia cią­gle wy­sy­ła­ła SMS-y, w jed­nej chwi­li szczę­śli­wa, w na­stęp­nej w pa­skud­nym na­stro­ju. Wie pani, jak się za­cho­wu­je za­du­rzo­na dziew­czy­na. W pra­cy spo­ty­ka wie­lu bar­dzo atrak­cyj­nych męż­czyzn.

– Czy mo­gła się zwie­rzać pani by­łe­mu mę­żo­wi? Na przy­kład po­wie­dzieć mu o chło­pa­ku?

– Nie byli so­bie bli­scy. Pani nie ro­zu­mie, dla­cze­go Lar­ry tak się za­cho­wu­je, do cze­go na­praw­dę zmie­rza. Chce się na mnie ode­grać, robi wszyst­ko, żeby lu­dzie my­śle­li, że jest do­brym oj­cem, a nie pi­ja­kiem i na­ło­go­wym ha­zar­dzi­stą, któ­ry po­rzu­cił ro­dzi­nę. Toni nie chcia­ła­by zo­stać pod­da­na kre­ma­cji i je­śli zda­rzy­ło się naj­gor­sze, sko­rzy­stam z usług za­kła­du po­grze­bo­we­go, któ­ry zaj­mo­wał się moją mat­ką, Le­vi­ne i Sy­no­wie.

– Oba­wiam się, że do­pó­ki nie doj­dą pań­stwo do po­ro­zu­mie­nia w kwe­stii po­grze­bu cór­ki, biu­ro nie wyda zwłok – za­zna­czy­ła Scar­pet­ta.

– Niech pani go nie słu­cha. Zo­sta­wił Toni, gdy była ma­leń­ka. Dla­cze­go kto­kol­wiek miał­by go słu­chać?

– Pra­wo wy­ma­ga roz­strzy­gnię­cia ta­kich spraw, w ra­zie ko­niecz­no­ści przez sąd, przed wy­da­niem cia­ła. Przy­kro mi. Wiem, że ostat­nią rze­czą, ja­kiej pani te­raz po­trze­ba, jest fru­stra­cja i jesz­cze więk­sze zde­ner­wo­wa­nie.

– Ja­kie on ma pra­wo zja­wiać się po dwu­dzie­stu iluś la­tach, wy­su­wać żą­da­nia, od­bie­rać jej rze­czy oso­bi­ste? Wy­kłó­ca się ze mną w holu i mówi tej dziew­czy­nie, że chce za­brać rze­czy oso­bi­ste Toni, wszyst­ko, co mia­ła na so­bie, kie­dy ją tu przy­wie­zio­no, choć może to wca­le nie jest ona. Oglą­dał zdję­cie po pi­ja­ku i pani mu wie­rzy? O Boże… Co zo­ba­czę? Pro­szę mi po­wie­dzieć, cze­go mam się spo­dzie­wać.

– Pani cór­ka zmar­ła wsku­tek cio­su za­da­ne­go tę­pym przed­mio­tem, któ­ry spo­wo­do­wał pęk­nię­cie czasz­ki i uszko­dze­nie mó­zgu – od­par­ła Scar­pet­ta.

– Ktoś ude­rzył ją w gło­wę… – Gra­ce Da­rien za­ła­mał się głos i za­czę­ła pła­kać.

– Tak, otrzy­ma­ła moc­ny cios w gło­wę.

– Ile? Tyl­ko je­den?

– Pani Da­rien, mu­szę pa­nią uprze­dzić, że wszyst­ko, co tu­taj mó­wię, jest po­uf­ne. Je­stem zo­bo­wią­za­na do za­cho­wa­nia ostroż­no­ści. Nie może stąd wyjść żad­na in­for­ma­cja, któ­ra po­mo­gła­by za­bój­cy pani cór­ki unik­nąć kary za tę strasz­ną zbrod­nię. Mam na­dzie­ję, że pani to ro­zu­mie. Kie­dy po­li­cja za­koń­czy do­cho­dze­nie, mo­że­my się zno­wu spo­tkać i wte­dy prze­ka­żę pani szcze­gó­ły.

– Toni bie­ga­ła w desz­czo­wą noc w pół­noc­nej czę­ści Cen­tral Par­ku? Co ona tam ro­bi­ła? Czy ni­ko­mu nie przy­szło do gło­wy to py­ta­nie?

– Wszy­scy za­da­je­my mnó­stwo py­tań i, nie­ste­ty, na ra­zie mamy nie­wie­le od­po­wie­dzi – od­par­ła Scar­pet­ta. – Jak ro­zu­miem, pani cór­ka ma miesz­ka­nie na Up­per East Side, przy Dru­giej Alei. To ja­kieś dwa­dzie­ścia prze­cznic od miej­sca, gdzie zo­sta­ła zna­le­zio­na. Nie­zbyt duża od­le­głość dla do­bre­go bie­ga­cza.

– Ale cho­dzi o Cen­tral Park po zmro­ku. Bli­sko Har­le­mu. Nig­dy nie bie­ga­ła­by w ta­kiej oko­li­cy po nocy. Poza tym nie­na­wi­dzi­ła desz­czu. Nie­na­wi­dzi­ła zim­na. Czy ten czło­wiek za­szedł ją od tyłu? Czy z nim wal­czy­ła? Och, do­bry Boże…

– Mu­szę za­cho­wać ostroż­ność – po­wtó­rzy­ła Scar­pet­ta. – Nie wol­no mi zdra­dzać żad­nych szcze­gó­łów. Mogę pani tyl­ko po­wie­dzieć, że nie zna­la­złam oczy­wi­stych śla­dów wal­ki. Toni zo­sta­ła ude­rzo­na w gło­wę, co spo­wo­do­wa­ło roz­le­głe ob­ra­że­nia mó­zgu. Krwo­tok wska­zu­je, że żyła jesz­cze dość dłu­go, by na­stą­pi­ła znacz­na re­ak­cja tkan­ki.

– Ale nie była przy­tom­na.

– Nie zmar­ła od razu, lecz nie, nie była przy­tom­na. Być może w ogó­le nie wie­dzia­ła, co się sta­ło, nie była świa­do­ma na­pa­ści. Nie po­zna­my praw­dy, do­pó­ki nie otrzy­ma­my wy­ni­ków pew­nych te­stów. – Scar­pet­ta otwo­rzy­ła tecz­kę, wy­ję­ła kar­tę zdro­wia i po­ło­ży­ła ją przed pa­nią Da­rien. – Pani były mąż to wy­peł­nił. Będę wdzięcz­na, je­śli pani prze­czy­ta.

Kart­ka drża­ła, gdy pani Da­rien trzy­ma­ła ją w rę­kach i czy­ta­ła.

– Na­zwi­sko, ad­res, miej­sce uro­dze­nia, na­zwi­ska ro­dzi­ców. Pro­szę dać mi znać, je­śli trze­ba coś po­pra­wić – do­da­ła Scar­pet­ta. – Czy cór­ka mia­ła wy­so­kie ci­śnie­nie, cu­krzy­cę, hi­po­gli­ke­mię, pro­ble­my ze zdro­wiem psy­chicz­nym… czy była w cią­ży.

– Wszę­dzie za­zna­czył „nie”. A co on może wie­dzieć, do li­cha?

– Nie mia­ła de­pre­sji, huś­taw­ki na­stro­jów? Czy ostat­nio nie zwró­ci­ły pani uwa­gi ja­kieś za­cho­wa­nia od­bie­ga­ją­ce od nor­my? – za­py­ta­ła Scar­pet­ta, my­śląc o ze­gar­ku Bio­Graph. – Czy mia­ła pro­ble­my ze snem? Czy dzia­ło się z nią coś nie­zwy­kłe­go? Mó­wi­ła pani, że ostat­nio jak­by nie była sobą.

– Może mia­ła pro­ble­my z chło­pa­kiem albo kło­po­ty w pra­cy, wia­do­mo, jak wy­glą­da sy­tu­acja go­spo­dar­cza. Zwol­ni­li kil­ka dziew­czyn, z któ­ry­mi pra­co­wa­ła – od­par­ła pani Da­rien. – Toni mie­wa hu­mo­ry jak wszy­scy inni. Szcze­gól­nie o tej po­rze roku. Nie lubi zi­mo­wej po­go­dy.

– Czy bra­ła ja­kieś leki?

– O ile wiem, tyl­ko te bez re­cep­ty. Wi­ta­mi­ny. Bar­dzo o sie­bie dba.

– Kto jest jej le­ka­rzem? Pan Da­rien tego nie na­pi­sał.

– Nie wie­dział. Nig­dy nie do­sta­wał ra­chun­ków. Toni po skoń­cze­niu szko­ły wy­pro­wa­dzi­ła się z domu, więc ja też nie mam po­ję­cia, kto jest jej le­ka­rzem. Ona nig­dy nie cho­ru­je, ma wię­cej ener­gii niż wszy­scy, któ­rych znam. Jest w cią­głym ru­chu.

– Czy pani wie, jaką bi­żu­te­rię zwy­kle no­si­ła? Może pier­ścion­ki, bran­so­let­kę, na­szyj­nik, któ­ry rzad­ko zdej­mo­wa­ła?

– Nie wiem.

– A ze­ga­rek?

– Chy­ba nie.

– Czar­ny pla­sti­ko­wy ze­ga­rek elek­tro­nicz­ny? Duży spor­to­wy ze­ga­rek? Czy to brzmi zna­jo­mo?

Pani Da­rien po­krę­ci­ła gło­wą.

– Po­dob­ne ze­gar­ki no­szą lu­dzie, któ­rzy uczest­ni­czą w ba­da­niach. Pani z ra­cji swo­je­go za­wo­du na pew­no też się z nimi spo­tka­ła. Ze­gar­ki, któ­re mo­ni­to­ru­ją pra­cę ser­ca albo są no­szo­ne przez oso­by z za­bu­rze­nia­mi snu.

W oczach Gra­ce Da­rien bły­snę­ła na­dzie­ja.

– Wi­dzia­ła się pani z Toni w Świę­to Dzięk­czy­nie­nia – mó­wi­ła Scar­pet­ta. – Czy może mia­ła ze­ga­rek, jaki opi­sa­łam?

– Nie. – Pani Da­rien po­krę­ci­ła gło­wą. – Wła­śnie o to mi cho­dzi. Może to na­praw­dę nie ona. Nig­dy nie wi­dzia­łam, żeby no­si­ła coś ta­kie­go.

Scar­pet­ta za­py­ta­ła ją, czy chce zo­ba­czyć cia­ło. Wsta­ły od sto­łu i prze­szły do są­sied­nie­go po­ko­ju, ma­łe­go i pu­ste­go, z kil­ko­ma fo­to­gra­fia­mi przed­sta­wia­ją­cy­mi pa­no­ra­mę No­we­go Jor­ku na bla­do­zie­lo­nych ścia­nach. Okno znaj­do­wa­ło się mniej wię­cej na wy­so­ko­ści pasa, na wy­so­ko­ści trum­ny usta­wio­nej na ka­ta­fal­ku. Po dru­giej stro­nie szy­by był sta­lo­wy ekran, a wła­ści­wie drzwi win­dy, któ­rą przy­wie­zio­no cia­ło Toni z kost­ni­cy.

– Za­nim za­cznie­my, wy­ja­śnię, co pani zo­ba­czy – po­wie­dzia­ła Scar­pet­ta. – Czy chce pani usiąść na ka­na­pie?

– Nie. Nie, dzię­ku­ję. Wolę stać. Je­stem go­to­wa – od­par­ła Gra­ce Da­rien. Oczy mia­ła sze­ro­ko otwar­te i spa­ni­ko­wa­ne, od­dech przy­spie­szo­ny.

– Na­ci­snę gu­zik. – Scar­pet­ta wska­za­ła ta­bli­cę z trze­ma przy­ci­ska­mi, dwo­ma czar­ny­mi, jed­nym czer­wo­nym. Były to gu­zi­ki sta­rej win­dy. – Gdy ekran się otwo­rzy, za nim bę­dzie cia­ło.

– Tak. Ro­zu­miem. Je­stem go­to­wa. – Była tak prze­ra­żo­na, że le­d­wie mo­gła mó­wić, trzę­sła się jak na lo­do­wa­tym zim­nie i od­dy­cha­ła cięż­ko jak po wiel­kim wy­sił­ku.

– Cia­ło spo­czy­wa na wóz­ku w win­dzie, po dru­giej stro­nie okna. Gło­wa bę­dzie tu­taj, z le­wej stro­ny. Resz­ta jest za­kry­ta.

Scar­pet­ta na­ci­snę­ła gór­ny czar­ny gu­zik i sta­lo­we drzwi roz­su­nę­ły się z gło­śnym trza­skiem. Za po­ry­so­wa­ną plek­si­gla­so­wą szy­bą le­ża­ła Toni Da­rien okry­ta nie­bie­skim ca­łu­nem. Twarz mia­ła bla­dą, oczy za­mknię­te, usta bez­barw­ne i su­che, a jej dłu­gie, ciem­ne wło­sy wciąż były wil­got­ne po spłu­ka­niu.

Jej mat­ka przy­ci­snę­ła ręce do szy­by. Za­czę­ła krzy­czeć.

2

Pete Ma­ri­no był nie­spo­koj­ny, gdy roz­glą­dał się po ka­wa­ler­ce, pró­bu­jąc od­czy­tać jej cha­rak­ter i na­strój, pró­bu­jąc od­gad­nąć, co ma mu do po­wie­dze­nia.

Miej­sca prze­stęp­stwa są jak mar­twi lu­dzie. Mają mnó­stwo do po­wie­dze­nia, je­śli ro­zu­mie się ich mil­czą­cą mowę. Od razu za­in­try­go­wał go brak lap­to­pa i te­le­fo­nu ko­mór­ko­we­go Toni Da­rien, zo­sta­ły tyl­ko za­si­lacz i ła­do­war­ka, wciąż pod­łą­czo­ne do gniaz­dek. Nie da­wa­ła mu spo­ko­ju myśl, że nie bra­ku­je ni­cze­go in­ne­go, że nic nie zo­sta­ło prze­sta­wio­ne. Zda­niem po­li­cji miesz­ka­nie nie mia­ło nic wspól­ne­go z mor­der­stwem, on jed­nak czuł, że ktoś tu był. Nie wie­dział, skąd to uczu­cie, skąd te ciar­ki na kar­ku, jak­by coś go ob­ser­wo­wa­ło albo pró­bo­wa­ło przy­cią­gnąć jego uwa­gę. Nie miał po­ję­cia, co to ta­kie­go.

Ma­ri­no wy­szedł na ko­ry­tarz. Miesz­ka­nia pil­no­wał gli­na w mun­du­rze. Ja­ime Ber­ger za­ka­za­ła tam wcho­dzić, chy­ba że wy­ra­zi zgo­dę. Po­le­ci­ła za­pie­czę­to­wać miesz­ka­nie. Po­wie­dzia­ła to wy­raź­nie w cza­sie roz­mo­wy te­le­fo­nicz­nej z Ma­ri­nem, a za­raz po­tem za­prze­czy­ła sa­mej so­bie. „Nie kręć się tam zbyt­nio i trak­tuj je jak miej­sce prze­stęp­stwa”. Do li­cha, co we­dług niej miał zro­bić? Był zbyt do­świad­czo­nym gli­nia­rzem, żeby kim­kol­wiek się przej­mo­wać, łącz­nie z sze­fo­wą. Ro­bił to, co uwa­żał za słusz­ne. Je­śli o nie­go cho­dzi, miesz­ka­nie Toni Da­rien było miej­scem prze­stęp­stwa i tak za­mie­rzał je trak­to­wać.

– Za­dzwoń do Bon­nell – po­wie­dział do po­li­cjan­ta, któ­ry na­zy­wał się Mel­l­nik. – Mu­szę z nią po­ga­dać o lap­to­pie i ko­mór­ce. Może to ona je za­bra­ła.

Bon­nell, ofi­cer śled­cza po­li­cji no­wo­jor­skiej, była wcze­śniej w miesz­ka­niu z gru­pą oglę­dzi­no­wą.

– A co, nie masz te­le­fo­nu? – za­py­tał Mel­l­nik. Opie­rał się o ścia­nę w kiep­sko oświe­tlo­nym ko­ry­ta­rzu. W po­bli­żu szczy­tu scho­dów sta­ło skła­da­ne krze­sło.

Po odej­ściu Ma­ri­na wnie­sie krze­sło do miesz­ka­nia i bę­dzie tam sie­dział. Może zejść z po­ste­run­ku tyl­ko wte­dy, gdy bę­dzie mu­siał sko­rzy­stać z to­a­le­ty albo gdy o pół­no­cy po­ja­wi się zmien­nik. Cho­ler­nie wred­na ro­bo­ta, ale ktoś musi ją wy­ko­ny­wać.

– Je­steś taki za­ję­ty? – za­kpił Ma­ri­no.

– To, że aku­rat nic nie ro­bię, wca­le nie zna­czy, że nie je­stem za­ję­ty. Je­stem za­ję­ty my­śle­niem. – Mel­l­nik po­kle­pał na­tar­te że­lem czar­ne wło­sy. Był ni­skim go­ściem, zbu­do­wa­nym jak kula. – Po­sta­ram się ją zła­pać, ale pa­mię­tasz, co ci mó­wi­łem? Kie­dy tu przy­sze­dłem, fa­cet, któ­re­go zmie­ni­łem, za­nu­dzał mnie ga­da­niem. Po­wtó­rzył mi, co mó­wi­li ci z eki­py. Gdzie jej te­le­fon? Gdzie lap­top? Nie są­dzą, żeby ktoś tu wszedł i je za­brał. Nie ma na to żad­nych do­wo­dów. Chy­ba cał­kiem ja­sne, co się sta­ło. Dla­cze­go lu­dzie bie­ga­ją po par­ku w nocy, szcze­gól­nie ko­bie­ty? Szko­da ga­dać.

– Drzwi były za­mknię­te, gdy zja­wi­ła się Bon­nell z eki­pą?

– Prze­cież ci mó­wi­łem, cieć je otwo­rzył, nie­ja­ki Joe, miesz­ka na pierw­szym pię­trze, w dru­gim koń­cu ko­ry­ta­rza. – Wska­zał ręką. – Zresz­tą sam zo­bacz. Nie ma śla­du wła­ma­nia, za­mek jest nie­na­ru­szo­ny. Drzwi były za­mknię­te na klucz, ro­le­ty opusz­czo­ne, wszyst­ko na swo­im miej­scu. Tak mi po­wie­dział fa­cet, któ­ry tu był przede mną. Wi­dział wszyst­ko, co ro­bi­li ci z eki­py, od po­cząt­ku do koń­ca.

Ma­ri­no przy­glą­dał się klam­ce i zam­ko­wi, do­ty­kał ich rę­ka­mi w rę­ka­wicz­kach. Wy­jął z kie­sze­ni la­tar­kę i oświe­tlił za­mek. Nie do­strzegł żad­nych śla­dów wła­ma­nia. Mel­l­nik miał ra­cję. Nic nie było znisz­czo­ne ani świe­żo po­ry­so­wa­ne.

– Znajdź Bon­nell i po­wiedz jej, żeby do mnie za­dzwo­ni­ła – po­le­cił Ma­ri­no. – Sze­fo­wa spy­ta mnie o to pięć­dzie­siąt razy, gdy tyl­ko wró­ci do mia­sta, a może na­wet wcze­śniej. Kie­dy czło­wiek za­bie­ra do­kądś lap­to­pa, zwy­kle bie­rze też za­si­lacz. To mi nie daje spo­ko­ju.

– Lu­dzie z eki­py też by to zro­bi­li, gdy­by wzię­li kom­pu­ter. Ni­cze­go nie za­bra­li. Może ofia­ra mia­ła do­dat­ko­wy za­si­lacz, nie przy­szło ci to na myśl? Je­śli po­szła gdzieś z lap­to­pem, może mia­ła tam dru­gi za­si­lacz. Moim zda­niem wła­śnie tak było.

– Je­stem­pe­wien, że Ber­ger­przy­śle ci wła­sno­ręcz­nie na­pi­sa­ne po­dzię­ko­wa­nie za tę opar­tą na do­my­słach opi­nię.

– Jak się dla niej pra­cu­je?

– Seks jest cał­kiem nie­zły – od­parł Ma­ri­no. – Je­śli tyl­ko daje mi tro­chę cza­su na doj­ście do sie­bie. Pięć, dzie­sięć razy dzien­nie. Na­wet gdy je­stem wy­pom­po­wa­ny.

– Tak, a ja je­stem Spi­der­ma­nem. Z tego, co sły­sza­łem, fa­ce­ci jej nie krę­cą. Pa­trzę na nią i idę da­lej. Cho­ciaż może to tyl­ko zło­śli­we plot­ki, bo ma wła­dzę, no nie? Ob­ra­bia­ją każ­dą ko­bie­tę, któ­ra ma wła­dzę i sta­no­wi­sko. Wiesz, to wca­le nie musi być praw­da, co o niej ga­da­ją. I ani sło­wa o mo­jej dziew­czy­nie, sko­ro o tym mowa. Pra­cu­je w stra­ży po­żar­nej. Każ­dy z miej­sca za­kła­da, że jest les­bij­ką albo tyl­ko po­zu­je do zdjęć w stra­żac­kim ka­len­da­rzu.

– Bez jaj. Jest w ka­len­da­rzu? W te­go­rocz­nym? Za­mó­wię so­bie eg­zem­plarz.

– Po­wie­dzia­łem, że to za­ło­że­nie. A te­raz moje py­ta­nie. Ja­kie jest za­ło­że­nie co do Ja­ime Ber­ger? Mu­szę przy­znać, bar­dzo chciał­bym to wie­dzieć. W in­ter­ne­cie moż­na spo­ro zna­leźć o niej i o tej dziew­czy­nie… cór­ce czy sio­strze­ni­cy dok­tor Scar­pet­ty. O tej, któ­ra pra­co­wa­ła w FBI, a te­raz pro­wa­dzi dla Ber­ger śledz­twa in­for­ma­tycz­ne. Cho­dzi mi o to, czy Ja­ime Ber­ger przy­my­ka fa­ce­tów, bo ich nie cier­pi? Pra­wie za­wsze przy­my­ka fa­ce­tów. Co nie zna­czy, że ko­bie­ty po­peł­nia­ją więk­szość prze­stępstw sek­su­al­nych, ale mimo wszyst­ko. Je­śli ktoś zna praw­dę, to chy­ba wła­śnie ty.

– Nie cze­kaj na film. Prze­czy­taj książ­kę.

– Jaką książ­kę? – Mel­l­nik usiadł na skła­da­nym krze­śle, wy­su­nął ko­mór­kę z kie­szon­ki na pa­sku. – O ja­kiej książ­ce mó­wisz?

– Może po­wi­nie­neś ją na­pi­sać, sko­ro je­steś taki cie­ka­wy. – Ma­ri­no spoj­rzał w głąb ko­ry­ta­rza wy­ło­żo­ne­go brą­zo­wym dy­wa­nem, na brud­ne, po­ma­lo­wa­ne na ja­sny brąz ścia­ny. Na dru­gim pię­trze znaj­do­wa­ło się osiem miesz­kań.

– Jak mó­wi­łem, nie chcę mieć ta­kiej gów­nia­nej ro­bo­ty przez całe ży­cie, może po­wi­nie­nem przejść do do­cho­dze­niów­ki, wiesz.

– Mel­l­nik ga­dał, jak­by Ma­ri­no był tym za­in­te­re­so­wa­ny, jak­by się kum­plo­wa­li od lat. – Do­stać przy­dział do biu­ra Ja­ime Ber­ger jak ty, oczy­wi­ście je­śli nie po­że­ra fa­ce­tów na su­ro­wo. A może do gru­py spe­cjal­nej zło­żo­nej z agen­tów FBI i po­li­cjan­tów, jak Jo­int Bank Rob­be­ry, do an­ty­ter­ro­ry­stów albo do ja­kiejś ko­mór­ki FBI, gdzie czło­wiek ma wła­sne biu­ro, do­sta­je służ­bo­wy sa­mo­chód, jest trak­to­wa­ny z sza­cun­kiem.

– Nie ma por­tie­ra – po­wie­dział Ma­ri­no. – Mo­żesz wejść do bu­dyn­ku, gdy masz klucz, albo mu­sisz dzwo­nić, żeby ktoś cię wpu­ścił, jak ja. Kie­dy je­steś w holu, gdzie są skrzyn­ki na li­sty, masz wy­bór. Skrę­casz w lewo, mi­jasz czte­ry miesz­ka­nia, łącz­nie z tym do­zor­cy, i wcho­dzisz po scho­dach. Albo skrę­casz w pra­wo, prze­cho­dzisz obok pral­ni, po­ko­ju kon­ser­wa­to­ra, po­miesz­czeń z urzą­dze­nia­mi me­cha­nicz­ny­mi i ma­ga­zy­nu, wcho­dzisz po dru­gich scho­dach i je­steś tu­taj, na­wet nie dwa me­try od drzwi Toni. Je­śli ktoś z ja­kie­goś po­wo­du miał jej klu­cze, mógł wejść do miesz­ka­nia i wyjść, i nikt nie mu­siał go wi­dzieć. Dłu­go tu sie­dzisz?

– Zja­wi­łem się do­pie­ro o dru­giej. Jak mó­wi­łem, przede mną był inny gli­na. My­ślę, że gdy zna­le­zio­no cia­ło, na­tych­miast tu ko­goś przy­sła­li.

– Tak, wiem. Ilu lu­dzi wi­dzia­łeś? Cho­dzi mi o miesz­kań­ców.

– Od­kąd tu je­stem? Ni­ko­go.

– Sły­sza­łeś szum wody, kro­ki, ja­kiś ha­łas z któ­re­goś z tych miesz­kań? – do­py­ty­wał Ma­ri­no.

– Tam, gdzie by­łem, czy­li tu, przy scho­dach, albo tuż za drzwia­mi? Było na­praw­dę ci­cho. Ale je­stem tu… ile? – Mel­l­nik spoj­rzał na ze­ga­rek. – Do­pie­ro ja­kieś dwie go­dzi­ny.

Ma­ri­no scho­wał la­tar­kę do kie­sze­ni.

– O tej po­rze ni­ko­go nie ma. Nie jest to dom dla eme­ry­tów ani dla osób nie­peł­no­spraw­nych. Po pierw­sze, nie ma win­dy, więc je­śli je­steś sta­ry, ku­la­wy albo ob­łoż­nie cho­ry, to zły wy­bór. Nie ma kon­tro­li czyn­szów, nie ma spół­dziel­ni, miesz­kań­cy nie są ze sobą zży­ci, nie miesz­ka­ją tu zbyt dłu­go, naj­wy­żej kil­ka lat. Głów­nie oso­by sa­mot­ne i bez­dziet­ne pary. Śred­nia wie­ku to dwa­dzie­ścia, trzy­dzie­ści parę lat. Jest tu czter­dzie­ści miesz­kań, w tym osiem pu­stych. Przy­pusz­czam, że za­glą­da tu nie­wie­lu po­śred­ni­ków w han­dlu nie­ru­cho­mo­ścia­mi. Go­spo­dar­ka leży na ło­pat­kach, stąd tyle pu­stych miesz­kań, wszyst­kie zwol­nio­ne w cią­gu ostat­nie­go pół­ro­cza.

– Do li­cha, skąd o tym wiesz? Masz zdol­no­ści pa­rap­sy­chicz­ne?

Ma­ri­no wy­cią­gnął z kie­sze­ni zło­żo­ną kart­kę.

– RTCC. Mają li­stę wszyst­kich miesz­kań­ców, wie­dzą, kim są, co ro­bią, czy byli aresz­to­wa­ni, gdzie pra­cu­ją, gdzie ro­bią za­ku­py, ja­kie mają sa­mo­cho­dy, z kim się pie­przą.

– Nig­dy tam nie by­łem. – Mel­l­nik miał na my­śli Real Time Cri­me Cen­ter, cen­trum ana­li­zo­wa­nia da­nych do­ty­czą­cych prze­stęp­czo­ści w ko­men­dzie One Po­li­ce Pla­za, zwa­ne przez Ma­ri­na most­kiem USS „En­ter­pri­se”, z któ­re­go kie­ru­je się ope­ra­cja­mi po­li­cyj­nych stat­ków ko­smicz­nych.

– Nie ma zwie­rza­ków – do­dał Ma­ri­no.

– A co mają do rze­czy zwie­rza­ki? – Mel­l­nik ziew­nął. – Od­kąd prze­rzu­ci­li mnie na noc­ki, je­stem wy­koń­czo­ny. Nie mogę się wy­spać. Moja dziew­czy­na i ja je­ste­śmy jak stat­ki, któ­re mi­ja­ją się w nocy.

– Kto wy­pro­wa­dzał­by psa w bu­dyn­ku, w któ­rym w cią­gu dnia nie ma lu­dzi? – kon­ty­nu­ował Ma­ri­no. – Czyn­sze tu­taj za­czy­na­ją się od oko­ło ty­sią­ca dwu­stu. Miesz­kań­ców nie stać na wy­na­ję­cie oso­by do wy­pro­wa­dza­nia psów albo w ogó­le na po­sia­da­nie psa. Do cze­go zmie­rzam? Nie­wie­le się tu dzie­je, nie ma oczu ani uszu. Nie w dzień, jak mó­wię. Gdy­bym za­my­ślał coś złe­go, wła­śnie wte­dy bym się zja­wił, żeby wejść do miesz­ka­nia Toni. W bia­ły dzień, kie­dy jest ruch na uli­cy, na chod­ni­ku, ale nie w bu­dyn­ku.

– Przy­po­mi­nam ci, że nie za­ata­ko­wa­no jej tu­taj. Zo­sta­ła za­mor­do­wa­na, gdy bie­ga­ła w par­ku.

– Znajdź Bon­nell. I nie zwle­kaj z tym szko­le­niem na de­tek­ty­wa. Może jesz­cze bę­dzie z cie­bie dru­gi Dick Tra­cy.

Ma­ri­no wszedł do miesz­ka­nia, zo­sta­wia­jąc otwar­te drzwi. Toni Da­rien miesz­ka­ła w klit­ce, jak wie­lu lu­dzi tuż po ży­cio­wym star­cie. Zwa­li­sta po­stać de­tek­ty­wa wy­peł­ni­ła wnę­trze, jak­by świat wo­kół nie­go na­gle się skur­czył. Mniej niż czter­dzie­ści me­trów, oce­nił. Jego miesz­ka­nie w Har­le­mie nie było dużo więk­sze, ale przy­najm­niej miał od­dziel­ną sy­pial­nię, nie mu­siał spać w sa­lo­nie, i ogró­dek za do­mem, łatę sztucz­nej tra­wy ze sto­li­kiem pik­ni­ko­wym, któ­ry dzie­lił z są­sia­da­mi – nie ma się czym chwa­lić, ale lo­kum było bar­dziej cy­wi­li­zo­wa­ne.

Kie­dy wszedł tu pół go­dzi­ny temu, zro­bił to, co za­wsze na miej­scu zda­rze­nia. Ro­zej­rzał się, nie przy­glą­da­jąc się szcze­gó­łom.

Te­raz po­świę­cał im więk­szą uwa­gę, za­czy­na­jąc od ko­ry­ta­rzy­ka, w któ­rym le­d­wie mógł się ob­ró­cić. Na ra­ta­no­wym sto­li­ku sta­ła po­piel­nicz­ka z ka­sy­na Ca­esars Pa­la­ce. Może Toni zo­sta­wia­ła na niej klu­cze, któ­re mia­ła w kie­sze­ni po­la­ru, przy­pię­te do srebr­ne­go bre­locz­ka z ko­ścią do gry. Może była po­dob­na do swo­je­go sta­re­go – lu­bi­ła ha­zard. Ma­ri­no go spraw­dził. Law­ren­ce Da­rien, in­ży­nier bio­elek­tryk po MIT, obec­nie ban­krut, kil­ka razy przy­ła­pa­ny na pro­wa­dze­niu sa­mo­cho­du po pi­ja­ne­mu, w prze­szło­ści na­le­żał do szaj­ki ha­zar­dzi­stów w hrab­stwie Ber­gen, w sta­nie New Jer­sey. Był po­dej­rze­wa­ny o po­wią­za­nia z prze­stęp­czo­ścią zor­ga­ni­zo­wa­ną, być może z ro­dzi­ną ma­fij­ną Ge­no­ve­se, ale oskar­że­nia wy­co­fa­no. Pod­su­mo­wu­jąc, szu­ja i nie­udacz­nik, któ­ry po­rzu­cił ro­dzi­nę i nie pła­cił ali­men­tów. Być może pod jego wpły­wem cór­ka za­da­wa­ła się z nie­wła­ści­wy­mi fa­ce­ta­mi.

Toni nie wy­glą­da­ła na pi­jacz­kę. Nie spra­wia­ła wra­że­nia dziew­czy­ny, któ­ra lubi im­pre­zo­wać albo ma ja­kieś na­ło­gi. Prze­ciw­nie, była opa­no­wa­na, am­bit­na i ener­gicz­na, cięż­ko pra­co­wa­ła, mia­ła fio­ła na punk­cie zdro­wia i spraw­no­ści fi­zycz­nej. Na ra­ta­no­wym sto­li­ku tuż za drzwia­mi sta­ła opra­wio­na fo­to­gra­fia przed­sta­wia­ją­ca ją w bie­gu, gdy uczest­ni­czy­ła w ja­kimś wy­ści­gu, może w ma­ra­to­nie. Była ład­na jak mo­del­ka, wy­so­ka i szczu­pła, mia­ła dłu­gie ciem­ne wło­sy i fi­gu­rę ty­po­wej bie­gacz­ki, bez bio­der i bez cyc­ków. Z de­ter­mi­na­cją bie­gła z in­ny­mi za­wod­ni­ka­mi szpa­le­rem lu­dzi wi­wa­tu­ją­cych na chod­ni­kach. Ma­ri­no się za­sta­na­wiał, kto zro­bił to zdję­cie i kie­dy.

Kil­ka kro­ków od wej­ścia znaj­do­wa­ła się kuch­nia: dwu­pal­ni­ko­wa ku­chen­ka, lo­dów­ka, zle­wo­zmy­wak, trzy szaf­ki, dwie szu­fla­dy, wszyst­ko bia­łe. Na la­dzie le­ża­ły li­sty, nie­roz­pie­czę­to­wa­ne, jak­by Toni je odło­ży­ła i za­ję­ła się in­ny­mi spra­wa­mi albo po pro­stu nie była nimi za­in­te­re­so­wa­na. Ma­ri­no przej­rzał kil­ka ka­ta­lo­gów i re­kla­mó­wek z ku­po­na­mi, śmie­cio­wą pocz­tę, jak mó­wił, i prze­czy­tał ja­sno­ró­żo­wą ulot­kę in­for­mu­ją­cą miesz­kań­ców bu­dyn­ku, że ju­tro, dzie­więt­na­ste­go grud­nia, zo­sta­nie od­cię­ty do­pływ wody, od ósmej rano do po­łu­dnia.

Obok ko­re­spon­den­cji sta­ła su­szar­ka do na­czyń ze sta­li nie­rdzew­nej, a w niej nóż, wi­de­lec, łyż­ka, ta­lerz, mi­ska, ku­bek ze scen­ką z ko­mik­su Far Side – dzie­ciak z Mi­dva­le, szko­ły dla ge­niu­szy, pcha drzwi, na któ­rych wid­nie­je na­pis CIĄ­GNĄĆ. Zlew był pu­sty i wy­my­ty, z gąb­ką i bu­tel­ką de­ter­gen­tu Dawn, na bla­cie ani śla­du okrusz­ków, żad­nych plam po je­dze­niu, drew­nia­na pod­ło­ga nie­ska­zi­tel­nie czy­sta. Ma­ri­no otwo­rzył szaf­kę pod zle­wem i zo­ba­czył mały kosz na śmie­ci wy­ło­żo­ny bia­łym fo­lio­wym wor­kiem. Le­ża­ły w nim zbrą­zo­wia­ła skór­ka ba­na­na, kil­ka po­marsz­czo­nych bo­ró­wek, kar­to­nik po mle­ku so­jo­wym, fusy od kawy i mnó­stwo pa­pie­ro­wych ręcz­ni­ków.

Roz­wi­nął kil­ka z nich, czu­jąc za­pach mio­du i cy­tru­sów. Może były to środ­ki czysz­czą­ce do me­bli i szkła. Za­uwa­żył bu­tel­kę ae­ro­zo­lu cy­try­no­we­go Win­dex, bu­tel­kę pły­nu kon­ser­wu­ją­ce­go do drew­na z wo­skiem psz­cze­lim i olej­kiem po­ma­rań­czo­wym. Wy­glą­da­ło na to, że Toni była bar­dzo schlud­na, może do gra­nic ob­se­sji, i że pod­czas ostat­niej byt­no­ści w domu zaj­mo­wa­ła się sprzą­ta­niem. Do cze­go uży­wa­ła win­de­xu? Ma­ri­no nie do­strzegł szkla­nych na­czyń. Pod­szedł do okna w sa­lo­nie, od­chy­lił ro­le­ty, prze­cią­gnął pal­cem w rę­ka­wicz­ce po szy­bie. Okna nie były brud­ne, choć nie wy­glą­da­ły na nie­daw­no czysz­czo­ne. Może czy­ści­ła lu­stro albo coś in­ne­go, a może sprzą­tał tu ktoś inny, chcąc usu­nąć od­ci­ski pal­ców i DNA? Wró­cił do kuch­ni, co wy­ma­ga­ło nie­speł­na dzie­się­ciu kro­ków. Prze­ło­żył do wor­ka na do­wo­dy pa­pie­ro­we ręcz­ni­ki z ko­sza. Zo­sta­ną spraw­dzo­ne pod ką­tem DNA.

Toni mia­ła w lo­dów­ce płat­ki śnia­da­nio­we, kil­ka pu­de­łek peł­no­ziar­ni­stych płat­ków Ka­shi, mle­ko so­jo­we, bo­rów­ki, sery, jo­gurt, sa­ła­tę rzym­ską, po­mi­do­ry wi­no­gro­no­we, pla­sti­ko­wy po­jem­nik ma­ka­ro­nu z czymś, co wy­glą­da­ło na sos z par­me­za­nem, może da­nie na wy­nos, a może ja­dła gdzieś ko­la­cję i przy­nio­sła reszt­ki do domu. Kie­dy? Wczo­raj wie­czo­rem? A może ostat­nim po­sił­kiem, któ­ry spo­ży­ła w miesz­ka­niu, było śnia­da­nie? Mi­ska płat­ków z ba­na­nem i bo­rów­ka­mi, do tego ku­bek kawy… Dziś nie ja­dła śnia­da­nia, to prze­cież ja­sne. Zja­dła śnia­da­nie wczo­raj rano, po­tem wy­szła na cały dzień i po­szła na ko­la­cję do ja­kie­goś lo­ka­lu, może do wło­skiej knajp­ki? Co było póź­niej? Wró­ci­ła do domu, scho­wa­ła reszt­kę ma­ka­ro­nu do lo­dów­ki i w pew­nej chwi­li po­sta­no­wi­ła wyjść po­bie­gać w desz­czo­wą noc? Ma­ri­no po­my­ślał o za­war­to­ści jej żo­łąd­ka. Za­sta­na­wiał się, co Scar­pet­ta zna­la­zła pod­czas sek­cji. Po po­łu­dniu parę razy pró­bo­wał ją zła­pać, zo­sta­wił jej kil­ka wia­do­mo­ści.

Drew­nia­na pod­ło­ga skrzy­pia­ła pod jego wiel­ki­mi sto­pa­mi, gdy wra­cał do sa­lo­nu. Z Dru­giej Alei do­bie­ga­ły gło­śny war­kot sa­mo­cho­dów, trą­bie­nie i gwar lu­dzi. Bez­u­stan­ny ha­łas i ruch mo­gły za­pew­niać Toni złud­ne po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Mało praw­do­po­dob­ne, by czu­ła się tu­taj od­izo­lo­wa­na, je­den po­ziom nad uli­cą, a jed­nak po zmro­ku opusz­cza­ła ro­le­ty, żeby nikt nie mógł zaj­rzeć do wnę­trza miesz­ka­nia. Mel­l­nik twier­dził, że ro­le­ty były opusz­czo­ne, gdy przy­szła tu Bon­nell z gru­pą oglę­dzi­no­wą, co su­ge­ro­wa­ło, że opu­ści­ła je Toni. Kie­dy? Je­śli ostat­ni po­si­łek zja­dła tu wczo­raj rano, czy nie pod­cią­gnę­ła­by ro­let po wsta­niu z łóż­ka? Naj­wy­raź­niej lu­bi­ła wy­glą­dać przez okna, bo usta­wi­ła po­mię­dzy nimi sto­lik z dwo­ma krze­sła­mi. Stół był czy­sty, le­ża­ła na nim sło­mia­na pod­kład­ka pod na­kry­cie. Ma­ri­no wy­obra­ził so­bie, jak Toni sie­dzia­ła tu wczo­raj rano, je­dząc płat­ki. Przy opusz­czo­nych ro­le­tach?

Na ścia­nie po­mię­dzy okna­mi wi­siał pła­ski trzy­dzie­sto­dwu­ca­lo­wy te­le­wi­zor Sam­sung, a na sto­li­ku przy dwu­oso­bo­wej ka­na­pie le­żał pi­lot. Ma­ri­no pod­niósł go i włą­czył te­le­wi­zor, żeby zo­ba­czyć, co Toni ostat­nio oglą­da­ła. Pro­gram in­for­ma­cyj­ny He­adli­ne News, pre­zen­ter mó­wił o za­mor­do­wa­nej w Cen­tral Par­ku „bie­gacz­ce, któ­rej na­zwi­sko jesz­cze nie zo­sta­ło po­da­ne do wia­do­mo­ści pu­blicz­nej”, a za­raz po­tem bur­mistrz Blo­om­berg i ko­men­dant po­li­cji Kel­ly wy­gło­si­li oświad­cze­nia ma­ją­ce uspo­ko­ić spo­łe­czeń­stwo. Ma­ri­no słu­chał, do­pó­ki te­mat się nie zmie­nił i zno­wu nie za­czę­to się obu­rzać z po­wo­du do­fi­nan­so­wa­nia AIG.

Odło­żył pi­lo­ta na sto­lik, do­kład­nie na to samo miej­sce. Wy­jął z kie­sze­ni no­tes, za­pi­sał ka­nał, za­sta­na­wia­jąc się, czy fa­ce­ci z eki­py albo Bon­nell zwró­ci­li na to uwa­gę. Mało praw­do­po­dob­ne. Kie­dy Toni oglą­da­ła wia­do­mo­ści? Włą­czy­ła te­le­wi­zor za­raz po wsta­niu? Oglą­da­ła wia­do­mo­ści w cią­gu dnia czy może przed po­ło­że­niem się spać? I gdzie wte­dy sie­dzia­ła? Ekran te­le­wi­zo­ra był zwró­co­ny w stro­nę dwu­oso­bo­we­go łóż­ka. Łóż­ko było na­kry­te ja­sno­nie­bie­ską atła­so­wą kapą, na po­dusz­ce le­ża­ły trzy plu­szo­we zwie­rząt­ka: szop pracz, pin­gwin i struś. Ma­ri­no był cie­kaw, od kogo Toni je do­sta­ła, może od mat­ki, ra­czej nie od chło­pa­ka. Nie wy­glą­da­ły na pre­zent od fa­ce­ta, chy­ba że był ge­jem. Trą­cił pal­cem pin­gwi­na, spoj­rzał na ety­kiet­kę, po­tem spraw­dził dwie po­zo­sta­łe ma­skot­ki. Gund. Za­pi­sał na­zwę fir­my.

Obok łóż­ka sta­ła szaf­ka noc­na. W szu­fla­dzie zna­lazł kil­ka ba­te­rii AA, bu­te­lecz­kę ibu­pro­fe­nu, dwie sta­re książ­ki w mięk­kich okład­kach o praw­dzi­wych zbrod­nia­rzach: The Jef­frey Dah­mer Sto­ry: An Ame­ri­can Ni­ght­ma­re i Ed Gein – Psy­cho. Za­pi­sał ty­tu­ły i prze­wer­to­wał książ­ki, spraw­dza­jąc, czy Toni zro­bi­ła ja­kieś no­tat­ki, nie zna­lazł żad­nej. Po­mię­dzy kart­ka­mi The Jef­frey Dah­mer Sto­ry tkwił pa­ra­gon z datą osiem­na­ste­go li­sto­pa­da 2006 roku, gdy książ­ka zo­sta­ła ku­pio­na w an­ty­kwa­ria­cie Moe’s Bo­oks w Ber­ke­ley w Ka­li­for­nii. Czy miesz­ka­ją­ca sa­mot­nie ko­bie­ta czy­ta ta­kie prze­ra­ża­ją­ce książ­ki? Może od ko­goś je do­sta­ła. Wło­żył je do tor­by na do­wo­dy. Tra­fią do la­bo­ra­to­rium, gdzie zo­sta­ną spraw­dzo­ne. Miał prze­czu­cie, że są waż­ne.

Na lewo od łóż­ka znaj­do­wa­ła się sza­fa z su­per­mod­ny­mi sek­sow­ny­mi ubra­nia­mi: leg­gin­sy, swe­try tu­ni­ki w ja­skra­we de­se­nie, głę­bo­ko wy­cię­te dru­ko­wa­ne topy, kil­ka ele­ganc­kich su­kie­nek. Ma­ri­no nie roz­po­znał me­tek pro­jek­tan­ta, nie był eks­per­tem w dzie­dzi­nie mody. Baby Phat, Co­ogi, Ken­sie Girl. Na pod­ło­dze sta­ło dzie­sięć par bu­tów, w tym spor­to­we mar­ki Asics, ta­kie jak te, któ­re mia­ła w chwi­li śmier­ci, i bot­ki Ugg z owczej skó­ry na zi­mo­wą po­go­dę.

Na naj­wyż­szej pół­ce le­ża­ła zło­żo­na po­ściel, obok niej sta­ło tek­tu­ro­we pu­dło. Zdjął je i zaj­rzał do środ­ka. Pły­ty DVD, fil­my, głów­nie ko­me­die i fil­my ak­cji, se­ria Oce­an’s, ko­lej­ny wą­tek zwią­za­ny z ha­zar­dem. Toni lu­bi­ła Geo­r­ge’a Clo­oneya, Bra­da Pit­ta, Bena Stil­le­ra. Nic bru­tal­ne­go, nic rów­nie prze­ra­ża­ją­ce­go jak książ­ki w szaf­ce przy łóż­ku. Może prze­sta­ła ku­po­wać DVD i oglą­da­ła fil­my w ka­blów­ce, mia­ła pay-per-view. Albo na lap­to­pie. Gdzie jest jej lap­top, do cho­le­ry?

Ma­ri­no zro­bił zdję­cia i spo­rzą­dził ko­lej­ne no­tat­ki.

Przy­szło mu na myśl, że nie wi­dział żad­ne­go okry­cia zi­mo­we­go. Kil­ka wia­tró­wek i czer­wo­ny weł­nia­ny płaszcz, nie­mod­ny, może z cza­sów szko­ły śred­niej, może po mat­ce albo od ko­goś in­ne­go, ale co z praw­dzi­wym pal­tem do cho­dze­nia po mie­ście w dzień taki jak ten? Bra­ko­wa­ło ska­fan­dra, kurt­ki nar­ciar­skiej, cze­goś ocie­pla­ne­go. Sza­fa za­wie­ra­ła mnó­stwo co­dzien­nych ubrań, licz­ne stro­je do bie­ga­nia, łącz­nie z blu­za­mi z po­la­ru, ale w czym Toni cho­dzi­ła do pra­cy? Co no­si­ła, gdy za­ła­twia­ła róż­ne spra­wy, wy­cho­dzi­ła na ko­la­cję albo po­bie­gać, gdy było na­praw­dę zim­no? Nie zna­le­zio­no gru­bej zi­mo­wej kurt­ki ani na niej, ani w po­bli­żu, mia­ła na so­bie tyl­ko po­lar, co Ma­ri­no uznał za dziw­ne w taką pa­skud­ną noc jak wczo­raj­sza.

Wszedł do ła­zien­ki, za­pa­lił świa­tło. Bia­ła umy­wal­ka, bia­ła wan­na z prysz­ni­cem, nie­bie­ska za­słon­ka prysz­ni­co­wa z ry­ba­mi i bia­łym li­niow­cem. Na wy­ło­żo­nych bia­ły­mi ka­fel­ka­mi ścia­nach wi­sia­ło kil­ka opra­wio­nych zdjęć. Toni uczest­ni­czy w bie­gu, nie w tym sa­mym, co na fo­to­gra­fii przy wej­ściu. Inny nu­mer star­to­wy. Bra­ła udział w wie­lu wy­ści­gach, mu­sia­ła na­praw­dę to lu­bić. Naj­wy­raź­niej lu­bi­ła też per­fu­my, bo na bla­cie sta­ło sześć róż­nych fla­ko­ni­ków ze zna­ka­mi fir­mo­wy­mi. Fen­di, Gior­gio Ar­ma­ni, Esca­da. Za­sta­na­wiał się, czy do­sta­ła je w dys­kon­cie, czy może za­mó­wi­ła przez in­ter­net z sie­dem­dzie­się­cio­pro­cen­to­wą zniż­ką, jak on mie­siąc temu, gdy ro­bił wcze­sne za­ku­py na Boże Na­ro­dze­nie.

Po­mysł ob­da­ro­wa­nia Geo­r­gii Ba­car­di per­fu­ma­mi o na­zwie Tro­uble, czy­li „kło­pot”, któ­re ku­pił na eBayu za dwa­dzie­ścia je­den do­la­rów i dzie­sięć cen­tów, bar­dzo ta­nio, bo nie mia­ły pu­deł­ka, wy­dał mu się za­baw­ny. Te­raz prze­stał być za­baw­ny, bo obo­je mie­li kło­pot. Wiel­ki kło­pot. Za­czę­li się kłó­cić. Co­raz rza­dziej się od­wie­dza­li i roz­ma­wia­li przez te­le­fon. Hi­sto­ria się po­wta­rza. Ma­ri­no nig­dy nie był w trwa­łym związ­ku, w prze­ciw­nym wy­pad­ku nie wi­dy­wał­by się z Ba­car­di i był­by szczę­śli­wym mę­żem, być może wciąż mę­żem Do­ris.

Otwo­rzył ap­tecz­kę nad umy­wal­ką, świa­dom, że jed­no z pierw­szych py­tań Scar­pet­ty bę­dzie do­ty­czyć jej za­war­to­ści. Ibu­pro­fen, mi­dol, sa­mo­przy­lep­na ta­śma spor­to­wa, pla­stry z opa­trun­kiem, pla­stry na pę­che­rze, sztyft chro­nią­cy przed otar­cia­mi i mnó­stwo wi­ta­min. Trzy le­kar­stwa na re­cep­tę, wszyst­kie na tę samą do­le­gli­wość, ale z róż­ny­mi da­ta­mi, tuż sprzed Świę­ta Dzięk­czy­nie­nia. Di­flu­can. Ma­ri­no nie był far­ma­ceu­tą, ale znał ten spe­cy­fik.

Może Toni mia­ła prze­wle­kłą grzy­bi­cę po­chwy, może było to zwią­za­ne z czę­stym upra­wia­niem sek­su albo z jog­gin­giem, z no­sze­niem raj­stop lub maj­tek z ma­te­ria­łów, któ­re „nie od­dy­cha­ją”, jak la­kie­ro­wa­na skó­ra czy wi­nyl. Uwię­zio­na wil­goć jest wro­giem nu­mer je­den, jak za­wsze mu mó­wio­no, po­dob­nie jak pra­nie w zbyt ni­skiej tem­pe­ra­tu­rze. Sły­szał o ko­bie­tach wkła­da­ją­cych majt­ki do mi­kro­fa­lów­ki. Dziew­czy­na, z któ­rą cho­dził w cza­sie swo­jej pra­cy w po­li­cji w Rich­mond, w ogó­le prze­sta­ła je no­sić, wy­cho­dząc z za­ło­że­nia, że obieg po­wie­trza sta­no­wi naj­lep­szą ochro­nę, co zresz­tą bar­dzo mu od­po­wia­da­ło.

Ma­ri­no zro­bił in­wen­ta­ry­za­cję za­war­to­ści ap­tecz­ki i szaf­ki pod umy­wal­ką, za­wie­ra­ją­cej głów­nie ko­sme­ty­ki.

Wciąż prze­by­wał w ła­zien­ce i pstry­kał zdję­cia, gdy zja­wił się Mel­l­nik z te­le­fo­nem przy uchu, uno­sząc kciuk na znak, że zła­pał de­tek­tyw Bon­nell.

Ma­ri­no wziął od nie­go ko­mór­kę.

– Słu­cham.

– W czym mogę po­móc? – Głos brzmiał przy­jem­nie, był ni­ski, taki jak lu­bił.

Nie znał Bon­nell, do dziś o niej nie sły­szał, co zresz­tą nie po­win­no dzi­wić, gdyż no­wo­jor­ski wy­dział po­li­cji za­trud­nia ja­kieś czter­dzie­ści ty­się­cy glin, w tym oko­ło sze­ściu ty­się­cy de­tek­ty­wów. Ru­chem gło­wy wska­zał drzwi, ka­żąc Mel­l­ni­ko­wi cze­kać w ko­ry­ta­rzu.

– Po­trze­bu­ję pew­nych in­for­ma­cji – po­wie­dział do te­le­fo­nu. – Pra­cu­ję z Ber­ger, ale nie są­dzę, że­by­śmy się zna­li.

– Kon­tak­tu­ję się bez­po­śred­nio z za­stęp­ca­mi pro­ku­ra­to­ra okrę­go­we­go – od­par­ła Bon­nell. – Praw­do­po­dob­nie dla­te­go do­tąd się nie spo­tka­li­śmy.

– Nig­dy o pani nie sły­sza­łem. Jak dłu­go pra­cu­je pani w wy­dzia­le za­bójstw?

– Na tyle dłu­go, żeby mieć swój ro­zum i nie trian­gu­lo­wać.

– Jest pani ma­te­ma­ty­kiem?

– Je­śli Ber­ger za­le­ży na in­for­ma­cjach, może do mnie za­dzwo­nić.