Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Interview: Nowy Jork & Los Angeles ebook

Sandi Lynn  

4.2824427480916 (131)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 233 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Interview: Nowy Jork & Los Angeles - Sandi Lynn

Młoda dziennikarka ma przeprowadzić wywiady z dwoma trzydziestoletnimi milionerami w Nowym Jorku i Los Angeles, i dowiedzieć się, dlaczego są wciąż singlami. Obaj bardzo strzegą swojej prywatności. Dziewczyna musi zastosować różne chwyty, by zdobyć wymarzony wywiad. Nie przeczuwa jednak, jak bolesne historie odkryje. Ani że znajdzie przyjaźń i gorącą miłość.

 

Niechęć do związków – jest.

Dysfunkcyjna rodzina – jest.

Przeprowadzka pięć tysięcy kilometrów od dysfunkcyjnej rodziny – jest.

Wymarzona praca – jest.

 

„Nazywam się Laurel Holloway i mam dwadzieścia siedem lat. Cztery lata temu przeprowadziłam się do Seattle, żeby zdobyć wymarzoną pracę dziennikarki w „Seattle Times” i oddalić się od mojej dysfunkcyjnej rodziny najbardziej, jak to tylko możliwe. Dostałam zlecenie na wywiady z dwoma słynnymi seksownymi kawalerami, którzy zostali milionerami, zanim skończyli trzydzieści pięć lat. Kobiety chciały wiedzieć, dlaczego wciąż są singlami.

Milioner-kawaler numer jeden mieszkał w Los Angeles, numer dwa w Nowym Jorku. Obaj byli pokaleczeni, chronili swoją prywatność i nie udzielali wywiadów, musiałam więc wspiąć się na wyżyny mojej kreatywności, żeby zmienili zdanie. Zamierzałam przeprowadzić te wywiady tak czy siak. Ale gdy zaczynałam tę przygodę, nie miałam pojęcia, jak obaj wpłyną na moje życie.  I że jeden z nich zmieni mój świat na zawsze...”

Opinie o ebooku Interview: Nowy Jork & Los Angeles - Sandi Lynn

Fragment ebooka Interview: Nowy Jork & Los Angeles - Sandi Lynn

Korekta

Renata Kuk

Halina Lisińska

Zdjęcia na okładce

© Syda Productions/Shutterstock

© Matej Kastelic/Shutterstock

Tytuł oryginału

The Interview: New York & Los Angeles

The Interview: New York & Los Angeles

Copyright © 2018 Sandi Lynn Romance, LLC

All rights reserved.

No part of this publication may be reproduced, distributed, or transmitted in any form or by any means, including photocopying, recording, or other electronic or mechanical methods without the prior written permission of the publisher.

This is a work of fiction.

Names, characters, places and incidents are the products of the author’s imagination or are used fictitiously.

Any resemblance to actual events, locales, or persons, living or dead, is entirely coincidental.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2018 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6869-9

Warszawa 2018. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Prolog

Precz ze związkami! Oto moja filozofia. Przerażała mnie myśl o oddaniu się jednej osobie do końca życia. Kompletny bezsens. Nic nie trwa wiecznie, a na koniec się okazuje, że poświęciłaś prawdziwą siebie, żeby się zmienić w kogoś teoretycznie bardziej pożądanego, po to tylko, żeby twoje serce zostało złamane. Pewnie myślicie sobie: Co ją do cholery spotkało, że tak uważa? Proszę bardzo, oświecę was.

Moi rodzice byli małżeństwem od trzydziestu lat. Tata, Jefferson Holloway, był właścicielem i prezesem Holloway Capital, jednej z największych firm inwestycyjnych w Bostonie. Mama, Adalynn Holloway, odnosiła sukcesy jako organizatorka imprez charytatywnych i lubiła ładne rzeczy, w tym chłopca, który czyścił basen w naszej gigantycznej posiadłości. W domu, w którym się wychowałam i nie mogłam się doczekać, aż go opuszczę.

Nasza rodzina była najbardziej dysfunkcyjna na świecie. No dobrze, może nie na świecie, ale w Bostonie na pewno. Mama bzykała się z chłopcem od basenu oraz swoim trenerem tenisa, a ojciec posuwał wszystko, co miało pochwę. Kryzys wieku średniego w pełnym rozkwicie i chociaż bardzo chcieli, żebyśmy wraz z rodzeństwem wierzyli, że są szczęśliwą parą, nie mogli nas oszukać. W każdym razie nie mnie. Rozwód nie wchodził w grę. Za dużo zamieszania z pieniędzmi i majątkiem. Poza tym, co by ludzie powiedzieli, gdyby Hollowayowie się rozwiedli? Wszyscy uważali ich za parę idealną. Zazdrościli im. A rodzice zasługiwali na Oscary za swoje nadzwyczajne role. Wspomniałam już, że mama lubiła pić? Ostatnio nie rozstawała się z tequilą. Prostota wina jakoś do niej nie przemawiała.

Mój brat Alfie, dwudziestopięciolatek, wywoływał orgazmy jasnymi dobrze ostrzyżonymi włosami, zielonymi oczami, lekkim zarostem, stu osiemdziesięcioma pięcioma centymetrami wzrostu i umięśnioną sylwetką. Spełniał oczekiwania ojca i szedł w jego ślady, pracując w Holloway Capital. A ja? Pracowałam jako dziennikarka w „Seattle Times” i prowadziłam kolumnę z poradami pod tytułem Laurel do wszystkiego. Radziłam w każdej sprawie, od związków, przez dobre maniery, po rozwój osobisty.

George, mój przyjaciel, uznał, że będę tam idealnie pasować. Poza tym wisiał mi przysługę, bo uratowałam go przed atakiem obłąkanej dziewczyny z uczelnianego bractwa, która zamierzała go zabić, jak z nią zerwał. Serio. Miała złamane serce i obsesję, a poza tym przekonanie, że kocha go do szaleństwa. Któregoś dnia poszła do sklepu i kupiła dziewięciokalibrowy pistolet, a następnie wycelowała nim w George’a. Gdybym tego wieczoru nie pojawiła się w jego mieszkaniu, byłoby po nim, bo ta wariatka miała wystarczającego świra, żeby pociągnąć za spust. Na szczęście chodziłam na zajęcia z psychologii i udało mi się ją odwieść od tego zamiaru, a nawet namówić do zgłoszenia się po pomoc. Czasem się zastanawiałam, co się z nią stało po tym, jak odeszła z Uniwersytetu Bostońskiego. W każdym razie George był mi winien dużą przysługę za ocalenie życia, a sprawy nie mogły się ułożyć korzystniej, bo mogłam oddalić się od mojej rąbniętej rodziny o pięć tysięcy kilometrów.

Miałam nie tylko brata, ale także dwudziestojednoletnią siostrę Bellę, która miała jasne włosy, zielone oczy i wyglądała zupełnie jak Alfie. Tylko ja się wyróżniałam z brązowymi włosami i niebieskimi oczami. Skąd wytrzasnęłam te kolory, spytacie? Otóż od moich biologicznych rodziców. Bo widzicie, Jefferson i Adalynn adoptowali mnie, gdy miałam trzy tygodnie. Po trzech latach leczenia in vitro moja matka się dowiedziała, że nie będzie mogła mieć dzieci. Dwa lata później zaszła w ciążę z Alfiem. To był cud, a jeszcze większy wydarzył się pięć lat później, gdy do rodziny dołączyła Bella. Ponieważ mama miała dość cudów, ojciec postanowił poddać się wazektomii. Uparł się na to, gdy mama powiedziała, że podwiąże sobie jajniki. Sprytne posunięcie, bo dzięki temu nie musiał się martwić, że któraś z jego kochanek zajdzie w ciążę.

Bella studiowała w Juilliard. Przyjęto ją tam, gdy w wieku lat siedemnastu skończyła liceum. Marzyła, że po ukończeniu Juilliarda dołączy do jednego z najlepszych zespołów tanecznych świata. Nie łączyła nas tak bliska więź, jaka mogłaby łączyć siostry. Pewnie z powodu siedmiu lat różnicy, a może dlatego, że jako trzylatka zaczęła się uczyć tańca i cały świat skupił się na niej.

Skoro znacie już moją sytuację rodzinną, możemy wrócić do niechęci do związków. Ale najpierw musimy ustalić fakty. Nazywam się Laurel Holloway, mam dwadzieścia siedem lat, raz w życiu byłam czyjąś dziewczyną i uwielbiam seks. Z facetami, z którymi na pewno nie połączy mnie nic więcej. Zazwyczaj numerki na jedną noc. Mam mnóstwo przyjaciół, uwielbiam wychodzić wieczorami i dobrze się bawić. Gdy się w końcu poddałam, zostałam dziewczyną Davida Hamptona, aspirującego muzyka, którego poznałam na pierwszym roku studiów na Uniwersytecie Bostońskim. Rzucił mnie na kolana i sprawił, że poczułam się jak najwspanialsza kobieta świata. Zakochałam się w nim szybko i bardzo. Spotykaliśmy się prawie przez rok i każdą chwilę spędzaliśmy razem. Pokój dzieliłam z Marissą, moją najlepszą przyjaciółką z dzieciństwa. Od siódmego roku życia byłyśmy nierozłączne i znałyśmy swoje najskrytsze tajemnice. Nie wiedziałam tylko, że od dwóch miesięcy sypia z moim chłopakiem. Była to w równym stopniu jego wina, jak i jej. Chcecie usłyszeć krwawe szczegóły? Tak myślałam.

Otóż wróciłam na weekend do domu, bo Bella miała urodziny i mama wyprawiała wielkie przyjęcie. Zaproponowałam Davidowi, żeby pojechał ze mną, ale powiedział, że niedługo ma egzaminy i musi się pouczyć. Zatem w piątek po zajęciach wyruszyłam, ale w niedzielę postanowiłam wrócić wcześniej, żeby mu zrobić niespodziankę. Przez cały weekend pisał do mnie, jak to mnie kocha i jak bardzo tęskni. Umiał rozpalić moje uczucia i naprawdę wierzyłam, że będziemy razem do końca życia. Idiotka, wiem. Stwierdziłam, że najpierw wpadnę do mojego pokoju i się przebiorę, a potem pójdę do jego bractwa i go zaskoczę. Otworzyłam drzwi i ujrzałam, jak pieprzy Marissę pochyloną nad łóżkiem. Jak nakręcony powtarzał: „kocham cię, kocham cię”. Minął pierwszy wstrząs i serce zaczęło mi bić tak mocno, że obawiałam się eksplozji. Stałam i patrzyłam, a moje bardzo szczęśliwe serce pękało na pół. Nigdy wcześniej nie doznałam takiego bólu. Łzy napłynęły mi do oczu. Odetchnęłam głęboko, odwróciłam się i wyszłam. David biegł za mną w samych dżinsach. Na zewnątrz złapał mnie za rękę i powiedział, że przeprasza i że to się już nie powtórzy. Nigdy nie wybaczyłam jemu ani Marissie.

Po wielu godzinach snucia się po okolicy, płaczu, gapienia się przez okno kawiarni i popijania latte, w której w ogóle nie było alkoholu, choć bardzo o nim marzyłam, wróciłam do pokoju, spakowałam się i oznajmiłam Marissie, że może go sobie wziąć. Tego dnia poznałam George’a. Zobaczył, że ładuję rzeczy do samochodu i podszedł spytać, czy mi nie pomóc. Przedstawił się i resztę wieczoru przegadaliśmy, a w zasadzie ja przepłakałam na jego ramieniu. Miał mieszkanie niedaleko akademika i zaproponował, żebym u niego została jak długo zechcę. Nie mogłam wrócić do domu, bo musiałabym tłumaczyć rodzicom, co się stało. Poza tym musiałam chodzić na zajęcia. Tego dnia moje serce zostało złamane po raz pierwszy. Straciłam miłość życia oraz najlepszą przyjaciółkę. Ale jednak wyszło z tego coś dobrego. Zaprzyjaźniłam się z George’em. Byliśmy przyjaciółmi i tylko przyjaciółmi. Bez bonusu. Nigdy nie wynikło między nami nic romantycznego, łączył nas szacunek i rzetelna przyjaźń. Również tego dnia ponownie zamknęłam swoje serce, tym razem na zawsze.

George Locke był o rok starszy i skończył studia przede mną. Po ukończeniu Uniwersytetu Bostońskiego od razu wrócił do domu, do Seattle, gdzie czekała na niego posada dziennikarza. Nie zaszkodziło, że „Seattle Times” należał do najlepszego przyjaciela jego ojca. Kontaktowaliśmy się prawie codziennie i nawet parę razy wpadłam z wizytą. Gdy ja skończyłam studia, pracowałam dorywczo w kilku lokalnych gazetach w Bostonie, ale trwało to tylko pół roku, bo wszystkie się pozamykały. Później działałam już jako freelancer, współpracując z małymi magazynami, aż zadzwonił George i zaoferował mi pracę. Poleciałam jak pszczoła do miodu. Musiałam się wydostać z Bostonu, uciec od nieustannego ględzenia mojej maki, która dopytywała, co zamierzam zrobić ze swoim życiem i dlaczego nie mam chłopaka, a przy tym żłopała tequilę, choć było dopiero południe.

Zanim znalazłam mieszkanie, przez parę tygodni mieszkałam z George’em i Kairi, jego dziewczyną. Potem się rozpakowałam, zaczęłam pracę i przez ostatnie cztery lata byłam przeszczęśliwa, że żyję dokładnie tak, jak chciałam.

Rozdział 1

Delegacja w Los Angeles

Laurel, pozwól! – zawołał mój szef Eric.

Wstałam, poszłam za nim i usiadłam po drugiej stronie jego biurka.

– Co tam?

– Dostałaś awans. Gratuluję.

– Wow. Serio? – Uśmiechnęłam się szeroko i triumfalnie.

– Serio. Jak wiesz, zaczynamy pracę nad magazynem „Fusion Daily”.

– Tak.

– Chcemy, żebyś do niego pisała i postanowiliśmy przerzucić Laurel do wszystkiego z gazety do „Fusion”. Sądzimy, że napędzi sprzedaż.

– Jasne. Masz konkretne tematy?

– Tak się składa, że mam. Pomyśleliśmy, że dobrze by było przeprowadzić wywiady ze znanymi kawalerami.

– Co? – Uniosłam pytająco brew.

– Nie byle jakimi. Kawalerami, którzy przed trzydziestym piątym rokiem życia zostali milionerami i odnoszą sukcesy w tym, co robią. Masz się dowiedzieć, co ich kręci i czemu jeszcze się nie ustatkowali. To może być ciekawe, zwłaszcza dla pań.

– Czemu uważasz, że mi to wszystko powiedzą?

– Daj spokój, przecież jesteś dziennikarką. Wyciąganie informacji to twoja praca. A poza tym jesteś piękną kobietą. Włóż obcisłą kieckę, jakieś szpilki i do roboty!

Wywróciłam oczami.

– Masz nazwiska?

Przesunął w moją stronę kartkę papieru.

– Zbadaliśmy rynek.

Wzięłam papier i przyjrzałam się nazwiskom i zawodom. Na liście było dwóch mężczyzn: Craig Pines, szef kuchni i właściciel Rosie’s w Los Angeles oraz Wyatt Coleman, właściciel i prezes Coleman Enterprises w Nowym Jorku.

– Obaj odnieśli sukces, są młodzi i samotni – stwierdził z uśmiechem Eric.

– I bogaci – prychnęłam złośliwie.

– Właśnie! Dlatego kobiety chcą wiedzieć, czemu nadal są singlami. Zacznij od Craiga Pinesa w Kalifornii, a potem polecisz do Nowego Jorku. Masz tydzień. Poznaj ich, przepytaj, odkryj ich sekrety i wszystko opisz.

– W porządku. – Pokiwałam głową. – Myślisz, że wystarczy tydzień na obydwu?

– Nie marnuj czasu, to zdążysz.

– Kiedy mam wyjechać?

– Jak najszybciej. Spakuj się i za parę dni ruszaj. Ale nie zapominaj o Laurel.

– Co z biletami i hotelami?

– Załatwisz sama. Skorzystaj z firmowego konta. Shari da ci naszą kartę kredytową. Płać za jedzenie i nieoczekiwane wydatki. Tylko nie przesadź.

– Zdajesz sobie sprawę, że Kalifornia i Nowy Jork to drogie miejsca, tak? – upewniłam się, marszcząc czoło.

– Tak – westchnął. – Nie szastaj kasą. Może jedz tylko dwa posiłki dziennie? Albo wiem: niech ci milionerzy cię karmią. Stać ich.

Przewróciłam oczami i podniosłam się.

– Dam ci znać, kiedy wyjeżdżam – zapowiedziałam i wyszłam.

Zerknęłam na zegarek. Ponieważ była pora lunchu, postanowiłam skoczyć do domu, żeby zacząć organizować podróż. Po drodze do samochodu wyjęłam z kieszeni telefon i zadzwoniłam do George’a, który był na Florydzie i zbierał materiały do tekstu.

– Cześć, słoneczko.

– Zgadnij, kto jedzie w delegację! – Uśmiechnęłam się.

– Czyżby ty?

– Tak. Eric wysyła mnie do Kalifornii i Nowego Jorku.

– Nienawidzę cię. Po co?

– Żebym zrobiła wywiady z dwoma młodymi, samotnymi milionerami. – Wsiadłam do auta i zamknęłam drzwi.

– Wow. Do magazynu?

– Tak.

– Kiedy wyjeżdżasz?

– Za parę dni. A ty kiedy wracasz?

– Ląduję w czwartek o czternastej.

– Może uda mi się tak wszystko zgrać, żebyśmy spotkali się na lotnisku i zjedli lunch albo coś.

– Super. Słuchaj, muszę lecieć, wołają mnie.

– Baw się dobrze. I uważaj na siebie. Na razie.

W domu nalałam sobie kieliszek wina, otworzyłam laptopa i przejrzałam loty do Los Angeles. Wzięłam telefon, żeby zadzwonić do Rosie’s.

– Dzień dobry, dziękujemy za skontaktowanie się z Rosie’s. W czym mogę pomóc?

– Dzień dobry. Chciałabym rozmawiać z Craigiem Pinesem.

– Mogę spytać, kto mówi?

– Laurel Holloway z „Seattle Times”. Chciałabym przeprowadzić z panem Pinesem wywiad.

– Chwileczkę.

Słuchałam nudnej muzyczki i lekko bębniłam palcami w biurko.

– Przykro mi, ale pan Pines nie jest zainteresowany udzielaniem wywiadów. Dziękuję za telefon.

Klik.

No bez jaj! Odłożyłam komórkę i zabukowałam lot do Los Angeles. Próbowałam zachować się profesjonalnie, ale skoro nie skorzystał, podejdę go inaczej.

Rozdział 2

Do Los Angeles dotarłam w czwartek o piętnastej. Nie udało mi się złapać takiego lotu, żeby się spotkać z George’em, więc się nie zobaczyliśmy przed moim wyjazdem. Odebrałam bagaż i wezwałam Ubera, żeby zawiózł mnie do hotelu Four Seasons, gdzie zarezerwowałam pokój. Wiem, że to drogi hotel, ale Eric powiedział, że mam sama szukać noclegu. Poza tym znajdował się naprzeciwko Rosie’s.

Rozpakowałam się, nasyciłam zjawiskową panoramą LA rozciągającą się z mojego okna, a następnie zadzwoniłam do restauracji, żeby zarezerwować stolik.

– Dzień dobry, dziękujemy za skontaktowanie się z Rosie’s. W czym mogę pomóc?

– Chciałabym zarezerwować stolik na dziś wieczorem.

– Niestety, nie mamy już miejsc.

– To może jutro? – spytałam poirytowana.

– Przykro mi, ale wszystko zarezerwowane.

Westchnęłam głęboko.

– Dziękuję.

Trzeba się zastanowić. I to szybko. Nie wzbraniałam się przed kombinowaniem. Musiałam się dostać do tej restauracji i chociażby poznać pana Pinesa, zanim wyjawię mu, kim jestem i czego od niego chcę. Udzieli mi tego wywiadu, choćbym miała sczeznąć.

Wzięłam prysznic, umalowałam się, lekko podkręciłam końce moich długich, brązowych włosów i włożyłam długą białą sukienkę bez ramiączek. Zgarnęłam z łóżka torebkę i przeszłam na drugą stronę ulicy, do restauracji.

Zaraz za wielkimi szklanymi drzwiami z dumnym złotym napisem „Rosie’s”, powitała mnie młoda blondynka.

– Dzień dobry. W czym mogę pomóc? – spytała z uśmiechem.

– Jestem z kimś umówiona – odparłam i zlustrowałam salę jadalną.

– Oczywiście. Poproszę o nazwisko osoby, z którą ma się pani spotkać.

Namierzyłam okrągły stolik, przy którym siedziało dwóch młodych mężczyzn. Idealnie! Nie zrobią afery, kiedy wpakuję im się w środek spotkania.

– Nie trzeba, już ich widzę. – Uśmiechnęłam się i odeszłam.

– Proszę pani, chwileczkę! – Ruszyła za mną.

Gdy podeszłam do stolika, dwóch przystojniaków przerwało rozmowę i podniosło na mnie wzrok.

– Strasznie przepraszam za spóźnienie. – Pocałowałam w policzek tego z doskonale uczesanymi czarnymi włosami i zabrałam się do witania z jego kolegą o włosach brązowych i kręconych. Patrzyli ze zdumieniem, gdy zasiadałam naprzeciwko nich. – Są straszne korki. – Machnęłam ręką gdzieś w powietrzu.

– Tak… – odpowiedział niepewnie czarnowłosy.

– Przepraszam, czy czekali panowie na tę panią? – spytała pracownica restauracji.

Czarnowłosy spojrzał na mnie, a kąciki moich ust uniosły się w łobuzerskim uśmiechu.

– Tak. Tak, oczywiście – zareagował ten kręcony i uśmiechnął się szeroko. – Po prostu nie byliśmy pewni, czy uda jej się dotrzeć. – To powiedziawszy, mrugnął do mnie.

Kobieta wręczyła mi menu i wróciła na swoje stanowisko, gdzie czekała grupka ludzi, którzy weszli za mną.

– Cześć – uśmiechnęłam się i wyciągnęłam rękę. – Laurel Holloway.

Czarnowłosy delikatnie podał mi rękę.

– Dean Howell. A to Brett Sommers.

– Miło was poznać. Bardzo przepraszam, że się wpakowałam w wasze spotkanie, ale musiałam się tu dzisiaj dostać, a wszystko jest zarezerwowane.

– Zawsze atakujesz cudze stoliki, gdy nie możesz zdobyć rezerwacji? – spytał ze złośliwym uśmieszkiem Brett.

– Nie. To mój pierwszy raz, a wy wyglądaliście na dwóch miłych młodzieńców, którzy nie będą mieli nic przeciwko.

– Słusznie. Nigdy nie odmówimy towarzystwa pięknej kobiety – odparł Dean z uśmiechem.

– Wasze żony pewnie nie byłyby zadowolone? – Zerknęłam na ich palce i wypatrzyłam złote obrączki.

– Podać coś do picia? – spytała kelnerka, która właśnie się pojawiła.

– Martini z dwiema oliwkami.

– Oczywiście. – Z uśmiechem przyjęła zamówienie.

– Świetny wybór. – Dean mrugnął do mnie.

– No dobra, chłopaki, czas zdradzić małą tajemnicę. Jestem dziennikarką, pracuję w „Seattle Times” i chciałabym przeprowadzić wywiad z właścicielem tej restauracji.

– Nie byłoby prościej zadzwonić? – zdziwił się Brett.

– Dzwoniłam. Ale odmówił. Dlatego wylądowałam tutaj.

– Czyli nas wykorzystujesz? – Dean udawał, że jest wstrząśnięty.

– Zdaje się, że tak. Chyba nie sądziliście, że przyszłam namawiać was do seksu? – Uniosłam wymownie brew.

Kelnerka powróciła z moim martini.

– Mogę już przyjąć zamówienie?

– Poproszę czawyczę w chlebowej panierce i sałatkę z grzybów. – Oddałam jej menu – No więc? – Przechyliłam głowę, patrząc na Deana i Bretta. – Nie odpowiedzieliście.

Obydwaj odchrząknęli, jakby nie byli pewni, co powiedzieć.

– Nie, oczywiście, że nie. – Brett zachichotał. – Jesteśmy szczęśliwymi mężami. Nigdy byśmy czegoś takiego nie zrobili.

– Tak właśnie myślałam. – Upiłam trochę martini. – Kończcie spokojnie rozmowę. Nie przejmujcie się mną. Posiedzę tu i zajmę się swoimi sprawami.

Rozejrzałam się po restauracji i nie mogłam nie zauważyć, z jakim smakiem została urządzona. Obite skórą dwuosobowe boksy ciągnęły się wzdłuż ściany, a dla zapewniania całkowitej prywatności rozdzielono je płytami z czereśniowego drewna. Resztę przestrzeni zajmowały okrągłe stoliki i krzesła obite kremową skórą. Stoły nakryte były białym lnem i ozdobione bieżnikami w odcieniu burgundu. Wreszcie, po jakichś czterdziestu pięciu minutach, dostałam swoje danie.

– Smacznego. – Kelnerka postawiła przede mną talerz.

Brett i Dean skończyli swoje drinki i wstali.

– Miło było cię poznać – oznajmił Brett i uśmiechnął się.

– Zdecydowanie tak – dodał Dean. – Powodzenia z wywiadem.

– Bardzo wam dziękuję i przepraszam, że przeszkodziłam.

– Nic się nie stało. Dobrze się bawiliśmy. – Dean jeszcze raz się uśmiechnął i wyszli.

Spróbowałam ryby i poczułam w ustach zniewalający smak. Pyszna! Najlepsza czawycza, jaką jadłam.

– Wszystko w porządku? – spytała kelnerka.

– Czy mogłabym spytać, kto dziś kieruje kuchnią?

– Pan Pines. Coś nie w porządku?

– Ryba jest bardzo sucha. Nie podoba mi się to – skłamałam. – Chciałabym porozmawiać z kucharzem. To ekskluzywna restauracja, naprawdę liczyłam, że potraficie zrobić soczystą rybę.

– Bardzo panią przepraszamy. Porozmawiam z kucharzem i przyniosę drugą porcję.

– Chciałabym z nim porozmawiać sama. Proszę mu przekazać, że klientka jest bardzo niezadowolona z posiłku.

– Oczywiście. Za chwilkę wrócę. – Zabrała mój talerz i odeszła.

Cholera. Byłam głodna i marzyłam o dokończeniu tej boskiej ryby, ale niestety, nie tym razem.

– Jennifer przekazała, że coś jest nie w porządku z rybą, którą przygotowałem – powiedział nieznośnie przystojny mężczyzna. Miał jakieś sto osiemdziesiąt osiem centymetrów wzrostu, brązowe włosy, przeszywające niebieskie oczy i muskularne ramiona.

– Tak. Jest sucha.

– Niemożliwe. – Przechylił głowę i uśmiechnął się.

– Nie niemożliwe. – Podniosłam palec. – Chciałabym rozmawiać z właścicielem lokalu. Jestem klientką, a klient ma zawsze rację. – Zmrużyłam złowrogo oczy.

– Ja jestem właścicielem i ma pani słuszność, klient ma zawsze rację. Przygotuję drugą porcję.

– Zgodzę się pod warunkiem, że sam ją pan przyniesie – uśmiechnęłam się ironicznie.

– Jestem bardzo zajęty. Proszę się rozejrzeć, sala jest pełna.

– Widzę, ale jeśli zależy panu na zadowolonych gościach…

– Zobaczę, co się da zrobić. A tak przy okazji, z kim mam przyjemność?

– Laurel. – Wyciągnęłam rękę.

– Craig Pines. Miło panią poznać. – Uścisnął mi dłoń.

Kiedy się oddalał, obserwowałam jego apetyczny tyłek w czarnych obcisłych spodniach. Cholera. Kosmate myśli zaczęły się roić w mojej głowie szybciej niż króliki. Mniej więcej kwadrans później Craig postawił przede mną drugą porcję.

– Mam nadzieję, że tym razem spełni pani oczekiwania. – Uśmiechnął się lekko.

Podniosłam widelec, nabiłam kawałek mięsa i skosztowałam.

– Idealna. Dziękuję.

– Bardzo się cieszę. A teraz muszę przeprosić, ale inne zamówienia czekają…

– Craig? – zawołałam, gdy zaczął się oddalać. – Może napijemy się drinka, jak skończysz pracę?

Odwrócił się i popatrzył na mnie.

– Wiem, kim pani jest i nie udzielę pani wywiadu. – Uśmiechnął się triumfująco i wrócił do kuchni.

Szlag! Zagryzłam dolną wargę. Musiałam zmienić plany. Sprawdziłam godzinę w komórce. Dwudziesta pierwsza. Za dwie godziny zamykają. Zjadłam deser, tak pyszny, że aż nie z tego świata, zapłaciłam rachunek i poszłam do baru, gdzie zamierzałam zostać, aż mnie wyrzucą. Tak czy inaczej, ale porozmawiam z nim.

– Zamykamy, Laurel – poinformował barman Barney.

– No i? – Uniosłam brwi.

– Musisz wyjść.

– Wyjdę, jak dokończę drinka – burknęłam.

– Bujasz się z nim od godziny. Nie powinnaś być gdzie indziej? Nie masz jakichś przyjaciół?

– Mam przyjaciół, ale tak się składa, że w Seattle.

– Pani wciąż tutaj. – Craig usiadł obok mnie przy barze.

– Wciąż – przyznałam. – Kończę drinka i wychodzę.

– Świetnie. Życzę dobrej nocy. – Wstał i wyszedł.

Westchnęłam i dopiłam maritni.

– Hej! – Barney nachylił się do mnie nad barem. – Nie wiesz tego ode mnie, ale codziennie o siódmej rano surfuje przy Venice Beach.

– Surfuje?! – Ze zdumienia wytrzeszczyłam oczy.

– Tak.

– Dzięki.

– A teraz zjeżdżaj, żebym mógł iść do domu – pogonił mnie z uśmiechem.

Rozdział 3

Brzęczenie budzika wyrwało mnie z głębokiego snu. Sięgnęłam po telefon, wyłączyłam alarm i przeciągnęłam się w wygodnym łóżku. Gdy zebrałam dość energii, żeby wstać, włożyłam szorty i koszulkę na ramiączkach, a włosy spięłam w kucyk. Wsunęłam stopy w sandałki i wyszłam przed hotel, gdzie czekał już samochód Ubera.

– Dokąd jedziemy? – spytał kierowca.

– Poproszę na Venice Beach.

Przed wejściem na plażę zdjęłam buty i dalej niosłam je w ręce. Na cudownie niebieskim oceanie wypatrzyłam kilku surferów. Skąd do cholery miałam wiedzieć, który to Pines? Nie było szans, więc usiadłam na piasku, rozkoszowałam się ciepłym wiatrem i obserwowałam, jak próbują ujeżdżać grzbiety fal. Niektórzy byli naprawdę nieźli, innym nie szło za dobrze. Chłonęłam poranny spokój, gdy zadzwoniła moja komórka. To George.

– Dzień dobry!

– Cześć, słoneczko. Chyba cię nie obudziłem?

– Skąd! Siedzę właśnie na Venice Beach.

– Co? A co tam robisz?

– Pan Pines gdzieś tu surfuje. Odmówił mi wczoraj wywiadu, więc musiałam opracować inny plan zwrócenia jego uwagi.

– I postanowiłaś go śledzić?

– Coś w tym stylu. Przeprowadzę ten wywiad, czy mu się to podoba, czy nie.

– Zuch dziewczyna! Powodzenia, ja muszę lecieć. Chciałem tylko sprawdzić, co u ciebie. Przed wyjściem do biura jem lunch z Veronicą.

– Pozdrów ją.

– Jasne. Uważaj na siebie.

– Odezwę się niedługo.

Veronica była nową dziewczyna George’a. Spotykali się od kilku miesięcy i bardzo ją lubiłam. Była fajniejsza niż poprzednie. Tak się złożyło, że jej najlepszym przyjacielem był facet, więc rozumiała naszą relację. Pozostałe tego nie czuły, a George’a zrażały ich kompleksy. Odłożyłam telefon i podniosłam wzrok, żeby zobaczyć zmierzającego ku mnie Craiga. Niósł pod pachą deskę.

– Panna Holloway?

– Pan Pines! Cóż za przypadek! Dzień dobry – uśmiechnęłam się.

– Co pani tu robi?

– Rozkoszuję się porankiem na plaży. A pan?

Spojrzał na deskę, a potem na mnie.

– Jasne – parsknęłam śmiechem. – Nie wiedziałam, że pan surfuje.

– A skąd miała pani wiedzieć? – Przechylił głowę.

– Znikąd.

– To przypadek, że się tu spotkaliśmy?

– Czy coś pan insynuuje? – Postanowiłam wstać.

– Po prostu wydaje mi się dziwne, że znalazła się pani tutaj akurat o tej porze.

– Naprawdę? Nie wolno mi siedzieć na publicznej plaży, bo pan tu jest? – zaatakowałam.

– Jeśli przyszła pani posiedzieć na plaży, nie ma sprawy. Ale jeśli jest tu pani ze względu na mnie, to nie w porządku.

Podniosłam rękę i zaczęłam się oddalać.

– Nie wiedziałam, że to pana plaża. Znajdę sobie inną. – Oddaliłam się niby rozwścieczona, ale cały czas się uśmiechałam.

– Jest pani głodna? – krzyknął za mną.

Zatrzymałam się i odwróciłam.

– A co?

– Na molo jest knajpka, w której podają pyszne śniadania. Właśnie się tam wybieram, gdyby pani miała ochotę.

– Na pewno? Nie chciałabym panu psuć dalszej części dnia.

– Daj spokój, Laurel. Nie psujesz mi dnia i gdybym nie chciał twojego towarzystwa, to bym cię nie zapraszał.

Uśmiechnęłam się do siebie w duchu i pomyślałam, że będę miała ten wywiad.

– Bardzo chętnie się przyłączę. Dziękuję.

Poszliśmy najpierw do jego samochodu, żeby mógł się przebrać. Gdy zdjął piankę, moje jajniki lekko zadymiły. Był umięśniony wszędzie tam, gdzie trzeba. Musiałam bardzo nad sobą panować, żeby nie wyciągnąć ręki i go nie dotknąć. W knajpce usiedliśmy przy oknie wychodzącym na plażę.

– Opowiedz o sobie – poprosił znad kawy.

– Wychowałam się w Bostonie. Mam brata i siostrę – odpowiedziałam.

– I?

– To właściwie wszystko. Jak już wiesz, pracuję dla „Seattle Times”.

– Czemu akurat Seattle?

– Bo jest daleko od domu. – Objęłam dłońmi białą filiżankę.

– Ach. – Pokiwał lekko głową. – Czyli nie jesteście zżytą rodziną?

– Niespecjalnie. Moja matka zrzędzi, pije i bzyka się z chłopakiem od basenu, a ojciec jest pracoholikiem, który lubi posuwać wszystko, co ma pochwę.

– Nie wiem, co odpowiedzieć.

– Nie dziwię się. Też bym nie wiedziała.

Podeszła kelnerka, zostawiła zamówienia i dolała nam kawy.

– Jak to się stało, że otworzyłeś restaurację? – spytałam od niechcenia.

Zmrużył oczy i włożył do ust porcję jajecznicy.

– To już wywiad?

– Nie. Ale opowiedziałam ci o sobie, więc oczekuję wzajemności.

Westchnął.

– Niestety, chociaż chciałbym odpowiedzieć, obawiam się, że nie mogę.

– Dlaczego?

– Bo to się znajdzie w tekście.

– Ludzie chcą cię poznać. Jesteś gwiazdą. Powinieneś być dumny z tego, co osiągnąłeś w tak młodym wieku. A przede wszystkim kobiety chcą wiedzieć, dlaczego żadna cię jeszcze nie usidliła.

– To nie ich sprawa.

Patrzyłam, jak odwraca wzrok. Byłam niezła w interpretowaniu zachowań i czułam, że coś ukrywa. Może jest gejem? Tak, pewnie jest gejem i nie chce, żeby ktokolwiek o tym wiedział. Ale nie musiał aż tak na mnie naskakiwać.

– Przepraszam, nie chciałam…

– Nie przepraszaj. To ja przepraszam za mój ton. Po prostu moje życie prywatne jest prywatne i tak pozostanie.

– No dobrze. A co powiesz na to: dzień albo tydzień z życia Craiga Pinesa. Będę chodziła za tobą jak cień i zobaczę, jak wygląda twoje życie. Za kulisami restauracji, coś w tym stylu. Czytelnicy podejrzą twoje życie, ale bez prywatnych spraw. Dla restauracji będzie to reklama super. Oczywiście, nie żebyś jej potrzebował. A poza tym może taki tekst pomoże komuś, kto też chciałby założyć knajpę.

– Bez spraw prywatnych?

– Tylko zawodowe. Zgoda? – Wyciągnęłam do niego rękę.

– Zgoda. – Uśmiechnął się lekko i uścisnął mi dłoń.

– Za początek nowej przyjaźni. – Uniosłam filiżankę z kawą.

– Tak! – Uśmiechnął się szeroko.

Rozdział 4

Gdzie się zatrzymałaś? – spytał Craig, gdy wsiadaliśmy do jego auta.

– W Four Seasons.

– Naprzeciwko mojej restauracji?

– Tak.

– Muszę się przebrać, więc najpierw zajedziemy do mnie, a potem podrzucę cię do hotelu.

– Zapraszasz mnie do domu? – uśmiechnęłam się.

– Na to wygląda. Chyba że nie chcesz.

– Bardzo chcę.

Przejechaliśmy zaledwie półtora kilometra i skręcił do mariny Del Rey.

– Będziemy gdzieś płynąć?

– Nie. Tutaj mieszkam – odpowiedział z uśmiechem.

– Co? – ze zdziwieniem uniosłam brwi.

– Mieszkam na łodzi.

– Bez jaj! – Lekko trzepnęłam go w ramię, a on się roześmiał.

Zaparkował, a potem zaprowadził mnie do dwudziestometrowego jachtu.

– Witaj w moim domu. – Uśmiechnął się, wyciągnął rękę i pomógł mi wejść na pokład.

Poszedł do sypialni się przebrać, a ja się rozglądałam i podziwiałam piękne wnętrze. Ciemne drewno czereśniowe olśniewało. Kuchnia okazała się całkiem spora, z czereśniowymi szafkami, blatami z czarnego granitu i akcentami złota tu i tam. W salonie stała beżowa kanapa, prostokątny stolik do kawy i dwa fotele od kompletu, a nad kominkiem wisiał wielki telewizor. Było wygodnie i przytulnie. Mogłabym się tu zadomowić.

– I jak? – spytał Craig, gdy powrócił do części dziennej.

– Rewelacja. Nigdy nie znałam nikogo, kto by mieszkał na łodzi.

– Chcesz zobaczyć resztę?

– Bardzo chętnie! Na pewno kobiety, które tu przyprowadzasz, są zachwycone.

– Nie przyprowadzam tu kobiet.

– No to faceci. – Zagryzłam wargę.

– Słucham? – zmrużył oczy. – Myślisz, że jestem gejem?

– Nie. – Szybko się odwróciłam i zaczęłam rozglądać po łazience.

– Właśnie, że myślisz. To chcesz ze mnie wyciągnąć…

– Nie. Naprawdę nie. Przepraszam. – To mówiąc, popatrzyłam na niego.