Wydawca: Czerwone i Czarne Kategoria: Humanistyka Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 496 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Instytut. Osobista historia IPN - Antoni Dudek

W swojej nowej książce prof. Antoni Dudek, historyk dziejów najnowszych, przedstawia własną interpretacje dziejów Instytutu Pamięci Narodowej, którego działalność wzbudza wiele kontrowersji od samego początku powstania. Jako osoba z wewnątrz tej instytucji weryfikuje nieprawdziwe oskarżenia kierowane przeciwko niej, ale tez jasno i otwarcie przybliża szczegóły jej działalności w newralgicznych momentach politycznych ostatnich lat.

Opinie o ebooku Instytut. Osobista historia IPN - Antoni Dudek

Cytaty z ebooka Instytut. Osobista historia IPN - Antoni Dudek

Większość Polaków poddana bezwzględnej kuracji, która przeszła do historii jako plan Balcerowicza, marzyła o jak najszybszym zakończeniu bolesnych reform oraz ograniczeniu roli bijących rekordy kłótliwości polityków z partii postsolidarnościowych.
Każdy, kto ma bodaj elementarne pojęcie o tym, jak funkcjonuje każda policja (z polityczną na czele), zdaje sobie sprawę, jak ważnym warunkiem jej skuteczności jest dobrze zorganizowane, bogate archiwum operacyjne. Skoro zaś UOP zbudowano w ponad dziewięćdziesięciu procentach na bazie SB, a WSI w stu procentach w oparciu o WSW i Zarząd II Sztabu Generalnego, to jak można było wymagać od tworzących go ludzi, by zrezygnowali z podstawowego narzędzia pracy? Gdyby jeszcze dyktatura komunistyczna trwała w Polsce tyle co rządy czarnych pułkowników w Grecji, strata byłaby możliwa do przeżycia. Jednak zniszczenie tworzonych przez czterdzieści pięć lat archiwów UB/SB i służb wojskowych byłoby działaniem porównywalnym z pozbawieniem wzroku kandydata na kierowcę nowych władz RP. Dlatego właśnie – jak się później okazało na szczęście dla kilku pokoleń historyków oraz kondycji polskiej demokracji – pewna część archiwów bezpieki przetrwała okres narodzin III RP.

Fragment ebooka Instytut. Osobista historia IPN - Antoni Dudek

Spis treści
Okładka
Skrzydełko
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Epigraf
Wstęp
Rozdział I. Geneza
Rozdział II. Narodziny
Rozdział III. Kieres i „kieresmeni”
Rozdział IV. Teczkowy labirynt
Rozdział V. Przywracanie pamięci
Rozdział VI. Godzina zero
Rozdział VII. Zwycięstwo Kurtyki
Rozdział VIII. Przyspieszenie
Rozdział IX. Zderzenie czołowe
Zakończenie
Wykaz skrótów
Indeks nazwisk
Wkładka (fotografie)
Skrzydełko
Okładka

Copyright © Antoni Dudek, Czerwone i Czarne

Projekt graficzny FRYCZ I WICHA

Zdjęcie na tylnej okładce: Bartłomiej Molga

Redakcja Przemysław Skrzydelski

Skład Tomasz Erbel

Wydawca Czerwone i Czarne sp. z o.o. Rynek Starego Miasta 5/7 m.5 00-272 Warszawa

Druk i oprawa Drukarnia Colonel ul. Jana Henryka Dąbrowskiego 16 30-532 Kraków

Wyłączny dystrybutor Firma Księgarska Jacek Olesiejuk sp. z o.o. ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki

ISBN 978-83-7700-089-2

Przeraża mnie, że ponad piętnaście lat po upadku komunizmu teczki są wciąż w polskiej polityce tematem zapalnym. Od dawna uważam, iż Polska powinna była wcześniej stworzyć precyzyjnie zarządzany system indywidualnego dostępu do akt tajnej policji, regulowany przez starannie opracowane przepisy prawne i kierowany przez niezależną instytucję. Procedura taka ma prowadzić nie do tego, by społeczeństwo przez kolejne dziesiątki lat było pochłonięte i dręczone roztrząsaniem trującej zawartości teczek. Cel jest wręcz przeciwny: chodzi o to, by można było zamknąć ten nieszczęśliwy rozdział historii i pójść naprzód. Otwarcie teczek jest – paradoksalnie – najlepszym sposobem na ich zamknięcie.

Timothy Garton Ash, Postscriptum do drugiego wydania książki „Teczka. Historia osobista”, Kraków 2006

Wstęp

Była sobota, 10 kwietnia 2010 r. Kwadrans przed dziewiątą rano wsiadłem do samochodu i pojechałem do studia TVN24, gdzie razem z Władimirem Kiriyanovem, rosyjskim dziennikarzem pracującym w Warszawie, miałem komentować przebieg uroczystości na cmentarzu polskich oficerów w Katyniu. Myśl o spotkaniu z Kiriyanovem budziła we mnie sprzeczne uczucia. Lubię się spierać, nawet ostro, pod warunkiem, że dyskusja prowadzi do bodaj niewielkiego zbliżenia stanowisk. Wiedziałem, że z tym dziennikarzem nie będzie to proste. Kilka miesięcy wcześniej, w tym samym studiu, zaskoczył mnie stwierdzeniem: „Wy tu w Polsce błędnie uważacie, że II wojna światowa wybuchła 1 września 1939 r. A przecież to nieprawda, ona toczyła się już wcześniej, w Azji Wschodniej i Afryce”. Jeszcze ciekawszej rzeczy dowiedziałem się wtedy od Kiriyanova już po zejściu z wizji: „Twierdzicie, że wśród polskich historyków jest pluralizm poglądów. A to nieprawda. Wszyscy mówią to samo, na przykład na temat Katynia. U nas zdania są podzielone: jedni mówią, że polskich oficerów zabili Rosjanie, a inni, że jednak Niemcy. A u was co? Wszyscy jednomyślni!”.

Jadąc do siedziby TVN, byłem ciekaw, czy po spotkaniu Władimira Putina i Donalda Tuska w Katyniu 7 kwietnia Kiriyanov choć trochę zmienił zdanie. Po przyjeździe do studia młoda sympatyczna dziewczyna, która wprowadziła mnie do pokoju dla gości, powiedziała, że samolot z prezydentem Lechem Kaczyńskim na pokładzie ma spóźnienie i godzina rozpoczęcia uroczystości ulegnie przesunięciu. Zacząłem więc rozmowę z czekającym już Kiriyanovem, ale po chwili ta sama dziewczyna (później dowiedziałem się, że była to Paulina Tamulewicz) powiedziała, że samolot miał awarię i doszło do wypadku. Dodała też, że na pokładzie poza parą prezydencką byli prezesi Narodowego Banku Polskiego Sławomir Skrzypek i Instytutu Pamięci Narodowej Janusz Kurtyka. Zdążyłem jeszcze zadzwonić z tą wiadomością do żony, która pracuje w banku centralnym, a potem weszliśmy do studia, gdzie siedział już Wojciech Olejniczak. Program prowadził Jarosław Kuźniar, później dołączyła do niego Beata Tadla.

Zaczęło się najgorsze pół godziny, jakie w swoim życiu spędziłem na wizji. Uczestniczyłem w wielu programach na żywo, nawet takich, w których temperatura sporu ocierała się o agresję fizyczną. Jednak tamtych upiornych minut nie zapomnę do końca życia, tak jak i późniejszej wizyty na warszawskim Torwarze, gdzie w prowizorycznej kaplicy umieszczono trumny z ciałami większości ofiar katastrofy smoleńskiej.

Kuźniar i Tadla podawali kolejne napływające informacje. Najpierw o tym, jakim właściwie samolotem leciał prezydent, bo początkowo była mowa o jaku-40, w co – jak się okazało, słusznie – powątpiewał Olejniczak. Dopiero później okazało się, że lecieli nim dziennikarze, którym z dużymi trudnościami udało się jednak pod Smoleńskiem wylądować. Kiedy nadeszła wiadomość, że katastrofie uległ TU-154M, zaczęło się nerwowe odtwarzanie listy pasażerów, bowiem przez dłuższy czas nie było nawet wiadomo, ile osób znajdowało się na pokładzie.

Padały kolejne nazwiska, a do mnie powoli docierał fakt, że doszło do największej hekatomby polskiej klasy politycznej w naszej powojennej historii. W pewnej chwili Olejniczak, nie mogąc powstrzymać łez, wyszedł z pola widzenia kamer. Kiriyanov siedział z kamienną twarzą i opowiadał o tym, że lotnisko w Smoleńsku jest nowoczesne, a rosnący tuż przy nim las nie przeszkadza lądującym samolotom. Złożył wyrazy współczucia Polakom, ale równocześnie dał do zrozumienia, że przyczyną katastrofy były stary odrzutowiec i błąd pilotów. Ja wciąż miałem nadzieję, że być może ktoś przeżył, bo pojawiła się informacja – jej pochodzenia, o ile wiem, do dziś nie udało się ustalić – że trzy osoby w stanie ciężkim odwieziono do szpitala.

Wracając z telewizji, pomyślałem o Instytucie. Tego dnia dojrzewająca we mnie od dawna myśl, by napisać historię IPN, padła na podatny grunt. Kilkanaście dni wcześniej parlament uchwalił kolejną nowelizację ustawy o IPN. Nowelizację, której głównym celem było osłabienie pozycji jego prezesa na rzecz dziewięcioosobowej rady mającej stanowić emanację środowiska akademickiego. Janusz Kurtyka liczył jeszcze, że prezydent Lech Kaczyński zaskarży tę nowelizację do Trybunału Konstytucyjnego, a ten uchyli ją przed końcem pięcioletniej kadencji prezesa, upływającej w grudniu 2010 r. 10 kwietnia obaj zginęli, podobnie jak inicjator nowelizacji, poseł PO Arkadiusz Rybicki, a także kilka innych osób, które jak Janusz Krupski, Andrzej Przewoźnik, Maciej Płażyński czy Janusz Kochanowski odegrały w historii IPN pewną rolę. Bronisław Komorowski jako marszałek Sejmu pełniący obowiązki prezydenta podpisał ustawę nowelizującą. W burzliwej historii IPN rozpoczął się nowy etap. Etap, który w chwili gdy piszę te słowa, wciąż się nie zakończył. Gdy myślę o tym, jak go najkrócej określić, pamiętając o stylu rządów Kurtyki, do głowy przychodzi mi tylko jedno słowo: bezkrólewie. Ten najgorszy w historii Instytutu okres ma jednak i swoją dobrą stronę. Można na chwilę się zatrzymać i spojrzeć wstecz na poprzednie dziesięć lat, w których IPN zaistniał w świadomości wielu Polaków.

Instytut: Pogardy, Kłamstwa, Pałkarstwa, Pomówień, Plugastwa, Niegodziwości itd., itp. To tylko niektóre z licznych epitetów, jakimi określano instytucję, w której przyszło mi przepracować minioną dekadę. Bodaj żaden inny urząd w III Rzeczypospolitej nie wzbudził tak wielu negatywnych emocji. I chyba o żadnym innym nie mówiono równocześnie, że to najbardziej udana instytucja w III Rzeczypospolitej. Nie podzielam żadnego z tych poglądów, choć nie ulega dla mnie wątpliwości, że ogólny bilans pierwszej dekady działalności IPN jest pozytywny. Jednak nie ważyłem w tej książce racji aptekarską wagą ani tym bardziej nie wstrzymywałem się od subiektywnych ocen. To historia jak najbardziej osobista. Nie jest to też praca aspirująca do całościowego opisu dziejów Instytutu, a jedynie tych wątków, które wydały mi się najbardziej interesujące dla czytelników. Tych czytelników, którzy sami nie mieli nigdy możliwości zajrzenia za kulisy IPN, byli natomiast bombardowani informacjami przedstawiającymi go jako rodzaj sekty wyznawców lustracyjnej religii czy też funkcjonariuszy partyjnej policji historycznej. Niechaj zatem koleżanki i koledzy z IPN – zarówno obecni, jak i byli – którym dedykuję tę pracę, wybaczą mi liczne braki w opisie ważnych postaci, wydarzeń i działań. Jestem ich świadom, ale mam też przekonanie, że taką całościową monografię Instytutu powinien w przyszłości nakreślić ktoś, kto nie miał z nim nigdy nic wspólnego, ale też nie jest doń z góry uprzedzony.

„Instytut” nie jest klasyczną książką wspomnieniową, bowiem pisząc ją, poza własną pamięcią obficie posługiwałem się informacjami zaczerpniętymi z prasy oraz dokumentów, a także relacjami niektórych uczestników wydarzeń, w tym również i takich, którzy chcieli zachować anonimowość. Dziękuję im wszystkim, jak też osobom, które znalazły czas, by zapoznać się z pierwotną wersją tej książki i podzielić się ze mną swoimi uwagami. Niektórzy ludzie, którym mówiłem, iż piszę tę książkę, wyrażali wątpliwość, czy jest to zachowanie lojalne wobec Instytutu oraz osób, z którymi przyszło mi w nim pracować. Muszę przyznać, że zdecydowanie nie podzielam ich punktu widzenia. Jestem bowiem zdania, iż każdy, kto uważa, że uczestniczył w czymś istotnym z punktu widzenia wspólnoty, do której należy, ma prawo – w tej czy innej formie – zdać relację z tego, co i jak robił. Wybrałem w tym celu konwencję, która wykracza poza suche, urzędnicze sprawozdanie. Czas pokaże, czy zrobiłem dobrze.

Warszawa, kwiecień 2011 r.

Rozdział I.

Wybierzmy przyszłość. Nic lepiej nie oddawało ducha wyraźnie odczuwalnego w Polsce ostatniej dekady XX wieku niż hasło, z którym Aleksander Kwaśniewski pokonał Lecha Wałęsę w wyborach prezydenckich w 1995 r. To nie był tylko triumf młodego, przebojowego polityka nad legendarnym przywódcą „Solidarności”, który pogubił się w roli prezydenta. To była symboliczna – i kolejna po przegranych w 1993 r. wyborach parlamentarnych – porażka całego dawnego obozu solidarnościowego. Jednak niezależnie od oczywistych błędów popełnionych wówczas przez Wałęsę i cały zastęp postsolidarnościowych polityków, które złożyły się najpierw na sukces Sojuszu Lewicy Demokratycznej, a następnie samego Kwaśniewskiego, rezultaty wyborów wyrażały nastrój dominującej części społeczeństwa. Większość Polaków poddana bezwzględnej kuracji, która przeszła do historii jako plan Balcerowicza, marzyła o jak najszybszym zakończeniu bolesnych reform oraz ograniczeniu roli bijących rekordy kłótliwości polityków z partii postsolidarnościowych. Dlatego też nie chciała rozdrapywania ran z nieodległej przecież przeszłości, obawiając się, że stanie się to paliwem podsycającym temperaturę bieżącej walki politycznej.

Niechęć do stawienia czoła bolesnej przeszłości nie była niczym wyjątkowym. Wręcz przeciwnie, występowała w wielu społeczeństwach, które przeszły przez okres dyktatury. Była widoczna zarówno w RFN w latach pięćdziesiątych, jak i w postfrankistowskiej Hiszpanii w latach osiemdziesiątych. Faza swoistego wyparcia, po części wymuszonego okolicznościami upadku dyktatury, po części zaś chęcią zapomnienia o traumatycznych doświadczeniach, trwa zwykle dziesięć, czasem nawet dwadzieścia lat. Nie daje się jej jednak zupełnie wyeliminować ze świadomości społecznej. Czasem nie pozwalają na to ofiary dyktatury i ich rodziny, czasem zaś młode pokolenie, które dorastając, zaczyna się krytycznie przyglądać życiu swoich rodziców i dziadków. Niekiedy też o tej przeszłości starają się przypominać politycy, którzy za pomocą broni historycznej próbują zmienić teraźniejszość. Wydaje się, że z takim właśnie przypadkiem mieliśmy i wciąż jeszcze mamy do czynienia w Polsce.

Dyktatura komunistyczna nad Wisłą miała po 1956 r. relatywnie łagodny charakter, ale nie można zapominać, że jej fundament został zbudowany na trupach kilkudziesięciu tysięcy ludzi, których zamordowano bądź zamęczono w więzieniach i obozach pracy w okresie tzw. utrwalania władzy ludowej oraz stalinizmu. Liczba ludzi, których system pozbawił wówczas zdrowia, była znacząco wyższa, z pewnością jednak mniejsza od liczby tych, których pozbawiono z przyczyn politycznych szans na zdobycie wykształcenia, pracy czy też awansu. Reżim panujący w Polsce przez cały okres powojenny był też podobnie jak inne w naszej części Europy – systemem z obcego nadania, co wprawdzie po śmierci Stalina starano się maskować, ale przebieg jesieni narodów z 1989 r. jasno pokazał, że z chwilą odejścia Kremla od doktryny Leonida Breżniewa bardzo szybko odrzucono realny socjalizm w całej Europie Środkowej. Odrzucenie to jednak nastąpiło w dużym stopniu za przyzwoleniem moskiewskiej centrali imperium, która nie radząc sobie z wyzwaniami ekonomicznymi, a także wyścigiem zbrojeń narzuconym przez USA rządzone przez Ronalda Reagana, postanowiła zmienić dotychczasowy system kontroli państw satelickich. Proklamowana przez Michaiła Gorbaczowa pierestrojka wyzwoliła oddolne procesy społeczne, których nie dało się już utrzymać pod kontrolą. W rezultacie lokalne elity komunistyczne, próbujące sterować transformacją, traciły dotychczasowy monopol władzy. Zarazem jednak nowe elity, wywodzące się zwykle ze środowisk opozycyjnych, okazały się zbyt słabe, by realnie objąć kontrolą całość systemu społecznego. Powstał stan określany mianem postkomunizmu, w którym przezwyciężona została jedynie część spuścizny ancien régime’u.

W postkomunistycznej rzeczywistości, rozliczeń z epoką dyktatury nie życzyła sobie w szczególności większość polskiej inteligencji, ukształtowana w epoce środkowego i późnego PRL, kiedy masowy terror z czasów stalinowskich zastąpiono subtelnym systemem nagród i kar, w ramach którego można się było przystosować i jakoś spokojnie w istniejącym układzie urządzić. Wprawdzie poczynając od narodzin opozycji demokratycznej, a zwłaszcza od wybuchu rewolucji solidarnościowej w 1980 r., dyktatura komunistyczna była coraz szerzej kontestowana, ale wydarzenia z lat 1986 – 1989 przesądziły, że transformacja ustrojowa nad Wisłą była w większym stopniu dziełem ekipy gen. Wojciecha Jaruzelskiego niż jej oponentów ze strony opozycji. Gdy więc znacząca część tych ostatnich, zgrupowana w obozie zwolenników rządu Tadeusza Mazowieckiego, a później w szeregach Unii Demokratycznej, ogłosiła, że każda próba rozliczania okresu PRL w inny sposób niż przez nich określony będzie polowaniem na czarownice i przejawem jaskiniowego antykomunizmu, stało się jasne, że żadnego zaglądania pod sukno nie będzie. Tym bardziej że pogląd ten w istocie rzeczy podzielał też Lech Wałęsa, który z przyczyn czysto taktycznych głosił w kampanii prezydenckiej w 1990 r. hasło tzw. przyspieszenia. Ostatecznie sprowadziło się ono do wprowadzenia zasady wyłaniania prezydenta w wyborach powszechnych i skrócenia prezydenckiej kadencji Jaruzelskiego.

LUSTRACJA BEZ DEKOMUNIZACJI

Uczestnicy milczącego porozumienia, zakładającego, że sukces transformacji ustrojowej wymaga rezygnacji z głębszego rozliczenia epoki PRL, trafili na podatne nastroje społeczne. Wykazali się jednak brakiem konsekwencji bądź też zaskakującą pewnością siebie. Jeśli bowiem perspektywa rozliczeń nieuchronnie dzielących społeczeństwo miała zostać definitywnie przekreślona, należało zlikwidować ich najważniejsze potencjalne źródło, które tkwiło w aktach bezpieki. Rozumiał to doskonale ostatni komunistyczny minister spraw wewnętrznych gen. Czesław Kiszczak, który w chwili powstania rządu Mazowieckiego (w którym został wicepremierem i pozostał szefem MSW) zaakceptował „spontaniczną” inicjatywę swoich podwładnych, zmierzającą do zniszczenia (lub ukrycia) jak największej części archiwów bezpieki. Rozumiał to też szef Wojskowej Służby Wewnętrznej gen. Edmund Buła, który okazał się nawet odważniejszy od Kiszczaka i osobiście podpisał się pod rozkazem niszczenia dokumentów tej instytucji zajmującej się inwigilacją wojska (i nie tylko wojska). Nie rozumiał tego natomiast premier Mazowiecki, który najwyraźniej uwierzył w możliwość szczelnego zamknięcia tej PRL-owskiej puszki Pandory i w styczniu 1990 r. nakazał wstrzymanie procesu niszczenia dokumentów bezpieki. Wprawdzie papiery niszczono i ukrywano w dalszym ciągu, ale tempo tego procesu znacząco osłabło. Interwencje przełożonych, znakomicie pokazane w filmie „Psy” Władysława Pasikowskiego, sprawiły, że w magazynach utworzonego na bazie Służby Bezpieczeństwa Urzędu Ochrony Państwa, a także w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, ostało się prawie osiemdziesiąt kilometrów akt. Góra papieru blisko dziesięć razy wyższa od Mount Everestu. Dzięki ofiarnej pracy gen. Buły i jego podwładnych z WSW, połączonej wkrótce z wywiadem wojskowym i przemianowanej na Wojskowe Służby Informacyjne (WSI), w zielonych tajnych archiwach zachowało się wprawdzie znacznie mniej teczek, ale i tak było ich sporo. Dobrych kilka kilometrów. W ten sposób zwolennikom rozliczeń, a także wścibskim dziennikarzom oraz historykom dziejów najnowszych pozostawiono mroczny przedmiot pożądania.

Dlaczego ekipa Mazowieckiego, a później Wałęsa nie zdecydowali się na wariant grecki? W tym kraju, po istniejącej w latach 1967 – 1974 prawicowej dyktaturze tzw. czarnych pułkowników, zniszczono niemal wszystkie archiwa tajnej policji politycznej1. W Polsce takie rozwiązanie z pewnością zostałoby poparte przez większość Sejmu kontraktowego, hipotetycznie było zatem możliwe do przeprowadzenia w majestacie prawa aż do jesieni 1991 r. Stało się inaczej, ale nie wynikało to bynajmniej z chęci zapoznania opinii publicznej z najciemniejszymi kartami z dziejów PRL. Przesądził interes staro-nowych służb specjalnych, czyli tych podwładnych Kiszczaka, którzy przeszli pomyślnie proces weryfikacji przeprowadzony w jedwabnych rękawiczkach przez Krzysztofa Kozłowskiego. Każdy, kto ma bodaj elementarne pojęcie o tym, jak funkcjonuje każda policja (z polityczną na czele), zdaje sobie sprawę, jak ważnym warunkiem jej skuteczności jest dobrze zorganizowane, bogate archiwum operacyjne. Skoro zaś UOP zbudowano w ponad dziewięćdziesięciu procentach na bazie SB, a WSI w stu procentach w oparciu o WSW i Zarząd II Sztabu Generalnego, to jak można było wymagać od tworzących go ludzi, by zrezygnowali z podstawowego narzędzia pracy? Gdyby jeszcze dyktatura komunistyczna trwała w Polsce tyle co rządy czarnych pułkowników w Grecji, strata byłaby możliwa do przeżycia. Jednak zniszczenie tworzonych przez czterdzieści pięć lat archiwów UB/SB i służb wojskowych byłoby działaniem porównywalnym z pozbawieniem wzroku kandydata na kierowcę nowych władz RP. Dlatego właśnie – jak się później okazało na szczęście dla kilku pokoleń historyków oraz kondycji polskiej demokracji – pewna część archiwów bezpieki przetrwała okres narodzin III RP.

Przerywając proces niszczenia archiwów, nikt w ukształtowanym w 1989 r. gronie ojców założycieli III Rzeczypospolitej nie zakładał, że zawarte w nich informacje staną się w dającej się przewidzieć przyszłości dostępne dla kogokolwiek poza wąską grupą strażników bezpieczeństwa państwa. Grono to tworzyć mieli obok funkcjonariuszy staro-nowych służb specjalnych wybrani politycy, piastujący niektóre wysokie urzędy państwowe. Szybko jednak okazało się, że nie brakuje też ludzi, którzy inaczej definiowali bezpieczeństwo demokratycznej Polski, uznając, że wymaga ono raczej ujawniania niż ukrywania ocalałych archiwów bezpieki. Z całą pewnością niektórzy z nich dostrzegali w tym wygodne narzędzie eliminacji politycznej konkurencji, bowiem – jak wykazały kolejne lata – byli współpracownicy bezpieki odnajdywali się w niemal wszystkich znaczących ugrupowaniach politycznych III Rzeczypospolitej. Wśród zwolenników ujawnienia akt bezpieki byli też i tacy – w tym piszący te słowa – którzy sądzili po prostu, że mamy do czynienia ze źródłem historycznym o kapitalnym znaczeniu dla badania powojennych dziejów Polski. Tych ostatnich nie interesowała (a przynajmniej znacznie mniej interesowała) lustracja, rozumiana jako mechanizm eliminacji z elity III Rzeczypospolitej ludzi będących osobowymi źródłami informacji bezpieki, ale po prostu otwarcie archiwów. Niestety w sporze, jaki rozgorzał w Polsce wokół akt bezpieki, postulat możliwie szerokiego otwarcia archiwów został utożsamiony z lustracją.

Czy jednak lustracja, którą z różnym powodzeniem próbowano przeprowadzić w III Rzeczypospolitej, miała w ogóle sens w sytuacji, gdy zrezygnowano w niej z przeprowadzenia dekomunizacji, rozumianej jako czasowy zakaz zajmowania stanowisk publicznych przez funkcjonariuszy aparatu PZPR? Wydaje się, że dość ograniczony i sprowadzający się głównie do zniechęcenia części dawnych współpracowników bezpieki do ubiegania się o stanowiska podlegające lustracji. Wprawdzie nie wiemy, jak wielu z nich przestraszyła perspektywa złożenia oświadczenia lustracyjnego, ale nie wydaje się – zważywszy na to, jak wielu innych nie zawahało się tego uczynić – by warto było przez lata ciągnąć ten proces, który zaowocował głównie spektakularną kompromitacją wymiaru sprawiedliwości. Dlaczego jednak, skoro zdołano uchwalić prawo eliminujące z życia publicznego (przynajmniej potencjalnie) człowieka, który ukrył, że przed laty – niekiedy rzeczywiście sterroryzowany i zastraszony – zgodził się współpracować z bezpieką, nie udało się uchwalić przepisów ograniczających czasowo prawa publiczne ludzi z aparatu PZPR, którzy ponosili główną odpowiedzialność za funkcjonowanie dyktatury komunistycznej w Polsce? Wszak od strony czysto technicznej nieporównanie łatwiej można było ustalić, kto był I sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR czy też nawet pracującym w nim instruktorem, aniżeli zidentyfikować większość osobowych źródeł informacji SB czy WSW.

O fiasku tak rozumianej dekomunizacji przesądził ewolucyjny charakter transformacji ustrojowej, w którym pierwszoplanową rolę odegrali ludzie z aparatu PZPR. Ich partnerzy z dominującego nurtu opozycji najpierw obawiali się recydywy ancien régime’u, a później – gdy po rozpadzie ZSRR stało się jasne, że demokratyczne przemiany w Polsce będą miały trwały charakter – uznali, że trzeba dać szansę zaistnienia w nowej rzeczywistości możliwie jak największej części ludzi go współtworzących. Dlatego też wszystkie, pojawiające się w kolejnych parlamentach, inicjatywy zmierzające do personalnej dekomunizacji struktur państwa były błyskawicznie odrzucane.

W grudniu 1991 r., w wybranym dwa miesiące wcześniej Sejmie I kadencji, posłowie Konfederacji Polski Niepodległej zgłosili projekt ustawy o restytucji niepodległości, który przewidywał m.in. weryfikację sędziów, prokuratorów i adwokatów, a także dokonanie przeglądu i unieważnienie części ustaw i innych aktów prawnych wydanych w epoce rządów komunistycznych. Został on odrzucony już w pierwszym czytaniu jako wadliwy prawnie, ale jego przeciwnicy nie zdobyli się na uchwalenie jakiejkolwiek ustawy dekomunizacyjnej i to mimo że w parlamencie – inaczej niż w poprzednim – dominowali przedstawiciele ugrupowań wywodzących się z „Solidarności” i innych formacji opozycyjnych z czasów PRL. Podobny był los projektu Ustawy o dekomunizacji życia publicznego w Polsce, zgłoszonego przez część posłów Akcji Wyborczej Solidarność i Ruchu Odbudowy Polski w czerwcu 1998 r. w Sejmie III kadencji, w którym – po czterech latach dominacji ugrupowań post-PRL-owskich – ponownie przeważali politycy wywodzący się z antykomunistycznej opozycji. Przewidywał on m.in. zakaz pełnienia przez dziesięć lat funkcji publicznych przez funkcjonariuszy aparatu partyjnego do szczebla I sekretarza komitetu gminnego PZPR włącznie. Nie został jednak poparty nawet przez całą AWS, nie mówiąc już o innych siłach politycznych obecnych w parlamencie.

Przez całą dekadę lat dziewięćdziesiątych formalnie niedostępna dla historyków była nawet znacząca część archiwów PZPR. Najpierw dlatego że uznano dostęp do nich za uzależniony od zgody kierownictwa Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej (SdRP), które jak się nietrudno domyślić, nie było szczególnie zainteresowane upowszechnianiem wiedzy o przeszłości swojej poprzedniczki. Później zaś przypomniano sobie o trzydziestoletniej karencji archiwalnej, której przestrzeganie oznaczało, że w pierwszej dekadzie III Rzeczypospolitej udostępniane były stopniowo materiały z lat sześćdziesiątych, natomiast wszystkie wytworzone za czasów Gierka i Jaruzelskiego miały pozostać tajne. Co znamienne, przy takim rozwiązaniu upierali się nawet urzędnicy wywodzący się z dawnej opozycji solidarnościowej, jak nadzorujący archiwa wiceminister edukacji prof. Jerzy Zdrada. Wprawdzie dzięki stopniowej presji historyków, w której organizacji najpoważniejszą rolę odegrał prof. Andrzej Paczkowski i ludzie z jego pracowni w Instytucie Studiów Politycznych PAN, wrota archiwów PZPR otwierały się powoli coraz szerzej, ale przełom nastąpił dopiero w 2000 r. Wtedy to nowy minister kultury i dziedzictwa narodowego Kazimierz M. Ujazdowski, który przejął nadzór nad archiwami państwowymi, wydał zarządzenie wyłączające archiwalia PZPR spod rygorów trzydziestoletniej karencji.

Znacznie silniejszy okazał się opór przed otwarciem archiwów bezpieki, utożsamiony z rozpoczęciem lustracji. Pierwszy strzał w długiej wojnie o prawo Polaków do poznania zawartości dokumentów Służby Bezpieczeństwa padł w ostatnich dniach jej istnienia. W kwietniu 1990 r. poseł wybrany z listy Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” i krótkotrwały prezes Polskiego Stronnictwa Ludowego Roman Bartoszcze zaproponował w trakcie dyskusji sejmowej zbadanie związków niektórych parlamentarzystów Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego z rozwiązywaną właśnie SB. Jego wystąpienie wywołało wówczas gwałtowną replikę przewodniczącego OKP Bronisława Geremka, uznającego wszelkie sugestie na temat byłych agentów w szeregach „Solidarności” za oszczerstwo. Przeciwko lustracji wypowiedział się też powołany niedługo później na miejsce Kiszczaka solidarnościowy minister spraw wewnętrznych Krzysztof Kozłowski, który w 1990 r. stwierdził, że „rzucenie tego materiału na żer opinii publicznej byłoby czymś nieludzkim, dającym tylko pożywkę dla najgorszych instynktów. (…) Gdyby ludzie ci, przez publiczne ujawnienie ich kontaktów z SB, po raz drugi zostali rzuceni na dno, skończyłoby się to falą samobójstw”.

Jednak w okresie, gdy Kozłowski kierował MSW, doszło do co najmniej jednego przypadku wykorzystania zasobów archiwalnych bezpieki do celów politycznych. W grudniu 1990 r. Polska była ogarnięta gorączką pierwszych, powszechnych wyborów prezydenckich, a sensacją stało się wejście do ich drugiej tury Stanisława Tymińskiego, który ku ogólnemu zaskoczeniu pokonał Tadeusza Mazowieckiego. Wkrótce potem prasa poinformowała o tajemniczych pobytach Tymińskiego w Libii, uznawanej wówczas za jeden z głównych ośrodków światowego terroryzmu. Spory rozgłos nadano też wiadomości, że kandydat został przed laty zwolniony z odbywania służby wojskowej dzięki opinii wydanej przez psychiatrę. Po wyborach okazało się, że informacja o pobytach Tymińskiego w Libii była nieprawdziwa, a jej źródłem miała być „pomyłka” komputera w MSW, który rzekomo nie odróżnił Toronto od Trypolisu. Po latach wyszło zaś na jaw, że spora część informacji na temat Tymińskiego pochodziła właśnie z jego teczki w archiwum MSW, dziś znajdującej się w IPN. Wszystko to nie przeszkodziło później Kozłowskiemu ostro krytykować IPN i zarzucać mu m.in. „dokonywanie przecieków” i prowadzenie „dzikiej lustracji”.

Podobny do Kozłowskiego punkt widzenia na sprawę lustracji miał też prezydent Lech Wałęsa i powołany przez niego rząd Jana Krzysztofa Bieleckiego. Nie powstrzymało to jednak ówczesnego szefa UOP Andrzeja Milczanowskiego przed opracowaniem w 1991 r. poufnej listy kandydatów na posłów i senatorów, będących współpracownikami SB. Nie wydaje się, by do jej sporządzenia wykorzystano cokolwiek poza ewidencją operacyjną, o której ograniczonej wartości poznawczej będę jeszcze dalej pisał. Z listą tą, jak wynika z wypowiedzi niektórych polityków, zapoznała się grupa osób sprawujących wówczas najważniejsze funkcje państwowe. Oczywiście bez jakichkolwiek podstaw prawnych. Kiedy jednak 19 lipca 1991 r. Senat uchwalił niewielką większością głosów konieczność sprawdzenia przed wyborami, czy kandydaci na parlamentarzystów byli agentami, projekt ten został szybko pogrzebany, a ówczesny minister spraw wewnętrznych Henryk Majewski oświadczył, że lustracja „destabilizowałaby politycznie państwo polskie”. Ten sam minister podjął też decyzję o utajnieniu fragmentów przygotowanego dla tzw. komisji Rokity (badającej przypadki morderstw z przyczyn politycznych w schyłkowym okresie PRL) raportu o działających w ramach SB komórkach „D”, zajmujących się zwalczaniem Kościoła katolickiego. Uczynił tak, ponieważ wielu wymienionych w raporcie z nazwiska członków tych grup pracowało wówczas w UOP.

Przygotowania do przeprowadzenia lustracji podjął dopiero na początku 1992 r. Antoni Macierewicz, minister spraw wewnętrznych w rządzie Jana Olszewskiego. Jednak utworzony przez niego w MSW Wydział Studiów skoncentrował się na dokonywaniu sprawdzeń, natomiast znacznie wolniej przebiegało przygotowywanie projektu ustawy dekomunizacyjno-lustracyjnej, którego rząd Olszewskiego nigdy nie złożył do laski marszałkowskiej. Inna rzecz, czy w silnie rozbitym Sejmie I kadencji możliwe było zdobycie większości wystarczającej dla przyjęcia takiej ustawy? Wydaje się to mało prawdopodobne, choć rząd Olszewskiego nie podjął próby sprawdzenia tej możliwości. Ostatecznie skończyło się na przyjęciu – przez zaskoczenie i przy niskiej frekwencji posłów centrolewicy – uchwały lustracyjnej zgłoszonej przez Janusza Korwin-Mikkego. Była ona na tyle ogólnikowo sformułowana, że bardzo łatwo było ją zdezawuować, co też wkrótce uczynił Trybunał Konstytucyjny, uznając jej niezgodność z prawem. Zanim to jednak nastąpiło, doszło do takiego jej wykonania, które doprowadziło do pamiętnego kryzysu 4 czerwca i obalenia mniejszościowego rządu Olszewskiego.

Na ekipę Olszewskiego spadła lawina oskarżeń. Bronisław Geremek oświadczył, że akcja lustracyjna „nosiła znamiona zamachu stanu”, a Jacek Kuroń oceniał, że „pod rządami Olszewskiego nasz kraj stał się pośmiewiskiem świata”. Tymczasem w listopadzie 1992 r. sejmowa Komisja Administracji i Spraw Wewnętrznych uznała, że nie wydano rozkazu o wprowadzeniu stanu gotowości w Nadwiślańskich Jednostkach MSW, co miało być koronnym dowodem przygotowań obalonego rządu do dokonania „zamachu”. Także specjalna sejmowa Komisja ds. zbadania sposobu wykonania uchwały lustracyjnej, na której czele stanął Jerzy Ciemniewski, nie zdołała znaleźć żadnych śladów zamachowych planów Macierewicza. Podobnie zakończyło się śledztwo wszczęte przez Prokuraturę Warszawskiego Okręgu Wojskowego. Tymczasem Ciemniewskiego o brak dociekliwości w tej sprawie z pewnością nie można podejrzewać, zważywszy na fakt, że oburzony przyjęciem przez Sejm uchwały lustracyjnej zapowiedział w proteście złożenie mandatu poselskiego, z czego się zresztą szybko później wycofał.

Kryzys czerwcowy 1992 r. jasno wykazał, że sprawa teczek bezpieki jest bardzo istotna dla wszystkich graczy na scenie politycznej. Także tych z postkomunistycznej lewicy, bowiem na tzw. liście Macierewicza najliczniejszą grupę stanowili parlamentarzyści SLD. Stało się też jasne, że nie ma szans na osiągnięcie porozumienia zarówno w kwestii otwarcia archiwów, jak i – co równie ważne – stworzenia ogólnie akceptowanych kryteriów oceny tego, co się w nich znajduje. Niemniej większość przywódców ugrupowań, które doprowadziły do upadku rządu Olszewskiego, opowiedziała się za stworzeniem systemu sprawdzania osób mających zająć wysokie stanowiska państwowe. Konieczność rychłego wprowadzenia procedur lustracyjnych podkreślał także oficjalnie prezydent Wałęsa. Latem 1992 r. zgłoszono nawet w Sejmie kilka projektów odpowiednich ustaw, ale – co bardzo znamienne – do uchwalenia aktu prawnego przewidującego lustrację nie doszło przez pięć kolejnych lat. Decydujący wpływ miało na to zwycięstwo wyborcze postkomunistów w 1993 r., którzy konsekwentnie odrzucali wszelkie projekty najłagodniejszej nawet lustracji czy tym bardziej otwarcia archiwów.

Odłożenie problemu nie oznaczało jednak jego likwidacji i sprawa lustracji powróciła na nowo po kilku latach, tym razem jako pokłosie tzw. afery Oleksego. Kiedy w grudniu 1996 r. Ośrodek Badania Opinii Publicznej przeprowadził badania dotyczące opinii Polaków w tej kwestii okazało się, że 72 proc. respondentów było przekonanych, iż wśród urzędników państwowych wysokiego szczebla są współpracownicy byłej SB. Jeszcze więcej, bo aż 77 proc. obywateli, było zdania, że nie powinni oni pełnić żadnych funkcji publicznych. Wskutek coraz wyraźniejszej presji społecznej, w kwietniu 1997 r. – mimo sprzeciwu SLD oraz niektórych mediów – doszło w końcu do uchwalenia ustawy lustracyjnej głosami współrządzącego PSL i ówczesnej opozycji (Unii Pracy oraz Unii Wolności). Za jej przyjęciem głosowało 214 posłów, przeciwnych było 162, natomiast 16 wstrzymało się od głosu. Decydujące znaczenie miała postawa ludowców, którzy poparli ten projekt, mimo że również w ich szeregach nie brakowało jego przeciwników, wśród których istotną rolę odgrywał przewodniczący sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka Aleksander Bentkowski – były minister sprawiedliwości w rządzie Mazowieckiego. Bentkowski był w latach 1977 – 1989 zarejestrowany jako tajny współpracownik rzeszowskiej SB o pseudonimach „Arnold” oraz „Kamil” i z tej racji trafił w 1992 r. na listę Macierewicza.

Kazus Bentkowskiego był charakterystyczny dla przebiegu sądowej lustracji z kilku powodów. Po pierwsze, ponieważ w archiwum nie zachowała się spora część dokumentów na temat TW „Arnold” i „Kamil”, jego trwający od 1999 do 2003 r. proces zakończył się wyrokiem uniewinniającym go od zarzutu kłamstwa lustracyjnego. Po drugie, proces Bentkowskiego, podobnie jak niemal wszystkie inne procesy lustracyjne,. miał charakter tajny. Ustawa z 1997 r. dała bowiem osobie lustrowanej możliwość wnioskowania o wyłączenie jawności postępowania, z czego powszechnie korzystano. Uniemożliwiało to jednak dziennikarzom, a za ich pośrednictwem opinii publicznej, zapoznawanie się z zeznaniami oficerów SB, którzy zaprzeczali, by Bentkowski był współpracownikiem tej służby. Zeznania tej treści również były niemal powszechnie obowiązującym standardem w procesach lustracyjnych. Miał on swoje źródła zarówno w głęboko zakorzenionym przekonaniu funkcjonariuszy bezpieki o konieczności „ochrony źródła”, jak i rozmaitych powiązaniach (zarówno towarzyskich, jak i biznesowych) między niektórymi z nich oraz ich dawną agenturą. Po trzecie, w trakcie procesu Bentkowskiego zmieniała się sama definicja „współpracy”, co było związane z przeforsowaną przez SLD nowelizacją ustawy zmierzającą w kierunku radykalnego ograniczenia liczby osób, którym możliwe byłoby w świetle zachowanej dokumentacji udowodnienie współpracy. Jednak Trybunał Konstytucyjny uchylił ostatecznie te przepisy. Po czwarte wreszcie, w okresie bezpośrednio poprzedzającym uchwalenie ustawy lustracyjnej na łamach wydawanego przez Jerzego Urbana tygodnika „NIE” ukazały się informacje na temat związków Bentkowskiego z SB oparte na materiałach pozostających w rękach prywatnych. Stanowiło to oczywistą próbę skompromitowania samej idei ustawy lustracyjnej. Jak bowiem przestrzegał bliżej nieokreślonych polityków jeszcze w styczniu 1992 r. w wywiadzie dla „Trybuny” Leszek Miller, „wielu myśli, że kupili sobie milczenie i że ich tajemnice spoczywają w archiwach MSW. Ale być może nie wszystko znajduje się na Rakowieckiej”. Nie ulega wątpliwości, że dla dysponentów „prywatnych” zbiorów dokumentów bezpieki uruchomienie urzędowej lustracji nie było korzystne, ograniczało bowiem możliwość ich wykorzystywania jako narzędzia presji i szantażu. Zaskakujące jest też, że służbom specjalnym odpowiedzialnym za ochronę tajemnicy państwowej, jaką wówczas stanowiły dane identyfikujące informatorów bezpieki, nie udało się – przynajmniej oficjalnie – ani w tym, ani w żadnym innym przypadku wskazać na źródła pochodzenia informacji. Zaś prokuraturze nie udało się doprowadzić do ukarania redakcji „NIE” i innych mediów dopuszczających się naruszenia ustawy o UOP, chroniącej agenturę bezpieki.

Prezydent Kwaśniewski nie zdecydował się na zawetowanie ustawy lustracyjnej, podkreślił jednak, że nie zgadza się z niektórymi jej zapisami, w tym zwłaszcza z poddaniem jej rygorom współpracowników wywiadu i kontrwywiadu, którzy „służyli w dobrej wierze Polsce i nie można ich oceniać tą samą miarą”. Kwaśniewski nawiązywał tu do upowszechnianego w latach następnych mitu, że Departamenty I i II MSW oraz podległe im komórki terenowe stanowiły strukturę jakościowo odmienną od pozostałych jednostek Służby Bezpieczeństwa. Rzeczywiście funkcjonariusze kontrwywiadu, a zwłaszcza wywiadu PRL, uważali się za najlepszą część, swoistą elitę komunistycznego aparatu bezpieczeństwa. W niczym to jednak nie zmieniało faktu, że stanowili jego integralny składnik, realizujący zadania określone przez tego samego dysponenta, czyli kierownictwo MSW, działające pod mniej lub bardziej drobiazgowym nadzorem I sekretarza Komitetu Centralnego PZPR i wyznaczonych przez niego do tego innych pracowników centralnego aparatu PZPR. Jednym z przejawów tej integracji było przekazywanie sobie agentury pomiędzy poszczególnymi pionami SB, a także – choć z tym bywało już z uwagi na stałą rywalizację różnie – ze służbami wojskowymi.

Ustawa lustracyjna z 1997 r. nałożyła na osoby pełniące ponad 26 tys. funkcji publicznych (m.in. parlamentarzystów, wyższych urzędników państwowych, sędziów, prokuratorów oraz ludzi zajmujących kierownicze stanowiska w publicznych środkach masowego przekazu) obowiązek składania deklaracji dotyczących ewentualnej współpracy ze służbami specjalnymi PRL. Oświadczenie o fakcie takiej współpracy nie powodowało – w świetle ustawy – żadnych konsekwencji, sankcjom podlegała jedynie próba zatajenia prawdy przez osobę podlegającą lustracji. Prawdziwość oświadczeń badać miał specjalny Sąd Lustracyjny, natomiast w roli oskarżyciela występować Rzecznik Interesu Publicznego, mianowany przez I prezesa Sądu Najwyższego. Szybko okazało się jednak, że uchwalenie ustawy nie jest równoznaczne z rozpoczęciem lustracji, bowiem nowe przepisy zostały w praktyce zbojkotowane przez większość liczącego wówczas ponad 6 tys. ludzi środowiska sędziowskiego, które przez kilka miesięcy nie było w stanie wybrać dwudziestu jeden sędziów mających orzekać w Sądzie Lustracyjnym. Oficjalnym powodem były kwestie finansowe. Indagowani przez dziennikarzy sędziowie twierdzili bowiem, że po wyborze musieliby się przenieść do Warszawy, a ustawa nie przewidywała dla nich za ten wysiłek żadnej nadzwyczajnej gratyfikacji finansowej.

Sytuacja uległa zmianie dopiero po wyborach parlamentarnych jesienią 1997 r. i przejęciu władzy przez koalicję AWS-UW. W czerwcu 1998 r. Sejm dokonał nowelizacji martwej od chwili uchwalenia przed ponad rokiem wcześniej ustawy lustracyjnej. W jej konsekwencji wyznaczono jeden z wydziałów Sądu Apelacyjnego w Warszawie do orzekania o prawdziwości oświadczeń osób lustrowanych. W październiku, w ostatnim dniu urzędowania, pierwszy prezes Sądu Najwyższego prof. Adam Strzembosz mianował Bogusława Nizieńskiego Rzecznikiem Interesu Publicznego, co spotkało się z negatywną reakcją m.in. prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Formalnie z początkiem 1999 r. proces lustracji został rozpoczęty. W ciągu kolejnych pięciu lat zespół sędziego Nizieńskiego sprawdził ponad 18 tys. oświadczeń. W trakcie tego procesu zidentyfikowano 741 potencjalnych kłamców lustracyjnych, ale tylko w przypadku 153 (a zatem około 20 proc.) skierowano sprawę do sądu, ponieważ w pozostałych przypadkach brak było – poza zapisami z ewidencji operacyjnej – wystarczająco twardych dowodów współpracy. Z tej liczby sąd uznał za kłamców kilkadziesiąt osób, przy czym niektóre procesy, jak bijąca wszelkie rekordy sprawa Józefa Oleksego, trwały nawet siedem lat.

Jednak samo uruchomienie lustracji nie rozwiązywało kwestii dostępu do akt bezpieki osób przez nią inwigilowanych, a także historyków i dziennikarzy. Tymczasem to nie ułomna sądowa lustracja, ale otwarcie archiwów dla ofiar, historyków i dziennikarzy miało zasadnicze znaczenie dla sposobu, w jaki kształtowany miał być społeczny obraz epoki dyktatury. Także i dlatego, że wbrew często skrzywionemu obrazowi medialnemu to nie budzący największe emocje problem agentów był tu najważniejszy, ale obraz policyjnego państwa, jaki z czasem wyłonił się z milionów teczek bezpieki, w których nie było żadnych informacji demaskujących osobowe źródła informacji komunistycznego aparatu bezpieczeństwa.

U SĄSIADÓW

Nie wolno zapominać, że z podobnymi problemami zmagano się również w innych krajach postkomunistycznych. Najwcześniej i początkowo najskuteczniej stawiono czoła temu problemowi w Niemczech. Historia rozliczeń tego kraju ze spuścizną odziedziczoną po Stasi rozpoczęła się na dobre 15 stycznia 1990 r. Tego dnia część uczestników blisko stutysięcznej demonstracji, zorganizowanej w stolicy NRD, wtargnęła do centrali Stasi w berlińskiej dzielnicy Lichtenberg, gdzie trwał proces niszczenia dokumentów. Tamtejsi opozycjoniści okupowali również inne siedziby tajnej policji, próbując powstrzymać zacieranie śladów. W trzy dni po wydarzeniach w Berlinie do demonstracji o podobnym charakterze, zorganizowanej przez „Solidarność Walczącą”, doszło w Poznaniu. Różnica polegała na tym, że uczestniczyło w niej zaledwie kilkaset osób, które nie miały szans na sforsowanie siedziby Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych bronionej przez półtora tysiąca milicjantów. Te dwie demonstracje w sposób symboliczny obrazują fundamentalną różnicę między sytuacją, jaka zaistniała w Polsce i NRD na początku 1990 r.

Kiedy mowa o rozliczeniach z komunistyczną przeszłością w NRD, często podnosi się fakt wyjątkowo komfortowej sytuacji związanej z faktem wchłonięcia tego państwa przez demokratyczną RFN, dysponującą kadrami przygotowanymi do przejęcia funkcji od osób współtworzących reżim Ericha Honeckera. Nie można jednak zapominać, że bardzo szybkie otwarcie akt Stasi nie było dziełem władz RFN, ale rezultatem determinacji wykazanej w tej sprawie przez część dawnych opozycjonistów. To oni najpierw zatrzymali proces niszczenia akt Stasi, a później przeforsowali – jeszcze w wybranej w demokratycznych wyborach w marcu 1990 r. Izbie Ludowej NRD – ustawę, która stanowiła pierwszy krok na drodze do ich ujawnienia. A przeciwników tego rozwiązania, takich jak pierwszy po upadku dyktatury premier NRD Lothar de Maizière straszący falą samobójstw i zabójstw po otwarciu archiwów Stasi, nie brakowało. W 1991 r. okazało się, że sam de Maizière był współpracownikiem Stasi.

We wrześniu 1990 r. – w obawie, że po zbliżającym się zjednoczeniu Niemiec akta Stasi zostaną włączone do systemu archiwów państwowych RFN i za sprawą obowiązującej w nich karencji zamknięte na długie lata – zorganizowano ponowną okupację centrali Stasi w Berlinie i trwający trzy tygodnie strajk głodowy. Protest odniósł skutek i do tekstu traktatu zjednoczeniowego dołączono specjalne porozumienie, na mocy którego zakazano włączenia dokumentów Stasi do archiwów federalnych. W grudniu 1991 r. Bundestag uchwalił ustawę powołującą do życia Die Bundesbeauftragte für die Unterlagen des Staatssicherheitsdienstes der ehemaligen Deutschen Demokratischen Republik (BStU), czyli Urząd Pełnomocnika Federalnego Urzędu ds. Dokumentów Służb Bezpieczeństwa b. NRD (w Polsce popularnie nazywany Instytutem Gaucka2), który zajął się ich udostępnianiem, ale również prowadzeniem badań naukowych i działalnością edukacyjną.

Istotę niemieckiego rozwiązania stanowiło otwarcie archiwów przy równoczesnym radykalnym ograniczeniu rozmiarów lustracji, rozumianej jako procedura prawna. Akta zostały udostępnione osobom inwigilowanym przez Stasi, prokuraturze (nie stworzono jednak jej wydzielonej części zajmującej się przestępstwami z czasów dyktatury nazistowskiej i komunistycznej), pracodawcom, a także naukowcom i dziennikarzom. Do 1999 r. złożono w BStU 3,8 mln wniosków o udostępnienie akt, co pokazuje, że dla liczącej około 16 mln grupy dawnych mieszkańców NRD sprawa ta miała naprawdę istotne znaczenie. Nieporównanie większe niż w Polsce, co zresztą miało swoje uzasadnienie w skali represyjności wschodnioniemieckiej dyktatury. W NRD, państwie blisko trzykrotnie mniejszym od PRL, u schyłku jego istnienia liczba funkcjonariuszy Stasi była prawie czterokrotnie większa niż SB. Mieli oni 174 tys. tajnych współpracowników, podczas gdy polska bezpieka mogła się pochwalić liczbą oscylującą w szczytowym momencie wokół 100 tys. Liczby te w obu przypadkach nie obejmują wojskowych służb specjalnych, co jednak nie zmienia w istotny sposób podanych proporcji. Rekordowy pod względem rozmiarów był też archiwalny spadek odziedziczony po Stasi, bowiem w archiwum BStU znajduje się ponad 160 kilometrów akt, w tym ponad 15 tys. pojemników z podartymi dokumentami. Przez lata pracowicie składano je w całość ręcznie, a obecnie za pomocą specjalnego programu komputerowego.

Jednak wbrew wielu komentatorom, idealizującym przebieg otwierania archiwów w Niemczech, warto zwrócić uwagę, że i tam proces ten przebiegał w atmosferze kolejnych skandali oraz konfliktów politycznych, a kiedy wreszcie naruszył interes zachodnioniemieckiej klasy politycznej, został zahamowany. Stało się to niemal dokładnie w chwili, gdy w Polsce IPN rozpoczynał swoją działalność. W listopadzie 2000 r. były kanclerz RFN Helmut Kohl nie zgodził się na udostępnienie specjalnej komisji Bundestagu dotyczących go akt Stasi – chodziło mu zwłaszcza o zapisy podsłuchów jego rozmów telefonicznych. Komisja próbowała wyjaśnić sprawę nielegalnych darowizn, które w przeszłości Kohl miał przyjmować na rzecz swojej partii CDU. Sprawa trafiła do Naczelnego Sądu Administracyjnego RFN, który w lipcu 2001 r. wydał precedensowy wyrok, zakazujący udostępniania akt byłego kanclerza.

W ten sposób zablokowany został – także dla historyków i dziennikarzy – dostęp do akt osób publicznych. Co warte odnotowania, punkt widzenia Kohla podzielał też ówczesny minister spraw wewnętrznych z SPD Otto Schily, którego zdaniem dokumenty osób inwigilowanych mogły być udostępniane tylko za ich zgodą. Konflikt wokół tej sprawy doprowadził we wrześniu 2002 r. do znowelizowania ustawy sprzed dziesięciu lat, która wprawdzie uznała prawo BStU do udostępniania spornych dokumentów, jednak z wyłączeniem takich, które „naruszają poważne i wymagające ochrony interesy osób publicznych, które odgrywały istotną rolę w historii”. Po tej nowelizacji BStU uzyskał anulowanie wyroku z 2001 r. i ponownie próbował udostępnić akta Kohla, jednak z wyłączeniem z nich informacji dotyczących jego życia osobistego. Sprawa ponownie trafiła do NSA i w czerwcu 2004 r. ekskanclerz odniósł sukces. Sąd bowiem orzekł, że dobra osobiste osób inwigilowanych przez Stasi są ważniejsze od interesu publicznego i dlatego akta Kohla nie mogą być udostępniane dziennikarzom, chyba że wyrazi on na to zgodę.

Kazus Kohla pokazał, że w przypadku akt tajnej policji problemem pozostaje nie tylko sposób, w jaki powinno się ujawniać jej agentów (i co uznaje się za wystarczający dowód współpracy), ale również zakres, w jakim można podawać informacje o osobach publicznych, które były obiektem inwigilacji oraz innych form prześladowania. Ten sam problem miał też wystąpić z całą ostrością w Polsce, gdzie wielu dawnych opozycjonistów zasadnie podnosiło, że udostępnianie informacji zgromadzonych na ich temat przez SB narusza ich dobra osobiste.

Również u naszych południowych sąsiadów otwieranie archiwów stanowiło proces pełen zahamowań, konfliktów i dramatycznych wydarzeń, z których niektóre żywo przypominały to, czego później mieliśmy doświadczyć w Polsce. Były też i fundamentalne różnice. Jeszcze w październiku 1991 r., uchwalono w Czechosłowacji ustawy dekomunizacyjne, na mocy których zabroniono zatrudniania na kierowniczych stanowiskach w szeroko rozumianej administracji państwowej, mediach publicznych oraz spółkach skarbu państwa zarówno funkcjonariuszy tamtejszej bezpieki (StB), ich tajnych współpracowników, jak i pracowników aparatu partyjnego Komunistycznej Partii Czechosłowacji od szczebla powiatowego w górę. O ile nie było na ogół problemów z ustaleniem, kto był, a kto nie funkcjonariuszem StB czy aparatczykiem partyjnym, to znacznie trudniejsza była sprawa agentury, której – podobnie jak w Polsce – było wiele różnych rodzajów. Dlatego już w marcu 1992 r. czeski Trybunał Konstytucyjny zakwestionował te fragmenty ustawy, które jego zdaniem zbyt szeroko definiowały pojęcie współpracy z StB. Uznał też, że niezbędnym elementem dowodzącym związku z StB ma być zachowane zobowiązanie do współpracy z własnoręcznym podpisem.

To, co wydarzyło się w Polsce na początku 2005 r. za sprawą ujawnienia tzw. listy Wildsteina, Czesi przeżyli w połowie 1992 r., gdy dawny opozycjonista Petr Cibulka opublikował zdobytą przez siebie listę 220 tys. tajnych współpracowników StB, ale także kandydatów na TW. Znaleźli się na niej zatem obok siebie zarówno ludzie, którzy faktycznie współpracowali z bezpieką, jak i ci, którzy mogli się nawet nie dowiedzieć, że ta planowała ich werbunek. Mimo wywołanego wstrząsu lista Cibulki nie doprowadziła szybko do otwarcia archiwów. Zapoczątkowała natomiast liczne spory dotyczące przeszłości wielu ważnych postaci czeskiego życia publicznego, w tym m.in. emigranta i opozycjonisty Jana Kavana, któremu jednak nawet publikacja zawartości jego teczki dowodzącej współpracy z StB nie przeszkodziła w objęciu stanowisk ministra spraw zagranicznych i wicepremiera oraz przewodniczącego Zgromadzenia Ogólnego ONZ.

W 1996 r. czeski parlament uchwalił ustawę umożliwiającą bardzo ograniczony dostęp do akt i to tylko dla osób inwigilowanych, które mogły się zapoznać z dotyczącymi ich aktami, z których jednak usuwano dane identyfikujące inne osoby. W 2002 r. znowelizowano te przepisy, poszerzając zakres dostępu do akt. Równocześnie zdecydowano się na bardzo radykalne rozwiązanie, nakazując MSW publikację pełnego rejestru współpracowników StB. W spisie ujawnionym w marcu 2003 r. w Internecie oraz specjalnym wydawnictwie znalazło się 75 tys. nazwisk. Zaowocowało to kilkuset procesami sądowymi, w których osoby wymienione na liście podważały wiarygodność informacji na temat ich współpracy z StB. Od 1995 r. w strukturach czeskiego MSW istniał Urząd Dokumentacji i Badania Zbrodni Komunizmu (UDV), ale dopiero w 2007 r. zdecydowano o powołaniu Instytutu Badania Reżimów Totalitarnych, czyli specjalnej instytucji mającej nie tylko przejąć zachowane w Czechach akta StB i wojskowych służb specjalnych, ale także zająć się ich badaniem i działalnością edukacyjną. Istniejące w ramach tego instytutu autonomiczne Archiwum Służb Bezpieczeństwa przejęło łącznie ponad 18 km akt. W Czechach przyjęto liberalny model udostępniania dokumentów. Osoba zainteresowana (w tym także obcokrajowiec) otrzymuje je w całości, bez jakichkolwiek wyczernień, musi jedynie podpisać się pod deklaracją stwierdzającą, że zna obowiązującą ustawę o ochronie danych osobowych i bierze na siebie odpowiedzialność za sposób wykorzystania uzyskanych informacji.

Po rozpadzie państwa czechosłowackiego na Słowacji doszło do faktycznego zablokowania procesu lustracji, ale sprawa ta powracała m.in. w kontekście oskarżeń o współpracę z StB premiera Vladimíra Mečiara. Polityk ten, rządzący Słowacją w latach 1992 – 1998, sam też nie miał oporów przed używaniem akt bezpieki do walki politycznej. Głośny był przypadek oskarżenia przez niego o współpracę z StB jednego z politycznych konkurentów. Wówczas to na kłopotliwe pytanie, skąd wziął dowodzące jej dokumenty, odparł: „Znalazłem je rano na stole”. Sprawa otwarcia archiwów stanęła na porządku dziennym dopiero po upadku Mečiara i upływie kilku kolejnych lat, w trakcie których od czasu do czasu powracały oskarżenia o agenturalność, kierowane wobec różnych uczestników życia publicznego. Dopiero w 2002 r. parlament słowacki uchwalił ustawę o utworzeniu Instytutu Pamięci Narodu (UPN). W rok później rozpoczął on przejmowanie od służb specjalnych tej części materiałów StB, która przypadła Słowacji po podziale państwa. Proces ten przebiegał nie bez problemów, o których tak mówił pierwszy szef UPN Jan Langosz: „Nie możemy pokazać zainteresowanym wszystkich teczek, ponieważ służby bezpieczeństwa bronią się przed ich przysłaniem do naszych archiwów”.

Na Słowacji, podobnie jak w Czechach, zadecydowano w 2004 r. o opublikowaniu w Internecie danych z ewidencji operacyjnej o wszystkich osobach zarejestrowanych jako współpracownicy StB. W marcu 2005 r. na kolejnej z zamieszczanych w sieci list znalazło się nazwisko Vladimíra Mečiara. Nie była to operacja na wielką skalę, bowiem cały zasób archiwalny UPN obejmuje zaledwie 1,8 km dokumentów, wśród których znajdują się 64 tys. teczek poszczególnych ludzi. Osoba kwestionująca wiarygodność zapisu wynikającego z kartotek StB miała prawo załączyć własne oświadczenie w tej sprawie, ale wówczas UPN mógł zamieścić w sieci całą jej zeskanowaną teczkę, o ile oczywiście takowa się zachowała. Natomiast równocześnie zrezygnowano na Słowacji z lustracji rozumianej jako procedura prawna, nie było też w związku z tym żadnych formalnych konsekwencji wynikających z faktu, że ujawniono czyjeś kontakty z StB. Zbiory archiwalne UPN są udostępniane badaczom i dziennikarzom, wyłącza się z nich jednak dane dotyczące życia osobistego.

Rezygnacja z urzędowej lustracji oczywiście nie oznaczała, że osoby których przeszłość była ujawniana, nie ponosiły żadnych konsekwencji. Jednak zwykle zależało to od poziomu presji środowiska otaczającego byłego współpracownika StB. Dla przykładu dziekan wydziału sztuki na Uniwersytecie Technicznym w Koszycach Jaroslav Jarema ustąpił z zajmowanego stanowiska, ale nastąpiło to dopiero po kilkutygodniowych protestach studentów i pracowników uczelni. Nie uczyniła tego natomiast większość słowackich polityków, którzy znaleźli się na listach opublikowanych przez UPN. Do wyjątków należał Jan Hurny – w 2004 r. sekretarz stanu w jednym z ministerstw rządu Mikulásza Dzurindy. Oczywiście twierdził on, że akta na jego temat zostały sfabrykowane, a premier wziął go w obronę, uznając zarzuty za przejaw nagonki na współrządzącą wówczas Słowacką Unię Chrześcijańsko-Demokratyczną. Kiedy jednak dziennikarze pisma „SME” odszukali człowieka, który był represjonowany w konsekwencji doniesień Hurnego, ten podał się ostatecznie do dymisji, podtrzymując jednak do końca, że jest ofiarą nagonki.

Polityków i innych ważnych postaci życia publicznego oskarżanych o związki z komunistycznymi służbami specjalnymi nie brakowało też na Węgrzech, gdzie do współpracy przyznał się m.in. premier Péter Medgyessy, a także w Rumunii oraz Bułgarii.

Czytając opracowania na temat przebiegu lustracji i otwierania archiwów w tych krajach, ma się nieustanne uczucie déjà vu. Niemal wszystko, co wydarzyło się w innych państwach Europy Środkowej wokół sprawy rozliczeń z dziedzictwem komunizmu, miało miejsce – czasem wcześniej, czasem zaś później – również w Polsce. Wszędzie dążenie do poszerzenia wiedzy o przeszłości, ale i naturalna skłonność do szukania personalnych sensacji, ścierały się ze strachem osób tym zagrożonych, oporem ludzi obawiających się społecznych konsekwencji rozliczeń, a także z grami politycznymi obliczonymi na eliminację przeciwników za pomocą informacji zawartych w teczkach. Zasady jawności życia publicznego oraz swobody badań naukowych, stanowiące jeden z fundamentów liberalnej demokracji, znalazły się w nieuchronnym konflikcie z równie ważnym prawem każdego obywatela do prywatności i dobrego imienia. W Polsce wszystkie te czynniki odegrały bardzo istotną rolę w dziejach Instytutu Pamięci Narodowej.

1 Nie przeszkodziło to jednak Grekom w przykładnym ukaraniu głównych autorów zamachu stanu. Już w 1975 r. dwudziestu prominentnych przedstawicieli reżimu czarnych pułkowników postawiono przed sądem, a trzej najważniejsi – Georgios Papadopoulos, Nikolaos Makarezos i Stylianos Pattakos – otrzymali wyroki śmierci, zamienione następnie na karę dożywotniego więzienia. Pattakos i Makarezos byli więzieni do 1990 r., natomiast Papadopoulos aż do swej śmierci w 1999 r.

2 Joachim Gauck – pastor luterański, związany w czasach NRD ze środowiskami opozycyjnymi. Został w 1990 r. pierwszym szefem BStU i pełnił tę funkcję przez dziesięć lat.